Pismo. Magazyn Opinii 03/2020 - Marcin Wicha, Dominika Słowik, Karol Radziszewski

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Tik-tak

tekst DOMINIKA SŁOWIK

Przyszła z lasu.

Zresztą tylko stamtąd można było do nas przyjść. Kiedy zniknęła - dużo wcześniej - nie zdziwiliśmy się. To się zdarzało już innym. Ale ona wróciła. To - przynajmniej wtedy - nie udało się jeszcze nikomu.

Była starsza. We włosach - gdy szła przez wieś - błyszczały pojedyncze, pozbawione barwy nitki - niemal przezroczyste, pochłaniające światło, stwardniałe, obrócone w siwiznę pasma.

Miała na sobie te same ubrania, nieco podniszczone, ale mniej, niż można by się spodziewać. Była trochę bledsza i szczuplejsza.

A jednak to nie to, co się w niej zmieniło, tak nas zaniepokoiło.

- Ona jest taka sama.

Nie wiadomo, kto pierwszy wymówił te słowa - ale z pewnością już wtedy zostały wypowiedziane nie z potrzeby zrozumienia, lecz ze strachu.

- Taka sama jak kto?

- Taka sama, jak była.

A przecież wyglądała inaczej, mieliśmy wrażenie, że naprawdę sporo czasu minęło...! I co gorsza, czuliśmy się tak po raz pierwszy od dawna.

Kiedy weszła do Lipowca - główną drogą, mijając zardzewiałą tabliczkę z niemożliwymi do odczytania znakami - ucieszyliśmy się. Ktoś poszedł zawiadomić jej rodziców i pamiętam, że ojciec biegł pierwszy, przed matką, z szeroko otwartymi ramionami, jakby udawał ptaka.

Szła w ich stronę miarowym, spokojnym krokiem, z uśmiechem na twarzy, a kiedy ojciec ją objął, lekko się zachwiała, i nie wyglądało to jak powitanie, nie objęcie, tylko zderzenie, jakby coś stanęło jej nagle na drodze.

Matka gładziła ją po uśmiechniętej twarzy.

Nikt oczywiście o nic nie zapytał: "Gdzie byłaś?" - samo pytanie wydawało się przecież bez sensu. No bo gdzie mogła być? Nigdzie.

Jeśli nie była tu, z nami, w Lipowcu-Kolonii, to nie była nigdzie.

Wróciła, to wróciła. I dobrze.

Zabrali ją do domu, a potem ojciec kilka razy wychodził przed płot, prosił nas szeptem, żebyśmy się uciszyli, "bo poszła spać". - Padła jak kamień, żona siedzi i sprawdza tylko, czy oddycha.

Nie zrozumieliśmy tego od razu. Zanim zniknęła, lubiliśmy ją. Niektórzy nawet potem za nią tęsknili. Jej rodzina długo ją opłakiwała - dłużej nawet, niż wypadało, mówiliśmy, bo przecież i wcześniej ludzie ginęli, opuszczali Lipowiec na zawsze i trzeba się z tym było jakoś pogodzić. A oni zachowywali się tak, jakby właśnie im się to przydarzyło po raz pierwszy.

Była całkiem zwykła. Taka, że kiedy pamięta się o wszystkich, pamięta się i o niej, ale kiedy się zapomina, to ją zapomina się najpierw.

Może dlatego ją lubiano.

Pierwszego dnia matka ją umyła - w balii, polewając wodą z błękitnego dzbanka. Kolana sterczały jej pod brodę i oglądane z góry przypominały niebieskawe plamy na dziwnie spokojnej powierzchni. Po kąpieli woda była tak przejrzysta, jakby świeżo zaczerpnięta z tej lepszej z naszych dwóch studni.

NA POCZĄTKU SIEDZIAŁA sporo w domu, wydawało się, że chce na nowo nacieszyć się zamknięciem, ciasnotą: przestrzenią, która kończy się po paru krokach. Ścianami, na których naprawdę można zogniskować wzrok i spojrzenie nie ucieka nigdzie dalej, nie gubi się, tylko zostaje w miejscu, z nami (wszyscy chodziliśmy do lasu, więc każdy to rozumiał; wieczorem, po powrocie, zamknąć się wreszcie w izbie, to jak zanurzyć się pod grubą kołdrą w zimną pogodę).

Pierwsza z ich domu uciekła matka. Mówiła, że się wyprowadziła, bo we trójkę im ciasno, nieprzyzwyczajeni czy raczej - przez tyle lat odzwyczajeni, a córka to już w ogóle... Ale zrobiła to nad ranem, właściwie jeszcze w nocy, jakby nie chciała - albo nie potrafiła - doczekać we własnym domu świtu.

Ojciec wytrzymał dłużej. Chociaż może tylko tak nam się wydawało, bo po jakimś czasie zauważyliśmy, że sypia w ogrodzie, skulony na drewnianej ławeczce ustawionej za domem. - Lepiej mi się śpi na świeżym powietrzu - twierdził, ale kiedy to mówił, spuszczał oczy.

Odkładał się w nas spokój podobny do męczącej, uporczywej ciszy.

Codziennie wyczekiwaliśmy zmiany pogody, bo inaczej nie potrafiliśmy sobie wyjaśnić tego uczucia. Pogoda była jednak w tamtych dniach słoneczna i łagodna. Jak nigdy.

Przed snem męczyło nas najmocniej, pewnie dlatego zasypialiśmy coraz później, często nawet po zmroku włóczyliśmy się po wsi, żeby sprawdzić, czy wszystko dobrze pochowane, pozabezpieczane, niby to na wszelki wypadek, gdyby jednak przyszło załamanie pogody, ale obraz rozrywającego Lipowiec huraganu przynosił nam jakąś ulgę: przerywał na chwilę ciszę.

Któregoś wieczora na ławeczce za ich domem zobaczyliśmy kokon.

Spowitą w biały całun ludzką postać powoli tracącą swoją formę.

Co ona mu zrobiła?

Chcieliśmy podbiec do tego martwego już kształtu, ale wtedy zadygotał, zadrgał, poruszył się, runął na trawę, zaczął pełznąć w naszą stronę, wielka larwa wykluta ze starego ciała, srebrzysty śluz ciągnął się za nim jak spieniona koronka...

Ruszyliśmy biegiem przed siebie, byle dalej od ich domu, zanim pojęliśmy, że to jej ojciec owinął się po prostu gęstą firanką, bo owady - które jakiś czas temu znowu wróciły, chociaż za życia naszych dziadków prawie wcale ich nie było - żarły go do krwi i bez tego nie mógłby nawet na chwilę zasnąć, a w domu, chociaż tego nie mówił, nie chciał już spać.

- Ona chrapie - wyznał wreszcie i powiedział to w taki sposób, że od razu mu uwierzyliśmy. - Chrapie! Cicho, ale do kości.

Z okien jaśniało, bo światło księżyca odbijało się od niedawno bielonych ścian. Łóżko było puste, przykryte narzutą.

Oczywiście chcieliśmy to jej chrapanie usłyszeć!

Na początku myśleliśmy, że nie ma jej w izbie i znów zdjął nas strach. No bo gdzie miałaby być? Nocą się spało, i nawet jeśli my sami nie spaliśmy, to byliśmy tu razem, a razem jest inaczej. Ona była przecież sama.

Dopiero po chwili dostrzegliśmy ją w kącie pokoju. Siedziała na niskim zydlu, bokiem do nas. Ugięte nogi sterczały wysoko, kolana celowały w powałę, jak wtedy w kąpieli, kiedy myła ją matka, a napięta skóra rzeczywiście sprawiała wrażenie błękitnawej na tle spokojnej powierzchni przypominających stojącą wodę ścian.

Miała spuszczoną głowę. Wydało nam się, że coś trzyma w wyciągniętej dłoni, wpatruje się w to w napięciu. Coś chyba zaiskrzyło na jej ręce, błyszczący krążek, jak zajączek wypuszczony z pilnie strzeżonych przez nas kawałków dawnych luster.

Inni mówili później, że spała, ale kto śpi w takiej pozycji? Chociaż niektórzy, bardzo zmęczeni, czasem chyba tak śpią...? Tyle jej tu z nami nie było...! - Mogła się przecież poczuć zmęczona?

Może od początku właśnie o to chodziło: tak, była po prostu bardzo zmęczona.

- Chrapie?

Wytężyliśmy słuch. Wydało nam się, że jak przed laty, nawet owady nie burzą teraz martwej nocnej ciszy. Poczuliśmy się nieswojo. Ktoś podrapał się nerwowo, bo uczucie przenikało nas niemalże jak ledwo słyszalny dźwięk. Dobiegający z izby? Rytmiczny, cichutki dźwięk, budzący w nas znów ten niepokój, którego - byliśmy pewni - wcale nie chcieliśmy czuć. Okropny rytm przeszywający nasze ciała; jak wtedy, kiedy ziemia wibruje od piłowania drewna - człowiek tego nie lubi, bo to jakby i jego coś piłowało.

- Chyba faktycznie chrapie.

No bo jak można to było inaczej nazwać?

Niedługo potem zaczęła wychodzić z domu. Przychodziła do nas, ot tak, po prostu. Jak gdyby nigdy nic.

Popołudniami, wieczorami, kiedy zbieraliśmy się przy wspólnej pracy. Za pierwszym razem weszła w tłumie, razem ze wszystkimi, usiadła z pochyloną głową nad przebieraniem ziarna i na początku w ogóle jej nie zauważyliśmy, wyglądała przecież tak jak my i ruchy miała wciąż tak podobne do naszych - w końcu nic się od jej zniknięcia nie zmieniło, robiliśmy od dawna to samo, a ona dobrze znała naszą pracę.

Nie patrzyliśmy po sobie nawzajem, za bardzo skupieni na własnych dłoniach.

Jednak po chwili coś zaczęło się dziać. Ktoś poruszył się niepewnie, ktoś się rozglądał na boki, ktoś inny znów nerwowo się podrapał.

A potem już wszyscy wierciliśmy się na zydelkach, na taboretach, jakby nagle było nam bardzo niewygodnie, nikt nic nie mówił, szum ziaren ustał, a w ciszy znowu usłyszeliśmy - czy raczej poczuliśmy - ten dźwięk.

Dobiegał od niej, ale ona wcale nie spała, miała zamknięte usta, uśmiechnięte, owszem, ale mocno zaciśnięte, i był to ten sam uśmiech, który widzieliśmy, kiedy weszła do wsi.

Czy to na pewno uśmiech?

Wszyscy patrzyli już tylko na nią, ona tego jeszcze nie zauważyła, a jej ruchy - dopiero teraz to spostrzegliśmy - były zupełnie inne niż nasze. Spokojne i miarowe. Rytmiczne. Jakby odcinane szybkimi pociągnięciami ostrza od przestrzeni, dokładnie takie, jak ten ledwo słyszalny, znany już nam dźwięk, tik-tak, tik-tak, który dobiegał od niej, niemal wprost z jej brzucha.

I przez to, że ona taka była, wszystko wokół było teraz także inne, jakbyśmy patrzyli na taki świat, jakim nie widzieliśmy go od bardzo dawna. Okropne uczucie. Byliśmy czemuś winni, ale zupełnie nie rozumieliśmy czemu, nagle uwięzieni pomiędzy żalem a strachem. Czuliśmy jakąś dojmującą, przeszywającą nas stratę, stratę, o której kiedyś pamiętaliśmy i która teraz znów nam się przypomniała.

Czy to ona nam coś zabrała?

Chyba właśnie wtedy zaczęło nam się więcej przypominać. Przede wszystkim: jak to z nią było naprawdę.

Szło nam ciężko, nie przywykliśmy do takich rzeczy. Jakoś od dawna nie musieliśmy nie tyle niczego zapamiętać, ile o czymkolwiek sobie przypomnieć.

No bo już kiedy przepadła, wszystko toczyło się inaczej. Nie tak. Zwykle ludzie szli na polowanie, po grzyby, po opał, i wtedy błądzili albo słabli w lesie. Szli po coś. Najczęściej dlatego, że musieli, nie dlatego, że chcieli (chociaż, uczciwie trzeba przyznać, czasem zdarzali się i tacy).

Ona wyszła z domu, zdawałoby się, zupełnie po nic.

Nagle, jak stała, ruszyła przed siebie, zostawiła w połowie rozgrzebaną robotę, a u nas nikt tak nigdy nie robił! W Lipowcu jak już się coś zaczynało, to zawsze się kończyło.

Zresztą to nam wychodziło najlepiej, jedyne, co potrafiliśmy robić porządnie i z oddaniem, to kończyć to, co dawno rozpoczęte.

Potem wystarczyło, że widzieliśmy z daleka, przez chwilę, jak idzie, w jaki sposób stawia stopy, jak macha rękami, by natychmiast wypełniło nas to samo nieprzyjemne uczucie, i świat wokół nas nagle biegł w tym samym co ona rytmie.

Gdy tylko pojawiała się w pobliżu, zawsze grzeczna, cicha, uśmiechnięta, czuliśmy się jeszcze bardziej nieswojo. Nie dawaliśmy tego po sobie poznać, mimo wszystko nie chcieliśmy jej robić przykrości, ale było nam z nią ciężko, bo wciąż kazała nam się zastanawiać nad rzeczami, o których nikt z nas nie miał ochoty myśleć.

Kiedy więc zauważaliśmy, że nadchodzi, szybko skręcaliśmy do najbliższego domu, chowaliśmy się za płotami, przykucaliśmy w krzakach, byle tylko nie musieć z nią rozmawiać.

Gdzie była, skąd przyszła, dlaczego wróciła - nie, to wciąż nas nie interesowało. Czy raczej: doskonale wiedzieliśmy - była w lesie i przyszła z lasu. Wróciła, bo mogła. Wróciła, bo zdołała.

Męczyło nas coś innego. Niepokój, znajomy, a przez to jeszcze boleśniejszy. Jakbyśmy wreszcie wyszli na brzeg wprost z dawno stojącej wody.

Czy w ogóle mogliśmy być pewni, ile jej z nami nie było?

Nie liczyliśmy lat, odkąd ustały pory roku (i nie stało się to za naszego życia).

Przestaliśmy liczyć miesiące, tygodnie, dni... liczyliśmy tylko to, co od rana do nocy i od nocy do rana.

Może więc po prostu nie było jej tylko przez chwilę i stąd teraz to nieprzyjemne uczucie, że nagle nic się nie zgadza?

COŚ PODOBNO przyniosła ze sobą...!

To było wreszcie jakieś sensowne wytłumaczenie. Wyjaśnienie, na które mogliśmy się wspólnie zgodzić.

Chociaż w dniu, kiedy wróciła - a przyszła, gdy wylegliśmy do ogrodów po posiłku, odpocząć przed wieczorną pracą, więc widzieliśmy ją wyraźnie na jasnej drodze, biegnącej pomiędzy domami niczym świeżo rozwarta szczelina - nie niosła niczego, nie miała żadnego tobołka, bagażu, zawiniątka.

Po prostu bardzo mocno zaciskała dłonie, aż z daleka bielały jej pięści. Dwie jasne tarcze podzielone równomiernymi cięciami bladych palców.

Co najdziwniejsze, ona sama jakby w ogóle tego wszystkiego nie zauważała.

Nie zwracała uwagi na naszą niechęć albo po prostu wcale jej nie obchodziła. Łaziła przez wieś jak wcześniej i chociaż na początku próbowała jeszcze z nami rozmawiać, szybko dała sobie spokój.

Nosiła teraz wodę.

Po co jej ta woda? Tak dużo się kąpie? Nikt się przecież tak często nie myje, po co codziennie? I niesie ją przez cały Lipowiec, przez Kolonię, żebyśmy wszyscy widzieli, chodzi w tę i z powrotem po kilka razy, jakby chciała wypełnić nie jedną miednicę, ale całą izbę. Na dodatek bierze z tej lepszej studni.

Z pitnej studni.

A co, jeśli nam tej wody przez nią zabraknie?

Wkrótce okazało się, że jest jeszcze gorzej: podobno zanim napełni cebrzyk, przechyla się do połowy ciała za ocembrowanie, jak przez okno, i gapi się w dół, jakby nie tyle sądziła, że coś tam może zobaczyć, ile naprawdę coś już zobaczyła.

Niosła później tę wodę zawsze w tym samym naczyniu, jej twarz odbijała się w niej w słońcu i wyglądało to tak, jakby niosła srebrną tacę, na której składa własną głowę.

I znów okrągła, błyszcząca tarcza, którą światło cięło blaskiem, i z jakiegoś powodu przypominały nam się wtedy gołe, niebieskie kolana. Może dlatego nikt nie zwrócił uwagi na coś, co przypomnieliśmy sobie dopiero po wszystkim: że chociaż szła szybko, to woda była spokojna, zupełnie nieruchoma. Powinna przecież obijać się o cebrzyk, przelewać przez krawędź, chlapać, moczyć ścieżkę - zostawiać w piasku mokry, czarny ślad.

Było nam niedobrze.

Czuliśmy się coraz gorzej.

Jakby to falowanie - którego nie było w cebrzyku - działo się w nas. Jakby to w nas wzbierała ta noszona przez nią wytrwale, niby to do kąpieli, woda, która w końcu przeleje się i rozpryśnie.

Dalej opowiadaliśmy, że to przez pogodę, bo w Lipowcu wciąż jeszcze panował stary zwyczaj, że w trudnych chwilach należy raczej mówić tak, jakby się wcale nie mówiło.

Niektórych zaczęły nawet boleć brzuchy.

Twierdzili, że budzą się rano z uczuciem, jakby coś ich ciągnęło od żołądka w dół, do ziemi; jakby ktoś zawiesił im tam kamienie, wór kamieni, i potem, gdziekolwiek szli, wlekli ten wór za sobą.

Jednak dopiero kiedy pochorowało się dziecko - a dzieci było u nas zawsze bardzo mało - wiedzieliśmy.

Pod wieczór poszliśmy do niej. Siedziała w domu sama. Uśmiechała się. Wyglądała, jakby na coś czekała, ale chyba nie na nas, bo była zaskoczona naszym widokiem.

Myśleliśmy, że pójdzie łatwiej, jednak ona wcale nie chciała odejść. Udawała, że nie rozumie.

- Jak to mnie nie chcecie? Jestem stąd i mam takie same prawa jak wy - krzyczała.

Drapała i gryzła, kiedy ją wiązaliśmy sznurem. Potem, zawiniętą jak tłumok, w firankę, która leżała porzucona przez jej ojca w ogrodzie, wzięło ją na ręce kilka osób. Nie patrzyliśmy, w którą stronę z nią odchodzą.

Owszem, baliśmy się, że jeśli wyniosą ją zbyt blisko, niewystarczająco zakręcą jej w głowie, ona znów wróci, może nie od razu, może znów minie dużo czasu, może nie wszyscy tego doczekamy, ale przecież właśnie to czekanie będzie najgorsze...! Przyjdzie tym swoim rytmicznym, miarowym krokiem, machając do taktu ramionami jak wahadłem. Drugiego jej powrotu lipowiczanie by nie znieśli.

Dużo później wydało nam się, że słyszymy wrzask. Stłumiony, ale wyraźny.

Tamci wrócili dopiero nad ranem. Jedna z kobiet miała wielki siniak na policzku. O nic ich nie pytaliśmy.

Potem, gdy szliśmy przez wieś, wszyscy udawali, że nie widzą świeżych desek na naszej lepszej, pitnej studni, przykrytych teraz dla pewności przytaszczonym skądś wielkim kamieniem.

Wkrótce w Lipowcu znów wszystko było jak dawniej - i tylko dziecko nie wyzdrowiało.

DOPIERO ZNACZNIE PÓŹNIEJ opowiadano, że jeśli, najlepiej nad ranem, zbliżyć do desek ucho, przycisnąć do nich głowę, zamknąć oczy i długo się wsłuchiwać, to ze środka, z ciszy, ze stojącej wody, słychać bardzo wyraźnie miarowe tykanie.

Partnerem prozy w "Piśmie" jest Wrocław Miasto Literatury UNESCOWrocławski Dom Literatury.

DOMINIKA SŁOWIK (ur. 1988), pisarka. Jej debiutancka powieść Atlas: Doppelganger (2015) nominowana była do Nagrody Literackiej Gdynia. Druga powieść, Zimowla (2019) uhonorowana została Paszportem "Polityki".

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA "PISMA" POLECA W MARCU:

6 marca 2020

Pierwsza edycja HER Docs Film Festiwal

8 marca obchodzimy Dzień Kobiet, ale to nie jedyna okazja do celebrowania kobiecej siły. 8 marca to też półmetek pierwszej edycji wyjątkowego - bo pierwszego i do tej pory jedynego w Polsce - festiwalu, na którym zostaną zaprezentowane filmy dokumentalne wyłącznie kobiecego autorstwa. Warszawska Kinoteka na kilka dni zmieni się w przestrzeń do dyskusji o równouprawnieniu, prawach człowieka, seksualności i stereotypowym postrzeganiu ról społecznych. W programie, obok warsztatów, wydarzeń muzycznych i pokazów specjalnych, znalazło się ponad pięćdziesiąt dokumentów, które zostaną pokazane w Polsce po raz pierwszy lub są niedostępne w regularnej dystrybucji.

WIĘCEJ: herdocs.pl

9 marca 2020

Wszyscy (nie) jesteśmy fotografami

Wykonanie zdjęcia 181 lat temu było procesem trudnym, żmudnym i czasochłonnym. Czas można podawać w różnych jednostkach miary. Współczesną mogłaby być liczba zdjęć zamieszczonych w mediach społecznościowych. Czy w dobie selfie i śmieciowej fotografii o robieniu zdjęć można powiedzieć jeszcze coś nowego? Okazją do rozwiania wątpliwości będzie spotkanie promujące książkę Wszyscy Jesteśmy Fotografami. Z Bownikiem, Filipem Springerem i autorkami cyklu o takim właśnie tytule - Katarzyną Sagatowską i Moniką Szewczyk-Wittek rozmawiać będzie Juliusz Ćwieluch z tygodnika "Polityka" (i gościnnie autor "Pisma").

WIĘCEJ: bigbookcafe.pl

22 marca 2020

Pussy Riot: Riot Days (41. Przegląd Piosenki Aktorskiej)

W ramach 41. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu wystąpi rosyjska grupa feministyczna Pussy Riot. Jak zwykle w przypadku tego ekscentrycznego kolektywu, nie wiadomo, czego doświadczymy - czy obrazoburczego performance'u czy punkowego koncertu. Jedyne, czego możemy być pewni, to że będzie prowokacyjnie, wywrotowo i antytotalitarnie, występ odbędzie się bowiem pod hasłem: "Każdy może rozrabiać". Pussy Riot będą rozrabiały w Piekarni - Centrum Sztuk Performatywnych we Wrocławiu.

WIĘCEJ: ppa.wroclaw.pl

28, 29, 30 marca 2020

Trasa koncertowa "Cohen i Kobiety"

Kobiecą siłę na scenach w Szczecinie, Zabrzu i Warszawie zaprezentują artystki interpretujące utwory jednego z najbardziej cenionych kanadyjskich piosenkarzy i poetów, Leonarda Cohena. Koncerty odbędą się w ramach powrotu trasy "Cohen i Kobiety", która wystartowała jesienią 2018 roku i do dziś wyprzedaje sale koncertowe w całej Polsce. Muzykę Cohena wykonają Anita Lipnicka, Natalia Kukulska, Daria Zawiałow, Grażyna Łobaszewska, Julia Pietrucha, Barbara Wrońska, Matylda Damięcka i Paulina Przybysz.

WIĘCEJ: cohenikobiety.pl

zdjęcia materiały prasowe

TYMCZASEM // FELIETON

Smok

Siedzą przy drzwiach. Babcia coś czyta. Chłopiec trzyma pudełko. Tutaj każdy trzyma pudełko. Niektóre pudełka chroboczą.

Czas się dłuży. Na parapecie leżą reklamy suplementów i ulotki o adopcji węży. Obok stare egzemplarze "Twojego Gada i Płaza".

Dzieciak wpatruje się w kalendarz ścienny pt. Króliki domowe. (Styczeń - karzełek perski. Luty - karzełek teddy. Marzec - karzełek rex).

Wchodzi facet w średnim wieku i poczekalnia natychmiast się kurczy. Niby niewysoki, a ledwo się mieści. Dopiero wszedł, a już się nudzi. Już się kręci, zerka, pogaduje.

- Co tam masz? - pyta chłopca. Nie dostaje odpowiedzi, więc sam zagląda. W pudełku siedzi smok. Jest szary i nieruchomy.

- O, agama - mówi facet. - Ile ma?

- Dwa lata - odpowiada babcia.

- Mała jak na dwa lata. I ogon nie bardzo.

- To przez nerki. Syn kupił... - facet unosi brwi.

- Ty kupiłeś? - chłopiec nie odpowiada. Patrzy przed siebie.

(Kwiecień - królik marburski. Maj - podpalany).

- To nie syn, tylko wnuk - wyjaśnia babcia. Następuje seria komplementów i żartów. - Ależ co pan, ależ co pan!

- U nich są teraz małe dzieci - opowiada. - Kawalerowi urodziło się rodzeństwo, więc agamę dali mnie. Ale choruje. Przez te nerki tylko by spała. I chyba straciła wzrok.

(Czerwiec - syjamski. Lipiec - satynowy).

- Nasza lata po całym domu - cieszy się facet. - A najbardziej lubi siedzieć na klawiaturze laptopa. Wie pani, dlaczego? Dlaczego agama najbardziej lubi siedzieć na klawiaturze? - powtarza powoli, jakby odczytywał pytanie w teleturnieju. Babcia nie wie, ale chętnie się dowie. Chłopiec nie odrywa wzroku od kalendarza.

(Sierpień - wielki jasnosrebrzysty).

- Bo tam jest najcieplej - wyjaśnia facet. - Komputer ją grzeje. Raz nawet narobiła na klawisze. Trudno. Najważniejsze, żeby sobie biegała. Agama musi biegać. Czym karmicie?

- Kupuję karaczany po piętnaście - wzdraga się babcia. - A potem im ukręcam te głowy. Ale ona i tak nic już nie je.

(Wrzesień - wiedeński biały).

- Najważniejsza rzecz: nigdy nie dawać na pęsecie. Ja nigdy nie daję. Agama musi polować. I nie kupować w Żakolandii. Ja zawsze biorę bezpośrednio od producenta. Mam zniżkę, bo znam właściciela. Pani chce, to zaraz do niego zadzwonię. Po co przepłacać?

(Październik - francuski baran).

- Nie odbiera, sekretarka się włącza - wzdycha facet. - Ale dam pani adres. To jest taki budynek przy torach, nie pamiętam ulicy, trochę zaniedbany, bez szyldu. Mnie tam już znają, to sobie wybieram. Biorę te tłuste. Tłuste i ruchliwe. Tylko żadnych drewnojadów! Drewnojady są ospałe, tak się ślimaczą. Agama musi biegać.

(Listopad - morawski olbrzym).

- Ogólnie, jakby pani miała jakieś pytania, proszę dzwonić. Dużo czytam w internecie, zawsze mogę coś poradzić. A jakby była potrzeba nowej agamy, to jeden kolega rozmnaża. Zostawię wizytówkę.

(Grudzień - olbrzym srokacz, olbrzym srokacz, olbrzym srokacz).

Chłopiec się nie odzywa. Trzyma pudełko z umierającym smokiem.

rysunek ARKADIUSZ HAPKA

MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.