Pismo. Magazyn Opinii 05/2020 - Marcin Wicha, Zuzanna Kowalczyk, Paweł Sołtys

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Zimy i wiosny

tekst PAWEŁ SOŁTYS

Wiosna to było złoto biedaków, od setek, a może i tysięcy lat. Biedacy, jak wiadomo, nie mieli złota prawdziwego, nie dojadali, nie dosiadali pięknych ogierów, nie mieli służby, potem mercedesa i czterdziestocalowej plazmy, kurtek za tysiaka z odpowiednim logo ani lekcji francuskiego w prywatnej szkole. Ale mieli nieśmiały marzec, kwietny kwiecień, maj w rozkwicie. Mieli nadzieję, powoli cieplejące dni, kwiaty spod śniegów, potem jabłonie w oszałamiających ondulacjach, niebo błękitne i burzę, po której powietrze smakuje jak łyk wody pod koniec wielokilometrowego marszu, mieli spacery, całą wiosenną miłosną mitologię, pierwsze piwo w parku. Nawet to im odebrano. Wiosna trwa w ostatnich latach parę dni, niemal godzin. Upały rosną szybko, z zimy przechodzimy do lata, nim człowiek zdążył wypić to pierwsze piwo, nim zdążył się głupio zakochać, nawąchać kwitnących drzew. W tym roku jest jeszcze inaczej, zimy nie było, po prostu. Nie wyjęliśmy z piwnicy sanek, żaden bałwan nie pilnował naszego podwórka. Gdy siedzieliśmy w kinie na Krainie lodu 2, córka się śmiała, a ja musiałem bardzo się pilnować, by nie zacząć krzyczeć. Ze strachu i bezsilności.

I żyjemy w tym półkońcu, ale ciągle nie dowierzamy, ciągle mrugamy jak facet ze slapstickowej komedii, który dostał w łeb grabiami, bo na nie sam nadepnął, ciągle nie chcemy dostrzec, że coraz ciaśniej nas oplata ten półkoniec, do którego "pół" dodaliśmy tylko dlatego, że nie da się żyć inaczej. Jedni patrzą na drugich i pytają: czy to możliwe? Oczywiście są tacy, którzy upodabniają się do groteskowych dyktatorów na dzień przed ostateczną klęską - nie wierzą, wynajdują najbardziej absurdalne pseudobadania, przepowiednie, strony internetowe z (ironicznie przecież, to widać) jaskrawożółtymi napisami. Są tacy, którzy się boją, zbierają świadectwa: tu padły polarne niedźwiedzie, tu wyginęła populacja maskonurów, z głodu, a najbliżej - gdzie są te wszystkie owady, które niszczyły nam wakacje? Studnie gdzieś tysiąc kilometrów stąd wyschły, dno widać w tych bliżej, na Podkarpaciu i Mazowszu, ktoś znowu tnie kilometry lasów dla pieniędzy, których pewnie nie zdąży wydać. Takie informacje zbierają przerażeni. Ale oni też nie mogą tak naprawdę się przed sobą przyznać, że nie wierzą, a wiedzą po prostu. Koniec jest tak absurdalny, że niemożliwy.

Znamy to przecież z historii, ludzie wiezieni na zatracenie zawsze znajdą strzęp nadziei, nawet jeśli niczego nie da się nim przykryć, opaszą się nim, jakby był całym płaszczem, a nie strzępem właśnie, tlącym się od żaru ostatniego lata. Jeszcze nie wszyscy piją na umór, jeszcze nie wszyscy popadają w rozwiązłość albo religijne manie, ale to też nastąpi. Tylko nie będzie już komu tego opisać, nie powstanie nowy Dekameron, bo nie dżumę tym razem na nas zesłano, samiśmy na siebie zesłali coś ostatecznego. Szkoda mi tych poetów jeszcze, którzy wytrwale budują pomnik trwalszy niż z wiadomo czego, by literami przekroczyć swoje krótkie życie, teraz i to im się odbierze. Nie będzie pokoleń, które mogłyby na ten pomnik patrzeć, nawet obity, z odłupanymi dłońmi. Sam nie przepadam za futurologią, zawsze wydawała mi się nieco zbędna. Jak można wyprzedzać swoje lata, przewidywać następne epoki, skoro prawie niczego jeszcze nie zrozumieliśmy z przeszłości? Ale chyba dziś już można, ta przyszłość jest tak krótka, że wystarczy tylko czubek nosa wychylić z teraźniejszości. A w niej tak jak to bywało: małe, głupawe sprawy rosną w giganty, gdy piszę te słowa, trwa akurat debata, kto z kim pił wódkę w małej miejscowości pod Warszawą trzydzieści lat temu. I czy przypadkiem ktoś nie pił ironicznie, nie wylewał za kołnierz. I chciałoby się wziąć tych wszystkich dyskutujących za ów kołnierz i wyrzucić za drzwi, ale nie ma się niestety takiej mocy, tak jak nie ma mocnych na piar i miliardy stojące za węglem, ropą, przemysłową hodowlą zwierząt. A przecież mamy demokrację - narzędzie ponoć najdoskonalsze w historii, mamy wielkie religie, wielbiące ponoć życie, mamy najlepiej wykształcone społeczeństwo, odkąd w ogóle są szkoły. I co? I tkwimy w bezsilności, na razie, a to "na razie" to nawet nie ostatni gwizdek, to po gwizdku już parę chwil, sędzia zszedł z boiska i zostaliśmy na nim sami, tylko trawa już wyschła, piach wchodzi w oczy, w usta. Zdaje ci się, że gdy krzykniesz, zadławisz się wcześniej niż inni, i może to jest właśnie najlepsze rozwiązanie.

Uznajcie ten tekst za tego typu próbę, okrzyk (oby) wariata. Najbardziej chciałbym się mylić, chciałbym, by rację mieli ci, których mam dzisiaj za głupców, przełknę to, odszczekam sto razy pod okrągłym stołem czy nawet na wyrębisku którejś z puszcz. Bo mam dziecko i cholernie się boję.

PAWEŁ SOŁTYS (ur. 1978), od 2005 roku nagrywa i wydaje płyty. W 2017 roku zadebiutował tomem opowiadań Mikrotyki (nominowanym m.in. do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej Gdynia, uhonorowany Nagrodą Literacką im. Marka Nowakowskiego. W 2019 roku ukazał się jego tom opowiadań Nieradość. Przystojny, żonaty.

Partnerem prozy w "Piśmie" jest Wrocław Miasto Literatury UNESCOWrocławski Dom Literatury.

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA "PISMA" PODPOWIADA, JAK I GDZIE PODRÓŻOWAĆ W MAJU:

W marcu i kwietniu przekonaliśmy się, jak wielu rzeczy może brakować podczas izolacji. Spotkania z bliskimi zastąpiły nam rozmowy przez komunikatory wideo; spektakle, wieczory autorskie, koncerty i wernisaże - live streamingi z teatrów, mieszkań i galerii. Tęsknota za kontaktem z ludźmi i przyrodą oraz zwyczajną, codzienną możliwością przemieszczania się zainspirowała nas do przygotowania subiektywnego przeglądu sposobów na podróżowanie bez wychodzenia z domu. I choć o nieskończonym potencjale wędrówek w wyobraźni od wieków przekonuje kultura, rekomendujemy konkretne pomoce, wypychające głowę poza cztery ściany (a niekiedy nawet poza prawa fizyki).

Atlas wysp odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę

Judith Schalansky (przeł. Tomasz Ososiński), wydawnictwo Dwie Siostry

Olga Tokarczuk, pisząc o tej książce, zgodziła się z jej autorką, że "kartografia powinna zostać uznana za rodzaj literatury, a atlas należy traktować jak tom poetycki". Atlas wysp odległych jest bowiem najlepszym dowodem na to, jak wielką moc oddziaływania na wyobraźnię mają mapy oraz odbywane za ich pośrednictwem wędrówki, również w wymiarze wizualnym (publikacja została uznana za najpiękniejszą niemiecką książkę 2009 roku). Judith Schalansky zabiera swoich czytelników w egzotyczną podróż po historiach i terenach dalekich, często nieprzystępnych lądów, szkicując mapę wyspiarskiego świata rozlanego po pięciu oceanach. I czyni to tak, że - jak pisał tygodnik "Die Zeit" - "czujemy zapach morza, słyszymy fale i mewy".

Wanderlust Travel Stories

(studio Different Tales)

Szumu fal, ryku zwierząt czy hałasu zatłoczonego bazaru dostarczy z kolei Wanderlust Travel Stories - połączenie gry wideo i interaktywnej literatury podróżniczej, dzięki któremu wędrówka po świecie bez wstawania z kanapy staje się niemal dosłowną obietnicą. Gracze wpływają na tok swojej ekspedycji tak, by obok odkrywania niezwykłych miejsc, doświadczanych poprzez tekst, obraz i dźwięki, musieli uporać się również ze wszystkim tym, z czym podróże nieubłaganie się wiążą - finansami, zmęczeniem, a nawet przypisanymi swojej postaci motywacjami czy obawami. Ta inspirowana prawdziwymi historiami i miejscami na mapie opowieść mieści się między reportażem i przygodówką a rzeczywistością wirtualną, dając wrażenie quasi-realnej podróży.

Atlas lądów niebyłych

Edward Brooke-Hitching (przeł. Janusz Szczepański), REBIS

Gdyby kogoś interesowało jednak nie to, co jest, a to, co się ludziom niegdyś wydawało, że istnieje, niech sięgnie po Atlas lądów niebyłych. Edward Brooke-Hitching, który sam siebie określa mianem "nieuleczalnego mapofila", stworzył antologię zamierzchłych wyobrażeń o świecie. W swojej książce zebrał więc mapy niebyłych, ale domniemanych krain geograficznych czy mórz, przywołał ich historie i związane z nimi legendy oraz odtworzył wszelkie kurioza, jakie zapisały się w kartografii - od morskich potworów po złote miasta. Lektura obowiązkowa dla tropicieli mitów i entuzjastów nieposkromionej wyobraźni.

Słownik miejsc wyobrażonych, Gianni Guadalupi, Alberto Manguel (przeł. Piotr Bikont, Jan Gondowicz, Michał Kłobukowski, Jolanta Kozak, Maciej Płaza, Maciej Świerkocki), PIW

A skoro o miejscach stworzonych w wyobraźni mowa, nie sposób pominąć Słownika miejsc wyobrażonych, który po polsku ukazał się jesienią zeszłego roku. Choć określenie "słownik" może kojarzyć się nieszczególnie fantazyjnie, książka Guadalupiego i Manguela nie rozczaruje nikogo, kto tak jak autorzy uwielbia czytać i wędrować za pośrednictwem literatury po fikcyjnych światach. Na potrzeby polskiego wydania, obok Narnii, Krainy Oz, Doliny Muminków, Śródziemia, Zamku Kafki czy niewidzialnych miast Itala Calvina, do antologii włączono też miejsca wyobrażone przez polskich autorów, takich jak Kołakowski, Gombrowicz, Gałczyński czy Witkacy.

Księga zwierząt niemalże niemożliwych. Bestiariusz XXI wieku

Caspar Henderson (przeł. Zofia Szachnowska-Olesiejuk i Adam Olesiejuk), Marginesy

A od kompendium miejsc wyobrażonych niedaleko do kompendium istot "niemalże niemożliwych". Caspar Henderson stworzył przegląd zwierząt tak niezwykłych, że aż trudno uwierzyć, że prawdziwych. Bestiariusz XXI wieku jest więc w pewnym sensie podróżą poza granice wyobraźni - bo nie prowadzi ku fikcji, ale ku nietuzinkowości realnego świata. Jak głosi opis na okładce: "Caspar Henderson zorganizował nam otwierające oczy safari i pokazał prawdziwe zwierzęta, których żaden zdrowy na umyśle człowiek nie zdołałby wymyślić". Ta piękna książka (z zachwycającymi ilustracjami) może być zachętą do podziwiania najbardziej egzotycznego ze wszystkich światów - naszego własnego - i zadziwienia nim.

TYMCZASEM // FELIETON

Miesiąc wolnego

Pewnego dnia w kwietniu pojechaliśmy po zapas pierogów. To była nasza rocznica ślubu. Dziewiętnasta czy może dwudziesta pierwsza.

Samochód nie chciał ruszyć. Zaniedbywaliśmy go ostatnio. Na tablicy rozdzielczej błysnęły czerwone znaki. Pismo runiczne jak w cholernym Władcy pierścieni. Trzeba było sprawdzić na 1238 stronie instrukcji obsługi. "Jeżeli kontrolka nie zgaśnie - a módl się, zaprawdę, módl się, aby zgasła - lecz jeśli nie zgaśnie, to zatrzymaj samochód i wzywaj pomocy".

Zgasła, ale na moście poczuliśmy zapach spalenizny. Na Powiślu spod maski wydostała się pierwsza nitka dymu.

Wracaliśmy na piechotę, niosąc krewetki, wieprzowinę, soczewicę i marchew. Sos sojowy chlupotał w termicznej torbie.

- Mleko się rozlało - powiedziałem bez sensu.

Dopiero tego dnia można było zauważyć, ilu jest w mieście bezdomnych. Ile forsycji. Warszawa wyglądała jak miasto Prypeć lub nadbałtycki kurort po sezonie.

Na drzwiach zamkniętej kawiarni wisiała kartka "We love U". Dużo serduszek, papier zaczynał blaknąć. Tajskie koty w witrynie dostały choroby sierocej. Niektóre jeszcze unosiły ręce. Innym już padły baterie.

Na murach wisiały plakaty odwołanego koncertu. Obok wzywano na Narodowy Marsz Życia. Szczerze podziwiałem logo. Polska jako macica. Na pępowinie Wisły dyndał płód. Wody odeszły do morza.

Poza tym prawie nie wychodziliśmy. Uwolnieni od przestrzeni mogliśmy się zająć czasem.

Siedzieliśmy, jak się siedzi w domu, gdzie ktoś umarł. Tylko dłużej. Sprawdziłem w internecie. Sziwa - siedmiodniowy okres ścisłej żałoby: "Nie wolno (...) wówczas pracować (także podpisywać umów, prowadzić transakcji handlowych), kąpać się dla przyjemności ani namaszczać ciała, golić i obcinać włosów, zmieniać odzieży, nosić skórzanego obuwia, spełniać małżeńskich obowiązków, słuchać muzyki, a nawet studiować Biblii".

Niezadbani, nienamaszczeni i kudłaci. Dostaliśmy cały miesiąc, żeby zrozumieć, że to na zawsze. Że to naprawdę. Że się nie odstanie. Że się nie obudzimy.

Miesiąc, żeby się oddzieliło przedtem od potem. Miesiąc, żeby banki przedstawiły korektę prognozy wzrostu. Miesiąc, żeby kalendarz pozbył się naszych planów i oczyścił jak wenecka laguna. Miesiąc, żeby umarło, wyschło i odpadło to, co nas wiązało ze światem: gniew, nadzieja, poczucie lojalności. Drobne układy i oszukańcza komitywa.

To była żałoba. A trochę nie. Ponieważ świat wcale nie zamierzał umierać. Epoka trwała w najlepsze. Dopiero się rozpędzała. Już niczego nie zamierzała udawać.

Więc może tylko techniczna przerwa. Zmiana dekoracji. Konserwacja nadajników. Godziny, kiedy stacje radiowe milkną lub nadają wiązanki relaksacyjnych przebojów. Pusta połowa strony, biała kartka na końcu rozdziału.

Miesiąc, żebyśmy już nigdy nie mogli powiedzieć, że zabrakło nam czasu na przeczytanie tego czy tamtego.

Miesiąc, żebyśmy się przestali oszukiwać. (Nie, nie zaczniemy się uczyć od poniedziałku. Nie napiszemy nienapisanych książek. Nie pojedziemy w te wszystkie miejsca, gdzie byli nasi znajomi).

Miesiąc, żebyśmy się zdążyli przyjrzeć naszym groteskowym przywódcom. Posłuchać naszych mędrców (którzy tak skwapliwie pospieszyli z koniecznymi wyjaśnieniami).

Miesiąc, żebyśmy już nie gromadzili dowodów na to, co udowodnione. Nie szukali potwierdzeń tego, co potwierdziło się samo. Żeby nam minęła chęć do zadawania retorycznych pytań. Żebyśmy już nie udawali zdumienia. Żebyśmy nie udawali pewności siebie.

Mapy się skończyły. Kiedy w końcu wyjdziemy z domu, przed nami będzie biały papier. Zmrużymy oczy i

(jeszcze się zobaczy).

rysunek ARKADIUSZ HAPKA

MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.