OPOWIADANIE
Dzień drugiej ucieczki
tekst JULIA FIEDORCZUK
Bywają dni od samego świtu skazane na porażkę, pokraczne, zamazane, zmęczone, nigdy nieosiągające kompletnej, dojrzałej formy - jak uszkodzone płody żyjące tylko po to, żeby sczeznąć, zanim się urodzą. Jest to kwestia pewnego rodzaju pogody, jednak nie tej powierzchownej, przejawiającej się za pośrednictwem słońca, deszczu i wiatru, tylko głębszej, można powiedzieć: kosmicznej. Stare babki znały się na takiej pogodzie, dlatego kiedy nadchodził jeden z tych niewydarzonych dni, Ziemakowa od razu wiedziała, że nie ma sensu walczyć, uszkodzony czas i tak musiał wrócić do Wielkiego Młynka na ponowny przemiał i żadne starania nic by tu nie dały. Ludzkie przedsięwzięcia nie miały najmniejszych szans powodzenia w takim trefnym dniu, był to czas zgniłych jajek, zakalca i plączącej się włóczki. Najlepiej było wtedy powstrzymać się od wszelkich działań, nie przydawać cherlawemu światu ciężaru ludzkich spraw, nie dokładać Wielkiemu Młynkowi twardych orzechów do zmielenia. Dawniej Ziemakowa przeważnie spędzała takie dni na czytaniu gazet. Nie gotowała, nie cerowała, nie wychodziła do ogródka, do ludzi ani do zwierząt, tylko siadała przy nakrytym popękaną ceratą kuchennym stole i czytała wszystkie zgromadzone przez Ziemaka gazety - od deski do deski. Wspomagała w ten sposób działanie Wielkiego Młynka, wychodząc z założenia, że jeśli coś naprawdę musi się wydarzyć, to lepiej temu czemuś pomóc niż przeszkadzać. Gazety były po brzegi wypełnione zdarzeniami i Bardzo Ważnymi Słowami, które jednak po przeczytaniu ulegały rozproszeniu w zwykłym życiu, zatracając znaczną część swojej ważności. W papier (z taką a taką wiadomością) ktoś pakował wędzoną makrelę, historia (taka a taka) zatykała dziury w ażurowym dnie łubianki, opowieść (taka a taka) lądowała w skrzynce przy piecu, aby w swoim czasie posłużyć za podpałkę. Prędzej czy później ogień trawił Bardzo Ważne Słowa, zdarzenia osypywały się do popielnika, te zapisane drobną czcionką i te wytłuszczone. Czytając gazety (od deski do deski), Ziemakowa czuła pokrewieństwo z orzącą glebę dżdżownicą, przerabiającą grudki minerałów, zgniłe liście i zepsute zwierzęta na żyzną próchnicę, z której w żywszym dniu coś wykiełkuje, coś świeżego, a może i jadalnego.
- Jak mam ci to powiedzieć - zastanawiał się Ziemak. - Jak mam ci powiedzieć, żeś umarła?
Akurat trafił się jeden z takich niedorodzonych dni. Ziemakowa od dawna już niczego nie czytała, nie cerowała, nie gotowała i nie wychodziła do ogródka, tylko leżała w szarej pościeli, gapiąc się w prostokąt okna, a Ziemak obok niej. Ich dom - wybudowany przed laty przez młodego Ziemaka dla powracającej uchodźczyni, dla bezdomnej sieroty o twardym spojrzeniu, dla gibkiej, ciemnowłosej, milczącej młódki - ten dom powoli zapadał się w sobie jak stary grzyb. Okna już prawie dotykały ziemi, pająki tkały w kątach siwe pajęczyny, kołatki toczyły sczerniałe belki sufitu, blakły zdjęcia i pruły się wspomnienia. Leżąc w łóżku, Ziemakowie widzieli jeszcze skrawek nieba. Ni takie, ni siakie, ni to rozsłonecznione, ni to zachmurzone, trwało w jakimś swoim letargu, a Ziemakowa wpatrywała się w nie szeroko, bardzo szeroko otwartymi oczami, najwyraźniej nie mając o niczym pojęcia.
- Jak mam ci powiedzieć - martwił się jej mąż, zaglądając w ogromne, nic nierozumiejące oczy. - Jak mam ci to powiedzieć?
Tak dobrze poznał te jej oczy przez wszystkie wspólnie przeżyte lata, zimy i jesienie, zrozumiał ich rozmaite pogody, odcienie. Tyle razy widział, jak mętniały od gniewu albo jak się w nich pojawiały iskry, albo, w kochaniu, jak ciemniały. Umiał znaleźć smutek - dobrze ukryty na dnie szary klejnot. Wiedział, gdzie czai się lęk. Umiałby poznać, czy patrzy na swojego, czy na obcego, na przyjaciela, czy na wroga, czy przebywa w czasie teraźniejszym, czy odpłynęła do przeszłości. Tyle dni, tyle lat - i kiedy one minęły, gdzie przepadły? Tak dobrze znał te oczy, że teraz, kiedy umarła, pierwszy to wiedział: jakby żadnej w ogóle pogody nie było, nic, jak nieraz przed świtem, kiedy niebo najpierw traci wszelki kolor, zanim się zabarwi, a to na słonecznie, a to na deszczowo.
- Już z tego wyrka nie wstaniesz - wyszeptał. - Nie wyjdziesz z chałupy, nie przysiądziesz na ławce, starych kości już na słonko nie wystawisz.
Pojawiły się ptaki, zupełnie jakby wysypały się z malutkich dziur w nijakim niebie, ziarno z rozprutego worka. Przyglądała się im uważnie, jak krążą, z pozoru bezładnie, i jak ich z chwili na chwilę przybywa. Raz zbijały się w chmurę, raz rozpraszały po całym niebie - czarne płatki sadzy, opadające powoli na ziemię.
- Trzeba się pakować - powiedziała nagle bez słów.
Zawsze wiedziała, że ten dzień w końcu nadejdzie, bo kto raz uciekał, będzie uciekał znowu, toteż kiedy nadszedł - Czas Ponownego Uciekania - nie była zaskoczona.
- Czy ci się to podoba, czy nie - mówiła bezsłownie do Ziemaka - trzeba wszystko ładować na wóz: mąkę i cebulę, ciepłe ubrania, koce, gęsi, dzieci. Tak, dzieci. Małe, niedorodzone dzieci, gdzie one? Znaleźli je pod łóżkiem, zimne i nieruchome, pozawijane w szmaty, przez cały czas tam leżały. Ciężko było wciągać to wszystko na furę, albo ona, Jewdokia, zrobiła się mniejsza albo arba była tym razem ogromna. Sąsiedzi pomogli, ludzie pomogli, jakoś się wreszcie zabrali. Ludzie krzywdzą, ludzie ratują - myślała sobie w tym zamęcie. Ludzie krzywdzą, ludzie ratują, a czasem jeden i ten sam i krzywdzi, i ratuje... W Kirgizji, dokąd za pierwszym razem uciekli, dziwni ludzie, poprzebierani za kolorowe diabły, czekali na stacji z chlebem. "Czy są tutaj ludzie tacy jak my?" - pytali przyjezdni. "Nie, nie ma" - odpowiedzieli tamci. Ale chleb był chlebem, ludzie - ludźmi, nie diabłami. Wieczorami opowiadali baśnie. I była baśń o trzech braciach, tym braciom pomagały zwierzęta, wół, orzeł i wąż, a jedno było większe od drugiego, największe zaś było niemowlę. Niemowlę zawinięte w chustę, a tą chustą można było zakryć pół świata...
Wiedział, że jak Jewdokia się uprze, to nie ma na nią mocnych. Odjechali. Ziemak i Ziemakowa na wozie, w szarej pościeli, a razem z nimi dwójka małych dzieci. I piecyk, koza dająca dużo ciepła, szybko, ale na krótko, i skrzynia pełna wykrochmalonych obrusów i prześcieradeł, i filiżanka z utłuczonym uchem (a dałaby sobie rękę uciąć, że ją wyrzucała), i ogromne płaszcze, pełne pająków i moli. Ciągnęła defilada złachanych furmanek, wóz przy wozie, za wozem, dużo ich było, a z przodu ikona jakieś święte osoby przedstawiająca, drogę na wschód wskazująca. Długo tak jechali albo wcale niedługo, nie umieliby powiedzieć, kiedy świst przeciął powietrze - raz, drugi i trzeci. Nie przestraszyła się, bo raz już to przeżywała. I wtedy także padali ludzie. I wtedy także padały zwierzęta. Trupy kładły się na poboczu i wtedy, i teraz. I chowało się niektórych, jakby się sadziło ziemniaki. Co było większe, piec czy filiżanka?
Ciągnęła defilada złachanych furmanek, wóz przy wozie, za wozem, polami i lasami, a ptaki spadały z nieba, sypały się z nich suche liście, dużo, dużo liści, żółtych i brązowych, i tworzył się z nich szeleszczący dywan. Z postrzelonych ludzi dusze uciekały od razu, ale zwierzęta trzeba było czasem dożynać, uparte płynęło w nich życie! Jak w Anieli - przypomniała sobie naraz Jewdokia. Uderzyła bomba, a kiedy opadł kurz, zobaczyli, że Aniela biegnie, to znaczy próbuje biec, na trzech nogach. Przed czym uciekała, przed wojną czy przed samą sobą? Przed tą brakującą tylną nogą? Nie można uciec przed niczym, toteż daleko nie uciekła, przewróciła się na ziemię, ale umierać nie myślała, tylko muczała. Strasznie głośno muczała, w koło i w koło, że nie można było tego wytrzymać.
A teraz niebo zrobiło się czarne od ptaków, jak w nocy. Tylko ta noc nie stała w miejscu, a szamotała się, jak jakaś żywa rzecz pochwycona w niewidzialną pułapkę. Głodni ludzie zjadali ranne zwierzęta, to było słuszne. Ziemakowie naciągnęli na siebie płaszcz, wielki jak namiot. Jechali i jechali. Można powiedzieć, że całą wieczność tak jechali. Co było większe, wieczność czy ten płaszcz?
- Bylebyśmy się nie zgubili - zaklinała Jewdokia.
- Opowiadałaś kiedyś - przypomniał sobie Ziemak - o kobiecie, która jechała tylko z małą córeczką, bo męża i syna straciła zaraz na początku drogi. Opowiadałaś, jak się zgubiły i jak się znalazły.
- Bomba ich trafiła, akurat ich dwóch, tego męża i tego syna - podjęła kobieta. - W jednej chwili z rodziny została się tylko połowa. Ta kobieta nie chciała już żyć, ale żyła, nikt jej o zdanie nie pytał, i jej córka też żyła. Przygarnęli ich sąsiedzi, co zaraz za nami jechali. Nakarmili. Ale droga długo się ciągnęła, bardzo długo. Ludzie wszystko pozjadali i zaczęli głodować. Ta córka była bardzo słaba, spuchła z głodu i wyglądało, że umrze, a wtedy zasadzi się ją przy drodze tak jak innych. Wtedy dotarliśmy do jakiegoś miasta, gdzie rozdawali zupę z kotłów, specjalnie dla nas, bieżeńców, przygotowaną. Wszyscy złazili z wozów i biegli do tej zupy, ludzie się przewracali i tratowali nawzajem. Setki, tysiące ludzi. One też pobiegły, te dwie. W dziecko wstąpiły jakby nowe siły i dziewczynka puściła rękę matki. Na chwilę. I ta kobieta potem ciągle powtarzała: "Puściłam! Nie utrzymałam!". Rozdzielił je tłum i już się nie spotkały. Szukała tej córeczki przez wiele dni, rozpaczając, rozpytując, ale nie znalazła. W końcu trzeba było wsiadać do pociągu, jechać dalej, tam, gdzie skończy się uciekanie i będzie, jak obiecywano, nowy dom. "Puściłam! Nie utrzymałam!" - lamentowała ta kobieta. Tłumaczyli jej, żeby jechała, bo tam na miejscu prędzej dzieciaka odnajdzie. Aż w końcu ktoś jej nawet powiedział: "Pani, dzieciak już pewno nie żyje". Wtedy pojechała. Z całej rodziny już tylko ona jedna. Wszystkich po drodze o tę córeczkę rozpytywała. "Puściłam! Nie utrzymałam!" - powtarzała w koło i w koło, aż nie można było tego wytrzymać.
- Po jakimś czasie osłabła - wtrącił się Ziemak niecierpliwie, jak dziecko, które pilnuje, żeby opowiedzieć mu dokładnie tę samą co zawsze wersję ulubionej bajki.
- Dostała gorączki. Akurat pociąg się zatrzymał i wszyscy wysiedliśmy, żeby czekać, aż coś się w naszej sprawie zdecyduje, bo w takim podróżowaniu jak nasze to więcej czekania, niż jechania. Wzięli tę biedaczynę do szpitala. Była zima, mróz straszny. Ledwie nie umarła. Ale znowu nie umarła - widać taki był jej los, żeby nie umrzeć. Dalej żyła i w koło powtarzała: "Puściłam! Nie utrzymałam!". Wszystkich lekarzy i pielęgniarki pytała, czy przypadkiem nie widzieli tej córeczki.
- Jednego dnia... - znowu wciął się Ziemak.
- ...przywieźli chore dzieci. Nie było miejsca, to pokładli je razem z kobietami. Ciemno było, że nic nie widać. Utuliła jakieś maleństwo i zasnęły. A kiedy się razem obudziły, zobaczyła, że to ta jej zguba.
- Swój w końcu znajdzie swego - powiedział mężczyzna, bo zawsze tak mówił na końcu tej historii. - Swój w końcu swego odnajdzie, w tym czy tamtym świecie.
Łzy spływały po jego policzku, pomar- szczonym jak liść.
Czyżby już było widać jezioro Issyk-kul? Wojłokowe jurty? - zastanawiała się Jewdokia. W jednostajnej podróży czas robi się nieforemny, kurczliwy i rozciągliwy, niemierzalny, ciemny. Stukanie pociągu wchodziło im w krew, zlewało się z biciem serca i rytmem oddechu, byli życiem, duszą maszyny pełznącej na wschód, przez lasy i góry, przez śnieg. Nie mieli pojęcia, czy długo tak jadą, czy krótko. W końcu czasu już w ogóle nie było, a tylko stukotanie pociągu. Pociąg pożarł pogodę, dzień i noc, i ludzkie sprawy. Co było największe?
Zrobiło się ciemno. Szeroko otwartymi oczami Ziemakowa próbowała coś w tej ciemności wypatrzeć: piecyk żelazny, a wokół niego dużo słomy i ludzie przynoszą jedzenie: bliny, kapustę. Dzieci się obudziły, karmiła je jabłkami. Jabłka pachniały piwnicą i myszami, jak w zimie.
"Jak po drabinie w głąb studni" - pomyślała.
- Nie bój się - mówił tymczasem mężczyzna. - Już ci nic nie grozi. Już jesteś bezpieczna. Przez całe życie ten strach próbowałem z twoich oczu wypędzić - ciągnął. - Mówili, że jesteś dzika, że nie wiadomo, co ci tam po drodze zrobili, że taka dzikość w oczach kobiety niebezpieczna jest. Ale ja wiedziałem, że głupstwa gadają. Wiedziałem, że tobie potrzeba domu. A kiedy umarł twój brat, zostałaś sama jak palec. Wtedy zdecydowałem, że ja dam ci dom. Że sam będę dla ciebie rodziną, że będę dla ciebie światem, jeżeli potrzeba. Śpij, śpij, ptaszyno. Pamiętasz, jak dużo wtedy spałaś? Nie można cię było dobudzić nawet na jedzenie. Skulona przy piecu jak kot. A kiedy ty tak spałaś, ja zacząłem budować ten tu dom. Na odludziu, daleko ode wsi, żeby spokój był. Żebyś mogła spać, ile dusza zapragnie, jeśli tego ci było potrzeba. Ty będziesz spała, ptaszyno, a ja cię będę strzegł - tak myślałem. I widziałem iskry w twoich oczach, kiedy zobaczyłaś podwaliny. Kiedy pierwszy raz weszłaś pod dach, twoje oczy pociemniały od miłości. I myślałem, że mi się udało. Że udało się ciebie uratować.
Jewdokia nagle nie mogła doliczyć się dzieci, tak dużo ich było, swoich i nieswoich. Pochowała je po kieszeniach. Przyrosły do niej jak gałązki do drzewa, tak było słusznie, teraz już na pewno się nie pogubią, pomyślała. Głos męża dochodził do niej z daleka, jakby zza ściany.
- Dojedziesz do nas - powiedziała do niego bez słów.
- Dojadę niedługo - obiecał.
Ziarno kiełkuje w ciemności. Teraz widziała, jak pęka, jak się z niego wyłania kobiece i męskie, jak z jednego robi się różne i jedno drugie wypycha na świat z tej ciemności, z tej pełni. Powoli, z uporem. Taka była w tym siła, że aż myślało się o kochaniu. Biały pęd przebijał się przez warstwy ziemi ku słońcu, z którym ona już się pożegnała, a to, co kobiece, puchło od pokarmu. W jakiejś słodyczy rozpłynął się cały jej smutek. Słońce dyszało z wysiłku, w koło i w koło powtarzając swoją wędrówkę. Tymczasem Jewdokia, u samych cierpkich źródeł życia, gładziła się po pustym brzuchu, pamiętając czasy, kiedy i w niej zasiewano ziarno. Spokój, który ją nachodził po miłości, podobny był do tego, który odczuwała, towarzysząc umierającym. Wkrótce zaczęli gadać, że to dzięki niej odchodzą łagodnie, i ludzie we wsi przestali się jej bać. Posyłali po nią, kiedy trzeba było kogo przeprowadzić na drugą stronę, więc szła i przeprowadzała - taki miała los.
Jeśli ciemność zależy od światła, to głęboko, pod ziemią, gdzie nie sięgają promienie hojnej bestii słońca ani nawet łagodniejszy, kobiecy blask księżyca, źródło wszelkiego rytmu, tam - głęboko, głęboko w studni - nie ma już ciemności. Nie ma dnia, nie ma nocy, nie ma kiełkowania ani rozkładu. Nie ma tego ani tamtego. Szarówka - pomyślała Jewdokia. Jak ten czas przed świtem albo po zachodzie słońca, ale przed zmierzchem, pomiędzy porami, niegotowy. W tym miejscu rodzą się dni, te udane i te niewydarzone, jak dzieci, które próbowała dawać Ziemakowi za jego miłość.
Nie mogła już robić dzieci, ale wolno jej było robić dni. Miała pod ręką wszystkie kolory: liście, kwiaty, motyle, owoce, ludzkie oczy; kolory rosły na drzewach jak owoce, tak samo jak ciepło i zimno, radość, smutek i wszystko, co pomiędzy. Roześmiała się jak mała dziewczynka i dalejże robić Ziemakowi dzień: jasny, złotojesienny i pachnący orzechami. Dzień po dobrym śnie, dzień między wojnami, dzień z czule wyrzeźbionych w krysztale powietrza godzin. Dzień, w którym dusza człowieka się cieszy - bo są takie dni - a tę odrobinę smutku, dodaną do smaku, nosi w oczach dla ozdoby.
Dzień drugiej ucieczki jest fragmentem powieści pt. Pod słońcem, która ukaże się na jesieni w Wydawnictwie Literackim.
JULIA FIEDORCZUK (ur. 1975), poetka, pisarka, tłumaczka. Za powieść Nieważkość nominowana do Nagrody Literackiej "Nike" 2016. Laureatka nagrody im. Wisławy Szymborskiej w 2017 roku za Psalmy. Doktor habilitowana nauk humanistycznych, prowadzi zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim.
Więcej na ten temat możesz posłuchać 26 lutego po godz. 12:00 na antenie
Warszawa 101,5 FM, Katowice 93,6 FM, Kraków 93,7 FM, Hel 107,8 FM oraz na www.chillizet.pl
Rzecz gustu,
CZYLI REDAKCJA "PISMA" POLECA W LUTYM:
1 luty 2019
Rzeźba monumentalna w Warszawie
Pomniki upamiętniające ofiary i bohaterów (Gdynia, Auschwitz-Birkenau), monumenty wychwalające przywódców (Lenina, Stalina, Piłsudskiego), budowle zburzone ze względów politycznych, ale też projekty niezrealizowane i takie, które przyniosły wiele kontrowersji (Pomnik Ofiar Katastrofy Smoleńskiej). Ponad dwadzieścia tego typu przykładów z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej stało się przyczynkiem do wystawy w Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego w warszawskiej Królikarni. To część większego projektu poświęconego rzeźbie monumentalnej. Polecamy uwadze i przy okazji zapraszamy na zimowy spacer po Parku Królikarnia i okolicznej Arkadii.
WIĘCEJ: krolikarnia.mnw.art.pl
6 luty 2019
Podcast o Night Vale
Twórcy podcastu Welcome to Night Vale wracają do Polski. 6 lutego wystąpią w Palladium. Kto nie zna tego kultowego amerykańskiego słuchowiska, niech sobie wyobrazi produkcję łączącą atmosferę grozy z książek Stephena Kinga z surrealizmem Twin Peaks i absurdalnym humorem. Wszystko w wersji audio, czytane głębokim głosem amerykańskiego neofuturysty Cecila Baldwina, głównego bohatera podcastu i znakomitą muzyką pochodzącego z Brooklynu kompozytora Jona Bernsteina. Organizatorzy zapewniają, że Welcome to Night Vale 2018/ 2019 World Tour przyniesie zupełnie nowe historie o mieścinie, które nie są dostępne w sieci.
WIĘCEJ: go-ahead.pl/show/welcome-to-night-vale
9 luty 2019
Wystawa i spektakl Garbaczewskiego
Krzysztof Garbaczewski to reżyser i autor adaptacji. Często uznawany za najciekawszego twórcę teatralnego swojego pokolenia. W Białymstoku w Galerii Arsenał do 15 marca można zobaczyć wystawę Badania terenowe, która nawiązuje do jego pracy i procesów twórczych. Warto wizytę w białostockiej galerii połączyć z obejrzeniem spektaklu Uczta według Platona, który będzie wystawiany w Warszawie w naszym zaprzyjaźnionym Nowym Teatrze w dniach 9-12.02. Grają: Magdalena Cielecka, Wojciech Kalarus i Jacek Poniedziałek.
WIĘCEJ: nowyteatr.org
20 luty 2019
Morcheeba i Brodka w Gdańsku
W lutym polecamy dwa niezwykłe koncerty, które dodatkowo mogą przyciągać dzięki miejscom, w których się odbędą. Pierwszy to koncert legendy trip hopu - Morcheeby w B90, czyli hali na terenach postoczniowych. Poza tym w lutym czeka nas seria występów Brodki w wersji MTV Unplugged - szczególnie warty uwagi będzie ten, który odbędzie się w magicznym budynku Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku.
WIĘCEJ: b90.pl/morcheeba
27 luty 2019
Dorothea Tanning i rok kobiet w Tate Britain
To pierwsza od ćwierćwiecza wystawa tej artystki na tak dużą skalę. W swoich pracach Tanning chciała pokazywać "stany nieznane ale, poznawalne", choć często przekraczające granice fizyczności i wyobraźni. Efekty jej starań możemy podziwiać w londyńskiej Tate Modern od 27 lutego. Znalazło się na niej sto prac - dowodów siedemdziesięcioletniej kariery Tanning, wśród nich surrealistyczne obrazy i przedziwne rzeźby wykonane z tkaniny. Wystawa Tanning zapowiada zmiany w Tate Britain, sieci galerii o wielu odnogach. Wszystkie one zamierzają świętować ostatnie sześć dekad swojej działalności prezentując w 2019 roku jedynie sztukę kobiecą. Obok prac w Tate Modern, podwoje dla prac Joanny Piotrowskiej otworzy Tate Britain, a pierwszą w Wielkiej Brytanii wystawę Anny Boghiguian pokaże Tate St Ives. Na dobry początek.
WIĘCEJ: tate.org.uk
28 luty 2019
Ginczanka w Lublinie
Ginczanka. Żar-Ptak/Fire-Bird to spektakl podróżujący. Posługuje się językiem koncertu, teatru i sztuk wizualnych. Tym razem wystawiony zostanie w Teatrze Starym w Lublinie. Twórcy prezentują wiersze Zuzanny Ginczanki połączone z transowym wokalem i muzyką Doroty Jaremy i Pawła Szamburskiego a Kamilla Baar - Kochańska pyta o pamięć i los artystki.
WIĘCEJ: teatrstary.eu
zdjęcia: materiały prasowe, Ivan Meštrović, model pomnika Józefa Piłsudskiego, fot. Bartosz Górka, Muzeum Narodowe w Warszawie; Dorothea Tanning, Eine Kleine Nachtmusik 1943, Tate ? DACS, 2018