Pismo. Magazyn Opinii 03/2019 - Liliana Hermetz, Wojciech Kalarus, Emily Dickinson

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Kugelhopf

tekst LILIANA HERMETZ

Przez szczelne okiennice sypialni nie przedostaje się nawet najmniejszy promyk światła. Sen ma być mocny i niezakłócony. Dawniej Ir?ne otwierała okiennice, kiedy wstawała, a sypialnię zalewało światło i stawała się jasność. Noc oddzielała się od dnia. Ir?ne patrzyła wtedy na niebo, na swój ogród i na ruchliwą ulicę bogatego przedmieścia. Przez długi czas po drugiej stronie ulicy znajdowała się restauracja, w której Ir?ne i cała jej rodzina przepracowali wiele lat.

Dziś przedmieście połączono z centrum Strasburga nowoczesnym tramwajem.

W tamtych czasach prawie każdy poranek Ir?ne zaczynała od porannej toalety w łazience z podgrzewaną podłogą. Ir?ne lubi ciepło. (A raczej: Ir?ne nie lubi zimna). Poprawiała kok upinany raz w tygodniu przez tę samą, od lat przychodzącą fryzjerkę. Schodziła wolno do kuchni, witała się z psami, wygładzała im derki. Mówiła do nich coś, co było zapewne czułe, choć tak nie brzmiało, ale to wina alzackiego dialektu. Potem piła kawę z mlekiem i dużą ilością cukru, jadła kromkę puszystego, białego chleba, grubo posmarowaną masłem. (croissantów nie jadała nigdy). Nie zastępowała chleba niczym innym i miała ku temu powody.

Wkładała na nos okulary i z parapetu okna brała gazetę codzienną z wielkim turkusowym tytułem "DNA", czyli "Les Derni?res Nouvelles d'Alsace". Czytała strony wkładki, które były po niemiecku. Po stronach francuskich jej wzrok się tylko prześlizgiwał. Od czasu do czasu patrzyła na wiszący na ścianie zegar, zrobiony z wielkiej, mosiężnej patelni - jeden z wielu elementów wystroju wnętrza zdradzających restauratorską profesję domowników. Przed wyjściem sprzątała jeszcze stół, zbierając prawą dłonią do lewej okruszki po chlebie, wygładzała kolorowy obrus (prezent z Polski). Sprawdzała, czy psy mają pełne miski i świeżą wodę, głaskała je i wypuszczała do ogrodu. Żegnała się z nimi i, stukając po płytkach chodnika obcasami czółenek, szła do restauracji.

- Joh! Joh! - mówiła jeszcze do psów, co w tym twardym języku znaczy wiele rzeczy, na przykład: dajcie spokój, przecież jestem niedaleko i przyjdę do was niedługo. Nie rozpaczajcie tak.

Teraz w domu jest tylko jeden pies, Ir?ne przygarnęła go niedawno, po śmierci klienta i przyjaciela rodziny. Choć po odejściu tamtych mówiła, że nigdy więcej.

TEJ NOCY BYŁO JEJ ZIMNO. Mówiła przez sen i - gdyby dało się zrozumieć te dźwięki - byłaby z tego taka mniej więcej opowieść:

Zimno strasznie. Cały czas mi zimno. Słyszę, jak zęby mi dzwonią. Ludzi dużo, ale cieplej ubrani. Więcej mężczyzn niż kobiet. Nie widzę takich młodych jak ja. Słyszę szept kobiety w czarnej, futrzanej czapce: - Dlaczego ci matka nie dała porządnego palta? Chodź tu bliżej, w kupie cieplej. Nie bądź głupia. Zagrzejesz się. Jak się tu w ogóle znalazłaś? Powinnaś siedzieć u mamy za pazuchą jeszcze, jesteś za młoda. Nie masz matki ni ojca? Miastowa? Ile ty masz lat? Wiesz, gdzie jedziemy? Daleko nie zajedziesz z takim milczeniem. Umiesz mówić? Rób, jak chcesz. Chciałam pomóc. - I patrzy na moje długie warkocze.

Znowu stoimy, nie wiem dlaczego. Długo stoimy, długo. Jak się otwarły drzwi, tylko śnieg pada. Na polach i na drzewach w lesie tylko śnieg. Taki ciężki, mokry. Gałęzie uginają się od jego ciężaru. Domów nie widać. Zamykają nas. I na jeden raz znów jedziemy. Jest mi trochę cieplej. Robię się senna. Zasypiam w swoim kącie. Ale chce mi się sikać. Nie wiem, gdzie się tu idzie. Nie wiem, kogo spytać.

- Przepraszam, czy pani wie gdzie tu... Gdzie dla dziewcząt... Dla kobiet? Mam szesnaście. Piętnaście, bo dopiero w listopadzie... Nazywam się Marysia. Tam zamknięte wyjście i tam też. Może pukać? Tylko gdzie? Chyba trzeba czekać, aż znowu się zatrzymamy. Może na jakiejś stacji. Co pani myśli? Śpi pani? Ja też spróbuję spać.

Już prawie śpię. I widzę, jak jedna kobieta idzie tam do rogu, i tam sika na słomę. Za nią druga. A potem jakiś mężczyzna rozpina rozporek i też. Widzę, jak para idzie. Zasłaniam ręką nos. Mam dziurę w rękawiczce. Zasypiam.

- HALLO! IR?NE! Bonjour. Niech się pani obudzi. Hallo. Ça va?

- Ah! Ya, Julie. Już pani jest? Bonjour.

- No tak, jak co dzień o dziesiątej.

- Nie chce mi się dzisiaj wstawać. Będzie mi zimno.

- Ależ nie, jest ciepło. Już otwieram okiennice, sama pani zobaczy. Słońce mocno grzeje, kasztanowiec kwitnie. Całkiem ładny dzień. Proszę się chwycić tu i podnieść. Voila. Bardzo dobrze. Powoli proszę podkurczyć nogi. Nie kręci się pani w głowie? Ça va?

- Ya, ça va, ça va, Julie.

- A teraz chwilę odpocząć i sama. Kąpiel była wczoraj i włosy też umyłyśmy, pamięta pani?

- Tak, naturalnie, że pamiętam. Wszystko pamiętam, Julie. Gdyby reszta pracowała jeszcze tak jak głowa...

- Zdejmę pani koszulę. Ręce do góry, ale powoli. Może zdejmę na razie zegarek i tę bransoletę? Jest piękna, ale trochę nam przeszkadza. Dobrze, to chociaż zegarek. Dobrze pani spała, Ir?ne?

- Oui, oui...

- Siku, Ir?ne? Pomogę pani usiąść na tym tronie i wyjdę, dobrze?

- Nie. Pójdę dzisiaj do toalety.

- Na pewno? Proszę się nie zmuszać. Nie jest pani jeszcze całkiem zdrowa. Potem założymy sweterek. A! Dzisiaj zakładamy żakiet, widzę, i bluzkę. Ma pani dziś wizytę? Wybiera się pani gdzieś? Pomalutku, Ir?ne. Mamy czas. Zostawiam uchylone drzwi i czekam...

- Nie. Proszę zamknąć.

- A kto to dzisiaj do pani przychodzi?

- Kto przychodzi? A... taki jeden żurnalist.

- O, coś się śniło, widzę.

- Dużo się śni ostatnio.

- Ktoś dzwoni. Zejść otworzyć?

- Nie, synowa otworzy. To na pewno Thér?se, moja fryzjerka.

- No tak, przecież to środa. Mam przyjść po południu, Ir?ne?

- Nie, dziękuję, Julie, dzisiaj nie.

- SPIĘŁAM PANI MOCNIEJ Z TYŁU, żeby się lepiej trzymało, bo teraz częściej pani leży. Ile to już lat, Ir?ne, jak się znamy, co? Dwadzieścia cztery? Dwadzieścia pięć? Włosy ma pani ciągle piękne. Zawsze ich pani zazdrościłam.

- Ja ich dużo zgubiłam w ostatnim czasie. Moja mama też takie miała. Mama mnie zawsze długo, długo czesała. Jak miała czas, naturalnie. Czesała, czesała, a na koniec robiła mi warkocze. To najładniejsze, co pamiętam.

- No pewnie, zawsze się pamięta te miłe rzeczy. A nigdy nie mówiła pani o mamie...

- Oh, Thér?se! Każdy miał kiedyś mamę, nie?

- Pani nie mówiła dużo o przeszłości. Moje klientki, te starsze, zawsze tylko wspominają. Opowiadają o matkach, o mężach, jeśli są wdowami. A najwięcej o dzieciach.

- Thér?se, boli mnie dzisiaj głowa.

- Ojej, przepraszam. Za mocno spięłam? Już...

- Nie. Czesanie mi nie przeszkadza. Tylko słuchanie. Dzisiaj moja głowa nie pracuje dobrze. W tym języku.

IR?NE SIEDZI JUŻ W SWOJEJ KUCHNI, ubrana, jakby się szykowała do wyjścia. Pod stołem pies położył się przy jej spuchniętych nogach. Perłowy blond na wyczesanych i upiętych do tyłu niewidocznymi szpilkami włosach Ir?ne błyszczy w słonecznym świetle, które wpada przez duże okno. Brwi cienkie, zaznaczone ciemnoszarą kredką. Trochę pudru na twarzy.

Ręce spoczywają na stole, dłonie ma wciąż bardzo ładne. Szeroka, złota bransoleta zatrzymała się poniżej mankietu jedwabnej bluzki.

Ir?ne patrzy przez okno na ulicę i na przejeżdżający tramwaj. Tramwaj zatrzymuje się. W polu widzenia Ir?ne znajduje się fragment ogrodu z różami i furtka ze złotymi zdobieniami, ale ona patrzy na tramwaj. Ma ciągle bardzo dobry wzrok. Okularów używa tylko do czytania. Po prawej stronie może widzieć kwitnący, rozłożysty kasztanowiec, przy którym od jakiegoś czasu stoi ławeczka. Bywa, że siadają tam młodzi. Całują się, palą papierosy, słychać ich głosy, śmiechy. Tramwaj jest szaro-zielony, ma wielkie okna, których się nie otwiera, ale klimatyzacja działa bez zarzutu. Najnowocześniejszy tramwaj w całej Francji, czytała w "DNA" kilka lat temu. Wejście jest na poziomie chodnika, można wsiąść bez żadnego wysiłku. Jeszcze niedawno jechała nim do miasta. Ale w lutym ból w krzyżu zaatakował mocniej.

Patrzy i wsłuchuje się w dźwięki sygnalizujące zatrzymanie się i odjazd. Z miejsca, w którym teraz jest, nie może dostrzec twarzy pasażerów. Widzi tylko sylwetki. Wpatruje się długo, zamyślona. Okno jest teraz znacznie mniejsze, otwarte do połowy, i wychyla się przez nie młody mężczyzna, macha białą chusteczką. Pociąg zatrzymał się na chwilę. - To on! To on! - krzyczy Herta. - Mówiłam ci, że będzie tędy jechał. Popatrz! - Biegną obie z Marią jak najbliżej okna kuchennego baraku. Herta wychyla się i macha z całych sił. - Maria, pomachaj mu też. Bo on się już nie wróci. Mam takie przeczucie, że go więcej nie zobaczę. Haaans! - krzyczy bezgłośnie i posyła ręką buziaki. Mężczyzna macha, a potem wyciera chustką twarz. Maria też macha. Pociąg rusza i znika. Dziewczyny obejmują się przez chwilę i wracają do pracy. Herta nakłada ugotowaną breję do metalowych misek, wsuwa coś pod jedną z nich. Maria rozumie, że to znowu wiadomość dla Philippe'a, tego francuskiego jeńca. Boi się, to niebezpieczne, ale nie jest w stanie odmówić. Jej chude nogi są jak z waty. Idzie w kierunku baraku z jeńcami. Francuz przygląda się uważnie miskom. Na szczęście się domyślił.

Wciąż pamięta jego nieogoloną, chudą twarz i podkrążone piwne oczy.

"Do dziś nie wiem, którego z nich Herta bardziej kochała - myśli Ir?ne. - Ani z którym była w ciąży. A czy ona sama to wiedziała, ha? Ten Hans, Niemiec, faktycznie nie wrócił z frontu. A Francuza zabrali razem z innymi. Nie wiadomo, co się z nim stało". Ir?ne zamyśla się. Herta urodziła ładną dziewczynkę. Zawsze mówiła, że da jej moje imię. I tak zrobiła, nazwała ją Marie. Mieszkała z dzieckiem w Niemcach, w Tübingen, nie tak daleko stąd. Przyjeżdżała tu do nas przez kilka lat, a potem na jeden raz przestała. Pojechałam do niej z moim mężem, ale nie było jej w domu. Ta pani, u której Herta wynajmowała mieszkanie, powiedziała, że często gdzieś wyjeżdżała, aż w końcu spakowała walizki, zabrała dziewczynkę i już nie wróciła".

"Czemu to wszystko się teraz tak mocno przypomina - pyta samą siebie. - Na starość pamięć... szwankuje. Tak się to mówi?".

- URODZIŁA SIĘ PANI...? - Tysiąc dziewięćset dwadzieścia sześć. - Gdzie? - W Polsce. - Jest pani Polką? - A kim miałabym być? - Mieszka pani we Francji od? - Czterdziesty siódmy. Luty. To znaczy przyjechałam trochę wcześniej. To był listopad, już po moich urodzinach. Ale ślub był w czterdziestym siódmym, w lutym. - Jak się pani znalazła we Francji? - O to trzeba było pytać się mojego męża. Jak żył. A najlepiej pytajcie się Niemców. - Ile lat pani miała, kiedy pani wyjechała? - Ja nie wyjechałam. Zabrali mnie, tak jak stałam. W starym palcie, w zniszczonych butach. Nawet rękawiczki miałam z dziurami. Byłam wtedy na wsi u dziadzia, pojechałam po trochę kartofli. Miałam piętnaście, niecałe szesnaście. - Jak pani wyjechała, to znaczy mam na myśli środek lokomocji? - Tak jak wszyscy, pociągiem. Nieogrzewane wagony. Nic tam nie było, nie usiąść, nie do toalety pójść. Każdy załatwiał swoje potrzeby w rogu na słomę. No co zrobić? - Gdzie ten pociąg panią dowiózł? - Do Niemców. - Ale gdzie konkretnie? - Strasznie długo jechałyśmy. Pan rozumie, to nie było jak dzisiaj do Niemców jechać. Nie były takie dobre szyny jak dzisiaj. Pociąg jechał, potem stał, znowu jechał. Zima, to był luty, śnieg tak mocno padał. Pierwsze miejsce nie wiem, jak się nazywało. - Ale musiało mieć jakąś nazwę... - Na pewno miało. Ale nie pamiętam. A dla pana to jest ważne? - Tak, chciałbym znać fakty. - A jak ja panu mówię, to się nie liczy? - Liczy, ale... - Pan myśli, że ktoś coś nam tłumaczył, ha? Nie miałyśmy żadne informacje. Potem już tylko myślałyśmy, żeby wyjść z tego pociągu. Żeby mieć trochę świeżego powietrza. Jak pan jedzie kilka dni w taki sposób, nie jedzenia, nie picia. Ja chciałam do normalnej toalety, wstydziłam się. Byłam miastową dziewczynką. Byłyśmy biedne, ale... - Co pani tam robiła, w Niemczech? - Najpierw kopałam rowy. Ziemia była taka zamarznięta i twarda, nie mogłam na początku nawet wbić łopaty. - Co pani jeszcze pamięta? - Wszystko... Byłam ciągle głodna. Noh! To jest normalne, jak jesteś młody, chcesz jeść. Co to za jedzenie tam było, zupa, kawałek chleba jak z trocin. Jeżeli ja w ogóle dostałam jeść. - To znaczy? - Jak nie wykopałam tyle a tyle metrów rowu, nie dostałam jedzenia. - A wykopała pani? - Rzadko. - Jak pani przetrwała? - A to jest dobre pytanie. Ale odpowiedzieć nie jest tak prosto. Tam przy tych rowach czasem jedna dziewczyna, trochę starsza ode mnie, podzieliła się ze mną swoją porcją. - Dlaczego? - Nie wiem. - Nie była głodna? - Na pewno była. - Więc dlaczego? - Mówiła, że jej wystarczy. Miała więcej siły ode mnie. Potem mi opowiedziała, że pochodzi ze wsi, z gospodarstwa. Umiała ciężko pracować. Ale te rowy nie były jeszcze najgorsze, co się okazało dopiero potem. Chce się pan pytać dalej?

- Była pani żoną znanego restauratora. - Tak, znanego restauratora, który nie umiał gotować. - To znaczy? - To znaczy, że to, co ludzie tak u niego chwalili, gotowałam ja. To były moje pomysły, moje smaki i naturalnie moja ciężka praca. - Skąd pani wiedziała, jak należy to robić? - Z mojej głowy. Noh! Na początku nie wiedziałam. Próbowałam, wymyślałam. Mówiłam sobie: a, ty to musisz zrobić tak a tak, i to będzie lepsze. A, ty musisz dodać to i to, to będzie dobre połączenie. Wie pan, każdy kucharz ma takie petits trucs. Takie swoje sekrety. Jak ja robiłam na przykład ten znany alzacki kugelhopf? Wszyscy wiedzą, że trzeba dodać schnaps do ciasta, a ya, naturalnie. Ale kiedy jego dodać? Ja mogę panu zdradzić... - Yyy, a jak się pani czuła we Francji? - Pan mi nie wierzy. Naturalnie. Stara kobieta coś panu opowiada. Cudzoziemka. Mówi z akcentem i nie zawsze dobrze po francusku. - Wszystko rozumiem, dobrze pani mówi.

- Wie pan, jednego razu u nas, w restauracji, było już po obiedzie, ale jeszcze miałam robotę w kuchni, mąż zawołał mnie, bo przyszli jego znajomi. Zdjęłam szybko fartuch, wytarłam ręce z mąki, poprawiłam włosy i poszłam. Przywitałam się, naturalnie, jak się należy. Usiadłam, chociaż rzadko to robiłam. Z klientami siedział zawsze mąż. No i była jakaś dyskusja, noh, taka rozmowa, jak to przy stole, o tym, która medycyna jest lepsza, czy niemiecka, czy francuska. I ktoś tam mówi, że Niemcy są lepsze. I ja wtedy na jeden raz mówię, tak, one mogą być lepsze, a ya, naturalnie, tyle eksperymentów na ludziach, co oni zrobili, ha? Tyle co oni ludzi pobiły, pomordowały. Tak, mogły się lepiej nauczyć od innych. Przy stole zrobiło się cicho i nikt nie wiedział, co powiedzieć. Potem już nic nigdy nie mówiłam.

- Pomoże mi pan odpiąć bransoletę? Pokażę panu coś. Chce pan słuchać dalej?

TA ROZMOWA Z ŻURNALISTĄ nie miała miejsca. Jednak Ir?ne coraz częściej ją sobie wyobraża.

Wciąż siedzi w swojej kuchni, choć o tej porze powinna się położyć i odpoczywać.

Po obiedzie napiła się kawy - bez cukru, bo doktor Albert zabronił. Noh! "Nie ma problemu, panie doktorze, człowiek może się do wszystkiego przyzwyczaić, ha?".

Patrzy wciąż na tramwaj, na pojedynczych ludzi wsiadających i wysiadających. Słyszy, jak synowa mówi: - Mamo, niech się mama położy, nie wolno tak długo siedzieć, krew nie cyrkuluje dobrze, przecież mama wie. Znowu nogi będą spuchnięte.

"Ya, ya, Annie, masz całkowitą rację" - myśli Ir?ne.

"Wszyscy o mnie myślą. Doktor Albert ciągle przychodzi słuchać, jak pracuje serce. Annie jeździ do apteki po nowe lekarstwa. Muszę dużo leżeć i odpoczywać. A jakby tak na jeden raz ktoś wysłuchał mojej historii, ha?".

LILIANA HERMETZ (ur. 1964), pisarka, teatrolożka. Laureatka Nagrody Conrada 2015 za powieść Alicyjka. Finalistka Międzynarodowego Konkursu Opowiadania Wrocław 2015. Autorka powieści Costello. Przebudzenie (2017). Publikowała w "Znaku", "Didaskaliach", "Medium Publicznym", "Gazecie Teatralnej".

STUDIUM

Poza zasięgiem

tekst PATRYCJA BUKALSKA

JAKAŚ FORMA PRZEMOCY: fizyczna, psychiczna, seksualna, dotknęła siedmioro na dziesięcioro polskich dzieci w wieku od jedenastu do siedemnastu lat. To znaczy, że statystycznie takie dziecko zna każdy z nas.

Codziennie w południe włączanych jest pięć linii Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży. Natychmiast stają się zajęte. Nigdy nie udaje się odebrać telefonów od wszystkich, którzy próbują się do- dzwonić. Trzeba mieć nadzieję, że z sygnałem "zajęte" nie pozostają ci, właśnie próbują popełnić samobójstwo. Inaczej nie dałoby się pracować.

Taki telefon to już ten kres, gdy nawet nie czeka się na pomoc. Dzwonią dzieci, które tylko chcą być usłyszane. Mówią: "Niech pani po prostu ze mną będzie, jak będę umierał, bo się boję". Myślą, że doszły do końca drogi. Rodzice są czasem w drugim pokoju.

Na warszawskiej Woli pracownice socjalne prowadzą program program "Odpowiedzialna mama" zaczyna działać, gdy dziecka nie ma jeszcze na świecie. Jedna z pracownic Ośrodka Pomocy Społecznej odwiedza kobiety w ciąży w potencjalnie ryzykownej sytuacji, samotne, z dysfunkcyjnych rodzin - z problemem alkoholowym lub przemocowych. Stara się być ich wsparciem, przewodniczką w nowym życiu, zapobiec problemom. Jest przy nich również potem, gdy dziecko się narodzi. Czuwają, by nic złego się nie działo.

Wolę, gdzie realizowany jest program, od Centrum Pomocy Dzieciom Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę (FDDS), która prowadzi między innymi telefon zaufania, dzieli kwadrans jazdy tramwajem. Pomiędzy nimi - całe spektrum możliwych dziecięcych problemów. I system pomocy - tej oficjalnej, regulowanej przez państwo poprzez odpowiednie instytucje i ustawy, i tej oferowanej przez organizacje pozarządowe. Są asystenci, świetlice, stypendia, zespoły i grupy robocze, pedagodzy i kuratorzy. Powinno działać.

PODSTAWĄ JEST PRAWO. Najpierw była ustawa o pomocy społecznej z 2004 roku, potem ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej (weszła w życie w 2012 roku), która przejęła część zadań wcześniejszej legislacji, ale reguluje też nowe kwestie. Teraz są to równoległe akty prawne. No i jest jeszcze ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie z 2005 roku. Ustawy są nowelizowane, zapisy zmieniane, w gąszczu regulacji trudno się zorientować. W każdym razie przepisy prawa są takie same dla wszystkich, ale już sposób ich realizowania zależy od władz samorządowych, ich możliwości organizacyjnych i interpretacji. I budżetów.

Sprawy socjalne realizowane są zwykle przez ośrodki pomocy społecznej - miejskie (MOPS-y) lub gminne (GOPS-y). Nazwy jednak bywają różne - może być MOPS, a może być MOPR (Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie). Albo Centrum Pomocy Społecznej. Niektóre zadania mogą być też zlecane fundacjom. Paleta jest szeroka: od świadczeń materialnych, przez poradnictwo, opiekę dla seniorów i pieczę zastępczą dla dzieci, po przeciwdziałanie przemocy i tym podobne.

Z jednej strony system pozwala na pewną elastyczność, zależnie od potrzeb mieszkańców danej gminy. Z drugiej - wiele w tym bałaganu. Różnic jest więcej, bo inaczej pracuje się w MOPS-ach, zwłaszcza w dużych miastach, a inaczej w gminach, gdzie często mała grupka pracowników jest obarczona zbyt wieloma zadaniami. Jednak w małych ośrodkach wszyscy się znają i łatwiej wykryć nieprawidłowości. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce nie zawsze chce się użyć wiedzy o sąsiadach.

I jak zawsze - najwięcej w tym wszystkim zależy od człowieka.

dalsza część artykuł dostępna w pełnej wersji