Pismo. Magazyn Opinii 02/2020 - Marcin Wicha, Misia Furtak, Szczepan Kopyt, Wang Wei

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Kiszone ogórki

tekst KATHERINE MANSFIELD przełożyła MAGDA HEYDEL

I wtedy, po sześciu latach, znowu go zobaczyła. Siedział przy jednym z tych bambusowych stolików z japońskim wazonem papierowych żonkili. Przed nim stała wysoka patera z owocami, a on bardzo uważnie, tak że natychmiast rozpoznała ten jego "specjalny" sposób, obierał pomarańczę.

Musiał jakoś wyczuć w niej wstrząs rozpoznania, bo podniósł głowę, a ich oczy się spotkały. Niesamowite! Nie poznał jej! Uśmiechnęła się; zmarszczył brwi. Podeszła do niego. Na chwilę zamknął oczy, a kiedy je otworzył, twarz mu się rozjaśniła, jakby ktoś w ciemnym pokoju zapalił zapałkę. Odłożył pomarańczę i odsunął do tyłu krzesło, a ona wysunęła z mufki ciepłą dłoń i wyciągnęła do niego.

- Vera! - zawołał. - Zdumiewające! Naprawdę, przez chwilę cię nie poznałem. Nie usiądziesz? Jadłaś lunch? Nie napijesz się kawy?

Zawahała się, ale oczywiście zamierzała zostać.

- Tak, napiję się kawy - i siadła naprzeciwko niego.

- Zmieniłaś się. Bardzo się zmieniłaś - rzekł, wbijając w nią żarliwe, jasne spojrzenie. - Świetnie wyglądasz. Chyba nigdy nie widziałem cię w tak dobrej formie.

- Naprawdę? - podniosła woalkę i rozpięła wysoki, futrzany kołnierz. - Nie czuję się świetnie. Nie znoszę tej pogody, wiesz.

- Och, wiem. Nie lubisz zimna...

- Nienawidzę - zadrżała. - A najgorsze jest to, że gdy się człowiek starzeje...

- Przepraszam cię - przerwał jej i zastukał w stolik, przyzywając kelnerkę. - Poproszę kawę ze śmietanką.

Ponownie zwrócił się do Very:

- Na pewno nic nie zjesz? Może owoce? Owoce mają tutaj naprawdę dobre.

- Nie, dziękuję.

- No to ustalone - i, uśmiechając się odrobinę zbyt szeroko, na powrót wziął do ręki pomarańczę. - Mówiłaś, że gdy się człowiek starzeje...

- ...to chłodnieje - zaśmiała się. Ale myślała o tym, jak świetnie pamięta tę jego sztuczkę: żeby jej przerywać. Sześć lat temu doprowadzało ją to do rozpaczy. Odczuwała to wówczas tak, jakby nagle zasłaniał jej usta dłonią, odwracał się, by załatwić jakąś sprawę, a potem zabierał rękę i z tym samym, odrobinę zbyt szerokim uśmiechem ponownie obdarzyał ją uwagą. Już można. Wszystko ustalone.

- Chłodnieje! - powtórzył ze śmiechem. - Oho. Nadal masz te swoje powiedzonka. I jeszcze jedno nie zmieniło się ani trochę: twój piękny głos, twój piękny sposób mówienia.

Teraz spoważniał; pochylił się ku niej, aż poczuła ciepły, ostry zapach skórki pomarańczy.

- Wystarczy, że wypowiesz jedno słowo, a poznam twój głos wśród wszystkich głosów świata. Nie wiem, co takiego... często się nad tym zastanawiałem... co takiego ma w sobie twój głos, że przywodzi na myśl... tak nieodparte wspomnienia... Pamiętasz to pierwsze popołudnie, któreśmy spędzili razem w Kew Gardens? Byłaś zdumiona, że nie znam żadnych nazw kwiatów. Nadal jestem takim samym ignorantem, choć tyle mi tłumaczyłaś. Ale kiedy jest ładnie i ciepło, a ja spoglądam na jaskrawe kolory - dziwna rzecz - słyszę, jak mówisz: "Bodziszek, nagietek i werbena". Czuję wtedy, że te trzy słowa to wszystko, co mi zostało z jakiegoś zapomnianego, niebiańskiego języka... Pamiętasz to popołudnie?

- O tak, świetnie pamiętam.

Wciągnęła powietrze, miękko, powoli, jakby stojące między nimi papierowe żonkile wydawały nieznośnie słodki zapach. W jej pamięci to popołudnie zapisało się jako absurdalna scena w kawiarni. Tłum ludzi pije herbatę w chińskiej pagodzie, a on zachowuje się jak wariat z powodu os - opędza się od nich, tłucze w nie słomkowym kapeluszem, z powagą i wściekłością kompletnie nieproporcjonalnymi do sytuacji. Och, jak wszyscy wokoło chichotali. A ona, jak ona cierpiała.

Ale teraz, gdy mówił, to wspomnienie znikło. Obraz przywołany przez niego był prawdziwszy. Tak, to było cudowne popołudnie, pełne bodziszków i nagietków, i werben, i słonecznego ciepła. Jej myśli zatrzymały się przy tych dwu ostatnich słowach, jakby je wyśpiewała.

W tym cieple rozwinęło się kolejne wspomnienie. Zobaczyła siebie siedzącą na trawniku. On leżał obok, aż w pewnej chwili, po długim milczeniu, obrócił się na plecy i położył głowę na jej kolanach.

- Chciałbym - powiedział cichym, niespokojnym głosem - chciałbym teraz zażyć truciznę i zaraz umrzeć. Tu i teraz!

W tym momencie jakaś mała dziewczynka w białej sukience, trzymając w ręku ociekającą lilię wodną na długiej łodydze, wychynęła zza krzaka, spojrzała na nich i schowała się z powrotem. On tego nie widział. Vera pochyliła się nad nim.

- Ach, dlaczego tak mówisz? Ja nie mogłabym tego powiedzieć.

Ale on tylko jęknął cicho, ujął jej dłoń i przycisnął do policzka.

- Ponieważ wiem, że będę cię kochał za bardzo. O wiele za bardzo. I będę strasznie cierpieć, Vero, bo ty nigdy, nigdy mnie nie pokochasz.

Teraz niewątpliwie wyglądał znacznie lepiej niż wówczas. Znikły całkiem to jego rozmarzenie, niepewność i niezdecydowanie. Teraz sprawiał wrażenie człowieka, który odnalazł własne miejsce w życiu i zajmuje je z pełnym przekonaniem, co - by ująć rzecz oględnie - robiło wrażenie. Niewątpliwie miał teraz pieniądze. Ubrany był znakomicie i w tej właśnie chwili wyciągnął z kieszeni rosyjską papierośnicę.

- Zapalisz?

- Owszem, chętnie - pochyliła się nad papierosami. - Wyglądają na bardzo dobre.

- I zdaje się, że są bardzo dobre. Mam na St. James's Street człowieka, który je dla mnie robi. Nie palę wiele. Nie jestem taki jak ty, ale jeśli już palę, to papierosy muszą być znakomite, bardzo świeże. Palenie to dla mnie nie nałóg, to luksus, jak perfumy. Czy nadal tak lubisz perfumy? Ach, kiedy byłem w Rosji...

- Byłeś w Rosji? Naprawdę? - przerwała mu.

- Tak. Ponad rok. Zapomniałaś, jak planowaliśmy, że się tam wybierzemy?

- Nie, nie zapomniałam.

Zaśmiał się osobliwym półśmiechem i odchylił się w fotelu.

- Czy to nie dziwne? Ja naprawdę odbyłem wszystkie te podróże, któreśmy planowali. Byłem we wszystkich miejscach, o których rozmawialiśmy, i to na tyle długo, by - jak mawiałaś - zdążyć się w nich "wywietrzyć". Właściwie ostatnie trzy lata spędziłem w podróży. Hiszpania, Korsyka, Syberia, Rosja, Egipt. Zostały mi tylko Chiny, zamierzam się tam wybrać, gdy wojna się skończy.

Kiedy to mówił tak lekkim tonem, stukając papierosem o popielniczkę, poczuła, że dziwne zwierzę, które tak długo drzemało gdzieś głęboko w jej wnętrzu, przeciąga się, ziewa, strzyże uszami, raptem podnosi się na łapach i wbija tęskne, głodne spojrzenie w te odległe miejsca. Odezwała się z delikatnym uśmiechem:

- Jak ja ci zazdroszczę.

Przyjął to.

- Było cudownie - rzekł. - Zwłaszcza w Rosji. Rosja jest taka jak sobie wyobrażaliśmy, tylko znacznie lepsza. Spędziłem nawet kilka dni na Wołdze, na barce. Pamiętasz tę piosenkę przewoźników, którą kiedyś grałaś?

- Tak - i zaraz usłyszała ją w głowie.

- Grasz ją czasami?

- Nie, nie mam fortepianu.

- Co się stało z twoim pięknym fortepianem? - zdumiał się.

Skrzywiła się lekko.

- Sprzedałam. Wieki temu.

- Przecież tak kochałaś muzykę - zamyślił się.

- Nie mam teraz czasu.

Nie ciągnął tej kwestii.

- Życie na rzece - mówił dalej - jest absolutnie wyjątkowe. Po paru dniach nie wyobrażasz sobie nawet, że kiedykolwiek żyłaś inaczej. I wcale nie trzeba znać języka. Na barce między tobą a tymi ludźmi tworzy się więź, która w zupełności wystarcza. Jesz z nimi, spędzasz z nimi cały dzień, a wieczorem są śpiewy bez końca.

Zadrżała, bo piosenka przewoźników znowu zabrzmiała w jej głowie, głośno i tragicznie; zobaczyła, jak barka unosi się na ciemniejącej rzece, porosłej z obu stron melancholijnymi drzewami.

- Tak, to by mi się podobało - rzekła, gładząc mufkę.

- Podobałoby ci się niemal wszystko w rosyjskim stylu życiu - mówił ciepłym tonem. - Tam się żyje tak nieformalnie, tak impulsywnie, tak niesamowicie swobodnie. A ci chłopi są po prostu wspaniali. Tacy ludzcy. Tak, właśnie ludzcy. Nawet człowiek, który powozi, ma... ma swój prawdziwy udział w tym, co się dzieje. Pamiętam, jak pewnego wieczoru nasza grupka - dwóch moich przyjaciół i żona jednego z nich - wybrała się na piknik nad Morze Czarne. Wzięliśmy coś na kolację i szampana, siedzieliśmy na trawie, jedliśmy i pili. A kiedyśmy tak siedzieli, podszedł do nas nasz woźnica. "Spróbujcie kiszonych ogórków" - mówi. Chciał się z nami podzielić! To mi się wydało takie na miejscu, takie... wiesz, o co mi chodzi?

W tej chwili czuła, że siedzi na trawie nad tajemniczym Morzem Czarnym, czarnym jak aksamit, bijącym o brzeg cichymi, aksamitnymi falami. Zobaczyła wóz odstawiony na bok drogi i grupkę na trawie, twarze i dłonie bielały w blasku księżyca. Ujrzała rozpostartą jasną suknię tej kobiety i jej zwiniętą parasolkę, leżącą na trawie niczym ogromne perłowe szydełko. Obok nich siadł woźnica - na kolanach w serwetce miał swoją kolację. "Spróbujcie kiszonych ogórków" - mówił, a ona, choć nie była pewna, co to właściwie są kiszone ogórki, zobaczyła zielonkawy słój, w którym, niczym dziób przelatującej papugi, błysnęła czerwona papryczka chili. Wciągnęła policzki; ogórki były okropnie kwaśne...

- Tak, doskonale wiem, o co ci chodzi - odpowiedziała.

W chwili ciszy, jaka teraz nastąpiła, spojrzeli na siebie. Kiedyś, gdy na siebie tak patrzyli, czuli bezgraniczne porozumienie, jakby ich dusze obejmowały się wzajemnie i opadały w jedno morze, rade utonąć, niczym pogrążeni w smutku kochankowie. Teraz jednak, ku jej zaskoczeniu, on przerwał ten moment.

- Jak ty potrafisz cudownie słuchać - powiedział nagle. - Kiedy patrzysz na mnie tymi szalonymi oczyma, czuję, że mógłbym ci powiedzieć to, czego nikomu innemu nigdy bym nawet nie szepnął.

Czy w jego głosie pojawiła się drobniusieńka nutka kpiny, czy tylko się jej zdawało? Nie była pewna.

- Zanim cię poznałem - ciągnął - nikomu niczego o sobie nie mówiłem. Tak dobrze pamiętam ten wieczór, kiedy przyniosłem ci małą choinkę i opowiedziałem ci wszystko o swoim dzieciństwie. O tym, jak byłem tak nieszczęśliwy, że uciekłem z domu i przez dwa dni, nim mnie znaleźli, mieszkałem pod wozem na naszym podwórzu. Słuchałaś tego z błyszczącymi oczyma, a ja czułem, że dzięki tobie słucha mnie nawet ta mała choinka, jak w bajce.

Z tego wieczoru zapamiętała słoiczek kawioru. Kosztował siedem szylingów i sześć pensów. On nie był w stanie się z tym pogodzić. "Pomyśl - taki mały słoiczek kosztuje siedem szylingów i sześć pensów". Kiedy jadła, obserwował ją, zachwycony i wstrząśnięty. "No naprawdę, to jest jedzenie pieniędzy. Nie dałoby się nawet wcisnąć siedmiu szylingów do tak maleńkiego słoiczka. Pomyśl tylko, jaki oni muszą mieć z tego zysk". I zaczął przeprowadzać jakieś niezwykle skomplikowane obliczenia... Ale teraz nie było żadnego kawioru. Choinka stała na stole, a mały chłopiec leżał pod wozem z głową wtuloną w podwórzowego psa.

- Ten pies nazywał się Bosun - zawołała z zachwytem.

Nie zrozumiał, o co chodzi.

- Jaki pies? Ty miałaś psa? Nie pamiętam żadnego psa.

- Nie, nie. Mam na myśli tego psa z podwórka, kiedy byłeś mały.

Roześmiał się i zatrzasnął papierośnicę.

- Tak? Wiesz, że nie pamiętałem? Zdaje mi się, że to było wieki temu. Nie mogę uwierzyć, że minęło tylko sześć lat. Kiedy cię dzisiaj rozpoznałem, musiałem przeskoczyć - przeskoczyć całe swoje życie, by wrócić do tamtego czasu. Byłem wtedy dzieciakiem.

Zabębnił palcami po stole.

- Często myślałem sobie, że musiałem cię zanudzać. Teraz doskonale rozumiem, dlaczego napisałaś do mnie to, co napisałaś, chociaż wtedy ten list niemal mnie zabił. Znalazłem go któregoś dnia i, czytając, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. To było takie inteligentne - mój absolutnie prawdziwy portret.

Podniósł na nią wzrok.

- Chyba jeszcze nie idziesz?

Zapięła kołnierz i spuściła woalkę.

- Obawiam się, że muszę - powiedziała i uśmiechnęła się z trudem. Teraz już nie miała wątpliwości, że sobie z niej kpił.

- Ach, nie, błagam - poprosił. - Zostań jeszcze chwilę. Wziął ze stołu jej rękawiczkę i ścisnął, jakby to mogło ją zatrzymać.

- Nie widuję się teraz prawie z nikim, z kim można by porozmawiać, zrobił się ze mnie prawie dzikus - powiedział. - Czy powiedziałem coś, co cię uraziło?

- Ależ skąd - skłamała. Jednak kiedy patrzyła, jak przesuwa rękawiczkę między palcami, tak delikatnie, delikatnie, gniew naprawdę w niej ucichł, zwłaszcza że w tej chwili bardziej przypominał siebie sprzed sześciu lat...

- Tak naprawdę wtedy chciałem tylko jednego - rzekł cicho. - Stać się dywanem, zamienić się w dywan, po którym mogłabyś iść, aby nie raniły cię ostre kamienie i aby nie dokuczało ci błoto, którego tak nienawidziłaś. Nie było w tym nic bardziej oczywistego... nic bardziej samolubnego. Tyle że w końcu pragnąłem zamienić się w czarodziejski dywan i zabrać cię w te wszystkie krainy, które tak bardzo chciałaś zobaczyć.

Kiedy mówił, uniosła głowę, jakby coś piła. To dziwne zwierzę w jej wnętrzu zaczęło mruczeć.

- Czułem, że jesteś najbardziej samotną istotą na świecie - ciągnął. - A zarazem że być może jesteś jedyną istotą na świecie, która naprawdę, prawdziwie żyje. Jakbyś się urodziła w nie swojej epoce - szepnął, głaszcząc rękawiczkę. - Jakbyś była skazana.

Boże! Co ona zrobiła! Jakże mogła w ten sposób odrzucić własne szczęście. Tylko ten jeden człowiek ją rozumiał. Czy jest już za późno? Czy to możliwe, że jest za późno? To ona jest tą rękawiczką, którą on trzyma teraz w dłoni...

- I jeszcze fakt, że nie miałaś przyjaciół i nigdy się z nikim nie zaprzyjaźniałaś. Jakże dobrze to rozumiałem, bo ze mną było tak samo. Czy tak jest nadal?

- Tak - wyszeptała. - Tak samo. Jestem samotna jak zawsze.

- Ja też - zaśmiał się łagodnie. - Tak samo.

Nagle szybkim ruchem zwrócił jej rękawiczkę i głośno odsunął krzesło.

- Ale to, co wówczas wydawało się nam tak tajemnicze, teraz jest dla mnie absolutnie jasne. I dla ciebie oczywiście także... Po prostu byliśmy wtedy takimi egoistami, tak byliśmy pochłonięci sobą, tak w sobie zatopieni, że nie mieliśmy w sercach nawet odrobiny miejsca dla kogokolwiek innego. Wiesz - wykrzyknął naiwnie i szczerze, tak strasznie stając się znowu przeciwieństwem dawnego siebie - kiedy byłem w Rosji, zacząłem studiować systemy umysłowe i przekonałem się, że nie było w nas nic osobliwego, że to jest dość dobrze znana forma...

Wyszła. Siedział jak rażony piorunem, niewymownie zdumiony. A potem poprosił kelnerkę o rachunek.

- Śmietanka jest nietknięta - rzekł. - Proszę mi za nią nie liczyć.

Copyright for the translation by Magda Heydel.

MAGDA HEYDEL (ur. 1969), tłumaczka, autorka przekładów m.in. Josepha Conrada, Seamusa Heaneya, Alice Oswald i Virginii Woolf. Honorowa członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, dwukrotna laureatka nagrody miesięcznika "Literatura na świecie".

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA "PISMA" POLECA W STYCZNIU:

1 lutego 2020

Miriam Cahn nad Wisłą

Do końca lutego można oglądać w Warszawie wystawę Miriam Cahn: Ja, istota ludzka. To pierwsza w Polsce monograficzna wystawa szwajcarskiej artystki Miriam Cahn, jednej z najważniejszych i najbardziej uznanych malarek drugiej połowy XX i początku XXI wieku.

WIĘCEJ: artmuseum.pl

18 lutego 2020

Lublin: czy poeta to zawód?

O tym, kim dzisiaj jest poeta - i poetka - oraz jak wygląda ich praca twórcza dowiemy się z rozmowy Jerzego Sosnowskiego z Małgorzatą Lebdą i Antonim Pawlakiem w lubelskim Teatrze Starym. Podczas spotkania spróbują oni znaleźć odpowiedź na pytanie, czy pisanie poezji jest taką samą profesją jak inne, a może sposobem na życie, pasją, hobby lub misją? I czy w kraju, w którym tak niewiele osób czyta wiersze, można z tego żyć?

WIĘCEJ: teatrstary.eu

20 stycznia 2020

Język a wykluczenie

Z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego poznańskie Centrum Kultury ZAMEK zaprasza na debatę o roli języka jako narzędzia, które może wykluczać. Uczestnicy spotkania: prof. Ewa Kołodziejek, prof. Inga Iwasiów, prof. Danuta Krzyżyk, dr Margaret Amaka Ohia-Nowak i Jacek Denhel będą rozmawiać m.in. o językowych mechanizmach dyskryminacji i stereotypizacji. Współorganizatorami spotkania są: Rada Języka Polskiego przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk i Prezydent Miasta Poznania.

WIĘCEJ: ckzamek.pl

25 stycznia 2020

Drzazga w Nowym Teatrze

W ramach cyklu spotkań literackich warszawskiego Nowego Teatru - Nowa Książka - pojawi się Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć Mirosława Tryczyka. To kolejne podejście do tematu, którym Tryczyk już się zajmował: dziedzictwa pokolenia sprawców i świadków Zagłady oraz tego, jaki mają do niego stosunek ich dzieci i wnuki - ci, którzy chcą pamiętać.

W rozmowie wezmą udział Mirosław Tryczyk oraz redaktor książki, reporter Marcin Kącki. Prowadzenie Agnieszka Lichnerowicz.

WIĘCEJ: nowyteatr.org

26 lutego 2020

Mistrzowie psychologii w Sopocie

W ramach cyklu spotkań z najwybitniejszymi psychologami i psycholożkami organizowanych w sopockiej księgarni Smak Słowa (przy tzw. Monciaku), wysłuchamy rozmowy Wiesława Łukaszewskiego z prof. Tomaszem Grzybem, współautorem (razem z Dariuszem Dolińskim) książki Posłuszni do bólu. Analizuje ona kwestię uległości wobec autorytetu sześćdziesiąt lat po słynnym eksperymencie Milgrama.

WIĘCEJ: smakslowa.pl

TYMCZASEM // FELIETON

AI

Jak się zwracać z gorącą prośbą?

- Zapomniałeś hasła?

- Tak, zapomniałem hasła. Proszę, przyślijcie mi kod. Przyślijcie mi link. Przysięgam, że nie jestem robotem. Rozpoznam samochody i znaki drogowe. Odczytam pokraczne litery, falujące na pięciolinii. Rozpoznam wszystko, tylko pozwólcie mi wymyślić nowe hasło.

Tym razem się postaram. Użyję wielkich i małych liter oraz co najmniej jednej cyfry. Moje hasło nie będzie przypominało żadnego słowa w języku ludzi czy aniołów, żadnej daty urodzin, nazwy miejscowości, nazwiska ulubionego pisarza. Nikomu go nie udostępnię. Nie będę go wysyłał ani zapisywał. Będę strzegł mojego hasła jak oka w głowie.

Dajcie mi ostatnią szansę. Rzućcie mi koło ratunkowe. Spytajcie o imię mojego psa z dzieciństwa. O ulicę, przy której dorastałem. O nazwisko pierwszej nauczycielki, o pierwszy dzień w szkole, o szelest nylonowych fartuchów, obdrapany brzeg ławki, pierwszą ilustrację w podręczniku. (To był dom na wsi. Pole, traktor, dwoje dzieci z koszykiem kiepsko wydrukowanych jabłek. Na następnej stronie przebiorą oboje w granatowe fartuszki i posadzą w klasie. Całym zdaniem się odpowiada, najpierw podnieś rękę, czekaj).

A pierwsza nauczycielka? Pamiętam, że kiedyś pokazała nam slajdy z polskiej stacji polarnej. Wyblakłe kadry z mężczyznami w puchowych kurtkach. Było zbyt jasno, słońce wpadało przez zasłony, północny krajobraz wtopił się w ekran. Zobaczyliśmy tylko czerwone kurtki. Podobno reszta była ciekawsza, na którymś zdjęciu miał się nawet pojawić biały niedźwiedź. Więc tak, pamiętam, pierwsza nauczycielka nazywała się -------------, a jej mąż przezimował kiedyś na Spitsbergenie.

A jeśli zapomnę te slajdy, to wy zapomnicie o mnie.

Jak odpowiadać na pytania, które przychodzą e-mailem?

- Dużo czytasz, szyjesz lub majsterkujesz?

- Sporo majsterkuję, chociaż mam zaległości w lekturach.

- Czy twój czworonóg niszczy meble?

- Nie, mój czworonóg nie niszczy mebli. Przyślijcie mi czworonoga.

- Brzydko tną twoje noże? Są tępe twoje noże?

- Tak moje noże są tępe. Pewnie dlatego tną brzydko i krzywo. Bardzo chciałbym je zaostrzyć za pomocą wolframowej ostrzałki. Wtedy moje noże będą piękne i ostre. Przyślijcie mi, proszę, wolframową ostrzałkę.

- Byłbyś szczęśliwy, gdybyś miał piękny uśmiech?

- Myślę, że byłbym szczęśliwy. Przyślijcie mi piękny uśmiech. Będę się uśmiechał do dzieci i dorosłych. Będę rozdawał uśmiechy potrzebującym niczym milioner filantrop, nie prosząc o nic w zamian, nie domagając się głosów ani poprawy wyników oglądalności.

- Chciałbyś znów obserwować owady, małe przedmioty?

- Tak, chciałbym znów obserwować owady: mrówki, azjatyckie biedronki i chrząszcze majowe, które latają, jakby nie potrafiły latać. Chciałbym też obserwować małe przedmioty. Gdybym odzyskał tę możliwość, obserwowałbym agrafkę, koralik, zakrętkę od pasty do zębów, skuwkę i żołnierzyka.

- Masz smród? Ty też nie potrafisz wyczyścić rynny?

- Tak, mam smród. Ja też nie potrafię wyczyścić rynny.

- Denerwuje cię światło innych samochodów lub słońce?

- Owszem, słońce denerwuje mnie ostatnio. Niech już się lepiej zamieni w czerwonego karła czy coś.

- Chcesz wszystko zobaczyć w niesamowitej ostrości?

- Nie, niektórych rzeczy wolałbym nie oglądać w niesamowitej ostrości.

- Masz często zmęczone stopy?

- Tak, często mam zmęczone wszystko. Chętnie wypróbuję separatory z silikonu.

- Ledwo możesz siedzieć, tak bolą cię plecy?

- Tak, przyślijcie mi poduszkę podobną do plastra miodu, żelową poduszkę uśmierzającą ból z obrotowymi głowicami i termoterapią.

- Zmagasz się?

- Czasami.

rysunek ARKADIUSZ HAPKA

MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.