Pisma wybrane. Wiek XX - Jerzy Łojek

Kup ebooka

20.00 zł
14.06 zł (13,66 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Agresja 17 września 1939

Studium aspektów politycznych

Od autora - Zamiast wstępu - i. Związek Radziecki a Niemcy i Polska - ii. Przymierze radziecko-niemieckie - iii. Traktat polsko-brytyjski - iv. Polska w obliczu beznadziejnej wojny - v. Szesnaście dni między Warszawą a Moskwą - vi. Moskwa: noc z 16 na 17 września - vii. Dzień 17 września: od świtu do południa - viii. Dzień 17 września: nieporozumienia i zaniechania - ix. Dzień 17 września: od południa do północy - x. Alianci wobec agresji radzieckiej - xi. Prasa i opinia publiczna Zachodu wobec agresji - xii. Wojna polska bez Rządu i Naczelnego Dowództwa - xiii. Między Moskwą a Berlinem - po 17 września - xiv. Rząd RP na emigracji a ZSRR - Zamiast konkluzji - Aneks

Pamięci Ojca i Jego Towarzyszy, jeńców obozów w Kozielsku, Ostaszkowie, Starobielsku, pracę tę poświęca autor

Od autora

Praca niniejsza jest wynikiem kilku lat badań źródłowych, w latach siedemdziesiątych prowadzonych ze zrozumiałymi trudnościami w kraju i parokrotnie w czasie krótkich wyjazdów do Francji i Anglii. Dokumenty zebrane w ciągu tych lat pracy nie stanowią naturalnie całości źródeł, z których powinien skorzystać autor monografii historycznej dotyczącej aspektów politycznych Agresji 17 września 1939, nawet jeżeli abstrahować od źródeł w ogóle niedostępnych, ukrytych w archiwach ZSRR (które najpewniej jeszcze długo nie dostaną się w ręce historyków), a ograniczyć się tylko do dokumentów zachowanych w zbiorach publicznych i prywatnych w Stanach Zjednoczonych, Republice Federalnej Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii, nie mówiąc o innych krajach Zachodu. Dla historyka polskiego mającego bardzo ograniczony dostęp do archiwów i bibliotek w wolnym świecie, zarówno miejscowych, jak i polskich emigracyjnych, było to zadanie właściwie niewykonalne. Jeżeli zdecydowałem się je podjąć, to dlatego, że po trzydziestu przeszło latach od chwili zakończenia Drugiej Wojny Światowej nie było żadnych oznak zainteresowania kogokolwiek tak ogromnej wagi problemem historycznym, którym zająć się powinni przede wszystkim historycy polscy zamieszkali na Zachodzie - jako mający prosty i łatwy dostęp do wszystkich możliwych do wyzyskania dokumentów. Nikt jednakże do tych badań się nie kwapił. Ten obowiązek naukowy i moralno-patriotyczny spadł więc na barki historyka zamieszkałego w kraju, mającego z natury rzeczy bardzo ograniczone możliwości poszukiwań źródłowych, a jeszcze bardziej publikacji gotowego dzieła, autora zmuszonego pracować w konspiracji i mogącego przedstawić wyniki swoich naukowych dociekań tylko pod pseudonimem. Zdaję sobie sprawę, że przedstawiona monografia ma liczne braki w swojej podstawie źródłowej lub dokumentacji poszczególnych twierdzeń. Ufam, że badania kontynuatorów tego dzieła luki te wypełnią, a nieścisłości sprostują. Przekonany jestem wszelako, że mimo nieuniknionej niekompletności faktografii przedstawiona w tej książce interpretacja wydarzeń Września 1939 roku, w sferze stosunków między Polską a ZSRR oraz Polską a Aliantami zachodnimi, jest najbliższa prawdy i możliwie najobiektywniejsza. Nie ujawniono dotychczas żadnego faktu, który mógłby skłonić do przedstawienia omawianych w tej książce wydarzeń w innym świetle.

Pierwsza wersja pracy o 17 września - jeszcze skrótowa, niepełna i pozbawiona dokumentacji - opublikowana została na łamach pozacenzuralnego miesięcznika warszawskiego "Głos", nr 10, w październiku 19781. Wywołała na łamach prasy pozacenzuralnej pewną dyskusję. Pojawiły się wówczas wypowiedzi zarówno aprobujące poglądy autora, jak również - czasami namiętnie - z nimi polemizujące. Te ostatnie uznawały oceny autora za krzywdzące Rząd RP i Naczelnego Wodza, a starały się wykazać, iż jakiekolwiek inne działanie w dniu 17 września 1939 nie było w ogóle możliwe. Starałem się na łamach "Głosu" zwrócić uwagę na niepełne poinformowanie moich polemistów w sprawach wydarzeń 17 września, a także na małą zasadność ich stanowisk z wychowawczo-politycznego punktu widzenia. Dyskusja prędko zresztą wygasła.

Zbliżająca się czterdziesta rocznica agresji 17 września w 1979 roku skłoniła mnie do przygotowania monografii historycznej z możliwie pełną dokumentacją. Agresja 17 września 1939 - jedyne powstałe dotychczas historyczne studium naukowe na ten temat - nie uzyskała jednak szansy wydania na Zachodzie przez wydawnictwa emigracyjne, poświęcające więcej uwagi upowszechnianiu niezależnych dzieł publicystycznych i literackich powstających w kraju. W kwietniu 1979 roku pełny tekst monografii dotarł do Paryża. Książka nie znalazła jednak uznania u wydawców, których podobne dzieło powinno było - jak sądziłem - zainteresować. Autor nie jest w stanie dociec, jakie były rzeczywiste przyczyny upartego uchylania się polskich ośrodków na emigracji od publikacji monografii na tak bezspornie ważny temat, jedynej przecież dotychczas sprawie tej poświęconej i mimo wszystko opartej na stosunkowo znacznym zasobie źródeł. Można mniemać, że o odmowie publikacji tej książki na Zachodzie przesądziła krytyczna ocena przez autora nie tylko zachowania sanacyjnej ekipy rządowej 1939 roku, ale również - w pewnym przynajmniej zakresie - istotnych aspektów polityki gen. Władysława Sikorskiego. W ten sposób niniejsza praca znalazła się w kontrowersji nie tylko wobec doktryny spadkobierców linii politycznej przedwrześniowych władz RP, ale także zwolenników linii Władysława Sikorskiego. Istotne znaczenie mógł mieć również fakt, że autor ujawnił (wtedy jeszcze raczej powściągliwie, w niniejszej wersji znacznie już obszerniej) swój nietypowy pogląd na sprawę polskiej racji stanu w 1939 roku, stwierdzając, iż ocalić nas wtedy mogła tylko czasowa czynna współpraca z Rzeszą Niemiecką, co godzi po dziś dzień w bezpodstawny dogmat polskiego myślenia historyczno-politycznego nie tylko w kraju, ale i na emigracji. Ubolewać należy, iż po upływie czterdziestu lat od 1939 roku podobne nastawienia doktrynalne przekreśliły szansę wydania na Zachodzie pracy naukowej, napisanej przez autora, który nie czuje się już obciążony ani dziedzictwem sporów z tamtej epoki, ani tradycją przestarzałej i opartej na nieporozumieniu doktryny geopolitycznej.

W tej sytuacji na ogłoszenie pełnego tekstu Agresji 17 września 1939 zdecydowało się w kraju niezależne Wydawnictwo "Głos". W 1979 roku możliwości edytorskie i poligraficzne wydawnictw pozacenzuralnych były jeszcze nikłe. Książka nie zdążyła na 40. rocznicę 17 września, ukazała się dopiero w początkach 1980 roku, w skromnej szacie graficznej i niewysokim nakładzie.

Niniejsze drugie wydanie zostało w znacznym stopniu poszerzone i uzupełnione o dodatkową dokumentację źródłową, między innymi przez uwzględnienie nowych, nielicznych zresztą publikacji i dokumentów, które pojawiły się na Zachodzie już po 1979 roku. Fragmenty interpretacyjne starałem się rozwinąć w taki sposób, aby usunąć niejasności i dokładniej wyjaśnić te elementy moich tez, które wzbudziły uprzednio nieporozumienia lub sprzeciwy.

L.J.

Warszawa, 11 listopada 1981.

p.s. Z przedstawioną powyżej przedmową poszerzony tekst niniejszej pracy został złożony na ręce przedstawicieli Wydawnictwa "Głos" w połowie listopada 1981. Poprawiony tekst przekazano do przepisania na maszynie, co niestety zajęło zbyt wiele czasu. Zamach stanu w PRL dnia 13 grudnia 1981 nastąpił w chwili, gdy przepisywanie nie było jeszcze ukończone. Po wielu tygodniach do rąk autora wrócił rękopis tylko części narracyjnej. W ręce SB wpadły części zawierające cały aparat naukowy i materiały dokumentalne.

W tej sytuacji wiosną 1982 roku przystąpiłem do odtworzenia zaginionej części monografii, korzystając z ocalałych na szczęście notat i wypisów źródłowych. Kończę tę powtórną pracę w chwili, gdy nie wiem, kiedy książka ta uzyska szansę ukazania się drukiem. Mam nadzieję, że prędzej czy później jednak to nastąpi.

L.J.

Warszawa, 3 maja 1982.

Zamiast wstępu

Dzień 17 września 1939 stał się w historii Polski tragicznym symbolem; dla całej polskiej świadomości narodowej i stosunków między Polską a Rosją jest obciążeniem tym większym, im dłużej w historiografii polskiej musi panować milczenie na temat genezy i przebiegu agresji radzieckiej przeciwko Polsce w 1939 roku, z im większym uporem historiografia polska i radziecka przemilcza lub nawet fałszuje przebieg ówczesnych wydarzeń, a zwłaszcza najważniejsze ich aspekty. W miarę upływu lat agresja niemiecka 1 września i agresja radziecka 17 września stają się coraz bardziej faktami historycznymi o znaczeniu nierównym, gdyż w polskiej świadomości narodowej coraz większym problemem nie jest już wyjaśniona niemal całkowicie i szczegółowo zbadana agresja niemiecka, lecz właśnie tajona, przemilczana i usilnie usuwana ze świadomości narodu agresja radziecka.

Wszelako nie stan badań nad obu agresjami wzmaga znaczenie tej, o której mówić i pisać w Polsce dotąd nie wolno, na Zachodzie natomiast w epoce détente niejako "nie wypada". Znaczenie historyczne 17 września staje się tym większe, im bardziej badania historyczne nad genezą Drugiej Wojny Światowej przekonują nas, iż bez poprzedzającego jawną agresję ZSRR przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej tajnego układu o podziale ziem Polski między Rzeszę Niemiecką i ZSRR - 23 sierpnia 1939 - Druga Wojna Światowa w ogóle by nie wybuchła, przynajmniej w roku 1939. Układ dnia 23 sierpnia wynikał z logiki ówczesnej sytuacji międzynarodowej, z fundamentalnej wspólnoty celów politycznych dwóch mocarstw totalitarnych: Rzeszy Niemieckiej i Związku Radzieckiego. Pokój w Europie i bezpieczeństwo Polski gwarantował "ład wersalski" 1919 roku, system poszanowania prawa małych narodów do samostanowienia i egzystencji państwowej w pełni niepodległej, przeciwko któremu walczył w latach 1942-1945 z maniackim doprawdy uporem Franklin Delano Roosevelt. Naruszył "ład wersalski", choć nie zburzył go do szczętu, układ w Monachium w 1938 roku. Wydało się wówczas znacznej części europejskiej i nawet światowej opinii publicznej, iż ZSRR zainteresowany jest w powstrzymaniu ekspansji Adolfa Hitlera. Większość polityków Europy i Ameryki (większość, lecz nie wszyscy) usiłowała dopatrzyć się w ZSRR przyszłego sojusznika, zdolnego przyczynić się do okiełznania agresji niemieckiej. Brano serio propagandowe wystąpienia z jednej strony Hitlera, z drugiej przywódców radzieckich i rzeczników Kominternu, traktowano jako wyraz zasadniczej sprzeczności polityczno-ideowej między obu mocarstwami totalitarnymi rozmaite wzajemne inwektywy propagandowe przedstawicieli ich rządów. W 1939 roku na Zachodzie próbowano naiwnie znaleźć w ZSRR sojusznika przeciwko Rzeszy. Nikt prawie nie zastanawiał się nad sprawą najważniejszą: w imię czego Związek Radziecki - gdyby był nawet ówcześnie zdolny do udziału w wojnie przeciwko Rzeszy - miałby się angażować po stronie demokracji zachodnich i Polski, dla ocalenia systemów tzw. kapitalistycznych przed Rzeszą Niemiecką Adolfa Hitlera?

ZSRR był równie jak Rzesza zainteresowany oczywiście w całkowitym zburzeniu "ładu wersalskiego". W roku 1939 nastręczyła się Józefowi Stalinowi okazja wyjątkowa: mógł dokonać tego siłami Adolfa Hitlera, pozostać na uboczu i realizować swój zasadniczy plan polityczny - aneksji Finlandii, Estonii, Łotwy, Litwy, połowy Polski i znacznej części Rumunii. Było to już wtedy tak oczywiste, że historyka zdumiewać musi fakt, iż znaczna część polityków europejskich - i ogromna większość polskich - nie dostrzegała nieuchronności sojuszu niemiecko-radzieckiego, jeżeli Polska miała nadal przeciwstawiać się hitlerowskiemu programowi ekspansji przeciwko Zachodowi i Wschodowi. Tylko desperackie "życzenie pobożne" (wishful thinking) w sytuacji śmiertelnego zagrożenia pokoju w Europie może być psychologicznym wytłumaczeniem tego stanu rzeczy.

Prowadzona przez Józefa Becka polska polityka zagraniczna byłaby zapewne - w sytuacji Polski lat trzydziestych - optymalna i logiczna, pod jednym wszelako warunkiem: że do antypolskiego porozumienia ZSRR z Rzeszą Niemiecką nigdy by nie doszło. Skoro jednak przy tej polityce prędzej czy później dojść musiało...

Józef Beck nie wierzył w możliwość daleko idącego zbliżenia Józefa Stalina z Adolfem Hitlerem. Jeden z najbliższych jego współpracowników tak pisze: "Myślał, że spór niemiecko-sowiecki będzie trwał wiecznie z powodu diatryb Hitlera przeciw komunizmowi i Sowietom". Nie pamiętał o licznych przykładach "odwracania przymierzy" w historii Europy, zapominał, że spory ideowe nigdy nie przeszkadzały w sojuszach mocarstw połączonych geopolityczną wspólnotą interesów; nie dostrzegał w końcu, że z punktu widzenia ideologii i praktyki politycznej Niemcy hitlerowskie i stalinowski Związek Radziecki więcej łączyło niż dzieliło. "Toteż układ Hitlera ze Stalinem w 1939 roku był dla Becka gorzką niespodzianką"2.

Jest faktem oczywistym, że niemal do dnia 23 sierpnia 1939 Polska miała jeszcze pewną, chociaż ograniczoną możliwość manewru. Historiografia PRL utrzymuje, że jedynym ocaleniem dla Polski mogło być ówcześnie tylko zbliżenie do ZSRR i sojusz militarny polsko-radziecki. Hipotezy te są bezpodstawne z kilku powodów. Po pierwsze, nikt nie dowiódł dotychczas, iż Józef Stalin pragnął w ogóle zawarcia sojuszu antyhitlerowskiego z Wielką Brytanią, Francją i Polską, a ujawniane coraz liczniej dokumenty dowodzą, że dążył właśnie do sojuszu odwrotnego. Po drugie, gdyby nawet taki sojusz był politycznie możliwy, należy przede wszystkim postawić pytanie, jaka byłaby jego cena i jego skutki dla Polski. ZSRR pogrążony był od lat w permanentnym procesie wyniszczania, najokrutniejszymi metodami ludobójczymi, wszelkiej opozycji antystalinowskiej - i nikt nie może wątpić, że w razie wkroczenia Armii Czerwonej tego rodzaju metody "sprawowania władzy" zostałyby natychmiast wprowadzone także na obszar Polski, po nieuchronnym obaleniu siłą czy podstępem niezależnego polskiego systemu politycznego i zastąpieniu suwerennego rządu w Warszawie - rządem marionetkowym. Polska utraciłaby oczywiście połowę swojego terytorium - bez żadnych rekompensat na Zachodzie, a nawet przy utracie Śląska i Pomorza na rzecz Niemiec. Albowiem niezdolny w rzeczywistości do prowadzenia jakiejkolwiek wojny przeciwko Niemcom (ślepota wywiadów brytyjskiego i francuskiego, które tego stanu rzeczy nie potrafiły dostrzec, doprawdy zastanawia) Związek Radziecki tak czy owak musiałby dojść do ułożenia jakiegoś modus vivendi z Rzeszą Niemiecką. Doszedłby do tego naturalnie kosztem Polski.

Gdyby jednak nawet, po uzależnieniu się od ZSRR i przy współpracy (w jakiejkolwiek formie) ZSRR z Wielką Brytanią i Francją, Polska zdołała wyjść z mniejszymi, niż stało się naprawdę, stratami z kryzysu lat 1939-1945, pozostaje bezsporne, iż wasalne uzależnienie Polski od Rosji stałoby się wówczas - jak stało się w rzeczywistości po roku 1945 - bezterminowym i niemożliwym do zlikwidowania. Wydaje się dzisiaj w świetle badań historycznych, że w sytuacji europejskiej 1939 roku Rzeczpospolita Polska nie mogła już utrzymać się jako państwo całkowicie suwerenne i musiała związać się z jednym z sąsiadów w taki sposób, który doraźnie pozbawiłby ją części terytoriów i ograniczył znacznie jej niepodległość. W sytuacji tej polska racja stanu nakazywała wybór ewentualnie takiego tylko uzależnienia, które byłoby z natury rzeczy uzależnieniem przejściowym, możliwym do usunięcia po zmianie światowej koniunktury politycznej. Otóż było oczywiste, że uzależnienie od ZSRR będzie (jeżeli nawet okazałoby się uzależnieniem tylko od ZSRR, a nie jednocześnie od związanych sojuszem dwóch mocarstw totalitarnych, Niemiec i Rosji) pozbawieniem Polski suwerenności praktycznie na zawsze. Nie można było bowiem spodziewać się takiego obrotu wydarzeń nadchodzącej Drugiej Wojny Światowej, który spowodowałby w ostatecznym wyniku zmagań rozbicie obu wielkich państw totalitarnych przez mocarstwa alianckie.

W jednej z ostatnich swoich dyskusji z grupą oficerów Sztabu Głównego Józef Piłsudski - jak głosi przekazywana dotąd ustnie relacja - postawił swoim współpracownikom zasadnicze pytanie: czy Polska jest zagrożona bardziej przez Niemcy, czy przez ZSRR? W jego wypowiedzi podsumowującej wątpliwości nie było. Polska była w latach trzydziestych bardziej zagrożona przez ZSRR, chociaż prawdopodobieństwo zbrojnej agresji było ze strony Niemiec o wiele większe. Albowiem - zwrócił uwagę Marszałek - przeciwko Niemcom Polska mogła zawsze uzyskać jakąś polityczną czy militarną pomoc mocarstw Zachodu. Przeciwko ZSRR - nigdy. Niemcy były dla Francji i Wielkiej Brytanii zagrożeniem nie mniejszym niż dla Polski. Związek Radziecki istniał natomiast w opinii rządów mocarstw zachodnich jako enigmatyczny i egzotyczny obszar poza ich realnymi zainteresowaniami. Przeświadczenie kół moskiewskich, jakoby Zachód interesował się stale Związkiem Radzieckim jako potencjalną groźbą dla światowego systemu kapitalistycznego, wynikało z naiwnej megalomanii Stalina i jego współpracowników.

Ocena Piłsudskiego jest jedną z najtrafniejszych wypowiedzi politycznych w całej historii Polski. Rzeczywiście - przeciwko Niemcom Polska uzyskała w 1939 roku pomoc polityczną, w postaci deklaracji wojny, choć bez żadnej realnej pomocy militarnej ze strony Francji i Wielkiej Brytanii. Natomiast wobec ZSRR pozostawała (jeżeli nie liczyć iluzorycznego sojuszu z Rumunią) zupełnie osamotniona.

Zastanawia brak refleksji politycznej w latach trzydziestych w Warszawie nad kruchością polskiej niepodległości - między dwoma wielkimi państwami totalitarnymi i przy własnej ekonomicznej i militarnej słabości. Rząd RP swoją działalnością polityczno-propagandową uniemożliwiał sobie zresztą jakikolwiek manewr w krytycznym momencie dziejowym, a w tym zakresie znajdował niestety oparcie w postawie znacznej części opozycji. Gdy dzisiaj czytamy rządową i prorządową prasę Polski międzywojennej z lat poprzedzających Drugą Wojnę Światową, uderza dość swoisty jej stosunek do obu sąsiadów. Wbrew prymitywnym oskarżeniom propagandy PRL, prasa polska lat trzydziestych była o wiele przychylniej nastawiona wobec dyskretniejszej polityki zagranicznej ZSRR, którego rząd nie głosił aż do ostatniej chwili żadnych pretensji wobec Rzeczypospolitej, tworząc pozory całkowitego uznania przez siebie status quo w Europie. Niemcy natomiast atakowali nieustannie Rzeczpospolitą w wystąpieniach publicznych i propagandowych, w okresie przedhitlerowskim nawet gwałtowniej niż w latach 1933-1938, domagali się rewizji granic, oskarżali Polskę o prowokacje lub stałe utrudnianie realizacji ich praw gwarantowanych przez umowy międzynarodowe. Wszystko to ustawiało propagandę polską przeciwko Rzeszy. Nikt oczywiście nie mógł tego głosić otwarcie, jednakże cała opinia publiczna była przeświadczona, że polski wysiłek obronny jest niezbędny przede wszystkim z uwagi na groźbę niemiecką; że groźba radziecka w ogóle nie istnieje. Przebudzenie 17 września miało być straszne.

Dochodziło do tego swoiste zadufanie propagandy rządowej. Kierując swoje twierdzenia zresztą bardziej w stronę nieufnej i oskarżającej władze o zaniedbania opozycji, niż na użytek za granicą, Rząd RP dawał społeczeństwu wyraźnie do zrozumienia, iż Rzeczpospolita schyłku lat trzydziestych jest właściwie "ósmym mocarstwem świata"3, że Wojsko Polskie dysponuje siłą co najmniej (sic) równą armii niemieckiej. W tej sytuacji polska opinia publiczna przyjmowała jako oczywistą ewentualność zbrojnego oporu wobec wszelkich żądań Hitlera, nie będąc w ogóle przygotowaną na możliwość jakichkolwiek ustępstw czy nawet kompromisu z Rzeszą, choćby odsuwających na rok czy parę lat groźbę wojny. Społeczeństwo polskie nie rozumiało, a co gorsza, nie rozumiał tego również Rząd RP, iż utrzymanie pokoju z Niemcami - wbrew temu, co twierdził min. Beck w swoim słynnym przemówieniu sejmowym 5 maja 1939 - właśnie nawet "za wszelką cenę", w ówczesnej sytuacji międzynarodowej było warunkiem dalszej egzystencji Polski niepodległej lub choćby mającej jeszcze realną szansę na odzyskanie w przyszłości pełnej, choćby doraźnie chwilowo nadwerężonej swojej suwerenności państwowej.

Znakomity ekonomista polski, świetny znawca stosunków niemieckich, prof. dr Stanisław Swianiewicz wyraził kiedyś opinię, że z żadnym rządem niemieckim w okresie 1919-1939 rząd polski nie mógł dojść do ułożenia modus vivendi stosunkowo tak łatwo i tak nikłym kosztem, jak właśnie z rządem Adolfa Hitlera4. Po doświadczeniach lat 1939-1945 brzmi to jak paradoks, a jednak przed 23 sierpnia 1939 było prawdą. Było faktem, iż Rząd RP nie zdołał doprowadzić ani do interwencji w Rzeszy w 1933 roku, ani do zbrojnej akcji koalicyjnej po militaryzacji przez Hitlera Nadrenii w 1936 roku. Dalsze pchanie się w koalicji z Zachodem w konflikt z Rzeszą było w tych warunkach samobójstwem, gdyż skłaniało Niemcy do poszukania antypolskiego partnera właśnie w ZSRR. Co gorsza, polskie koła rządowe nie doceniały tempa ówczesnych przemian w stosunkach międzynarodowych i szybkości, z jaką zbliżała się Druga Wojna Światowa.

Prymitywne oskarżenia Józefa Becka o "filogermanizm" są nie tylko niesprawiedliwe; są nade wszystko bezpodstawne. Beck doprowadził w końcu do zbrojnej konfrontacji Polski z Rzeszą hitlerowską, na fali wytworzonych przez propagandę Rządu RP nastrojów opinii publicznej, przekonując społeczeństwo o konieczności, a przede wszystkim o realnej możliwości stawienia Niemcom skutecznego oporu (co prawda, jeżeli idzie o możliwość oporu, za wprowadzenie w błąd polskiej opinii publicznej znacznie większą odpowiedzialność ponosi marszałek Rydz-Śmigły). Dlatego też jakiekolwiek ustępstwa wobec Hitlera, mające na celu utrzymanie pokoju między Polską a Niemcami tak długo, póki nie rozgorzałaby wojna między Niemcami a koalicją zachodnią, okazały się w końcu niemożliwe.

Wokół sprawy szans polskich na przełomie lat 1938/1939 nagromadziło się tyle sporów i dyskusji, że trudno dzisiaj wdawać się w pełną ich analizę. Oczywiście: najkorzystniejsze byłoby wspólne z Czechosłowacją wystąpienie przeciwko Niemcom we wrześniu 1938 roku, gdyby Czechosłowacja była w ogóle skłonna do prowadzenia wojny i takiego współdziałania, przy minimalnym choćby poszanowaniu interesów polskich (trzeba pamiętać o wabieniu Stalina przez Benesza perspektywą wkroczenia do Polski Armii Czerwonej). Pamięć o wydarzeniach roku 1920 zbyt jednak ciążyła na stosunkach obu państw, a chociaż jest pewne, że Śląsk Zaolziański nie był wart ryzyka totalnej klęski Polski5, to jednak jest również oczywiste, że trudności w zbliżeniu między Polską a ČSR w nie mniejszym stopniu tkwiły po stronie czeskiej co polskiej. Po Monachium było zapewne jedno tylko wyjście, mogące zapewnić Polsce los lepszy niż ten, jaki ją spotkał w latach 1939-1945: natychmiastowe przystąpienie do Paktu Antykominternowskiego i powolne, jak najbardziej opóźniane, ale realne wejście w przejściowy alians z Hitlerem, nawet za cenę korektur granicznych i pewnego ograniczenia na jakiś czas samodzielności polskiej polityki zagranicznej, przy jednoczesnym znacznym rozluźnieniu stosunków z Francją, a w sferze ideowej przy bardzo znacznym wzmocnieniu roli doktryny "prometejskiej".

Jest oczywiste, że jeszcze przez pewien czas można było ustępować Hitlerowi stosunkowo tanim kosztem, Gdańsk mógł przestać być "wolnym miastem", a euforia z powodu włączenia tego miasta i portu do Rzeszy dałaby co najmniej kilka miesięcy, jeżeli nie rok pokoju, przy czym Polska, poza porażką prestiżową, nie poniosłaby żadnej istotnej straty. Można było ustąpić potem w kwestii eksterytorialnej autostrady przez "korytarz", który to projekt był przecież początkowo pomysłem polskim z końca lat dwudziestych, gdy mnożące się konflikty graniczne zaczęły skłaniać Warszawę do szukania jakiegoś wyjścia z sytuacji. Gdy jednak zażądał tego w końcu Hitler, Beck - w zrozumiałym zresztą emocjonalnie odruchu oburzenia - usztywnił się skrajnie. Oczywiście, trzeba było się liczyć z dalszymi jeszcze ustępstwami, może na Górnym Śląsku, może na Pomorzu... najlepiej rozkładając ustępstwa na małe raty. Wszystko to służyłoby przede wszystkim celowemu wzmożeniu zaniepokojenia Wielkiej Brytanii i Francji. Chodziło właśnie o to, aby obudzić Zachód, odwrócić odeń pierwsze, zbyt wczesne uderzenie Hitlera i zarazem dać Aliantom szansę na spieszne się dozbrojenie, nie tylko nie wiążąc się z nimi jawnie, ale nawet z pozoru otwarcie przeciwko nim występując, m.in. na przykład przez wypowiedzenie traktatu z Francją z 1921 roku. Chodziłoby o doczekanie chwili, gdy Alianci staliby się stroną konfliktu silniejszą od Niemiec, przy jednoczesnym przetrwaniu najniebezpieczniejszego okresu u boku Niemiec i przy wspólnym z Niemcami unicestwieniu stalinowskiej Rosji, aby Alianci stracili na długo wszelką możliwość szukania kiedykolwiek w Moskwie liczącego się sprzymierzeńca. Chodziłoby w końcu o doczekanie przy najmniejszych stratach i po usunięciu niebezpieczeństwa ze Wschodu drugiej fazy wielkiej wojny: decydującego starcia Zachodu z Osią.

Przez wiele miesięcy Hitler kusił Polskę perspektywą wspólnej wyprawy na ZSRR. Ostatnia szansa takiego porozumienia powstała w styczniu 1939 roku, w czasie wizyt Józefa Becka w Berchtesgaden i Joachima von Ribbentropa w Warszawie. Jak wiadomo, w kołach rządowych Polski (nie mówiąc już o opozycji) nie pojawił się nawet pomysł rozważań nad tego rodzaju alternatywą. Rzecz jasna, wojna z Rosją nie leżała w polskim interesie - i Rząd RP świetnie zdawał sobie z tego sprawę, będąc wszelako mniej świadomy nieuchronnych implikacji podjętej faktycznie decyzji. Z perspektywy historycznej jest oczywiste, że lepiej było wtedy uderzyć na ZSRR w sojuszu z Niemcami niż doczekać się w końcu (i rychło) wspólnego uderzenia na Polskę Niemiec i ZSRR. Jest prawdopodobne, że w sytuacji roku 1939 lub 1940 uderzenie niemiecko-polskie (i z drugiej strony japońskie) na Związek Radziecki zdruzgotałoby kompletnie imperium Józefa Stalina. Wystarczy przypomnieć pochód wojsk niemieckich w głąb Rosji latem i jesienią 1941 roku, miliony jeńców radzieckich, zagarniane z łatwością przez Wehrmacht, całkowity niemal rozkład władzy radzieckiej w pierwszych miesiącach wojny z Niemcami. A przecież przy porozumieniu niemiecko-polskim Hitler najpewniej nie miałby jeszcze wówczas w ogóle drugiego frontu na Zachodzie. Wielka Brytania jeszcze by czekała... jest prawdopodobne, że nareszcie gwałtownie się zbrojąc. Polskie 40 dywizji i brygad niewiele znaczyły w konfrontacji z Wehrmachtem. Dozbrojone przez przemysł niemiecki mogłyby jednak znaczyć sporo przy uderzeniu na ZSRR. Jest także prawdopodobne, że udział Polski zmusiłby Hitlera do bardziej pragmatycznej polityki wobec narodów ZSRR.

Oczywiście, nawet po klęsce Stalina Rosja istnieć by nie przestała, a bez względu na rozmiar klęski reżimu komunistycznego na ruinach ZSRR powstałoby w przyszłości nowe państwo rosyjskie (tyle że zdolne do aktywnej polityki międzynarodowej dopiero w kilka lat później) i - być może - inne udzielne państwa narodowe. Polsce oszczędzono by natomiast może nawet nie strat wojennych (gdyż tak czy owak kampania rosyjska musiałaby pociągnąć za sobą na polach bitew straty równe ofiarom Kampanii Wrześniowej), ale przynajmniej ruiny miast z Warszawą na czele, eksterminacji biologicznej wielkiej części społeczeństwa, strat materialnych i kulturalnych.

Tylko w takiej sytuacji mogła się ziścić jedyna polska szansa ocalenia w chwili, gdy wybuch Drugiej Wojny Światowej stał się nieuchronny z powodu ekspansywnych dążeń mocarstw totalitarnych w Europie. Polska mogła uniknąć katastrofy tylko przy rozłożeniu tej wojny na dwie fazy: fazę wojny na wschodzie i późniejszą fazę wojny na zachodzie i południu Europy. O takim rozwoju wojny mówiono niekiedy w kołach polskich w latach 1941-1943, marząc o powtórzeniu się historii Pierwszej Wojny Światowej: najpierw Niemcy biją zdecydowanie Rosję, potem Alianci zachodni pokonują Rzeszę, a w końcu Polska zrywa się ponownie do walki, odzyskując pełną niepodległość. Nie pojmowano, że podobny obrót wydarzeń byłby możliwy tylko przy aktywnym udziale Polski w pierwszej fazie wojny - nie po tej stronie, po której faktycznie Rzeczpospolita się znalazła.

Gdyby alianse 1939 roku ułożyły się inaczej, Druga Wojna Światowa trwałaby zapewne nie pięć lat, lecz dłużej, z tym że Polska znalazłaby się w nieporównywalnie lepszym położeniu... ciągle, przez długi okres, jako sojusznik Rzeszy Niemieckiej. Adolf Hitler w końcu musiałby przegrać. Gdyby nawet wzmocnione potencjały wojenne Wielkiej Brytanii i Francji, przy intensywnej pomocy USA po przełamaniu nastrojów izolacjonistycznych w Ameryce, nie wystarczyły do zmuszenia Niemiec do kapitulacji środkami konwencjonalnymi, tak czy owak kres dominacji niemieckiej w Europie przyszedłby w roku 1945 lub w początkach 1946. Albowiem w drugiej połowie 1945 roku Stany Zjednoczone byłyby już w posiadaniu broni atomowej. Wynikało to z naturalnego tempa rozwoju techniki nuklearnej w warunkach wojny, w Wielkiej Brytanii i w USA, gdzie badania nad tą bronią były od 1942 roku znacznie bardziej zaawansowane niż w Niemczech6.

Ze strony polemistów, głównie o poglądach endeckich, słyszałem - przy podobnych rozważaniach - takie oto sprzeciwy: w jakże tragicznej sytuacji znalazłaby się Polska nawet po wyeliminowaniu z wojny Rosji - jako niechętny, i odsuwający się od współpracy, ale jednak sojusznik Hitlera w momencie jego klęski, zadanej Niemcom przez Aliantów zachodnich!

W tragicznej? Zapomina się często, że wśród państw dzisiejszego Paktu Warszawskiego (poza ZSRR) tylko Polska i Czechosłowacja znajdowały się w okresie Drugiej Wojny Światowej po stronie Wielkiej Koalicji. Po stronie Osi walczyły m.in. Rumunia i Węgry. Czy los Rumunii, Bułgarii i Węgier (nie wspominając już Finlandii) jest dzisiaj gorszy niż los Polski?

Istnieje zresztą znamienny przykład, w jakiej sytuacji mogłaby się znaleźć Polska, początkowo sprzymierzona z Hitlerem, potem odsuwająca się od Rzeszy w chwili, gdy Koalicja zachodnia zaczęłaby zadawać Niemcom skuteczne ciosy. Znalazłaby się w sytuacji podobnej do Italii roku 1943. Włochy pozostawały w stanie wojny z Francją i Wielką Brytanią przez trzy lata. Wojska włoskie walczyły z brytyjskimi w Afryce i na kontynencie po stronie armii Adolfa Hitlera. Czy przeszkodziło to porozumieniu między nowym rządem włoskim a Aliantami w 1943 roku? Czy dzisiejszy los Włoch jest gorszy niż los Polski? Czy ktoś wypomina dzisiaj Włochom (a choćby i Japonii) czynny udział w Drugiej Wojnie Światowej po stronie hitlerowskiej Rzeszy?

Niestety, w Polsce przełomu 1938/1939 roku nie było ani w sferach rządowych, ani w obrębie opozycji żadnego autorytetu politycznego, który - świadom powagi sytuacji i rzeczywistej groźby w najbliższej przyszłości - mógłby spowodować taką właśnie, radykalną reorientację polskiej polityki zagranicznej. Jedynym mężem stanu okresu międzywojennego, który byłby zdolny ocalić Rzeczpospolitą przez zasadniczą zmianę polityki państwa zanim wybuchła Druga Wojna Światowa, mógłby się okazać Józef Piłsudski - i to tylko ten z 1920 roku, a nie sterany wiekiem i schorowany, w 1939 roku 72-letni, Piłsudski, który nie padłby ofiarą choroby nowotworowej w 1935 roku. Niestety, Marszałek nie żył już od czterech lat, a wśród jego następców i politycznych spadkobierców żaden nie dysponował ani talentem politycznym, orientacją i przenikliwością, ani też autorytetem - mówiąc po prostu: charyzmatem - niezbędnym dla podjęcia tego rodzaju próby ocalenia Rzeczypospolitej w chwili zbliżającej się katastrofy.

* * *

Są to rozważania dzisiaj już bezprzedmiotowe, wykazujące jedynie, że w roku 1939 Polska wybrała los właściwie najgorszy (gorszym mogło być tylko nierealne zresztą poddanie się pod protekcję Moskwy), z powodu bezkrytycznej ufności swojego rządu w rzekomo trwały konflikt polityczny między Niemcami a ZSRR. Po traktacie niemiecko-radzieckim 23 sierpnia 1939 roku nic już nie mogło odwrócić klęski Rzeczypospolitej. Gdyby nawet Francja i Wielka Brytania uderzyły zdecydowanie wszystkimi swoimi siłami na froncie zachodnim już dnia 2 albo 3 września, jedynym tego skutkiem na froncie polskim byłoby najpewniej przyśpieszenie akcji ZSRR. Agresja radziecka na Polskę nastąpiłaby wtedy nie 17, lecz może już 10-12 września. Im skuteczniejsza byłaby polska obrona na naszym froncie zachodnim, tym pewniejsze uderzenie ze wschodu.

Dnia 23 sierpnia 1939 roku było już oczywiste - i powinno być jasne przynajmniej dla Rządu RP - iż w wypadku rozpoczęcia działań wojennych przez Niemcy, uderzenie ze strony ZSRR nastąpi bardzo rychło. Ocalić Polski w czasie Kampanii Wrześniowej nic już nie mogło. Można było natomiast - i to właśnie było podstawowym obowiązkiem ekipy rządowej RP w ostatnim tygodniu sierpnia i w pierwszych tygodniach września 1939 - przygotować odpowiednie działania polityczne i deklaracje, ustalić formy akcji propagandowej, opracować taktykę oddziaływania na światową opinię publiczną, wreszcie przygotować plan zbrojnej demonstracji oporu na granicy wschodniej i wydać rozkazy w sprawie powiadomienia ogółu społeczeństwa o obowiązkach obywatelskich w sytuacji podwójnej agresji i podwójnej okupacji... Wszystko na chwilę uderzenia Armii Czerwonej.

Tego nie uczyniono. Uderzenie 17 września okazało się całkowitym zaskoczeniem dla Rządu RP. Analizie politycznych skutków tego zaskoczenia dla przyszłości sprawy polskiej poświęcone jest w znacznej części niniejsze studium.

i. Związek Radziecki a Niemcy i Polska

Od wojny 1920 roku i traktatu ryskiego 18 marca 1921 stosunki między Polską a Rosją radziecką, później ZSRR, pozostawały w stanie swoistego "ochłodzenia", jednak bez demonstracji wzajemnej nieprzyjaźni. Dnia 9 lutego 1929 podpisany został w Moskwie wspólny protokół rządów ZSRR, Polski, Estonii, Łotwy i Rumunii, dotyczący uznania i wprowadzenia w życie traktatu paryskiego z dnia 27 sierpnia 1928 o wyrzeczeniu się przemocy w stosunkach międzynarodowych. Był to pierwszy akt międzynarodowy, w którym rząd radziecki stwierdził dobitnie, że nigdy i w żadnej sytuacji nie posunie się do agresji wobec swoich sąsiadów zachodnich7. Dnia 25 lipca 1932 zawarto w Moskwie pakt nieagresji między Polską a ZSRR, którego ważność miała trwać do roku 19458. W artykule pierwszym obie strony zobowiązały się "nie posunąć do żadnej akcji agresywnej ani inwazji przeciwko drugiej ze stron, ani osobno, ani we współdziałaniu z jakimkolwiek innym mocarstwem". Artykuł drugi tego paktu stwierdzał dobitnie: "Gdyby jedna z układających się stron została zaatakowana przez państwo trzecie, lub przez grupę innych państw, druga ze stron zobowiązuje się nie udzielić żadnej pomocy ani współdziałania, ani bezpośrednio, ani pośrednio, państwu agresorowi przez cały okres trwania konfliktu". Podpisanie tajnego protokołu do paktu niemiecko-radzieckiego z dnia 23 sierpnia 1939 i wkroczenie Armii Czerwonej na ziemie polskie 17 września 1939 było złamaniem stypulacji artykułu pierwszego i drugiego. Trudno dzisiaj stwierdzić, czy podpisując pakt o nieagresji z Polską, rząd radziecki w roku 1932 traktował swoje zobowiązania serio, czy też z góry przewidywał możliwość złamania tego traktatu9.

Szczególne znaczenie miał protokół nr 2 do traktatu o nieagresji z dnia 25 lipca 1932. Stwierdzał on mianowicie w sposób niedwuznaczny: "obie strony, po wymianie opinii z okazji projektu konwencji pojednawczej, przedstawionego przez stronę radziecką, stwierdzają swoje przekonanie, iż nie ma między nimi żadnych zasadniczych spraw spornych". Tym samym powoływane później rzekome prawa ZSRR do "ochrony współbraci" na tzw. Zachodniej Białorusi i tzw. Zachodniej Ukrainie były z góry zdezawuowane - i to z inicjatywy radzieckiej - przez traktat 1932 roku. Rząd radziecki paktem 1932 roku wyraźnie potwierdził traktat ryski 1921 roku.

Rząd radziecki dążył jednak do dalszego umocnienia wielostronnych zobowiązań traktatowych, wykluczających jakąkolwiek możliwość agresji; z czyjejkolwiek bądź strony. Z inicjatywy radzieckiej rozpoczęto negocjacje w celu ustalenia definicji agresora, których wynikiem była konwencja podpisana dnia 3 lipca 1933 w Londynie przez ZSRR, Polskę, Rumunię, Estonię, Łotwę, Turcję, Persję i Afganistan10. Definicja agresji przyjęta została przez ZSRR oraz jego zachodnich i południowych sąsiadów, przy braku akceptacji ze strony Wielkiej Brytanii i Francji, którym wydawała się zbyt daleko idąca.

Szczególne znaczenie miał artykuł drugi konwencji, precyzujący formy działania międzynarodowego, stanowiące niewątpliwą agresję:

1. Wypowiedzenie wojny innemu państwu;

2. Inwazja własnymi siłami zbrojnymi, nawet bez wypowiedzenia wojny, terytorium innego państwa;

3. Zaatakowanie przez siły lądowe, morskie lub powietrzne, nawet bez wypowiedzenia wojny, obszaru, okrętów lub statków powietrznych innego państwa;

4. Blokada morska brzegów lub portów innego państwa;

5. Pomoc udzielona zbrojnym bandom, które formując się na terytorium danego państwa, wtargnęłyby na obszar innego lub też odmowa, mimo żądania strony napadniętej, przedsięwzięcia na własnym terytorium wszelkich możliwych posunięć, aby pozbawić takie bandy jakiejkolwiek pomocy czy protekcji*.

Wydaje się, że nalegając w roku 1933 na tak szczegółowe zdefiniowanie agresora, rząd radziecki miał na uwadze zabezpieczenie własnego terytorium przed możliwością ataku z obszaru jednego spośród państw sąsiedzkich. Nie brał jednak pod uwagę (a raczej - można sądzić - że ten aspekt sprawy z całym cynizmem lekceważył), iż w ciągu najbliższych lat definicja owa obróci się przeciwko jej inicjatorowi. Rząd radziecki nie spodziewał się zapewne w 1933 roku, iż już w sześć lat później sam dokona agresji przeciwko Polsce, cynicznie gwałcąc m.in. artykuł trzeci konwencji:

Żaden wzgląd natury politycznej, wojskowej, ekonomicznej lub jakiejkolwiek innej nie może służyć za uzasadnienie lub usprawiedliwienie agresji...

A także aneks do tego artykułu, przykładowo wyjaśniający, że usprawiedliwieniem wtargnięcia na obce terytorium nie może być:

Sytuacja wewnętrzna jakiegoś państwa, na przykład: jego struktura polityczna, ekonomiczna lub społeczna; niedostatki przypisywane jego administracji; zaburzenia wynikające ze strajków, wystąpień rewolucyjnych, kontrrewolucji lub wojny domowej...

Stypulacje te jakby przewidziały i zbiły z góry stwierdzenia rządu ZSRR z 17 września 1939, że "państwo polskie przestało istnieć", gdyż "rząd polski się rozpadł i nie przejawia oznak życia"11. Owa próba wytłumaczenia akcji ZSRR wypełniała całkowicie określenie: "niedostatki, przypisywane jego administracji" (les défauts allégués de son administration).

Cynizm rządu ZSRR w 1939 był zresztą spowodowany swoistą koniecznością. Usprawiedliwienie współdziałania z Rzeszą Niemiecką przeciwko Polsce nie było w ogóle możliwe ani w świetle ówczesnej sytuacji międzynarodowej, ani w świetle zobowiązań przyjętych przez rząd radziecki w uprzednio zawartych traktatach międzynarodowych. Jeżeli Moskwa decydowała się na otwartą agresję, konieczne było jawne złamanie traktatów - przy najbardziej choćby nonsensownej, lecz w końcu jakiejkolwiek argumentacji politycznej.

Jest po dziś dzień niejasne, kiedy Józef Stalin zdecydował się skierować ZSRR na drogę agresji przeciwko państwom Europy Środkowej, w celu włączenia do swego imperium (w całości lub w części) państw bądź powstałych, bądź umocnionych w wyniku "ładu wersalskiego". Wydaje się, że nastąpiło to w latach 1936-193712. Jak wiadomo, do roku 1941 w oczach Stalina wrogiem nr 1 była przez lata Wielka Brytania, zajmująca w propagandzie radzieckiej to samo miejsce, jakie po roku 1945 przypadło Stanom Zjednoczonym. Nienawiść do Anglii, której wynikiem było m.in. przypisywanie wszystkim oskarżonym w pokazowych procesach politycznych w ZSRR "szpiegostwa" na rzecz wywiadu brytyjskiego, osiągać poczęła nasilenie niemal paranoiczne. Stany Zjednoczone prowadziły ówcześnie politykę izolacjonistyczną. Francja osłabiona była konfliktami wewnętrznymi, a wkrótce potem rządy Leona Bluma stały się w oczach Stalina zapowiedzią przyszłej "rewolucji" w tym kraju. Wojna domowa w Hiszpanii dała ZSRR okazję do poważnego zaniepokojenia rządów zachodnich. Jest już dzisiaj pewne, że polityka skąpo dawkowanej pomocy dla Republiki Hiszpańskiej obliczona była przez Stalina jedynie na jak najdłuższe utrzymanie otwartego konfliktu zbrojnego na Półwyspie Iberyjskim, bez dania realnej szansy republikańskiej Hiszpanii. Z punktu widzenia rządu ZSRR w Hiszpanii lepsze były rządy nawet Francisco Franco niż socjal-komunistyczne, nad którymi NKWD i Armia Czerwona nie mogłyby rozciągnąć rzeczywistej kontroli. Podobnie międzynarodowy kryzys jesienny 1938 roku w sprawie Czechosłowacji dał Stalinowi okazję do oferowania pomocy temu państwu, której w rzeczywistości udzielić nie był w stanie. Liczył jednak - jak się okazało, słusznie - iż Wielka Brytania i Francja ustąpią wobec nacisku Hitlera.

Dnia 4 listopada 1936 nowo mianowany ambasador RP w Moskwie Wacław Grzybowski przybył na rozmowy do MSZ w Warszawie. Przyjęty został nie przez Józefa Becka, lecz wiceministra Jana Szembeka, pracowitego urzędnika dyplomacji na wysokim szczeblu, pozbawionego jednak wszelkiej inicjatywy i jakichkolwiek kompetencji politycznych o istotnym znaczeniu. Już sam ten fakt był dowodem, że do stosunków z ZSRR polskie MSZ przywiązywało znacznie mniejszą wagę niż do zagrożenia ze strony Rzeszy Niemieckiej, nie widząc w Moskwie żadnych powodów do zaniepokojenia. Grzybowski nie całkiem doceniał groźbę radziecką, lecz jednak zwrócił uwagę Szembeka na zasadnicze tendencje w polityce ZSRR.

Ambasador podkreślił, że zasadniczym wnioskiem, jaki mu się nasuwa po kilkumiesięcznym pobycie w Rosji, jest skonstatowanie ogromnego dynamizmu, cechującego państwo sowieckie. Dynamizm ten dąży niewątpliwie do agresji, a wybór momentu, w którym agresja ta zostanie zastosowana, jest jedynie i wyłącznie kwestią taktyki [...] błędem jest twierdzenie, jakoby wojna miała być w Sowietach niepopularna [...] Przemysł sowiecki jest całkowicie nastawiony na przyszłą wojnę. Uzbrojenie ogromne, postępy na polu motoryzacji olbrzymie, drogi strategiczne w trakcie intensywnej budowy. [...] Reasumując: racją bytu Sowietów jest ekspansja [...] ZSRR zmierza do zagarnięcia kontynentu europejskiego, a Sowiety to w gruncie rzeczy przede wszystkim Rosja. [...] W Sowietach, mimo pozornej chęci ułożenia dobrosąsiedzkich stosunków z nami, jest usilnie pielęgnowana nienawiść do Polski, a siła sowiecka w istocie swej jest przeciwko nam skierowana...13.

Rzeczywiście, zbrojenia ZSRR w celu wyraźnie agresywnym rozwijane były w latach trzydziestych na ogromną skalę. Jeżeli mimo to ZSRR nie był zdolny w latach 1938-1941 do podjęcia realnych działań wojennych (agresywnych czy obronnych), to było to skutkiem kryzysu politycznego całego państwa, związanego z brutalnym niszczeniem przez Stalina wszystkich elementów politycznych w obrębie WKP(b), w których dopatrywał się potencjalnej opozycji. Czystki i mordy sądowe w latach 1936-1940 objęły w znacznym stopniu Armię Czerwoną. Setkami aresztowano, więziono i mordowano wyższych dowódców wojskowych. Dość powiedzieć, że w tych latach znalazło się w więzieniach NKWD:

na 5 marszałków Armii Czerwonej - 3,

na 4 dowódców armii pierwszej rangi - 3,

na 12 dowódców armii drugiej rangi - 12,

na 67 dowódców korpusów - 60,

na 199 dowódców dywizji - 136,

na 397 dowódców brygad - 221,

na 2 admirałów marynarki - 2,

na 15 wiceadmirałów - 9,

na 6 kontradmirałów - 6, itd. itd.14.

Ta właśnie czystka polityczna była głównym powodem słabości Armii Czerwonej. Armia w takim stadium rozkładu wewnętrznego nie była w ogóle zdolna do żadnego działania przeciwko realnemu nieprzyjacielowi. Stąd nieprawdopodobieństwo jakiegokolwiek udziału Stalina w wojnie Aliantów przeciwko Hitlerowi w 1939 roku, demonstracyjny jedynie i faktycznie bardzo nikły udział Armii Czerwonej w wojnie przeciwko Polsce, niepowodzenie w wojnie z Finlandią, w końcu katastrofalna klęska pierwszego etapu "wojny obronnej" 1941 roku.

Aby doprowadzić do skutku swoje zamysły ekspansji imperialistycznej, Stalin musiał znaleźć sojusznika. Sojusznikiem tym nie mogła być oczywiście żadna z demokracji parlamentarnych. Jedynym realnym aliantem była dlań Rzesza Niemiecka. Stąd i wielomiesięczne kuszenie Hitlera perspektywami sojuszu z ZSRR, szantaż Berlina pozorami porozumienia z Francją i Wielką Brytanią - uwieńczone wreszcie sukcesem: aliansem 23 sierpnia 1939.

Jak do tego dojść mogło? Podobieństwo ideowo-polityczne Rzeszy i ZSRR dostrzegali ówcześnie nieliczni. A jednak właśnie ewolucja systemu politycznego ZSRR w kierunku komunistycznego nacjonalizmu rosyjskiego stanowiła podłoże porozumienia Stalina z Hitlerem.

Są to sprawy dzisiaj najmniej znane i wyjątkowo słabo zbadane. Ewolucja ideowo-polityczna systemu radzieckiego w kierunku nacjonalistycznym, niemalże "narodowo-socjalistycznym" w latach 1935-1941, stała się po napaści Hitlera na ZSRR wyjątkowo kompromitująca dla Stalina i jego współpracowników. Starano się usilnie zatrzeć pamięć o tym niesławnym i krwawym okresie historii ZSRR. Przekonywano, jakoby konflikt nazizmu z komunizmem trwał nieprzerwanie i z jednakowym nasileniem przez cały okres 1933-1941. Wystarczy jednak wczytać się w treść prasy i doraźnych publikacji radzieckich z końca lat trzydziestych, aby dostrzec, jak prędko system radziecki upodabniał się do hitlerowskiego nie tylko w praktyce, ale również w ideologii. Gdyby nie szaleńcza decyzja Hitlera ataku na ZSRR w czerwcu 1941 roku, zapewne w ciągu następnych paru lat doszłoby do zupełnego utożsamienia dwóch "bratnich" systemów politycznych na gruncie ideologiczno-politycznym. Dwa narodowe socjalizmy: hitlerowski w Niemczech i stalinowski w ZSRR zbratałyby się w jedności swoich celów międzynarodowych i jedności taktyki władzy. Stalin marzył o tym od roku co najmniej 1935. Hitler mógł liczyć na jego lojalność. Tym większe było załamanie psychiczne dyktatora ZSRR w dniu 22 czerwca 1941.

Wydaje się dzisiaj rzeczą nieprawdopodobną, by tendencji do tego naturalnego zbratania między ZSRR a Rzeszą Niemiecką nie dostrzegano w Warszawie, by łudzono się możliwością wojny z Niemcami przy neutralności ZSRR. Polskie MSZ tak nieprawdopodobne złudzenia jednak żywiło - wbrew opiniom wielu intelektualistów i polityków, dostrzegających zresztą przede wszystkim znaczenie położenia geopolitycznego Rzeczypospolitej, w mniejszym stopniu i wyjątkowo - tendencje do zbliżenia między obu sąsiadami Polski na tle podobieństwa ich ustrojów politycznych.

Znakomity historyk polski Szymon Askenazy (1867-1935), najwybitniejszy znawca dziejów międzynarodowego położenia Polski w wieku XVIII i XIX, także zasłużony dyplomata, pod koniec życia usunięty był już poza świat polskiej nauki historycznej i kończył swój żywot jako uczony "prywatny". Znany publicysta Jerzy Stempowski spotykał go często w latach 1928-1932. Askenazy mówił mu:

Tylko zupełnie naiwni mogą sobie wyobrażać, że Polska może toczyć wojnę inaczej niż na dwa fronty. Niemcy nie mogą przekroczyć granicy pod Zbąszyniem bez tego, aby Rosjanie przekroczyli ją ze swej strony pod Baranowiczami. [...] Czy tego dnia Unia Sowiecka będzie w aliansie z Niemcami, czy też z Anglią i Francją, czy nawet z nami, będzie to zależne od gry aliansów, ale bynajmniej nie zmieni sprawy15.

Polityków podobnie trzeźwych Polska międzywojenna miała niewielu, lecz jednak byli... Propaganda Rządu RP traktowała pogardliwie tego rodzaju trzeźwych myślicieli, utrzymując, że ze strony ZSRR Polsce nic nie grozi, piętnując przewidujących polityków mianem "defetystów". Co gorsza, polski Sztab Główny opracowując plany ewentualnej wojny obronnej przeciwko agresji ZSRR, a potem Niemiec, z uporem brał pod uwagę tylko działanie obronne przeciwko jednej lub drugiej stronie. Nad jakimkolwiek działaniem militarnym w wypadku najprawdopodobniejszego, choćby niejednoczesnego uderzenia z obu stron, nikt w środowisku naczelnego dowództwa WP w ogóle się nie zastanawiał. Była to ślepota przerażająca, za którą społeczeństwo Rzeczypospolitej zapłaciło w końcu cenę najwyższą.

Trzeba w tym miejscu stwierdzić fakt oczywisty: ekipa rządowa RP z roku 1939 działała w najlepszej wierze, starając się zapewnić krajowi choćby minimum zabezpieczenia interesów w sferze stosunków międzynarodowych. Cóż z tego, jeśli nie dostrzegała niebezpieczeństwa największego: możliwości, a potem faktu porozumienia przeciwko Polsce między ZSRR a Rzeszą Niemiecką i nie poczyniła niezbędnych przygotowań, aby mimo nieuchronnej klęski militarnej ratować jednak sprawę polską w dziedzinie politycznej. Ryzykiem zawodowym polityka lub wodza naczelnego jest ocena jego działań przez Historię tylko według skutków dla państwa, a nie subiektywnych jego intencji. Dlatego też nic nie jest w stanie ocalić ekipy rządowej roku 1939 przed skazującym wyrokiem Historii. Różna może być tylko konstatacja stopnia winy w odniesieniu do poszczególnych postaci.

Raz jeszcze należy podkreślić: porozumienie między ZSRR a Rzeszą Niemiecką - jeżeli Polska zdecydowała się trwać uparcie na pozycjach antyhitlerowskich i szukać politycznego poparcia u mocarstw zachodnich - było łatwe do przewidzenia i niemal oczywiste już wczesną wiosną 1939 roku. Jeżeli ktokolwiek w Warszawie, w MSZ przy ul. Wierzbowej, dał się zwieść grze rządu ZSRR, zasługuje na tym większe potępienie Historii. Albowiem politykowi nie wolno nie rozumieć sytuacji. Ekskuzy typu "przecież nie wiedzieli" podobne byłyby tłumaczeniom nieudolnego chirurga, który z uśmiercenia pacjenta na stole operacyjnym tłumaczyłby się swoją ignorancją w dziedzinie anatomii. Ich obowiązkiem było właśnie wiedzieć, doceniać grozę sytuacji, nie ulegać "pobożnym życzeniom", podjąć zawczasu wszelkie niezbędne działania... Klęska państwa może być tylko porażką militarną, a może być zarazem polityczną katastrofą. Ekipa rządowa RP z 1939 roku wskutek swojej po trosze lekkomyślności i małoduszności, po trosze zaś politycznego egoizmu (o czym niżej), zmieniła klęskę militarną Września 1939 roku w katastrofę polityczną kraju, której skutki trwają w znacznym stopniu po dzień dzisiejszy.

Naturalne podłoże zbliżenia politycznego między Rzeszą Niemiecką a ZSRR widoczne było w roku 1939 choćby tylko z publikowanych w prasie światowej (i polskiej) relacji o przemianach ideologiczno-politycznych w Związku Radzieckim. Z perspektywy Berlina przemiany te były łatwo dostrzegalne. Rumuński minister spraw zagranicznych latach 1938-1940, później ambasador w Moskwie, Grigore Gafencu (1892-1957), w swoich rozważaniach na temat źródeł współdziałania niemiecko-radzieckiego w latach 1939-1941 pisze m.in.:

Przypominam sobie wizytę, którą 21 marca 1940 złożył mi w ministerstwie w Bukareszcie jeden z najwybitniejszych współpracowników p. Ribbentropa. Przyjechał z Rzymu, dokąd towarzyszył swojemu szefowi, który raz jeszcze wygłosił tam do niechętnych słuchaczy przemówienie na temat korzyści wynikających z polityki niemieckiej wobec ZSRR. Wysłannik p. Ribbentropa miał mi przekazać argumenty swojego zwierzchnika, dorzucając do nich sugestie związane z interesami Rumunii. Usłyszałem więc, że minister spraw zagranicznych Rzeszy wrócił z Moskwy [w sierpniu 1939] z przeświadczeniem, iż Rosja nie jest już żadnym reżimem bolszewickim, lecz wielkimi krokami zmierza pod kierunkiem światłego Führera ku ustrojowi narodowemu na podstawie socjalistycznej. Czyż szczególne zainteresowanie przywódców radzieckich dla dawnych granic Świętej Rusi nie dowodziło ich ewolucji w duchu nacjonalistycznym? Podobny system, ujawniający coraz więcej zrozumienia dla tendencji politycznych Osi, a coraz mniej względów dla Żydów, był w pełni usposobiony, zdaniem p. Ribbentropa, ku współpracy nad utrzymaniem pokoju w Europie Wschodniej. Pomoc ekonomiczna, jaką Sowiety mogły udzielić Niemcom, była skądinąd godna uwagi. Była nawet rozstrzygająca. Porozumienie gospodarcze, idealnie doprowadzone do skutku, wykonywane było jak najskrupulatniej przez Sowiety, pragnące pozbyć się niesprawiedliwej reputacji strony niedokładnej. Właśnie ta współpraca ekonomiczna jeszcze bardziej zbliżała Rosję do zasad narodowych i socjalistycznych, które panowały w Trzeciej Rzeszy. Te poglądy p. Ribbentropa na temat polityki rosyjskiej odnalazłem później u wszystkich przedstawicieli dyplomatycznych, handlowych i wojskowych Rzeszy w Moskwie. Wszyscy byli przeświadczeni, że Rosja może i chce udzielić Niemcom decydującej pomocy. Wszyscy uważali ugodę z 23 sierpnia nie tylko za sukces dyplomatyczny, ale wręcz za najcenniejsze narzędzie zwycięstwa. Porozumienie to zapewniło zwycięstwo Niemiec nad Polską i Francją, a jego zadaniem było również zapewnienie zwycięstwa ostatecznego, przez umożliwienie Niemcom przełamania blokady angielskiej, wyżywienia kraju i zyskania na czasie. Od najskromniejszego dziennikarza do szefa misji [niemieckiej] wszyscy czuwali więc, aby to narzędzie walki i sukcesu nie zawiodło ich kraju. W Moskwie [1940] nie było ani jednego Niemca, który by się nie silił przedstawiać postępu i niezmierzonych możliwości Imperium Radzieckiego, identyczności interesów niemiecko-radzieckich, dokładności w realizacji dostaw radzieckich dla Niemiec, a wreszcie mądrości przywódców moskiewskich: lojalności Mołotowa, inteligencji Mikojana, doświadczenia wojennego Timoszenki i geniuszu, tak jest: geniuszu wielkiego męża stanu Stalina. [...] Odnajdywałem u wszystkich idee zdatne ułatwić długą i pełną wzajemnego zrozumienia współpracę, nad którą wysłannik p. Ribbentropa tak się rozwodził w Bukareszcie: przeświadczenie, iż bolszewizm ewoluował w kierunku nacjonalistycznym, wiarę w decydujące wsparcie, które gospodarka radziecka mogła udzielić Rzeszy, zdumiewające zrozumienie dla rewindykacji terytorialnych i dla celów imperialistycznych Rosji. Slogany w rodzaju rozwiązanie ostateczne i wieczna trwałość, którymi tak szafowała propaganda niemiecka, przyczyniały się do nadania porozumieniu między Moskwą a Berlinem charakteru mocy i trwałości16.

Wrażenia te dotyczą okresu pełnego rozkwitu współpracy radziecko-niemieckiej w roku 1940. Lecz wzajemne pozytywne oceny radziecko-niemieckie możliwe były do zauważenia już wiosną 1939 roku. Jest zastanawiające, że istotnego sensu awansów Stalina wobec Hitlera w Warszawie nie rozumiano.

ii. Przymierze radziecko-niemieckie

Dzieje zbliżenia radziecko-niemieckiego w latach 1938-1939 badane są już od ponad trzydziestu lat i właściwie - poza Polską i ZSRR oraz innymi państwami Paktu Warszawskiego - znane są doskonale, chociaż z doraźnych przyczyn politycznych w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych nie wyciąga się z tego właściwych wniosków, a nawet z uporem usiłuje się skazać te istotne fakty i problemy na zapomnienie i wytarcie z historii Drugiej Wojny Światowej. Tylko nieliczni badacze o niezależnym stylu myślenia upominali się i nadal upominają o pełną prawdę o wydarzeniach międzynarodowych przedednia i pierwszego okresu wojny. Istotny początek tym badaniom dało dzieło historyka francuskiego A. Rossiego17. Z polskiego punktu widzenia przedstawił te sprawy przejrzyście i ze znakomitą dokumentacją Aleksander Bregman (1906-1967), którego zwięzła praca nabrała dzisiaj już cech opracowania klasycznego18.

Bezpośrednio po Monachium polityka zagraniczna ZSRR znalazła się na rozdrożu. Wojna mocarstw zachodnich z Rzeszą Niemiecką nie wybuchła. Republika Czechosłowacka uległa stopniowej likwidacji, z całego tego kryzysu ZSRR wyszedł bez żadnych zysków politycznych, nie mówiąc już o terytorialnych. Groźba dalszej agresji Hitlera była oczywista, lecz równie oczywista była perspektywa z radzieckiego punktu widzenia nadzwyczaj niekorzystna: ataku Niemiec bądź na Zachód, w pierwszym rzędzie na Francję, bądź też na kraje bałtyckie z pozostawieniem sprawy polskiej w terminie odleglejszym. Co prawda Polska weszła na drogę otwartego konfliktu z Rzeszą, odrzucając ostatecznie sugestie Hitlera zawarcia porozumienia politycznego albo nawet przymierza wojskowego. Nie przesądzało to jednak o decyzji Hitlera otwartego ataku na Polskę, wobec ciągle niejasnego dla Niemiec stanowiska rządu ZSRR.

Rząd radziecki wybrał więc taktykę stopniowego zachęcania Hitlera do ataku na Polskę. Celem tej polityki miało być: przede wszystkim skierowanie pierwszego uderzenia Rzeszy na Rzeczpospolitą Polską, po drugie - dokonanie likwidacji państwa polskiego w takich warunkach, aby podział terytorium Polski nastąpił ze znaczną korzyścią ZSRR, po trzecie - uniknięcia jak najdłużej czynnego zaangażowania Związku Radzieckiego w wojnę z Polską, tak z uwagi na reperkusje międzynarodowe, jak i na ówczesną słabość i dezorganizację Armii Czerwonej. Chodziło więc o to, aby cały ciężar pokonania Polski przyjęły na siebie Niemcy, natomiast korzyści z tego zwycięstwa przypadły w mniej więcej równym podziale Niemcom i ZSRR.

Było to zadanie niełatwe, a jednak jego realizacja powiodła się nad wszelkie spodziewanie. Stalin osiągnął swój cel - przy tak zręcznym utajeniu założeń operacji, iż w roku 1939 większość światowej opinii publicznej, potępiając co prawda agresję radziecką przeciwko Polsce z powodów moralno-politycznych, nie przyjęła jednak do wiadomości oczywistego faktu współdziałania sojuszniczego dwóch mocarstw totalitarnych. Nawiasem można dodać, że rok 1939 jest wyjątkowym wprost w całej historii stosunków międzynarodowych przykładem ogłupienia znacznej części sfer dyplomatycznych i opiniotwórczych świata, które z maniackim uporem dopatrywały się ciągle trwałego rzekomo konfliktu między ZSRR a Rzeszą Niemiecką, nawet wtedy, gdy oczywiste fakty dowodziły porozumienia sojuszniczego między obu państwami.

Podstawowym celem polityki ZSRR w roku 1939 stało się więc zawarcie z Niemcami układu o rozbiorze Rzeczypospolitej Polskiej i skierowanie agresji niemieckiej przede wszystkim na Polskę. Bijące w oczy fakty z roku 1939 stały się później do tego stopnia niewygodne dla oficjalnej historiografii ZSRR i PRL, iż z ogromnym wysiłkiem zaczęto lansować karkołomną tezę, jakoby skierowanie agresji Hitlera na Polskę było właśnie celem polityki... Wielkiej Brytanii, która usiłując odwrócić uderzenie Rzeszy przeciwko niegotowym do wojny państwom zachodnim, świadomie postanowiła poświęcić Polskę dla związania w pierwszej fazie konfliktu sił niemieckich. Przyjęli ten pogląd także niektórzy publicyści niezależni, jak choćby Stanisław Mackiewicz (ogarnięty po wojnie znamienną fobią antybrytyjską), który utrzymywał m.in., iż "Anglia nie tylko chciała, aby Polska poszła na pierwszy ogień wojny z Niemcami, ale chciała jeszcze, aby Polska w tej wojnie była możliwie bezbronna, aby możliwie prędko tę wojnę przegrała"19. Miało to wynikać z pragnienia Londynu, aby doprowadzić jak najprędzej do zbrojnego konfliktu Niemiec i ZSRR... dwóch państw, które wiosną 1939 roku znajdowały się właśnie na najlepszej drodze do porozumienia sojuszniczego. Tezę tę podjął autor wyjątkowo odrażającej z moralnego punktu widzenia i zakłamanej książki o polityce Wielkiej Brytanii wobec Polski - Maksymilian Berezowski20, który usiłował dowieść, że gwarancje brytyjskie dla Polski z 31 marca 1939 roku miały na celu wyłącznie sprowokowanie Niemiec do ataku na Rzeczpospolitą, ani słowem nie wspominając o rokowaniach między Berlinem a Moskwą od marca do sierpnia 1939 roku.

Bezpośrednio po układzie monachijskim dyplomaci radzieccy w niektórych wystąpieniach nawet nie ukrywali dążeń swego rządu. Zastępca komisarza spraw zagranicznych Władimir Potiomkin dnia 4 października 1938 wprost powiedział ambasadorowi Francji w Berlinie Robertowi Coulondre, że w nowej sytuacji jedynym wyjściem dla ZSRR może okazać się podział Polski we współdziałaniu z Niemcami21. Trudno wyjaśnić, jaki cel miała ta swoista niedyskrecja, ujawniająca najtajniejsze zamysły Józefa Stalina. Dyktator ZSRR uznał wkrótce, że wzajemne kontrowersyjne wystąpienia propagandowe rządów radzieckiego i niemieckiego mogą poważnie zaszkodzić ich wspólnej sprawie. W marcu 1939 roku odbywał się w Moskwie XVIII zjazd WKP(b). Stalin wyzyskał to forum dla wygłoszenia zasadniczego przemówienia dnia 10 marca 1939 roku, w którym zapewnił społeczeństwo radzieckie, że Hitler nie ma żadnych zamiarów agresji wobec ZSRR, a jednocześnie zwrócił się do Niemiec z sugestią poprawy stosunków między obu państwami, utrzymując, że spór radziecko-niemiecki służy jedynie zachodnim imperialistom. Był to ton idealnie współgrający z brzmieniem wystąpień Hitlera.

Stalin wygłosił swoją mowę na kilka dni przed zajęciem Pragi przez wojska hitlerowskie (15 marca 1939). Europejska opinia publiczna została gwałtownie zaalarmowana. Spodziewano się lada moment następnego etapu agresji Rzeszy. W tej właśnie sytuacji rząd brytyjski uznał za właściwe udzielić Polsce gwarancji, którą premier Neville Chamberlain ogłosił w Izbie Gmin dnia 31 marca, stwierdzając, że

[...] w wypadku jakiejkolwiek akcji zagrażającej bezpośrednio niepodległości Polski, którą rząd polski uznałby za tak istotną dla swych interesów, aby przeciwstawić się jej siłą zbrojną, Rząd JKMości będzie zobowiązany wspomóc natychmiast Polskę wszystkimi swoimi środkami. Rząd brytyjski udzielił rządowi polskiemu zapewnienia w tym duchu. Mogę dodać, iż rząd francuski upoważnił mnie do wyraźnego stwierdzenia, że stanowisko jego w tej sprawie jest identyczne z naszym.

W kilka dni później w wyniku wizyty Becka w Londynie gwarancję zmieniono w obustronną i wydano wspólny komunikat polsko-brytyjski (6 kwietnia 1939), zapowiadający zawarcie formalnego przymierza22.

Wielka Brytania nie miała oczywiście w tym momencie żadnych realnych środków do przyjścia Polsce z pomocą, w przeciwieństwie do Francji, która dysponowała armią o sile co najmniej równej armii Hitlera, niestety armią, której efektywność była kompletnie sparaliżowana przez doktrynę wojny pozycyjnej "na wyczerpanie". Jest oczywiście problemem ogromnej wagi sprawa odpowiedzialności Rządu RP za wejście w układ sojuszniczy z mocarstwem, które mimo swego prestiżu międzynarodowego nie miało sił lądowych i powietrznych wystarczających do wywiązania się z przyjętych zobowiązań. Wywiad polski, który miał duże osiągnięcia w dziedzinie rozpoznania potencjału i planów militarnych Rzeszy, nie był niestety w ogóle nastawiony na rozpoznanie spraw może najważniejszych: rzeczywistych możliwości i zamiarów aktualnych lub potencjalnych sojuszników Polski - Francji i Wielkiej Brytanii. Beck uległ pochopnie renomie siły brytyjskiej i przyjął gwarancje, nie mając nawet zamiaru grać tym atutem w stosunkach z Niemcami. Zupełną bzdurą jest natomiast twierdzenie, jakoby rząd brytyjski usiłował właśnie sprowokować Hitlera do ataku na Polskę. Londyn liczył najprawdopodobniej na odstraszenie Hitlera, przynajmniej na jakiś czas, od zamysłu nowych agresji, i na zyskanie dzięki temu kilku czy kilkunastu miesięcy pokoju dla spiesznego dozbrojenia swoich sił lotniczych i lądowych. Prawda: liczono się w Londynie z możliwością ataku Hitlera na Polskę mimo brytyjskich gwarancji, ale mimo oczywistej dla rządu brytyjskiego słabości militarnej Polski najbardziej pesymistyczne rokowania przewidywały co najmniej kilkumiesięczną kampanię polsko-niemiecką. Niestety wpływ "pobożnych życzeń" przez długi czas uniemożliwiał rządowi brytyjskiemu dostrzeżenie możliwości jednoczesnego zaatakowania Polski przez Niemcy i ZSRR. Gdy po 23 sierpnia możliwość taka stała się oczywista, Londyn zawahał się... lecz zawarł jednak traktat z Polską, chociaż (jak niżej wskażemy) tak precyzując - przy polskiej lekkomyślności - stypulacje tego układu, aby ewentualny atak ZSRR nie był objęty gwarancją Wielkiej Brytanii.

W maju 1939 roku ze stanowiska komisarza spraw zagranicznych ZSRR usunięty został Maksym Litwinow, którego nazwisko zbyt długo wiązano z konfliktem politycznym między ZSRR a Niemcami. Stanowisko jego objął Wiaczesław Mołotow. Od tej chwili wypadki potoczyły się już prędko23.

Niemcy początkowo nie spieszyły się do porozumienia z ZSRR, sądząc, iż groźbą wojny uda im się wymusić polskie ustępstwa bez dzielenia się łupem z konkurencyjnym mocarstwem totalitarnym. Niemniej potrzebna im była ogromnie gwarancja stałych dostaw surowców strategicznych, których znakomitym producentem był Związek Radziecki. Z kolei rząd ZSRR był ogromnie zainteresowany utrzymaniem dostaw wyposażenia przemysłowego m.in. z zajętych przez Niemcy Czech (stąd i zabiegi radzieckie w maju 1939 roku, aby Hitler zgodził się na utrzymanie w Pradze stałej radzieckiej misji handlowej), ale nade wszystko pragnął porozumienia politycznego z Rzeszą Niemiecką, zapewniającego w chwili wybuchu wojny uzyskanie znacznych korzyści terytorialnych, m.in. połowy ziem Rzeczypospolitej Polskiej.

Zaczęły się więc paromiesięczne trudne rokowania niemiecko-radzieckie, w których jednej stronie szło z początku głównie o traktat handlowy, drugiej zaś o porozumienie polityczne. Dnia 20 maja 1939 Mołotow odbył w Moskwie długą rozmowę z ambasadorem niemieckim Friedrichem Wernerem von der Schulenburgiem, m.in. gorzko wyrzucając swemu rozmówcy, że Niemcy nie spieszą się z nawiązaniem realnych negocjacji handlowych z ZSRR, które można by prędko doprowadzić do skutku przez "stworzenie nowej podstawy dla naszych stosunków". Rzecz znamienna: Niemcy dość długo nie rozumieli lub przynajmniej udawali, że nie rozumieją, o co właściwie Rosjanom idzie24. Dopiero pod koniec lipca miało się wszystko wyjaśnić.

Dnia 15 czerwca 1939 podsekretarza stanu w berlińskim MSZ Ernsta Woermanna odwiedził poseł bułgarski Draganow, przedstawiając się w roli pośrednika radzieckiego chargé d'affaires Georgija Astachowa. Przekazał, iż Astachow oświadczył mu dzień wcześniej, że

Związek Radziecki śledził obecną sytuację światową z niezdecydowaniem. Wahał się w wyborze między trzema możliwościami, a mianowicie: zawarciem paktu z Anglią i Francją, dalszym przeciąganiem pertraktacji w sprawie paktów i zbliżeniem z Niemcami. Ostatnia możliwość, z którą żadne ideologiczne względy nie miałyby być łączone, jest najbliższa życzeniom Związku Radzieckiego. Dodatkowo poruszone były i inne momenty, jak na przykład, że Związek Radziecki nie uznaje rumuńskiego władania Besarabią. [...] Gdyby Niemcy oświadczyły, że nie zaatakują Związku Radzieckiego, albo że zawarłyby z nim pakt o nieagresji, Związek Radziecki powstrzymałby się prawdopodobnie od zawierania układu z Anglią25.

Była to jasna i zrozumiała oferta zawarcia traktatu radziecko-niemieckiego, złożona - za "neutralnym" pośrednictwem - na długo zanim w ogóle zaczęły się w Moskwie rzeczywiste rokowania o porozumienie wojskowe z Anglią i Francją. Te ostatnie zapewne nie zostałyby w ogóle podjęte, gdyby nie konieczność posłużenia się nimi jako narzędziem nacisku na rząd niemiecki.

W czasie rozmowy Schulenburga z Mołotowem dnia 28 czerwca 1939 sprawy posunęły się nieco naprzód. Obaj negocjatorzy uznali, że dawny traktat niemiecko-radziecki o "przyjaźni i neutralności" z 24 kwietnia 1926, mimo wielu późniejszych komplikacji w stosunkach między obu państwami, właściwie nie wygasł i mógłby być podstawą nowego porozumienia. W czasie długiej rozmowy nocnej (z 26 na 27 lipca 1939) radcy berlińskiego MSZ Karla Schnurre z radzieckim chargé d'affaires Astachowem i radcą Babarinem strona radziecka poczęła precyzować istotę wspomnianej w negocjacjach już parokrotnie "nowej podstawy dla naszych stosunków". Tej nocy mówiono po raz pierwszy o podziale "stref wpływów" w Europie Wschodniej. Astachow pytał się radcy Schnurre, czy Niemcy interesują się może dawną wschodnią Galicją, niegdyś przecież częścią Austro-Węgier, zamieszkałą przez ludność ukraińską? Bo ZSRR tym obszarem interesuje się bardzo...

Ale Niemcy jeszcze nie "dojrzeli" do porozumienia rozbiorowego. Moskwa rozpoczęła więc grę, która miała postawić Berlin wobec rzekomej groźby sojuszu radziecko-francusko-brytyjskiego. W sierpniu wznowiono w Moskwie przewlekłe rokowania między ZSRR a Francją i Wielką Brytanią, rzekomo przygotowujące pakt antyhitlerowski, w rzeczywistości zaś obliczone przez stronę radziecką - przy dziecinnej wprost naiwności Paryża i Londynu - na zaszantażowanie Hitlera i wymuszenie na nim zgody na układ o podziale Europy Środkowej i Wschodniej. Czy prowadzący ze strony radzieckiej rokowania w Moskwie marszałek Kliment Woroszyłow był wprowadzony przez Stalina w istotny sens swojego zadania? Można w to wątpić, pamiętając o dementowaniu przez Mołotowa jego oświadczeń na temat możliwości dostaw materiałów wojennych z ZSRR dla Polski w pierwszych dniach września 1939 roku. W każdym razie próbował w czasie tych rokowań uzyskać od Anglików i Francuzów zgodę na okupację przynajmniej części Polski, przez wprowadzenie jeszcze przed wybuchem wojny Armii Czerwonej na terytorium RP. Rząd polski odrzucił, rzecz jasna, te pomysły, a delegacja francuska i brytyjska uchyliły się od dyskutowania podobnych spraw poza plecami suwerennego rządu sprzymierzonego państwa. W każdym razie rokowania moskiewskie z punktu widzenia Stalina zadanie swoje spełniły. Przerażony Hitler doszedł do wniosku, że bez natychmiastowego przelicytowania Francji i Wielkiej Brytanii może przegrać swą partię w grze z ZSRR.

Dnia 10 sierpnia 1939 chargé d'affaires radziecki w Berlinie Georgij Astachow otrzymał w końcu od rządu niemieckiego wyraźną sugestię podziału Polski między dwa sąsiadujące z Rzecząpospolitą mocarstwa. Zgodnie (najpewniej) z zaleceniami Stalina zachował jeszcze powściągliwość, aby tym bardziej podbić cenę radzieckich usług. Dnia 11 sierpnia przybyła do Moskwy specjalna misja wojskowa francusko-brytyjska, w celu zbadania możliwości współpracy Aliantów zachodnich z ZSRR przeciwko Hitlerowi. Rozpoczęły się kilkudniowe bezużyteczne negocjacje, przez stronę radziecką obracane nieustannie w żądania, aby mocarstwa zachodnie zgodziły się na okupację Polski przez Armię Czerwoną. Dnia 14 sierpnia Ribbentrop wysłał do ambasadora Rzeszy w Moskwie von der Schulenburga specjalną instrukcję, nakazującą wyjaśnienie Mołotowowi, iż Hitler gotów jest zgodzić się na wszystkie postulaty ZSRR dotyczące obszaru między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Mołotow wyraził nazajutrz zadowolenie z tej deklaracji. Uznał także, że sugerowany przez stronę niemiecką pośpiech jest pożądany, lecz uzależnił dalsze rokowania od zgody Niemiec na zawarcie formalnego traktatu, nazwanego "paktem o nieagresji", który w rzeczywistości miał się okazać paktem przymierza polityczno-wojskowego.

W tym momencie strona radziecka zaczęła zwalniać tempo rokowań, widząc, jak bardzo śpieszy się Niemcom do zawarcia układu. Albowiem strona niemiecka była już rzeczywiście w sytuacji desperackiej. Z uwagi na warunki klimatyczne w Europie Środkowej było oczywiste, że najostateczniejszym terminem ataku na Polskę wojsk Hitlera może być dzień 1 września. Później groziło uwikłanie się armii niemieckiej w pułapkę deszczów i błot na ziemiach polskich, pozbawionych dostatecznej sieci dróg twardych. W warunkach słot jesiennych samochody i czołgi Wehrmachtu, a także samoloty Luftwaffe straciłyby trzy czwarte swojej mocy operacyjnej, natomiast znacznie wzrosłyby walory bojowe polskiej kawalerii. Początkowo agresja przeciwko Polsce planowana była przez Hitlera na dzień 26 sierpnia. Termin ten nie mógł być dotrzymany wobec przesunięcia o kilka dni porozumienia z ZSRR. Pakt z 23 sierpnia umożliwił atak na Polskę w dniu 1 września. W świetle wszystkich znanych dzisiaj dokumentów nie ulega wątpliwości, że gdyby Adolf Hitler nie uzyskał 23 sierpnia pewności współpracy Józefa Stalina w rozbiorze Rzeczypospolitej, Druga Wojna Światowa w ogóle by nie wybuchła... w każdym razie nie w roku 1939.

Już dnia 3 sierpnia Mołotow ustąpił w kwestii tak upragnionego przez Niemców traktatu handlowego; umowę tę podpisano ostatecznie 19 sierpnia. Tego samego dnia 19 sierpnia Schulenburg przekazał do Berlina tekst radzieckiego projektu traktatu o nieagresji. Do projektu traktatu strona radziecka dołączyła "post scriptum": "Niniejszy pakt będzie ważny jedynie wtedy, jeżeli jednocześnie będzie podpisany specjalny protokół, obejmujący punkty, w których zainteresowane są Wysokie Układające się Strony w dziedzinie polityki zagranicznej. Protokół ma stanowić integralną część paktu"26. Tak więc osławiony protokół tajny 23 sierpnia 1939, ustalający rozbiór Rzeczypospolitej, zrodził się z inicjatywy wyłącznie radzieckiej.

Jest faktem charakterystycznym, iż mając już prawie "domówiony" do końca układ z Niemcami, Rosjanie nie kończyli jednak rokowań z Aliantami zachodnimi. Pod pozorem braku zadowalającej odpowiedzi w sprawie okupacji przez Armię Czerwoną części terytorium Polski i Rumunii, Woroszyłow zażądał - dnia 17 sierpnia bezterminowego odroczenia negocjacji, a wobec nalegań Francuzów i Anglików zgodził się na przerwę czterodniową. Odroczono je ponownie dnia 21 sierpnia, mimo że w międzyczasie premier francuski Daladier upoważnił delegację francuską w Moskwie, aby bez zgody rządu w Warszawie upewniła rząd radziecki, iż Armia Czerwona będzie mogła okupować część Polski. Paryż i Londyn czyniły zresztą co mogły, aby skłonić Rząd RP do akceptacji żądań radzieckich, naiwnie ufając, że dałoby to szansę włączenia ZSRR do koalicji antyhitlerowskiej. Rząd polski nie mógł oczywiście zgodzić się na wkroczenie Armii Czerwonej na terytorium RP, gdyż nawet optymistycznie nastrojona polska ekipa rządowa zdawała sobie sprawę, jakie miałoby to skutki dla bytu państwowego Polski. Ostatecznie owe pseudonegocjacje radziecko-francusko-angielskie zawieszono bezterminowo w momencie, gdy Stalinowi na nic nie były już potrzebne: 25 sierpnia, po podpisaniu traktatu z Rzeszą Niemiecką.

Aleksander Bregman stwierdza słusznie, iż negocjacje te były od początku skazane na niepowodzenie, bez względu na to, na jak wysokim szczeblu byłyby prowadzone. Londyn i Paryż nie mogły bowiem zaproponować Moskwie tego, co mógł jej ofiarować Berlin: aneksji połowy Polski, państw bałtyckich i części Rumunii. To właśnie przesądziło o niepowodzeniu rokowań Aliantów zachodnich w Moskwie27.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że od maja 1939 roku Związek Radziecki uwikłany był w konflikt zbrojny z Japonią na terenie Mandżurii i Mongolii (bez wypowiedzenia wojny). W obliczu spodziewanych wydarzeń w Europie rząd moskiewski skorzystał z pierwszej okazji, aby uwolnić sobie ręce w Azji przez pospieszne zawarcie zawieszenia broni z Japonią. Ostateczne porozumienie z rządem tokijskim podpisano dopiero w połowie września, ale już 11 sierpnia 1939 przerwane zostały ostatecznie walki między Armią Czerwoną a wojskami japońskimi28.

Termin przyjazdu Ribbentropa do Moskwy ciągle nie był jeszcze ustalony. Tymczasem w Londynie toczyły się negocjacje polsko-brytyjskie. Dnia 20 sierpnia Hitler zaapelował osobiście do Stalina, aby zgodził się na natychmiastowe podjęcie rokowań. Sytuacja była dramatyczna - 1 września zbliżał się prędko. Stalin zrozumiał, że dalsze przeciąganie struny, zwłoka w rokowaniach z Hitlerem może przeszkodzić wybuchowi wojny. O godzinie 17, dnia 21 sierpnia, Mołotow zakomunikował Schulenburgowi, że Ribbentrop jest zaproszony do stolicy ZSRR w dniu 23 sierpnia.

Hitler przyjął podobno tę wiadomość histerycznym wybuchem radości. Mógł oto rozpocząć wojnę dnia 1 września! 22 sierpnia wygłosił przemówienie do grupy wyższych oficerów niemieckich w kwaterze w Obersalzbergu. Mówił m.in.:

Byłem pewien, że Stalin nigdy nie przyjmie brytyjskiej propozycji. Rosja nie ma żadnego interesu w ratowaniu Polski, a Stalin zdaje sobie sprawę, że znaczyłoby to [scilicet: udział w wojnie po stronie Aliantów] koniec jego reżimu, bez względu na to, czy armie jego wyszłyby z tej wojny zwycięskie czy pokonane. Dymisja Litwinowa miała decydujące znaczenie. Stopniowo dochodziłem do zmiany swojej polityki wobec Rosji. W związku z traktatem handlowym przeszliśmy do rozmów politycznych. Nastąpiły sugestie paktu o nieagresji, potem przyszła ze strony Rosji ważna propozycja. Przed czterema dniami podjąłem specjalne kroki, które doprowadziły Rosję do oświadczenia wczoraj, że jest przygotowana do podpisania [traktatu]. Ustanowiliśmy ze Stalinem kontakt osobisty. Pojutrze Ribbentrop zawrze porozumienie. Polska znalazła się teraz w sytuacji, w jakiej chciałem ją widzieć. Nie musimy obawiać się żadnej blokady. Wschód zaopatrzy nas w zboże, bydło, węgiel, ołów, cynk. Stoimy przed wielkim zadaniem, które wymaga wielkich wysiłków. Obawiam się tylko, aby w ostatniej chwili ta czy inna świnia nie wyskoczyła znowu do mnie z planem mediacji. [...] Dzisiejsze oznajmienie o pakcie o nieagresji z Rosją zabrzmiało jak wybuch bomby. Trudno przewidzieć konsekwencje. Stalin również oświadczył, że na tej drodze skorzystają oba kraje. Skutek w Polsce będzie straszliwy29.

W południe dnia 23 sierpnia Ribbentrop wylądował w Moskwie. Na lotnisku powitała go kompania honorowa, sztandary ze swastyką zbratane ze sztandarami z sierpem i młotem, a także wicekomisarz spraw zagranicznych Potiomkin. Pod wieczór, w godzinach 17-20, Ribbentrop odbył na Kremlu poufną rozmowę ze Stalinem i Mołotowem, potem miał miejsce krótki, lecz bardzo uroczysty bankiet, a w nocy przystąpiono do pospiesznych rokowań.

Ze strony radzieckiej prowadził je osobiście Józef Stalin. Zachowany niemiecki protokół tych rozmów ujawnia żywe zainteresowanie dyktatora ZSRR całym układem sił w Europie. Stalin pytał się Ribbentropa, czy Włochy nie mają przypadkiem zamiaru rozszerzyć swojej ekspansji poza Albanię, np. na Grecję, zgodził się z Ribbentropem, że sytuacja w Turcji skomplikowana jest przez niecne intrygi brytyjskie, nisko ocenił walory bojowe armii i floty Wielkiej Brytanii, zdumiewając się, że "kilkuset Brytyjczyków może panować nad Indiami". Gdy Niemcy ujawnili z kolei swoją niską ocenę wartości armii francuskiej, Stalin się obruszył i "wyraził opinię, że Francja posiada jednak armię godną uwagi" (warto zwrócić uwagę, że militarne oceny Stalina były akurat biegunowo przeciwne temu, czego dowiodła wkrótce potem wojna światowa). Pod koniec spotkania, gdy dokumenty zostały już podpisane, a do sali obrad wniesiono kielichy, Stalin wzniósł toast: "Wiem, jak bardzo naród niemiecki kocha swego Führera, chciałbym więc wypić jego zdrowie!". Zaraz potem "pan Mołotow podniósł swój kielich na cześć Stalina mówiąc, iż to właśnie on, Stalin, swą mową z marca tego roku, tak dobrze zrozumianą w Niemczech, doprowadził do kompletnego zwrotu w stosunkach politycznych".

Spotkanie radziecko-niemieckie zakończyło się późno w nocy. Protokół notuje: "Gdy się rozchodzono, pan Stalin zwrócił się do ministra spraw zagranicznych Rzeszy ze słowami tej treści: - Rząd radziecki bierze nowy pakt bardzo poważnie. Może on, Stalin, własnym słowem honoru zaręczyć, że rząd radziecki nie zdradzi swego partnera"30.

Słowa honoru składane przez polityków swoim kontrpartnerom mają zazwyczaj nikłą wartość i z reguły nie są dotrzymywane. Słowo honoru Stalina, dane Ribbentropowi w nocy z 23 na 24 sierpnia 1939, było wyjątkiem w historii dyplomacji i w dziejach politycznych władzy radzieckiej: było to jedyne słowo honoru, którego Józef Stalin wiernie i do końca dotrzymał, dochowując wiary swojemu sojusznikowi aż do chwili zdradzieckiej napaści Hitlera na Związek Radziecki dnia 22 czerwca 1941 roku.

Pakt niemiecko-radziecki, datowany 23 sierpnia, faktycznie podpisany na Kremlu w nocy z 23 na 24 sierpnia 1939, zawierał standardowe zapewnienia o wzajemnym powstrzymaniu się od jakichkolwiek kroków nieprzyjaznych lub poparcia państw trzecich, które weszłyby w konflikt zbrojny z jedną ze stron zawierających układ. Jeżeli chodzi o tekst układu jawnego (ogłoszonego dnia 24 sierpnia 1939 przez TASS i wszystkie ważniejsze agencje prasowe całego świata), z polskiego punktu widzenia istotne znaczenie miał art. 2: "W wypadku, gdyby jedna ze stron stała się przedmiotem wrogiej akcji ze strony państwa trzeciego, druga strona nie udzieli temu trzeciemu państwu żadnej pomocy". Stypulacja ta była jawna i powszechnie znana. Zdumienie budzi więc fakt, iż Rząd RP po dniu 1 września uznał mimo to za możliwe ubieganie się w Moskwie o zakup materiałów wojennych, wysyłając nawet w tym celu specjalnego delegata i oferując zapłatę złotem. Rząd ZSRR dostaw odmówił, co było z góry do przewidzenia. W tydzień po traktacie z Rzeszą Niemiecką nawet rząd ZSRR nie mógł jawnie pogwałcić postanowień tego układu, choćby nawet dostawy dla Polski nie były sprzeczne z podstawami radzieckiej polityki zagranicznej.

Istotne, najważniejsze - bowiem przesądzające o wybuchu Drugiej Wojny Światowej - znaczenie miał jednak protokół tajny do paktu31. Już sam pakt nieagresji zawarty między państwami, które nie posiadały w tym momencie wspólnej granicy, był swoistym curiosum i powinien był zaalarmować rząd w Warszawie. Znaczył bowiem, iż obie układające się strony - zamierzają w najbliższym czasie wspólną granicę uzyskać. W jaki sposób miało to nastąpić, wyjaśniał tajny protokół, załączony do paktu "nieagresji".

Dzieje ujawnienia tego protokołu są dość charakterystyczne. Strona radziecka po dziś dzień zaprzecza - wbrew dokumentom - iż dnia 23 sierpnia obok paktu jawnego podpisano w Moskwie również tajny protokół, dotyczący podziału między Rzeszą a ZSRR terytorium Europy Środkowej, nie widząc oczywiście możliwości wytłumaczenia tego faktu, a nie decydując się na całkowite potępienie polityki Józefa Stalina. Tekst tajnego protokołu wyszedł na jaw wskutek zdobycia przez wojska amerykańskie w 1945 roku archiwów hitlerowskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Istnienie protokołu i jego treść wspominana była wiele razy bezpośrednio po zakończeniu wojny. Pełny tekst opublikowany został jednak dopiero w 1948 roku w Waszyngtonie, w wydawnictwie Nazi-Soviet Relations 1939-1941.

Czy jednak w sierpniu 1939 roku istnienia podobnego protokołu nie powinno było się spodziewać przede wszystkim polskie MSZ w Warszawie? Każdy dyplomata z minimalnym choćby doświadczeniem wie doskonale, że układy międzynarodowe o zasadniczym znaczeniu politycznym bardzo rzadko nie są zaopatrywane w protokoły tajne, których treść przedostaje się do wiadomości publicznej dopiero po wielu latach. W dwa dni po traktacie radziecko-niemieckim podpisywano w Londynie traktat polsko-brytyjski. Był doń również dołączony protokół tajny. Jest naprawdę zastanawiające, w jaki sposób polskie MSZ mogło wykluczyć w sierpniu 1939 roku istnienie tajnego protokołu radziecko-niemieckiego, dotyczącego... czegóż by, jeśli nie Polski? Być może niektórzy wyżsi funkcjonariusze MSZ z prawdopodobieństwa istnienia podobnego protokołu zdawali sobie sprawę. Faktem jest wszelako, iż nie podjęli żadnych w ogóle działań zmierzających do neutralizacji jego skutków.

A jednak światowa opinia publiczna już 24 sierpnia domyślała się istnienia klauzul tajnych do układu radziecko-niemieckiego. O tych supozycjach - iż agresja na Polskę ze strony ZSRR została uzgodniona w Moskwie już 23 sierpnia - wspominał londyński "Times" 19 września 193932. Po klęsce Polski i Francji prasa hitlerowska, aczkolwiek nie ogłaszała pełnego tekstu tajnego protokołu, ujawniała jednak jesienią 1940 roku jego istnienie i publikowała nawet mapy ukazujące podział terytorium Polski według porozumień z 23 sierpnia i 28 września. W oparciu o materiały niemieckie istnienie i faktyczną treść tajnego protokołu 23 sierpnia ustalił Roman Umiastowski w roku 1943, w publikowanym w Anglii dziele poświęconym Kampanii Wrześniowej33. Biorąc to wszystko pod uwagę, dziwnym się wydaje zaskoczenie zachodniej opinii publicznej rewelacjami o tajnym protokole - po roku 1945. Owo historyczno-dyplomatyczne "odkrycie Ameryki" można wytłumaczyć tylko złą wolą wpływowych osobistości Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, którym było długo "na rękę" niepowracanie w badaniach historycznych do okresu aliansu stalinowsko-hitlerowskiego.

Tajny protokół przewidywał przede wszystkim "przemiany terytorialne" na obszarze państw bałtyckich (Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa), oraz oczywiście w Polsce. W wypadku tych "przemian" - które miały nastąpić na tych obszarach, rzecz jasna, wskutek działań zbrojnych obu układających się stron - granica "stref wpływów" ZSRR i Niemiec miała przebiegać wzdłuż północnej granicy Litwy oraz rzek Narwi, Wisły i Sanu. Dopiero po wyjeździe Ribbentropa z Moskwy radziecki komisariat spraw zagranicznych uświadomił sobie, że takie określanie rozgraniczenia stref okupacji jest mało precyzyjne; jak wiadomo, rzeka Narew nie dotykała w żadnym miejscu swego górnego biegu granicy polsko-niemieckiej, a tym samym Niemcy mogliby posunąć swój obszar rozbiorowy aż do Kanału Augustowskiego, tym bardziej, że początkowo przyznana została im Litwa. Dnia 25 sierpnia Mołotow wezwał więc do siebie Schulenburga i tłumacząc się niedokładnością map, użytych w nocy z 23 na 24 sierpnia, zażądał uzupełnienia tajnego protokołu o stwierdzenie, że obie strefy okupacyjne rozdzielone są "przez linie rzek Pisa, Narew, Wisła i San"34, co usuwało groźbę jakiegokolwiek zatargu. Niemcy przyjęli tę poprawkę bez sprzeciwu. Na podstawie porozumienia stwierdzonego w tajnym protokole, Rzeczpospolita Polska miała być całkowicie podzielona między ZSRR a Rzeszę Niemiecką; przy aneksji przez Związek Radziecki większej części terytorium państwa polskiego. W uzupełnieniu tego protokołu, aktem z dnia 28 września 1939, rząd radziecki dokonał później wymiany Lubelszczyzny na Litwę, zachowując po swojej stronie całą Białostocczyznę. W ostatecznym wyniku operacji rozbiorowej Niemcy uzyskały 189 tys. km2 (48,45% terytorium Polski przedwojennej), natomiast Związek Radziecki 201 tys. km2 (51,55% obszaru Polski sprzed 1 września 1939). Podział ludności między dwie okupacje odbył się w ten sposób, że Niemcom przypadły ziemie z ludnością około 22 milionów (w ogromnej większości Polaków), natomiast Związkowi Radzieckiemu obszary z około 13,5 miliona ludności, wśród której Polacy stanowili ponad 5 milionów, a resztę (kolejno w podziale narodowym) Ukraińcy, Żydzi i Białorusini. Niemcy godziły się także na aneksję przez ZSRR Besarabii, która w 1939 roku stanowiła integralną część Rumunii. Na wniosek niemiecki tajny protokół pozostawiał do rozważenia w przyszłości sprawę zachowania jakiegoś szczątkowego, marionetkowego państewka polskiego pod kontrolą okupacyjną. Rząd radziecki był zresztą zdania, że takie ewentualne państwo mogłoby powstać tylko kosztem niemieckiego udziału w rozbiorze. Ziemie nabyte na swoją korzyść traktował jako zdobycz "po wsze czasy".

Jedna sprawa pozostaje do dzisiaj niejasna. Czy w nocy z 23 na 24 sierpnia 1939 podpisano tylko dokumenty polityczne, czy też jakiś - choćby najogólniejszy w treści - protokół o zasadach współpracy wojskowej? Historycy radzieccy zaprzeczają, chociaż oczywiście pośrednio, by jakiekolwiek porozumienia tego rodzaju w ogóle istniały. Jest wszelako faktem udowodnionym, m.in. na podstawie doniesień ambasadora von der Schulenburga do Berlina, iż we wrześniu 1939 roku rząd niemiecki domagał się od strony radzieckiej wykonania zobowiązań dotyczących aspektów militarnych porozumienia. Wiadomo m.in., jak znaczną rolę odegrały sygnały radiolokacyjne rozgłośni radiowej w Mińsku przy kierowaniu nalotów Luftwaffe na obiekty w Polsce; dnia 1 września zjawiła się w Berlinie wojskowa misja radziecka, której zadania i prace do dzisiaj nie zostały wyjaśnione35. Wiadomo poza tym, że nie wszystkie dokumenty porozumienia radziecko-niemieckiego z przedednia wojny 1939 roku zostały dotąd ogłoszone. Nie można wykluczyć, że wśród dokumentów jeszcze nieujawnionych są i takie, które stanowiły podstawę współdziałania w sferze czysto wojskowej.

W każdym razie układ z dnia 23 sierpnia zdecydował o wybuchu Drugiej Wojny Światowej. Od tego momentu nic już nie mogło ocalić Polski przed rychłą klęską militarną i okupacją jej ziem przez dwa mocarstwa sąsiedzkie. Rządowi RP pozostawało jedynie podjęcie decyzji politycznych na moment katastrofy i przygotowanie instrumentów działania, sposobów poruszania światowej opinii publicznej i środków wprowadzenia sprawy polskiej na forum międzynarodowe po zakończeniu kampanii obronnej w Polsce - w warunkach klęski poniesionej wskutek wspólnego uderzenia dwóch mocarstw totalitarnych.

Rząd radziecki okazał wobec niemieckiego sojusznika jak najdalej idącą dobrą wolę. Aby o świcie dnia 1 września 1939 roku Adolf Hitler miał już całkowitą pewność co do lojalności radzieckiego partnera, ostentacyjnej ratyfikacji traktatu z dnia 23 sierpnia Rada Najwyższa ZSRR dokonała w przeddzień hitlerowskiego ataku na Polskę - dnia 31 sierpnia36.

Jest faktem znamiennym, że wiadomość o porozumieniu z 23 sierpnia poważnie zaniepokoiła Londyn i zagroziła nawet zawarciu traktatu polsko-brytyjskiego. Dziwi natomiast fakt, że wiadomość ta nie wpłynęła w ogóle na starania negocjatorów polskich, aby do porozumienia z Wielką Brytanią wprowadzić klauzulę, dającą jakąkolwiek szansę Polsce również w wypadku ataku z dwóch stron jednocześnie.

iii. Traktat polsko-brytyjski

Wiadomość o traktacie radziecko-niemieckim nadeszła do Londynu w chwili, gdy dobiegały tam końca rokowania polsko-brytyjskie o traktat sojuszniczy. Nie ulega wątpliwości, że wiadomości z Moskwy bardzo zaniepokoiły Brytyjczyków, którzy (w przeciwieństwie do negocjatorów polskich) rozumieli doskonale, iż nowy układ między ZSRR a Rzeszą Niemiecką może oznaczać rychłe uwikłanie Polski w wojnę nie tylko z Hitlerem, ale także ze Stalinem. Jest godne uwagi, że mimo to rząd brytyjski zdecydował się zawrzeć traktat z Polską, wydając 23 sierpnia oświadczenie stwierdzające, iż zamysły rządów niemieckiego i radzieckiego (było to jeszcze przed podpisaniem traktatu moskiewskiego) nie wpłyną na zakres zobowiązań Wielkiej Brytanii wobec Polski37. Niemniej wydarzenia 23 sierpnia spowodowały dyskretne usztywnienie rządu brytyjskiego, czego Polacy zupełnie nie zauważyli, biorąc opacznie brytyjską zgodę na dość znaczne ograniczenie zasięgu umowy za ustępstwo Londynu.

Rzecz w tym, iż pierwotny tekst przymierza, przedstawiony ambasadzie polskiej w Londynie 24 czerwca 1939, sugerował objęcie przez casus foederis agresji nie tylko ze strony Niemiec, ale również innych państw europejskich. Beck, który w ogóle nie był do porozumienia z Wielką Brytanią entuzjastycznie nastawiony, przestraszył się sugestii Londynu, iż gwarancja polsko-brytyjska powinna objąć także Rumunię, a stypulacje traktatu powinny dotyczyć również ewentualnej agresji ze strony Włoch. Główny, obok amb. Edwarda Raczyńskiego, negocjator traktatu, wyższy urzędnik polskiego MSZ Władysław Kulski pisze: "Określenie agresora było takie, że obejmowało nie tylko Niemcy, ale także Włochy, z którymi Polska nie miała zatargu"38. Niestety, autor ten nie podał brzmienia pierwotnego tekstu traktatu w wersji brytyjskiej, a tekst ten nie został dotychczas skądinąd ujawniony. Historyk skazany jest więc na domysły. Są to domysły dość gorzkie, gdyż można mniemać, że wskutek swojej przesadnej ostrożności i zarazem ślepoty politycznej w kwestii groźby radzieckiej, polskie MSZ straciło wyjątkową okazję wprowadzenia do traktatu polsko-brytyjskiego stypulacji, która mogłaby w konsekwencji objąć również wypadek agresji ZSRR przeciwko Polsce.

Rzecz jasna, iż w traktacie jawnym nie mogło być mowy o wspomnieniu Niemiec ani żadnego innego państwa expressis verbis. Rzeczywisty zasięg polityczny przymierza musiał być sprecyzowany przez tajny protokół, który został rzeczywiście podpisany razem z układem zasadniczym dnia 25 sierpnia 1939. Jest zastanawiające, że negocjatorzy polscy walczyli zawzięcie o takie sformułowanie protokołu, które objęłoby wypadek agresji niemieckiej przeciwko Gdańskowi lub przeciwko Litwie (wyobrażając sobie naiwnie, że Hitler może zaatakować np. Litwę przy pozostawieniu Polski w spokoju), a jednocześnie starali się zapobiec rozszerzeniu zakresu przymierza na ewentualny konflikt Aliantów z Italią. Jest faktem dzisiaj zupełnie już oczywistym, który dla w miarę doświadczonego dyplomaty powinien być jednak zrozumiały nawet w sierpniu 1939 roku, że za cenę nic nieznaczącego ustępstwa w kwestii włoskiej można było wytargować takie brzmienie tajnego protokołu, które umożliwiałoby zastosowanie przymierza także w przypadku agresji ZSRR. Tajny protokół nie musiał wymieniać Italii per nominem. Wystarczyłoby (jak proponowali, zdaje się, Brytyjczycy) ogólne wzmiankowanie jakiegokolwiek państwa europejskiego sprzymierzonego z Rzeszą Niemiecką. Po układzie radziecko-niemieckim z dnia 23 sierpnia rząd brytyjski podobnego zobowiązania już by zresztą nie przyjął. Było to do osiągnięcia tylko do godzin porannych 23 sierpnia. Polacy zwlekali zbyt długo, tracąc niepowtarzalną okazję.

Tekst traktatu jawnego i tajnego protokołu polsko-brytyjskiego przygotowali: ze strony polskiej - Władysław Kulski, ze strony brytyjskiej - Gerald Fitzmaurice, drugi radca Foreign Office39. Działo się to wszystko w dużym pośpiechu, który jednak nie usprawiedliwia znacznych nieścisłości i braków w tekście obu dokumentów. Rokowania Kulskiego i Fitzmaurice'a rozpoczęły się w piątek 18 sierpnia. "Kompromis, który ja i Fitzmaurice w końcu osiągnęliśmy - wspomina Kulski - polegał na tym, że tajny protokół ograniczył wzajemne zobowiązania tylko do agresji niemieckiej"40. Kulski pisał te słowa z wyraźną satysfakcją w roku 1977, jakby nadal nie rozumiejąc, że takie właśnie ograniczenie zakresu protokołu było ogromną klęską dla interesów Polski. Według relacji tego autora traktat i protokół gotowe były do podpisania już na dzień 23 sierpnia, a więc można było ewentualnie sformułować klauzulę tajnego protokołu tak szeroko, aby objęła również "inne państwa". Brytyjczycy myśleli o Italii, Polacy powinni mieć na uwadze rosnącą z dnia na dzień groźbę ze strony ZSRR.

W międzyczasie nadeszła wiadomość o układzie radziecko-niemieckim 23 sierpnia. Polska znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Traktat z Wielką Brytanią trzeba było teraz podpisać bez zwlekania, chociaż należało również podjąć ostatnią próbę poszerzenia zakresu traktatu godząc się na klauzulę "włoską", przy takim sformułowaniu odpowiedniego artykułu, aby casus Italii wynikał tylko pośrednio z ogólnego brzmienia stypulacji dotyczącej np. w ogóle "innych państw sprzymierzonych z Niemcami". Debata w Izbie Gmin i w Izbie Lordów 24 sierpnia 1939 roku ujawniła znaczne zaniepokojenie członków Parlamentu pozornie nieoczekiwanym zwrotem w polityce zagranicznej ZSRR. Jednakże traktat z Polską został podpisany 25 sierpnia 1939 przez brytyjskiego ministra lorda Halifaxa i amb. Edwarda Raczyńskiego z klauzulą natychmiastowego wprowadzenia go w życie bez potrzeby ratyfikacji (art. 8, punkt 3).

Składał się ogółem z ośmiu artykułów. Pierwszy stwierdzał, że w wypadku wejścia jednej ze stron w konflikt zbrojny z jakimkolwiek państwem europejskim w wyniku jego agresji, druga z układających się stron udzieli ofierze napadu natychmiastowej pomocy w miarę swoich możliwości. Drugi artykuł rozciągał to zobowiązanie także na inną niż bezpośrednia agresja akcję europejskiego mocarstwa, która by pośrednio lub bezpośrednio zagroziła niepodległości jednej ze stron do tego stopnia, że jej odparcie uznałaby ta strona za konieczne nawet przy użyciu sił zbrojnych. Artykuł trzeci zobowiązywał obie strony do wzajemnej pomocy przy zwalczaniu zagrożenia niepodległości jednej z nich w wypadku prób nacisku ekonomicznego lub innego, przy czym w razie wynikłych stąd działań zbrojnych wchodził w życie artykuł pierwszy. Artykuł czwarty przekazywał ustalenia konkretnych form współpracy wojskowej odpowiednim czynnikom obu państw. Artykuł piąty zobowiązywał obie strony do "szybkiej i całkowitej" wymiany informacji dotyczących wydarzeń, które mogłyby zagrozić niepodległości każdej z nich ("des informations relatives a tout developpement qui pourrait menacaer leur indépendance"). Rząd brytyjski pogwałcił to zobowiązanie, wchodząc m.in. w układy z ZSRR i USA w czasie konferencji w Teheranie w listopadzie i grudniu 1943 roku, które nie tylko "groziły" polskiej niepodległości, ale faktycznie przekreślały niepodległy byt państwa polskiego w formule sprzed 17 września 1939. Artykuł szósty zobowiązywał obie strony do komunikowania sobie zamiarów zawarcia innego przymierza, gwarantując, iż podobne związki z państwami trzecimi nie mogą ani stworzyć nowych zobowiązań, ani umniejszyć praw drugiej z umawiających się stron. Artykuł siódmy zabraniał jednej ze stron zawarcia osobnego pokoju lub zawieszenia broni. Godną uwagi jest informacja Władysława Kulskiego w tej sprawie: "Pod naciskiem angielskim musiałem poniechać zakazu rokowań na ten temat"41. Wynika stąd, że polskie MSZ uważało Rzeczpospolitą za państwo o wiele mniej zagrożone konsekwencjami wojny niż Wielka Brytania i usiłowało początkowo "uchronić" Polskę przed zobowiązaniem niezawierania osobnego zawieszenia broni lub pokoju z nieprzyjacielem, ustępując w tej sprawie dopiero pod naciskiem brytyjskim (artykuł ten został zresztą jawnie pogwałcony przez rząd brytyjski w 1945 roku, kiedy stał się z kolei niewygodny dla Londynu). Wreszcie artykuł ósmy przewidywał pięcioletni okres trwania przymierza z możliwością automatycznego przedłużenia jego ważności, oraz natychmiastowe wejście układu w życie bez ratyfikacji obu stron42.

Istotne znaczenie układu wynikało dopiero z interpretacji szczegółowej, zawartej w ośmiu artykułach, zwłaszcza w tajnym protokole, złożonym z czterech artykułów, które ograniczały zakres wzajemnych zobowiązań. Ogromnym wysiłkiem negocjatorów polskich udało się, jak wspomniano, ograniczyć brzmienie artykułu 1, punkt a, do stwierdzenia: "Przez określenie "jedno z mocarstw europejskich", używane w układzie, należy rozumieć Niemcy"43.

Wydaje się prawdopodobne, że gdyby negocjatorzy polscy nie uparli się przy wyłączeniu Italii z zakresu działania sojuszu, można było dnia 25 sierpnia sformułować artykuł 1-a następująco: "[...] Niemcy oraz jakiekolwiek inne państwo europejskie sprzymierzone z Niemcami przez jakikolwiek bądź układ, które wspomagając Niemcy zbrojnie, rozpoczęłoby otwarte działania wojenne przeciwko jednej z układających się stron" ("[...] Germany and any other European power allied to Germany, by what over an agreement, which supporting Germany with its armed forces, would begin open hostilities against one of Contracting Parties").

Powołując się na dobre stosunki polsko-włoskie można było najpewniej uniknąć wyraźnego wymienienia Italii w tajnym protokole, jednakże formułując brzmienie artykułu 1-a tak, iżby agresja włoska przeciwko Wielkiej Brytanii została przez tę stypulację również objęta. Agresja włoska..., ale także agresja ZSRR przeciwko Polsce. O ile łatwiejsza byłaby sytuacja Rządu RP, gdyby dnia 17 września 1939 artykuł 1-a tajnego protokołu polsko-brytyjskiego miał brzmienie rozszerzone, do którego początkowo Anglicy usilnie dążyli!

Określenie: "sprzymierzone z Niemcami przez jakikolwiek bądź układ" odnosiłoby się całkowicie do porozumienia radziecko-niemieckiego z dnia 23 sierpnia. Anglicy rozumieli to doskonale, dlatego też tak łatwo odstąpili od postulatu objęcia Włoch stypulacjami układu. Podobne sformułowanie tajnego protokołu było możliwe tylko do godzin porannych dnia 23 sierpnia.

Beck, Raczyński i Kulski uznali za sukces polski ograniczenie określenia ewentualnego agresora innego niż Niemcy do następującego brzmienia w artykule 1-b tajnego protokołu:

W razie akcji, w rozumieniu artykułu pierwszego albo drugiego układu, ze strony mocarstwa europejskiego innego niż Niemcy, umawiające się strony będą się konsultować co do środków, które mają być wspólnie zastosowane.

Dnia 17 września pozostała Rządowi RP jedynie ta nieokreślona stypulacja. Jak się jednak niżej okaże, nawet artykuł 1-b tajnego protokołu nie doczekał się realizacji. Żadne konsultacje między obu rządami w sprawie agresji radzieckiej na Polskę w ogóle się nie odbyły, być może dlatego, że w dniach od 18 do 30 września żaden rząd RP praktycznie nie istniał i nie funkcjonował.

Jest faktem bardzo znamiennym, iż w październiku 1939 roku, po agresji ZSRR na Polskę i po dodatkowym porozumieniu rozbiorowym między Stalinem a Hitlerem 28 września, w łonie Foreign Office zrodziły się opinie, że należy ogłosić pełny tekst tajnego protokołu polsko-brytyjskiego z 25 sierpnia - nawet jeśliby strona polska temu się sprzeciwiła44. Jak wiadomo, ówcześnie do tego nie doszło, z niewiadomych zresztą powodów; gdyż rząd polski we Francji żadnego sprzeciwu wobec tych sugestii nie zgłaszał45. Motywy brytyjskie były oczywiste: artykuł pierwszy traktatu jawnego z dnia 25 sierpnia zawierał stypulacje mogące skłaniać do mniemania, iż agresja ZSRR przeciwko Polsce jest również objęta postanowieniami układu. Dlatego też Anglikom zależało ogromnie na publikacji dokumentu wyjaśniającego, iż takich zobowiązań wobec Polski nie podjęli. Można zresztą sądzić, że cała sprawa została ówcześnie wyjaśniona w poufnych rozmowach między dyplomatami radzieckimi a brytyjskimi, bez pozostawienia śladu na piśmie. Do sprawy ogłoszenia tajnego protokołu powrócono dopiero w końcu marca 1945 roku, kiedy to przedstawiciel Foreign Office sir Orme Sargent wystąpił wobec Rządu RP w Londynie z oficjalną propozycją w tej sprawie46. W tym momencie protokół miał znaczenie polityczne o tyle jedynie, że w chwili oddawania Polski pod wyłączną kontrolę Stalina publikacja jego miała dowieść Moskwie, iż rząd brytyjski nigdy nie udzielił Polsce żadnej gwarancji przeciwko ZSRR. Wkrótce potem protokół został ogłoszony przez odpowiednią instytucję rządu brytyjskiego (Printed and published by H.M. Stationary Office, 1945).

Władysław Kulski polemizuje z twierdzeniem Henryka Batowskiego, że traktat z dnia 25 sierpnia "miał małą wartość dla Polski"47. Twierdzi, że "alians przeszkodził w spełnieniu zamiarów Hitlera zlokalizowania wojny z Polską, która stała się najpierw wojną europejską, a później Drugą Wojną Światową". Można jednak mniemać, że gdyby traktat polsko-brytyjski nigdy nie doszedł był do skutku, wojna francusko-brytyjsko-niemiecka, a więc Druga Wojna Światowa, po zlikwidowaniu Rzeczypospolitej Polskiej również by wybuchła, po prostu dlatego, że ekspansja Hitlera, obrócona po klęsce Polski i przy jego sojuszu z Rosją ku Zachodowi, stanowiła dla państw alianckich zbyt wielkie zagrożenie. Z punktu widzenia interesów Polski trzeba zauważyć, iż bez traktatu z dnia 25 sierpnia wynik Drugiej Wojny Światowej nie byłby zapewne w niczym gorszy niż stał się w rzeczywistości przy posiadaniu owego iluzorycznego przymierza. Problem polega na czymś zupełnie innym: na zmarnowaniu jedynej okazji uzyskania dnia 25 sierpnia 1939 od Wielkiej Brytanii takiego określenia agresora, które można by po 17 września rozciągnąć na ZSRR. Być może i to niewiele by dało. W każdym jednak razie Brytyjczykom byłoby znacznie trudniej współdziałać z USA w okresie Teheranu i Jałty - dla posłużenia się polskim terytorium i polską niepodległością jako zapłatą dla ZSRR za spóźnione przystąpienie do koalicji antyhitlerowskiej - gdyby traktat polsko-brytyjski uczynił Stalina i Hitlera jednakowo odpowiedzialnymi za napaść na Polskę.

Kulski jest zdania, że stronie polskiej udało się w czasie sierpniowych negocjacji w Londynie osiągnąć bardzo wiele. "Patrząc teraz na ten przetarg z odległości wielu lat sam dziwię się, jak mi się udało tyle wytargować"48. To miłe samopoczucie jest raczej mało uzasadnione. Autor cytowanych wspomnień zapomina, że w tym przełomowym momencie zupełnie nie wziął pod uwagę groźby największej i jedynie realnej: wspólnego uderzenia na Polskę Niemiec i ZSRR.

Amb. Raczyński utrzymuje, iż sens traktatu moskiewskiego 23 sierpnia był dla niego zupełnie jasny.

Znaczenie układu Ribbentrop-Mołotow, podpisanego 23 sierpnia 1939 r., jako zmowy przeciw Zachodowi, a przede wszystkim i przygotowania do czwartego rozbioru Polski, było dla mnie jasne od pierwszej chwili - pisze w swoich wspomnieniach. - Z godziny na godzinę oczekiwałem najgorszego. Gdy nadeszło, miałem wrażenie jak gdyby ujawnienia ponurego sekretu49.

Można się jednak zastanowić, czy w opiniach autora nie przeważają mimo wszystko refleksje z okresu późniejszego, gdy wszystko stało się naprawdę jasne. Przecież w ostatnich dniach sierpnia nie uczynił nic, aby przygotować Rząd RP na najprawdopodobniejszy obrót wydarzeń, aby domagać się decyzji politycznych i militarnych na ewentualność właśnie tego najgorszego, a nieuchronnego obrotu wydarzeń: uderzenia Armii Czerwonej na Polskę od wschodu.

Rzeczpospolita wchodziła w beznadziejny konflikt zbrojny z Rzeszą Niemiecką przygotowana źle z każdego punktu widzenia, nawet na miarę swoich rzeczywistych skromnych możliwości. Najgorszy był jednak brak jakichkolwiek przygotowań wobec ZSRR w obliczu nieuniknionych i w ostatnim tygodniu sierpnia 1939 roku zupełnie już oczywistych konsekwencji układu moskiewskiego z dnia 23 sierpnia.

iv. Polska w obliczu beznadziejnej wojny

Analiza przygotowań militarnych Polski w 1939 roku i przebiegu Kampanii Wrześniowej nie wchodzi w zakres niniejszego studium, a sprawy wojskowe poruszane są o tyle jedynie, o ile mają związek z sytuacją polityczną i międzynarodową Rzeczypospolitej. Najogólniej rzecz biorąc, z militarnego punktu widzenia Polska nie miała żadnych w ogóle szans. Wynikało to z kilku przyczyn, m.in. znacznej dysproporcji ludności Polski i Niemiec, co nawet przy zupełnie równym wyposażeniu obu armii dawałoby Niemcom przeszło dwukrotną przewagę; z ogromnej różnicy poziomów uprzemysłowienia - co decydowało o zasadniczej dysproporcji w standarcie zbrojeniowym; ze wstępnego już okrążenia Polski z północy (Prusy Wschodnie), z zachodu (Pomorze, Wielkopolska, Śląsk) i z południa (Czechy, Słowacja) - nie mówiąc nawet o całej granicy wschodniej z ZSRR. W ten sposób jeszcze przed wybuchem wojny armia polska znalazła się w klasycznym kotle. W dodatku niewielkie rozmiary państwa polskiego (od granicy niemieckiej w Zbąszyniu do granicy radzieckiej w Stołpcach nieco ponad 700 km; najkrótsza odległość między granicą niemiecką w rejonie Bytomia a radziecką w rejonie Krzemieńca - niespełna 500 km; najkrótsza odległość między terytorium Rzeszy w rejonie Ełku w Prusach Wschodnich a terytorium ZSRR na Białorusi w rejonie Kojdanowa - mniej niż 300 km) uniemożliwiały wojskom polskim nawet manewry operacyjne po liniach wewnętrznych własnego obszaru. Mściła się tutaj zmarnowana szansa rokowań pokojowych z Rosją radziecką w Rydze w 1920 roku, kiedy to strona rosyjska skłonna była przystać na przesunięcie granicy polskiej w rejonie Białorusi znacznie dalej na wschód, niż zgodziła się przyjąć delegacja polska50; Polska miałaby jakąkolwiek szansę pod dwoma warunkami: jeżeli prowadziłaby wojnę tylko na froncie zachodnim, przy całkowitej neutralności ZSRR; oraz - jeżeli zdołałaby utrzymać front na tzw. zasadniczej linii oporu (Narew-Wisła-San) co najmniej przez kilka miesięcy, a więc do zimy 1939/1940 roku. Całe to rozumowanie jest bez sensu, gdyż w wypadku neutralności ZSRR (tzn. bez układu 23 sierpnia, którego nieuchronnym skutkiem musiał być 17 września), dnia 1 września 1939 Niemcy w ogóle by Polski nie zaatakowały. Dla zapobieżenia atakowi Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 roku nie było potrzebne żadne specjalne porozumienie między Rzecząpospolitą Polską a ZSRR, czy Związkiem Radzieckim a Francją i Wielką Brytanią (gdyby nawet coś takiego było w ówczesnej sytuacji politycznej możliwe); dla uratowania pokoju było wystarczające, aby Józef Stalin Adolfa Hitlera do napaści na Polskę nie zachęcał.

Pretensje historyków polskich do Aliantów zachodnich, powtarzające się nieustannie w historiografii zarówno niezależnej, jak i oficjalnej, a także zbliżone poglądy, które sformułował swego czasu m.in. Jon Kimche51, nie mają niestety większego uzasadnienia. Było wiadome, a w każdym razie powinno było być wiadome polskiemu Sztabowi Głównemu, że doktryna wojenna armii francuskiej wyklucza szybką ofensywę w głąb Niemiec w pierwszych tygodniach wojny. Jasne było, iż Alianci nastawiają się na wojnę długą, może kilkuletnią, a ostateczne pokonanie Niemiec przewidują dopiero po uruchomieniu wszystkich swoich zasobów. Toteż jakikolwiek polski plan wojny obronnej - jeżeli nawet nie brał pod uwagę sojuszu radziecko-niemieckiego - powinien wychodzić z analizy możliwości utrzymania obrony Polski przez co najmniej trzy miesiące. Dopiero po takim okresie można było zapewne liczyć na jakąś pierwszą realną akcję Aliantów, i to pod warunkiem, że na obszarze Polski siły niemieckie byłyby nadal wiązane przez znaczne i należycie dowodzone wojska polskie. Było to z góry do przewidzenia. Jeżeli Hitler nie dał się odstraszyć samą groźbą "gorącej" wojny z Zachodem (a czego by nie powiedzieć o polityce Londynu i Paryża, groźbę taką zasygnalizowano Berlinowi dostatecznie wcześnie i dobitnie), realna pomoc Francji i Anglii dla Polski mogła przyjść dopiero po wielu miesiącach. Od przyjęcia tego założenia powinni zacząć dwaj ludzie, na których spoczywała ówcześnie największa odpowiedzialność za losy Polski: Józef Beck jako minister spraw zagranicznych i Edward Rydz-Śmigły jako marszałek Polski i wódz naczelny. Jak się okazało po wojnie, już w okresie klęski wrześniowej ujawniły się między Beckiem a Rydzem nieporozumienia w sprawie odpowiedzialności nie tyle za klęskę w ogóle, ile za klęskę tak prędką. Można stwierdzić, że jeżeli Beck ponosi odpowiedzialność za nieuświadomienie Naczelnemu Dowództwu - przynajmniej między 23 sierpnia a 1 września 1939, kiedy było to już oczywiste - że Polska zostanie niechybnie zaatakowana z dwóch stron, to Rydz-Śmigły jest odpowiedzialny za wprowadzenie polskiego MSZ w błąd co do rzeczywistego potencjału obronnego RP i możliwości realnego prowadzenia wojny obronnej choćby przeciwko samym Niemcom. Są pewne, źródłowo niepotwierdzone zresztą, przesłanki do tezy, iż jeszcze wiosną 1939 roku Rydz-Śmigły liczył się z prędką klęską wojsk polskich w kampanii niemieckiej. Cóż jednak znaczyło określenie "prędka klęska"? Kilka miesięcy, kilka tygodni, czy kilka dni? Nie ulega wątpliwości, że do dnia 1 września Rydz-Śmigły był przekonany, iż armia polska zdoła stawić Niemcom zorganizowany opór przez kilka miesięcy. Już to samo przeświadczenie Naczelnego Wodza czyni jego odpowiedzialność historyczną za rok 1939 nieporównanie większą, niż odpowiedzialność ministra spraw zagranicznych. W grze dyplomatycznej o ocalenie Polski Józef Beck otrzymał bowiem karty z pozoru coś znaczące, z których minimalnej, jeżeli nie wręcz żadnej wartości nie mógł sobie zdawać sprawy.

Pewno: gdyby we wrześniu 1939 roku na czele armii francuskiej znalazł się człowiek o geniuszu i determinacji Napoleona Bonaparte, potrafiłby zapewne wykorzystać pierwsze dni konfliktu zbrojnego między Polską a Niemcami dla zadania Niemcom mocnego ciosu z zachodu. Musiałby - rzecz nieprawdopodobna - w ciągu jednej doby zmienić całkowicie doktrynę wojenną armii, zaimprowizować plan ofensywy, wydać rozkazy uderzenia. Biorąc pod uwagę interes nie Polski, ale właśnie Francji wódz naczelny takiej klasy mógłby skorzystać z całkowitego niemal rozbrojenia Niemiec na froncie zachodnim. Jest prawdopodobne, że gdyby wszystkimi swoimi siłami kadrowymi, nie czekając na wyniki mobilizacji powszechnej, armia francuska uderzyła na wschód dnia 4 lub 5 września, stawiając sobie zadanie jak najgłębszego wdarcia się w terytorium Rzeszy, w ciągu dziesięciu dni mogłaby zająć połowę Niemiec, zmuszając Hitlera do przerwania ofensywy w Polsce i stwarzając sytuację, która mogła była przesądzić o zakończeniu wojny na Zachodzie całkowitą klęską Niemiec na wiosnę 1940 roku52. Dla Polski miałoby to być może dodatnie skutki pośrednie. Bezpośrednio bowiem żadna ofensywa Aliantów dopomóc Polsce nie mogła. Jak już stwierdzono, ofensywa francuska na zachodzie we wrześniu 1939 roku miałaby jedynie ten skutek w odniesieniu do sytuacji Polski, że wkroczenie Armii Czerwonej do działań przeciwko wojskom polskim nastąpiłoby wcześniej. Hitler zmuszony byłby pójść na większe jeszcze ustępstwa wobec Stalina, aby od dyktatora ZSRR "kupić" niezbędną pomoc dla Rzeszy. Prawda: we wrześniu 1939 roku ZSRR do wojny był w ogóle niegotowy. Armia Czerwona znajdowała się w stanie głębokiego kryzysu. W takiej sytuacji opór polski mógłby trwać tydzień lub dwa tygodnie dłużej (pod warunkiem, że w momencie agresji radzieckiej Rząd RP i Naczelne Dowództwo nie zdecydowałyby się na jeszcze wcześniejsze niż stało się w rzeczywistości opuszczenie terytorium Polski). Odciążone nieco od nacisku niemieckiego Polskie Siły Zbrojne mogły stawiać skuteczniejszy opór Armii Czerwonej, która musiałaby przyjąć na siebie główne zadanie podboju Polski. Uzbrojenie, wyposażenie i doktryna bojowa armii polskiej były znacznie lepiej dostosowane do działań obronnych przeciwko Armii Czerwonej niż przeciwko Wehrmachtowi. Tak czy owak, jeżeli nawet walki na ziemiach Polski trwałyby do drugiej połowy października 1939 roku, okupacja całego terytorium RP przez Niemcy i ZSRR była nieunikniona. Wobec braku zobowiązań Aliantów zachodnich do gwarancji dla Polski przed agresją radziecką, nawet po całkowitej klęsce Hitlera na Zachodzie w 1939 czy w 1940 roku los Polski nie okazałby się zapewne lepszy niż w roku 1945.

Tylko marginalnie można w tym miejscu stwierdzić, że cała polska koncepcja obrony przeciwko agresji niemieckiej była błędna i w danej sytuacji mało przydatna. Trudno tu się wdawać w szczegółową analizę polskiej polityki zbrojeniowej w latach trzydziestych, której skutkiem było np. budowanie przez Rzeczpospolitą ze względów prestiżowych marynarki wojennej ponad możliwości kraju, marynarki o nikłej, jeżeli nie wręcz żadnej przydatności w wypadku wojny nie tylko z Niemcami, ale nawet z ZSRR - przy poważnych brakach choćby w fortyfikacjach stałych (za cenę jednego niszczyciela typu "Grom" można było np. zmienić Półwysep Helski w twierdzę zdolną do oporu przez wiele miesięcy, wiążącą znaczne siły niemieckie, której artyleria opancerzona kalibru 381 lub 406 mm, o donośności około 40 km pokrywałaby ogniem całe terytorium Wolnego Miasta Gdańska). Jest faktem, że Polski nie stać było ówcześnie na rozbudowaną broń pancerną czy znaczną liczbę jednostek zmotoryzowanych. Z pewnością stać jednak było na znacznie liczniejszą lekką i ręczną broń przeciwpancerną, lekką broń przeciwlotniczą, a nade wszystko na udoskonaloną i wprowadzoną na wszystkie szczeble dowodzenia operacyjnego wydajną łączność radiową. Przede wszystkim zaś stać było na plan działań obronnych, który nie przesądzałby z góry o zniszczeniu połowy jednostek polskich w bitwie granicznej.

Polskie przygotowania obronne i plany militarne z 1939 roku znane są dzisiaj dobrze dzięki materiałom i opracowaniom ogłoszonym na Zachodzie53. Nie wystawiają one niestety pozytywnego świadectwa polskiemu Sztabowi Głównemu i Naczelnemu Wodzowi. Bardzo (niestety) słuszne wydają się refleksje zanotowane we wspomnieniach przez Kajetana Morawskiego:

Po klęsce wrześniowej, w chwili największego rozgoryczenia powiedział mi jeden z generałów naszych, bynajmniej nie przedwojenny opozycjonista, że koncepcje strategiczne, którymi Rydz się kierował przy ustalaniu planu obrony przed najazdem niemieckim, stały na poziomie dowódcy straży granicznej, a nie naczelnego wodza. Słuszniejszym byłoby może przypuszczenie, że plan został opracowany przez Naczelnego Wodza, który czuł się zarazem współregentem i następcą Prezydenta RP54

- to ostatnie odnosi się zresztą już tylko do zachowania Rydza-Śmigłego w dniach 15-17 września. Po Kampanii Wrześniowej głównym argumentem, służącym obronie dowództwa polskiego, była konstatacja, iż w roku 1939 nastąpiło po raz pierwszy w dziejach wojen wielokrotne zwiększenie średniej prędkości marszowej wielkich jednostek - z paru km/godz., co było regułą dla piechoty od czasów starożytnych po rok 1939 (Wojsko Polskie), do kilkudziesięciu km/godz. (część wielkich zmotoryzowanych jednostek niemieckich w Kampanii Wrześniowej). Było to faktem, ale faktem łatwym do przewidzenia jeszcze przed wybuchem wojny. Znalezienie skutecznych środków oporu wobec wielkich jednostek pancerno-motorowych z pewnością nie było łatwe, można było jednak walczyć z nimi dużo skuteczniej, pod warunkiem prowadzenia od 1936 roku (wybuch wojny domowej w Hiszpanii, pierwsze użycie wojsk pancerno-motorowych na większą skalę) właściwego szkolenia bojowego polskiej kawalerii i piechoty, a także przygotowania należytej ilości prostych środków obrony przeciwpancernej. Nie wyciągnięto właściwych wniosków z doświadczeń wojny hiszpańskiej, które potwierdzić miała Druga Wojna Światowa: że w polu piechota tradycyjna jest wobec nowoczesnej broni pancernej bardzo słaba, natomiast jej skuteczna obrona możliwa jest w doraźnie choćby umocnionych miastach (we wrześniu 1939 roku Warszawa i Lwów). Podobne rozważania można by mnożyć, nie tutaj jednak dla nich miejsce.

Wydaje się w każdym razie oczywiste, iż przy odpowiednim zorganizowaniu obrony polskiej we wrześniu 1939 roku i po przyjęciu właściwej, odmiennej od naprawdę dominującej doktryny obronnej, stawiając na pierwszym planie nie obronę terenu, ale głównych ośrodków politycznych i zachowanie jak najdłużej wartości bojowej dużych zgrupowań operacyjnych, można było walczyć nawet dwa razy dłużej. Oczywiście, klęska militarna była tak czy owak nieunikniona, lecz ze strony polskiej celem wojny w 1939 roku nie było przecież skuteczne powstrzymanie najazdu niemieckiego. Celem tym była demonstracja polityczna Rzeczypospolitej wobec świata i stworzenie zaszłości w dziedzinie stosunków międzynarodowych, które umożliwiłyby kontynuację w pełni niepodległego bytu państwa polskiego po ostatecznym zwycięstwie Aliantów nad Rzeszą Niemiecką, bądź też (bo w początkach wojny i taka ewentualność nie była wykluczona) nad koalicją hitlerowsko-stalinowską.

Warunkiem dłuższej walki było jednak takie usytuowanie Kwatery Głównej Naczelnego Wodza i takie osobiste zachowanie się Wodza Naczelnego, aby przez cały czas kampanii istniało na szczeblu najwyższym realne dowodzenie całością lub przynajmniej większą częścią obrony i realna koordynacja działań wszystkich większych zgrupowań bojowych polskich. Jest faktem udowodnionym już od dawna, że w nocy z 7 na 8 września 1939 Rydz-Śmigły przestał faktycznie dowodzić całością wojsk polskich, a w parę dni później stracił jakikolwiek wpływ na przebieg działań wojennych55. Utrata łączności ze zgrupowaniami bojowymi w niczym Naczelnego Wodza nie usprawiedliwia, a nawet podwójnie go obciąża. Jest to bowiem dowodem, że z przerażającą lekkomyślnością zaniedbano organizację odpowiedniej, nowoczesnej łączności wojskowej w okresie poprzedzającym bezpośrednio Kampanię Wrześniową, chociaż uzyskanie takiego systemu łączności było akurat wśród przygotowań wojennych najbardziej realne ze względów finansowych i technicznych.

Jeżeli Naczelny Wódz liczył się faktycznie z rychłą klęską polską w kampanii niemieckiej56 - nie dzielił się co prawda tego rodzaju swoimi przewidywaniami nawet z Rządem RP, a zwłaszcza z ministrem spraw zagranicznych - to pierwszym jego obowiązkiem było wspólne z rządem przygotowanie środków i sposobów działania właśnie na chwilę klęski ostatecznej. Wszystko, co niżej przedstawiamy, należało naturalnie do kompetencji i obowiązków Rządu RP, ale jest faktem, iż rząd ten mógł podjąć odpowiednie działania tylko będąc z góry uprzedzonym przez Naczelnego Wodza, że liczyć się trzeba z totalną klęską obrony polskiej w ciągu kilkunastu dni. Z kolei właśnie obowiązkiem Rządu RP było opracowanie planu działań i poczynienie odpowiednich przygotowań na moment agresji ZSRR, która po dniu 23 sierpnia była jeżeli nie oczywista, to w każdym razie bardzo prawdopodobna wkrótce po ataku niemieckim.

Tak więc podstawowym obowiązkiem naczelnych władz państwowych Rzeczypospolitej w okresie poprzedzającym bezpośrednio wybuch wojny- obowiązkiem większym niż przygotowania czysto militarne, które nie mogły już skutecznie poprawić sytuacji państwa - było podjęcie co najmniej następujących kroków:

1) Przygotowanie środków jak najdłuższego informowania społeczeństwa przez władze RP - przez ulepszenie stanu technicznego wszystkich rozgłośni i stacji nadawczych Polskiego Radia, i jak największe, w miarę niemałych w końcu możliwości, zabezpieczenie ich przed skutkami nalotów lotniczych. Chodziło o to, aby ta, jedyna w warunkach wojny, droga instruowania społeczeństwa była dostępna przynajmniej do końca działań wojennych na terenie kraju.

2) Przygotowanie specjalnej łączności radiowej w dyspozycji ewakuowanego rządu, dla utrzymania kontaktów wewnątrz państwa i z najważniejszymi placówkami polskimi za granicą - w postaci silnych radiostacji przewożonych na samochodach terenowych, z własnym wydajnym zasilaniem. Było to wówczas technicznie możliwe. Jak świadczy Józef Beck, stacja radiowa MSZ została dostatecznie wcześnie z Warszawy ewakuowana57. W roku 1939 ambasada polska w Londynie58, a także, jak się wydaje, ambasady przynajmniej w Paryżu, Berlinie, Moskwie i Rzymie, zaopatrzone zostały w radiostacje dla łączności z MSZ. Jest więc tym bardziej znamienne, że co najmniej od chwili opuszczenia Łucka dnia 14 września Rząd RP nie miał już żadnej bezpośredniej łączności z placówkami za granicą59, co w najbardziej dramatycznym momencie 17 września dodatkowo skomplikowało losy sprawy polskiej. Jest ciekawe, że polskie ambasady w państwach zachodnich dla porozumienia się z innymi placówkami w rejonie Bałtyku i z Rządem RP szukały pośrednictwa radiostacji polskich okrętów wojennych, zwłaszcza niszczycieli "Grom" i "Błyskawica"60. Otóż radiostacje takiej co najmniej mocy jak nadajniki okrętów wojennych można było posiadać na transporterach samochodowych... nawet w nieszczęsnym rejonie Kołomyi, Kut i Kosowa. Skądinąd są dwie przynajmniej relacje o nadawaniu ostatnich rozkazów Naczelnego Wodza z Kołomyi i Kut przez radio61. Radiostacja (przynajmniej jedna) istniała, znajdowała się w dyspozycji Kwatery Głównej dnia 17 września (jak się niżej okaże, nie wiadomo, czy porzucono ją w Polsce, czy też zdołano przewieźć na teren Rumunii, a jeżeli tak, to co się z nią stało - przecież to nie był sprzęt bojowy), ale jej moc była najpewniej wielokrotnie za słaba dla wypełnienia najskromniejszych choćby zadań.

3) Przygotowanie odpowiedniej deklaracji politycznej, celem ogłoszenia społeczeństwu Rzeczypospolitej, zakomunikowania rządom sprzymierzonym, a wreszcie przekazania najważniejszym agencjom prasowym świata - na wypadek przystąpienia ZSRR do działań przeciwko Polsce. Deklaracja Rządu RP powinna być gotowa w kilku wersjach, uwzględniających każdą z prawdopodobnych sytuacji; wersję do publikacji można by wybrać w ciągu jednej godziny po stwierdzeniu agresji i jej charakteru. W sytuacji, jaka nastąpiła 17 września, jedynie właściwą byłaby deklaracja konstatująca zaistnienie stanu wojny w wyniku pogwałcenia paktu o nieagresji i rozpoczęcia przez ZSRR jawnego ataku na Polskę, przynajmniej faktycznie wspomagającego Rzeszę. Sprawą tą zajmiemy się niżej.

4) Przygotowanie zaleceń politycznych dla społeczeństwa polskiego na okres okupacji terytorium RP przez Niemcy i ZSRR - i dostatecznie wczesne ich ogłoszenie.

5) Przygotowanie struktury i form działania tej części państwowej administracji terenowej, która powinna była pozostać jak najdłużej na swych stanowiskach nawet w warunkach okupacji, a także sposobów przenoszenia tej działalności w konspirację, gdyby okupant uczynił ją niemożliwą do kontynuowania w warunkach jawnych. Przy najbardziej nawet optymistycznych przewidywaniach klęski Niemiec nikt nie mógł się jej spodziewać przed wiosną lub latem 1940 roku, a więc było z góry wiadome, że społeczeństwo polskie będzie musiało egzystować pod obcą okupacją co najmniej pół roku, a może i rok.

6) Przygotowanie ośrodków informacyjnych i propagandowych RP za granicą - nie tylko w państwach sprzymierzonych, ale nade wszystko w państwach neutralnych (Szwajcaria, Szwecja, Portugalia, Irlandia), z zabezpieczeniem (poza kontrolą władz francuskich czy angielskich) odpowiednich środków na tę działalność, aby mogła ona być prowadzona nawet wtedy, gdyby polska racja stanu nakazała działania informacyjne i propagandowe sprzeczne z interesem i polityką Aliantów. Choćby tylko doświadczenia Pierwszej Wojny Światowej powinny były pouczyć Rząd RP, że cały wysiłek zbrojny, na jaki mogła zdobyć się Polska, zwłaszcza po zajęciu przez wroga całego obszaru państwa polskiego, miał dla przyszłości Rzeczypospolitej wartość mniejszą niż odpowiednio zorganizowana stała i niezależna akcja informacyjno-propagandowa w świecie. Tego właśnie najbardziej zabrakło sprawie polskiej w okresie Drugiej Wojny Światowej. Przez poruszenie opinii publicznej USA, nawet w warunkach systemu rooseveltowskiego, można było utrudnić ogromnie układy teherańskie i jałtańskie. Teheranu i Jałty nikt przed Wrześniem naturalnie przewidzieć nie mógł, można było jednak spodziewać się prób Paryża i Londynu dojścia do porozumienia z Berlinem (lub Moskwą) - kosztem Polski, mimo artykułu 7 traktatu polsko-brytyjskiego.

7) Przygotowanie organizacyjne i finansowe przeniesienia, a przynajmniej odtworzenia Rządu RP na terytorium zachodnich państw sprzymierzonych.

8) Wreszcie: przygotowanie głęboko utajonej i finansowanej ze specjalnie zabezpieczonych kont bankowych w państwach neutralnych sieci wywiadu polskiego, nastawionej na rozpoznanie rzeczywistych możliwości, planów i zamiarów sojuszników zachodnich, która byłaby zdolna do działania przez cały okres wojny, mając bazę z dala od kontroli Londynu czy Paryża, np. w Portugalii lub Szwecji. Brak choćby takiego pomysłu dowodzi przerażającej naiwności całej ekipy rządowej RP z roku 1939, która podchodziła do sojuszników z tzw. otwartym sercem, głęboko ufając w zacne intencje i wierność rządów obu mocarstw wobec Polski.

Wszystko, co wyżej wspomniano, nie jest bynajmniej przejawem rozumowania "Polaka mądrego po szkodzie". Wszystko to było możliwe do przewidzenia przed 1 września 1939, a poza tym możliwsze do zrealizowania niż jakieś istotne powiększenie polskiego potencjału obronnego. Jest zresztą zastanawiające, do jakiego stopnia w sferach rządowych RP ufano w potęgę militarną Polskich Sił Zbrojnych (nie mówiąc już o bezmyślnym przekonywaniu o tej potędze całego społeczeństwa polskiego, co musiało dać tym tragiczniejsze skutki po klęsce wrześniowej), nie zauważając możliwości i konieczności podjęcia szeroko zakrojonych przygotowań politycznych na wypadek wojny. Z klęską trzeba było się liczyć i podobno nawet się liczono. Tym bardziej dziwi, iż nie podjęto żadnych przygotowań umożliwiających kontynuowanie walki polskiej w kraju i na emigracji po zajęciu całego kraju przez armie nieprzyjacielskie. Wszystko, co stało się później w dziedzinie organizacji działania polskiego w kraju i w państwach alianckich (państwa neutralne, łącznie z USA, pozostały w końcu całkowicie poza sferą realnych zainteresowań i możliwości działania polskiego rządu emigracyjnego w latach 1939-1941, zresztą także później), było wynikiem desperackiej improwizacji, jakże mało wydajnej w porównaniu z tym, co można było osiągnąć przy podjęciu odpowiednich decyzji... póki był jeszcze czas.

Odpowiedzialność Rydza-Śmigłego za tempo i rozmiary klęski jest tym większa, iż cały plan działań na wypadek agresji niemieckiej, plan niezdarny i niedostosowany do wymagań rzeczywistości, przyjął on na własną odpowiedzialność, odrzucając znacznie lepsze pomysły innych członków rządu, jak choćby stosunkowo najlepszy w danych warunkach plan Józefa Becka. Już na kilka tygodni przed 1 września Rząd RP przewidywał konieczność ewakuacji z Warszawy swoich agend, nie mówiąc o Prezydencie RP. Było co prawda dziwne, iż postanowiono ewakuować na wschód kraju wszystkie ministerstwa i cały niemal personel urzędowy, a także Kwaterę Główną Naczelnego Wodza. Beck pisze:

Gdy dowiedziałem się (jeśli się nie mylę - w lipcu), że wybrano Lublin na miejsce pobytu Prezydenta RP, a Nałęczów i Kazimierz nad Wisłą dla ulokowania Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zwróciłem marszałkowi uwagę, że rejon ten nie posiada żadnych środków telekomunikacji w postaci podziemnej sieci kablowej, a linie na słupach są bezużyteczne. Zaproponowałem głębsze przestudiowanie tych problemów z kompetentnymi organami rządu i armii; marszałek odpowiedział mi jednak, że sam zajmie się zabezpieczeniem odpowiednich środków...62.

Tak więc - jeśli relacja Becka jest ścisła - Rydz-Śmigły przyjął na siebie osobistą odpowiedzialność za należyte funkcjonowanie łączności dyplomatycznej w czasie wojny. Już po dziesięciu dniach działań wojennych okazało się, że łączność ta praktycznie już nie istnieje.

Około 2-3 września Beck przedstawił Rydzowi plan zasadniczej ewakuacji całego rządu i (jak można mniemać) Naczelnego Dowództwa od razu do Lwowa, który dysponując środkami obrony przeciwlotniczej, wydajnymi połączeniami telekomunikacyjnymi, dość silną radiostacją Polskiego Radia i dostateczną liczbą budynków stanowiłby dla rządu stosunkowo najlepsze miejsce pobytu w okresie wojny. Położenie Lwowa w pobliżu "przedmościa rumuńskiego" dawałoby możliwość czuwania nad sytuacją w razie groźby radzieckiej, a ułatwiałoby również kontakty z zagranicą przez jedyny obszar realnego transferu - Rumunię i Węgry. "Moja rozmowa z marszałkiem na ten temat odbyła się w gmachu Kwatery Głównej przy ul. Rakowieckiej. Marszałek rozważył całą sprawę, nie okazując entuzjazmu dla mojej idei i oświadczył, iż nie sądzi, aby ta propozycja mogła być popierana"63. Niemal jednocześnie zdecydowano ewakuację rządu w rejon Lublina, czego wynikiem było następnie coraz dalsze przesuwanie miejsc pobytu Prezydenta, Naczelnego Wodza i ministrów RP w stronę granicy radzieckiej - jakby w niepojętym zaślepieniu, wykluczającym świadomość oczywistej groźby ze strony ZSRR.

Trzeba w tym miejscu dodać, że Oddział II Sztabu Głównego (na którego czele stał ówcześnie płk dypl. Józef Smoleński) obok referatu "Niemcy" posiadał samodzielny referat "Rosja", a Wydział IIa Wywiadowczy (szef: ppłk dypl. Wilhelm Heinrich) zajmował się m.in. tzw. wywiadem głębokim na Niemcy i ZSRR. Sprawozdania Oddziału II, referatu "Niemcy", za okres kwiecień-sierpień 1939 roku, ogłoszone w Polsce, dowodzą, że Sztab Główny posiadał dobre rozeznanie w zakresie niemieckich przygotowań do agresji64. Nie ogłoszono naturalnie w PRL raportów referatu "Rosja", ale przez analogię można mniemać, że praca płytkiego i głębokiego wywiadu na obszarze "Wschód" nie była gorsza od pracy obszaru "Zachód". Wyżej wspomniane zaślepienie w kwestii groźby radzieckiej jest tym bardziej niepojęte.

Można tu dodać, że pomysł Becka mógł być zrealizowany przynajmniej do 11 września. Dopiero 12 września pierwsze niemieckie oddziały rozpoznawcze dotarły do przedmieść lwowskich, zostały jednak odparte65. Oczywiście, ewakuacja ze Lwowa do Rumunii nie byłaby możliwa dla tych członków Rządu lub Naczelnego Dowództwa, którzy znaleźliby się w oblężonym mieście, jednak skierowanie agend rządowych i koncentracja tamże wszystkich jednostek WP z południowej części kraju umożliwiłaby znacznie dłuższą obronę na terytorium Polski, a co za tym by poszło - w nieporównywalnie większym stopniu zwróciłoby to uwagę światowej opinii publicznej na sytuację Rzeczypospolitej, zaatakowanej jednocześnie przez dwa mocarstwa totalitarne.

Można tutaj dodać, że plan Becka był w ogóle najlepszy nie tylko z politycznego, ale i z wojskowego punktu widzenia. Tymczasowe przeniesienie stolicy do Lwowa powinno było nastąpić jeszcze w ostatnich godzinach pokoju. W rejonie województw lwowskiego, południowej części lubelskiego i wschodniej krakowskiego należało zapewne skoncentrować około połowy wszystkich sił polskich, pozostawiając reszcie zadanie obrony w umocnionych miastach czy twierdzach (Hel, Modlin, Warszawa - i inne punkty o odpowiednich warunkach terenowych), albo intensywnych walk opóźniających, bez silenia się na długie utrzymanie województw zachodnich, co było i niemożliwe ze względów operacyjnych, i bezużyteczne z punktu widzenia gospodarki wojennej kraju, gdyż w warunkach wojny z Niemcami jakakolwiek produkcja dla potrzeb armii była już w ogóle niewykonalna - wojsko musiało się obywać tylko zapasami sprzed wojny. W południowo-wschodniej części państwa należało prowadzić walkę aż do wyczerpania możliwości obrony na terenie kraju. W każdym razie kampania w Polsce trwałaby wtedy przynajmniej dwa razy dłużej, a agresja ZSRR byłaby dostatecznie wyraźnie odpierana przez parę tygodni przez Wojsko Polskie, dość długo stanowiąc temat najważniejszych informacji na łamach całej prasy światowej.

Beck miał pomysł trafny; niestety, w czasie Kampanii Wrześniowej pozbawiony był wpływu na konkretne posunięcia nie tylko obronne, ale i polityczne. Dochodzimy tutaj do kwestii ogromnej wagi: kto w rzeczywistości decydował o sprawach Rzeczypospolitej od dnia 1 do 18 września 1939?

Czterech ludzi stanowiło przed Wrześniem trzon ekipy rządowej RP: prezydent Ignacy Mościcki, marszałek Edward Rydz-Śmigły, minister Józef Beck i premier (a zarazem minister spraw wewnętrznych) Felicjan Sławoj-Składkowski. W momencie rozpoczęcia wojny rola Rydza-Śmigłego jako Naczelnego Wodza musiała znacznie wzrosnąć, wszelako nie powinna była wzrosnąć do tego stopnia, aby marszałek stał się w całej ekipie rządowej RP jedynym czynnikiem decydującym. Zgodnie z artykułem 2 i 63 Konstytucji RP z 23 marca 1935, nawet w okresie wojny władzę najwyższą sprawował Prezydent RP, a przed nim odpowiadał przez cały czas Naczelny Wódz "za akty związane z dowództwem" (art. 63, §4), przy czym Naczelny Wódz nie stawał się bynajmniej zwierzchnikiem rządu cywilnego, którego kompetencje pozostawały niezmienione. Jednakże w czasie Kampanii Wrześniowej do dnia 17 września marszałek Rydz-Śmigły sprawował faktycznie nie tyle funkcję Naczelnego Wodza, ile swojego rodzaju niekontrolowanego dyktatora państwa. Gdy po 8 września utracił możność dowodzenia większością zgrupowań bojowych Wojska Polskiego, podejmował decyzje polityczne m.in. o przesunięciu Rządu i Kwatery Głównej coraz bardziej na południowy wschód w pobliże Rumunii. Nie można niestety stwierdzić, aby inicjatywa tych translokacji wywodziła się od kogokolwiek innego. Coraz mniej dowodząc, marszałek coraz bardziej mieszał się do spraw czysto politycznych, pozostając zresztą zupełnie ślepym na zasadnicze zagrożenia w sferze międzynarodowej sytuacji Polski.

Historia musi stwierdzić, że cały przebieg ewakuacji rządu w rejon Kołomyi, Kut i Kosowa nastąpił zgodnie z rozkazami Edwarda Rydza-Śmigłego. Największa odpowiedzialność historyczna za te nonsensowne decyzje spoczywa jednak na Prezydencie RP. On bowiem miał przez cały czas obowiązek i wyłączne prawo pociągania Naczelnego Wodza do odpowiedzialności "za akty związane z dowództwem" - a więc m.in. za wpędzenie Rządu i Naczelnego Dowództwa w matnię na "przedmościu rumuńskim". Prezydent, wspólnie z ministrem spraw zagranicznych, odpowiedzialny był również za brak jasnej koncepcji politycznej - co czynić w wypadku klęski ostatecznej, aby ratować przyszłość Rzeczypospolitej.

Ogromna uległość całej ekipy rządowej RP wobec Rydza-Śmigłego jest doprawdy zastanawiająca. Rydz nie był Józefem Piłsudskim, brak mu było charyzmatu politycznego Pierwszego Marszałka, nie mógł się równać z Komendantem ani swym autorytetem moralnym, ani talentem politycznym. Konstytucyjnie rzecz biorąc, nie miał prawa do dyktatury w warunkach wojny 1939 roku, z moralno-politycznego punktu widzenia nie miał po temu wystarczającego autorytetu. Zamieszanie w łonie Rządu RP doprowadziło do oddania w ręce Rydza wszystkich decyzji przesądzających o losach Państwa w tym tragicznym okresie; nie zwalnia to jednak innych członków ekipy rządowej RP od odpowiedzialności historycznej za brak własnej inicjatywy i przyjmowanie ze ślepą uległością katastrofalnych decyzji Naczelnego Wodza. Nie zwalnia to zwłaszcza Prezydenta RP. Prawda: Ignacy Mościcki miał ówcześnie lat 72 (ur. 1867), Rydz-Śmigły lat 53 (ur. 1886). W nieodległych wyborach 1940 roku Rydz-Śmigły był spodziewanym następcą Mościckiego na urzędzie Prezydenta RP. Starcie tych dwóch osobowości (historyk waha się napisać: indywidualności, gdyż rzeczywistą indywidualnością nie był ani jeden, ani drugi) w warunkach katastrofy wojennej było trudne, zwłaszcza dla zramolałego Ignacego Mościckiego, którego klęska narodowa zaskoczyła przed emeryturą oczekiwaną za kilka miesięcy. Niemniej Mościcki był nadal człowiekiem w pełni przytomnym i był Prezydentem RP, a Rydz-Śmigły tylko Naczelnym Wodzem... i z tego wynikają konsekwencje w ocenach historycznych. Mimo braku udziału w inicjatywie nonsensownych przesunięć Rządu RP na południowo-wschodni skrawek Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki z racji milczącego tolerowania rozkazów Rydza-Śmigłego ponosi ze strony polskiej - za wydarzenia 17 września - "przed Bogiem i Historią" odpowiedzialność największą.

v. Szesnaście dni między Warszawą a Moskwą

Ostatnie dni przed wybuchem wojny i dwa pierwsze dni konfliktu zbrojnego spowodowały dodatkowe nieporozumienia w dziedzinie oceny zamiarów ZSRR, nie tylko w Warszawie, ale również w Londynie i Paryżu. Między 25 a 31 sierpnia rozeszły się w Europie Zachodniej pogłoski o wycofaniu znad granicy polskiej około 200-300 tysięcy żołnierzy radzieckich, celem rzekomego przesunięcia tych sił nad granicę Mongolii. Brytyjski attaché wojskowy w Moskwie płk R.O. Firebrace dnia 31 sierpnia informował Londyn o wycofaniu z całą pewnością co najmniej pięciu dywizji Armii Czerwonej znad granicy zachodniej, wyrażając zarazem przekonanie, iż jest w ogóle niemożliwe, aby rząd ZSRR nad granicą polską koncentrował jakiekolwiek swoje siły zbrojne66. Ta rozkoszna pewność brytyjskiego pułkownika nasuwa ogólniejszą uwagę, iż cała sieć Intelligence Service'u w Rosji pracowała bardzo nędznie, co zresztą nie zmieniło się bynajmniej w żadnym momencie Drugiej Wojny Światowej. Już 29 sierpnia ambasador von der Schulenburg upewniał władze w Berlinie, że pogłoski te są całkowicie bezpodstawne; niemiecki attaché wojskowy gen. Köstring otrzymał od dowództwa Armii Czerwonej stanowcze zapewnienie, iż na granicy z Polską radzieckie siły zbrojne utrzymują nadal pełną gotowość bojową67. Następnego dnia (30 sierpnia) agencja TASS zaprzeczyła tego rodzaju pogłoskom, donosząc, że jest zgoła przeciwnie: "Wobec możliwości zaistnienia rozmaitych nieprzewidzianych wydarzeń, dowództwo radzieckie postanowiło wzmocnić wydatnie garnizony Armii Czerwonej na zachodnich granicach ZSRR". Fakt zdumiewający: TASS wyjątkowo ogłasza prawdę, której... prawie nikt nie wierzy! Motywy radzieckie były oczywiste: Kreml przeraził się, iż pogłoski o wycofaniu wojsk na wschód mogą zaniepokoić Hitlera, nasunąć mu przypuszczenie, iż ZSRR chce się jakoś wymigać ze zobowiązania podjętego 23 sierpnia, a w tej sytuacji Führer może się przestraszyć ryzyka i ponownie wstrzymać uderzenie na Polskę. Berlin był jednak doskonale poinformowany o rzeczywistej sytuacji na granicy polsko-radzieckiej.

Jest bardzo zastanawiające, że w Moskwie przez kilka dni po zawarciu traktatu z Niemcami panowało pewne zamieszanie, a w każdym razie istniała w łonie rządu ZSRR i KC WKP(b) frakcja, nie bardzo zorientowana w istotnych zamiarach Stalina. Pozwolono jej na pewną ograniczoną działalność, aby stworzyć sui generis "zasłonę dymną", ukrywającą przygotowania radzieckie. 27 sierpnia dziennik "Izwiestia" opublikował wywiad z Klimentem Woroszyłowem na temat zawieszenia rokowań z Wielką Brytanią i Francją, w którym ów wygłosił m.in. pogląd, że wymiana handlowa polsko-radziecka i dostawy materiałów wojennych dla Polski w wypadku wojny mogą być utrzymane. Już dnia 2 września ambasador ZSRR w Warszawie Nikołaj Szaronow zgłosił się do MSZ wyrażając zdziwienie, że Rząd RP nie korzysta z możliwości sformułowanej przez Woroszyłowa68. Do dzisiaj nie jest wiadome, czy Szaronow miał polecenie dokonania "dywersji psychologicznej" w Warszawie, odwracającej uwagę od niebezpieczeństwa ze strony ZSRR, czy też (będąc związany z Woroszyłowem) działał po prostu w dobrej wierze, choć bez upoważnienia swego rządu. W każdym razie już parę dni później Mołotow zdementował oficjalnie wywiad Woroszyłowa.

Przy okazji warto zauważyć, że człowiek, z którego deklaracjami politycznymi tak niefrasobliwie w Moskwie się obchodzono, w sierpniu 1939 roku stał przecież na czele delegacji ZSRR do pozornych rokowań o alians z Francją i Wielką Brytanią. Po dziś dzień propaganda ZSRR i, PRL powołuje się na "wysoką rangę" marszałka Woroszyłowa jako dowód "poważnych zamiarów" ZSRR w sprawach sojuszu z Zachodem. Cała historia ogłoszenia i zdezawuowania wywiadu Woroszyłowa w "Izwiestiach" dowodzi, że człowiek ten był ówcześnie zupełnie out of game w istotnych sprawach politycznych.

Z tego rodzaju mglistych przesłanek Beck wyciągał jednak pochopne wnioski co do życzliwych rzekomo "dyspozycji" rządu ZSRR wobec Polski. Ambasador francuski w Warszawie Leon Noël informował swój rząd o wiadomościach uzyskanych od polskiego ministra spraw zagranicznych, jakoby "Mołotow przyjął dobrze ambasadora RP i oświadczył mu, że agresja niemiecka jest oczywista"69. Prawdą jest skądinąd, że Beck nie musiał, a nawet nie powinien był ujawniać Noëlowi wszystkich niekorzystnych dla Polski doniesień z zagranicy; w tym jednak wypadku był najprawdopodobniej rzeczywiście przekonany o "życzliwości" Moskwy, chociaż rozmowa amb. Grzybowskiego z Mołotowem dnia 3 września miała sens nieco odmienny.

W sobotę 2 września - pisze Wacław Grzybowski - dostałem rozkaz notyfikowania oficjalnie rządowi sowieckiemu agresji niemieckiej. 3 września zostałem przyjęty przez przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych p. Mołotowa. Nasze sformułowanie agresji nie sprowokowanej dokonanej bez wypowiedzenia wojny, i przez zaskoczenie w momencie prowadzenia negocjacji, nie wywołało sprzeciwu z jego strony. Przyjął, że Niemcy zostały uznane za agresora i zapytał mnie, czy liczymy na interwencję Anglii i Francji, i kiedy. Odpowiedziałem, że nie mam oficjalnych informacji, ale przewiduję wypowiedzenie wojny na jutro 4 września. P. Mołotow uśmiechnął się sceptycznie i powiedział: - Jeszcze zobaczymy, panie ambasadorze...70.

Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Rzeszy Niemieckiej wcześniej, niż spodziewał się amb. Grzybowski, gdyż tego samego dnia 3 września. W osiem godzin po deklaracji brytyjskiej, a w dwie godziny po francuskiej, o godzinie 18.50 dnia 3 września, Ribbentrop wysłał do von der Schulenburga depeszę supertajną, polecając mu przekazanie stronie radzieckiej prośby Berlina, aby Armia Czerwona przystąpiła do działań przeciwko Polsce71.

Moskwa nie była zachwycona sugestią rządu niemieckiego, gdyż rząd radziecki zdawał sobie sprawę ze złego stanu przygotowań Armii Czerwonej, a z drugiej strony jawne angażowanie się w agresję przeciwko Polsce sprzeczne było z planem Stalina: ZSRR i Rzesza dokonają wspólnie podziału Europy Środkowej, ale Polskę pobiją uprzednio własnymi siłami tylko Niemcy. Wkrótce miało się jednak okazać, że Niemcy nie dają się zbyć argumentami o konieczności poczynienia uprzednio odpowiednich przygotowań. Skądinąd w Berlinie już od 1 września przebywała wojskowa misja radziecka, mająca - jak można się domyślać - uzgodnić wspólną akcję zbrojną przeciwko Polsce.

Tymczasem w Warszawie rozpoczął się monstrualny exodus wszystkich agend Rządu RP i Kwatery Głównej w kierunku województw wschodnich. 4 września wydane zostają rozkazy ewakuacyjne. Wobec błyskawicznego wdzierania się w głąb Polski pancernych sił niemieckich i załamania się obrony polskiej na pierwszej linii frontu powstało rzeczywiście niebezpieczeństwo wtargnięcia wojsk niemieckich nawet do Warszawy. W tej sytuacji celowe było przeniesienie miejsca pobytu Prezydenta RP i niektórych ministerstw w rejony odleglejsze. Najrozsądniejsze byłoby ulokowanie ich we Lwowie, ale jeśli nawet zdecydowano się na województwo lubelskie, potem wołyńskie i tarnopolskie, w końcu stanisławowskie, to w żadnym wypadku nie należało jednak zarządzać ewakuacji powszechnej, która kompletnie przerwała pracę całej administracji państwowej - bez żadnego sensu i celu politycznego lub militarnego.

Historyk zaangażowany skądinąd głęboko w obronę ekipy rządowej RP z września 1939 roku, Władysław Pobóg-Malinowski pisze słusznie:

[...] W Warszawie nie brakowało głosów domagających się pozostawienia w stolicy bodaj jednego członka rządu. Projekt ten wszakże nie znalazł uznania72. Było to jednym z najbardziej kardynalnych błędów. Nie wolno było bowiem pozostawiać ludności bez kierownictwa ani w stolicy, ani w głębi kraju. Wojewodowie, a przede wszystkim starostowie powinni byli zostać na swoich posterunkach, wszyscy bez wyjątku i bez względu na to, co ich spotkać mogło. Co najmniej paru ministrów trzeba było zostawić w Warszawie. Wyjazd wszystkich przedstawicieli władz - rządowych, wojewódzkich i powiatowych - równoznaczny stał się w skutkach z porzuceniem ludności na pastwę losu i puszczenia jej samopas w nowych dla niej, tragicznie ciężkich warunkach i po straszliwym wstrząsie. Musiało to wywołać falę powszechnego żalu, rozgoryczenia, oburzenia, gniewu. Władze uchodząc jakby nie pamiętały o tym, jakimi oczyma patrzy na to ludność i jak to musi komentować73.

W każdym razie jeśli można usprawiedliwić ewakuację Prezydenta RP i części naczelnych władz państwowych, przede wszystkim MSZ, to nie ma żadnego usprawiedliwienia dla decyzji kolejnego przenoszenia Kwatery Głównej Naczelnego Wodza - coraz dalej od frontu i w miejsca coraz słabiej wyposażone w środki telekomunikacji, czego rychłym skutkiem była w ogóle likwidacja naczelnego dowodzenia w Kampanii Wrześniowej. Rydz-Śmigły czuł się najpewniej bardziej szefem całej Rzeczypospolitej niż naczelnym wodzem armii, w beznadziejnym położeniu broniącej kraju, z tego też powodu usiłował trzymać się przez cały czas obok Rządu i Prezydenta RP. Wystawia mu to świadectwo jak najgorsze. We wrześniu 1939 roku miejsce postoju Naczelnego Wodza mogło być tylko przy największym zgrupowaniu bojowym Wojsk Polskich, lub tam, skąd można było realnie dowodzić całością lub większą częścią obrony. Były dwa takie miasta: Warszawa i Lwów. Prawda, że zamykając się w Warszawie lub we Lwowie, Rydz-Śmigły mógłby dowodzić obroną kraju do końca Kampanii Wrześniowej - wszelako bez żadnej szansy wydostania się po klęsce do jednego z krajów sprzymierzonych. Było jednak oczywiste, że naczelny wódz armii, która poniosła taką klęskę (nie dlatego, że klęskę w ogóle, lecz dlatego, że tak prędką i w takich warunkach), nie mógł już dłużej marzyć o jakiejkolwiek karierze politycznej. Byłoby to podobne do supozycji, że Napoleon III, gdyby jakimś cudem zdołał wydostać się z okrążenia pod Sedanem i dotrzeć do Paryża, mógłby po klęsce nadal liczyć na uznanie narodu jako cesarz Francuzów... Wraz z klęską wrześniową kończyła się raz na zawsze rola polityczna całej ówczesnej ekipy rządowej RP. Władza musiała przejść w inne ręce, w inne ręce musiało przejść naczelne dowództwo. Jedyną szansą, jaka pozostała Rydzowi-Śmigłemu, Mościckiemu, Beckowi czy Składkowskiemu, było demonstracyjnie heroiczne zachowanie się na obszarze kraju - aby ocalić swój wizerunek polityczny w historii Rzeczypospolitej. Nawet to przegrali... tłumacząc małoduszne swoje decyzje chęcią kontynuowania walki poza granicami kraju. Jest to w dziejach 17 września 1939 jeden z najważniejszych problemów historycznych, dlatego też wrócimy doń obszerniej w odnośnym miejscu.

Abstrahując już od sprawy odpowiedzialności politycznej i historycznej ówczesnej ekipy rządowej RP, za przejaw jej zupełnego zdezorientowania uznać trzeba decyzję stopniowego wpychania się pod granicę radziecką, skąd miało nastąpić dodatkowe uderzenie. Prawda, że droga przez Pokucie była jedynym ujściem z obszaru Rzeczypospolitej. Lepiej co prawda było tam dążyć przez Lwów, a nie przez Łuck. Jeżeli jednak na to się decydowano, należało również zdecydować się na uformowanie tamże choćby niewielkiego korpusu osłaniającego, aby w momencie agresji ZSRR nie znaleźć się w bezpośrednim zagrożeniu.

5 września zapadła decyzja przeniesienia Rządu RP do Łucka na Wołyniu74. A więc nie do Lwowa, gdzie i warunki, łącznie z telekomunikacyjnymi, były znacznie lepsze, i możliwości obrony realne, lecz pod samą granicę ZSRR... Jak się wydaje, dalsze decyzje przesunięcia władz państwowych w rejon Pokucia (Kołomyja-Kosów-Kuty) zapadły w obliczu nie tyle groźby radzieckiej, lecz w obawie przed przyparciem rządu do granicy ZSRR przez wojska niemieckie, które - sądzono - mogły dotrzeć aż do najdalszych wschodnich krańców Rzeczypospolitej. 7 września Kwatera Główna Naczelnego Wodza, a także najważniejsze agendy MSZ znalazły się w Brześciu nad Bugiem. Tam właśnie Naczelny Wódz i minister spraw zagranicznych przebywali do 11 września, kiedy to Kwatera Główna przeniesiona została na krótko pod Dubno, a MSZ do Krzemieńca75.

Właśnie w Brześciu przerwana została łączność Kwatery Głównej z największymi zgrupowaniami bojowymi WP, przede wszystkim z armiami "Poznań" i "Toruń". Pomysły organizowania obrony na tzw. głębokim zapleczu (którego Polska faktycznie w ogóle nie miała), służące usprawiedliwieniu ewakuacji Kwatery Głównej na wschód, okazały się bezsensowne. Naczelne Dowództwo nie dysponowało już żadnymi możliwościami zorganizowania i zmobilizowania jakichkolwiek sił odwodowych.

Tymczasem zaszło wydarzenie, które powinno było postawić w stan ostrego alarmu Naczelne Dowództwo i Rząd RP, nawet w sytuacji tak dramatycznej, jaka istniała na froncie zachodnim pod koniec pierwszej dekady września 1939 roku. Dnia 7 września rząd ZSRR ogłosił częściową mobilizację Armii Czerwonej i koncentrację swoich sił, w tym znacznej ilości artylerii i broni pancernej, nad granicą polską. Mobilizacja trwała trzy dni, została zakończona 9 września76.

Ówczesny attaché wojskowy RP w Moskwie płk (później gen. bryg.) Stefan Brzeszczyński przedstawił w swoich wspomnieniach77 wydarzenia w Moskwie w okresie mobilizacji Armii Czerwonej. Na dzień 8 września, godz. 14.00, zapowiedziano w parku im. Gorkiego wielki wiec z okazji wydarzeń w Polsce. Brzeszczyński udał się tam razem z attachés wojskowymi Wielkiej Brytanii, USA i Finlandii. "Wszyscy mówiliśmy biegle po rosyjsku. Przemówienie było nieprzychylne dla Polaków i zebrani przyjęli je raczej chłodno. Dopiero gdy pod koniec przemówienia mówca podniesionym głosem krzyczał: - A cóż my, sowiecki naród i rząd, mamy patrzeć z założonymi rękami na cierpienia naszych braci Białorusinów i Ukraińców z winy pańskiej Polski..." - nastąpiło, jak wspomina Brzeszczyński, poruszenie tłumu.

Mówca nie dał wprawdzie odpowiedzi na to pytanie, ale zebrani zrozumieli je po swojemu, tj. że wojska sowieckie pójdą... na pomoc Polsce! Prawie wszyscy krzyczeli: - W pachod, w pachod protiw wrednym Germancom! - Gdyśmy już wsiedli do samochodu, angielski attaché płk Firebrace zapytał mnie, co myślę o tym końcowym zapytaniu mówcy. Odpowiedziałem bez namysłu: - Caryca Katarzyna wysłała kiedyś swe wojska przeciwko Polakom pod pretekstem ochrony dysydentów, a teraz Stalin wyśle swoje pod pretekstem obrony pobratymców i zabierze pół Polski. - Wszyscy trzej smętnie przytaknęli głowami.

Natychmiast po powrocie do ambasady zreferowałem amb. Grzybowskiemu przemówienie w parku im. Gorkiego ze szczególnym podkreśleniem retorycznego zapytania mówcy, na które nie dał odpowiedzi, ale z którego musimy wyciągnąć wniosek, że Sowiety uderzą na Polskę w odpowiedniej dla nich chwili. [...] Zaproponowałem, abyśmy zaraz uprzedzili Naczelne Dowództwo o takiej możliwości radiodepeszą zaszyfrowaną. Ambasador był tego samego zdania. Zachodziła tylko kwestia, gdzie w obecnej chwili może być Naczelny Wódz [...].

Ta szczególna wątpliwość ambasady RP w Moskwie dnia 8 września 1939 jest najlepszym świadectwem, jak fatalnie zaniedbano organizację łączności wojskowej i dyplomatycznej przed Wrześniem 1939. Niemniej amb. Grzybowski i płk Brzeszczyński depeszę ułożyli, a po zaszyfrowaniu została ona natychmiast nadana przez stację radiową ambasady. Jak się okazało po wojnie, depesza dotarła do Brześcia i została doręczona do rąk Rydza-Śmigłego przez płk. Bronisława Chruściela, prawdopodobnie 9 lub najpóźniej 10 września. Tak więc Naczelny Wódz został ostrzeżony o spodziewanej agresji ZSRR tydzień wcześniej, niż stała się ona faktem. Jest zupełnie niewytłumaczalne, jak w takiej sytuacji dzień 17 września mógł się okazać "zaskoczeniem" i dlaczego nie podjęto żadnych w ogóle przygotowań na tę tragiczną chwilę. Jedynym wyjaśnieniem jest przypuszczenie, że ani Rydz-Śmigły, ani nikt spośród osób mających wpływ na decyzje polityczne Rządu RP, nie brał serio tych dramatycznych ostrzeżeń. Podobne zaślepienie pozostaje już poza wszelką możliwością analizy historycznej.

Wiadomość o mobilizacji Armii Czerwonej podana została przez agencję TASS z wyjaśnieniem, iż "w związku z wojną polsko-niemiecką, która może przybrać szerszy i groźniejszy niż dotąd charakter, rząd radziecki podjął decyzję, w interesie dalszego wzmocnienia obrony kraju, dokonania częściowej mobilizacji i powołania niektórych roczników do służby w Armii Czerwonej"78. Wiadomość ta została nadana przez wszystkie rozgłośnie radiowe ZSRR.

Przystąpienie Związku Radzieckiego do czynnych działań zbrojnych przeciwko Polsce opóźniało się jednak z dnia na dzień. Rząd moskiewski wolał nie angażować się w akcję zbyt wcześnie, zgodnie z założeniem, iż łup ma być wspólny i podzielony, ale odium agresji spaść powinno wyłącznie na Niemcy. W odpowiedzi na notę Schulenburga z dnia 3 września, domagającą się podjęcia przez ZSRR działań zbrojnych przeciwko Polsce zgodnie z ustaleniami 23/24 sierpnia, Mołotow odpowiedział 5 września, że "przez nadmierny pośpiech moglibyśmy zaszkodzić naszej sprawie i przyczynić się do zjednoczenia naszych przeciwników"79. Starano się przynajmniej demonstrować sojuszniczą lojalność. 6 września Schulenburg donosił:

Rząd radziecki robi wszystko, aby zmienić postawę ludności tutejszej w stosunku do Niemiec. Prasa zachowuje się tak, jak gdyby uległa przemienieniu. Ataki na zachowanie się Niemiec nie tylko ustały zupełnie, lecz nawet przedstawianie wypadków w dziedzinie polityki zagranicznej oparte jest w wybitnym stopniu na doniesieniach niemieckich; antyniemiecka literatura została usunięta z handlu księgarskiego itd.80.

Wobec postępu wojsk niemieckich w Polsce Mołotow musiał jednak oświadczyć Schulenburgowi dnia 10 września, że chociaż w Moskwie liczono się ze znacznie dłuższym przebiegiem kampanii niemieckiej w Polsce przed osiągnięciem przez Wehrmacht decydującego sukcesu, to jednak w nowej sytuacji Związek Radziecki wystąpi już rychło. Krok radziecki umotywowany zostanie koniecznością wzięcia w obronę ludności białoruskiej i ukraińskiej w Polsce81. Ten pomysł radziecki trochę Niemców zirytował, gdyż wyglądało to na przypisywanie im przez stronę radziecką zamiarów eksterminacyjnych wobec Białorusinów i Ukraińców; przez kilka dni utrzymywały się w tej sprawie kontrowersje. 14 września Mołotow (który uprzednio bezpodstawnie już gratulował Niemcom zdobycia stolicy Polski) prosił usilnie Schulenburga, aby natychmiast powiadomić go, skoro tylko Warszawa padnie, gdyż może to być najlepszym sygnałem do rozpoczęcia akcji wojsk radzieckich. Niestety, Warszawa zawiodła oczekiwania rządu ZSRR i agresja przeciwko Polsce musiała zostać podjęta mimo trwającej jeszcze obrony stolicy.

Brytyjska służba zagraniczna pojęła znaczenie nowej groźby, jaka zawisła nad Polską. Jeden z wyższych funkcjonariuszy Foreign Office, Laurence Collier notuje (10 IX 1939) na depeszy informującej o mobilizacji Armii Czerwonej: "Nie mogę powstrzymać się przed skojarzeniem tego faktu z obecnością generałów radzieckich w Berlinie, chociaż nie chcę ryzykować przypuszczeń, na czym polega dokładny związek"82. Ambasador brytyjski Seeds informuje z Moskwy swój rząd (10 IX 1939), że decyzje radzieckie nasuwają przypuszczenie, iż ZSRR zamierza zająć zbrojnie część ziem RP. Oczywiście, nikt nie wie w Londynie czy w Paryżu o nieustannych naleganiach Schulenburga, które skłaniają rząd ZSRR do przyspieszenia swoich przygotowań wojennych. Jednakże mobilizacja Armii Czerwonej odbywa się niejako na oczach całego świata. Jest tym bardziej niepojęte, że w Polsce nikt jej nie dostrzega i że nie wyciąga się z niej żadnych wniosków, nie podejmuje żadnych przygotowań, choćby tylko politycznych, na wypadek zbliżającej się bezspornie agresji ze wschodu. W jaki sposób np. dowódca obrony Lwowa gen. Władysław Langner mógł się dowiedzieć o mobilizacji Armii Czerwonej (przeprowadzonej - przypominamy - w dniach 7-9 września i ujawnionej od razu w audycjach radia ZSRR) dopiero w początkach października 1939 roku, w czasie przesłuchań w Moskwie83, tego historyk wyjaśnić nie potrafi.

Rozmiar mobilizacji radzieckiej oceniany był ówcześnie - jak można sądzić - bardzo przesadnie. Prasa brytyjska donosiła o mobilizacji w ZSRR około 80 dywizji, o powołaniu do Armii Czerwonej około 4 milionów ludzi. 14 września 1939 londyński "Daily Telegraph" jest już pewny, że tak wielka mobilizacja ma na celu zajęcie pasa ziem wschodnich Rzeczypospolitej - "które Hitler z pewnością ofiarował Moskwie w negocjacjach berlińskich" (sic). Dzisiaj wydaje się pewne, że zasięg mobilizacji radzieckiej był znacznie skromniejszy, chociaż Stalin nie miał nic przeciwko pogłoskom o powołaniu pod broń 4 milionów żołnierzy i zmobilizowaniu przeciwko Polsce aż 80 dywizji. W oczach Hitlera było to dowodem poważnego traktowania swoich zobowiązań przez partnera radzieckiego.

9 września wiceminister Szembek informuje z Krzemieńca Józefa Becka, że ambasador Noël proponuje Rządowi RP przeniesienie się do Francji i tamże droit de résidence, zgodnie z precedensem rządu belgijskiego w 1914 roku. W dwa dni później, 11 września już w Krzemieńcu, Beck ustalił szczegóły tych przenosin z Leonem Noëlem, co prawda nie precyzując jeszcze daty tej translokacji84.

Kto w ogóle wpadł na pomysł opuszczenia przez Rząd RP terytorium kraju i kontynuowania jego działalności - w tym samym składzie personalnym - we Francji? Wszyscy autorzy związani z ówczesną ekipą rządową sugerują osoby spoza swego środowiska: Leona Noëla, szefa misji francuskiej w Polsce gen. Louisa Faury, w końcu nawet gen. Kazimierza Sosnkowskiego. Sosnkowski przybył podobno do Brześcia dnia 9 września; w rozmowach z Beckiem i Rydzem uznał kampanię za całkowicie przegraną i sugerował rzekomo przesunięcie rządu i wszystkich jednostek wojskowych, które mogły jeszcze "oderwać się" od nieprzyjaciela, w rejon Pokucia85... Jest charakterystyczne, że ujawnione 9 września obawy Noëla, dotyczące ewentualnej agresji radzieckiej (które Beck miał rzekomo zamiar przedyskutować z Rydzem w Kwaterze Głównej w Brześciu), nie zainteresowały nikogo spośród ludzi decydujących o obronie kraju. Nie zastanowiono się również, w jakim stopniu groźba radziecka powinna wpłynąć na plan ewakuacji rządu do Rumunii.

10 września Beck przeprowadził w Brześciu z Rydzem-Śmigłym rozmowę na temat sytuacji militarnej na froncie i możliwości kontynuowania obrony86. Wydaje się pewne, że tego dnia Naczelny Wódz był już w posiadaniu depeszy amb. Grzybowskiego i płk. Brzeszczyńskiego z 8 września, ujawniającej groźbę radziecką wiszącą nad Polską. W czasie tej rozmowy - jeżeli możemy ufać relacji Becka - nie padło jednak na ten temat ani jedno słowo. Rydz przedstawił ministrowi spraw zagranicznych swoją koncepcję dalszej obrony, która wydaje się zresztą spóźniona co najmniej o 3 dni, w porównaniu z położeniem militarnym Polski dnia 10 września. Zapowiedział przeniesienie Kwatery Głównej do Kowla (przeniesiono ją faktycznie na krótko do Młynowa pod Dubnem). Beck zrezygnował z dyskusji z Naczelnym Wodzem na temat jego koncepcji obronnej, najwyraźniej nie nalegał też na wzięcie pod uwagę niebezpieczeństwa ze strony ZSRR. To go właśnie obciąża najbardziej, gdyż podstawowym obowiązkiem ministra spraw zagranicznych (jeżeli w ogóle wiedział o depeszy Grzybowskiego i Brzeszczyńskiego) było przebicie się za wszelką cenę przez warstwę zadufania Naczelnego Wodza i wyjaśnienie mu, co nastąpi w ciągu najbliższego tygodnia. Być może zresztą (co jest supozycją dla Becka bardzo niekorzystną) minister osobiście nie był przeświadczony o realności niebezpieczeństwa ze strony ZSRR.

Dnia 11 września Beck znalazł się w Krzemieńcu, gdzie przebywał cały ewakuowany z Warszawy korpus dyplomatyczny. Spośród 10 ambasadorów i 23 ministrów pełnomocnych, akredytowanych w Warszawie dnia 1 września, udało mu się zaprosić na konferencję w Krzemieńcu 7 ambasadorów i 17 ministrów pełnomocnych lub chargés d'affaires. Beck w swoim przemówieniu wyraził ogromne rozczarowanie Rządu RP z powodu braku efektywnej pomocy ze strony Aliantów Polski, zwracając jednocześnie uwagę, że przewidywanie wojny trzyletniej jest bezsensowne, gdyż wojna roku 1939 musi skończyć się prędko. Akurat w tej kwestii Beck mylił się całkowicie, jak dowiodły wydarzenia następnych pięciu lat, a można sądzić, że jego krzemienieckie wystąpienie nie przyczyniło się bynajmniej do umocnienia wiary sojuszników zachodnich w polską trzeźwość polityczną, a także polską znajomość realiów militarnych i politycznych. W czasie swego wystąpienia Beck dowodził, że sytuacja wewnętrzna Niemiec wyklucza dłuższą wojnę, a zasoby ludzkie i materiałowe Rzeszy są bez porównania mniejsze niż w roku 1914. Był zdania, iż intensywne naloty bombowe na zbrojeniowe zakłady przemysłowe Niemiec załamałyby niemiecką opinię publiczną87. Oczywiście się mylił, jak dowiodły wydarzenia lat 1942-1945, kiedy to naloty bombowe anglo-amerykańskie na Rzeszę Niemiecką, o natężeniu niewyobrażalnym w roku 1939, wcale nie załamały niemieckiej opinii publicznej, która wspierała desperacki opór wobec Aliantów (co prawda po utracie nadziei na osobny pokój lub choćby zawieszenie broni na froncie zachodnim) nawet w momencie wdarcia się wojsk nieprzyjacielskich na ziemie niemieckie w 1945 roku. Wszystko to miało zresztą w dziedzinie militarnej minimalne znaczenie rzeczywiste. Militarnie Polsce nic już pomóc nie mogło. Ważne mogło być jedynie podjęcie starań, aby atak radziecki został odpowiednio zrozumiany i oceniony przez cały świat. Niestety, w tej kwestii Beck nie zakomunikował korpusowi dyplomatycznemu w ogóle nic.

Tego samego dnia 11 września ambasador francuski Noël doniósł swojemu rządowi: "Na terenach ukraińskich, gdzie obecnie przebywamy, rozmaici agenci rozpowszechniają pogłoski o tajnym porozumieniu między Niemcami a ZSRR, na mocy którego oddziały niemieckie nie przekroczą Bugu, pozostawiając wojskom radzieckim całą resztę Polski". Ambasador radziecki pogłosek tych nie zdementował, stwierdzając poza tym: "mieszkańcy tego rejonu są naszymi rodakami". Trudno wątpić, że oświadczenie to dotarło do Rządu RP88. W pogłoskach tych najważniejsze były wzmianki o tajnym porozumieniu radziecko-niemieckim, jak dzisiaj wiemy - całkowicie odpowiadające prawdzie, a ówcześnie bardzo prawdopodobne. Zdumiewa fakt, że ówczesna ekipa rządowa RP nie wyciągnęła z tych pogłosek żadnych wniosków ani konsekwencji.

Ten brak rozeznania Rządu RP w groźbie ze strony ZSRR jest niewątpliwy i żadne poniewczesne relacje ludzi z tych sfer, którzy po latach skłonni byli twierdzić, że "jednak się spodziewano", nikogo przekonać nie mogą. Zbyt dosadnie Sławoj-Składkowski pisał o "ciosie nieoczekiwanym", zbyt wyraźnie Roman Umiastowski wspominał niespodziewane "wiadomości o wkroczeniu bolszewików" 17 września, "co zaskoczyło Sztab"89. Gen. Wacław Stachiewicz napisał wprost, że wiadomość o ataku Armii Czerwonej o świcie 17 września

[...] była zupełnym zaskoczeniem tak dla Naczelnego Dowództwa, jak i Rządu. Wprawdzie od szeregu dni napływały wiadomości o koncentracji wojsk sowieckich nad granicą, jednak było to uważane za naturalne następstwo zbliżania się wojny do wschodnich granic Polski. Do ostatniej chwili rząd nasz otrzymywał uspokajające oświadczenia ze strony sowieckiej90.

Wstrzymujemy się tutaj od komentowania faktu, że "uspokajające oświadczenia" radzieckie były uważane przez Naczelne Dowództwo i Rząd RP za gwarancję, iż ze wschodu żadne niebezpieczeństwo nie grozi, chociaż ambasada polska w Moskwie ostrzegła niedwuznacznie, iż należy się spodziewać rychło agresji radzieckiej.

Dnia 11 września zgłosił się w Krzemieńcu do min. Becka ambasador ZSRR Nikołaj Szaronow i oświadczył, że wobec trudności uzyskania połączenia telefonicznego z Moskwą musi opuścić Krzemieniec i przekroczyć granicę ZSRR. Przyrzekł pozostawić w Polsce drugiego sekretarza ambasady w charakterze chargé d'affaires (dostępne dokumenty nie informują, co się stało z tymże chargé d'affaires i jak długo on z kolei wytrwał przy Rządzie RP; reszta personelu ambasady ZSRR przebywała w Warszawie) i powrócić najpóźniej po tygodniu. Wyraził podobno nawet opinię - zdumiewającą wobec oficjalnego wcześniejszego dementi Mołotowa - że ewentualne dostawy materiałów "sanitarnych i innych" dla polskich sił zbrojnych z ZSRR są nadal możliwe. Co do dostaw benzyny i innych materiałów pędnych, Szaronow uchylił się od odpowiedzi stwierdzeniem, że jest to problem takiej wagi, iż dyskutować o nim można tylko bezpośrednio w Moskwie. 12 września o świcie Szaronow w towarzystwie radzieckiego attaché militaire i kilku innych osób personelu opuścił terytorium RP91.

Jest prawdopodobne, że pozbawiony naprawdę łączności z centralą, zdając sobie natomiast sprawę, że decyzja o podjęciu przez ZSRR uderzenia zbrojnego na Polskę może zapaść w każdej chwili, Szaronow czuł się w sytuacji człowieka, któremu "ziemia pali się pod nogami" i chciał jak najprędzej opuścić Polskę. Obecność jego do 11 września uważana była przez Becka i innych członków ekipy rządowej za rękojmię neutralności ZSRR. Tym bardziej wyjazd Szaronowa powinien był skłonić do zastanowienia. Od chwili wyjazdu z Polski radzieckiego ambasadora pozostało w każdym razie jeszcze 5 dni do momentu wtargnięcia Armii Czerwonej - które należało i można było wykorzystać przede wszystkim na najpilniejsze przygotowania polityczne, administracyjne i w miarę resztek możliwości także militarne na granicy wschodniej. Jest i tak dziwne, że Szaronow wyjechał wcześniej niż w przeddzień ataku. Jego obecność w Polsce do 16 września koiłaby wszystkie ewentualne obawy Rządu RP, które - racjonalnie rzecz biorąc - powinny powstać najpóźniej w dniu jego wyjazdu. Wyjazd 12 września umacnia przypuszczenie, że Szaronow nie miał rzeczywiście żadnych wiadomości z Moskwy i spodziewał się, iż uderzenie Armii Czerwonej może nastąpić już 13 września.

Według relacji Becka, w depeszy amb. Grzybowskiego z Moskwy, wysłanej dnia 8 września, znalazło się twierdzenie, nawiązujące do mobilizacji Armii Czerwonej - "że nie sądzi, aby rozmiary tej mobilizacji wystarczały ZSRR do poważnego zaangażowania się w wojnę"92. Jeżeli Beck zrozumiał to jako opinię, iż rząd radziecki nie ma zamiaru na Polskę uderzać, to pomylił się ogromnie, i to w sposób doprawdy niepojęty. Grzybowski miał całkowicie rację, konstatując niezbyt poważny charakter mobilizacji radzieckiej i uważając ją za niewystarczającą "do poważnego zaangażowania się w wojnę". W sytuacji 8 września "poważne zaangażowanie się" mogło dotyczyć tylko wojny z Niemcami, nie z Polską, a wojna ZSRR z Niemcami z najbardziej zasadniczych powodów była niemożliwa i nieprawdopodobna. Prowadzona przeciwko Polsce na spółkę z Niemcami akcja zbrojna ZSRR z militarnego punktu widzenia żadną "poważną wojną" być już nie mogła, choćby zdecydowany opór polski uczynił ją jak najpoważniejszą pod względem politycznym. Rząd radziecki musiał co prawda liczyć się z 2-3-tygodniowymi operacjami wojskowymi w Polsce (nawet przy całkowitej dezorientacji opinii publicznej, uchyleniu się od walki części oddziałów, zupełnej improwizacji obrony i braku naczelnego dowództwa, zbrojny opór polski przeciwko agresji ZSRR trwał przecież we Wrześniu około 2 tygodni, chociaż bez większego rozgłosu, tak sprawie polskiej ówcześnie potrzebnego). Ale do operacji tego rodzaju wystarczały siły w rzeczywistości niewielkie, możliwe do zebrania nawet przy demonstracyjnej jedynie i pozornej mobilizacji. Grzybowski miał rację, ale z jego słów należało wyciągnąć jeden tylko wniosek: że mobilizacja radziecka skierowana jest przeciwko Polsce, a nie przeciwko Niemcom. Ubolewać należy, że depesza amb. Grzybowskiego i płk. Brzeszczyńskiego posłużyła min. Beckowi i marszałkowi Rydzowi-Śmigłemu tylko do umocnienia się w naiwnych złudzeniach i niepoważnych kalkulacjach.

Wieczorem 12 września Beck wezwany został do Ołyki, gdzie zatrzymał się chwilowo Prezydent RP, na konferencję Rządu RP z Naczelnym Wodzem. Beck pisze o tym spotkaniu bardzo dyskretnie, ale z relacji jego przebija rozgoryczenie i rozdrażnienie z powodu zachowania się Rydza-Śmigłego. Referując sytuację na froncie, marszałek gubił się podobno w szczegółach, nie potrafił przedstawić sytuacji w sposób całościowy i syntetyczny, ani wyciągnąć z niej zasadniczych wniosków.

Musiałem ograniczyć się - pisze Beck - do deklaracji, że nie uda nam się uniknąć decyzji radykalnych, mających na celu utrzymanie pozycji naszego kraju w obrębie Koalicji. Złożyłem sprawozdanie z sugestii francuskich i zastrzegłem sobie możliwość powrotu do tej kwestii w terminie późniejszym. Ani Prezydent RP, ani Wódz Naczelny najwyraźniej nie pragnęli roztrząsać głębiej tej sprawy93.

Jak można sądzić, nie padło w Ołyce ani jedno słowo na temat możliwości agresji ZSRR - i jakie decyzje należało podjąć w takiej sytuacji, aby wskazać armii i społeczeństwu właściwy sposób zachowania się, a w dziedzinie międzynarodowej stworzyć zaszłości prawno-polityczne, mogące stanowić kiedyś tytuł do walki o odzyskanie niepodległego bytu Rzeczypospolitej. Zebranie w Ołyce późnym wieczorem dnia 12 września 1939 było już ostatnią okazją przedyskutowania tych spraw i podjęcia odpowiednich decyzji. Naczelny Wódz i minister spraw zagranicznych dysponowali od 10 września informacjami upewniającymi, że atak radziecki jest kwestią już tylko dni. Zmarnowanie szans konferencji w Ołyce składa na całą ekipę rządową RP ogromną odpowiedzialność historyczną za przebieg wydarzeń w dniu 17 września.

Skądinąd dodać można, że niektórzy członkowie tej ekipy - jak choćby premier Składkowski, który wspomnienia swoje z Września przedstawił w 1948 roku, w odtworzonym (zapewne na podstawie notatek) dzienniku półprywatnym94 - żywili co do sytuacji kraju złudzenia tak niepoważne, że wręcz kompromitujące ludzi, którzy mieli obowiązek i możliwości lepszego orientowania się w całym położeniu. Jest zdumiewające, że Składkowski dnia 13 września zastanawiał się np. nad możliwościami zorganizowania przemysłu wojennego w województwach wołyńskim i tarnopolskim, mając na uwadze "w Łucku i okolicy - wyrób obuwia dla wojska, w Stanisławowskiem - wyrób kożuszków baranich" itp.95. Premier spodziewał się więc doczekania w tym rejonie zimy, przy skutecznym odpieraniu ofensywy niemieckiej (przy użyciu kożuszków baranich?), a nade wszystko przy życzliwej neutralności ZSRR. Nie ma potrzeby dalej nad tym się rozwodzić...

W nocy z 13 na 14 września przyszła podobno wiadomość, że pierwsze oddziały niemieckie przekroczyły Bug pod Hrubieszowem96. Był to oczywiście izolowany wypad jakiejś zabłąkanej jednostki; Niemcom nie wolno było przekraczać na wschód i południowy wschód nawet linii Roztocza Lwowsko-Tomaszowskiego i linii Sanu; jeżeli dowództwo niemieckie na to się zdecydowało, to zapewne zirytowane ciągłym zwlekaniem ZSRR z akcją przeciwko Polsce, chcąc ukazać opornemu sojusznikowi ryzyko, na jakie się narażał, tak długo wstrzymując się z realizacją działań ustalonych 23 sierpnia. W tym momencie Stalin musiał zdać sobie sprawę, iż ryzykuje znaczne korektury porozumienia rozbiorowego, jeżeli nie wprowadzi natychmiast Armii Czerwonej na ziemie Polski. Zresztą Niemcom nie zależało bynajmniej na zajmowaniu całego obszaru państwa polskiego i ze swej strony dlatego właśnie upominali się usilnie u rządu ZSRR o dokonanie obiecanego współdziałania sojuszniczego.

W tym układzie rzeczy jedno było pewne: Naczelnemu Dowództwu i Rządowi RP w Krzemieńcu, Łucku i Dubnie zagony niemieckie w ogóle nie groziły. Rzeczywistą groźbą była Armia Czerwona, znajdująca się o kilkadziesiąt km na wschód, ale tej ewentualności z zastanawiającym uporem nadal do wiadomości nie przyjmowano.

O godzinie 6.45, rankiem 14 września, min. Beck otrzymał wiadomość od premiera Składkowskiego, że Prezydent RP, Rząd i Naczelne Dowództwo mają przenieść się niezwłocznie do rejonu Kołomyja-Kosów-Kuty97, na ostatni już skrawek Rzeczypospolitej mający jakiś kontakt z zagranicą, dzięki bliskości granicy rumuńskiej i węgierskiej. Jest bardzo charakterystyczne, że kilka godzin wcześniej (pół godziny po północy) przybyli do Becka: dyr. Tadeusz Kobylański i płk Biegański, donosząc, że Kwatera Główna jest już w pełnym odwrocie w rejon Pokucia i żądając podobnej ewakuacji agend MSZ. Ufamy, że relacja Becka jest zgodna z prawdą. Był to chyba w historii wojen pierwszy wypadek cofania się naczelnego dowództwa wojsk w rejon oddalony od frontu - wcześniej niż uczyniły to władze cywilne!

Premier Składkowski pisze pod datą 14 września: "Dzisiaj, o godzinie 4 rano przybył do hotelu "Polonia" (w Łucku) gen. Malinowski, przywożąc rozkaz ewakuacyjny do rejonu Kołomyja, Kuty, Kosów"98. Premier przyjął ten rozkaz bez dyskusji; nie zastanawiając się, czy rozkazodawca ma prawo do podobnych samodzielnych dyspozycji w sytuacji dla państwa tak tragicznej. Władze cywilne przyjmowały w milczeniu brak informacji o sytuacji na froncie, które winna im była dostarczać Kwatera Główna; chętnie zrzekały się wszelkiej odpowiedzialności za losy kraju, przyjmując rozkazy Naczelnego Wodza w sprawach, które nie miały już większego znaczenia militarnego, za to ogromne polityczne. Po dziś dzień jest niejasne, kto w nocy z 13 na 14 września wydał rozkaz wepchnięcia wszystkich wojskowych i cywilnych władz RP w matnię na "przedmościu rumuńskim", skąd wyjście było już tylko w stronę Rumunii, chociaż niekoniecznie w kilkanaście godzin po wkroczeniu wojsk ZSRR na ziemie polskie. Wszystko przemawia za tym, iż był to osobisty rozkaz marszałka Rydza-Śmigłego - i tę wersję przyjął słusznie Władysław Pobóg-Malinowski99.

Raz jeszcze trzeba stwierdzić, że człowiek, na którym spoczywała największa odpowiedzialność polityczna i historyczna za losy państwa, jedyny czynnik, który miał konstytucyjne prawo przywołania do porządku Naczelnego Wodza - Prezydent RP Ignacy Mościcki - nie uczynił w ogóle nic, aby ustalić jakąś rozsądną i zgodną z interesami państwa politykę najwyższych władz RP: jeżeli ewakuacja do Francji, to jedynie osoby Prezydenta RP i części rządu, z upewnieniem się z góry, że tranzyt przez Rumunię lub Węgry (ten ostatni wydaje się dzisiaj w ówczesnych warunkach bardziej realny) będzie rzeczywiście zagwarantowany. Że pozostanie w kraju Wódz Naczelny i Kwatera Główna - we Lwowie lub towarzysząc największemu zgrupowaniu bojowemu WP, a przebywający na emigracji Prezydent powoła nowego Naczelnego Wodza w momencie, gdy Rydz-Śmigły dostanie się do niewoli. Że pozostanie również w kraju i działać będzie w miarę możliwości najdłużej delegatura rządu RP.

Mościcki nie podjął żadnych decyzji, zmierzających do ustalenia w tej ostatniej chwili egzystencji Niepodległej Rzeczypospolitej zasad działania władz RP zgodnych z interesami państwa. Po trosze tłumaczy go - ale nie usprawiedliwia - wiek i zły stan zdrowia. Mimo wszystko Prezydent RP miał jednak dość sił, sposobów i czasu, aby swój obowiązek wobec państwa chociaż w części wypełnić. Nie spełnił go wszelako. Historyk musi z przykrością skonstatować, że Prezydentowi RP zabrakło po prostu odwagi, aby w ostatnim momencie sprawowania swego urzędu, w ostatnim momencie, który dała mu Historia, spełnić obowiązki nałożone przez prezydencką przysięgę. Bał się przede wszystkim, że nie zdoła dotrzeć w miejsce wolne od zagrożenia popadnięciem w niewolę niemiecką. Nie pomyślał o przeniesieniu już wtedy swego tytułu i władzy, zgodnie z genialnie pomyślanym artykułem 13, punkt 2-b, Konstytucji RP z dnia 23 marca 1935, na osobę następcy rezydującego poza zasięgiem nieprzyjaciela. Był starym człowiekiem, ale tym bardziej winien był pomyśleć, z jakim rachunkiem dziejowym zejdzie ze sceny politycznej i jaką pozostawi po sobie pamięć w historii Rzeczypospolitej.

14 września Kwatera Główna Naczelnego Wodza zainstalowała się w Kołomyi, Prezydent Mościcki zatrzymał się w majątku Załucze pod Śniatyniem, MSZ w Kutach, inne agendy Rządu RP przede wszystkim w Kosowie100.

Trzeba by w tym miejscu przedstawić mapę tego rejonu Rzeczypospolitej, aby uwidocznić, że mimo wszystko nie był to obszar zagrożony bezpośrednio "ogarnięciem" przez Armię Czerwoną, gdyby pomyślano o obsadzeniu linii Dniestru - rzeki trudnej do przebycia, a oddzielającej rejon Kołomyja-Kosów-Kuty od obszaru bezpośrednio graniczącego z ZSRR - jakimikolwiek oddziałami wojskowymi. Możliwości realnej obrony przed zagonami pancernymi Armii Czerwonej wynosiły zapewne od 3 do 5 dni, nawet przy tak nikłym stanie polskich jednostek wojskowych w tym rejonie, jaki nierozważnie spowodowano w dniu 16 i 17 września. Te 3 lub 5 dni pozostawienia Rządu RP na terytorium państwa polskiego już po agresji ZSRR, przy wytężonej akcji propagandowej w całym świecie, mogły wpłynąć w istotny sposób na losy sprawy polskiej. Dowodem, że nawet 14 i 15 września agresji radzieckiej Rząd RP w ogóle się nie spodziewał, jest m.in. ulokowanie Prezydenta RP w miejscowości oddalonej najbardziej od frontu zachodniego, najbliższej za to granicy radzieckiej - w pobliżu Śniatynia.

Mimo to nawet Prezydent RP znajdował się w Śniatyniu w linii powietrznej o 76 km od granicy z ZSRR w Żwańcu. Kwatera Główna w Kołomyi, od granicy pod Borszczowem - o 90 km. Rząd w Kosowie od granicy w Żwańcu - o 103 km (pamiętać trzeba, iż "wybrzuszenie" granicy Rumunii z ZSRR zabezpieczało w tym rejonie znaczną część obszaru RP). Co więcej, oddziały pancerne Armii Czerwonej mogły dnia 17 września poruszać się tylko po drogach utwardzonych, jakże rzadkich w tym rejonie. Otóż odległości po drogach utwardzonych wynosiły: od Borszczowa, przez Tłuste Miasto i Horodenkę, do Kołomyi - 113 km; od Borszczowa, przez Tłuste Miasto, Horodenkę, Gwoździec, Zabłotów, Rożnów, do Kosowa - 130 km101.

Notabene, osławione Zaleszczyki, które przeszły do legendy jako rzekome miejsce ewakuacji władz RP do Rumunii, zostały zajęte dużo wcześniej, niż punkt graniczny w Kutach, jako położone w ogóle najbliżej granicy ZSRR.

W każdym razie twierdzenie Pobóg-Malinowskiego, powtarzające jakieś paniczne pogłoski z 17 Września - jakoby o godzinie 20.00 dnia 17 września kawaleria radziecka (sic) przeszła już przez Zabłotów i zbliżała się do Kołomyi102 wydają się pomyłką tego autora. Mogli dotrzeć do tych punktów najwyżej pojedynczy zwiadowcy radzieccy. Żadne większe masy kawalerii nie były w stanie przebyć w toku walki przez 12 godzin aż 120 km. Poza tym jakakolwiek obrona polska (a jak niżej przedstawimy, czynna obrona w tym rejonie jednak istniała, mimo zasadniczych zaniedbań Naczelnego Dowództwa) mogła była powstrzymać pochód Armii Czerwonej nawet przez kilka dni, aż do podciągnięcia przez wojska radzieckie w ten rejon broni ciężkiej w dostatecznej ilości.

W każdym razie rejon trzech "K" był pułapką, w którą Rydz-Śmigły wpędził siebie i swoich współpracowników z zastanawiającą lekkomyślnością. W linii powietrznej z Kołomyi do Lwowa było około 160 km. Ale 160 km po ziemiach polskich, na obszarze jeszcze tak czy owak kontrolowanym przez policję i siły zbrojne RP. Bez trudu można było nawet wtedy przedrzeć się do Lwowa.

Dnia 14 września cała Kwatera Główna razem z Naczelnym Wodzem mogła była natomiast przenieść się do Lwowa bez większego trudu ani ryzyka - poza jednym: wyrzeczeniem się szansy ewakuacji do Rumunii. Lwów gromadził wtedy coraz większe siły obronne i miał jeszcze stawiać opór ponad tydzień. Jest zresztą faktem, że w dniach 12-17 września wydostawano się ze Lwowa w rejon "przedmościa rumuńskiego" (rzadziej w kierunku odwrotnym) bez większego trudu103.

Dnia 14 września Rydz-Śmigły stracił resztki wpływu na przebieg działań wojennych w Polsce. Obrona Rzeczypospolitej - która trwać miała jeszcze trzy tygodnie - toczyła się już w warunkach całkowitego rozparcelowania dowodzenia między poszczególne zgrupowania, które zachowały jeszcze zdolność do walki. Trudno jest dociec, dlaczego Naczelny Wódz zdecydował się na takie usytuowanie swojej osoby i całej Kwatery Głównej, nie bacząc na ówczesne uwarunkowania polityczne i łatwe do przewidzenia historyczne skutki tej sytuacji.

Po południu 15 września Józef Beck odszukał Naczelnego Wodza w Kołomyi. Rydz-Śmigły nastrojony był optymistycznie (!), dopatrując się znacznego osłabienia tempa ofensywy niemieckiej, a tłumacząc to wyczerpaniem wojsk niemieckich. Sądził, że obrona polska da sobie świetnie radę, jeżeli - o co bardzo się kłopotał - nie zawiedzie gen. Kazimierz Sosnkowski, dowodzący ówcześnie frontem południowym104.

Przy tej okazji zaszło wydarzenie po dziś dzień niejasne. Rydz-Śmigły pokazał mianowicie Beckowi rzekomą depeszę naczelnego wodza armii francuskiej gen. Gamelina, otrzymaną za pośrednictwem szefa misji francuskiej gen. Faury, a upewniającą podobno, że wojska francuskie rozpoczną decydującą ofensywę na Zachodzie dnia 17 września. Historyk pracujący w kraju nie jest w stanie zweryfikować tej depeszy we francuskich archiwach wojskowych, wszelako rzekome jej otrzymanie przez Rydza-Śmigłego wydaje się wątpliwe. Od dnia 12 września, kiedy to w czasie posiedzenia w Abbeville Najwyższa Rada Wojenna francusko-brytyjska zdecydowała, że Alianci nie będą Polski podtrzymywali i że godzą się z klęską na froncie polskim, jakiekolwiek zamysły ofensywy skoordynowanej z walkami Wojsk Polskich nie mogły już we Francji powstać. Gamelin nie miał najmniejszego zamiaru podejmowania ofensywy; uderzenie ZSRR na Polskę było 15 września uważane w Paryżu za sprawę najbliższych dni, jeżeli nie godzin; nawet w celu cynicznego podtrzymania polskiego oporu ze strony francuskiej podobne zapewnienia byłyby bezużyteczne. Beck pisze poza tym, iż marszałek "pokazał mi ją", ale nie wyjaśnia, czy był przekonany o jej oryginalności. Można sądzić, że Rydz-Śmigły posłużył się chwytem rzekomej depeszy dla umocnienia ufności coraz bardziej załamanych psychicznie swoich współpracowników. Dowodziłoby to swoistej odporności Naczelnego Wodza na zjawiska gorzkiej rzeczywistości go otaczającej.

16 września Beck "poszukiwał na pograniczu" (nie pisze jednak, czy znalazł) ambasadora Rumunii Grigorcea - "aby zamierzony mój układ z Francją co do droit de résidence uzupełnić układem z Rumunią co do droit de passage"105. Wydaje się, iż 16 września nie miał okazji spotkać w Polsce amb. Grigorcea, który wezwany został do Bukaresztu. Jest to ważnym przyczynkiem do wyjaśnienia, dlaczego Beck nie miał dostatecznie jasnego rozeznania w sprawie szans przejazdu władz RP przez terytorium Rumunii, czego skutkiem było przykre zaskoczenie 18 września.

Jest faktem niewątpliwym, który raz jeszcze trzeba z przykrością skonstatować: do północy dnia 16 września Rząd RP ani Naczelne Dowództwo nie przewidywały jakiejkolwiek akcji ZSRR przeciwko Polsce. Jest to tym bardziej znamienne, że dnia 16 września między Londynem a Paryżem toczyły się już wstępne negocjacje zmierzające do ustalenia, jak Alianci mają się zachować po uderzeniu Armii Czerwonej na Polskę. André-Charles Corbin, ambasador Francji w Londynie, depeszował 16 września do premiera Daladiera: "Podobnie jak pan sądzę, że ograniczona akcja, do której ZSRR może się posunąć wobec części obszarów Polski [...] nie powinna koniecznie pociągać za sobą natychmiastowej reakcji dyplomatycznej z naszej strony [...]"106. W kołach dyplomatycznych Paryża i Londynu wkroczenie Armii Czerwonej do Polski uchodziło 16 września za sprawę najbliższych godzin. Od kilku dni Foreign Office zajęte było m.in. sprawą statku "King Edwin", zatrzymanego na wodach ZSRR. W nocy z 16 na 17 września radca Foreign Office Laurence Collier dopisuje na marginesie różnych propozycji w zakresie działań dyplomatycznych w tej sprawie wobec ZSRR: "W obliczu rosyjskiej inwazji Polski kwestia ta stała się najprawdopodobniej całkowicie akademicką"107. Co więcej, już dnia 16 września odebrano na "przedmościu rumuńskim" audycje w języku polskim hitlerowskiego radia Breslau, informujące o koncentracji znacznych sił rosyjskich nad granicą Polski z komentarzem: "wiadomo, jakie należy wyciągnąć stąd wnioski"108. Cała Europa jest świadoma, że atak wojsk ZSRR przeciwko Polsce nastąpi lada chwila.

W tym momencie cała ekipa rządowa RP śpi snem sprawiedliwych w Kołomyi, Śniatyniu, Kosowie i Kutach, w przekonaniu, iż przynajmniej od strony wschodniej nic im nie zagraża.

vi. Moskwa: noc z 16 na 17 września

O godzinie 18, dnia 16 września, ambasador niemiecki w Moskwie von der Schulenburg odwiedził Wiaczesława Mołotowa i wykonał instrukcje nakazujące mu domaganie się od rządu ZSRR natychmiastowego uderzenia na Polskę. W swoim raporcie dla Ribbentropa ("bardzo pilne", "ściśle tajne", nr 371 z 16 września) Schulenburg meldował szefowi w Berlinie:

Mołotow oświadczył, że wystąpienie zbrojne Związku Sowieckiego nastąpi zaraz, być może nawet jutro lub pojutrze. Stalin odbywał właśnie naradę z dowódcami wojskowymi i jeszcze dzisiaj w nocy, w obecności Mołotowa, poda mi dzień i godzinę sowieckiego wystąpienia. Mołotow powiedział, że przekaże moje oświadczenie swojemu rządowi, nie sądzi jednak, aby wydanie wspólnego komunikatu było jeszcze potrzebne. Rząd sowiecki zamierza motywować swoje postępowanie jak następuje: państwo polskie rozpadło się i przestało istnieć; dlatego też wszystkie zawarte z Polską umowy utraciły swą moc; trzecie mocarstwa mogą usiłować wykorzystać powstały chaos; Związek Sowiecki uważa za swój obowiązek wystąpić, aby udzielić opieki swoim ukraińskim i białoruskim braciom i umożliwić ludności pracę w spokoju. [...] Mołotow przyznał, że projektowane przez rząd umotywowanie zawiera nutę, mogącą urazić niemieckie uczucia, prosił jednak, aby ze względu na trudną sytuację rządu sowieckiego przejść nad tą drobnostką do porządku. Rząd sowiecki nie widzi niestety możliwości innego umotywowania, ponieważ dotąd Związek Sowiecki nie troszczył się o sytuację mniejszości w Polsce i jego obecne wystąpienie musi być na zewnątrz w jakiś sposób uzasadnione [...]109.

Jest bardzo znamienne, że - niezależnie od faktu, iż rządy francuski i brytyjski uważały radziecki atak na Polskę za nieunikniony w ciągu najbliższych dni, jeżeli nie godzin - w Paryżu i Londynie panowało przeświadczenie, wystawiające kompromitujące świadectwo ówczesnym rządom tych krajów i ich służbom wywiadowczym, że okupacja przez Armię Czerwoną ziem RP nastąpi wskutek zaniepokojenia Moskwy rozwojem kampanii w Polsce, bez żadnego porozumienia ZSRR z Rzeszą Niemiecką. Wydaje się co prawda pewne, że przynajmniej rząd brytyjski miał wystarczające przesłanki do uznania wszystkich działań ZSRR przeciwko Polsce za uzgodnione z Niemcami. Jeżeli przez następne dni, a nawet tygodnie i miesiące starano się podtrzymać tezę, jakoby wystąpienie zbrojne ZSRR "zaskoczyło" Hitlera, czyniono to z całym cynizmem, usiłując wytworzyć sytuację moralno-polityczną, umożliwiającą Stalinowi ewentualne "odwrócenie przymierzy". Ów polityczny cynizm miał może jakiś sens z francuskiego czy brytyjskiego punktu widzenia, nigdy jednak z polskiego. Od przedednia 17 września obowiązkiem Rządu RP, tak w kraju, jak i później na emigracji, było właśnie rozbijanie złudzeń Paryża i Londynu, a nade wszystko utrudnianie porozumienia między Londynem a Moskwą, aby (gdy nadeszła odpowiednia chwila w 1941 roku) nikt w całym świecie nie mógł potraktować pomocy Zachodu dla upadającego pod uderzeniem Rzeszy Niemieckiej Związku Radzieckiego inaczej, niż widząc w tym akt swoistego (ale nie bezwarunkowego) przebaczenia dla byłego sojusznika Hitlera. Utrudnianie porozumienia między Wielką Brytanią a ZSRR (przez odpowiednie stymulowanie opinii publicznej) leżało u podstaw interesów Rzeczypospolitej Polskiej. W każdym razie polityka polska powinna była mieć na celu uwarunkowanie sojuszu ZSRR z Zachodem bardzo surowymi kondycjami politycznymi. Można zapewne było do tego doprowadzić, gdyby już 17 września wyciągnięto właściwe wnioski z politycznego znaczenia agresji ZSRR (co było łatwe dla każdego niezaślepionego "pobożnymi życzeniami") i starano się je przekazywać światowej opinii publicznej.

Von der Schulenburg był ówcześnie w Moskwie persona gratissima. Obietnica dana mu przez premiera rządu ZSRR musiała być dotrzymana. Oto fragmenty jego kolejnej depeszy, nadanej w nocy z 16 na 17 września 1939110:

Stalin przyjął mnie o drugiej w nocy w obecności Mołotowa i Woroszyłowa, i oświadczył, że Armia Czerwona przekroczy dziś rano o godzinie szóstej111 granicę sowiecką na całej linii od Połocka do Kamieńca Podolskiego. Dla uniknięcia nieporozumień prosił usilnie, aby lotnictwo niemieckie od dzisiaj nie przekraczało na wschód linii Białystok-Brześć-Lwów. Samoloty sowieckie rozpoczną już dzisiaj bombardowanie terenów na wschód od Lwowa. [...] Stalin odczytał mi notę, jaka zostanie dziś w nocy doręczona polskiemu ambasadorowi, rozesłana w odpisach w ciągu dnia do wszystkich misji [dyplomatycznych] i następnie ogłoszona. Nota zawiera uzasadnienie akcji sowieckiej. Odczytany mi projekt zawierał trzy punkty dla nas nie do przyjęcia. W odpowiedzi na moje obiekcje Stalin z największą gotowością wprowadził do tekstu zmiany tak, że nota stała się dla nas możliwa [...].

Jest faktem znamiennym, że ledwo Schulenburg opuścił apartamenty na Kremlu, wezwano natychmiast ambasadora RP przy rządzie ZSRR Wacława Grzybowskiego112. Telefon w ambasadzie zadzwonił o godzinie 2.15.

Sekretariat Potiomkina zawiadamiał mnie - pisze Wacław Grzybowski113 - że komisarz pragnie mi zakomunikować ważną deklarację swego rządu, i zapytywał, czy mogę się do niego udać o trzeciej. Odpowiedziałem twierdząco i kazałem sprowadzić moje auto. Uprzedziłem radcę Jankowskiego, że będę go potrzebował, jak również płk. Brzeszczyńskiego i urzędnika od szyfrów, na godzinę czwartą. Gdy opuszczałem ambasadę, milicjant na służbie zasalutował, najwidoczniej zdumiony, i rzucił się do telefonu przymocowanego do muru. Po raz pierwszy od mego przybycia do Moskwy przejeżdżałem przez miasto bez zwykłej eskorty policyjnej.

Byłem przygotowany na złe wiadomości. Myślałem, że Sowiety, pod jakimkolwiek pretekstem, wymówią pakt o nieagresji. To, co miało nastąpić, było dużo gorsze.

P. Potiomkin przeczytał mi powoli notę podpisaną przez przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych p. Mołotowa114. Gdy skończył, powiedziałem mu natychmiast, że odmawiam przyjęcia tej noty do wiadomości, i że zgłaszam jak najkategoryczniejszy protest przeciwko jej treści i formie. Zaprotestowałem przeciwko jednostronnemu zerwaniu umów, które obowiązywały obie strony [...].

Ambasador wskazał, iż Rząd RP przebywa na terytorium Polski, a Polskie Siły Zbrojne stawiają Niemcom zorganizowany opór. "Gdzie jest wasza solidarność słowiańska?" Potiomkin usiłował zastraszyć Grzybowskiego odpowiedzialnością historyczną za nieprzyjęcie noty, lecz bez skutku. Grzybowski oświadczył: "Rozumiem, że mam obowiązek zawiadomić mój rząd o agresji, która prawdopodobnie już się rozpoczęła, ale nie zrobię niczego więcej. Wszelako mam jeszcze nadzieję, że wasz rząd nie wprowadzi Armii Czerwonej do Polski i nie ugodzi nas w plecy w chwili, gdy prowadzimy walkę z Niemcami". Potiomkin usiłował przekonać ambasadora, że zapewne nie zdaje sobie sprawy, w jak beznadziejnej sytuacji militarnej znajduje się Polska. Grzybowski odrzekł: "najbardziej nawet pesymistyczne raporty attachés wojskowych nie mają mocy unieważniania międzynarodowych traktatów". Przypomniał również rok 1812, kiedy to wojska francuskie zajęły nawet Moskwę, a przecież nikt nie uznał tego za koniec istnienia państwa rosyjskiego.

Postawa polskiego ambasadora skłoniła wiceministra spraw zagranicznych ZSRR do skonsultowania się z Mołotowem.

Była godzina czwarta. Czekałem jeszcze pół godziny. Wreszcie p. Potiomkin oznajmił mi, że doniósł swemu rządowi wszystko, co mu powiedziałem, ale nie mogą zmienić powziętych decyzji. Ze swej strony oświadczyłem, że ja również nie mogę zmienić swojej decyzji i powiadomię mój rząd wyłącznie o fakcie agresji.

Wydaje się, że Potiomkin grał rolę "głęboko wzruszonego" całą sytuacją, udając nawet, że ma łzy w oczach. Grzybowski opuścił jego gabinet, zostawiając notę na stole. Była godzina około 4.30 rano czasu moskiewskiego, to jest 1.30 ówczesnego czasu polskiego. Ostatnie zdania, niestety o treści niezanotowanej w dokumentach, Grzybowski wymienił z Potiomkinem w przedpokoju jego gabinetu. Gdy wrócił do swojej rezydencji, zastał już tekst noty doręczony do ambasady RP. Nakazał natychmiastowe odesłanie go przez posłańca do radzieckiego MSZ. Jednakże portier Komisariatu Spraw Zagranicznych nie chciał przyjąć przesyłki. Otrzymawszy notę z powrotem, Grzybowski włożył ją do koperty, nakleił znaczki, zaadresował do radzieckiego MSZ i kazał wrzucić przesyłkę do zwykłej skrzynki pocztowej115. Na tym skończyła się cała historia "odbijania" niesławnej noty rządu ZSRR.

O godzinie 5.05 czasu moskiewskiego (tj. 2.05 czasu polskiego) amb. Wacław Grzybowski nadał claris, tj. bez szyfru, tekstem otwartym, depeszę radiową do Rządu RP, zawiadamiając o radzieckiej agresji. Wręczono ją min. Beckowi podobno dopiero o godzinie 11.00, czyli w dziewięć godzin od chwili nadania.

W czasie rozmowy z Grzybowskim Potiomkin złożył bardzo groźne dla ambasady RP oświadczenie: iż nie uznając dłużej rządu państwa polskiego i stwierdzając koniec jego egzystencji, rząd radziecki nie uznaje także przywilejów dyplomatycznych Grzybowskiego i jego współpracowników. Stają się oni po prostu grupą Polaków zamieszkałych w ZSRR, którzy za czyny niezgodne z prawem ZSRR będą karani przez miejscowe sądy116. Ambasador odrzucił zdecydowanie tę insynuację, zapowiadając wniesienie protestu na ręce dziekana korpusu dyplomatycznego w Moskwie.

Komplikacja polegała na tym, że dziekanem korpusu w Moskwie był ówcześnie ambasador Rzeszy Niemieckiej von der Schulenburg, a jego zastępcą właśnie ambasador RP Grzybowski. Dopiero na trzecim miejscu, według okresu pobytu w stolicy ZSRR, znajdował się ambasador Italii Augusto Rosso, którego rząd ZSRR skądinąd ogromnie lekceważył. Schulenburg był trudny do uchwycenia, w Moskwie rozchodziły się nawet pogłoski, jakoby ambasador niemiecki "wyjechał z Moskwy na miesięczny objazd Syberii"117. Cała ta sprawa miała się wyjaśnić dopiero po kilku dniach.

18 września Grzybowski otrzymał (jak się wydaje, via Bukareszt i Londyn) aprobatę swojego stanowiska od Rządu RP i nakaz zażądania paszportów, celem opuszczenia terytorium ZSRR. Beck nie udzielił mu instrukcji, którego z rezydujących w Moskwie ambasadorów ma prosić (zgodnie ze zwyczajami dyplomatycznymi) o przejęcie opieki nad obywatelami i sprawami polskimi na terenie Rosji. Grzybowski wybrał ambasadora Wielkiej Brytanii sir Williama Seedsa, który po konsultacji z Londynem w dniu 19 września obowiązki te przyjął. Pozytywne stanowisko rządu brytyjskiego zostało zakomunikowane Seedsowi telefonicznie dnia 20 września118.

Grzybowski miał początkowo zamiar ewakuowania swojej misji przez Rumunię, ale wobec pogłosek, że kraj ten stanie się lada dzień nową ofiarą agresji ZSRR, postanowił wyjechać przez Finlandię i Szwecję. Władze ZSRR zaczęły jednak mnożyć trudności. Przez kilka dni zdawało się, że personel ambasady RP w ogóle nie zdoła opuścić terytorium ZSRR. Mołotow oświadczył mianowicie, iż personel ten nie zostanie wypuszczony z ZSRR tak długo, póki nie zostaną "uwolnieni" wszyscy urzędnicy ambasady radzieckiej, przebywający ówcześnie w oblężonej przez Niemców Warszawie.

Wówczas, około 20-22 września, przystąpił do działania ambasador niemiecki w Moskwie von der Schulenburg. Stanowisko Schulenburga (z którym Grzybowski, rzecz jasna, ze względów formalnych nie mógł utrzymywać żadnych stosunków) w sprawach ambasady RP w Moskwie we wrześniu 1939 okazało się niezwykłe i zaskakujące. Niemiec zażądał mianowicie od władz radzieckich natychmiastowego wywiązania się wobec misji polskiej z obowiązków wynikających z prawa międzynarodowego oraz uszanowania zwyczajów dyplomatycznych. Gdy Mołotow podtrzymywał swoje żądania w kwestii personelu ambasady ZSRR w Warszawie, Schulenburg zwrócił mu uwagę, że "uwolnienie" tych ludzi w najmniejszym już stopniu zależy od władz polskich, a potem dzięki swym kontaktom z Naczelnym Dowództwem Wehrmachtu spowodował ewakuację całego personelu radzieckiego (w liczbie 62 osób) poza obręb oblężonej Warszawy i przekazanie go, przez Królewiec, do ZSRR - co usunęło pretekst do dalszego przetrzymywania członków misji polskiej w Moskwie. Jest znamienne, iż przez prawie trzy tygodnie Schulenburg starał się jak najbardziej dopomóc Polakom w ewakuacji z ZSRR119.

Trwała tymczasem likwidacja konsulatów polskich w Leningradzie, Mińsku i Kijowie. Władze radzieckie uznały, że ponieważ państwo polskie "przestało istnieć", majątek ambasady i konsulatów nie może być przekazany pod opiekę przedstawicielstwa państwa trzeciego, lecz ulega konfiskacie na rzecz ZSRR. Personel konsulatów z największym trudem, tracąc po drodze większą część bagażu osobistego, zdołał dotrzeć do Moskwy. Nie dotarł tam jednak p.o. konsula RP w Kijowie radca ambasady Jerzy Matusiński. W nocy z 29 na 30 września Matusiński został wezwany do przedstawicielstwa Narkomindieła (radzieckie MSZ) w Kijowie, rzekomo w celu załatwienia formalności wyjazdowych. Udał się tam o godzinie 2.00 w towarzystwie dwóch pracowników (kierowców) konsulatu. Nigdy już nie wrócił, ślad po nim zaginął. Na prośbę amb. Grzybowskiego, amb. Rosso interweniował w tej sprawie u Potiomkina i Mołotowa, powtarzając ostrzeżenie Grzybowskiego, że misja polska nie opuści ZSRR, póki nie znajdzie się radca Matusiński i jego dwaj towarzysze. Mołotow oświadczył, że władze radzieckie nie wiedzą nic na temat losu Matusińskiego, że być może razem ze swymi towarzyszami uciekł on do jednego z krajów sąsiednich... Matusiński nigdy się nie odnalazł. Zdołała dotrzeć do Moskwy i opuścić ZSRR jego żona z małą córeczką.

Korowody z uzyskaniem zgody władz radzieckich na ewakuację misji polskiej trwały jeszcze kilka dni. Dzięki dyskretnej, ale stanowczej postawie Schulenburga, współdziałaniom amb. Rosso i amb. Seedsa, a wreszcie życzliwej pomocy poselstwa Finlandii i rządu w Helsinkach, dnia 10 października 1939 personel ambasady RP mógł wreszcie opuścić terytorium ZSRR. "Pociąg, który władze sowieckie dały do naszej dyspozycji - pisze Grzybowski - miał jedną właściwość szczególną: był zaplombowany i nikt nie mógł wysiadać na przystankach"120. Wieczorem 11 października 1939 personel ambasady RP znalazł się wreszcie na terytorium Finlandii.

vii. Dzień 17 września: od świtu do południa

Wydarzenia militarne dnia 17 września: opór zbrojny oddziałów pogranicznych Wojska Polskiego wobec agresji radzieckiej, a także (niestety) niestawienie oporu przez część wojsk, bądź wskutek osławionej "dyrektywy ogólnej" Naczelnego Wodza (o czym niżej), bądź też z powodu zdumiewającej małoduszności niektórych wyższych oficerów; potem zaś improwizowana, desperacka, bohaterska walka niektórych zgrupowań w odosobnionych ośrodkach i oddziałach izolowanych, trwająca bez żadnej koordynacji przez dwa tygodnie - wszystko to jest po dziś dzień znane bardzo fragmentarycznie, chociaż naukowe opracowanie przebiegu wydarzeń na froncie wschodnim Kampanii Wrześniowej należy do najpilniejszych zadań niezależnej historiografii polskiej. W niniejszej pracy wydarzenia wojskowe interesują nas o tyle tylko, o ile wiązały się ściśle z wypadkami lub problemami politycznymi. Stosunkowo najbogatszą dokumentację źródłową posiada odcinek "Podole", który z uwagi na bliskość położenia pozostawał 17 września w łączności z Naczelnym Dowództwem w Kołomyi. Sytuacja na tym odcinku wpływała bezpośrednio na zachowanie się Rządu RP w Kutach i Kosowie.

Przedstawiamy poniżej przebieg wydarzeń dnia 17 września w rejonie południowo-wschodnim Rzeczypospolitej, razem z uwagami, jakie nasuwa historyczna analiza decyzji Rządu RP i Naczelnego Dowództwa121.

Godzina 4.45 rano. Naczelne Dowództwo otrzymuje telefon z dowództwa pułku Korpusu Ochrony Pogranicza w Horodence (pułk "Czortków"): "Od godziny 3.00 w rejonie Podwołoczysk, Dziewicza, Trybuchowiec, Husiatyna i Załucza jakieś nierozpoznane z powodu ciemności oddziały usiłują przekroczyć granicę sowiecką do Polski i w obecnej chwili trwa walka z oddziałami KOP".

Godzina 4.55. Otrzymano w Kołomyi telefonogram: "O godzinie 4.20 w rejonie Podwołoczysk rozpoznano, że są to oddziały bolszewickie. Za nimi słychać szum motorów. W rejonie Podwołoczysk, Toczysk i Siekierzyniec oddziały KOP wycofują się".

Według relacji Romana Umiastowskiego - "O godzinie 5 rano nadeszła wiadomość o wkroczeniu bolszewików, co zaskoczyło Sztab"122. Moment zgadza się idealnie, natomiast zdumiewa informacja o zaskoczeniu Naczelnego Dowództwa. Czyżby tej nocy nikt w Kołomyi nie czuwał i nie zastanawiał się, co się dzieje za granicą radziecką? Jeżeli nie od tygodnia, to bezspornie od 48 godzin atak ze wschodu był już przecież pewny.

Aczkolwiek w tym momencie zasięg i ogólne znaczenie polityczne agresji ze wschodu były jeszcze w Kołomyi, Kosowie i Kutach nie całkiem jasne - pierwszym zadaniem Naczelnego Dowództwa powinno być takie zabezpieczenie tego rejonu przed agresją z północnego wschodu, aby Prezydent i Rząd RP mogli jak najdłużej pozostać i działać na terytorium Rzeczypospolitej. W tym właśnie momencie decydowały się losy Polski na najbliższe lata... dzisiaj wiemy, że na lat co najmniej kilkadziesiąt, ale już 17 września 1939 można było przewidzieć, że na lat co najmniej kilka - i że wyprowadzenie państwa polskiego ze splotu tragicznych komplikacji wymagać będzie uprzedniego stworzenia zaszłości w dziedzinie prawa międzynarodowego nie tylko wobec Niemiec, ale także ZSRR. Zaszłości takie można było stworzyć tylko przez akty Rządu RP opublikowane jeszcze w czasie pobytu na terytorium Rzeczypospolitej. Rząd na emigracji, bez względu na to, jakim uznaniem by się cieszył i u Aliantów, i w kraju, byłby już moralnie i politycznie takiej szansy pozbawiony. Dlatego też zapewnienie Prezydentowi i Rządowi RP możliwości pozostania i działania na terytorium RP - właśnie po agresji ZSRR - przez dni kilka, co najmniej 3, a może 5 lub 7, było podstawowym zadaniem Naczelnego Dowództwa, nieskończenie ważniejszym z punktu widzenia przyszłości Polski, niż wyprowadzenie na Zachód jakichkolwiek sił zbrojnych. Skoro Armia Czerwona przekroczyła wschodnią granicę RP i czynnie przystąpiła do działań przeciwko Polsce, żadne dalsze działania obronne przeciwko Niemcom nie miały już sensu. Najważniejszym celem powinno stać się teraz zademonstrowanie woli oporu z kolei przeciwko sojusznikowi Hitlera.

Ubolewamy raz jeszcze z powodu niemożności przedstawienia czytelnikom dokładnej mapy rejonu "przedmościa rumuńskiego". Topografia tego obszaru wskazuje, że przy niewielkich staraniach można było stawić w tym rejonie opór Armii Czerwonej, umożliwiający kilkudniowe jeszcze działanie Rządu RP na terytorium Polski, staczając nawet - gdyby dość wcześnie zadbano o ściągnięcie w te okolice kilku większych jednostek WP - przynajmniej jedną dużą bitwę z wojskami radzieckimi, jakże ważną politycznie dla przyszłości Rzeczypospolitej! Nie zadbano co prawda lekkomyślnie o koncentrację w rejonie Kołomyi kilkutysięcznego choćby korpusu osłonowego, ale spore zgrupowania sił polskich znajdowały się 17 września we Lwowie, w Stanisławowie i zwłaszcza w Tarnopolu. Między godziną 6 a 8 rano, dnia 17 września, można było jeszcze spowodować przesunięcie znaczniejszych oddziałów wojskowych z rejonu Tarnopola (a może nawet Dubna i Brzeżan) w rejon Kołomyi - przez Brzeżany, Stanisławów i Nadworną. Niemniej znajdowały się na pograniczu pewne oddziały KOP. Wysadzenie w powietrze tylko sześciu małych, ale ważnych mostów: na Dniestrze w Uścieczku oraz dwóch pod Czernelicą, a w późniejszej fazie trzech mostów na Prucie - pod Śniatyniem, w Zabłotowie i pod Kołomyją, mogło powstrzymać pochód radzieckiej broni pancernej na 48 lub 72 godziny. Niestety, Naczelne Dowództwo oddało się rankiem dnia 17 września rozważaniu, w jakim nastroju i w jakim celu (!) Armia Czerwona wkracza na ziemie polskie, zamiast pomyśleć o najprostszych środkach obrony.

Godzina 5.12. "Husiatyn zajęty przez wojska bolszewickie".

Godzina 6.00. Rozmowa juzowa123 między dowódcą pułku KOP "Horodenka" ppłk. Marcelim Kotarbą124 a Naczelnym Dowództwem w Kołomyi. Podajemy pełny tekst według zachowanego po dziś dzień dokumentu:

- Tu ppłk Kotarba, dowódca pułku.

- Tu kpt. Jędrzejewski z rozkazu szefa Sztabu Głównego. Proszę nadawać depeszę.

- Oddziały armii sowieckiej na odcinku pułku KOP "Czortków" przekroczyły granicę polską w Podwołoczyskach i zajęły Podwołoczyska, Husiatyn, Skałę. Na kierunek Borszczów posuwa się kawaleria sowiecka. Mój zamiar: baon Skałat działa samodzielnie i opóźnia na Trembowlę. Baon Kopyczyńce opóźnia na Czortków, Buczacz, Niżniów. Baon Borszczów opóźnia na Tłuste Miasto, Uścieczko. Dwiema kompaniami i plutonem artylerii zamknę przejście na Dniestrze pod Uścieczkiem, na Horodenkę. Wręczyć natychmiast szefowi Sztabu. Czekam na dalsze rozkazy przy aparacie. Oddziały KOP liczebnie słabe, słabo uzbrojone.

- Proszę pozostać na juzie, już idę do szefa Sztabu.

To była pierwsza depesza juzowa, informująca Naczelne Dowództwo o postawie oddziałów Korpusu Ochrony Pogranicza. Historyk musi stwierdzić, że o godzinie 6.00 rano dnia 17 września ppłk Marceli Kotarba - i zapewne niejeden spośród jego podkomendnych - zasłużył na Virtuti Militari, zupełnie przeciwnie niż wielu oficerów Naczelnego Dowództwa, którzy przez następne godziny dyskutować będą (jak się niżej okaże) rozmaite plotki, czy żołnierze Armii Czerwonej strzelają, czy też... częstują papierosami żołnierzy WP. Kotarba rozkazał otworzyć ogień i jak najdłużej toczyć walki opóźniające, które miały osłonić przed nowym agresorem Naczelne Dowództwo i Rząd RP. Zachował się zgodnie ze swoją patriotyczną powinnością i instynktem prawdziwego oficera Wojsk Polskich. Przykro jest stwierdzić, że o godzinie 9.55 otrzymać miano w Kołomyi telefon tak oto tłumaczący (sic) bohaterską postawę oddziałów KOP: "W rejonie Skała KOP nieuprzedzony użył broni" przeciwko Armii Czerwonej! Czytając takie notatki w aktach Naczelnego Dowództwa, historyk czuje się doprawdy zażenowany. Gdyby Naczelne Dowództwo dnia 17 września dorosło do rangi postawy ppłk. Kotarby i jemu podobnych, zapewne Rząd RP mógłby pozostać na ziemiach polskich jeszcze przez kilka dni.

Godzina 6.00, Kuty, min. Beck:

O godzinie 6-tej rano p. Sędzielowski z Gabinetu Ministra obudził mnie wiadomością, że wojska sowieckie na całej długości granicy - jest bardzo ważne, że zostało to skonstatowane już o godzinie 6.00 rano, chociaż nie wiadomo, w jaki sposób [przyp. J.Ł.] - weszły na terytorium Polski. Korpus Ochrony Pogranicza stawia opór w walkach odwrotowych. W tym momencie nie miałem jeszcze żadnej wiadomości o demarche Potiomkina wobec naszego ambasadora w Moskwie. Połączywszy się telefonicznie z Kwaterą Główną i stwierdziwszy autentyczność tej wiadomości, wydałem bezzwłocznie instrukcje placówkom dyplomatycznym zawiadomienia rządów, przy których są akredytowane, iż nastąpił akt agresji ze strony Związku Sowieckiego w stosunku do Polski. Wobec Aliantów zaznaczyłem, że oddziały graniczne polskie stawiły opór, i że Rząd Polski oczekuje zajęcia stanowczej pozycji przez państwa sprzymierzone wobec rządu sowieckiego [...]125.

Nie mamy powodu, aby wątpić w dokładność relacji Józefa Becka. Między godziną 6.00 a - powiedzmy - 8.00 rano, dnia 17 września, zachował się on zgodnie z interesem politycznym Rzeczypospolitej i zgodnie ze swoim obowiązkiem patriotycznym. Użycie określenia "agresja" wobec akcji ZSRR było trafne i słuszne. Dlaczego jednak (i pod czyim wpływem) w kilka godzin później nastąpiły wątpliwości, czy akcja Armii Czerwonej jest, czy nie jest rzeczywiście agresją wobec Rzeczypospolitej?

Godzina 6.30. Rozmowa juzowa Szefa Sztabu Głównego WP gen. Wacława Stachiewicza z dowódcą pułku KOP "Czortków-Horodenka" ppłk. Marcelim Kotarbą:

- Szef Sztabu Głównego zatwierdza zamiar pana pułkownika, polecił jednak, by elementy KOP tam, gdzie nie ma nacisku, pozostawały, o ile możności, na swoim miejscu jak najdłużej, odchodząc tylko pod wyraźnym naporem.

- Przewaga bardzo duża na wszystkich kierunkach. Bijemy się uporczywie. Będę się starał wymienione kierunki osłonić. Po opuszczeniu Czortkowa moje m. p. będzie Tłuste Miasto, następnie Uścieczko.

- Pan generał zapytuje, czy można już ocenić, jakie mniej więcej siły idą na pana pułk i czy przeciwnik rozpoczął już ogień artyleryjski?

- Husiatyn zajęty jest przez baon piechoty z artylerią i czołgami, na kierunku Skała-Borszczów około pułku kawalerii. Ognia artylerii nigdzie nie było.

Do tej chwili Naczelne Dowództwo zachowuje się prawidłowo i stara się udzielić oddziałom KOP instrukcji podtrzymujących zamiar stawiania oporu. Jak się jednak okaże, w godzinę później zaczną się w Kwaterze Głównej zdumiewające wątpliwości co do charakteru akcji radzieckiej. Mianowicie ktoś (trudno się domyślić kto, chociaż ustalenie tej osoby miałoby ogromne znaczenie historyczne) doszedł do wniosku, iż akcja Armii Czerwonej może być przejawem działań zamierzonych jako... sojusznicze.

Brzmi to dość dziwnie, było jednak faktem niewątpliwym. Co prawda, elementarne choćby rozeznanie w sytuacji politycznej Polski powinno było skłonić do zastanowienia, że jeśli akcja ZSRR miałaby - nawet w subiektywnym rozumieniu rządu tego państwa - na celu nawet nie przyjście z pomocą powalonej Polsce, lecz tylko zabezpieczenie reszty terytorium RP przed okupacją niemiecką, oczywiście bez uprzedniego porozumienia między Moskwą a Berlinem, to ambasador Szaronow dnia 17 września znajdowałby się u boku Rządu RP w Kutach, a amb. Grzybowski zostałby przynajmniej dzień wcześniej powiadomiony o zamysłach radzieckich przez Mołotowa, bez - rzecz jasna - deklarowania, jakoby "państwo polskie przestało istnieć". Fakt, iż żadne oświadczenia radzieckie do wiadomości Rządu RP nie doszły aż do momentu otrzymania informacji o wkroczeniu na terytorium polskie Armii Czerwonej, oznaczał tylko jedno: że Moskwa współdziała z Berlinem przynajmniej faktycznie, jeżeli nie na podstawie uprzedniego układu, a więc dnia 17 września Polska jest już zaatakowana przez obu wielkich sąsiadów. Znając stan poinformowania Rządu RP i Naczelnego Dowództwa Polskich Sił Zbrojnych o sytuacji międzynarodowej Rzeczypospolitej rankiem dnia 17 września, historyk nie może nie zdumieć się wątpliwościami władz polskich co do istoty akcji radzieckiej.

Godzina 7.35. Kolejna rozmowa juzowa ppłk. Kotarby z Naczelnym Dowództwem:

- Tu Czortków, dowódca pułku KOP.

- Tu grupa "Piast", pułkownik dyplomowany Smoleński, szef Oddziału Drugiego Naczelnego Dowództwa. Proszę do aparatu płk. Kotarbę.

- Jestem przy werku.

- Panie pułkowniku, z rozkazu Szefa Sztabu proszę wysłać parlamentariuszy do dowódcy najbliższego oddziału sowieckiego, który przekroczył granicę, z zapytaniem, co znaczy to przekroczenie granicy przez wojska sowieckie.

- Wszystkie baony biją się. Na odcinku Borszczów zniszczone dwa czołgi sowieckie. Wątpię, czy uda mi się rozkaz wykonać odnośnie parlamentariuszy.

- Panie pułkowniku, chodzi o to, by się dowiedzieć, co oznacza wkroczenie bolszewików. Wykonując więc swoje zadania bojowe, należy dążyć do wyjaśnienia tej sprawy. Minister spraw zagranicznych na razie innej drogi nie ma. Pożądane byłoby wysłanie oficera sztabowego i młodszego z białą chorągwią samochodem, celem przeprowadzenia z dowództwem wojsk sowieckich rozmowy, co znaczy wkroczenie wojsk sowieckich w granice Polski. Wynik rozmowy proszę natychmiast podać do wiadomości Sztabu.

- To jest kwestia dłuższego czasu. Wyślę oficerów placówki wywiadu, ale w międzyczasie kolumny czortkowe mogą być już w Czortkowie [sic] i nie będę miał połączenia z wami.

- Nie rozumiem, co znaczy: kolumny czortkowe? Kolumny czołgów? To wówczas dać wiadomość, że parlamentariuszy nie przyjęli, względnie, że ten sposób jest niewykonalny i wówczas zameldować nam wszelkimi sposobami. O sytuacji trudno mi jest teraz coś konkretnego panu pułkownikowi powiedzieć. To zależy od rozwoju sytuacji. Chodzi jednak o to, żeby rozmowę z bolszewikami przez parlamentariuszy usiłować rozpocząć na kierunku, na którym pan pułkownik uzna za najwłaściwsze.

- Samoloty sowieckie nad Czortkowem!

- Proszę odpowiedzieć na moje pytanie: czy pan pułkownik może zaraz wysłać parlamentariuszy?

- Przy werku kapitan Marzys126 adiutant pułku. Dowódca pułku w tej chwili wydaje w tej sprawie rozkazy.

- Dobrze. Proszę zaraz meldować, kiedy parlamentariusze odjechali i jak ich wojska sowieckie przyjęły na linii frontu. Poza tym meldować dalszy przebieg rozmów z bolszewikami.

Rzecz jasna, że żadnych pertraktacji przez parlamentariuszy nie było. Można się tylko domyślać, co się stało z oficerami, wysłanymi na rozkaz płk. Smoleńskiego w kierunku granicy.

Cała treść rozmowy płk. Smoleńskiego z ppłk. Kotarbą o godzinie 7.35 dowodzi nie tylko, że w Naczelnym Dowództwie zapanowała kompletna dezorientacja. Zamiar dowiadywania się przez parlamentariuszy, co znaczy przekroczenie przez Armię Czerwoną całej granicy polsko-radzieckiej (jak wspomina Beck, o godzinie 6.00 posiadano już informację, że atak nastąpił na całej długości granicy z ZSRR) był nie tylko dowodem zupełnego pomieszania pojęć w Kwaterze Głównej, lecz również charakterystyczną próbą przejmowania przez Naczelne Dowództwo uprawnień Rządu RP. Mogło to nastąpić tylko wobec wahań i słabości min. Becka, a przede wszystkim wobec indolencji Prezydenta Mościckiego, którego obowiązkiem w tym momencie - gdy już nie opór na froncie zachodnim, lecz tylko akty polityczne wydawane z terytorium RP miały znaczenie dla przyszłości państwa - było ograniczenie kompetencji Naczelnego Wodza tylko do obrony "przedmościa rumuńskiego" i osobiste wkroczenie w działania polityczne dla ustalenia prawno-międzynarodowego stanu stosunków między Polską a ZSRR.

Zresztą o godzinie 8.00 wszystko stało się jasne i wysyłanie jakichkolwiek parlamentariuszy w ogóle nie było potrzebne.

Godzina 8.00 (podajemy najpóźniejszy możliwy termin, aczkolwiek, jak świadczą doniesienia prasowe127, zaczęło się to już o godzinie 8.00 czasu moskiewskiego, a więc 5.00 ówczesnego czasu polskiego). Wszystkie rozgłośnie radia ZSRR nadają treść noty zakomunikowanej przez Potiomkina amb. Grzybowskiemu i wyjaśniają, iż wkroczenie Armii Czerwonej na ziemie polskie ma na celu zabezpieczenie podstawowych interesów Kraju Rad i ochronę mniejszości ukraińskiej i białoruskiej. Było to de facto stwierdzenie pretensji ZSRR wobec Polski dalej sięgających, niż pretensje Hitlera do dnia 31 sierpnia. Wydaje się zdumiewające, choć jest niestety faktem, że nikt w Kołomyi, Śniatyniu, Kutach i Kosowie nie słuchał ówcześnie emisji radia radzieckiego. W każdym razie w polskich dokumentach 17 września nie ma śladu nasłuchów audycji moskiewskich i nikt z uczestników tych wydarzeń nie stwierdził, aby programy te zauważył. A przecież audycja moskiewska dawała pełną odpowiedź na wszystkie wątpliwości Rządu RP! Podawała nawet treść noty wręczonej Grzybowskiemu kilka godzin wcześniej. Stwierdzała, że "państwo polskie rozpadło się i przestało istnieć". Tym bardziej władze RP na "przedmościu rumuńskim" powinny były dołożyć wszelkich starań, aby zadokumentować, iż Rzeczpospolita istnieje nadal, Rząd RP działa na terenie kraju, a Wojsko Polskie stawia opór obu agresorom. Było to niezbędne dla przyszłości państwa.

Godzina 8.00. Oddział Drugi Naczelnego Dowództwa wydaje "sprawozdanie informacyjne nr 32". Jest to jedyny dokument Kwatery Głównej, w którym obok rozdziału "Front zachodni" pojawił się rozdział "Front sowiecki". Sprawozdanie zawiera informacje o zajęciu przez Armię Czerwoną nadgranicznych miejscowości Podola. Zauważamy jednak w tym komunikacie zdanie, które jest przejawem przykrego zaślepienia i swoistego wishful thinking Naczelnego Dowództwa: "[...] Przez Borszczów przejechało około stu czołgów; obsługa siedziała w otwartych czołgach nie strzelając". Tak: nie strzelając! Autorzy tego komunikatu nie zastanowili się, do kogo mieli strzelać radzieccy czołgiści, skoro z tego rejonu wycofały się już oddziały KOP. Byli poruszeni faktem, że "nie strzelano". Mniejszą wyraźnie uwagę przywiązywali do pojawienia się w ogóle obcych kolumn czołgowych na terytorium RP.

Godzina 8.30. Telefonogram zachowany w papierach Naczelnego Dowództwa: "Skała zajęta. W Podwołoczyskach walka o koszary. Most na Zbruczu wysadzono. Przejeżdżając czołgami przez Borszczów [żołnierze radzieccy] twierdzą do ludności: przychodzimy bronić waszych sadyb. Jadąc strzelają tylko w tym wypadku, gdy natrafią na opór naszych oddziałów wojskowych".

"Tylko, gdy natrafią na opór naszych oddziałów...". Nawet biorąc pod uwagę tragiczny splot nieporozumień i braku rozeznania w sytuacji dnia 17 września, podobną konstatację trzeba by określić bardzo drastycznie. Kiedyż mieli strzelać, jeśli nie w wypadku oporu? Gdyby dnia 1 września wojska polskie nie otworzyły ognia do przekraczających granicę zachodnią oddziałów niemieckich, czołgi Wehrmachtu dotarłyby bez jednego strzału do Warszawy, a ich obsługa też by siedziała w swych pojazdach z otwartymi klapami. Do napastnika otwiera ogień zawsze napadnięty. W interesie agresora leży osiągnięcie swego celu bez walki. Jest zdumiewające, iż 17 września w Kołomyi tego nie rozumiano.

Nieco po godzinie 8.30. "Dwie nasze kompanie, wspierane przez pluton artylerii, opóźniają odwrót na Uścieczko, Kopyczyńce, Czortków. Odwrót na Czortków i Skałę działa samodzielnie. Płk Kotarba wycofuje się i opóźnia odwrót na Horodenkę. Ma oddziały słabo uzbrojone". W każdym razie około 9.00 wojska radzieckie znajdują się jeszcze prawie o 100 km od miejsca postoju Naczelnego Dowództwa WP i Rządu RP.

Godzina 8.40. Oficer służbowy doręcza szefowi Sztabu gen. Stachiewiczowi następujący raport: "Melduję, że w dniu dzisiejszym między godziną 7 a 7.35 zgłoszono naloty samolotów nieprzyjacielskich w Horodence (6-9 samolotów), które zrzuciły bomby zapalające na cukrownię, zapalając jeden magazyn, oraz w okolicy Korszowa, gdzie rzucono 3 bomby koło stacji i torów kolejowych, uszkadzając jedynie linię telegraficzną. Według meldunków posterunków kolejowych samoloty nad Korszowem miały znaki: pięcioramienną gwiazdę czerwoną". Straty są w sumie bez znaczenia, ale sam fakt jest znamienny: lotnictwo radzieckie współdziała z Luftwaffe, atakując, podobnie jak Niemcy, obiekty cywilne. Coraz bardziej zdumiewa wahanie Rządu RP w należytym określeniu akcji ZSRR.

Przez kilka godzin porannych dnia 17 września trwa jednak dziwne zamieszanie w polskim Dowództwie Naczelnym, z którego wychodzą rozkazy zupełnie sprzeczne - i to zawsze z powołaniem się na dyspozycje gen. Stachiewicza. Usprawiedliwieniem Kwatery Głównej może być tylko fakt, że wiadomości dochodzące znad granicy były również sprzeczne, paniczne i przesadne. O godz. 9.45 dochodzą np. wiadomości, że w kierunku Dubna przeleciało aż 300 (!) samolotów radzieckich; że posuwające się kolumny pancerne liczą do 200, to innym razem aż 500 czołgów. Po opuszczeniu Czortkowa przez oddziały ppłk. Kotarby jakiś odosobniony posterunek donosi o 11.25, że "wojska rosyjskie wchodzą na teren Polski bez użycia broni" (sic) - "salutując żołnierzy polskich" (sic). "Posterunek w Czortkowie prosi o wskazówki, co do ustosunkowania się do wkraczających wojsk rosyjskich". O godzinie 9.45 donosi ktoś z Horodenki, gdzie zresztą wojsk radzieckich jeszcze nie ma: "Oddziały sowieckie nie rozbrajają naszych oddziałów wojskowych, rozbrajają jedynie pojedynczych oficerów i szeregowców". Podobne meldunki powinny były uzyskać natychmiast surową ocenę. Było jasne, że oddziały Armii Czerwonej, jeszcze niezorientowane, jak znaczne są polskie możliwości i determinacja oporu, w pierwszym momencie wolały nie prowokować starć z liczniejszymi oddziałami, kontentując się zagarnianiem odosobnionych żołnierzy i oficerów. Dziwne, że z podobnych informacji wyciągano poważne wnioski polityczne.

Godzina 11.50. Ppłk Kotarba do Naczelnego Dowództwa: "Już organizuję obronę na wysokości mostu w Uścieczku. Parlamentariuszy do wojsk sowieckich wysłałem. Nowych wiadomości brak".

Wkrótce potem płk Kaftański z Naczelnego Dowództwa nadaje do ppłk. Kotarby:

Most w Uścieczku zabarykadować, przygotować do zniszczenia, wysadzić tylko w wypadku natarcia większej ilości broni pancernej sowieckiej. Mogą jeszcze spływać na most własne oddziały KOP, które mają następnie przeprawy w Uścieczku. [...] Oddziały z bronią, które jeszcze nie odpłynęły, pozostają w terenie, zwracają się twarzą na wschód i walczą [...].

Był to jedyny, jak się wydaje, konkretny rozkaz Naczelnego Dowództwa, polecający stawienie oporu zbrojnego wobec Armii Czerwonej wcale jeszcze licznym oddziałom polskim na pograniczu wschodnim. Niestety, rozkaz ten prawie do nikogo nie dotarł, a wkrótce potem cała obrona poczęła się rozpadać nawet bez walki, wskutek ogromnego zamieszania politycznego, jakie nastąpiło od południa 17 września. Zanim w ogóle doszło do nadania osławionej "dyrektywy ogólnej" Naczelnego Wodza w sprawie niestawiania oporu wojskom radzieckim, postawę taką poczęła żywiołowo przyjmować pewna część wyższych oficerów w terenie, mimo zdecydowanie patriotycznego nastawienia gotowych do walki z nowym najeźdźcą mas oficerskich i żołnierskich. Tym bardziej uznać musimy zasługę patriotyczną tych, którzy 17 września mimo małoduszności niektórych kolegów zdecydowali się spełnić swój obowiązek żołnierski.

viii. Dzień 17 września: nieporozumienia i zaniechania

17 września 1939, godzina 10.00. Wiadomość o agresji ZSRR dociera do premiera Felicjana Sławoj-Składkowskiego w Kutach.

Dopiero godzina dziesiąta rano przyniosła straszną wiadomość, której na razie wierzyć nie chcieliśmy. Wojska sowieckie przeszły granicę naszą czołgami i po złamaniu oporu oddziałów Korpusu Ochrony Pogranicza posuwają się na zachód, wołając, że idą walczyć z Niemcami, by całej Polski nie zabrali. [...] Jesteśmy tym zupełnie zaskoczeni. Taki cios nieoczekiwany!128.

Cała relacja Składkowskiego z wydarzeń 17 września zajmuje ponad 6 stron druku, ale w tej czczej gadaninie niewiele jest informacji istotnych i znamiennych. Jest w ogóle zastanawiające, w jaki sposób Prezes Rady Ministrów mógł się dowiedzieć o agresji aż cztery godziny później niż minister spraw zagranicznych, a pięć godzin po otrzymaniu ostatecznie potwierdzonych informacji przez Naczelne Dowództwo. Telefony w tym rejonie działały na razie bez przeszkód. Wydaje się najbardziej prawdopodobne, że Składkowskiego po prostu lekceważono do granic zupełnego odmówienia mu wszelkich uprawnień państwowych, czemu potulny premier i minister spraw wewnętrznych nie umiał się sprzeciwić. Rydz-Śmigły widział w Składkowskim tylko swojego, niskiej stosunkowo rangi podkomendnego (z powodu generalskiego stopnia premiera), a premier nie umiał zachować się zgodnie z obowiązkami i znaczeniem urzędu Prezesa Rady Ministrów. Ten aspekt sprawy nasuwa smutne refleksje: jakże bardzo niezdrowe stosunki czysto osobiste między członkami ekipy rządowej RP w roku 1939 przyczyniły się do niespełnienia przez tych ludzi swoich obowiązków wobec państwa i narodu w momencie klęski ostatecznej...

Składkowski potwierdza fakt, że agresji ZSRR Rząd RP do ostatniej chwili bynajmniej się nie spodziewał i w ogóle takiej możliwości nie brał pod uwagę. Historykowi trudno komentować podobne wyznania. Jest zresztą zastanawiające, że już o godzinie 10.00 Składkowski był informowany o całkowitym załamaniu się oporu KOP, chociaż Armia Czerwona wdarła się ówcześnie dopiero na kilkanaście km w głąb państwa polskiego, a na trasie Borszczów-Tłuste Miasto-Uścieczko-Horodenka trwały jeszcze zaciekłe walki oddziałów pułku KOP ppłk. Kotarby. Kto poza tym już o godzinie 10.00 informował premiera, jakoby żołnierze Armii Czerwonej głosili wszem i wobec, że "idą walczyć z Niemcami" - tego dzisiaj stwierdzić już nie można. W każdym razie Prezes Rady Ministrów RP powinien był wiedzieć przynajmniej o "pakcie o nieagresji" między Rzeszą a ZSRR z dnia 23 sierpnia - i w tym świetle oceniać rozmaite dziwne pogłoski.

Z historycznego punktu widzenia bardzo zastanawiająca jest geneza wielu dziwnych i niewytłumaczalnych postępków rozmaitej rangi oficerów polskich we Wrześniu 1939 roku, gdy wkroczenie Armii Czerwonej stało się powszechnie znane. Znany pamiętnikarz, Bronisław Młynarski, który jako zmobilizowany oficer rezerwy rankiem 17 września znajdował się w Dubnie, stwierdza przelot nad tym miastem około 30 (nie 300!) samolotów radzieckich, około godziny 7.00. Młody porucznik, dowódca baterii przeciwlotniczej w Dubnie, wyjaśniał kolegom: "Oddałem, jak słyszeliście, dwie salwy, po czym, gdy się zbliżali, rozpoznałem bez żadnej wątpliwości, że są to maszyny sowieckie, natychmiast więc wstrzymałem ogień"129.

Historyk znowu się zdumiewa. Jak wyglądało właściwie wychowanie polityczno-patriotyczne młodych oficerów WP w 1939 roku, jeżeli porucznik artylerii przeciwlotniczej bez żadnego rozkazu i zupełnie spontanicznie traktował przelot samolotów bojowych ZSRR nad terytorium RP jako fakt naturalny i zrozumiały? Czy temu młodemu porucznikowi nikt uprzednio nie wyjaśnił, że póki nie otrzyma wyraźnego odmiennego rozkazu, jego żołnierskim obowiązkiem jest natychmiastowe otwieranie ognia do każdego niepolskiego oddziału czy formacji lotniczej, które w warunkach wojny pojawią się na terytorium RP? Skąd się brało to mędrkowanie, rozstrzygające sprawy, którymi winien się zajmować Rząd RP?

Aby wyczerpać ten problem, warto od razu stwierdzić, że między 17 a 21 września 1939 przedstawiciele Armii Czerwonej nie zachowywali się lojalnie wobec swoich niemieckich sojuszników i dla zdyskontowania na swoją korzyść sukcesów militarnych Wehrmachtu w Polsce usiłowali (bardzo z reguły niezdarnie) przekonywać Polaków - jak np. we Lwowie płk Iwanow - że: "Przyszliśmy bić Niemców, będziemy z wami przeciwko nim wojowali"130, bez silenia się zresztą na wyjaśnienie, jak można pogodzić tego rodzaju zapowiedź z powszechnie znanym faktem istnienia między ZSRR a Niemcami od dnia 23 sierpnia układu o nieagresji. Podobne deklaracje oficerów radzieckich nie tłumaczą naturalnie przerażająco naiwnej wiary np. dowódcy obrony Lwowa gen. Władysława Langnera, który jeszcze 20 września wierzył m.in., że "pod Winnikami dochodzi w godzinach popołudniowych do starcia między Niemcami a bolszewikami. Kilka czołgów bolszewickich zostało uszkodzonych, ale w końcu odrzucono Niemców [...]". Że mogło być prawdą to, co 20 września mówił mu komisarz radzieckiego korpusu pancernego, niejaki płk Makarow: "Armia Czerwona bije się z Niemcami i pragnie uzgodnić z nami wspólną akcję"131. Itd., itd.

Jest zastanawiające, że niektórzy wyżsi oficerowie polscy w Kampanii Wrześniowej uważali wówczas za możliwe podejmowanie decyzji ściśle politycznych, przesądzających o losach państwa - zapominając, że obowiązkiem żołnierza jest tylko walczyć, natomiast decyzje i deklaracje polityczne należą do wyłącznych kompetencji i obowiązków rządu cywilnego. Aby podsumować ten przykry problem, trzeba jednak zauważyć, że co prawda nie wszyscy dowódcy, którzy ulegli pokusie zastępowania ministra spraw zagranicznych i Prezydenta RP w decydowaniu o stosunkach Polski z ZSRR, posunęli się aż tak daleko jak osławiony gen. Juliusz Rómmel, jeden z nielicznych wyższej rangi dowódców WP w 1939 roku, którzy w PRL zyskali później oficjalne uznanie i aprobatę czynników urzędowych. Jak wiadomo, już o godzinie 10.00 dnia 17 września (a więc na wiele godzin przed nadaniem przez Naczelne Dowództwo z Kołomyi "dyrektywy ogólnej" w sprawie niestawiania oporu Armii Czerwonej) wysłannik dowodzącego obroną Warszawy gen. Rómmla odbył konferencję z jednym z pozostałych w stolicy członków ambasady ZSRR, a na podstawie oświadczeń tegoż dyplomaty gen. Rómmel wydał rozkaz do wojsk polskich (jak się wydaje - wszystkich!), "by nie bić się z bolszewikami i traktować ich jako oddziały sprzymierzone"132. Jako "oddziały sprzymierzone"! Działo się to o godzinie 10 lub 11, dnia 17 września 1939, kiedy żołnierze ppłk. Marcelego Kotarby walczyli uparcie na drogach Podola, aby osłonić przed "ogarnięciem" Naczelne Dowództwo i Rząd RP. Historyk musi stwierdzić, że przez swoją deklarację o treści ściśle politycznej, wykraczającą poza zakres kompetencji dowódcy obrony Warszawy, gen. Juliusz Rómmel dopuścił się ogromnego występku przeciwko swoim obowiązkom żołnierza i obywatela RP, zasługując na stanięcie przed sądem wojskowym i najsurowszy wymiar kary - do czego niestety nigdy nie doszło.

Jedynym wytłumaczeniem dla tego rodzaju wystąpień - jakkolwiek sprzeczne były one z instynktem patriotycznym i polską świadomością obywatelską - była abstynencja Prezydenta i Rządu RP w sprawie zdecydowanego i niedwuznacznego poinformowania Wojsk Polskich i społeczeństwa Rzeczypospolitej o nowej sytuacji państwa, zaistniałej wskutek agresji ZSRR o świcie 17 września.

Godzina 11.30-12.00. W Kołomyi odbywa się pierwsza z dwóch narad naczelnych władz państwowych RP, które miały zdecydować o dalszym postępowaniu dla ratowania przyszłości państwa. Znane są właściwie dwie tylko relacje z tej narady: Becka133 i Składkowskiego134. Kto poza nimi i Rydzem-Śmigłym uczestniczył w tym spotkaniu, po dziś dzień jest niejasne.

Nie było tam w każdym razie Prezydenta RP, w którego osobie skupiała się cała władza i majestat Rzeczypospolitej i który miał prawie nieograniczone kompetencje podejmowania zasadniczych decyzji, a więc tym samym ogromne obowiązki i ogromną odpowiedzialność za losy państwa. Jest faktem, że do wczesnych godzin porannych 17 września Ignacy Mościcki przebywał w Śniatyniu. Wszelako między Śniatyniem a Kutami, Kosowem i Kołomyją połączenia telefoniczne nadal funkcjonowały. Jest zastanawiające, w jaki sposób Rydz-Śmigły mógł sam "zwołać naradę" i jak taka narada mogła się odbyć bez uczestnictwa Prezydenta RP.

Właśnie o godzinie 12.00, dnia 17 września, powinny były zapaść w Kołomyi decyzje najbardziej zasadnicze, bynajmniej nie w drugorzędnej sprawie ewakuacji Prezydenta i Rządu RP przez Rumunię do Francji (Prezydenta i Rządu RP, gdyż - jak najsłuszniej stwierdził Władysław Pobóg-Malinowski135 - o opuszczeniu terytorium RP przez Naczelnego Wodza i jego Sztab w ogóle mowy być nie mogło, z zasadniczych powodów politycznych i prawnych, jako że droit de passage przez kraj neutralny nie mogło dotyczyć żadnego z członków Sił Zbrojnych). Była już najwyższa pora, aby do wiadomości walczących przecież nadal Polskich Sił Zbrojnych i całego społeczeństwa RP przekazać zasadniczą deklarację Prezydenta i Rządu RP, wyjaśniającą położenie międzynarodowe Polski i obowiązki jej obywateli po agresji ZSRR.

Jak wiadomo, deklaracji takiej nie wydano - i nikt nawet nie zastanawiał się 17 września nad jej potrzebą i celowością. Było to ze strony Prezydenta i Rządu RP zaniedbanie, którego Historia ani wybaczyć, ani nawet w jakikolwiek sposób usprawiedliwić nie może. W południe dnia 17 września 1939 jeszcze niemal połowa terytorium państwa polskiego wolna była od obcej okupacji. Około pół miliona żołnierzy WP stawiało czynny opór agresji niemieckiej. W sumie około trzystu tysięcy mogło być użytych do demonstracyjnego stawienia oporu agresji ZSRR. Niezbędne było jednak wyjaśnienie: jaki stan prawny powstał między Polską a ZSRR wskutek agresji 17 września i jakie wynikają stąd obowiązki dla wszystkich obywateli państwa polskiego.

Nie ma niestety żadnego śladu, aby wśród członków Rządu RP dnia 17 września ktokolwiek rozważał sprawę wyraźnego określenia stanu stosunków między Polską a ZSRR z punktu widzenia prawa międzynarodowego - w sytuacji, gdy od dziewięciu godzin trwała już agresja ze wschodu. Agresja ta komplikowała ogromnie kwestię odzyskania przez Polskę niepodległości nawet po ewentualnym rychłym zwycięstwie Aliantów zachodnich nad Niemcami. Można było się łudzić, że klęska Niemiec na Zachodzie usunie z terytorium Rzeczypospolitej okupacyjne wojska niemieckie. W jaki jednak sposób spodziewano się pozbyć z Polski drugiego okupanta?

Jest zdumiewające, że nad tą sprawą nikt się nie zastanowił. W grę wchodziła kwestia jeszcze ważniejsza, która - jak się miało okazać - stała się w nieodległej przyszłości źródłem całej klęski sprawy polskiej w Drugiej Wojnie Światowej. Rząd RP zdawał sobie doskonale sprawę, ile wysiłków i pokornych zabiegów włożyła przed kilku tygodniami wspólna delegacja francusko-brytyjska w Moskwie dla pozyskania współpracy sojuszniczej ZSRR. Min. Beck pamiętał chyba, z jakich powodów Polska odmówiła zgody na okupację części swojego terytorium przez Armię Czerwoną - zanim w ogóle rozpoczęła się wojna. Otóż było niewątpliwe, że w nowej sytuacji, gdy na froncie wschodnim przestanie istnieć sprzymierzona armia polska, Alianci zachodni uczynią wszystko, aby pozyskać - za jakąkolwiek bądź cenę - nowego sojusznika w Związku Radzieckim. W połączeniu z faktem zajęcia siłą części ziem Rzeczypospolitej przez Armię Czerwoną stawało się oczywiste, jaką cenę za współpracę z Rosją będą musieli zapłacić w przyszłości Alianci zachodni. W tej sytuacji sprawą najwyższej wagi dla przyszłości Polski stawało się uczynienie wszystkiego, aby zablokować drogi do antypolskiego porozumienia między Moskwą a Londynem i Paryżem (w przyszłości na miejscu Paryża miał się pojawić w znacznie większym wymiarze Waszyngton). Jedyną możliwością, jaka pozostała Rządowi RP, było ustawienie ZSRR w roli agresora i jawnego sojusznika Rzeszy Niemieckiej. Tylko na ziemiach Rzeczypospolitej, jeszcze w czasie trwania Kampanii Wrześniowej, można było - korzystając z tytułów sojuszniczych wobec Wielkiej Brytanii i Francji - zmusić świat do potraktowania ZSRR jako uczestnika wojny po stronie Niemiec, choćby efektem tego było jedynie ogłoszenie przez Londyn i Paryż swojej neutralności wobec tej części ogólnego konfliktu europejskiego, który przybrał postać wojny radziecko-polskiej. O tym w ogóle nie pomyślano.

Wydaje się oczywiste, że załamana psychicznie, wskutek katastrofy na froncie zachodnim, ekipa rządowa RP karmiła się dnia 17 września początkowo rozmaitymi pobożnymi życzeniami, potem nonsensownymi nadziejami w sprawie losów tej części Polski, którą zajmował właśnie ZSRR, wreszcie już tylko obawą o własną skórę. Tym ostatnim problemem nie będziemy się zajmować. Natomiast jest sprawą wagi najwyższej konstatacja, że wskutek braku odpowiedniej deklaracji politycznej, Rząd RP dnia 17 września: po pierwsze, pozostawił społeczeństwo i walczące nadal wojska w stanie całkowitej dezorientacji; po drugie, postradał szansę wprowadzenia sprawy polskiej w obieg informacji międzynarodowej przez następne kilkanaście dni, dla wytworzenia w światowej opinii publicznej nastrojów sprzyjających sprawie polskiej, przede wszystkim przez ujawnienie współpracy sojuszniczej między Niemcami i ZSRR, i utożsamienie systemów totalitarnych obu tych mocarstw w odczuciu światowych ośrodków opiniotwórczych; po trzecie, wepchnął społeczeństwo polskie na ziemiach wschodnich RP w beznadziejną sytuację wynikającą przede wszystkim z braku orientacji państwowej i świadomości niebezpieczeństw grożących w latach 1939-1941; po czwarte (i najważniejsze), stracił ogromnej wagi tytuły prawno-międzynarodowe, które mogły były dać sprawie polskiej jakąś szansę w latach 1941-1945.

Wydaje się, że na brak zdecydowanej deklaracji politycznej Rządu RP w dniu 17 września wpłynęło m.in. także złudne przeświadczenie, iż bez stwierdzenia stanu wojny między Polską a ZSRR los obywateli RP i jeńców wojennych, zagarniętych przez Armię Czerwoną, będzie nieco lepszy. Tego rodzaju złudzeniom nie powinna była ulegać ekipa rządowa, której narzędzia rozpoznania politycznego i ideologicznego ZSRR w latach trzydziestych były znacznie większe i bardziej precyzyjne niż np. środki Francji czy Wielkiej Brytanii. Sytuacja wyglądała akurat odwrotnie: właśnie przez brak konkretnej deklaracji Rząd RP przyjął niejako konsekwencje oświadczenia Mołotowa, że "państwo polskie przestało istnieć". Była to konstatacja w sytuacji Polski dnia 17 września niesłychanie groźna - i każdy dyplomata o elementarnym choćby rozeznaniu w problemach prawa międzynarodowego powinien był zdać sobie z tego sprawę. Polsce groziło uznanie przez obu mocarstwowych sąsiadów za państwo, które "przestało istnieć" - a w tej sytuacji niewiele znaczyło dalsze uznawanie Rządu RP przez Paryż i Londyn. Było oczywiste, iż rządy francuski i brytyjski liczyć się będą przede wszystkim z realnymi stosunkami w Europie Środkowej, a nie z jałowymi, choćby w teorii najsłuszniejszymi, pretensjami mniejszych państw. Polska nie miała już żadnych realnych sił, tym mniej stać ją było na tracenie także tytułów prawnych.

Jedyną rzeczywistą siłą, która od 17 września 1939 mogła była działać skutecznie na rzecz sprawy polskiej, była międzynarodowa opinia publiczna, a więc (praktycznie rzecz biorąc) światowa prasa. Aby jednak prasa i opinia mogły zostać dostatecznie i dość długo poruszone, konieczne było wyraźne określenie sytuacji powstałej 17 września i podtrzymanie tej deklaracji przez obecność (choćby jeszcze przez kilka dni) naczelnych władz RP na terytorium Polski. Co więcej, zdecydowana deklaracja w sprawie agresji ZSRR z pewnością nie pogorszyłaby sytuacji obywateli RP i żołnierzy WP pod okupacją radziecką. Wbrew przewidywaniom Rządu RP, stwierdzenie stanu wojny między Polską a ZSRR właśnie polepszyłoby sytuację obywateli RP na terenie okupacji ZSRR.

Polakom groziło bowiem to, co w końcu stało się faktem: uznanie za byłych obywateli jakiegoś byłego, już nieistniejącego państwa, którzy nie mają w ogóle żadnych praw ani podstaw do żądania czegokolwiek. Dwa fakty były oczywiste. Po pierwsze: w sensie prawa międzynarodowego nie może nie istnieć państwo, uprzednio międzynarodowo uznane, które ogłosiło swój stan wojny z państwem sąsiedzkim z powodu dokonanej przez nie agresji. Po drugie: przez stwierdzenie zaistnienia stanu wojny między Polską a ZSRR w wyniku ataku 17 września 1939 (co - politycznie rzecz biorąc - mogło nastąpić tylko na terytorium Rzeczypospolitej), Rząd RP zmusiłby Aliantów zachodnich do ogłoszenia swojej neutralności wobec konfliktu polsko-radzieckiego i uznania faktu agresji ZSRR na Polskę jako czynnika razem z agresją niemiecką współokreślającego sytuację Rzeczypospolitej. W kilka lat później, w roku 1941, a potem w okresie Teheranu i Jałty, mogłoby to stać się punktem wyjścia do lepszej obrony interesów zdradzanej Polski.

Jest konstatacją przygnębiającą, że w Kołomyi, w południe dnia 17 września, nad tymi aspektami sytuacji państwa w ogóle się nie zastanawiano. O godzinie 11.00 min. Beck otrzymał wreszcie depeszę radiową claris amb. Grzybowskiego z Moskwy. Depesza była już bezprzedmiotowa wobec faktu, że o godzinie 11.30 czasu moskiewskiego, a więc 8.30 czasu polskiego, Wiaczesław Mołotow wygłosił przez wszystkie rozgłośnie radia ZSRR zasadnicze przemówienie polityczne. Streścił na wstępie notę doręczoną ambasadorowi polskiemu kilka godzin wcześniej. Położył specjalny nacisk na prawo i obowiązek ZSRR obrony "swoich ukraińskich i białoruskich braci". Stwierdził, że Armia Czerwona otrzymała zaszczytne zadanie wyzwolenia ich ziem spod władzy Polski, która rozpadła się nadspodziewanie prędko. Mołotow uspokoił obywateli ZSRR, iż żadna poważna wojna krajowi nie grozi, a racjonowanie dóbr konsumpcyjnych jest nieprawdopodobne. Kraj Rad powinien natomiast wzmóc swój wysiłek produkcyjny, aby wesprzeć Armię Czerwoną w jej ważnych zadaniach136. Mowa ta powinna była uświadomić Rządowi RP grozę sytuacji i konieczność natychmiastowego stworzenia zaszłości prawno-politycznych w dziedzinie stosunków międzynarodowych, które by uniemożliwiły w przyszłości (bliższej lub odleglejszej) działanie na szkodę podstawowych interesów państwa polskiego. Ówczesnej ekipy rządowej RP z tego zaniedbania Historia nigdy nie usprawiedliwi.

Józef Beck tak oto streszcza swoje wrażenie z narady w Kołomyi o godzinie 12.00: "Widoczne było, że katastrofa jest nieunikniona. Na moje pytanie, czy marszałek Śmigły dysponuje jakimikolwiek siłami w Małopolsce Wschodniej, aby powstrzymać napór wojsk sowieckich, otrzymałem odpowiedź, że poza oddziałami KOP mogą znaleźć się tylko luźne bataliony marszowe, ale praktycznie opór jest beznadziejny. Marszałek Śmigły wahał się, jakie ma wydać rozkazy wojsku co do walki z oddziałami sowieckimi. Skłonny był raczej do nieprzyjmowania walki"137. Składkowski dodaje: "Rząd i Naczelne Dowództwo mogłyby przedzierać się z policją i stu żandarmami, będącymi jedyną siłą dyspozycyjną, przez Żabie na zachód, wzdłuż granicy węgierskiej138, ale oddala nas to od jedynej granicy alianckiej, którą jest granica rumuńska"139.

Wszystkie dokumenty 17 września dowodzą, że o godzinie 12.00 jedynym problemem Rządu RP stało się wydobycie ówczesnej ekipy rządowej z matni na "przedmościu rumuńskim" - celem ewakuacji przez Rumunię (bardziej - jak dzisiaj wiemy - realna ewakuacja przez Węgry nie była brana poważnie pod uwagę) do Francji. Nikt nie zastanowił się nad problemem zasadniczym: czy Rząd RP (o Naczelnym Dowództwie do wieczora 17 września w ogóle nie było mowy) ma prawo opuścić walczącą jeszcze półmilionową armię i co najmniej 15 milionów nieogarniętych dotąd przez okupantów obywateli RP - aby chronić się za granicą z zamiarem "kontynuowania walki"? Czy taka ewakuacja była politycznie możliwa? Nie chodzi nam nawet o sprawę tranzytu przez Rumunię, którą (jak niżej wyjaśniamy) zaniedbano w sposób żenujący. Sprawą najwyższego znaczenia była kwestia polityczna: czy społeczeństwo Rzeczypospolitej będzie nadal uznawać Prezydenta i Rząd RP, którzy zapewniali uprzednio kraj o zdolności Polski do długiego oporu, lecz w siedemnastym dniu wojny opuścili naród i armię - nie zostawiając żadnej deklaracji politycznej w sprawie nowej agresji, ani żadnych zasadniczych wskazań politycznych dla całego kraju?

Nie jest naszym celem publicystyczne roztrząsanie moralnej i duchowej wartości i osobistej postawy członków ekipy rządowej RP w dniu 17 września. Z czysto historycznego punktu widzenia trzeba jednakże stwierdzić, iż dnia tego postradali oni zupełnie rozeznanie w ogólnym uwarunkowaniu politycznym swojej sytuacji. Tego dnia nie mieli już bowiem żadnej szansy kontynuowania poza krajem swojej działalności państwowej. Po takiej klęsce legalna władza rządowa RP (której kontynuację w warunkach wojny zapewniła przewidująco Konstytucja z 23 marca 1935) musiała przejść w inne ręce. Prawda: członkowie Rządu RP mogli się ówcześnie łudzić, że ponieważ oni właśnie zawierali układ sojuszniczy z Wielką Brytanią (co do Francji, z góry było wiadomo, że lepszą współpracę zapewniłaby ekipa opozycyjna), więc Londyn będzie przez ten fakt niejako moralnie zobligowany. Były to jednak złudzenia... i to dość niepoważne. Tytuł sojuszniczy przejął w kilkanaście dni później Władysław Sikorski - i osiągnął tyle, co mógł był osiągnąć w warunkach stworzonych przez swoich poprzedników.

Poświęcamy niżej nieco uwagi zaniedbaniom w sprawie tranzytu Rządu RP przez terytorium Rumunii. Gdyby jednakże Prezydent, Rząd i nawet Wódz Naczelny dotarli byli do Francji już 19 września (tylko pojawienie się we Francji najpóźniej w 48 godzin po opuszczeniu Polski mogło było w ówczesnych warunkach politycznych zapewnić kontynuację międzynarodowego uznania dotychczasowej ekipy rządowej), groziłby prawdopodobnie obrót rzeczy wprost najfatalniejszy: odmowa dalszego uznawania Rządu RP na emigracji w takim właśnie składzie personalnym - przez opinię publiczną w kraju. Być może stosując wszelkie rygory dyscypliny wojskowej, udałoby się utrzymać posłuszeństwo zrekonstruowanej na Zachodzie armii wobec rozkazów Rydza-Śmigłego. W Polsce organizacja ZWZ i potem AK pod firmą Rządu, który tak przegrał Kampanię Wrześniową (podkreślamy: nie dlatego, że przegrał w ogóle, gdyż przegrana była nieuchronna; decydujące były jednak: tempo klęski, brak odpowiednich przygotowań wojskowych i politycznych na okres wojny, a zwłaszcza na chwilę klęski, poza tym zachowanie się Naczelnego Dowództwa i Rządu dnia 17 września) - byłaby zapewne w ogóle niemożliwa.

Optymalnym wyjściem politycznym z zaistniałej sytuacji było (poza wydaniem zasadniczej deklaracji politycznej, o której za chwilę) opublikowanie na terytorium RP dekretu Prezydenta, przekazującego (zgodnie z artykułem 13, punkt 2-b, Konstytucji Rzeczypospolitej) następstwo na tym urzędzie odpowiednio poważnemu kandydatowi, znajdującemu się już poza zasięgiem nieprzyjaciela - w momencie abdykacji dotychczasowego Prezydenta RP, która powinna była nastąpić automatycznie w chwili popadnięcia Ignacego Mościckiego w niewolę na ziemiach polskich lub internowania go gdziekolwiek w kraju obcym. Mościcki winien był pozostać na terytorium kraju aż do końca walki (najlepiej we Lwowie) i po prostu poddać się Niemcom w chwili, gdy byłoby to nieuchronne (pomijając sprawę uprzednich nonsensownych decyzji ewakuacyjnych - jeszcze w południe 17 września Prezydent i Rząd RP mogli byli dotrzeć nawet do Lwowa). Przypisywanie ewentualnemu popadnięciu w niewolę niemiecką byłego prezydenta czy byłego naczelnego wodza Polskich Sił Zbrojnych jakiegoś symbolicznego i mistycznego niemal znaczenia, czym próbowali później epatować opinię publiczną obrońcy zachowania Rydza-Śmigłego i Mościckiego w dniu 17 września, trzeba niestety nazwać nonsensownym. Z faktu, że obaj - wraz z całą ówczesną ekipą rządową - znaleźli się wkrótce potem pod rumuńskim kluczem, nie wynikła żadna dodatkowa katastrofa dla sprawy polskiej, a istotne obniżenie prestiżu Rzeczypospolitej wiązało się właśnie z poniewczesnym upartym trzymaniem się pustych tytułów przez ludzi, których bieg wydarzeń odarł z powagi naczelnych władz państwa polskiego. Korzystne dla kraju byłoby jednakże tylko uprzednie, przed dostaniem się do niewoli, przeniesienie urzędu prezydenckiego i władzy naczelnego wodza na ludzi, którzy mogli realnie służyć dalej sprawie Rzeczypospolitej. W sytuacji 17 września było już jasne, że Naczelny Wódz marszałek Rydz-Śmigły winien był zatrzymać w swoich rękach tylko dowództwo sił zbrojnych na terenie kraju, pozostawiając swoje stanowisko do dyspozycji przyszłego Prezydenta RP. Rzecz jasna, że właściwym kandydatem na następcę Ignacego Mościckiego nie był ani kardynał Hlond (który z zasadniczych powodów nie mógł akceptować następstwa na urzędzie Prezydenta RP), ani też uroczy hulaka gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski, którego wszyscy lubili, lecz nikt poważnie nie traktował. Zapewne najlepszym kandydatem był człowiek, który w końcu - niestety po perturbacjach bardzo sprawę polską kompromitujących i właśnie dlatego w sytuacji zmuszającej go do ograniczeń swoich konstytucyjnych prerogatyw - Prezydentem RP został: Władysław Raczkiewicz, ówcześnie prezes Związku Polaków za Granicą. Opuścił on Polskę 16 września i w chwili agresji radzieckiej był bezpieczny140, a co więcej, mógł bez przeszkód dotrzeć prędko do Francji. W każdym razie cały Rząd RP, z dotychczasowym Prezydentem na czele, winien był - z powodów najwyższego znaczenia politycznego i historycznego - pozostać w ówczesnym składzie na terytorium RP i przyjąć na siebie wszystkie konsekwencje klęski. Ta konstatacja historyka nie jest bynajmniej poniewczesnym domaganiem się od członków ekipy rządowej RP jakiegoś szczególnego bohaterstwa. Ufamy, że dostaliby się oni w ręce niemieckie, a więc - mimo naturalnej udręki niewoli - śmierć zapewne by im nie groziła. Natomiast w tradycji narodowej, w historycznym odczuciu czynów o największym znaczeniu dla losów państwa, taka decyzja władz RP pozostałaby na zawsze w pamięci społeczeństwa Rzeczypospolitej. O to właśnie należało się troszczyć dnia 17 września 1939: o los państwa za rok, 5, 10 czy 20 lat, nie o sprawy doraźne, tak czy owak już przesądzone.

Jedno powinno być oczywiste dla uczestników narady w Kołomyi o godzinie 12.00 dnia 17 września: jak najdłuższe, kilkudniowe przynajmniej pozostanie Prezydenta i Rządu RP na terytorium państwa polskiego było tym bardziej konieczne, iż rzekome "rozpadnięcie się" tego państwa i jego faktyczne już nieistnienie ogłosił rząd jednego z dwóch wielkich sąsiadów Rzeczypospolitej. Kilka dni dalszego widocznego działania politycznego na obszarze RP, kilka dni oporu zbrojnego wobec obu agresorów - oporu pod widoczną koordynacją Naczelnego Dowództwa i Rządu RP - mogło było zaszczepić światowej opinii publicznej ducha niewiary w propagandę ZSRR, przekonać świat o wspólnocie politycznej dwóch totalizmów...

Czy rzeczywiście natychmiastowa ewakuacja Rządu RP poza granice państwa była konieczna z uwagi na groźbę "ogarnięcia" przez Armię Czerwoną? Wykluczamy z tych rozważań oczywiście Naczelnego Wodza i jego Sztab Główny, gdyż żadne względy polityczne nie mogły były usprawiedliwić opuszczenia przez nich terytorium państwa, gdy przynajmniej jeszcze połowa Polskich Sił Zbrojnych nadal walczyła, a ogromna większość walczącej armii nie miała szansy ewakuacji do państw sprzymierzonych. Czy jednak nie można było zapewnić dostatecznej ochrony Prezydentowi i Rządowi RP, gdy - jeżeli nawet zdecydowano się na ich ewakuację przez Rumunię do Francji - z zasadniczych powodów politycznych konieczne było jak najdłuższe demonstrowanie obecności naczelnych władz państwa na terytorium kraju?

Jest faktem niewątpliwym (poniżej przytoczymy dalsze dowody), że dnia 17 września Naczelne Dowództwo w Kołomyi popadło w stan paniki, czemu (jak się wydaje) sprzyjało osobiste nastawienie Rydza-Śmigłego. "Teren, na którym znajdował się Rząd i Naczelne Dowództwo, dawał możliwości oporu kilkudniowego, nawet przy minimum koncentracji sił zbrojnych". Jakieś "bataliony marszowe" jednak przecież istniały. Oddziały KOP poświęciły się ofiarnie w walce o powstrzymanie pochodu Armii Czerwonej po jedynych w tym rejonie drogach utwardzonych. Czy nikt z Naczelnego Dowództwa nie pomyślał o ściągnięciu w ten rejon choćby nielicznych oddziałów WP? Przecież sens polityczny stawienia oporu Armii Czerwonej na ziemiach RP, przy ciągłej obecności Prezydenta i Rządu RP, był bezsporny141. Dlaczego nie wysadzono w końcu w powietrze sześciu wyżej wspomnianych mostów na Dniestrze i Prucie, co przy minimalnej nawet obronie mogło było zatrzymać czołgi Armii Czerwonej nawet na trzy dni? Trzy dni, które z ciasnego wojskowego punktu widzenia mogły się wydawać niczym, ale które dla propagandy sprawy polskiej w całym świecie mogły mieć znaczenie decydujące! Jeżeli decydowano się już na błędną politycznie i historycznie decyzję ewakuacji Rządu poza obszar RP, należało uczynić wszystko, aby ewakuacja ta nastąpiła jak najpóźniej.

Nie ma co rozwodzić się dłużej nad błędami Naczelnego Dowództwa, które Prezydentowi i Rządowi RP nie zapewniło żadnych sił osłonowych na "przedmościu rumuńskim", choćby z rejonu Tarnopola, gdzie skoncentrowano kilkanaście tysięcy żołnierzy i oficerów. Ale jeszcze wczesnym rankiem 17 września można było wydać rozkaz ściągnięcia w rejon Kołomyi jedynej polskiej jednostki zdolnej przez kilka dni stawiać demonstracyjny opór Armii Czerwonej. Mowa o 10. brygadzie kawalerii zmotoryzowanej płk. Maczka.

Dnia 17 września brygada w sile kilku tysięcy żołnierzy i około 400 pojazdów, częściowo bojowych, znajdowała się na północ od Lwowa, w Żółkwi142. Nie jest jasne, kiedy pomyślano w Kołomyi o tej jedynej polskiej jednostce bojowej, zdolnej tempem marszu dorównać wojskom niemieckim, a znacznie przewyższyć Armię Czerwoną143. W każdym razie w chwili agresji radzieckiej 10. brygada kawalerii zmotoryzowanej znajdowała się o jakieś 200 km pochodu drogami twardymi od Kołomyi. Lecz jednostki radzieckie miały do Kołomyi ponad 100 km, przy walkach opóźniających oddziałów KOP, podczas gdy brygada - po oderwaniu się od Niemców - mogła była dokonać marszu po terenie wolnym od nieprzyjaciela. Nie jest jasne, o której godzinie brygada otrzymała rozkaz przesunięcia się w rejon Halicza - "do dyspozycji Naczelnego Dowództwa". Podobno o 16.00. Rozkaz ten nasuwa przypuszczenie, iż w Naczelnym Dowództwie ktoś wpadł (co prawda poniewczasie) na pomysł użycia brygady do osłony Rządu RP. Kilka godzin, które stracono na wydanie rozkazu, zdecydowało o wyniku tej operacji. 200 km po drogach twardych to dla jednostki pancerno-motorowej w warunkach wojennych, ale bez konieczności staczania walk, przestrzeń możliwa do przybycia w ciągu ośmiu godzin. Już o godzinie 8.00, dnia 17 września, 10. brygada winna była dostać rozkaz translokacji w rejon Kołomyi. Otrzymała ten rozkaz - jak się wydaje - dopiero późnym popołudniem.

Marsz, który po głównej i najprostszej szosie tego rejonu mogła była wykonać brygada zmotoryzowana, wiódł od Żółkwi i Lwowa przez Winniki, Kurowice, Przemyślany, Rohatyń, Halicz, Stanisławów i Nadworną (lub nawet krócej - przez Tyśmienicę, drogą nieco bardziej wysuniętą na wschód) do Kołomyi. Było to (jak wspomnieliśmy) około 200 km. Gdyby brygada zmotoryzowana dotarła do Kołomyi przed zmierzchem dnia 17 września, być może do historii Kampanii Wrześniowej doszłaby duża bitwa pod Kołomyją, stoczona w dniach 18, 19 i 20 września z Armią Czerwoną, stanowiąca w historii politycznej 1939 roku ważne wydarzenie nie tylko w skali polskiej. Faktycznie brygada zdołała dotrzeć do Halicza dopiero w nocy z 17 na 18 września - wobec otrzymania rozkazu o osiem godzin za późno. Nie tylko zresztą dlatego. Autor wspomnień o działaniach brygady we wrześniu 1939 roku, gen. Franciszek Skibiński, przedstawił całkowitą dezorientację jej dowództwa w dniu 17 września, którego w ogóle nie powiadomiono, jaki cel polityczny ma natychmiastowy marsz tej jednostki nad Dniestr i Prut. Zarówno gen. Langner we Lwowie, jak i dowódca brygady płk Maczek w ogóle nie wiedzieli, co począć w wypadku spotkania po drodze oddziałów Armii Czerwonej. Skibiński świadczy, iż dowództwo brygady brało pod uwagę tylko ewentualne boje z Wehrmachtem, a zauważając beznadziejny stan frontu zachodniego, nadmierny pośpiech z przesuwaniem się na wschód uznało za zbyteczny. Wobec całej sytuacji - pisze Skibiński - "termin przemarszu 10. brygady kawalerii nad Dniestr nie miał absolutnie żadnego znaczenia". Tak! Rozmaite rozważania (np. czy odrywać się od nieprzyjaciela w świetle dziennym itp.) miały miejsce w chwili, gdy już nie godziny, lecz wręcz minuty decydowały o możliwości zatrzymania pochodu czołgów radzieckich ku miejscu postoju Naczelnego Dowództwa i Rządu RP na "przedmościu rumuńskim", a więc w ogóle o szansie pozostania Prezydenta i Rządu na terytorium państwa jeszcze choćby przez parę dni. Dowództwo brygady oddało się niepotrzebnemu "filozofowaniu", lecz wina jego jest o tyle mniejsza, że nikt tych ludzi nie poinformował o rzeczywistym celu marszu na wschód. Brygada posuwała się - jak na swoje realne możliwości - dość ospale. Nad ranem 18 września znalazła się pod Haliczem. Tam doszedł ją rozkaz skierowania się przez Przełęcz Tatarską ku granicy węgierskiej. W całej tej sytuacji na plus Naczelnemu Dowództwu zapisać należy, że jeszcze o tej spóźnionej jednostce mimo wszystko pamiętano.

Gdyby do Halicza brygada dotarła około południa lub we wczesnych godzinach popołudniowych 17 września, można by było jeszcze wiele spraw uratować. Halicz dzieli od Kołomyi około 80 km po drogach twardych. Do Zabłotowa, gdzie przy współdziałaniu z oddziałami KOP można było zatrzymać oddziały Armii Czerwonej, pozostawało jeszcze 20 km. Łącznie 100 km, w warunkach dramatycznego pośpiechu trzy godziny dla wojsk zmotoryzowanych. Tyle zapewne czasu - nie licząc spóźnienia rozkazu i jego niejasności, które dały płk. Maczkowi impuls do zastanawiania się nad celowością pochodu nad Dniestr - brakowało do zawiązania bitwy pod Kołomyją i ogromnie ważnej dla przyszłości państwa demonstracji zbrojnej - przy obecności w kraju Prezydenta i Rządu - na południowo-wschodniej granicy RP. Trzy godziny... lecz poza tym ileż odwagi i orientacji zabrakło Naczelnemu Dowództwu!

10. brygada kawalerii zmotoryzowanej skierowała się wówczas przez Stanisławów, Nadworną, Jaremcze, Tatarów, Jabłonicę ku Przełęczy Tatarskiej w Karpatach. Dnia 19 września w tym rejonie przekroczyła granicę węgierską. Zmarnowano bezużytecznie dla sprawy Rzeczypospolitej doborową jednostkę, której zadaniem powinno być właśnie przecięcie i zatrzymanie na kilka dni pochodu Armii Czerwonej ku miejscu pobytu Prezydenta i Rządu RP.

Rozważamy tu sprawy, które powinny były zaprzątnąć uwagę uczestników narady w Kołomyi o godzinie 12.00, dnia 17 września, lecz niestety nie doczekały się żadnego rozważenia. Rzecz szczególna: spośród całej ekipy rządowej RP tylko Felicjan Sławoj-Składkowski, człowiek skądinąd dość ograniczony, lecz o dużej odwadze wojskowej, zdradzał instynktowne zrozumienie sytuacji:

Musimy opierać się w poszczególnych punktach, jak Hel, Warszawa, Modlin, Lwów, by Hitler nie mógł głosić światu, że opór Polski skończony, że więc mocarstwa Zachodu nie mają po co już walczyć. Musimy przedłużać naszą walkę ze względów politycznych144.

Można by co prawda zastanawiać się, dlaczego Składkowski brał pod uwagę tylko Hitlera, zapominając o Stalinie, lecz o to mniejsza. Ważna jest konstatacja, że Składkowski rozumiał sens kontynuowania oporu w kraju ze względów politycznych. Czyżby w ekipie rządowej RP był zupełnie odosobniony?

Beck pisze o naradzie w Kołomyi 17 września, o godzinie 12.00: "Marszałek Śmigły powiedział, że myśli nad przejazdem do wojsk generała Sosnkowskiego. Premier generał Składkowski, z właściwym mu niezrozumieniem roli rządu, zgłosił wobec tego gotowość do analogicznego przesunięcia Rządu"145. Niestety, historyk musi stwierdzić, że tym razem Józef Beck mylił się całkowicie, a gen. Składkowski ujawnił instynkt polityczny, o jaki nikt go uprzednio nie posądzał. Jakże inaczej wyglądałaby dzisiaj tradycja końca Drugiej Rzeczypospolitej, gdyby Rydz-Śmigły spełnił swój pierwotny zamiar, a Składkowski mu towarzyszył! Pod koniec września Wehrmacht dostałby w swoje ręce byłego Naczelnego Wodza i byłego premiera Rządu RP. Na emigracji istniałby już nowy Rząd RP i działałby nowy Wódz Naczelny. Natchnieniem narodu byłaby do dzisiaj pamięć o ludziach, którzy - choć niejeden raz błądzili - w chwili próby ostatecznej zachowali się zgodnie z najchlubniejszą tradycją Rzeczypospolitej, trwając do końca na polu bitwy razem z Siłami Zbrojnymi.

W to dramatyczne południe dnia 17 września zabrakło podobnej decyzji. "Marszałek Śmigły oświadczył, że nad swoimi decyzjami musi się zastanowić, że w każdym razie do nocy pozostanie w Kołomyi"146. Jak na Naczelnego Wodza, to zastanawianie się przez wiele godzin nad swoimi obowiązkami patriotycznymi wydaje się historykowi bardzo dziwne.

W każdym razie żaden dokument dotyczący narady w Kołomyi, dnia 17 września o godzinie 12.00, nie ujawnia jakiegokolwiek zainteresowania uczestników tej konferencji sprawą bądź co bądź niebłahą: co w tej chwili wie i co czuje społeczeństwo Rzeczypospolitej, a przede wszystkim te pół miliona żołnierzy, którzy nadal stawiają opór agresji - w tym momencie już dwóm napastnikom. Czy można zostawić cały naród bez żadnych wskazań i sugestii politycznych? Czy w ogóle - z politycznego, nie z militarnego punktu widzenia, jako że sytuacja militarna Polski była beznadziejna już 1 września - możliwe jest usunięcie się poza kraj... bez określenia stanowiska Rządu RP wobec nowej agresji?

Wysuwane były czasami wątpliwości, czy jakakolwiek deklaracja Rządu RP w dniu 17 września dotarłaby do wiadomości ogółu społeczeństwa Rzeczypospolitej. Wobec zaniedbań Rządu w dziedzinie przygotowania niezbędnych środków rozpowszechniania informacji może nawet nie... właśnie dnia 17 września. Ale każda zasadnicza deklaracja dotarłaby do wiadomości narodu w ciągu dni następnych. Zdecydowałaby o postawie tych resztek Sił Zbrojnych, które jeszcze trwały na polach bitew... Uświadomiłaby o istotnym stanie rzeczy - co było najważniejsze - światową opinię publiczną.

Dnia 17 września 1939, najpóźniej o godzinie 12.00, Prezydent i Rząd RP winni byli wydać deklarację mniej więcej takiej treści:

Rząd RP stwierdza wobec społeczeństwa Rzeczypospolitej, rządów Państw Sprzymierzonych i całej światowej opinii publicznej, że w nocy z 16 na 17 września Armia Czerwona dokonała agresji przeciwko państwu polskiemu na całej granicy między RP a ZSRR, gwałcąc obowiązujące umowy międzynarodowe, a nade wszystko pakt o nieagresji między RP a ZSRR z 1932 roku. Na ziemie Polski, walczącej z agresją Rzeszy Niemieckiej, wtargnęły liczne oddziały ZSRR. Agresja radziecka jest poważnym ciosem zadanym wojskom polskim, stawiającym dotąd zdecydowany opór wojskom Rzeszy Niemieckiej. Rząd RP nie dysponuje jeszcze wystarczającymi informacjami, aby w pełni ocenić akcję ZSRR, nie może jednak pominąć milczeniem układu między Rzeszą Niemiecką a ZSRR z dnia 23 sierpnia 1939, nasuwającego podejrzenie, iż między obu tymi mocarstwami istnieje porozumienie wrogie Rzeczypospolitej Polskiej. Wobec faktu jawnej agresji Rząd RP czuje się zmuszony zadeklarować, że z powodu bezspornej niesprowokowanej napaści sił zbrojnych ZSRR na terytorium RP między Rzecząpospolitą Polską a Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich zaistniał stan wojny, analogiczny do stanu stosunków między Polską a Niemcami od dnia 1 września 1939. Walczące dotąd oddziały Wojska Polskiego powinny traktować Armię Czerwoną na równi z Armią Niemiecką. Obywatele RP w rejonach okupowanych przez nieprzyjaciela powinni zachować jednakową postawę wobec Niemiec i ZSRR.

Przygotowanie podobnego oświadczenia zajęłoby nie więcej niż godzinę. Jeżeli nawet podanie podobnej deklaracji do wiadomości kraju przez miejscowe radiostacje nie było już możliwe147, było bez wątpienia możliwe zakomunikowanie jej korespondentom międzynarodowych agencji prasowych, a więc podanie do wiadomości całego świata. Tak czy owak w ciągu 2-3 dni nadal jeszcze gotowe do walki oddziały polskie otrzymałyby tę informację - i byłyby przynajmniej mniej skłonne do oddawania się z zaufaniem w ręce radzieckie.

Natomiast - co było (jak stwierdziliśmy) najważniejsze - podobna deklaracja wyjaśniłaby rolę ZSRR wobec Niemiec całej światowej opinii publicznej, a to ogromnie utrudniłoby później rządom Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych szukanie porozumienia ze Związkiem Radzieckim za tzw. wszelką cenę. Jest bardzo prawdopodobne, że uznanie ZSRR za jawnego sprzymierzeńca Rzeszy Niemieckiej w agresji przeciwko Polsce dałoby szansę znacznego poruszenia opinii publicznej USA pod koniec 1941 roku, gdy Stalin gotów był zapłacić drogo za pomoc amerykańską - w obliczu wstępnego załamania się całego systemu militarnego ZSRR pod uderzeniem Niemiec - a opinia ta (przede wszystkim koła Partii Republikańskiej) uniemożliwiłaby Rooseveltowi politykę popierania radzieckiego reżimu totalitarnego, do niedawna sprzymierzonego z hitlerowskim, bez postawienia mu konkretnych i daleko sięgających warunków wstępnych w dziedzinie politycznej148. Być może losy Polski w Drugiej Wojnie Światowej wyglądałyby wtedy inaczej.

Oświadczenia o podanej wyżej treści (ani żadnego w ogóle na ten temat) oczywiście nie wydano. Historyk musi stwierdzić, że odpowiedzialność dziejowa Prezydenta i Rządu RP za to tragiczne zaniechanie jest ogromna, a w odczuciu narodu zwiększa ją każdy rok niezmiennego trwania skutków Drugiej Wojny Światowej w dziedzinie międzynarodowego położenia państwa polskiego. Był to jeden z największych błędów w całej tysiącletniej historii Polski.

ix. Dzień 17 września: od południa do północy

W czasie narady w Kołomyi o godzinie 12.00 dnia 17 września zebrani tam członkowie władz naczelnych RP zdecydowali "zwolnić Rumunów z obowiązku walczenia z Sowietami, którego na pewno nie wykonają w sytuacji obecnej"149. Polskę i Rumunię łączył sojusz obronny na wypadek agresji ZSRR przeciwko jednemu z tych państw. Rzecz jasna, że ogólna sytuacja Rzeczypospolitej wykluczała prawdopodobieństwo wywiązania się Rumunów z tego zobowiązania; nie wynika stąd jednak wniosek, że należało od razu, z góry rezygnować z domagania się od rządu w Bukareszcie wypowiedzenia wojny ZSRR; należało raczej wysunąć podobne żądanie (naturalnie po wydaniu własnej deklaracji w tej sprawie) jako argument przetargowy w walce o przepuszczenie Prezydenta i Rządu RP przez Rumunię do Francji. Niestety, ludzie ekipy rządowej roku 1939 - podobnie jak następnych ekip na emigracji przez cały okres Drugiej Wojny Światowej - nie bardzo rozumieli, że sojusznikom nie należy ułatwiać, lecz przeciwnie, należy właśnie utrudniać jakiekolwiek sprzeniewierzenia się zobowiązaniom traktatowym wobec Polski. Polityka ułatwiania Aliantom porzucenia sprawy polskiej - przez nadzieję, że jeżeli "nie będziemy robili im trudności", tym łatwiej da się cokolwiek wytargować - uprawiana była aż do połowy roku 1945. Było akurat odwrotnie. Należało jak najbardziej komplikować sytuację Aliantów wobec sprawy polskiej, aby przez stawianie maksymalnych, choćby przesadnych żądań, uzyskać w końcu naprawdę coś. W każdym razie ochocze zrzeczenie się zobowiązań sojuszniczych Rumunii było błędem ogromnym. Nie chodziło już o czynną walkę armii rumuńskiej przeciwko Armii Czerwonej. Rzecz w tym, że przez swoje "zrzeczenie się" Rząd RP ustawił Rumunię w sytuacji państwa nie sprzymierzonego, ale neutralnego, co pociągnęło za sobą zasadnicze konsekwencje polityczne.

Około godziny 13.00 przybył do Kut ze Śniatynia Prezydent RP Ignacy Mościcki150. Jednocześnie min. Beck rozpoczął ostateczne rozmowy z amb. Grigorcea, aby ustalić możliwości i warunki ewakuacji Prezydenta i Rządu RP. "Ambasador rumuński, z którym chciałem ułożyć warunki naszego przejazdu przez Rumunię, uprzedził mnie, oświadczając w imieniu króla Rumunii, że król Karol ofiaruje nam, tj. Prezydentowi i Rządowi, hospitalité ou droit de passage"151.

Należy zauważyć, że według relacji Józefa Becka Rumunia nie obiecywała Polakom tranzytu do Francji ani Naczelnego Wodza i jego Sztabu, ani żadnych oddziałów wojskowych152. Zgodnie z konwencją haską 1907 roku było to w ogóle niemożliwe. I wódz naczelny sił zbrojnych państwa pozostającego w stanie wojny, i członkowie wszelkich oddziałów wojskowych takiego państwa, jeżeli przekroczyli granicę państwa neutralnego, musieli być tam internowani. Było to oczywiste - i można się tylko zdumiewać ignorancją Naczelnego Wodza i zespołu ekspertów polskiego MSZ w dziedzinie prawa międzynarodowego. Można było ewentualnie targować się o tranzyt do Francji Prezydenta i Rządu, ale tylko bez wyrzekania się z góry tytułu sojuszniczego.

Składkowski notuje, jakoby w cztery godziny później, w Kutach Beck miał oświadczyć: "Z marszałkiem Śmigłym, Naczelnym Dowództwem i wojskiem będą pewne trudności" - przy tranzycie przez Rumunię - "ale wszyscy będą mogli przejechać do Francji"153. Niestety, wydaje się to kłamstwem całkowitym. Beck był zbyt trzeźwym i zbyt inteligentnym dyplomatą, aby mógł był złożyć podobne oświadczenie.

Cały kłopot historyczny ze sprawą decyzji Rządu RP ewakuowania się do Rumunii polega na pytaniu, czy rząd rumuński udzielił swej zgody na droit de passage bezwarunkowo, czy też - jak stwierdzi w deklaracji z dnia 21 września 1939154 - przyznał Prezydentowi i członkom Rządu prawo przejazdu przez swój kraj, "ale nie w charakterze oficjalnym" (mais non en leur qualité officielle). Historiografia polska, m.in. Pobóg-Malinowski, skłonna była dotychczas przyjmować za pewnik, że takiego zastrzeżenia w czasie rozmów w Kutach nie zgłoszono, a Rumuni dopiero później, po przekroczeniu przez polską ekipę rządową granicy rumuńskiej, z rozmaicie tłumaczonych potem powodów zaczęli się powoływać na ten argument. Niestety, wydaje się, że dnia 17 września właśnie ze strony polskiej zaniedbano w Kutach wyjaśnienia, czy przejazd Prezydenta i Rządu RP przez Rumunię może nastąpić en leur qualité officielle (choćby incognito), czy też nie. Rumuni są zdania, że sformułowanie mais non en leur qualité officielle padło już na terytorium RP dnia 17 września155. Wydaje się, że zdanie rumuńskie jest bliższe prawdy. Skoro Rząd RP wyrzekł się pochopnie z góry zobowiązań sojuszniczych Bukaresztu, tym bardziej rząd Rumunii mógł żądać uznania neutralności swego państwa. Zapewne w czasie rozmów z ambasadorem Grigorcea w Kutach - prowadzonych w pośpiechu i skrótowo - nie wyjaśniono w szczegółach wszystkich aspektów sytuacji. Może nawet Grigorcea nie stwierdził expressis verbis: mais non en leur qualité officielle. Ale wynikało to po prostu z logiki sytuacji - i z tego władze RP powinny były zdawać sobie sprawę.

Raz jeszcze podkreślamy: o jakiejkolwiek ewakuacji przez Rumunię Naczelnego Dowództwa, Sztabu Głównego i oddziałów Polskich Sił Zbrojnych w ogóle nie było (i nie mogło być) mowy. Opuszczenie przez ludzi tego charakteru terytorium RP nastąpiło wskutek osobistej decyzji Naczelnego Wodza, w sytuacji, gdy zamiar prowadzenia przede wszystkim "dalszej walki na Zachodzie" - przy zlekceważeniu sytuacji narodu walczącego w kraju - był poważnym błędem politycznym, nie mówiąc już o konsekwencjach historycznych.

Istnieją relacje sugerujące, że dnia 17 września Rydz-Śmigły wahał się długo nad swoją decyzją: pozostać w kraju do końca na czele walczących oddziałów czy też udać się na emigrację dla kontynuowania tamże wojny narodowej? Jedna z relacji głosi: dnia 17 września 1939, około godziny 14.00 "Wódz Naczelny nie myśli o opuszczeniu kraju. Poleca wybrać 4 oficerów i 4 podoficerów, którzy będą mu towarzyszyli w wypadku, gdy nie pozostanie nic innego, jak przejść przez góry do najbliższego oddziału znajdującego się w Stryju"156. Ta wizja Naczelnego Wodza i jego otoczenia, zamierzających przedzierać się ewentualnie "przez góry" do "najbliższego oddziału" w Stryju, nie znajduje niestety pokrycia w rzeczywistości dnia 17 września. O godzinie 14.00 można było jeszcze podążyć - nie "przez góry", lecz przyzwoitą szosą w samochodach - przez Stanisławów do Halicza, aby po kilku godzinach spotkać się tam z brygadą zmotoryzowaną płk. Maczka i na jej czele ruszyć do ostatniej demonstracyjnej bitwy przeciwko Armii Czerwonej.

W swojej relacji, spisanej dnia 24 grudnia 1939 w Rumunii, Rydz-Śmigły dowodził:

Nie było dla mnie rzeczy łatwiejszej jak znaleźć śmierć w drodze z Kosowa do granicy. Nie było nic łatwiejszego jak udać się do któregoś z najbliższych oddziałów, czy też samolotem do oblężonej Warszawy lub grupy Kutno. Lecz gdy odsunąłem na bok swoją osobę i gdy pomyślałem, kto będzie tę wojnę polską nadal prowadził i sprawy polskiej bronił nie tylko wobec nieprzyjaciela, lecz i wobec sprzymierzonych, postanowiłem nie ulec sentymentom osobistym, łatwym do wykonania - i prowadzić walkę nadal157.

Nie ma potrzeby rozwodzić się nad przypuszczeniem Edwarda Rydza, że bez jego udziału naród polski nie stawi już agresorom żadnego oporu. Nie ma potrzeby przypominać, że marszałek Rydz-Śmigły po 17 września nie wydał już żadnego rozkazu bojowego i że jego rola historyczna skończyła się wraz z przekroczeniem granicy rumuńskiej. Bez jego obecności i udziału w wojnie na Zachodzie można było zresztą znacznie łatwiej dojść do ułożenia jakiegoś modus cooperandi z Aliantami i spowodować organizację ruchu oporu w kraju. Faktem jest niewątpliwym, że Rydz-Śmigły dnia 17 września nie rozumiał, w jakiej sytuacji historycznej się znalazł. Nikt od niego nie wymagał śmierci na polu bitwy, chociaż - trzeba przyznać - śmierć w więzieniu, gdyby był popadł w niewolę nie niemiecką, lecz radziecką, groziłaby mu na pewno. W każdym razie pozostając w Polsce, Rydz-Śmigły zapewniłby sobie o ileż znamienitszy koniec swojej roli dziejowej - w porównaniu ze smutną śmiercią w okupowanej Warszawie, wkrótce po powrocie do kraju, w zupełnym już zapomnieniu i zlekceważeniu...

Gdy cała ekipa rządowa RP pozostawała w stanie smutnego oszołomienia, a Prezydent RP - przed Bogiem i Historią odpowiedzialny za swoje akty o znaczeniu państwowym - w ogóle nie wypowiadał się na temat spraw o największym znaczeniu politycznym i dziejowym, na drogach Podola trwały nadal walki ostatnich oddziałów KOP (niestety, w żaden sposób niekoordynowane przez Naczelne Dowództwo), a znad Zbrucza dochodziły wieści o posuwaniu się w głąb Rzeczypospolitej oddziałów Armii Czerwonej. Z godziny na godzinę, a nawet z minuty na minutę, sytuacja wyjaśniała się pod względem politycznym, nie pozostawiając wątpliwości, że Armia Czerwona w uzgodniony sposób współdziała z Wehrmachtem.

Godzina 12.20. Płk Rudka donosi do Naczelnego Dowództwa płk. Kopańskiemu: "Ppłk Tworzydło, 24. d. p. w rejonie Nadwornej, melduje, że zestrzelili 6 samolotów. Obsługa częściowo uciekła do lasu. Ranni mówią tylko po rosyjsku"158.

O godzinie 12.45 doszła spod Zbaraża inna wiadomość: dowódca miejscowego zgrupowania bojowego WP, gen. Mieczysław Smorawiński, na własną odpowiedzialność zakazał swoim oddziałom stawiania oporu wojskom radzieckim - jak wiemy dzisiaj - przed otrzymaniem w tej sprawie rozkazu Naczelnego Dowództwa159. Bardzo rychło Historia dopisze w tej kwestii znamienną puentę: w 1943 roku zwłoki gen. Smorawińskiego wykopano z masowych grobów w Katyniu.

Między godziną 15.00 a 16.30 działa w Naczelnym Dowództwie bliżej niezidentyfikowany ppłk Leopold Sanicki, który odbiera i notuje cały szereg telefonów z pogranicza ZSRR, przekazując Naczelnemu Dowództwu dość dziwne informacje. Ogólny sens tych doniesień można wywnioskować z następującego znamiennego telefonogramu:

Por. Trybulec z kadry Oleż [sic] V zameldował, że jadąc z Czortkowa do Horodenki spotkał na skrzyżowaniu dróg Tłuste Miasto - Zaleszczyki - Horodenka160 około 80 czołgów sowieckich. Rozmawiał z żołnierzami sowieckimi, którzy twierdzili, że dziś w nocy Sowiety wypowiedziały [wojnę] Trzeciej Rzeszy. Przy wjeździe do Horodenki spotkał nieznanego majora [...], który zapytany przez niego co do czołgów sowieckich oświadczył, że w jakiejś kwaterze głównej [sic] widział rozkaz telefoniczny, aby sowieckie formacje przepuszczać161.

O godzinie 16.30 (już bez wpływu na wcześniej podjęte - o czym niżej - decyzje Naczelnego Dowództwa) ppłk Sanicki notuje wiadomość:

Kpt. Rund Żdenko [?!], MSWojsk., Dep. Piechoty, melduje, że około godziny 13 dnia 17.9.39 na szosie do Horodenki pod Uścieczkiem jechał autem broni pancernej z kilkoma żołnierzami i spotkał kilkanaście czołgów sowieckich. Rozmawiał z porucznikiem sowieckim bardzo przyjaźnie, częstowali papierosami. Mówili, że idą naprzód, nie mówili, w jakim [celu]162.

To "częstowanie papierosami" bardzo jakoś podniosło na duchu Naczelne Dowództwo, a Rządu RP nie zainteresowało. Jest bardzo znamienne, że o godzinie 14.00 Naczelne Dowództwo przeniosło się z Kołomyi do Kut163, nad samą granicę rumuńską, wycofując się znowu wcześniej, niż władze cywilne. Co prawda Składkowski utrzymuje, jakoby Naczelne Dowództwo "do zmroku" pozostawało w Kołomyi164, ale możemy sądzić, że premiera zawiodła pamięć. Do zmroku mogli pozostać w Kołomyi tylko nieliczni członkowie Kwatery Głównej.

Nie można w żaden sensowny sposób wytłumaczyć zachowania się Naczelnego Wodza dnia 17 września 1939. Można jedynie przypuszczać, że przez cały czas Kampanii Wrześniowej, a zwłaszcza 17 września, Rydz-Śmigły czuł się nadal bardziej następcą na urzędzie Prezydenta RP, niż wodzem armii Rzeczypospolitej, która ponosiła co prawda nieprzewidzianą przez Sztab klęskę, ale mimo wszystko przecież z uporem walczyła nadal. Lękał się, że pozostając na ziemiach RP, utraci szansę uzyskania urzędu prezydenckiego po Ignacym Mościckim165. Nie brał pod uwagę, że po klęsce 1939 roku przestał być w Polsce kandydatem do jakichkolwiek stanowisk państwowych, a swoją pozycję w podręcznikach historii mógł poprawić tylko heroizmem na polu walki w kraju. Z tej dezorientacji wynikało przykre nieporozumienie: przyłączenie się Edwarda Rydza do tysięcy exulantów, nocą z 17 na 18 września 1939 opuszczających terytorium Rzeczypospolitej.

Około godziny 16.00:

[...] marszałek Śmigły zjawił się w Kutach razem z premierem Składkowskim; jak oświadczył, przybył dla scharakteryzowania Prezydentowi Mościckiemu beznadziejności sytuacji wojskowej, dodając, że opuszczenie granic państwa przez Rząd i Prezydenta RP wydaje się sprawą najbliższego czasu. Według słów marszałka Śmigłego, miarodajne będzie przekroczenie linii Dniestru przez wojska sowieckie. Nasze bardzo skromne siły trwają na mostach i brodach na Dniestrze. [...] Co do zamiarów marszałka Śmigłego osobistych, nie usłyszeliśmy żadnego wypowiedzenia wobec ponawianych oświadczeń, że sytuacja wymaga wyjaśnienia, a Kwatera Główna nie omieszka uprzedzić Prezydenta i Rządu o działalności wojsk nieprzyjacielskich166.

Naczelny Wódz nie poinformował więc Prezydenta i Rządu, czy w ogóle i jakie podejmuje decyzje dla zatrzymania choćby na krótko pochodu wojsk radzieckich na południowo-wschodni skrawek Rzeczypospolitej. Ukrył też przed nimi sprawę marszu 10. brygady kawalerii zmotoryzowanej w kierunku Halicza i Kołomyi, i możliwość rychłego jej przybycia w tę okolicę. Nie wyjaśnił również, dokąd zamierza się udać osobiście.

Działo się to wszystko w czasie drugiej konferencji władz naczelnych RP dnia 17 września w sprawach decydujących o losach kraju, która zaczęła się w Kutach około godziny 16.00167. Dyrektor Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP Stanisław Łepkowski opracował "orędzie do narodu", które starannie omijało wszystkie istotne aspekty położenia Rzeczypospolitej w dniu 17 września. Nie wspominając wyraźnie o ataku ZSRR i nie mówiąc nic o stosunkach Rzeczypospolitej z nowym agresorem, Prezydent RP oświadczał społeczeństwu: "choć z ciężkim sercem, postanowiłem przenieść siedzibę Prezydenta Rzeczypospolitej i naczelnych organów państwa na terytorium jednego z naszych sojuszników"168. Co mają robić w tej sytuacji Polskie Siły Zbrojne i całe społeczeństwo RP, te sprawy orędzie prezydenckie pominęło milczeniem.

Jest faktem bardzo znamiennym, że właśnie w czasie trwania w Kutach narady Prezydenta i Rządu RP, bez ich wiedzy, Naczelne Dowództwo zaczęło nadawać z Kołomyi osławioną "dyrektywę ogólną" w sprawie niestawiania oporu Armii Czerwonej.

Sprawa tej dyrektywy należy do najbardziej zawikłanych kwestii dnia 17 września 1939. Jest faktem zastanawiającym, że już na parę godzin przed rozpoczęciem nadawania tejże "dyrektywy" niektórzy dowódcy zgrupowań bojowych WP nad granicą ZSRR wydali rozkazy nadspodziewanie z nią zgodne. Mimo to po dziś dzień istnieją wątpliwości, czy "dyrektywa" w ogóle istniała. Prof. St. Swianiewicz pisze: "O tym rzekomym rozkazie nieprzeciwstawiania się Sowietom mówiono dużo w sztabach dywizji i pułków, lecz nie spotkałem nikogo, kto by osobiście go czytał. Była to widocznie jakaś bardzo zręczna prowokacja sowiecka, aby powiększyć dezorientację wśród polskich dowództw"169. Można podejrzewać już nawet nie prowokację, lecz nawet radziecką infiltrację agenturalną niektórych ogniw polskiego dowództwa właśnie dlatego, że akcja rozbrojenia moralnego Polskich Sił Zbrojnych w dniu 17 września 1939 zaczęła się na kilka godzin przed rozpoczęciem nadawania "dyrektywy ogólnej". Niemniej sama dyrektywa była faktem.

Zachowała się po dziś dzień jedna depesza juzowa z całym tekstem "dyrektywy ogólnej"170. Depeszę tę nadano z Kołomyi do Stanisławowa dnia 17 września, o godzinie 16.00. Oto jej pełny tekst:

- Tu Kołomyja, Proszę do aparatu p. gen. Fabrycego lub gen. Paszkiewicza. Prosi szef Sztabu.

- Generał czekał godzinę, wyszedł, szukamy go telefonicznie wszyscy. Bardzo chciał mówić z Piastem171, proszę uprzejmie chwileczkę poczekać.

- Tu gen. Stachiewicz.

- Tu płk Rudka. Melduję posłusznie: po gen. Paszkiewicza posłałem już samochód i zaraz przyjedzie.

- Tymczasem nadaję dyrektywę ogólną Naczelnego Wodza, którą podałem gen. Paszkiewiczowi telefonicznie172. Nakazuję: z powodu sytuacji wytworzonej marszem wojsk bolszewickich na teren Polski wycofanie oddziałów i sprzętu na Rumunię względnie Węgry. Bolszewicy, jak dotąd, nie atakują nas, twierdząc, że idą przeciwko Niemcom. W to oczywiście wierzyć nie można, ale Naczelny Wódz chce wykorzystać ten okres, przez który oni nas nie atakują, żeby jak najwięcej wojska i sprzętu ściągnąć do Rumunii, w drugiej kolejności na Węgry. Jeżeli chodzi o wojska gen. Dembińskiego, to powinny one tak długo pozostać na miejscu, żeby ułatwić generałowi Sosnkowskiemu, z którym za wszelką cenę musicie złapać łączność, wycofać się na Węgry. Równocześnie nie powinny one przepuścić wojsk niemieckich w kierunku na Stanisławów i Kołomyję173. Po dołączeniu gen. Sosnkowskiego razem z nim na Węgry. Co się tyczy armii idących z północy: gen. Szyllinga na Lwów, gen. Piskora i gen. Dęba na wschód od Lwowa, wskazanym by było, ażeby ułatwić im marsz na południe. Jednak nie wiadomo w obecnej chwili, jak się rozwinie sytuacja z Sowietami. Jeżeliby było dalej tak, jak jest teraz, to będą maszerowali w tym kierunku co całość, i w tym wypadku chodziłoby tylko o przesłonięcie ich od strony Niemców. Jednak nie można zbyt długo zatrzymywać generała Sosnkowskiego, gdyż dojście tamtych armii jest problematyczne, a panu marszałkowi chodzi o to, żeby przynajmniej grupę generała Sosnkowskiego, wraz z wojskami w tym rejonie się znajdującymi, w jak najlepszym stanie wyprowadzić. Lwów broni się przed Niemcami dalej. W stosunku do sowieckich oddziałów ogólną dyrektywą jest, że my z nimi bić się nie zaczynamy i walczyć musimy tylko w tym wypadku, o ile oni będą nacierali, czego do tej pory nie ma.

- Tu gen. Paszkiewicz. Czytałem.

- Czy są jakieś pytania?

- Nalot lotniczy, odchodzę od werku.

- Czy nalot lotniczy samolotów niemieckich, czy sowieckich? Czy rzucają bomby?

- Nierozpoznane. Ostrzeliwują z broni maszynowej.

- To wszystko.

Stanisławów zaatakowały oczywiście samoloty radzieckie. Mniejsza z tym. Ważny jest ogólny sens tej tragicznej "dyrektywy ogólnej", stanowiącej świadectwo całkowitego załamania się moralno-patriotycznego Naczelnego Wodza w dniu 17 września i dowód całkowitej dezorientacji jego Kwatery Głównej.

Stwierdzenie, że wojska radzieckie "jak dotąd nas nie atakują" było nie tylko uzurpowaniem sobie prawa decyzji w sprawach czysto politycznych, nienależących do kompetencji Naczelnego Wodza (o fakcie agresji obcego państwa mieli prawo decydować z politycznego punktu widzenia: Prezydent RP, prezes Rady Ministrów i minister spraw zagranicznych). Było przede wszystkim przejawem zdumiewającego pomieszania pojęć. Agresją ZSRR przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej było wkroczenie na ziemie państwa polskiego kilkudziesięciu dywizji Armii Czerwonej. Jeżeli w czasie tego marszu nie wszędzie padały strzały, nie było to dowodem, że agresji nie ma. Zdumiewać musi fakt, że najwyższej rangi dowódcy Polskich Sił Zbrojnych tego nie pojmowali, usiłując niezdarnie wyręczyć ministra spraw zagranicznych (choć przy jego niewybaczalnej abstynencji) w określaniu sytuacji politycznej Rzeczypospolitej. Z zachowanych dokumentów dnia 17 września, z wysiłków sfer wojskowych tworzenia iluzji, że wojska radzieckie "dotąd nas nie atakują", wynika niestety, że w kołach tych usiłowano wtedy uniknąć przyjęcia do wiadomości, iż nowa sytuacja wymaga stworzenia faktów dokonanych w dziedzinie militarnej, przez chociażby krótki i zupełnie beznadziejny, ale wyraźny opór zbrojny wobec nowego agresora. Manifestowano przeświadczenie - nie wiadomo, czy zupełnie szczere - że wojska radzieckie nie są jeszcze wyraźnym nieprzyjacielem, aby nie znaleźć się w sytuacji, gdy z zasadniczych powodów konieczna stałaby się rezygnacja z szansy ujścia za granicę. Zresztą dziwne przekonanie ludzi znajdujących się na "przedmościu rumuńskim", że są już ostatnimi i jedynymi przedstawicielami woli oporu Rzeczypospolitej przeciwko obcej agresji, jest również żenujące. Przez następne tygodnie tych ludzi już dawno w Polsce nie było, a walka przeciwko agresji z obu stron nadal trwała.

"Dyrektywa ogólna" była błędna ze względów zasadniczych. Rydz-Śmigły postanowił wycofać jak najwięcej ludzi i sprzętu do Rumunii i na Węgry. W imię czego? Czy przypuszczał, że cały ten sprzęt - i oczywiście ludzie - zostanie natychmiast przekazany do Francji? Było przecież jasne, że państwa neutralne natychmiast internują wszystkich członków Polskich Sił Zbrojnych, jacy się znajdą na ich terytorium, i skonfiskują wszelki sprzęt wojskowy. O ile zresztą ewakuowanie na Zachód żołnierzy i oficerów WP dla odtworzenia tam w nowej postaci Armii Polskiej miało swój sens, o tyle ze sprzętem bojowym można było postąpić tylko w jeden racjonalny sposób: zużyć go do końca w walce przeciwko obu agresorom. Było oczywiste, że stawianie możliwie najdłuższego oporu zbrojnego na ziemiach RP wobec obu agresorów totalitarnych jest warunkiem uzyskania należytego rozgłosu dla sprawy polskiej w światowej opinii publicznej, a więc ważnym argumentem na rzecz przyszłej odbudowy niepodległej Rzeczypospolitej. Być może w Kołomyi, Kosowie i Kutach dnia 17 września 1939 roku tego nie rozumiano, ale nie jest to w oczach historii żadnym usprawiedliwieniem.

"Dyrektywa ogólna" zastanawia zresztą z wielu powodów. Dlaczego w 12 godzin po rozpoczęciu agresji ZSRR przeciwko Polsce zastanawiano się ciągle nad "zasłanianiem się" przede wszystkim przed naciskiem niemieckim? Jeżeli nawet decydowano się na wycofanie jak największej ilości ludzi i sprzętu do Rumunii i na Węgry, było chyba oczywiste, że marsz ten mogą wykonać tylko zgrupowania znajdujące się 17 września w województwach lwowskim i stanisławowskim. A co miały począć siły zbrojne na północ od tego obszaru? Walczyć dalej? Poddawać się Niemcom? Poddawać się z zaufaniem wojskom radzieckim? Było tam około dwustu tysięcy żołnierzy i oficerów WP. Poza tym: cała "dyrektywa ogólna" stwierdzająca, że "z bolszewikami bić się nie zaczynamy", nie wyjaśniała, co mają czynić oddziały WP, mające nawet fizycznie szansę ujścia z obszaru kraju, którym Armia Czerwona po prostu zagrodzi drogę ku granicy rumuńskiej czy węgierskiej. Taka sytuacja miała się powtórzyć w dniach 17-20 września 1939 roku kilkadziesiąt razy. Czy wolno im było otworzyć sobie z bronią w ręku i przebojem szlak ku granicy państwa neutralnego - nie bacząc na żądania kapitulacji ze strony armii sprzymierzonej z wojskami Hitlera? Brak rozeznania w tej sprawie leżał u podstaw znalezienia się potem ponad 14 tysięcy oficerów polskich w miejscach masowego mordu w Katyniu i dwóch innych, dotychczas niepewnych, gdzie wiosną 1940 roku "zlikwidowano" 97% wziętych do niewoli radzieckiej oficerów Wojska Polskiego. W dniu 17 września na ziemiach wschodnich RP znajdowało się ogółem ponad 300 tysięcy żołnierzy i oficerów, zdatnych do stawienia demonstracyjnego oporu Armii Czerwonej. W latach 1939-1940 z liczby tej dostało się do Francji i do Syrii tylko 38 tysięcy174. Znaczenie moralne ich czynu było ogromne, ale politycznie nikłe; przez cały okres Drugiej Wojny Światowej polski czyn zbrojny poza granicami kraju nie mógł oddziałać na stanowisko wielkich mocarstw wobec sprawy polskiej. Jeszcze we wrześniu 1939 roku można było wpłynąć w istotny sposób na stan światowej opinii publicznej przez akcję obronną na ziemiach Polski przeciwko agresji ZSRR, utożsamiającą system totalitarny stalinowski z systemem hitlerowskim - w oczach społeczeństw Francji, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i innych państw świata. O tym jednak rząd RP dnia 17 września 1939 w ogóle nie myślał.

Stanisław Swianiewicz jak najsłuszniej postawił pytanie:

Dlaczego owe 300 000 nie zostały użyte dla stawiania oporu? Kampania Wrześniowa nie toczyła się przecież o bezpośrednie zwycięstwo, lecz stanowiła manifestację woli narodu polskiego do walki o utrzymanie własnego niepodległego państwa. Dlaczego ta manifestacja miała być czyniona jedynie wobec agresji z zachodu, lecz nie ze wschodu? Nie wiadomo, jaki byłby dalszy przebieg wypadków, gdyby znalazł się jakiś wyższy dowódca, który by potrafił owe 300 000 zorganizować i chociaż przez kilka tygodni stawiać skuteczny opór175.

Wydaje się, że dnia 17 września w potencjalnej dyspozycji Naczelnego Dowództwa znajdowały się jeszcze spore zasoby broni i amunicji. Trudno przyjąć bez zastrzeżeń dane ujawnione przez Wiaczesława Mołotowa w osławionym przemówieniu w Radzie Najwyższej ZSRR dnia 31 października 1939, ale zupełnie pominąć ich nie sposób. Mołotow stwierdził wówczas, iż w ręce radzieckie wpadło w czasie kampanii w Polsce m.in. ponad 900 dział i około miliona pocisków artyleryjskich, ponad 10 000 karabinów maszynowych, ponad 300 000 karabinów piechoty i kawalerii, ponad 150 milionów naboi karabinowych. Liczby te, jeżeli nawet przesadzone, dowodzą, że możliwość dozbrojenia oddziałów walczących z agresją radziecką była znaczna. Opór był nie tylko jak najbardziej celowy i potrzebny, ale również możliwy. Akcja obronna zorganizowana na całym froncie wschodnim wymagałaby jednak innej zupełnie postawy Naczelnego Wodza i jego otoczenia. Rezygnacja Rydza-Śmigłego ze stawienia oporu Armii Czerwonej - w imię iluzji przeprowadzenia nikłej części Polskich Sił Zbrojnych na Zachód - odebrała Polsce szansę większego poruszenia i utrzymania w napięciu choćby przez pewien czas światowej opinii publicznej.

Dnia 17 września 1939 w okolicach Tarnopola i w samym mieście znajdowało się kilkanaście tysięcy żołnierzy i oficerów WP. Była to w każdym razie siła dość znaczna, zdolna stawić opór nowemu agresorowi przez co najmniej 5-7 dni. Oddziały były częściowo uzbrojone, zapasy amunicji w miarę dostateczne. O godzinie 18.30, dnia 17 września, Naczelne Dowództwo (już w Kutach) odebrało długi i rozgadany telegram juzowy z Tarnopola. Donoszono tam m.in.:

Oddziały rosyjskie, czołgi i samochody pancerne, weszły do Tarnopola o godzinie 17.00. Na zapytanie, jaki jest stosunek wzajemny oddziałów polskich do rosyjskich [komendant placu] kpt. Komczyński odpowiedział, że na razie żaden. Na zapytanie dalsze, czy były jakieś incydenty i utarczki, odpowiedział, że zdarzył się oderwany wypadek. Na razie spokój176.

Jest coś przerażającego w konstatacji, że kilkunastotysięczne zgrupowanie bojowe WP "w spokoju" pozostawało przez wiele godzin obok oddziałów agresora! Ten spokój skończył się nazajutrz, a najpóźniej po dwóch dniach. Wystarczy stwierdzić, że już 18 i 19 września rozbrojono (bez większych sprzeciwów) wszystkie oddziały WP. Oficerowie znaleźli się w większości w obozie w Kozielsku, a w 7-8 miesięcy później otrzymali kule w tył czaszki z pistoletów NKWD w lasach Katynia.

Cała "dyrektywa ogólna" Naczelnego Dowództwa WP z dnia 17 września była zasadniczą pomyłką nie tylko dlatego, że ani przeprowadzenie wojsk i Sztabu przez Rumunię i Węgry, ani też nawet doprowadzenie do granicy większych sił było tego dnia już niemożliwe. Problem polegał na tym, że przez rozkaz cofania się bez walki przed Armią Czerwoną, dla wymarzonej ewakuacji do Francji, odbierano Polskim Siłom Zbrojnym impuls moralno-polityczny do walki przeciwko nowemu agresorowi - tak potrzebnej ze względów politycznych - a jednocześnie osłabiano potencjał ludzki w kraju, który - przy rozkazie rozformowania się, zejścia do konspiracji i tam właśnie kontynuowania dalszego oporu - mógł był zostać ocalony w znacznie większych rozmiarach. Po dziś dzień nie wszyscy zdają sobie sprawę, iż cały udział zbrojny Polski w wojnie na Zachodzie nie był w oczach Aliantów wart nawet nikłej części późniejszych dokonań Armii Krajowej w dziedzinie wywiadu i dywersji. Czyn polski był w okresie Drugiej Wojny Światowej przesadnie akcentowany na Zachodzie - z położeniem nacisku na zasadę: nie czynić nigdy i nigdzie żadnych kłopotów Sprzymierzonym. Tym słabszy był (mimo wszystkich osiągnięć) w kraju.

Otrzeźwienie tych szczątków Polskich Sił Zbrojnych, które przetrwały na wschodnich obszarach RP dzień 17 września, mimo "dyrektywy ogólnej" Naczelnego Dowództwa, miało przyjść w 24 lub 48 godzin po jej ogłoszeniu... choć nie wszyscy zdołali otrząsnąć się z jej wpływu. Część Polskich Sił Zbrojnych, zwłaszcza w rejonie Polesia, w województwie nowogródzkim i wileńskim, stawiła nowym agresorom zdecydowany opór - wszelako bez rozgłosu tak potrzebnego ówcześnie sprawie polskiej. Na południu liczne oddziały (przykłady omawiamy poniżej) z przesadną gorliwością i w stanie kompletnej dezorientacji zaczęły wykonywać ową nieszczęsną "dyrektywę ogólną". Prawie wszystkie rozbite zostały przez oddziały Armii Czerwonej. W większości nie śmiąc - mimo własnych sił - otworzyć sobie z bronią w ręku drogi ku granicy węgierskiej czy rumuńskiej. Po wzięciu do niewoli oficerowie tych formacji znaleźli się w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Nie potrzeba dodawać, co ich czekało. Historia musi się jednak zastanowić nad smutnym aspektem tej sprawy: w jakim stopniu odpowiedzialność za los ludzi pomordowanych w Katyniu, czy też (jak przypuszczamy) w Dergaczach i Bołogoje, obciąża Naczelne Dowództwo WP, które dnia 17 września 1939 nie wydało właściwych rozkazów... Nie ma co tłumaczyć się, że winnym zbrodni był Józef Stalin. To jest sprawa poza dyskusją. Ale już w roku 1937 i 1938 było powszechnie wiadome, że pod rządami Stalina w ZSRR ludzi morduje się masowo. We wrześniu 1939 roku trzeba było wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski.

Pod wieczór 17 września cały Rząd RP znajdował się jeszcze w Kutach. Józef Beck pisze: "W czasie kolacji w Kutach około godziny 20.15 zatelefonował premier generał Składkowski, komunikując, że wojska sowieckie, oddziały pancerne i kawaleria, znajdują się w odległości nie więcej niż 30 kilometrów od Kut, wobec czego w ciągu paru godzin grozi ostateczne odcięcie od granicy rumuńskiej". - Informacja ta nie uwzględniała naturalnie położenia geograficznego Kut i sieci dróg twardych w tym rejonie, ale o to mniejsza. - "Na moje pytanie, jakimi środkami rozporządzamy dla zatrzymania marszu wojsk sowieckich, otrzymałem odpowiedź, że żadnymi poza eskortą Prezydenta RP"177. Według relacji Składkowskiego, w tym samym czasie w Kołomyi "gen. Stachiewicz nadzoruje nadawanie przez radio ostatniego rozkazu Naczelnego Dowództwa polskiego do wojsk walczących"178. Ten ostatni rozkaz zawierał dyspozycje dla armii "Poznań" gen. Tadeusza Kutrzeby, obrony Warszawy i Modlina, wreszcie powtórzenie fragmentu "dyrektywy ogólnej" w sprawie przedostawania się oddziałów na Węgry i do Rumunii179. O stosunku Polskich Sił Zbrojnych do Armii Czerwonej tyle, żeby jej nie atakować.

Późnym wieczorem, tuż przed północą, pozostałe resztki Sztabu Głównego, z szefem gen. Wacławem Stachiewiczem, przenoszą się z Kołomyi do Kosowa, a potem do pobliskich Kut - ostatniej na tej trasie nadgranicznej miejscowości Rzeczypospolitej. Dokoła dominował niezwykły bałagan, wojsko nie panowało już nad niczym. Stachiewicz pisze: "Z Kołomyi do Kosowa szosa była zupełnie pusta, natomiast kilkaset metrów za Kosowem zaczynał się zbity zator samochodów wszelkiego rodzaju, który sięgał podobno do mostu granicznego w Kutach. Wszystkie samochody stały w miejscu, gdyż Rumuni jakoby zamknęli na noc przejazd". Stachiewicz przedostał się do Kut drogami polnymi i zaczął tam organizować łączność. Udało mu się jeszcze uzyskać połączenia telefoniczne z Kosowem, Kołomyją i nawet ze Stanisławowem. "Ze zmontowaniem radiostacji zaczęły wyłaniać się trudności. Okazało się, że samochód z niezbędnymi częściami zagubił się w drodze w czasie przedostawania się przez zator na szosie i oficer łączności musiał go dopiero odszukać"180. Zagubionych części radiostacji nie odnaleziono i nie wiadomo nawet, czy radiostacja przejechała na rumuńską stronę granicy, a jeżeli tak, to co się z nią w końcu stało?

Zapada decyzja natychmiastowego przekroczenia granicy Rumunii. Okaże się później, że tej nocy - 17/18 września 1939 - granicę rumuńską przeszło około 23 tysięcy Polaków181. Trudno się dziwić Rumunom, że byli tym exodusem nieco przytłoczeni, trudno też nie zastanowić się, jaką część tych 23 000 stanowili członkowie oddziałów wojskowych. Rzecz w tym, że według wersji ludzi z ekipy rządowej RP dnia 17 września, liczba kombatantów w tym rejonie, mających w ręku cokolwiek do strzelania, ograniczała się do kilkudziesięciu policjantów i żandarmów ochrony osobistej Prezydenta RP. Okazało się potem, że wśród uchodźców w Rumunii członkowie PSZ stanowili znaczny procent. Historyk musi ubolewać, że swojego charakteru nie ujawnili czynnie przed godziną 20.00 dnia 17 września.

Przejęcie większości tej emigracji odbyło się przez Wyżnicę (Vijnita), miejscowość leżącą vis-a-vis Kut po stronie rumuńskiej. Był to najbardziej na południe wysunięty fragment Rzeczypospolitej, posiadający jakikolwiek rodzaj dróg twardych. Pewne zdumienie wśród uchodźców spowodowało pojawienie się po stronie rumuńskiej, około godziny 2.00 dnia 18 września 1939, także marszałka Rydza-Śmigłego i jego Sztabu. Rząd RP był przekonany, że Wódz Naczelny ma pozostać do końca w kraju182.

Owo pospieszne przekroczenie granicy rumuńskiej wydaje się dzisiaj zbyt paniczne. Prędzej niż czołgi Armii Czerwonej mogła była dotrzeć w rejon Kołomyi brygada zmotoryzowana płk. Maczka. Można było bronić się w tym rejonie jeszcze przez kilka dni, czego ważki sens polityczny wyżej wskazaliśmy. Trzeba stwierdzić, że dnia 17 września panowały w polskim Naczelnym Dowództwie nastroje paniczne, przesadzano zaś przede wszystkim w ocenie tempa marszu jednostek Armii Czerwonej. Gen. Langner notuje, że w informacjach niektórych oficerów WP pojawiały się dnia 17 września doniesienia, jakoby pancerne formacje Armii Czerwonej posuwały się ze średnią szybkością 80 km/godz.183. Raporty takie budzą zdumienie, niemniej były faktem.

Historyk nie ma powodu zajmować się szczegółowo losem byłej ekipy rządowej RP po dniu 17 września. Jak wiadomo, cała ta grupa została internowana w Rumunii, co było z góry do przewidzenia - podczas gdy w kraju walczyły nadal wojska polskie. Do rangi symbolu urasta fakt, że gdy dnia 30 września abdykował Ignacy Mościcki, złożył dymisję cały internowany Rząd RP i powstał w Paryżu rząd emigracyjny - w kraju toczyły się nadal walki przeciwko obu agresorom. Od 17 września sformowany na Polesiu z oddziałów KOP-u i rozproszonych jednostek WP korpus gen. Wilhelma Orlika-Rückemanna przez 13 dni stawiał zbrojny opór Armii Czerwonej, nie wykonując rozkazu marszałka Rydza-Śmigłego. Gen. Orlik-Rückemann stoczył z wojskami rosyjskimi kilkanaście potyczek i dwie duże bitwy (pod Szackiem 28-29 września i pod Wytycznem 1 października), a na pograniczu okupacji niemieckiej i radzieckiej rozformował swój korpus, ratując od niewoli wielu żołnierzy i oficerów184. Przez dwa dni, 20-21 września, Wojsko Polskie stawiło formacjom pancernym Armii Czerwonej bohaterski opór w Grodnie185. Dnia 4 października grupa gen. Franciszka Kleeberga stoczyła ostatnie walki z wojskami radzieckimi, a 5 października, po bitwie pod Kockiem, kapitulowała przed Niemcami. Tych faktów nikt po stronie polskiej politycznie nie wykorzystał.

x. Alianci wobec agresji radzieckiej

Nieprzygotowane zawczasu i z wystarczającą pewnością polityczną (zawczasu - znaczyłoby to najpóźniej do momentu opuszczenia Łucka i Krzemieńca) wycofanie Prezydenta i Rządu RP do Rumunii spowodowało sytuację dla sprawy polskiej doprawdy tragiczną, której pośrednie skutki trwają częściowo (jeśli wziąć pod uwagę narosłe później konsekwencje w dziedzinie stosunków międzynarodowych) aż po dzień dzisiejszy. Przede wszystkim, póki nie utworzył się w Paryżu uznawany przez Aliantów Rząd RP, a władzy prezydenckiej nie przejął Władysław Raczkiewicz, Rzeczpospolita nie miała w ogóle żadnych władz naczelnych. Edward Raczyński stwierdza:

Od chwili, kiedy Prezydent Ignacy Mościcki i Rząd in gremio przekroczyli w Kutach most graniczny na Czeremoszu dnia 17 września186 i kiedy niemal zaraz nastąpiło internowanie tych wszystkich osobistości, byliśmy właściwie bez rządu. Interwencje w Foreign Office, czasami uzgadniane z Łukasiewiczem187, były dokonywane w moim własnym imieniu188.

Powstała więc przedziwna sytuacja, w której państwo prowadzące wojnę, uznane międzynarodowo i posiadające mocarstwowych sojuszników, przez prawie dwa tygodnie nie miało żadnego w ogóle rządu, a decyzje w dziedzinie stosunków międzynarodowych podejmowali faktycznie ambasadorzy RP w Londynie i w Paryżu. W Rumunii min. Beck usiłował prowadzić (w miejscu swego internowania w Sianie) coś w rodzaju namiastki polityki zagranicznej; w każdym razie dość nieporadnie naciskał na Rumunów i w miarę nikłych możliwości telekomunikacyjnych, głównie przez ambasadę RP w Bukareszcie, wydawał instrukcje placówkom polskim za granicą189. W każdym razie do 27 września 1939 amb. Raczyński w Londynie, pełniący faktycznie funkcje ministra spraw zagranicznych, swoje instrukcje dla innych placówek podpisywał: "Beck. Otrzymują wszystkie placówki aktualne. Raczyński". Cała ta działalność irytowała ogromnie rząd rumuński, który dopatrywał się w tym gwałcenia swojej neutralności. Rumuni uznali za to "pogwałcenie" przede wszystkim fakt przekazania za granicę przez konsulat RP w Czerniowcach orędzia Prezydenta RP z godzin wieczornych 17 września - jak się wydaje, faktycznie przygotowanego jeszcze w kraju, ale bez możliwości poinformowania o jego treści kogokolwiek w Polsce czy poza Polską (notabene jest to dowodem, jak niedostateczna była polska dyplomatyczna łączność radiowa). "Rozesłanie z Czerniowiec tej depeszy z orędziem było niewątpliwie błędem - pisze Pobóg-Malinowski. - Dało Rumunom jedyny słuszny argument w ręce"190. Cała ekipa rządowa RP, która 17 września uznała de facto, że jej ewakuacja przez Rumunię jest ewakuacją przez kraj neutralny, a nie sprzymierzony, zachowywała się, prawdę mówiąc, rozpaczliwie nieporadnie. Po upływie 48 godzin od chwili pojawienia się Prezydenta i Rządu RP w Wyżnicy, było zresztą jasne, że dalsze starania o przejazd tych ludzi do Paryża są politycznie bezsensowne, konieczne jest natomiast natychmiastowe przekazanie władzy rządowej innej ekipie, znajdującej się poza zasięgiem działań i wpływów nieprzyjaciela. Ekipa wrześniowa uparła się jednak przy kontynuowaniu prób zatrzymania władzy w swoich rękach. 22 września poseł Tadeusz Katelbach skierował list do premiera Składkowskiego, zwracając mu uwagę, że wobec całkowitej kompromitacji Rządu RP w opinii publicznej uchodźców polskich w Rumunii, dotychczasowa ekipa powinna podać się do dymisji. Tego samego dnia odbyło się w Slanicu posiedzenie "Rady Ministrów RP", na którym zapadła decyzja: "nie wolno nam się podawać do dymisji w tej ciężkiej sytuacji". Nikt w tym gronie nie zastanowił się, że oto w kraju trwają nadal walki, w Londynie i w Paryżu przedstawicielstwa polskie są pozbawione kierownictwa rządowego, że historyczne znaczenie mają już nawet nie dni, ale godziny, bowiem ze strony mocarstw zarówno wrogich, jak i sprzymierzonych, lada chwila mogą nastąpić decyzje przesądzające o losie Polski, wobec których nikt nie będzie miał środków politycznego sprzeciwu. Motywowano to wszystko patetycznie "obowiązkiem trwania na posterunku". Niestety, historyk musi dojść do wniosku, że realnie "trwać na posterunku" można było wówczas tylko przy siłach zbrojnych w kraju, a w Rumunii motywem naczelnym było tu faktycznie egoistyczne, choć już zupełnie nierealne pragnienie utrzymania w swych rękach monopolu władzy w Rzeczypospolitej po przyszłym zwycięstwie Aliantów, nawet bez dzielenia się nią (o całkowitym przekazaniu - co i tak nastąpiło w tydzień później - mowy w ogóle nie było) z demokratyczną opozycją191.

Tymczasem w miejscowości Craiova Rydz-Śmigły układał swój "ostatni rozkaz" do Polskich Sił Zbrojnych, który powstał faktycznie 20 września, chociaż bywał niekiedy błędnie cytowany jako wydany rzekomo jeszcze na terytorium kraju192. Dokładna analiza tego tekstu sprawia smutne wrażenie. Jego autor częściowo przeinaczał rzeczywistość, częściowo zatajał niektóre fakty193, ujawniał wreszcie w całym swoim rozumowaniu ogromną dozę naiwności. Jest zresztą prawdopodobne, że właśnie Rydz-Śmigły był twórcą hipotezy, jakoby internowanie Naczelnego Dowództwa (co tak czy owak musiało wówczas nastąpić wszędzie poza obszarem Polski, Francji i Wielkiej Brytanii), Prezydenta i Rządu RP w Rumunii było skutkiem bynajmniej nie nacisków radzieckich i niemieckich, lecz "spisku politycznego" opozycji polskiej i niektórych kół wojskowych (do których przyłączyła się ambasada RP w Bukareszcie z amb. Rogerem Raczyńskim na czele) oraz dyplomacji francuskiej i brytyjskiej - którym zależało na usunięciu dotychczasowej polskiej ekipy rządowej i zastąpieniu jej inną194. Pomijamy w tym miejscu problem, że gdyby nawet tak było, to zastąpienie dotychczasowej ekipy rządowej RP - ekipą nową, nieskompromitowaną tempem klęski i zachowaniem się dnia 17 września, było jak najbardziej zgodne z polską racją stanu, wobec konieczności stworzenia na Zachodzie nowego polskiego rządu, cieszącego się naprawdę zaufaniem opinii publicznej w kraju. Problemu tego nie mogła naturalnie rozumieć ekipa rządowa, która odzwyczaiła się dawno od zasady rządów demokratyczno-parlamentarnych, gdzie zaufanie społeczeństwa i przedstawicielstwa narodowego do władz naczelnych państwa odgrywa rolę zasadniczą. Pomijając tę sprawę należy jednak stwierdzić, że supozycje Rydza - zbyt pochopnie i bezkrytycznie przyjęte przez Pobóg-Malinowskiego - były najpewniej tylko przejawem rozgoryczenia po klęsce i nieumiejętności dostrzeżenia istotnych przyczyn nowego stanu rzeczy. Po dziś dzień nikt nie udowodnił, że zatrzymanie polskiej ekipy rządowej w Rumunii było skutkiem czegoś innego, niż paniki rządu w Bukareszcie i nacisków radziecko-niemieckich. Cała ta sprawa wymagałaby dokładnego zbadania najpoufniejszych dokumentów rumuńskiego MSZ z września 1939 roku195. Z przykrością trzeba stwierdzić, iż żałosna bezwolność ex-Rządu RP na terytorium Rumunii196 bardzo ułatwiła zatrzymanie tych ludzi w oddalonych od Bukaresztu rejonach kraju. Historyk może m.in. zastanowić się, do jakiego stopnia władze rumuńskie były skłonne i zdecydowane zastosować wobec Prezydenta i ex-Rządu RP (a także Naczelnego Dowództwa WP) prostą przemoc fizyczną, gdyby ludzie ci - nie bawiąc się w przesadne poszanowanie dość względnych tytułów suwerenno-państwowych ówczesnej Rumunii - nie dali się pozbawić broni przybocznej, zasobów paliwa, pojazdów samochodowych i narzędzi telekomunikacji, udając się jak najprędzej (nawet bez zgody miejscowych władz pogranicznych) ku Bukaresztowi i Constanzy, bez domagania się uprzedniej zgody rządu rumuńskiego. Niestety, pozwolono bezmyślnie na rozbrojenie dość licznych sił zbrojnych polskich, które rankiem 18 września znalazły się na terytorium Rumunii. Przy utrzymaniu ich organizacji i uzbrojenia - nawet przy otwartym sprzeciwie wobec żądań rumuńskich - można było wymusić wiele ustępstw. Zaniedbano zupełnie sprawę informowania o tej sytuacji międzynarodowych agencji prasowych. Decydującą zapewne trudnością całej ekipy był zresztą nie tyle stosunek władz rumuńskich, ile raczej sygnalizowana przez Katelbacha niechęć ogromnej większości 23-tysięcznej rzeszy uchodźców polskich w Rumunii, którzy nie byli skłonni ułatwiać ludziom odpowiedzialnym za tempo, rozmiar i warunki klęski - łatwego przedostania się do Paryża.

Jak parokrotnie już stwierdziliśmy, pomysły tej grupy zatrzymania nadal kompetencji państwowych i domagania się wyjazdu do Francji w charakterze Rządu RP były politycznie błędne i pozbawione szans powodzenia. Nawiasem można dodać, że gdy wieczorem dnia 17 września rozważano w Kołomyi i Kutach możliwości ewakuacji, w pewnym momencie brano pod uwagę także przedostanie się do granicy węgierskiej. Beck zamierzał wysłać w tej sprawie do Budapesztu wiceministra Szembeka. Pomysł ten odrzucono, gdyż Rząd RP doszedł do wniosku, że "po przejściu granicy węgierskiej będziemy niezwłocznie internowani, podczas gdy Rumuni są naszymi aliantami, mającymi wobec nas zobowiązania jasno określone"197. Dziwne się wydaje, iż Rząd RP nie pojmował, że wobec rezygnacji domagania się od Bukaresztu realizacji obowiązków alianckich i zakomunikowania tej decyzji ambasadorowi Grigorcea, Rumunia przestała być sojusznikiem Polski, stając się po prostu jednym z państw neutralnych. Dzisiaj można sądzić, iż znacznie większe szanse polska ekipa rządowa miałaby po przekroczeniu granicy węgierskiej. Węgry nie miały co prawda dostępu do morza i dalsza ewakuacja musiałaby następować drogą lotniczą. Miały za to rząd znacznie bardziej Polsce przyjazny, mniej zastraszony groźbą ZSRR (brak granicy z ZSRR wzmacniał poczucie pewności siebie w Budapeszcie), wreszcie znacznie twardszy wobec żądań niemieckich. Gdy dnia 10 września Ribbentrop zażądał od Węgrów przepuszczenia oddziałów niemieckich ze Słowacji do Polski przez Ruś Zakarpacką, Horthy zdecydowanie odmówił, a rząd budapeszteński nakazał wtedy przygotowania do wysadzenia w powietrze mostów i tuneli na szlakach, którymi mogły były poruszać się wojska Hitlera198. Rząd RP o tym wiedział. Nawet nieoficjalne przedostanie się Prezydenta i ex-Rządu RP przez Węgry na Zachód też oczywiście byłoby niełatwe, ale w każdym razie było bardziej realne, niż naiwnie wybrana droga przez Rumunię. Stało się zresztą dobrze, że polska ekipa rządowa na Węgry nie dotarła. Miałaby tam wówczas większe nadzieje, więc nawet abdykacja Ignacego Mościckiego mogła była zostać odwleczona o wiele dni.

Skądinąd zdumienie budzi fakt, że z takim uporem usiłowano wydobyć z Rumunii człowieka, którego stan psychiczny i zdrowotny wykluczał dalsze pełnienie obowiązków Prezydenta RP. Jeszcze 23 września amb. Łukasiewicz depeszował z Paryża:

Są tylko dwie praktyczne możliwości wyjazdu Pana Prezydenta RP, ewentualnie i Rządu, z Rumunii: 1. Wyjazd do państwa neutralnego, najlepiej Portugalii, na co Rumuni mogliby się zgodzić. 2. Zorganizowanie na miejscu przez poselstwo angielskie tajnego wywiezienia Pana Prezydenta RP do gmachu poselstwa angielskiego w Bukareszcie i wysłanie go stamtąd do Egiptu, jednym z samolotów przygotowanych dla ewakuacji poselstwa angielskiego, choćby z angielskim paszportem"199.

Pierwsze rozwiązanie wymagałoby abdykacji Prezydenta i formalnej dymisji Rządu, co eo ipso - jeśli pominąć aspekt humanitarny, odnoszący się przecież w równym stopniu do wszystkich 23 tysięcy uchodźców polskich w Rumunii - czyniłoby ewakuację tej grupy do państwa neutralnego całkowicie bezprzedmiotową (wywożenie z Rumunii ex-prezydenta i ex-rządu, i to nakładem wyjątkowych starań, nie miałoby sensu). Drugie z tych rozwiązań uwarunkowane było determinacją i odwagą osobistą, na jakie tych ludzi stać już nie było, nie mówiąc o konieczności współdziałania Anglików, nie bardzo przeświadczonych o politycznej celowości podobnej operacji. Ewakuacja do Rumunii obróciła się faktycznie w rozwiązanie najgorsze (politycznie i historycznie) dla całej wrześniowej ekipy rządowej RP. Skoro jednak tak się już stało, ubolewać można tylko nad uporem tych ludzi, którzy zostawiwszy kraj i walczące Siły Zbrojne bez żadnych wskazań politycznych i wojskowych, przez prawie dwa tygodnie upierali się przy zachowaniu tytułów, z których nie mogli się ani wywiązywać, ani korzystać.

Ataku radzieckiego na Polskę zarówno francuskie MSZ w Paryżu, jak i Foreign Office w Londynie, pewne były już dnia 16 września. Nie jest jasne, kiedy wiadomość o agresji dotarła do Paryża i Londynu. Amb. Raczyński notuje: (17 września) "o godzinie 7.30200 telefonuje Litauer. Dowiaduję się o wypadkach w Moskwie, o nocnej nocie sowieckiej, nie przyjętej przez amb. Grzybowskiego, i przekroczeniu o brzasku granicy polskiej na całej długości od Połocka po Kamieniec Podolski"201. Jest godne zauważenia, iż ambasador RP w stolicy sprzymierzonego mocarstwa pierwszą informację o nowej agresji otrzymał od korespondenta PAT w Londynie, a więc drogą prasową, nie dyplomatyczną. Nie ma potrzeby powtarzać uwag o fatalnym stanie przygotowania polskiej łączności dyplomatycznej we wrześniu 1939 roku. O godzinie 7.30 czasu polskiego min. Beck poinformował podobno ambasadora Wielkiej Brytanii sir Howarda Kennarda o "przekroczeniu granicy polskiej w wielu punktach przez oddziały radzieckie". Drogą dyplomatyczną wiadomość tę otrzymano w Londynie o godzinie 12.45 czasu miejscowego, a więc 13.45 czasu polskiego. Musiała być wysłana co najmniej dwie godziny wcześniej, około godziny 11.00.

Ze swej strony Beck nie informuje dokładnie, o której godzinie powiadomił o agresji ambasadorów Noëla i Kennarda, lecz nawet o godzinie 11.30 było jeszcze za wcześnie na stwierdzenie, które przekazał swojej centrali sir Howard Kennard:

[...] 2. Oddziały pograniczne stawiły opór, lecz zostały pokonane. 3. O ile mu [Beckowi] wiadomo, nie zaistniały dotąd poważne walki. 4. Nie potrafi wyjaśnić tak nagłej inwazji, ani tego, czy nastąpiła ona w zmowie z Niemcami, obawia się jednak najgorszego ("[...] 2. Frontier guards resisted but were overpowered. 3. So far he knows of, no serious fighting yet. 4. He cannot explain the sudden invasion nor whether it is with German connivance, but fears the worst")202.

W każdym razie w czasie rozmowy Kennarda z Beckiem padły słowa German connivance (zmowa z Niemcami), co dowodzi, że przynajmniej Anglik zdawał sobie sprawę z sytuacji. Nie jest natomiast jasne, w imię czego Beck przekonywał Brytyjczyka, że "o ile mu wiadomo, nie zaistniały dotąd poważne walki". W każdym razie o godzinie 11.30 oddziały KOP nie były jeszcze całkowicie pokonane (overpowered), a możliwość ściągnięcia w rejon Kołomyi sił polskich zdolnych przez pewien czas stawić opór Armii Czerwonej nadal istniała.

O godzinie 14.00 otrzymano w Londynie od ambasadora w Moskwie sir Williama Seedsa treść noty, wręczonej przez Potiomkina amb. Grzybowskiemu, której odpisy Mołotow kazał rozesłać do wszystkich ambasad i poselstw państw obcych w stolicy ZSRR203. Nota sformułowana była oczywiście w języku francuskim i w tym właśnie brzmieniu zawierała stwierdzenie zasadniczej wagi z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Wymieniwszy powód wkroczenia Armii Czerwonej na terytorium RP, rząd radziecki stwierdzał:

C'est pourquoi, ayant observé la neutralité jusqu'a présent, le Gouvernement soviétique ne peut plus rester neutre en présence de ces faits ("Dlatego też rząd radziecki, który zachowywał dotąd neutralność, nie może pozostać już dłużej neutralnym w obliczu tych faktów")204.

Już to samo wystarczało do zrozumienia, że w pojęciu prawa międzynarodowego ZSRR stanął czynnie po stronie Niemiec. Wobec konfliktu zbrojnego sąsiada z innym państwem, rząd państwa trzeciego może teoretycznie: 1. ogłosić całkowitą neutralność, 2. przystąpić do działań sojuszniczych, choćby poza sferą militarną (przykładem może być stosunek USA do Wielkiej Brytanii w latach 1939-1941 lub ZSRR do Niemiec w tym samym mniej więcej okresie), 3. przystąpić do działań nieprzyjaznych wobec danego państwa. Wypowiedzenie neutralności jest wyraźnym opowiedzeniem się po stronie jednego z państw walczących. Beck nie stwierdził oczywistego stanu rzeczy wobec Kennarda, a Seedsowi bynajmniej nie zależało na pospiesznym konstatowaniu tego faktu.

Drugą depeszę Kennarda, wysłaną o godzinie 14.15 (13.15 czasu londyńskiego), Foreign Office otrzymało o godzinie 15.30205. Zastanawia tempo i sprawność przekazania tej wiadomości. O ile wiadomo, sir Howard Kennard znajdował się ówcześnie w Kutach, tam gdzie personel polskiego MSZ. Dlaczego więc ambasador brytyjski potrafił nadawać do swojej centrali depesze z zapadłego krańca Rzeczypospolitej, a nie potrafiło komunikować się bezpośrednio z Paryżem i Londynem polskie MSZ - tego historyk wyjaśnić nie jest w stanie.

W depeszy z godziny 14.15 Kennard przedstawił pokrótce okoliczności wręczenia noty Mołotowa amb. Grzybowskiemu. Jedno zdanie zastanawia: "W czasie rozmowy Ambasador zaprotestował przeciwko sprzymierzeniu się Związku Radzieckiego z nieprzyjacielem narodów słowiańskich, lecz p. Potiomkin energicznie zaprzeczył, aby istniał jakiś tego rodzaju alians" ("In the course of the conversation Ambassador protested to the Soviet Union allying itself with the enemies of Slav races, but M. Potemkin vehemently denied there existed an alliance")206. Skąd już o godzinie 14.15 ambasador brytyjski mógł posiadać w Kutach podobną wiadomość? Depesza amb. Grzybowskiego, która dotarła do Kut około 11.00, nie zawierała żadnej tego rodzaju informacji ani nawet aluzji207. Godziny nadania i otrzymania są dokładnie oznaczone na depeszy według czasu londyńskiego: "17th September 1939, dispatched 2.15 p.m., received 3.30 p.m.".

Sprawy tej nie potrafimy wyjaśnić. Jest faktem, że Kennard miał dobre informacje. W czasie rozmowy z Potiomkinem w nocy z 16 na 17 września 1939, amb. Grzybowski rzeczywiście przypomniał "solidarność słowiańską", tylekroć głoszoną przez jego rozmówcę i propagandę ZSRR208.

W godzinach popołudniowych dnia 17 września amb. Edward Raczyński skomunikował się telefonicznie z przedstawicielem Foreign Office, informując go o wtargnięciu Armii Czerwonej w granice Polski i domagając się natychmiastowej rozmowy z lordem Halifaxem. Powołując się na artykuł 1-b tajnego protokołu do traktatu z 25 sierpnia 1939, Raczyński stwierdził, że pojmuje, iż w rozumieniu Brytyjczyków klauzula w sprawie wzajemnych konsultacji na wypadek agresji ze strony "mocarstwa europejskiego innego niż Niemcy" dotyczy Italii, jednakże Polacy, podpisując traktat i protokół, mieli na myśli ZSRR. Raczyński poruszył przy okazji parę innych drobnych spraw (minor matters), jak transport do Anglii polskiego złota, dołączenie trzech polskich niszczycieli do floty brytyjskiej, zorganizowanie zaciągu do armii polskiej na obszarze Wielkiej Brytanii209. Wydaje się, że te ostatnie problemy były przedwczesne, ale Brytyjczycy i tak nie zwrócili na to większej uwagi.

W każdym razie Raczyński w Londynie, podobnie jak Łukasiewicz w Paryżu, znalazł się w sytuacji ogromnie trudnej. Utracił przede wszystkim kontakt z MSZ - i tylko za pośrednictwem placówek polskich w Kownie, Rydze, Tallinie i Bukareszcie mógł się dowiadywać, co się w kraju dzieje. Przerwa w bezpośredniej łączności z centralą trwała przez cały okres decydowania się sprawy reakcji Aliantów na agresję ZSRR przeciwko Polsce. Raczyński musiał działać z własnej inicjatywy i na własną odpowiedzialność. Dopiero o godzinie 2.00 w nocy z 17 na 18 września dotarła przez Bukareszt do ambasady RP w Londynie depesza Becka, informująca o wydarzeniach w Moskwie, wyjaśniająca, że minister spraw zagranicznych zaaprobował stanowisko amb. Grzybowskiego i polecił mu opuścić stolicę ZSRR, oraz w dość niezwykły sposób formułująca stanowisko władz RP:

Rząd polski działający na terytorium Rzeczypospolitej210, w kontakcie z korpusem dyplomatycznym, założył protest przeciwko insynuacji sowieckiej. Nasze oddziały graniczne stawiły opór inwazji. Proszę oświadczyć tamtejszemu rządowi, że oczekujemy zdecydowanego protestu Aliantów przeciwko napaści. Rezerwujemy sobie dalsze żądania polskie wynikające z istniejących umów. Proszę o poinformowanie placówek, a to: Paryż - środkowo-europejskie i południowe, Londyn - północne, bałtyckie i zamorskie. Otrzymuje: Paryż, Londyn. Beck211.

Depesza ta osiągnęła szczyt niejasności politycznej. Cóż miał znaczyć "protest przeciwko insynuacji sowieckiej" - tzn. wobec stwierdzenia noty rządu ZSRR, że państwo polskie przestało istnieć? Określenie "inwazja" w misterny sposób zastępowało określenie "agresja", znacząc niby to samo, ale nie wywołując wrażenia, iż Polska znalazła się w stanie wojny z ZSRR. Toteż ani Raczyński, ani Łukasiewicz nie byli w stanie wyjaśnić swym rozmówcom, czy Rząd RP komunikuje Aliantom stan wojny między Polską a ZSRR, czy też cokolwiek innego - jeżeli zaś cokolwiek innego, to właściwie co? Na jakiej podstawie Alianci mieli składać "zdecydowany protest" w Moskwie, skoro Rząd RP opuścił terytorium państwa, nie ogłaszając stanu wojny z ZSRR? Co taki protest miał dać sprawie polskiej w przyszłości?

W godzinach porannych 18 września amb. Raczyński spotkał się w Foreign Office z podsekretarzem stanu Alexandrem Cadoganem i ministrem Halifaxem, doręczając im tekst noty, który w identycznym brzmieniu (po telefonicznym uzgodnieniu między ambasadorami RP w Londynie i w Paryżu) Juliusz Łukasiewicz przedstawił mniej więcej jednocześnie Edouardowi Daladierowi212.

Nota polska powiadamiała Aliantów, że o świcie 17 września "Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich dopuścił się agresji przeciwko Polsce" ("L'Union des Républiques Socialistes Soviétiques s'est livrée a une agression contre la Pologne"). Użyto więc szczęśliwie w tekście noty sformułowania une agression, mającego sens nieco dobitniejszy niż sugerowana przez Becka une invasion213. Lecz postulat pod adresem Aliantów zabrzmiał słabiutko: "Rząd Polski oczekuje ze strony rządu JKMości214 zdecydowanego protestu przeciwko agresji ZSRR" ("Le Gouvernement polonais attend de la part du Gouvernement de Sa Majesté allié une protestation catégorique contre l'agression commise par l'Union des Republiques Socialistes Soviétiques"). Tak więc domagano się od Aliantów tylko "protestu". Zgodne to było oczywiście z nieprzemyślaną instrukcją Becka, który stwierdzał, iż "oczekujemy zdecydowanego protestu Aliantów przeciwko napaści" - i niczego więcej. Rzecz jasna, iż na dalej idące działania Francji i Wielkiej Brytanii trudno było realnie liczyć, ale najprostszy instynkt dyplomatyczny powinien był skłonić Raczyńskiego i Łukasiewicza - w tej sytuacji już bez oglądania się na instrukcje Becka - do takiego sformułowania noty, aby w razie odpowiedniego rozwoju wypadków można było poszerzyć jej sens. Wystarczyłoby sformułowanie: "Rząd Polski oczekuje od rządu JKMości wobec agresji ZSRR działań zgodnych z charakterem tego rządu jako czynnego alianta Rzeczypospolitej" ("Le Gouvernement polonais attend de la part du Gouvernement de Sa Majesté, contr? l'agression de l'URSS, une action conforme á la qualité de ce Gouvernement d'un allié actif de la Pologne"). Takie określenie mogło oznaczać wszystko: od protestu dyplomatycznego, przez ultimatum z żądaniem wycofania wojsk radzieckich z Polski (oczywiście realne tylko wtedy, gdyby Rząd RP i Naczelne Dowództwo nadal przebywały w kraju), aż do wypowiedzenia wojny - choćby najbardziej nieprawdopodobnego - włącznie. Bez względu na sytuację międzynarodową nie wolno było tracić ostatnich tytułów międzynarodowych, jakie pozostały jeszcze Rzeczypospolitej.

Nota polska zawierała jedno tylko sformułowanie, które naprawdę zaniepokoiło Brytyjczyków (a można sądzić, że również Francuzów, chociaż akurat w sprawie protestu Aliantów przeciwko agresji ZSRR wobec Polski stanowisko Francji miało się w końcu okazać nieco sztywniejsze niż Wielkiej Brytanii). Otóż nota stwierdzała: "Rząd Polski zastrzega sobie odwołanie się do zobowiązań, wynikających dla jego sprzymierzeńców z aktualnych umów międzynarodowych" ("Le Gouvernement polonais se réserve de faire valoir les obligations decoulant pour ses alliés des traités en vigueur"). W świetle artykułu 1 ogłoszonego traktatu sojuszniczego między Polską a Wielką Brytanią z 25 sierpnia, rząd brytyjski był formalnie zobowiązany wypowiedzieć wojnę ZSRR, gdyby stan wojny między Polską a ZSRR stwierdził Rząd RP. Ograniczenie zobowiązania tylko do Niemiec wynikało dopiero z brzmienia art. 1-a tajnego protokołu - i to jedynie (jak wyżej przedstawiliśmy) wskutek szczególnego "sukcesu" negocjatorów polskich w Londynie w sierpniu 1939 roku. Tajny protokół był jednak tajnym - i to właśnie stawiało rząd brytyjski w bardzo trudnym położeniu wobec Parlamentu i opinii publicznej. Brytyjczycy nie mogli się przecież spodziewać, iż Rząd RP w ogóle nie zareaguje żadną deklaracją o zasadniczej treści politycznej - na jawną zbrojną agresję ZSRR.

Wieczorem 17 i przez noc z 17 na 18 września trwały między Londynem a Paryżem telefoniczne konsultacje w sprawie reakcji na agresję ZSRR przeciwko Polsce, a co ważniejsze, konsultacje te zaczęły się zanim w ogóle Raczyński i Łukasiewicz wręczyli swoje noty odnośnym rządom. Oba rządy uzgodniły tekst oficjalnego oświadczenia w tej sprawie, ogłoszonego w prasie 19 września215. 18 września rano, w chwili przybycia amb. Raczyńskiego do Foreign Office, Halifax i Cadogan mieli już pod ręką najnowszą depeszę amb. Seedsa z Moskwy, otrzymaną w Londynie 17 września o godzinie 23.50 czasu miejscowego216. Seeds był zdania, że z uwagi na specyficzną "mentalność radziecką" rząd brytyjski ma wybór tylko między dwiema skrajnościami: albo wypowiedzieć wojnę ZSRR, albo utrzymać z Moskwą normalne stosunki dyplomatyczne, nie zwracając uwagi na agresję wobec Polski. Półśrodki w rodzaju odwołania ambasadora lub zerwania stosunków dyplomatycznych nie odniosłyby skutku, a byłyby tym trudniejsze, że wymagałyby analogicznych posunięć Francji. "Nie widzę, jaką korzyść miałaby nam przynieść wojna ze Związkiem Radzieckim - pisał Seeds - chociaż osobiście byłbym bardzo rad, mogąc zawiadomić o niej p. Mołotowa" ("I do not myself see what advantage war with the Soviet Union would be to us, though it would me please personall to declare it on M. Molotov"). Z drugiej strony - stwierdził Seeds - radziecka inwazja Polski może przynieść Aliantom pośrednie korzyści, gdyż okupacja ziem polskich przez Armię Czerwoną zmusi do utrzymania znacznych jej sił na stopie wojennej, przy większej niż w warunkach pokojowych konsumpcji żywności i paliw, "co zmniejszy z kolei nadzieje niemieckie na dostawy z ZSRR sprzętu wojskowego lub żywności" ("... thus reducing German hopes of military or food supplies"). Do kategorii wishful thinking trzeba natomiast zakwalifikować nadzieje Seedsa. że zetknięcie się w Polsce i dłuższe tam pozostawanie oddziałów niemieckich i radzieckich może spowodować jakieś między nimi tarcia czy konfrontacje. Jak wiadomo, od września 1939 do czerwca 1941 Armia Czerwona i rząd ZSRR wykazywały krańcową usłużność wobec swoich niemieckich sojuszników, niwecząc alianckie nadzieje na przynajmniej graniczne starcia zbrojne.

W czasie rozmowy z Halifaxem i Cadoganem217, przed południem 18 września, amb. Raczyński złożył omówioną powyżej notę. Oświadczył przy tej okazji, że od dawna miał złe przeczucia co do zamiarów rządu ZSRR. Halifax zauważył sceptycznie, że wszystko, co zaszło, jest po prostu przejawem zwykłej natury Rosjan, dodając, że chociaż rząd brytyjski od dawna żywił obawy w sprawie możliwej akcji ZSRR w Polsce, Rząd RP najwidoczniej tych obaw nie podzielał. Ta gorzka refleksja była jak najbardziej uzasadniona. Raczyński próbował tłumaczyć agresję ZSRR chęcią Moskwy jak najprędszego działania w sytuacji, gdy Polska nie mogła już stawiać Niemcom dalszego oporu. Dziwnym trafem z ust ambasadora RP nie padło ani słowo na temat, że akcja ZSRR jest najprawdopodobniej uzgodniona z Rzeszą Niemiecką i pochodną traktatu z 23 sierpnia.

Halifax wyraził swoje zrozumienie dla polskiego żądania protestu dyplomatycznego w Moskwie, ale również sprzeciw wobec sformułowania noty, iż Rząd RP "zastrzega sobie prawo odwołania się do zobowiązań" traktatowych Aliantów. Powołując się na tajny protokół polsko-brytyjski, Halifax podkreślił, iż zobowiąza nia Wielkiej Brytanii dotyczą tylko ataku Niemiec. "Co się tyczy agresji radzieckiej, mamy swobodę podjęcia decyzji i zdecydowania, czy wypowiemy wojnę ZSRR, czy też nie". Sekretarz Stanu dodał, iż jego zdaniem wszystkie decyzje brytyjskie muszą być podporządkowane celowi podstawowemu: pokonaniu Niemiec.

Raczyński był w sytuacji ogromnie trudnej. Po pierwsze, miał do dyspozycji tylko art. 1-b tajnego protokołu "o wzajemnych konsultacjach", z czego nie wynikało dosłownie nic. Po drugie, nie miał żadnych instrukcji w sprawie określenia stosunku Rządu RP do agresji ZSRR, a z depeszy Becka, otrzymanej w nocy z 17 na 18 września, wynikało, że minister spraw zagranicznych chce się zadowolić tylko jałowymi protestami. Raczyński popełnił wtedy ogromny błąd, oświadczając Halifaxowi, że "osobiście uważa, iż Pan Beck mówiąc tylko o kategorycznym proteście wykazał, że nie spodziewa się żadnych dalszych działań". Tak było rzeczywiście, ale nie było powodu, aby natychmiast Anglika uspokajać i pomniejszać zakres polskich wymagań. Znowu dała się tutaj odczuć błędna doktryna polskiej dyplomacji okresu międzywojennego (a później wojennego), że w rokowaniach międzypaństwowych trzeba żądać jak najmniej, aby otrzymać cokolwiek. Było akurat przeciwnie: należało żądać jak najwięcej, przyciskając partnera do muru, aby tą metodą wydusić choćby niewiele, lecz naprawdę coś. Nawiasem warto dodać, że chociaż deklaracja wojny wobec ZSRR ze strony Wielkiej Brytanii i Francji była ówcześnie - realnie rzecz biorąc w świetle dzisiejszej wiedzy o ówczesnej sytuacji międzynarodowej- zupełnie nieprawdopodobna, to jednak liczba wzmianek w brytyjskiej i francuskiej korespondencji dyplomatycznej i politycznej, oraz w prasie Paryża i Londynu, w dniach 18, 19 i 20 września 1939, z supozycjami, że być może Alianci będą zmuszeni wypowiedzieć wojnę ZSRR, dowodzi, że był to w opinii kół miarodajnych i opiniotwórczych obu państw problem bardzo poważny.

Halifax zgodził się na opublikowanie oświadczenia rządu brytyjskiego, odrzucającego twierdzenia radzieckie, jakoby państwo polskie przestało istnieć. Raczyński znowu wrócił do sprawy zbrojnej agresji ZSRR i - niczym nieprzymuszony - złożył oświadczenie, że co prawda w jego przekonaniu "Rząd polski rozumie, iż nie może wymagać od rządu JKMości wypowiedzenia wojny ZSRR, lecz uważa za rzecz ważną na przyszłość utrzymanie stanowiska stwierdzającego, iż rząd ZSRR winien jest jawnej agresji". Halifax przyjął to do wiadomości. Jak się okaże, ani oświadczenie brytyjskie i francuskie ogłoszone w prasie, ani też noty złożone w Moskwie przez przedstawicieli Wielkiej Brytanii i Francji, nie zawarły - mimo dość energicznego protestu - określenia akcji ZSRR jako "agresji".

Po południu 18 września odbyło się tajne posiedzenie Gabinetu Wojennego Wielkiej Brytanii, na którym jako jedna ze spraw stanęła kwestia zasięgu zobowiązań brytyjskich wobec Polski po agresji ZSRR218. Przedyskutowano sens traktatu i tajnego protokołu z 25 sierpnia. Premier oświadczył, iż jego zdaniem agresja ZSRR w niczym nie zmienia zobowiązań Wielkiej Brytanii wobec Polski, ani w sensie zmniejszenia, ani poszerzenia stypulacji traktatowych z 25 sierpnia. Podtrzymał zobowiązania brytyjskie wobec Rzeczypospolitej, lecz ograniczając się tylko do sprawy wojny z Niemcami. "Chociaż agresja radziecka dopisała do historii Polski nową tragedię - mówił premier patetycznie - rząd JKMości ufa najmocniej, że po zakończeniu wojny Polska zostanie odbudowana". Poland would be restored - oświadczył Chamberlain swoim kolegom - dyskretnie wstrzymując się od dodania określeń: as fully independent and integral... Zresztą te oświadczenia premiera składane były w warunkach top secret - i miały pozostawać w tajnych archiwach Public Record Office jako tzw. green papers aż do roku 1990. Rozsądna decyzja rządowa, skracająca karencję archiwalną do 30 lat, spowodowała, że dokumenty z września 1939 roku dostały się wcześniej w ręce historyków, umożliwiając m.in. napisanie niniejszego studium.

Halifax przedstawił Gabinetowi sprawę złożenia protestu w Moskwie. Większość uczestników zebrania ogromnie się przestraszyła, iż deklaracja taka może zawierać wyraźne potępienie agresji ZSRR, a przez to utrudnić stosunki brytyjsko-radzieckie. Sekretarz Stanu musiał z żalem poinformować kolegów, że na złożenie protestu nalega usilnie rząd francuski. Trzeba więc było ustąpić. Zapadły konkluzje, że:

- Wielka Brytania nie jest zobowiązana przez traktat z Polską do wypowiedzenia wojny ZSRR;

- Sekretarz Stanu przygotuje oświadczenie dla prasy, jednakże z zastrzeżeniem, aby nie znalazła się w nim najmniejsza choćby aluzja do noty, którą miano złożyć w Moskwie;

- Jeżeli rząd francuski będzie się przy tym nadal upierał, rząd JKMości zgodzi się na złożenie not w stolicy ZSRR, jednakże z jak największą uwagą, aby nie nazwać akcji radzieckiej po imieniu - "jaskrawym pogwałceniem traktatów, uroczyście podpisanych przez rząd ZSRR" - z odrzuceniem stwierdzenia, jakoby państwo polskie przestało istnieć, oraz z życzliwym pokwitowaniem oświadczenia radzieckiego o utrzymaniu neutralności wobec państw sprzymierzonych Zachodu.

Brytyjczycy byli zakłopotani stanowiskiem rządu w Paryżu, ale uznali konieczność złożenia protestu. W całej tej kwestii Francuzi początkowo mniej przebierali w słowach, chociaż rozwój ich stanowiska jest trudny do zbadania wobec zniszczenia w czasie Drugiej Wojny Światowej dokumentów francuskiego MSZ, odnoszących się do wydarzeń 17 września 1939. Wieczorem 18 września ambasador André-Charles Corbin wysłał samolotem wprost do Paryża proponowany tekst deklaracji brytyjskiej. Ogłoszono ją następnego dnia. Była sformułowana arcydelikatnie, niemniej odrzucała stwierdzenie radzieckie, jakoby państwo polskie przestało istnieć (pogląd ten przyjmie dopiero Roosevelt w Jałcie, razem z Churchillem akceptując tezę Stalina, iż od 1939 roku państwo polskie już nie istnieje, a po wojnie będzie tworzone "od nowa"), potwierdzała brytyjskie zobowiązania sojusznicze, a także gotowość prowadzenia wojny do ostatecznego zwycięstwa219.

W nocie brytyjskiej, którą amb. Seeds złożył Mołotowowi dnia 19 września220, rząd w Londynie wyraził "swoje najgłębsze zastrzeżenie wobec twierdzenia, jakoby państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć". Przeciwnie: "Rząd JKMości nadal uznaje Rząd Polski za prawowitą władzę RP i dlatego nie może zaakceptować poglądu, jakoby obecne okoliczności mogły usprawiedliwiać odrzucenie przez Rząd Radziecki jego traktatów z Polską czy wynikającą stąd inwazję terytorium Polski przez siły radzieckie". W pierwotnym tekście noty znajdowały się jeszcze słowa, które ostatecznie skreślono: "która w opinii rządu JKMości stanowi wyraźny przypadek agresji oraz jaskrawe pogwałcenie najbardziej zasadniczych postanowień traktatów, zawartych między ZSRR a Polską". Noty tej ambasadzie RP w Londynie - jak się wydaje - nie zakomunikowano. Znał ją tylko rząd francuski. W imieniu tegoż osobną notę miał złożyć w Moskwie (dnia 20 września) francuski chargé d'affaires Joseph-Émile Payart221. Idąc za radą Corbina, "aby nie pogarszać naszych stosunków z ZSRR"222, pierwotny tekst noty również złagodzono. Francuzi oświadczyli Stalinowi i Mołotowowi, iż

[...] wprowadzając swoje siły zbrojne na terytorium państwa, znajdującego się aktualnie w stanie wojny u boku Francji i bez zgody rządu tegoż państwa, rząd radziecki podjął inicjatywę, która sama w sobie wydaje się trudna do pogodzenia z pojęciem neutralności, którą - jak skądinąd deklaruje - chce zachować w stosunkach z Francją.

Rząd francuski domagał się ponadto dokładniejszego wyjaśnienia powodów, które wywołały tę akcję, jej charakteru, zasięgu i przewidywanego okresu trwania. Nota była skonstruowana dość niejasno, stylem ciężkim, wyjątkowo tylko spotykanym we francuskich dokumentach dyplomatycznych.

W nocy z 19 na 20 września, o godzinie 0.40, Edouard Daladier nadał do Payarta w Moskwie obszerną depeszę, komentującą treść noty223. Zalecił Payartowi, aby notę wręczył Mołotowowi do rąk własnych, a w czasie rozmowy z szefem rządu ZSRR wykazał toute la psychologie et l'habilité nécessaire, aby ustalić, czy

działania podjęte przez rząd radziecki w Polsce mają w jego [Mołotowa] oczach charakter akcji prowizorycznej i zabezpieczającej, przedsięwziętej na rzecz niektórych mniejszości etnicznych, czy też zamierzone są szerzej, jako zapewnienie sobie zakładu (un gage) dla odpowiedniego uczestnictwa w rozstrzygnięciach ostatecznych i - jak można sądzić - dla ograniczenia zasięgu wpływów niemieckich na ziemiach polskich.

Jest zastanawiające, że człowiek, który miał przecież niejakie rozeznanie w polityce międzynarodowej, nie brał pod uwagę ewentualności najprostszej i najprawdopodobniejszej: iż w porozumieniu z Rzeszą Niemiecką ZSRR włączy po prostu zajęte obszary państwa polskiego do swego terytorium. Miało się to okazać faktem już w dwa miesiące później.

Mołotow nie raczył w ogóle przyjąć Payarta i odesłał go do Potiomkina, który z francuskim chargé d'affaires obszedł się dość surowo224. Oświadczył, że już za dużo tych pytań, skoro takie same zadano ambasadorowi ZSRR w Paryżu. Rząd radziecki zastanowi się nad notą francuską, jednakże on sam, Potiomkin, wątpi, aby władze ZSRR uznały za możliwe jakiekolwiek tłumaczenie się wobec obcego państwa ze swoich posunięć podjętych w zakresie własnych spraw suwerennych. Było to po prostu oświadczenie, iż rząd ZSRR uważa zajęte przez siebie (en toute indépendance!) ziemie polskie już za integralną część swojego terytorium państwowego.

W każdym razie nasilenie na Zachodzie, między 17 a 21 września 1939, dyskusji wokół agresji ZSRR przeciwko Polsce nasuwa przypuszczenie, iż gdyby Rząd RP pozostawał na terytorium kraju jeszcze przynajmniej przez trzy dni, wydał był odpowiednią deklarację polityczną, nakazał Naczelnemu Dowództwu zorganizowanie demonstracyjnego oporu wobec Armii Czerwonej, wreszcie - jeśli już liczył na tranzyt przez Rumunię - opuścił był terytorium RP najwcześniej w nocy z 20 na 21 września, losy sprawy polskiej w Drugiej Wojnie Światowej mogły były ułożyć się przynajmniej trochę lepiej. Odpowiedzialność historyczna za brak osłony wojskowej na "przedmościu rumuńskim", która przez kilka dni mogła zatrzymać pochód Armii Czerwonej ku siedzibie Rządu RP, obciąża osobiście Naczelnego Wodza, tym bardziej, że w województwie stanisławowskim (a także sąsiednich: lwowskim i tarnopolskim) odpowiednie siły ówcześnie się znajdowały. Do smutnej refleksji nastraja satysfakcja autorów dzieła Polskie Siły Zbrojne w Drugiej Wojnie Światowej, że w końcu zdołano wyprowadzić do Rumunii około 30 000 żołnierzy, na Węgry około 40 000225, w tym m.in. brygadę zmotoryzowaną, baon saperów kolejowych (podczas gdy nikt nie wysadzał mostów na Dniestrze i Prucie), także baon policyjny "Golędzinów". Ludzi tych można było użyć do stawiania oporu oddziałom Armii Czerwonej na "przedmościu rumuńskim". Do rangi symbolu urasta fakt ewakuowania baonu "Golędzinów", który osłaniał Naczelne Dowództwo i Rząd RP... od zachodu przed "ruchawką" ukraińską. Gdy żołnierze pułku KOP "Horodenka" ginęli na drogach pod Borszczowem i Uścieczkiem, osławiona formacja golędzinowska cofała się przez Karpaty na Węgry... Dla wszystkich tych decyzji żadnego usprawiedliwienia nie znajdzie historyk, zdający sobie sprawę z wagi propagandowo-politycznej i prawno-międzynarodowej w dniach 17-20 września 1939 choćby trzech-czterech dni dalszej demonstracyjnej obecności naczelnych władz RP na terytorium kraju.

Mimo pewnych błędów amb. Raczyńskiego i amb. Łukasiewicza w dniach 17-30 września 1939, historyk odczuwa dla tych dyplomatów - przede wszystkim Edwarda Raczyńskiego - szczery podziw, wzrastający w miarę wzbogacania się doświadczeń Historii. Prowadzili w tych dramatycznych momentach sprawę polską mimo błędnych politycznie instrukcji z centrali MSZ, a potem zupełnego ich niedostatku; mimo braku zasadniczych deklaracji politycznych swoich zwierzchników, które wyjaśniłyby sens sytuacji; mimo swego całkowitego zdezorientowania w istocie współdziałania hitlerowsko-stalinowskiego. Za ich niedokonania lub zaniedbania - podobnie jak za wszystkie błędy i zaniedbania władz RP w okresie Kampanii Wrześniowej - odpowiedzialność historyczna obciąża: po pierwsze - Prezydenta RP, z racji jego specjalnych uprawnień i obowiązków konstytucyjnych. Po drugie - Naczelnego Wodza, który postawił swoje ambicje polityczne i zamysł odgrywania poza krajem naczelnej roli we władzach Rzeczypospolitej ponad swój obowiązek żołnierski i marszałkowski, sprzeniewierzając się testamentowi duchowemu Józefa Piłsudskiego. Po trzecie - ministra spraw zagranicznych, który nade wszystko zaniedbał rozpoznanie niebezpieczeństwa, czającego się za granicą wschodnią. Znacznie mniejszą jego winą było nieuświadomienie całej ekipie rządowej, iż w Rumunii musi nastąpić internowanie Naczelnego Wodza i całego jego Sztabu, a może nastąpić i jest bardzo prawdopodobne internowanie także Prezydenta i Rządu. Odpowiedzialność historyczna innych członków ówczesnej ekipy rządowej jest zależna od ich rzeczywistych możliwości wpływania w tamtych dniach na decyzję kontynuowania walki w kraju lub ewakuacji na Zachód, od ich wpływu na wytworzenie i umocnienie w tym gronie złudnego przeświadczenia, że ten sam rząd i to samo dowództwo mogą kontynuować "wojnę polską" na ziemi sojuszniczej.

Brak naczelnej koordynacji politycznej w dniach 17-30 września 1939 zaważył na całkowitym zmarnowaniu realnych możliwości propagandowego wykorzystania agresji ZSRR przeciwko Polsce dla poruszenia światowej opinii publicznej. Jest faktem zastanawiającym, że w 1939 roku nikomu nie przyszło nawet do głowy wyzyskanie forum Ligi Narodów w Genewie dla napiętnowania ZSRR jako agresora i sojusznika Niemiec. Uchwały Ligi Narodów nie miały oczywiście żadnego realnego znaczenia politycznego doraźnie, mogły mieć jednak ogromne znaczenie propagandowe, a więc polityczne w skali długofalowej.

Jak wiadomo, wobec przyznania układem z dnia 23 sierpnia Związkowi Radzieckiemu "prawa" do aneksji nie tylko połowy Polski i całej Besarabii, ale również Łotwy, Estonii i Finlandii, Stalin rozpoczął przygotowania do okupacji m.in. Finlandii. Bez żadnego sensownego uzasadnienia rząd radziecki zażądał od Helsinek wymiany sporego terytorium pogranicznego, m.in. w rejonie Karelii, i cesji portu Hanko. Finowie godzili się cofnąć granicę o kilkanaście kilometrów, lecz dalej idące żądania radzieckie odrzucili. 30 listopada 1939 lotnictwo radzieckie bez wypowiedzenia wojny zaatakowało Helsinki i inne miejscowości fińskie, a Armia Czerwona uderzyła na granice Finlandii226. W okupowanej Karelii Stalin utworzył marionetkowy "rząd fiński" z Otto Kuusinenem na czele. Na propozycje mediacji prezydenta USA F.D. Roosevelta i Ligi Narodów rząd radziecki odpowiadał z udanym zdziwieniem, że przecież ZSRR utrzymuje z Finlandią stosunki jak najprzyjaźniejsze, powołując się na deklaracje "rządu" Kuusinena (notabene ostrzegawczy precedens "rządu" Kuusinena został jakoś przegapiony przez Rząd RP w Londynie w latach 1944-1945 jako przykład, co czeka Polskę w najbliższych miesiącach). Na szczęście Armia Fińska potrafiła stawić agresorom bohaterski opór, w czym dopomogły jej ostre mrozy zimy 1939/1940 roku; Armia Fińska okazała się zapewne jedyną na świecie, dla której silny mróz był lepszym sprzymierzeńcem, niż dla Armii Czerwonej.

2 grudnia 1939 rząd fiński odwołał się do Rady Ligi Narodów. Wobec jawnej agresji przeciwko jednemu z członków Ligi i lekceważenia jej zaleceń przez rząd moskiewski, dnia 14 grudnia 1939 Rada Ligi Narodów jednomyślnie usunęła ZSRR z grona członków tej organizacji. Uchwała była jednomyślna, chociaż na 14 członków Rady za usunięciem ZSRR głosowało tylko 7: Afryka Południowa, Belgia, Boliwia, Wielka Brytania, Republika Dominikańska, Egipt i Francja227. Pozostałych 7 członków Rady małodusznie uchyliło się w ogóle od udziału w posiedzeniu, lecz nikt nie głosował przeciwko. W każdym razie skutek propagandowy tego posunięcia był w całym świecie ogromny.

Faktem jest, że ZSRR powinien był opuścić w ten właśnie sposób Ligę Narodów natychmiast po 17 września. Gdyby Rząd RP postawił taki wniosek, głosowałaby za nim niewątpliwie i Francja, i Wielka Brytania. Finowie nie zlękli się konsekwencji politycznych takiego posunięcia dla przyszłości swego państwa. Przykro jest stwierdzić, że ostateczny los Finlandii (może nie całkiem właśnie dlatego, ale jednak...) pod koniec Drugiej Wojny Światowej okazał się bez porównania lepszy niż los Polski.

xi. Prasa i opinia publiczna Zachodu wobec agresji

Wiadomość o uderzeniu Armii Czerwonej na tyły walczących wojsk polskich o świcie 17 września dotarła do głównych stolic świata we wczesnych godzinach porannych (do Stanów Zjednoczonych, z uwagi na różnice czasu, jeszcze przed świtem 17 września), wywołując nie tyle zdumienie, ile powszechne oburzenie większości opinii publicznej. W ciągu 3-4 dni, 17-21 września 1939, światowa opinia publiczna ujawniła znaczne zrozumienie faktu, że system hitlerowski i system stalinowski są ustrojami analogicznymi i że nastąpiło zupełnie naturalne sprzymierzenie się dwóch totalizmów przeciwko demokracjom europejskim228 - do których, mimo wszystkich autorytarnych cech systemu politycznego Polski po 1926 roku, ówcześnie zaliczano bezspornie także Rzeczpospolitą.

Historyk pracujący w kraju ma niestety nikłe możliwości zbadania reakcji prasy światowej na agresję ZSRR przeciwko Polsce. Dysponujemy tylko wyjątkami lub pojedynczymi (aczkolwiek uprzednio niewyzyskanymi) dokumentami. Autorowi brak np. zupełnie materiałów dotyczących reakcji prasy i opinii publicznej we Francji. Te niedostatki niniejszego studium nadrobią zapewne kontynuatorzy tego dzieła, pracujący na Zachodzie. Jest w każdym razie oczywiste, iż naukowe studium reakcji i fluktuacji światowej opinii publicznej w sprawach polskich, w dniach 17-30 września 1939, stanowiłoby nie tylko ogromnej wagi uzupełnienie stanu historiografii polskiej, ale również cenne opracowanie jednego z najciekawszych przejawów ewoluowania opinii publicznej pod wpływem bieżących informacji - w całej historii światowych mass mediów.

Nazajutrz po agresji londyński "Times" zamieścił znamienny artykuł229: Nóż w plecy - A Stab in the Back. Specjalny korespondent dziennika donosił z Helsinek pod datą 17 września: "Związek Radziecki nakazał dzisiaj swoim oddziałom przekroczenie granicy, aby uderzyć Polskę nożem w plecy" (The Soviet Union today sent troops across the frontier to stab Poland in the back). Warto zwrócić uwagę, że to znamienne określenie, które zrobiło potem wyjątkową karierę w niezależnej polskiej i światowej historiografii, jest nie polskiego, lecz brytyjskiego autorstwa.

Zamiarem [ZSRR] jest najwidoczniej przyłączenie Białorusi i Ukrainy. W Moskwie inwazja nie jest uważana za wojnę, ponieważ, według tezy radzieckiej państwo polskie przestało istnieć. [...] Zauważono, iż argumenty radzieckie zdumiewająco przypominają uzasadnienia wygłaszane ciągle przez Hitlera i często miażdżone uprzednio przez prasę radziecką. Stąd i zdumienie społeczeństwa radzieckiego po wygłoszeniu przez p. Mołotowa mowy radiowej dziś rano.

"Od naszego korespondenta dyplomatycznego" redakcja "Times" przekazywała 18 września następujące uwagi: "Wiadomości o rosyjskiej inwazji Polski dotarły do Whitehall230 wczoraj wcześnie rano. Ministrowie spotkali się przed południem, a przez cały dzień trwały liczne konsultacje (fréquent consultations) pomiędzy premierem i Sekretarzem Stanu do spraw zagranicznych". Jest godne uwagi, że na tej samej kolumnie redakcja "Times" zamieściła przejrzystą mapę Polski z linią frontu o świcie 17 września, unaoczniającą, iż ponad połowa terytorium kraju znajdowała się nadal pod kontrolą Rządu RP. Według mapy brytyjskiej linia frontu biegła (od północy) przez Grajewo, Łomżę, Pułtusk, Modlin, Płock, Kutno, Łęczycę, Skierniewice, Górę Kalwarię, Radom, Sandomierz, Rzeszów i Przemyśl - do granicy węgierskiej.

W artykule Załamanie się Polski - Collapse in Poland korespondent "Timesa" donosił z Zaleszczyk 17 września o katastrofie militarnej, podkreślając jednakże, iż w żadnym wypadku nie można tego przypisać jakimkolwiek mankamentom ducha bojowego wojsk polskich. Klęskę tłumaczył przewagą niemiecką w powietrzu i w tempie marszu, z racji zmotoryzowania znacznej części Wehrmachtu. Godne jest uwagi, że specjalny fragment swego artykułu korespondent brytyjski poświęcił utracie łączności (Loss of Communication). Jest to ważne dlatego, iż po 40 latach historyk musi również skonstatować, że polska łączność wojskowa i dyplomatyczna we wrześniu 1939 roku zawiodła całkowicie. Dziennikarz brytyjski notował:

Innym powodem klęski jest całkowite i wczesne załamanie się polskiej łączności radiowej ("Another cause of disaster is the complete and early collapse of Polish wireless Communications"). Nie zostało to jeszcze wyjaśnione, lecz wydaje się, że polscy technicy okazali się nadspodziewanie niewydolni, zostawiwszy zbyt wiele na los szczęścia i w zgodzie z całym społeczeństwem ufając, że samo męstwo wystarczy, aby sprostać ogromnej przewadze sił zmotoryzowanych i powietrznych oraz technice nieprzyjaciela.

Można co prawda zauważyć, że społeczeństwo karmiło się podobnymi nadziejami nie z własnego impulsu, lecz wskutek błędnej propagandy państwowej, sam fakt był jednak niewątpliwy.

Następnego dnia, we wtorek 19 września, ten sam dziennik zamieścił komentarz Radzieckie cele i plany - Soviet Aims and Plans231. Nastąpiło to już po rozmowie amb. Raczyńskiego w Foreign Office i po specjalnym posiedzeniu Gabinetu brytyjskiego 18 września, o treści których redakcje gazet nie mogły mieć naturalnie szczegółowych informacji. Jest wszelako bardzo znamienne, że korespondent dyplomatyczny redakcji "Times" w powyższym artykule konstatował z wyraźną ulgą:

Nie ma powodów do przypuszczeń, aby Rząd brytyjski, aczkolwiek wzburzony faktem rosyjskiej okupacji wschodniej Polski, musiał uczynić coś więcej poza odmową uznania fait accompli. Przed przekroczeniem granicy rumuńskiej Rząd polski nie wezwał brytyjskiej, francuskiej czy rumuńskiej pomocy wojskowej przeciwko rosyjskiej agresji ("The Polish Government did not invoke British, French, or Rumanian military assistance against Russian agression before they crossed the Rumanian frontier").

Ten ton ulgi w komentarzu czołowego dziennika brytyjskiego jest bardzo znamienny. Ważniejsze wszelako wydają się dalsze zdania brytyjskiego komentatora:

Co do posunięcia rosyjskiego, jest całkiem jasne, iż rząd rosyjski i niemiecki ugodziły się uprzednio na temat zasięgu okupacji terytorium przez Armię Czerwoną [...] w niedzielę [17 września] znaczna część dobrze poinformowanej opinii publicznej podejrzewała już istnienie odnośnego porozumienia rosyjsko-niemieckiego dotyczącego nawet więcej, niż tylko rozbioru Polski. ("As regards the Russian move, it is quite clear that the Russian and German Governments had agreed beforehand on the extent of territory to be occupied by the Red Army [...] on Sunday a large body of well-informed opinion suspected the existence of a comprehensive Russo-German agreement involving more than the partition of Poland").

Co prawda, komentator zauważał następnie, iż te daleko idące początkowe podejrzenia uległy 19 września złagodzeniu - można sądzić, że nie bez wpływu nieoficjalnych sugestii rządu brytyjskiego - i że obecnie dominuje pogląd, iż Rosji idzie przede wszystkim o "opanowanie swego ukraińskiego gniazda". Nie ma powodu, aby zastanawiać się nad sensem historycznym owych brytyjskich domniemań, trzeba jednak stwierdzić, że pierwszy odruch brytyjskiej opinii publicznej był trafny: tajny protokół radziecko-niemiecki był faktem. Jest jak najbardziej godne uwagi, iż we wrześniu 1939 roku istnienie tajnego protokołu hitlerowsko-stalinowskiego uważane było w Londynie za tak prawdopodobne, że niemal oczywiste. Tym bardziej kontrastuje to z późniejszą tendencją do wybielania polityki Stalina i zapominania sojuszu między Berlinem a Moskwą w latach 1939-1941. Oczywiście rząd brytyjski (w większym stopniu Churchilla niż Chamberlaina) znał wybornie wszystkie istotne fakty, dotyczące sytuacji w ZSRR i polityki radzieckiej. Jeżeli starał się pokryć je milczeniem, to jedynie z doraźnych racji taktyki politycznej. Niestety, polskie zaniechania w dziedzinie propagandy bardzo mu to ułatwiały.

Wiadomość o agresji ZSRR na Polskę wywołała znaczne wrażenie we Włoszech, których opinia publiczna i sfery rządowe, mimo oficjalnego sojuszu z Niemcami, żywiły wobec Rzeczypospolitej uczucia przyjazne. Szczególnie ostro zareagował oficjalny organ Watykanu "Osservatore Romano", który w artykule redakcyjnym 18 września zdecydowanie napiętnował agresję, przypominając współpracę Prus i Rosji przy rozbiorach Polski w XVIII wieku. Komentator dziennika watykańskiego przypuszczał (żywiąc zresztą złudne i przesadnie optymistyczne nadzieje), że resztki ziem polskich, nieprzyłączone wprost do Rzeszy i ZSRR, posłużą do utworzenia quasi-samodzielnego, marionetkowego, ale korzystającego z własnej administracji państwa polskiego, któremu Berlin i Moskwa powierzą rolę "bufora" między Niemcami a Związkiem Radzieckim. Komentator "Osservatore Romano" wskazywał, iż ZSRR okazał ogromną pogardę dla zasad współżycia międzynarodowego. Ekspansja radziecka zmierza - zwracał uwagę dziennikarz - nie tylko ku zachodowi, ale również w stronę Bałkanów, Iranu i Afganistanu (trzeba podziwiać przenikliwość tej analizy, której niektóre elementy znalazły potwierdzenie w faktach dopiero 40 lat później).

W artykule znalazły się następujące słowa:

W tym cudownym roku 1939, o świcie w niedzielę 17 września, armia rosyjska przekroczyła na całej długości nie tylko granicę innego państwa. Przekroczyła również barierę, która dzieliła dotychczas dwie cywilizacje, dwa odrębne światy. Armia rosyjska rozpoczęła więc swój marsz ku zachodowi, nie spotykając żadnego oporu. W roku 1920 ta sama armia rosyjska odrzucona została poza ową barierę przez osamotnioną Polskę232.

Szczególne zaniepokojenie z powodu agresji ZSRR przeciwko Polsce i możliwej reakcji Aliantów powstało dnia 17 i 18 września w Waszyngtonie. Administracja Roosevelta uznała za bardzo prawdopodobne, że Francja i Anglia ogłoszą stan wojny z ZSRR - co zdaniem Departamentu Stanu mogło ogromnie skomplikować sytuację w Europie. 18 września Sekretarz Stanu Cordell Hull zwołał konferencję prasową w sprawie agresji ZSRR, lecz mimo nacisku przedstawicieli prasy nie umiał wyjaśnić, czy w opinii administracji USA Związek Radziecki znalazł się w sytuacji państwa uczestniczącego w wojnie, a więc wobec tego - czy jest konieczne ogłoszenie neutralności Stanów Zjednoczonych wobec stron zaangażowanych w tym konflikcie. Ambasador RP Jerzy Potocki nie miał oczywiście żadnych instrukcji i w ogóle nie podjął w tej sprawie żadnych działań. Prasa amerykańska nadzwyczaj surowo potępiła akcję ZSRR - co mogło było, rzecz jasna, dać propagandzie polskiej ewentualny punkt zaczepienia dla odpowiedniej akcji informacyjnej, ostrzegającej Zachód przed złudnymi nadziejami co do intencji i ostatecznych celów aktualnego sojusznika Rzeszy.

"New York Times" ogłosił 18 września 1939 artykuł wstępny pod tytułem Rosyjska zdrada - The Russian Betrayal. Znalazły się w nim znamienne zdania: "Skoro Niemcy dobiły ofiarę, Rosja radziecka porwała część łupu, której Rzesza nie mogła spożytkować. Przypadła Rosji szlachetna rola hieny u boku niemieckiego lwa".

Określenie Noble Role of Hyena to the German Lion zyskało przez kilka dni pewną popularność i było powtórzone przez wiele dzienników i czasopism w świecie. Stwierdzając, że aktualna sytuacja jest "beznadziejna dla Polski, a groźna dla Anglii i Francji", redakcja "New York Times" wyraziła opinię, o której pamięć miano w dwa lata później gorliwie w Ameryce zacierać:

Wszystko stało się wreszcie jasne: hitleryzm jest brunatnym komunizmem, stalinizm czerwonym faszyzmem. Świat zrozumie teraz, że jedynym realnym podziałem ideologicznym jest podział na demokrację, wolność i pokój z jednej, a despotyzm, terror i wojnę z drugiej strony ("At last the issue stands clear: Hitlerism is brown Communism; Stalinism is Red Fascism. The world will now understand, that the only real ideological issue is one between democracy, liberty and peace on one hand, and despotism, terror and war on the other").

Jednakże rooseveltowski Departament Stanu uważał za pragmatyczne inne stanowisko. Wydawany w Baltimore dziennik "Sun", który powszechnie uchodził za wydawnictwo stale inspirowane przez Departament Stanu, dnia 19 września ogłosił komentarz, sugerujący rządom Wielkiej Brytanii i Francji, aby wstrzymały się na razie z wypowiedzeniem wojny ZSRR i poczekały na rozwój sytuacji233. Z historycznego punktu widzenia nie jest ważne, że Paryż i Londyn były od takiej decyzji jak najdalsze. Istotna jest ogólna atmosfera ówczesnych komentarzy w najważniejszych ośrodkach politycznych świata: rozważanie ewentualnej wojny Aliantów z ZSRR jako realnej możliwości.

W ogólnym potępieniu agresji radzieckiej były co prawda wyjątki. Dyplomację i prasę europejską szczególnie zaskoczyło stanowisko rządu tureckiego. Ankara uznała wkroczenie Armii Czerwonej do Polski za akt wrogi wobec... Niemiec, nie zaś Aliantów czy Rumunii. Turecki minister spraw zagranicznych z dużym niepokojem wypytywał ambasadora brytyjskiego Knatchbull-Hugessena, czy przypadkiem Wielka Brytania, a "w szczególności Francja nie mają zamiaru potraktować akcji rosyjskiej jako casus belli i wyraził opinię, iż konieczne jest odczekanie na rozwój wypadków"234. Turecki dygnitarz miał zresztą w najbliższych dniach udać się z wizytą do Moskwy, a wypadki 17 września w niczym nie wpłynęły na realizację tych planów.

20 września odbyła się w Izbie Gmin debata na temat agresji ZSRR przeciwko Polsce235. Premier Chamberlain przedstawił Izbie w skrócie przebieg wypadków, oświadczył, iż mobilizacja Armii Czerwonej już od pewnego czasu skłaniała rząd brytyjski do poważnych obaw, że akcja taka może nastąpić, podtrzymał opublikowane w prasie, oświadczenie rządowe, wyraził pośrednio zdecydowane potępienie dla decyzji rządu ZSRR, a także wyrazy sympatii dla narodu polskiego i solidarności z Polską. W przemówieniu premiera nie była wspomniana nota brytyjska złożona w Moskwie 19 września, ani też zamiar jakichkolwiek dalszych kroków. Po wystąpieniu premiera i dwóch posłów z Labour Party do głosu dorwał się niejaki Gallacher, jedyny ówcześnie członek Izby Gmin z ramienia Partii Komunistycznej Wielkiej Brytanii. Nikt oczywiście nie przeszkadzał mu w demagogicznych wystąpieniach, więc Gallacher zajął sam ponad połowę czasu przeznaczonego na debatę w sprawach polskich. Atakując namiętnie rząd Chamberlaina, Gallacher poparł zdecydowanie akcję ZSRR, oskarżając Polskę o odrzucenie pomocy radzieckiej, gdy takowa była jej rzekomo proponowana. Cała jego wypowiedź była obszernie komentowanym powtórzeniem radzieckiego komunikatu agencji TASS z 17 września. Konserwatyści i labourzyści dość wyraźnie wzdragali się podczas przemówienia rozgorączkowanego posła komunistycznego. Poseł Price (Labour Party) wyraził ubolewanie, iż ZSRR zerwał ze swoją polityką czasów Litwinowa, kiedy propaganda radziecka głosiła, że "pokój jest niepodzielny". Lecz i ten członek Parlamentu znalazł swoiste wytłumaczenie dla agresji radzieckiej jako rzekomo zabezpieczającej interesy tego mocarstwa, co jego zdaniem - mimo ohydy agresji - mogło być zrozumiałe. Dyskusja wygasła prędko. Miała rozgorzeć w Izbie Gmin ponownie - i na większą skalę - w początkach października, gdy nadeszły wieści o ostatecznym układzie rozbiorowym między Niemcami a ZSRR z 28 września 1939.

W każdym razie 20 września stan opinii publicznej Wielkiej Brytanii nie znalazł w Izbie Gmin należytego odzwierciedlenia. Wiele istotnych momentów tej sytuacji poszłoby w zapomnienie, gdyby nie wnikliwa jej analiza, przeprowadzona dla swego rządu przez ambasadora Francji Corbina. Jego tajny raport w sprawie reakcji prasy i opinii publicznej Wielkiej Brytanii na agresję ZSRR przeciwko Polsce236 godzien jest nieco dokładniejszego przedstawienia.

Od chwili podpisania paktu z 23 sierpnia - stwierdza Corbin - podejrzewano w Wielkiej Brytanii istnienie tajnego protokołu niemiecko-radzieckiego, który dotyczy losów Polski. Toteż agresja 17 września dla brytyjskiej opinii publicznej nie była w zasadzie żadnym zaskoczeniem, niemniej wzbudziła powszechne oburzenie. Na tym tle jest oczywiste, iż rząd brytyjski, chociaż równie jak francuski zainteresowany w nieumacnianiu sojuszu niemiecko-radzieckiego, czuł się zmuszony do ogłoszenia deklaracji w tej sprawie.

Artykuły wstępne prasy brytyjskiej były bezpośrednio po 17 września utrzymane w tonie ostrym lub zgoła gwałtownym, bardziej niż relacje korespondentów zagranicznych, ulegających sugestiom Foreign Office. Komentarz "Timesa" z 18 września tak zdecydowanie potępił akcję ZSRR, iż wzbudziło to w Londynie nawet pewne zdumienie w kołach opiniotwórczych nienawykłych do czytania na łamach tego dziennika podobnie ostrych wystąpień. "Nie ma wątpliwości, że w tej chwili opinia angielska pragnęłaby skonkretyzowania swoich uczuć w jakimś jednoznacznym geście i że w wielu środowiskach posuwano się aż do brania pod uwagę hipotezy wojny z Rosją" (Corbin). Dużą satysfakcję wzbudził fakt, że oto ZSRR ujawnił bez żenady totalitarne oblicze swego systemu, jawnie sprzymierzając się z hitlerowską Rzeszą. Poza "Timesem" obszerne wypowiedzi na ten temat zamieścił "Daily Telegraph" i "Manchester Guardian". Natomiast koła lewicowe czuły się zażenowane. Skądinąd najbardziej wyrozumiali dla akcji radzieckiej okazali się liberałowie. Ich organ "News Chronicle" starał się zrzucić odpowiedzialność za ostatnie wypadki na rząd Chamberlaina, który rzekomo sabotował rokowania brytyjsko-francusko-radzieckie.

Szczególnie ostrą wypowiedź w duchu antypolskim ogłosił "New Statesman" pod tytułem Rewanż za Brześć. Zdaniem autorów tego artykułu, okupacja wschodniej Polski przez ZSRR przyniesie całemu światu niewątpliwą korzyść. "New Statesman" zaatakował namiętnie "Timesa", utrzymując, że wystąpienia najsłynniejszego dziennika brytyjskiego spowodują jedynie umocnienie sojuszu niemiecko-radzieckiego, dotąd koniunkturalnego i chwilowego. Jednakże - podkreślał Corbin - wystąpienia antypolskie i proradzieckie na łamach prasy brytyjskiej były tak odosobnione, że zanotować je trzeba jako swoiste curiosum.

Corbin trafnie spostrzegł antypolski ton wystąpień prasy liberalnej. Tradycje polityczne whigowsko-liberalne w Wielkiej Brytanii były z reguły wrogie Polsce, nie tyle zresztą z powodu jakiejś antypatii do Polski i Polaków, ile z racji niewytłumaczalnego sentymentu liberałów do despotyzmu rosyjskiego, dawniej carskiego, potem radzieckiego. Tymi właśnie tradycjami była w wielkim stopniu uwarunkowana wprost maniakalnie antypolska postawa liberalnego premiera Wielkiej Brytanii Davida Lloyd George'a w czasie Konferencji Wersalskiej 1919 roku. W latach trzydziestych liberałowie brytyjscy odgrywali już nikłą rolę polityczną, jednak nadal starali się lansować w Wielkiej Brytanii ideę polityki zagranicznej obliczonej przede wszystkim na schlebianie Rosji. Związany z liberałami słynny dramaturg George Bernard Shaw, ówcześnie już człowiek bardzo sędziwy, po wystąpieniu "Timesa" skierował do redakcji tego pisma list, w którym bronił usilnie polityki Stalina, utrzymując, że jest ona wyraźnie i dobitnie antyhitlerowska. Do wystąpienia Shawa nawiązał Lloyd George, w niedzielę 24 września 1939 publikując na łamach "Sunday Express" słynny artykuł What Is Stalin Up To?, utrzymany w duchu skrajnie antypolskim i zdecydowanie proradzieckim.

Biografowie Lloyd George'a wystąpienia tego nie wspominają, zapewne w intencji unikania kompromitacji swego bohatera, jako że ex-premier brytyjski dokonał w tej wypowiedzi sztuki wprost niezwykłej: prawie każde zdanie zawarte w artykule okazało się następnie kompletną bzdurą. Niemniej na wystąpienie Lloyd George'a sympatycy ZSRR w różnych krajach długo się powoływali.

Lloyd George utrzymywał więc, iż na długo przed akcją ZSRR państwo polskie faktycznie już nie egzystowało. Potępiał namiętnie Rząd RP za opuszczenie kraju - co było zresztą jedynym aspektem tej elukubracji, z którym trudno było polemizować. Piętnował ustrój Rzeczypospolitej przedwojennej jako "klasowy". Zwalczał gwałtownie stanowisko brytyjskiej opinii publicznej, która przychyliła się w większości do określenia roli Stalina jako "hieny u boku niemieckiego lwa". Z całą powagą zapewniał Brytyjczyków, że pogłoski o nowym rozbiorze Polski są zupełnie bezpodstawne. Zresztą - dowodził:

Białoruś nie jest polska, nie jest nią Ukraina. Oba te kraje zamieszkane są przez rasy zupełnie odmienne od Polaków. Polacy podbili Białoruś i odebrali ją Rosji w czasie wojny 1920 roku. Polska część Ukrainy została zaanektowana w 1919 roku przy użyciu sił zbrojnych, mimo zbrojnego oporu ludności tej prowincji. Rada Aliancka w Paryżu w 1919 roku protestowała gwałtownie przeciwko akcji Piłsudskiego, zmierzającej do aneksji przemocą tych obszarów. Rosjanie nie domagają się nawet jarda ziemi polskiej. Ogromna większość ludu ukraińskiego zamieszkuje w radzieckiej Ukrainie, która jest integralną częścią ZSRR. Traktat Wersalski nie uznał gwałtu dokonanego przez Piłsudskiego [sic]. To samo dotyczy Wilna, które zostało zaanektowane przez Piłsudskiego mimo formalnego protestu Ligi Narodów.

Mniejsza z tym, że w wizji Lloyd George'a Polska okresu 1918-1921 urosła do rangi niemal supermocarstwa, które narzucało przemocą zbrojną rozwiązania polityczne w Europie Środkowej wbrew intencjom wszystkich miejscowych narodów i wbrew stanowisku mocarstw zachodnich. Jest natomiast godne uwagi, że omówiona i cytowana powyżej część artykułu Lloyd George'a skonstruowana została w sposób nadzwyczaj przypominający swoim stylem oficjalne enuncjacje propagandy radzieckiej. Jeżeli nie tłumaczymy jednak tonu i treści artykułu ex-premiera bezpośrednią inspiracją ambasady ZSRR, to z powodu zakończenia tej wypowiedzi.

Otóż Lloyd George usilnie przekonywał swoich czytelników, że cała polityka ZSRR jest zdecydowanie antyniemiecka i antyhitlerowska, akt 17 września był zaś wymierzony przeciwko ekspansji Rzeszy w Europie Środkowej. Wyśmiewał supozycję, że między Berlinem a Moskwą zawarte zostało jakieś tajne porozumienie w kwestii polskiej. "Jest chyba jasne dla każdego - dowodził Lloyd George - że Rosja nie mobilizowałaby 4-milionowej armii po to tylko, aby umożliwić Niemcom przełamanie polskiego oporu, i tak bardzo słabiutkiego. Jest faktem, że ta ogromna siła skierowana jest nie przeciwko Polsce, lecz przeciwko Niemcom". Trudno snuć jakiekolwiek domysły na temat, czy "Sunday Express" z 24 września 1939 dostał się w ręce Józefa Stalina. Jeżeli jednak tak, to łatwo sobie wyobrazić furię, z jaką dyktator ZSRR czytał owe naiwne wywody Lloyd George'a. Gdyby tak Hitler wziął to na serio...

Jak stwierdza Corbin, artykuł Lloyd George'a mało kogo przekonał, ale z uwagi na autorstwo był wydarzeniem dużej rangi. Sugestia ex-premiera, że Polska jest krajem niezasługującym na byt niepodległy, a wydarzenia 1 i 17 września leżały właściwie w interesie Wielkiej Brytanii, skłaniała mimo wszystko do zastanowienia, tym bardziej że działania polskie po 17 września były prawie niezauważalne. Edward Raczyński pisze:

Zapoznawszy się z tym artykułem, zwołałem po południu do ambasady całą naszą obsadę prasową i z piórem w ręku do drugiej nad ranem wykrzesaliśmy wspólnie, głównie przy pomocy Czarnomskiego i Balińskiego, odpowiedź Lloyd George'owi. Odpowiedź tę próbowałem następnie ogłosić w "Timesie", a kiedy naczelny redaktor Geoffrey Dawson odmówił motywując, że skoro dziennik nie drukował inkryminowanego artykułu, również nie może w myśl swoich zasad drukować odpowiedzi, opublikowałem list do Llyod George'a w 3 tysiącach egzemplarzy i rozesłałem wszystkim członkom obu Izb, wszystkim szefom placówek dyplomatycznych w Londynie i ważniejszym osobistościom ze świata politycznego i dziennikarskiego w Londynie i na prowincji. [...] Lloyd George odpowiedział mi listem z dnia 27 września oraz artykułem w tymże "Sunday Express", z małym powodzeniem237.

"Times" zapewne ogłosiłby enuncjację Raczyńskiego, gdyby nie fakt, że akurat trzy dni wcześniej stał się obiektem dość dziwnych ataków ze strony niektórych posłów... konserwatywnych. M.in. niejaki Vyvyan Adams wykrzykiwał w Izbie Gmin dnia 22 września:

Jeśli Rosja potrzebowałaby usprawiedliwienia, że karmi Niemców i napełnia paliwem zbiorniki niemieckich samolotów, to znalazłoby to usprawiedliwienie w artykule wstępnym "Timesa". Pismo to nie bierze pod uwagę, że Rosja może być właśnie zaangażowana w odgradzanie Niemiec od Ukrainy i Bałkanów. Nie przegramy tej wojny, lecz sukces nie będzie zasługą "Timesa". Ufam, iż rząd JKMości znajdzie sposób, aby odciąć się publicznie od tej szczególnie krótkowzrocznej gazety. [...] Szczęśliwy jestem, że lord Halifax spotkał się wreszcie z rosyjskim ambasadorem. Nawet burzliwe kontakty są lepsze, niż brak kontaktów w ogóle. [...] Jednej rzeczy możemy być pewni: że rosyjskie wkroczenie do Polski nie jest posunięciem, które spotkałoby się z uznaniem naszego wroga238.

Nie wiemy, czy Mr. Adams dożył chwili, gdy mógł przeczytać korespondencję Schulenburga z Ribbentropem i stwierdzić, iż agresja ZSRR 17 września nie tylko była zgodna z intencjami Rzeszy, ale nastąpiła wręcz na żądanie Berlina. Mniejsza z tym. Corbin zauważa słusznie, że brak rozeznania w intencjach rządu radzieckiego skłaniał do stopniowego złagodzenia bezwzględnego początkowo stanowiska brytyjskiej opinii publicznej wobec aktu 17 września.

Jest w każdym razie faktem niewątpliwym, że ogromne wzburzenie brytyjskiej (i w ogóle światowej) opinii publicznej z powodu agresji ZSRR przeciwko Polsce, które wybuchło z całą mocą dnia 17 września, a trwało przez 18, 19 i 20 września, po kilku dniach zaczęło przygasać. Przez trzy lub cztery dni opinia publiczna Wielkiej Brytanii skłonna była, jak się wydaje - w większości, poprzeć nawet deklarację wojny przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Potem nastroje się zmieniły, górę wziął "rozsądek". Nie było już czego bronić. Naczelne władze RP opuściły terytorium państwa, nie było już w Polsce Naczelnego Dowództwa. Gdyby Rząd RP żądał przeciwko nowej agresji pomocy (choćby tylko dyplomatycznej, nie wojskowej, bo ta ostatnia - realnie rzecz biorąc - była zupełnie niemożliwa) od obu mocarstw sprzymierzonych - ale z terytorium Rzeczypospolitej, opinia publiczna Francji i Wielkiej Brytanii wywarłaby zapewne w tej kwestii silny nacisk na rządy swoich państw. Po 21 września nastroje poczęły stygnąć, Polskę uznano za straconą, górę brać poczęło wishful thinking: a może jednak Stalin zerwie z Hitlerem, może Armia Czerwona uderzy na Niemcy? Z groteskowego wręcz bezsensu takich pomysłów nikt sobie nie zdawał sprawy, co dowodzi zresztą (po raz nie wiadomo który), że wywiady Francji i Wielkiej Brytanii w ZSRR praktycznie w ogóle nie istniały.

Po 21 września sądzono na Zachodzie, że wojna w Polsce już się skończyła. Nikt zresztą nie zdawał sobie sprawy, że po 17 września Polskie Siły Zbrojne stawiają opór nie tylko Wehrmachtowi, ale i Armii Czerwonej. Nikt nie relacjonował desperackich, bohaterskich walk na ziemiach wschodnich RP, toczonych z pobudek patriotycznych przez część oddziałów WP wbrew małodusznemu rozkazowi Naczelnego Wodza i wbrew godnej pogardy postawie niektórych wyższych oficerów. Niestety, nikt tej patriotycznej ofiary propagandowo nie wykorzystał. Zachód o bojach tych nie wiedział. Polska służba informacyjna poza krajem milczała..., sama nie mając żadnych wiadomości. Największą tragedią Września 1939 jest polityczne zmarnowanie czynu patriotycznego tej części wojsk polskich, która nie chciała poddać się bez walki nowemu agresorowi.

xii. Wojna polska bez Rządu i Naczelnego Dowództwa

Aczkolwiek rząd radziecki nie stwierdził bynajmniej, że dnia 17 września rozpoczął działania wojenne przeciwko Polsce, znacznie bardziej szczere i niedwuznaczne stanowisko zajęło Naczelne Dowództwo Armii Czerwonej. Wieczorem 17 września 1939 agencja TASS ogłosiła "komunikat wojenny Sztabu Generalnego Robotniczo-Włościańskiej Armii Czerwonej", który następnego dnia przedrukowała większość prasy nie tylko radzieckiej, ale i światowej239. Wydawanie komunikatów wojennych w warunkach pokoju jest raczej nieznane, sam fakt opublikowania takiej informacji świadczył więc o charakterze operacji radzieckiej. Komunikat Armii Czerwonej głosił:

Od rana 17 września wojska Robotniczo-Włościańskiej Armii Czerwonej przekroczyły granicę na całej linii zachodniej od rzeki Zachodnia Dźwina (nasza granica z Łotwą) do rzeki Dniestr (nasza granica z Rumunią). Odrzucając słabe oddziały przednie oraz rezerwy armii polskiej, do wieczora 17 września wojska nasze osiągnęły:

Na północy, w zachodniej Białorusi, miasto Głębokie, stację kolejową Parafianowo, zdobyły węzeł kolejowy Mołodeczno oraz miasto Wołożyn. W kierunku na Baranowicze oddziały Armii Czerwonej sforsowały rzekę Niemen i zajęły miasto Korelicze, miasto Mir, Połoneczka, węzeł kolejowy Baranowicze i Snow [sic]. Na południu, w zachodniej Ukrainie, nasze wojska zajęły miasta: Równe, Dubno, Zbaraż, Tarnopol i Kołomyję.

Nasze lotnictwo zestrzeliło 7 myśliwców i zmusiło do lądowania 3 ciężkie bombowce240, których załogi zostały zatrzymane.

Brak do dzisiaj nadzwyczaj potrzebnego opracowania dokumentalnego Bitwy i potyczki z Armią Czerwoną w czasie Kampanii Wrześniowej 17 IX-5 XI 1939. Tego rodzaju kompletne, a w każdym razie zmierzające do kompletności, zestawienie wszystkich starć zbrojnych z wojskami radzieckimi na ziemiach Rzeczypospolitej umożliwiłoby wreszcie ocenienie rozmiarów i realnych możliwości militarnych oporu polskiego w województwach wschodnich. O ile walki (i niestety jakże częste ich zaniechania) w rejonie Podola są jeszcze stosunkowo dobrze znane, to wszystko, co działo się na północ od województwa tarnopolskiego, stanisławowskiego i lwowskiego znamy bardzo fragmentarycznie i bez należytej dokumentacji źródłowej. Do ubogiego stanu wiedzy na ten temat trochę cennych danych i refleksji dorzuciły niedawne prace Zygmunta Godynia241, Zbigniewa S. Siemaszki242 i Karola Liszewskiego243.

Przytoczony powyżej komunikat Armii Czerwonej zastanawia z jednego powodu: prawie wszystkie wymienione w nim miejscowości leżą o 30 do 50 km od granicy z ZSRR. Tyle tylko zdołały osiągnąć oddziały radzieckie w ciągu całego dnia 17 września. Można więc mniemać, że jednostki polskie stawiły w rejonie północnym opór silniejszy niż na południu, gdzie tempo marszu Armii Czerwonej (od Borszczowa ku Kołomyi i Kutom) wyniosło rzekomo aż 120 km w ciągu jednego dnia. Jedynie Baranowicze leżą o 60 km od ówczesnej granicy, komunikat radziecki wspomina jednak tylko o "węźle kolejowym Baranowicze", leżącym poza miastem, nie zaś w samym mieście.

Nasuwa się konstatacja zastanawiająca: można sądzić, że im dalej od miejsca postoju Naczelnego Dowództwa WP w dniu 17 września, tym opór oddziałów WP wobec agresji ZSRR był silniejszy. Wytłumaczyć to można tylko w jeden sposób: po prostu słabość polskiej łączności i telekomunikacji zapobiegła dotarciu "dyrektywy ogólnej" do województw poleskiego, wołyńskiego, nowogródzkiego i wileńskiego. Czytelnik sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co w świetle podobnych faktów sądzić o postawie Naczelnego Dowództwa i Rządu RP w dniu 17 września. Historyk woli się uchylić od formułowania własnej opinii.

Jak parokrotnie stwierdziliśmy, w studium niniejszym interesują nas głównie aspekty polityczne wydarzeń 17 września w skali ogólnokrajowej i międzynarodowej. Pomijamy więc walki i potyczki, postawę ludności polskiej oraz ludności ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej na tych obszarach - wobec wkroczenia Armii Czerwonej. Sprawy to ważne, lecz godne osobnego opracowania. Pozostają do zanalizowania liczne problemy na poziomie polityki ogólnopaństwowej.

Niewiele wiadomo o stopniu poinformowania społeczeństwa i armii w kwestii sytuacji państwa dnia 17 września - w północno-wschodniej części Rzeczypospolitej. W części południowo-wschodniej (jak się niżej okaże z paru przykładów) stopień poinformowania był równy zeru, a co gorsza, krążyły bezsensowne pogłoski, powodujące odejście wielu oddziałów od powinności patriotycznej. Raz jeszcze trzeba stwierdzić, że nieprzygotowanie odpowiednich środków informacji masowej na okres wojny obciąża fatalnie konto historyczne ekipy rządowej 1939 roku, tym bardziej że było to nie tylko możliwe, ale nawet stosunkowo łatwe.

Z informacji, że Baranowicze zostały zajęte przez Armię Czerwoną najwcześniej późnym wieczorem 17 września, wynika pytanie o dużym znaczeniu polityczno-historycznym: co robiła od świtu do popołudnia dnia 17 września obsada stacji Polskiego Radia w Baranowiczach. Istnieje niepotwierdzona wersja, jakoby stacja ta była atakowana przez lotnictwo niemieckie w pierwszych dniach września i uszkodzona - do jakiego jednak stopnia, nie wiadomo. Była to najnowocześniejsza rozgłośnia Polskiego Radia, położona najbardziej na wschód, najdalej od frontu niemieckiego. Otwarta ostatecznie 30 października 1938 roku, radiostacja w Baranowiczach pracowała na fali 576,9 m (520 kilocykli), z mocą w antenie 50 KW244. Otóż o pracy rozgłośni baranowickiej we wrześniu 1939 roku brak jest jakichkolwiek informacji. Wspominana jest praca rozgłośni warszawskich, także rozgłośni lwowskiej i wileńskiej. Są nawet opinie, że 17 września działały już tylko radiostacje w Warszawie i w Wilnie. A Baranowicze? Najnowocześniejsza (powtarzamy) radiostacja polska, do świtu 17 września najbardziej bezpieczna i oddalona od frontu? Do chwili pisania tych słów rzeczywistych ówczesnych wydarzeń w rozgłośni w Baranowiczach nie udało się wyjaśnić.

Zastanawiające są niektóre relacje ludzi, którzy byli świadkami wydarzeń 17 września, przeżyli wojnę i znaleźli się w sytuacji, umożliwiającej im składanie uczciwych relacji historycznych. Pewien kolejarz ze Zdołbunowa twierdzi, iż "dnia 17 września, gdy wojska sowieckie poczęły przekraczać polską granicę, otrzymałem depeszę z Ministerstwa Komunikacji, które w tym czasie znajdowało się w Równem, by wszyscy pracownicy kolejowi pozostali na miejscu i wykonywali zarządzenia władz sowieckich. Depeszę tę podpisał dyrektor Departamentu Finansowego U.245. Depeszę tę ponowił [sic] miejscowy starosta I., który rozmawiał ze mną w tej sprawie telefonicznie"246. Najbardziej zastanawiające jest zeznanie niejakiego J.Ż. z Ostroga nad Horyniem: "dnia 17 września 1939 o godzinie 4 rano Armia Czerwona przekroczyła granicę. Władze nasze nie stawiały oporu, gdyż poprzednio247 przyszedł telefonogram, że bolszewicy idą nam na pomoc. Niektórzy więc witali ich z entuzjazmem"248.

"Poprzednio"? A więc najpóźniej o godzinie 3.00 rano, dnia 17 września, lub wręcz w ciągu dnia 16 września. Kto nadawał tego rodzaju telefonogramy i depesze? Historykowi nasuwa się przypuszczenie, iż radziecka infiltracja agenturalna części polskiej administracji i niektórych środowisk oficerskich WP była w 1939 roku większa, niż dzisiaj się przypuszcza. Niżej przytoczone przykłady zachowania się niektórych wyższych oficerów nad granicą wschodnią dnia 17 września popierają niestety tę przygnębiającą hipotezę249. Profesor St. Swianiewicz, dyskutując sprawę "dyrektywy ogólnej" Naczelnego Wodza z dnia 17 września, wysuwa przypuszczenie, że pogłoski na ten temat były "bardzo zręczną prowokacją sowiecką"250. Dyrektywa była faktem, ale supozycje na temat informacyjnych prowokacji radzieckich przed i w czasie dnia 17 września wydają się bardzo uzasadnione. Trudno się dziwić, że ten aspekt Września 1939 nie został dotąd zbadany i wyjaśniony. W kraju jest to jeszcze niemożliwe. Na emigracji również, gdyż ludzie, którzy odegrali we wrześniu 1939 roku jakąkolwiek rolę dziejową, z natury rzeczy nie są skłonni do przyznania, że ktokolwiek spośród nich ulegał - choćby nieświadomie - dywersyjnej inspiracji służb tajnych ZSRR. Problem ten będzie mógł być wyjaśniony dopiero w końcu XX wieku, gdy odejdą spośród nas ostatni uczestnicy Kampanii Wrześniowej, a zgromadzone na Zachodzie dokumenty polskie dostaną się w ręce nowego pokolenia niezależnych badaczy, niepamiętających już osobiście Września. Naturalnie, całkowite wyjaśnienie przyniosłoby otwarcie archiwów radzieckich, lecz na to trudno jest liczyć.

Bez względu na to, jakie dywersyjne telefonogramy i inne informacje nadchodziły dnia 17 września do ośrodków administracyjnych i dowództw polskich nad granicą wschodnią, osobnym problemem jest sprawa nadzwyczaj chętnego i łatwego dawania im wiary przez znaczną część ludzi, mających prawo i obowiązek podejmowania decyzji o znaczeniu politycznym. Dowodzi to, że wychowanie patriotyczne w niepodległej Rzeczypospolitej było - jeśli idzie o problem ZSRR - ustawione w sposób szczególny.

Propaganda PRL od wielu lat usiłuje przekonać społeczeństwo, jakoby przed 1939 rokiem dominowała w Polsce tendencja "antyradziecka". Fałsz tego twierdzenia pojmie każdy, kto choćby pobieżnie przerzuci roczniki gazet i czasopism prorządowych z lat trzydziestych. O ile doniesienia PAT i komentarze prasowe eksponowały, nawet w roku 1934, w chwili swoistego "odprężenia" między Berlinem a Warszawą, wszelkie przejawy totalizmu w Rzeszy i antypolskiej postawy Niemiec, o tyle wobec ZSRR przez cały okres lat trzydziestych starano się wykazywać maximum dobrej woli, demonstrując nawet - pełną rezerwy, ale jednak - przychylność wobec państwa, które w przeciwieństwie do Niemiec nie zgłaszało wobec Rzeczypospolitej żadnych pretensji terytorialnych i uznawało w pełni rzeczywistość niepodległej Polski. Bardzo znamienne jest usilne tonowanie w końcu lat trzydziestych (1936-1939) we wszelkich informacjach z ZSRR i komentarzach na temat sytuacji wewnętrznej w Związku Radzieckim - spraw ludobójstwa, czystek politycznych i masowych egzekucji, fizycznego likwidowania wewnątrzpartyjnej opozycji. Na łamach prasy polskiej informacje na ten temat pojawiały się co prawda - za agencjami zachodnimi - dość często, a każdy czytelnik, który zwróciłby na nie uwagę, mógł wyrobić sobie właściwy pogląd na sytuację w imperium Stalina. Rzecz w tym, że cały ton i kontekst wszelkich komentarzy politycznych odwracał uwagę od groźby ZSRR, tak że poza nielicznymi wyjątkami nikt nie miał impulsu do pełnego uświadomienia sobie, jak wielkim niebezpieczeństwem dla niepodległości Polski jest radziecki totalizm. Co gorsza, zamykano oczy nawet na sens informacji o pierwszych próbach zbliżenia hitlerowsko-stalinowskiego w 1939 roku. Miało to wszystko skutek tragiczny. Z uporem wychowywano społeczeństwo polskie w przeświadczeniu, iż jedyne realne niebezpieczeństwo może przyjść z zachodu, że ze strony wschodniej nic właściwie nie grozi. W 1939 roku sfery rządowe nie były oczywiście zbyt skłonne do ryzykowania niepodległości Polski przez zgodę na wprowadzenie Armii Czerwonej na terytorium państwa przed wybuchem wojny z Niemcami, ale i one - jak wyżej przedstawiono - w ogóle nie brały pod uwagę możliwości wspólnego z Rzeszą ataku ZSRR na osamotnioną Polskę. Wielkim nakładem starań propagandy rządowej ustawiono emocje społeczeństwa w sposób bardzo niebezpieczny, wytworzono ogromną dozę odruchów antyniemieckich, przy jednoczesnym zneutralizowaniu wszelkich obaw wobec ZSRR, a nawet zaszczepieniu ziarna nadziei, że - pewnego dnia - społeczeństwo polskie znajdzie za wschodnią granicą sprzymierzeńca przeciwko Niemcom, z którym współpraca - skoro tylko Moskwa wyrzeknie się ewentualnych zakusów na polskie terytorium i polską niepodległość - będzie możliwa, realna i skuteczna. Nic dziwnego, że dnia 17 września inspiracje te wydały owoc tragiczny.

Historia grupy z Brzeżan, którą przedstawił w swych wspomnieniach Bronisław Młynarski251, jest szczególnie znamienna dla losów znacznej części, jeżeli nie większości wojsk polskich na południowo-wschodnich obszarach RP dnia 17 września. Dnia 13 września Młynarski znalazł się w Dubnie, gdzie koncentrowano znaczne siły polskie. Liczba oficerów wynosiła około 500. Korzystając ze sporych zapasów broni ręcznej i maszynowej, zgromadzonych w Dubnie, uformowano kilka oficerskich kompanii piechoty. 15 i 16 września - notuje Młynarski - "łączność ze sztabem Naczelnego Wodza, o ile nam było wiadomo, sprowadzała się do zera, radio było sparaliżowane"252. Jest zdumiewające, że - według Młynarskiego - nawet łączność telefoniczna z Kołomyją praktycznie nie istniała. Rzecz zapewne w tym, iż połączenia międzymiastowe na ziemiach południowo-wschodnich w 1939 roku musiały przechodzić przez Lwów, Lwów był zaś już obiektem poważnego natarcia niemieckiego. Niemniej w dniach 14-16 września istniały wszelkie możliwości zmontowania połączeń zastępczych, np. przez Tarnopol i Stanisławów. W jaki sposób Naczelny Wódz chciał organizować obronę na "przedmościu rumuńskim", jeżeli nie miał łączności ze zgrupowaniami w województwach tarnopolskim, wołyńskim, poleskim, nowogródzkim i wileńskim, na ten temat trudno się dzisiaj wypowiadać.

17 września zapanowała w Dubnie kompletna dezorientacja. Wyżej przytoczyliśmy relację Młynarskiego o zachowaniu się młodego dowódcy baterii przeciwlotniczej, który spontanicznie wstrzymał ogień do samolotów obcych nadlatujących nad miasto, skoro stwierdził, że są to samoloty bojowe radzieckie. "Pojawienie się lotnictwa sowieckiego jest dobrym zwiastunem" - twierdzili wyżsi oficerowie garnizonu dubieńskiego. - "Apelowali, byśmy zachowali zimną krew i spokój, i oczekiwali dalszych rozkazów"253.

Nastąpiły potem wydarzenia, które poważnie zastanawiają dzisiejszego historyka. Podkreślamy, że wszystkie nasze niżej przedstawione opinie oparte są na założeniu, że relacja Młynarskiego jest - w najogólniejszych przynajmniej zarysach - dokładna i ścisła. Nie ma jednak powodów, aby w nią wątpić. Młynarski przedstawił niewątpliwie prawdę, a tym samym - choć nie całkiem świadomie - sformułował ciężkie oskarżenie historyczno-polityczne przeciwko dowódcom garnizonu w Dubnie dnia 17 września.

Rzeczywistym dowódcą grupy bojowej w Dubnie był płk Jan Skorobohaty-Jakubowski, późniejszy "tymczasowy Delegat Rządu RP" w 1940 roku w konspiracji w Warszawie254. Młynarski pisze: "O godzinie 3 po południu zjawił się w koszarach płk Jakubowski i zarządził natychmiastową zbiórkę. [...] Przybył w towarzystwie gen. bryg. Leona Billewicza, którego przedstawił nam jako dowódcę garnizonu Dubna". Po kilkuminutowej naradzie między Billewiczem a Jakubowskim

[...] pułkownik przystanął, przybrał postawę na baczność, odchrząknął i zmienionym głosem, nieco drżącym, przemówił: - Panowie oficerowie! Dzisiaj, dnia 17 września we wczesnych godzinach rannych, sowieckie wojska o dużej sile przekroczyły granicę Rzeczypospolitej na całej jej długości. Szczegółów brak. Natomiast otrzymałem rozkaz [sic], który panom przekazuję: mianowicie, by nie stawiać żadnego absolutnie oporu w razie spotkania oddziałów Armii Czerwonej, która wkroczyła do naszego kraju, by łącznie z nami walczyć z najeźdźcą niemieckim. Pogłosek rozmaitych kursuje już wiele. Proszę nie dawać im wiary. Uzyskałem prawo wymienienia jednej pogłoski [sic]: że w kilku punktach granicznych doszło do zbratania się broni, co mam nadzieję, jest prawdą. Mam również nadzieję, że będzie to zjawiskiem powszechnym255.

Całe to wystąpienie płk. Jakubowskiego było bardzo niezwykłe. Przede wszystkim: działo się to dnia 17 września o godzinie 15.00. Jeżeli można sądzić z zachowanych dokumentów, nadawanie "dyrektywy ogólnej" Naczelnego Wodza rozpoczęło się w Kołomyi o godzinie 16.00. Pomijając stwierdzony wyżej fakt braku wszelkiej łączności między Kołomyją a Dubnem, jest zastanawiające, że rozkaz "niestawiania oporu" ogłoszono w Dubnie godzinę wcześniej, niż został nadany z Kołomyi... Nasuwa się jedyne możliwe wytłumaczenie: iż pośrednikiem informacyjnym, antycypującym rozkaz Naczelnego Wodza WP w przekazaniu go do Dubna, była... agentura radziecka. Wstrzymujemy się przed dalszymi supozycjami co do rzeczywistej roli płk. Jakubowskiego we wrześniu 1939 roku.

Jeżeli nawet pominąć taką - może zbyt daleko idącą, choć jedynie logiczną - interpretację postawy płk. Jakubowskiego dnia 17 września, pozostają inne wątpliwości. W jakim celu oficer ów zaostrzył ad extremum sens "dyrektywy" Naczelnego Dowództwa? Dlaczego kłamał (bowiem kłamał oczywiście i świadomie) na temat rzekomego "bratania" się oddziałów Wojska Polskiego z Armią Czerwoną, w chwili, gdy pod Uścieczkiem dogorywał jeszcze opór zbrojny pułku KOP "Horodenka-Czortków"? Jakim prawem pozwolił sobie na deklaracje i rozkazy, przesądzające o polityce Rządu RP wobec ZSRR w tym dramatycznym momencie dziejowym? W każdym razie historyk ma przykry obowiązek stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że dnia 17 września 1939 płk Jan Skorobohaty-Jakubowski swoim zachowaniem w garnizonie polskim w Dubnie dopuścił się ciężkiego występku przeciwko interesom państwa. Jest zastanawiające, że oficer ten wydostał się bez szwanku z matni między Dubnem a Stanisławowem, nie dostał się do niewoli radzieckiej ani niemieckiej, jak się wydaje, dostał się natomiast na Zachód, a potem wrócił do Warszawy, obdarzony wyjątkowym zaufaniem emigracyjnego Rządu RP i władz konspiracyjnych w Polsce - jako "tymczasowy Delegat Rządu RP". Powstaje pytanie, czy w siedzibie Rządu RP we Francji w Angers wiedziano o zachowaniu płk. Jakubowskiego dnia 17 września? A jeżeli nie wiedziano o tym nic, to w jaki sposób - bez uprzedniego sprawdzenia postawy tego oficera w czasie Kampanii Wrześniowej - mogło dojść do mianowania go na tak odpowiedzialne stanowisko?

Mimo drugorzędnej faktycznie roli w Dubnie, odpowiedzialność większą nawet, niż płk Jakubowski, ponosi gen. Leon Billewicz, jako wyższy rangą, a więc obciążony większymi obowiązkami. Młynarski przedstawia Billewicza jako sui generis "kościanego dziadka", "starego weterana Armii Polskiej"256. Zapomniał dodać, że także - rosyjskiej. Nasuwa się w tym miejscu uwaga, że jeżeli w Kampanii Wrześniowej generałowie i wyżsi oficerowie pochodzenia legionowego spełnili uczciwie, a niekiedy bohatersko swój obowiązek patriotyczny na polu bitwy, to generałowie wywodzący się z dawnej armii carskiej zachowywali się niekiedy w sposób kompromitujący257. Gen. Władysław Anders jest na tym tle wybitnym i szlachetnym wyjątkiem.

Po przemówieniu na dziedzińcu garnizonu w Dubnie płk Jakubowski nakazał wymarsz 500 oficerów w kierunku na Beresteczko. Już sama ta trasa zastanawia, gdyż z Dubna najprostsza droga na południowy zachód, w stronę "przedmościa rumuńskiego", prowadziła twardą szosą przez Brody i Złoczów. Wędrówka bocznymi szlakami przez Pełczę, Demidówkę i Ostrów (łącznie 56 km) wiodła raczej na zachód niż ku granicy węgierskiej lub rumuńskiej. Kolumna załadowana była na ciężarówki i furmanki chłopskie. Cały ten orszak poruszał się zapewne dość wolno, zdumiewa więc fakt, że dość rychło zdołał dotrzeć aż do Brzeżan (przez Leszniów, Brody, Złoczów, Pomorzany - razem około 120 km).

Pod Brzeżanami, we wsi Potutory, kolumna dostała się po raz pierwszy w ogień Armii Czerwonej. Było to w nocy z 17 na 18 września. Bez żadnego ostrzeżenia czołówka radziecka otworzyła do maszerujących ogień z ciężkiej broni maszynowej. Kilkudziesięciu zabitych i rannych nie otrzeźwiło jednak dowództwa tego szczególnego pochodu, ani - co gorsza - podwładnych mu oficerów, którzy w milczeniu akceptowali sugestię, że wojska radzieckie "bratają się" z polskimi dla wspólnej walki przeciwko Niemcom. Kolumna cofnęła się do Brzeżan. Rankiem 18 września grupa znalazła się w mieście - jeszcze wolnym od radzieckiej okupacji. Dość liczna formacja polska najwidoczniej samą swoją obecnością powstrzymała zamysły radzieckie kuszenia się o zajęcie tego terenu.

Nawiasem można dodać, że odległość Brzeżan od granicy w Wołoczyskach wynosiła około 100 km po drodze utwardzonej (przez Tarnopol). Jest to mniej, niż szlak do Kołomyi, Kut i Kosowa, gdzie wojska radzieckie dotarły rzekomo już o godzinie 20.00 dnia 17 września.

Według relacji Młynarskiego, w nocy z 18 na 19 września z luźnych jednostek bojowych WP uformowała się w Brzeżanach dość liczna grupa bojowa, w sile około 10 tysięcy ludzi. W jej ramach znajdował się m.in. pułk artylerii najcięższej, którego przydatność w polu była problematyczna (ciężkie moździerze 210 mm), lecz również co najmniej dwa bataliony saperskie, co najmniej dwa dywizjony artylerii polowej (a więc ponad 20 armat kalibru 75 mm, być może nawet haubic 100 mm), kilka szwadronów kawalerii, kilkanaście kompanii piechoty258. Była to więc grupa o sile niewiele ustępującej zgrupowaniu gen. Franciszka Kleeberga, które zakończyło pod Kockiem Kampanię Wrześniową dnia 5 października 1939. Tyle że grupa gen. Kleeberga wiedziała, że ma walczyć. Natomiast podkomendni płk. Jakubowskiego ciągle nie byli w pełni świadomi, czy mają do czynienia z nieprzyjacielem, czy może... sojusznikiem. Co prawda (jak świadczy Młynarski) już 18 września w grupie tej zapanował ferment moralny, a spora część oficerów spoglądała niechętnie na niepoczytalnego dowódcę259. Jest mimo wszystko zastanawiające, że w czasie tego marszu, podczas kampanii, gdy posądzenia o dywersję rodziły się nadzwyczaj łatwo, nikomu nie przyszło do głowy zasadnicze pytanie: może płk Jakubowski w swoim uporczywym "nie strzelać" miał jakiś cel szczególny?

Grupa, częściowo zmotoryzowana, ruszyła na zachód, przez Kurzany i Łopuszną na Rohatyń (łącznie 30 km). Oficerowie zastanawiali się, że tego dnia (ranek 19 września) Luftwaffe nie atakowała już dróg w tym rejonie Polski. Komentowali też informacje, że front niemiecki zatrzymał się na linii Bugu i pod Lwowem. Dowodziło to - pisze Młynarski - że "pomiędzy armią niemiecką a Armią Czerwoną nastąpiło jakieś wyraźne współdziałanie i porozumienie co do terenu działania w Polsce"260. Konkluzja była arcytrafna, lecz wniosków z niej nie wyciągnięto. Marsz grupy był coraz mniej składny. Dowództwo zatrzymywało pochód na każdym skrzyżowaniu dróg, zasięgając języka u miejscowej ludności.

Przez Knihynicze kolumna dotarła do Żurawna, położonego o 40 km na wschód od Stryja. Pod Żurawnem zapadła decyzja, której skutków główny sprawca, płk Jakubowski, miał na sobie dziwnym trafem nie odczuć: zamiast na zachód do Stryja (wolnego jeszcze od okupacji niemieckiej i radzieckiej) lub na południe (przez Sulatycze, Sokołów, Bolechów, Hoszów, Wełdziesz - ku Przełęczy Tatarskiej), skierowano kolumnę na południowy wschód, ku Kałuszowi. Dzień wcześniej przechodziła w pobliżu 10. brygada zmotoryzowana, ale teraz nie było już tutaj żadnych większych sił polskich. O godzinie 19.00 dnia 19 września, pod wsią Dolna Kałuska, dziesięciotysięczna kolumna bojowa WP wpadła w zasadzkę jakiegoś oddziału Armii Czerwonej. Już to samo jest dowodem, że dowódca grupy nie zadbał o zabezpieczenie marszu przez odpowiednie rozpoznanie terenu. Niemniej sytuacja nie była beznadziejna. Przecież była to kolumna o sile prawie dywizji piechoty! Dwa co najmniej dywizjony artylerii polowej stanowiły siłę mogącą otworzyć ogniem drogę ku granicy węgierskiej.

Stanisław Swianiewicz pisze jak najsłuszniej: "Dlaczego nie użyto owych kilku dywizjonów artylerii, aby otworzyć drogę dla całej kolumny? [...]. Prawdopodobnie wola dowództwa była sparaliżowana legendą o tym rzekomym rozkazie, aby nie stawiać oporu Armii Czerwonej"261.

Rozkaz Naczelnego Dowództwa - powtarzamy - był nie rzekomy, lecz rzeczywisty, ale nie świadczyło to o niczym. W dwa dni po opuszczeniu kraju przez Naczelne Dowództwo, a w każdym razie w trzy dni po zerwaniu z nim wszelkiej łączności, do dalszego wykonywania takiego rozkazu nie było już żadnego uzasadnienia. Prosty instynkt dowódczy, w sytuacji ataku nieprzyjacielskiego na kolumnę w marszu, powinien był skłonić do wydania rozkazu do formowania się do obrony w terenie, odprzodkowania dział i otwarcia ognia artyleryjskiego... nawet na ślepo, bez obserwacji nieprzyjaciela. "Tu i ówdzie po naszej stronie wołają: Nie strzelać! Taki był rozkaz!"262 Jak się wydaje, w tym momencie nikt już faktycznie grupą nie dowodził. Nie wszyscy jednak oficerowie ulegli psychozie kapitulacji bez walki. Zerwał się jeden - "wysoki, chudy, szpakowaty, o krzaczastych brwiach i orlim nosie [...] z rewolwerem w dłoni wskazującym na przeciwnika, woła gromkim głosem: Za mną, panowie oficerowie! W prawo, w lewo, tyralierą!". Poderwało to nawet niektórych, lecz na krótko. Samozwańczy dowódca ataku, oficer, który wykazał ducha bojowego godnego tradycji Rzeczypospolitej, padł ciężko ranny. Nie było dowództwa, nie było przede wszystkim rozkazu i informacji - co czynić, jak się zachować.

[...] Oblatywał strach, po prostu strach, dławiący, podcinający oddech, grubo gorszy aniżeli tak zwana cykoria, gdy świszczą kule, gdy z góry wiadomo, że albo trafi, albo nie trafi. Ciemne olbrzymie widmo zdawało się zbliżać miarowo, rytmicznie, gniotąc swą masą i ciężarem, od którego nie było ucieczki, jak we śnie, gdy ściganemu przez marę nogi ołowianymi się stają263.

Za los tych ludzi, którzy wpędzeni w zasadzkę nawet nie umieli walczyć i użyć swej broni, aby siłą przebić się ku granicy węgierskiej, historyczną odpowiedzialność w ostatecznej instancji ponosi przede wszystkim Edward Rydz-Śmigły. Nie on jednak dowodził osobiście całym tym zgrupowaniem. Formalnie dowodzić powinien gen. Leon Billewicz. Jeżeli nawet próbował, nie potrafił sprostać wymogom sytuacji. Za swoje winy zapłacił cenę najwyższą: internowany w Starobielsku, w pół roku później poniósł tragiczną śmierć w miejscu kaźni analogicznym do Katynia.

Faktycznym dowódcą zgrupowania był płk Jan Skorobohaty-Jakubowski. Jest bardzo zastanawiające, że on właśnie do niewoli radzieckiej się nie dostał. Czyżby opuścił zawczasu swoje oddziały? Jest to supozycja dla płk. Jakubowskiego względnie najłagodniejsza. Może być bowiem także inna: że się do niewoli radzieckiej pod Dolną Kałuską dostał, ale został - rychło i dyskretnie - z niej zwolniony...

O godzinie 20.00 było już po wszystkim. Cała dziesięciotysięczna kolumna wojskowa niemal bez walki oddała się Armii Czerwonej. Do granicy węgierskiej miała jeszcze 120 km po drogach twardych, w terenie wolnym na razie od obcej okupacji.

Wszyscy oficerowie tego zgrupowania dostali się do niewoli radzieckiej i umieszczeni zostali w Starobielsku. W kwietniu i maju 1940 roku znaleźli tragiczną śmierć prawdopodobnie w Dergaczach pod Charkowem264. Bronisław Młynarski ocalał przez przypadek - razem z niewielu kolegami. Dzięki temu znamy dzisiaj wydarzenia na trasie między Dubnem a Dolną Kałuską w dniach 17-19 września 1939.

W dniu 17 września 1939 Stanisław Swianiewicz znajdował się w pobliżu Chełma, gdzieś nad Bugiem265. Miał przydział do 19. dywizji piechoty, do kombinowanego pułku pod dowództwem ppłk. Gustawa Nowosielskiego. Koniec Kampanii Wrześniowej zastał Swianiewicza w rejonie, gdzie najdłużej toczyły się boje na dużą skalę: w Roztoczu Lwowsko-Tomaszowskim z początku na północ od tego obszaru. Jedno jest ogromnie zastanawiające: pod datą 17 września autor nie notuje w ogóle nic! Do wojsk znajdujących się ledwo sto kilometrów na zachód od granicy z ZSRR nie dotarła wiadomość ani o przekroczeniu granic Rzeczypospolitej przez Armię Czerwoną, ani też o opuszczeniu przez Naczelne Dowództwo i Rząd RP terytorium państwa polskiego. Wydaje się, że ludzie ci nie sięgali nawet do dostępnych przecież tu i ówdzie odbiorników radiowych, aby z audycji moskiewskich czy kijowskich dowiedzieć się, iż w opinii rządu ZSRR "państwo polskie przestało istnieć". Ten brak telekomunikacji na odcinkach rzędu stu kilometrów doprawdy zdumiewa. W Roztoczu Lwowsko-Tomaszowskim biły się znaczne zgrupowania odległe od siebie o kilkanaście km, zupełnie bez wzajemnego współdziałania. Można wytłumaczyć brak dostatecznego rozwoju polskich wojsk lotniczych czy zmotoryzowanych w 1939 roku, bo na to po prostu państwa nie było stać. Nic jednak nie usprawiedliwi braku odpowiedniej łączności radiowej i telefonicznej, bo odpowiedni przemysł od dawna w Polsce istniał, a cena sprzętu była relatywnie niewysoka.

18 września jednostka Swianiewicza znajdowała się w Dorohusku nad Bugiem. W tym miejscu niemiecki zagon zmotoryzowany (idący zapewne od Brześcia nad Bugiem) usiłował przekroczyć rzekę ze wschodu na zachód - aby czym prędzej wydostać się z rejonu należącego przecież do terenu okupacji radzieckiej. Jednostki polskie udaremniły 18 września ten zamiar... Walczyły nie zdając sobie sprawy, że ich wysiłek jest na nic już nieprzydatny, że w tej chwili należałoby stawić demonstracyjny opór nie Wehrmachtowi, ale Armii Czerwonej. Dopiero 19 września doszła wiadomość o akcji ZSRR, zresztą bez wyraźnej informacji, czy jest to agresja, czy też może... pomoc? We Włodzimierzu Wołyńskim, dokąd nadciągały masy zdemoralizowanych żołnierzy, gen. Kazimierz Sawicki wydał podobno 17 września rozkaz stwierdzający, że "Rosja wystąpiła przeciwko nam i że w tych warunkach dalsza walka jest niemożliwa"266. Czy ów generał zdawał sobie sprawę, po co w ogóle Polska przyjęła wojnę z Niemcami, jeżeli atak radziecki uznawał za koniec kampanii? Znowu nasuwa się przykra refleksja na temat wychowania moralno-politycznego wyższych (i części młodszych) oficerów Wojska Polskiego w 1939 roku.

Na szczęście było wielu oficerów, dla których podobne zachowanie było równoznaczne ze zdradą sprawy narodowej. Należał do nich ppłk Gustaw Nowosielski, któremu Swianiewicz wystawia piękne świadectwo zaangażowania patriotycznego:

Zostałem wezwany do pułkownika. Był wzburzony. Rozkaz rozpuszczający dywizję do domów uważał za czyn zgoła niewytłumaczalny. - Proszę pana - mówił do mnie - jak można rozpuszczać oddziały, które mają broń i gotowe są walczyć? [...]. Największe niebezpieczeństwo w tej chwili grozi nam nie tyle od strony Niemców - mówił pułkownik - lecz od tych cofających się tłumów, które mieszają się z naszymi szeregami. Trzeba to przerwać267.

Udało się przywrócić dyscyplinę. W rejonie nadbużańskim i Roztocza Lwowsko-Tomaszowskiego zorganizowany opór polski na dużą skalę trwał jeszcze ponad tydzień. Niestety, świat o tym nie wiedział...

24 września jednostki 19 dywizji piechoty znalazły się pod Suchowolą, w pobliżu Tomaszowa Lubelskiego. Grupa była otoczona przez nieprzyjaciela i odcięta od granicy węgierskiej. Było już zresztą bardzo późno - i sam fakt trwania tej grupy w walce aż do 25 września jest godzien podziwu. Zaczęto rozważać sprawę rozformowania oddziałów i indywidualnego przedostawania się na Węgry. Pomysł ten wzburzył ppłk. Nowosielskiego.

Pułkownik żachnął się - pisze Swianiewicz. - Rozwiązywać zorganizowany, zdolny do walki oddział? [...] Panie pułkowniku - powiedziałem - myślę, że właściwie czas skończyć tę strzelaninę z Niemcami. Walki, które my toczymy, nie są walkami o zwycięstwo, lecz o honor, o zamanifestowanie woli Narodu Polskiego bronienia resztek dawnej Rzeczypospolitej. Manifestowaliśmy dostatecznie tę naszą wolę w stosunku do Niemców. Teraz musimy to zamanifestować w stosunku do bolszewików. Wydaje mi się, że musimy wydać walkę nadchodzącym oddziałom sowieckim i może w ten sposób zakończyć naszą rolę. [...] Wiem [...] pan pułkownik myśli o rzekomym rozkazie Naczelnego Wodza, aby nie strzelać do bolszewików. Nie wierzy w autentyczność tego rozkazu. Czy można sobie wyobrazić, aby Rydz-Śmigły, który swego czasu nie chciał wykonać rozkazu Marszałka Piłsudskiego, aby wycofać się z Kijowa, teraz podobne rozkazy podpisywał? Chociaż...268.

Jest bardzo znamienne, że jeszcze dnia 25 września mogły się toczyć podobne dyskusje, w których racje patriotyczne ścierały się z poczuciem obowiązku wykonywania rozkazów Naczelnego Dowództwa..., którego nie było w kraju już od tygodnia. Ludzie typu Nowosielskiego i Swianiewicza nie ulegali psychozie, która 17 września ogarnęła Rząd i Naczelne Dowództwo. Rozumieli sens polityczny zbrojnej manifestacji polskiego oporu przeciwko obu agresorom. Smutne refleksje budzi fakt, że ich gotowość do ofiary patriotycznej była poniewczesna. Gdyby nawet padli w boju z Armią Czerwoną, na niewiele sprawie polskiej by się to przydało. Świat by o tym nie wiedział, opinia publiczna Europy Zachodniej i Ameryki nie znalazłaby w tym impulsu do właściwego ustosunkowania się wobec ZSRR. Rząd RP zaniedbał sprawę najważniejszą: informowanie świata o polskim oporze. A to właśnie - nie zbrojny opór jako taki, który bardzo rychło musiał być przełamany - miało zasadnicze znaczenie dla sprawy polskiej.

Swianiewicz cytuje swoje refleksje z dnia 25 września 1939 na temat postawy Edwarda Rydza-Śmigłego... jakże słuszne! Rydz-Śmigły:

artysta, człowiek o dużym uroku osobistym, bożyszcze kobiet i żołnierzy, wykazał jednak bardzo wiele naiwności, gdy po śmierci Marszałka Piłsudskiego zaczął ingerować do życia politycznego. Przypomniałem sobie, jak Stanisław Mackiewicz [...] zaczął w ostatnich czasach coraz ostrzej wyrażać się o poziomie inteligencji politycznej marszałka Rydza-Śmigłego269.

Zgrupowanie skierowane zostało w końcu ku granicy węgierskiej, lecz już bez żadnych szans powodzenia. Było na to za późno. 28 września Swianiewicz i jego koledzy dostali się - bez walki - do niewoli radzieckiej. Mijał jedenasty dzień od chwili opuszczenia państwa przez Prezydenta, Rząd i Naczelne Dowództwo. Właśnie powstawały w Paryżu nowe władze Rzeczypospolitej. O tym nie mogli nic wiedzieć ludzie, trwający z uporem z bronią w ręku w Roztoczu Lwowsko-Tomaszowskim.

W każdym razie jest znamienne, że ppłk Gustaw Nowosielski figuruje wśród ofiar Katynia. Swianiewicz ocalał, gdyż jako wybitny ekonomista i znawca gospodarki niemieckiej został przez NKWD odesłany do Moskwy na dalsze przesłuchania. Okazał się jedynym spośród jeńców Kozielska, który przeżył dowiezienie aż na stację Gniezdowo - miejsce przeładowania oficerów polskich z pociągu na samochody więzienne, celem dostarczenia ich na miejsce mordu w lesie katyńskim (30 kwietnia 1940). Ocalał przypadkiem, a dzięki temu mógł po latach dać świadectwo prawdzie.

Analizujemy nieliczne relacje tych, którzy przeżyli niewolę radziecką, cytujemy wspomnienia z Kampanii Wrześniowej - aby lepiej zrozumieć sytuację ludzi, którzy po 17 września trwali nadal w walce na ziemiach Rzeczypospolitej. Jeszcze jeden cytat. Dnia 27 września 1939 popadł w niewolę radziecką pod Chmielkiem znany artysta-malarz rtm. Józef Czapski, który miał również przeżyć Starobielsk. Pisze on:

Zaręczano nam, że szeregowi zostaną wypuszczeni (co zresztą zostało zrobione), oficerowie zaś mieli być jedynie dowiezieni do Lwowa i tam puszczeni na wolność. Dziś wydaje się dziką ślepotą, żeśmy sobie już zaraz nie uświadomili, o co chodziło wojskom sowieckim. Ale to uderzenie nożem w plecy było przecież dla większości ciosem nieoczekiwanym, ludzie byli wyczerpani nieustannymi walkami, lub - co gorzej - cofaniem się bez walk, z zupełnie zerwaną łącznością, z nadchodzącymi różnymi rozkazami, których autentyczności nie można było stwierdzić (jak ten rozkaz, by nie wchodzić w walkę z wojskami sowieckimi), wstrząśnięci wiadomościami o zniszczeniu i zbombardowaniu Warszawy, o opuszczeniu kraju przez Prezydenta, Rząd, Naczelnego Wodza (o czym mój oddział dowiedział się dopiero 27 września z radia). Ludzie chwytali się brzytwy, cienia nadziei: może rzeczywiście Sowiety, w których interesie nie może być przecież zwycięstwo hitlerowskich Niemiec, umożliwią nam przynajmniej przedostanie się przez granicę i udział w dalszej walce, już nie w Polsce, gdzie bitwa była na razie przegrana, ale we Francji?270

Za brak orientacji politycznej tych ludzi, podobnie jak całego społeczeństwa Rzeczypospolitej we wrześniu 1939 roku, odpowiedzialność historyczna spada na ówczesny Rząd RP. Powtarzamy to raz jeszcze, zdając sobie sprawę, że niektórych czytelników konstatacja taka może zastanowić czy wręcz wzburzyć. Czyżby autor widział przede wszystkim winę Rządu RP, nie zaś rządu ZSRR? Bynajmniej. Lecz złowrogie zamiary ZSRR wobec Polski były faktem oczywistym i dobrze znanym zjawiskiem stałym, na którego ewolucję nie mogliśmy mieć żadnego wpływu. Mogliśmy jedynie przed nim się strzec, przed nim się bronić. Przygotować własnemu społeczeństwu narzędzia obrony przed najgroźniejszym niebezpieczeństwem - oto był obowiązek Naczelnego Dowództwa i Rządu RP w 1939 roku. Potępianie Stalina i Hitlera z moralnego punktu widzenia było ówcześnie politycznie, a dzisiaj jest historycznie bezcelowe. Wiadomo było, że obaj dyktatorzy dążą do zniszczenia Polski, być może w sojuszniczym współdziałaniu, że atak z jednej lub drugiej strony (a także - jak się okazało - wspólny atak z obu stron) jest bardzo prawdopodobny. Konieczna była jak najskuteczniejsza obrona sprawy polskiej w świecie, nawet po klęsce w pierwszej fazie wojny, przy użyciu tych narzędzi, jakimi dysponować ówcześnie mogliśmy. Z przygotowania i użycia tych narzędzi historia rozlicza dzisiaj ówczesną ekipę rządową RP.

Z analizy wydarzeń na ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej między 17 a 30 września wynika smutny wniosek: nie tylko zaniedbano całkowicie sprawę poinformowania społeczeństwa o nowej sytuacji państwa po agresji ZSRR, nie tylko uchylono się przed wyraźnym określeniem roli Armii Czerwonej w akcji na ziemiach polskich, lecz nawet do ostatnich chwil walki starano się - nie wiadomo, w imię czego - utrzymać społeczeństwo w nieświadomości co do całej sytuacji kraju. Doktryna "podtrzymywania opinii publicznej na duchu" wyrodziła się w karykaturę.

Mamy oto przed sobą ostatnie wydanie jednego z najgłośniejszych dzienników polskich ery międzywojennej: "Kuriera Porannego" z dnia 25 września 1939, Numer ten ogłoszono w Chełmie Lubelskim, jednym z ostatnich miejsc Rzeczypospolitej jeszcze niezajętych przez Wehrmacht ani Armię Czerwoną. Była to jedna, dwustronnie zadrukowana karta papieru formatu 32×30 cm. W tzw. stopce redaktor naczelny Ryszard Piestrzyński. Tłoczono w drukarni "Zwierciadło", Chełm, ul. Lubelska 56. Czytamy nagłówki: Niezłomny jest duch oporu Stolicy. Bohaterska obrona Warszawy trwa w dalszym ciągu. Artyleria francuska kruszy linie oporu niemieckiego. Twierdza polska nad Bałtykiem. Mobilizacja Polaków we Francji, Szwajcaria, Belgia i Holandia w obronie swej neutralności. Na drugiej stronie: Niemcy nie mają żadnych szans. Już wkrótce Niemcom zabraknie benzyny, Hitler odjechał na front zachodni. Mobilizacja przemysłu w Anglii. Z ostatniej chwili: Nocne ataki na Warszawę. Niemcy tracą rudę szwedzką. Ambasador Biddle ostrzelany przez samoloty niemieckie. Jest i wierszyk satyryczny: Na paskarzy. To wszystko.

Było to dnia 25 września. Czy czegoś w tym numerze "Kuriera Porannego" jednak nie zabrakło? Od 9 dni Armia Czerwona walczyła na ziemiach Rzeczypospolitej z tymi oddziałami WP, które zdecydowały się spełnić mimo wszystko swój patriotyczny obowiązek. Nazajutrz wojska radzieckie zajęły Chełm. Jakże nonsensowna była doktryna informacji politycznej, opracowana dla kraju przez Rząd RP na wypadek wojny, która we Wrześniu wydała takie skutki!

Doktryna walki z Niemcami, ale niestawiania oporu Armii Czerwonej i kapitulacji przed wojskami radzieckimi, zdominowała całą polską obronę we wrześniu 1939 roku. Jeżeli polski czyn zbrojny stał się wówczas faktem dobitnym (choć nieznanym światu) także na granicy wschodniej, stało się to dzięki trzeźwości politycznej i zaangażowaniu patriotycznemu tych sił i ośrodków, które odsunęły na bok "dyrektywę ogólną" Rydza-Śmigłego i zachowały się zgodnie z tradycjami Rzeczypospolitej.

21 września gen. Władysław Langner zdecydował się poddać Lwów. Mimo sporych zasobów amunicji i dobrego nastroju wśród ludności polskiej uznał, że kontynuowanie walki nie ma żadnego celu, a próba przebicia się na Węgry połączona by była ze zbyt wielkimi stratami271. Postanowił skorzystać z rzekomej okazji: możliwości poddania miasta nie Niemcom, lecz Armii Czerwonej. Co prawda, ZSRR i tak miał już przesądzoną okupację Małopolski Wschodniej, lecz gen. Langner nie mógł naturalnie o tym wiedzieć.

Na odprawie dowódców dnia 22 września 1939 podniósł się podobno tylko jeden głos sprzeciwu wobec decyzji gen. Langnera. Dowódca 35. dywizji piechoty płk Jarosław Szafran zapytał mianowicie gen. Langnera, dlaczego "naraża na hańbę" obrońców najwierniejszego miasta Rzeczypospolitej. Langner napisał po latach: "Odpowiadam, że nie znalazłem innego rozwiązania, a jeżeli on je widzi, niech je poda"272.

Ani płk Szafran, ani gen. Langner lepszego rozwiązania nie znaleźli. Nikomu nie przyszło do głowy, że lepiej jednak było poddać się Niemcom i pójść do oflagów - zamiast do Starobielska. Już wtedy, w świetle masowych egzekucji w ZSRR w latach 1936-1939 można było przewidzieć, czym grozi oddanie oficerów garnizonu lwowskiego do niewoli radzieckiej, ale odpowiedzialność za decyzję spoczywała wówczas tylko na dowódcy obrony Lwowa. Nazwisko płk. Jarosława Szafrana znajduje się na liście ofiar masowego mordu ze Starobielska. Gen. Władysław Langner przedostał się cało przez Rumunię do Francji, a potem do Wielkiej Brytanii. Zmarł w Newcastle w 1972 roku.

xiii. Między Moskwą a Berlinem - po 17 września

O wydarzeniach powyżej przedstawionych w Europie Zachodniej i w Ameryce nie wiedziano zupełnie nic - i trudno się temu dziwić, skoro nie wiedziano nic również o dalszym (do 5 października) oporze Polskich Sił Zbrojnych przeciwko Wehrmachtowi. Skoro Polska jako aktywny sojusznik Aliantów, przestała nie tylko się liczyć, ale po prostu istnieć, tym większego znaczenia nabierała w odczuciu sfer miarodajnych kwestia radziecka. Skoro opadła nieco fala powszechnego oburzenia z powodu agresji ZSRR przeciwko Polsce, a nie nadeszły jeszcze wiadomości o dalszym pogłębieniu sojuszu radziecko-niemieckiego, tj. mniej więcej między 21 a 28 września, poczęto rozpaczliwie dopatrywać się jakichkolwiek rys we współdziałaniu Stalina z Hitlerem, na zasadzie desperackiego wishful thinking przekonując wątpiących (a było ich wielu), że akcja radziecka właściwie bardzo zaskoczyła Niemcy i jest z berlińskiego punktu widzenia ogromnie niekorzystna. Z różnych stolic napływały teraz do Londynu komentarze dyplomatyczne, jakoby uderzenie Armii Czerwonej na Polskę było w opinii rządu hitlerowskiego "co najmniej przedwczesne"273. Autorzy tych hipotez nie mogli oczywiście wiedzieć o staraniach Schulenburga w Moskwie w dniach 3-16 września, niemniej ta polityczna ślepota doświadczonych w końcu dyplomatów poważnie zastanawia. 25 września brytyjski attaché militaire w Moskwie, płk R.O. Firebrace obszernie informował swój rząd o istotnym sensie akcji ZSRR w Polsce. Zdaniem zacnego Brytyjczyka zajęcie przez Armię Czerwoną połowy Polski było groźne, ale dla Niemiec, natomiast dla Aliantów mogło się okazać... nawet pożyteczne. Jest to oczywiście - rozumował pułkownik - akcja aggresive, bynajmniej nie defensive, ale agresywna wobec Niemiec, nie zaś Aliantów (o Polsce Firebrace w ogóle już nie wspomniał). Od tej chwili czyha ze wschodu na wojska Hitlera potężna machina wojenna ZSRR itd. itd.274.

Berlin i Moskwa podejmowały jednak uporczywe i zgodne starania, aby całkowita zgodność ich interesów i zamiarów dotarła wreszcie do świadomości rządów w Paryżu i w Londynie. 27 września Ribbentrop przybył ponownie do Moskwy. Stało się to na zaproszenie Stalina, który zaproponował Niemcom wymianę części ziem polskich, przypadłych Rzeszy na mocy tajnego protokołu 23 sierpnia - za Litwę, która miała przejść teraz ze sfery wpływów niemieckich w sferę radziecką275. Notabene przy tej okazji ujawniła się rozbieżność koncepcji radzieckiej i niemieckiej co do dalszych losów Polski. Niemcy byli skłonni do utworzenia okrojonego państwa polskiego, obejmującego mniej więcej ziemie dawnego Królestwa Polskiego i zachodniej Galicji, z granicą wschodnią biegnącą wzdłuż linii Grodno-Przemyśl, mającego charakter państwa udzielnego, aczkolwiek z rządem marionetkowym (głównym rzecznikiem takiego rozwiązania był -jak wiadomo - były ambasador niemiecki w Warszawie Hans von Moltke). Rząd radziecki stał natomiast na stanowisku, że państwo polskie musi być zlikwidowane całkowicie i raz na zawsze, a jego terytoria powinny być włączone - na tej czy innej zasadzie - wprost do obszarów układających się stron276.

Dnia 28 września 1939 podpisano w Moskwie kilka zasadniczej wagi dokumentów radziecko-niemieckich, a m.in. przygotowano także nowy tajny protokół o rozgraniczeniu terytorialnym (ostatecznie podpisany 4 października), na mocy którego Niemcy przejęły do swego rejonu okupacji województwo lubelskie i wschodnią część warszawskiego, odstępując w zamian Litwę (formalnie jeszcze państwo niepodległe). Szczególne znaczenie polityczno-historyczne miał specjalny protokół tajny z 28 września, stwierdzający m.in., że "obie strony nie będą tolerowały na swoich terytoriach jakiejkolwiek agitacji polskiej, która by dotyczyła terytoriów drugiej strony. Będą one tłumić na swych terytoriach wszelkie zaczątki takiej agitacji oraz informować się wzajemnie o zastosowaniu w tym celu odpowiednich środków"277. Na mocy tego protokółu nawiązano między Berlinem a Moskwą ścisłą współpracę służb bezpieczeństwa obu stron, wymierzoną przeciwko polskiemu ruchowi oporu. Sprawa współdziałania Gestapo z NKWD w walce z polską konspiracją niepodległościową jest jednym z najważniejszych, a jednak najmniej znanych problemów historii Polski w okresie okupacji. Współpraca ta osiągnęła (jak można sądzić) swoje apogeum na przełomie pierwszego i drugiego kwartału 1940 roku. W marcu 1940 roku przybyła do Krakowa kolejna (po kilku poprzednich) specjalna delegacja NKWD na wysokim szczeblu, dla przeprowadzenia rozmów w sprawach polskich z przedstawicielstwem Gestapo278. O ile wiadomo, narady toczyły się częściowo w Krakowie, częściowo zaś w Zakopanem, gdzie miejscem konferencji były dwie wille, położone na Małem Żywczańskiem, w początkach Drogi do Białego: "Pan Tadeusz" i "Telimena" (dzisiaj w gestii Urzędu Rady Ministrów). Póki nie zostaną zbadane dokładnie problemy dyskutowane w czasie tych narad i podjęte tam decyzje, póty nie będzie można wyjaśnić ostatecznie eksterminacyjnej polityki hitlerowskiej i stalinowskiej na obu obszarach okupowanej Polski w 1940 roku.

Nawiasem można dodać, że moment krakowsko-zakopiańskiej konferencji Gestapo z NKWD nasuwa pewną hipotezę w sprawie tzw. ostatecznego rozwiązania sprawy jeńców polskich w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Jak wiadomo, likwidacja tych obozów przez masowe mordowanie więzionych tam oficerów i innych funkcjonariuszy polskich rozpoczęła się w kilkanaście dni po konferencji w Krakowie i Zakopanem. Być może, skoro Niemcy odmówili przyjęcia do swych obozów przynajmniej większej części jeńców z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa279, rząd ZSRR postanowił rozwiązać sprawę metodą... najprostszą: po prostu jeńców wymordować (notabene, jest to dodatkowym dowodem, że w marcu 1940 roku Stalin nie spodziewał się w najbliższych latach, w żadnym dającym się określić momencie, wojny z Niemcami i liczył na kilkunastoletni co najmniej sojusz radziecko-niemiecki. Gdyby przewidywał w ciągu roku lub dwóch zbrojną konfrontację obu mocarstw, nie pozbywałby się lekkomyślnie kadry oficerskiej dla 300-tysięcznej co najmniej armii polskiej, którą można było stworzyć w ZSRR). Tak czy owak, sprawy te musiały być dyskutowane między przedstawicielami Niemiec i ZSRR, a forum krakowsko-zakopiańskie wydaje się najbardziej po temu właściwe.

W każdym razie na Zachodzie znowu najwyżej podejrzewano, iż 28 września podpisane zostały w Moskwie nie tylko układy jawne, ale także nowe tajne protokoły radziecko-niemieckie, tyczące się losów Europy Środkowej. Toteż ogłoszone 28 września dokumenty o nowym porozumieniu między Moskwą a Berlinem spotkały się w Europie Zachodniej z dużym zaniepokojeniem, ale także (przynajmniej w Londynie) z desperackim postanowieniem - że ich do wiadomości po prostu się nie przyjmuje.

Układ z 28 września stwierdzał m.in. w art. 1, iż rząd ZSRR i rząd Rzeszy Niemieckiej "ustanawiają jako granicę ich interesów państwowych na obszarze byłego państwa polskiego linię wykreśloną na załączonej mapie, której szczegółowy przebieg przedstawi osobny protokół" (podpisany, jak wiadomo, 4 października 1939). Mapę opracowaną 28 września podpisał sam Stalin, który osobiście nakreślił niebieskim ołówkiem nowy przebieg granicy rozbiorowej280. Zasadnicze znaczenie miał artykuł 2: "Obie strony uznają granicę określoną w art. 1 za ostateczną i przeciwstawią się wszelkim próbom mieszania się do tej decyzji ze strony innych mocarstw"281. Oznaczało to wzajemne zobowiązanie Rzeszy Niemieckiej i Związku Radzieckiego do gwarancji swoich granic rozbiorowych na ziemiach polskich i solidarnego przeciwstawienia się wszelkimi możliwymi sposobami mocarstwom sprzymierzonym, gdyby z tytułu swoich zobowiązań wobec Polski chciały one domagać się choćby częściowego poszanowania praw Rzeczypospolitej. Jak wiadomo, rząd radziecki do dzisiaj stoi na stanowisku, iż legalną granicą zachodnią ZSRR jest linia Ribbentrop-Mołotow, ustalona ostatecznie w Moskwie 28 września 1939, a pewne przesunięcia terytorium PRL na wschód od tej linii (województwo białostockie) są skutkiem "daru" Związku Radzieckiego, wykrojonego z własnego obszaru na rzecz państwa polskiego.

Tego samego dnia 28 września 1939 rządy Niemiec i ZSRR ogłosiły wspólną deklarację w sprawie propozycji "pokoju". Deklaracja ta głosiła:

Rząd Rzeszy Niemieckiej i Rząd Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, po ostatecznym rozwiązaniu na mocy podpisanego dzisiaj układu problemów wynikających z całkowitego rozkładu państwa polskiego, i po stworzeniu w ten sposób mocnych podstaw pod trwały pokój w Europie Wschodniej, wyrażają wspólnie swoje głębokie przekonanie, że likwidacja obecnego stanu wojny pomiędzy Niemcami z jednej, a Wielką Brytanią i Francją z drugiej strony, leży w prawdziwym interesie wszystkich narodów. Dlatego też oba rządy skierują swoje wspólne wysiłki, jeśli będzie konieczne - przy współdziałaniu innych zaprzyjaźnionych państw, ku najprędszemu osiągnięciu tego celu. Jeśli jednak wysiłki obu Rządów pozostaną bezowocne, okaże się wówczas, że Wielka Brytania i Francja ponoszą całkowitą odpowiedzialność za przedłużenie wojny. W wypadku kontynuacji obecnej wojny Rządy Rzeszy Niemieckiej i ZSRR podejmą wzajemne konsultacje co do dalszych koniecznych kroków. Za Rząd Rzeszy. Niemieckiej: von Ribbentrop. Za Rząd ZSRR: W. Mołotow282.

Polityczny sens tej deklaracji był szczególnie dobitny, do tego stopnia, że mocarstwa sprzymierzone uznały za właściwe zignorowanie połowy jej twierdzeń, ustosunkowując się tylko do niektórych. Hitler - przy całkowitym poparciu Stalina - proponował Aliantom natychmiastowy pokój bez żadnych pretensji pod ich adresem. Ceną tego pokoju miało być "tylko" uznanie podziału Europy Środkowej między Rzeszę Niemiecką a ZSRR. Jednym słowem, za cenę uznania likwidacji i podziału Rzeczypospolitej Polskiej, oraz (co 28 września 1939 było jeszcze nie całkiem jasne) za zgodę na włączenie do ZSRR Finlandii, Estonii, Łotwy i Litwy oraz części Rumunii, Wielka Brytania i Francja mogły były wyplątać się natychmiast z wojny z Niemcami, pozostawiając dwie trzecie kontynentu europejskiego pod wspólną dominacją obu wielkich mocarstw totalitarnych.

Jest faktem dość znamiennym, że chociaż większość opinii publicznej Francji i Anglii oraz demokratycznych państw neutralnych była stanowczo przeciwna takiemu rozwiązaniu, a z drugiej strony rządy alianckie straciły już całkiem wiarę w sens jakichkolwiek układów zawieranych z Hitlerem, istniały ówcześnie we Francji i Wielkiej Brytanii siły opowiadające się za przyjęciem propozycji radziecko-niemieckich. We Francji przeciwko kontynuowaniu wojny i "umieraniu za Gdańsk" występowała zdecydowanie Francuska Partia Komunistyczna. W Wielkiej Brytanii głos komunistów znaczył niewiele, jednak za rozwiązaniem "pokojowym" opowiadała się część liberałów, z Lloyd George'em na czele. W każdym razie na dobro rządu francuskiego i brytyjskiego historia musi zapisać decyzję uchylenia się od jakichkolwiek negocjacji z Hitlerem pod egidą Stalina.

Jest to tym godniejsze uwagi, iż deklaracja 28 września zawierała bardzo przejrzystą groźbę wspólnego działania zbrojnego ZSRR i Niemiec przeciwko Zachodowi, jeżeli Alianci nie przyjmą sugestii berlińsko-moskiewskiej. W odczuciu Aliantów była to groźba tak niesamowita, że zdecydowano się na taktykę nieprzyjmowania jej do wiadomości. Faktem jest, że Hitler nie zażądał nigdy od Stalina czynnego udziału Armii Czerwonej w wojnie przeciwko Aliantom - co, jak się wydaje, przed październikiem 1940 roku mógł był osiągnąć283. Niemniej pomoc surowcowa ZSRR dla Rzeszy Niemieckiej miała znaczenie decydujące. Opublikowany od razu list Mołotowa do Ribbentropa z 28 września 1939 w sprawie dalszej współpracy gospodarczej obu państw284 zapowiedział "rozwinięcie programu ekonomicznego, w ramach którego Związek Radziecki zapewni Niemcom dostawy surowców, za które Rzesza wypłacać się będzie dostawami artykułów przemysłowych...". Anglicy pocieszali się w związku z tym, że Związku Radzieckiego po prostu nie stać na większe dostawy np. ropy naftowej dla Niemiec, jako że produkcja tego surowca niewiele przekracza własne zapotrzebowanie tego państwa285. Dla ludzi rozumujących "kategoriami gospodarki wolnorynkowej było w ogóle nie do pojęcia, iż rząd państwa totalitarnego może ogołocić całkowicie własny rynek z podstawowych artykułów konsumpcyjnych, by przez ich dostawy dla sojusznika zagranicznego realizować własne, sprzeczne z interesami społeczeństwa cele imperialistyczne. Wiadomo dzisiaj, że w 1940 roku znaczna część czołgów niemieckich we Francji i samolotów Luftwaffe nad Anglią poruszała się tylko dzięki dostawom radzieckich paliw płynnych.

Ambasada RP w Londynie ogłosiła 30 września zdecydowany protest przeciwko deklaracji radziecko-niemieckiej z 28 września, który polskie przedstawicielstwa za granicą doręczyły wszystkim rządom uznającym Rzeczpospolitą286. Miało to pewne znaczenie dla uświadomienia światowej opinii publicznej, iż między Niemcami a ZSRR istnieje ścisłe porozumienie sojusznicze, oparte na podobieństwie ideowo-ustrojowym obu systemów. Jednakże brak uprzednich aktów politycznych Rządu RP, które zbiegłyby się z falą oburzenia opinii światowej przeciwko agresji 17 września, bardzo pomniejszył znaczenie tego kroku.

3 października 1939 rozpoczęła się w Izbie Gmin debata w sprawach polityki zagranicznej, do której impulsem stało się ogłoszenie traktatu i deklaracji radziecko-niemieckiej z dnia 28 września287. Premier Neville Chamberlain poinformował Izbę o treści tych dokumentów, usilnie starając się usunąć w cień sprawę ZSRR, ustosunkowując się natomiast wyraźnie do Rzeszy Niemieckiej.

Powód, dla którego kraj ten przystąpił do wojny - mówił premier - był już wielokrotnie ogłaszany. Celem naszym jest położenie kresu kolejnym aktom agresji niemieckiej, które zagroziły wolności i bezpieczeństwu wszystkich narodów Europy. Bezpośrednią przyczyną wojny była inwazja Polski przez Niemcy, ostatni, choć bez wątpienia nie jedyny z aktów agresji zaplanowanych i realizowanych przez rząd niemiecki. Jeśli jednak Polska stała się bezpośrednią okazją wojny, nie była jej podstawową przyczyną. Przyczyną było przemożne uczucie w tym kraju, podobnie jak we Francji, że nie można dłużej tolerować sytuacji w Europie, w której narody stają wobec alternatywy albo wyrzeczenia się wolności, albo mobilizowania co chwila swoich sił dla jej obrony. Deklaracja rosyjsko-niemiecka na temat likwidacji skutków wojny jest niejasna, lecz wydaje się, że łączy sugestię jakichś propozycji pokojowych z ledwo zawoalowaną groźbą co do konsekwencji, jeśli propozycje te zostaną odrzucone...

Była to najśmielsza konstatacja wspólnej radziecko-niemieckiej groźby wobec Zachodu, na jaką zdobył się Chamberlain. Premier nie odważył się dokładniej i pełniej skomentować deklaracji 28 września. Po jego przemówieniu zabrał głos lider Labour Party Attlee, popierając (dość mgliście) stanowisko rządu. Zaraz potem zerwał się do głosu Lloyd George.

Ex-premier wystąpił co prawda przeciwko pochopnemu przyjęciu propozycji radziecko-niemieckich, ostrzegł jednak przed uchylaniem się od szczegółowej dyskusji warunków pokoju, gdyby takowe zostały zaproponowane rządowi brytyjskiemu przez "zainteresowane strony - mam na myśli Rosję, Niemcy i Włochy". Gorąco zaaprobował stanowisko Pierwszego Lorda Admiralicji, późniejszego premiera Winstona Churchilla, który dnia 1 października 1939 w przemówieniu radiowym starał się przekonać brytyjską opinię publiczną, że lepiej byłoby co prawda, "gdyby armie rosyjskie stanęły na obecnej linii jako przyjaciele i sprzymierzeńcy Polski, a nie jako najeźdźcy" - Churchill najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z faktu, że na linii Bugu Armia Czerwona mogła stanąć tylko jako sojusznik Wehrmachtu - "lecz jest jasne, że wprowadzenie armii rosyjskiej na tę linię było konieczne dla zabezpieczenia Rosji przed hitlerowskim zagrożeniem". "Na terenie Bałkanów - dowodził Churchill - interesy Rosji biegną tym samym torem co interesy Wielkiej Brytanii i Francji...". Lloyd George powołał się z lubością na te niezwykłe stwierdzenia, które ubawiłyby szczerze Józefa Stalina, i oświadczył: "Mógłbym przytoczyć wiele racji, choć nie teraz jest na to miejsce, dla potraktowania rozbioru Polski, jeśli idzie o udział w nim Rosji, w duchu całkowicie odmiennym niż nasz stosunek do udziału Herr Hitlera i rządu niemieckiego. Czy ziemie Polski, które zostały zaanektowane (annexed) przez ZSRR, są prawdziwie rosyjskie, może być sprawą dyskusji" - przyznał łaskawie Lloyd George, dorzucając jeszcze jeden przykład do całej litanii anegdot na temat swojej osławionej ignorancji i braku elementarnego rozeznania w geografii politycznej: ex-premierowi do głowy nie przychodziło, że w 1939 roku można było dyskutować najwyżej, czy wschodnie województwa RP są prawdziwie ukraińskie lub białoruskie; rosyjskie nie były na pewno. Lloyd George raz jeszcze zachęcił rząd, aby z uwagą badał wszystkie propozycje pokojowe.

Lloyd George'owi odpowiedział obszernie labourzysta David Grenfell. Przypomniał, do czego doprowadziła polityka ustępstw wobec Hitlera w ciągu ostatnich lat, surowo potępił agresję radziecką.

Mówimy w tym kraju, że kopanie leżącego jest aktem tchórzowskim. Rosja wkroczyła i kopnęła sponiewieraną Polskę, uścisnęła dłoń agresora. Dla takiego czynu nie ma usprawiedliwienia. Nie wiem, co Rosja zaproponuje w przyszłości, ale jestem przekonany, iż ogromu zbrodni przeciwko Polsce nie może pomniejszyć fakt, że dopuściło się jej dwóch agresorów zamiast jednego...

Jest godne uwagi, że Izba Gmin była w czasie tej debaty bardzo w swych zdaniach podzielona. Poseł Buchanan zarzucił Grenfellowi, iż - skoro twierdzi, że czyn radziecki jest tak samo godzien potępienia jak agresja niemiecka - najwyraźniej domaga się, aby po pokonaniu Niemiec Wielka Brytania wypowiedziała wojnę ZSRR, celem zmuszenia rządu radzieckiego do zwrotu zagarniętej części Polski. Wystąpił naturalnie także osławiony Gallacher, jedyny komunista w Izbie Gmin. "Często wyrażano w tej Izbie życzenie - wykrzykiwał - aby wpędzić Niemcy i Rosję w wojnę, podczas której moglibyśmy przypatrywać się spokojnie, jak nawzajem się wyniszczają". Nic z tego nie będzie - pouczał Gallacher. "Nie hitlerowskie Niemcy, lecz Związek Radziecki jest teraz dominującą siłą w Europie [...] Dlaczego mamy nie podjąć negocjacji w gronie Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Związku Radzieckiego?". Niemiłosiernie wyszydził Gallachera niezależny labourzysta McGovern, który przypomniał nieustanne zmiany jego stanowiska, zależne od fluktuacji polityki radzieckiej, stwierdzając wyraźnie, iż Gallacher "otrzymuje rozkazy od obcego rządu". McGovern był jedynym mówcą tego dnia, który zwrócił uwagę na fakt, że polityka radziecka od dłuższego czasu miała na celu wywołanie nowej wojny, z której ZSRR mógłby wyciągnąć poważne korzyści bez czynnego angażowania się w konflikt:

Rok temu mówiłem w tej Izbie, że [...] Rosja gotowa jest zagrać każdą kartę, która oznaczałaby wojnę światową. Nadal jestem głęboko o tym przekonany. Sądzę, że Stalin połączył się z Hitlerem, ponieważ pragnął zapewnić sobie wybuch wojny. [...] Wiemy, że od lutego Stalin negocjował z Hitlerem w sprawie przyłączenia się do wojny u jego boku. W niedzielę, gdy wypowiedzieliśmy wojnę288, zwróciłem uwagę - a moje słowa zirytowały nawet niektórych posłów labourzystowskich - że mobilizacja armii rosyjskiej na tyłach wojsk polskich oznacza jedno z dwojga: albo Rosja pragnie utrzymać część armii polskiej na swojej granicy, aby dopomóc przez to Hitlerowi; albo też czeka na właściwy moment, aby wyszarpnąć na swoją korzyść część terytorium Polski. Ten gwałt stał się faktem289.

Na tym skończyła się debata w Izbie Gmin w sprawie układów między ZSRR a Niemcami z dnia 28 września 1939. W łonie sfer rządowych Wielkiej Brytanii zaznaczyły się w ostatnich miesiącach 1939 roku dwie tendencje w kwestii stosunków z ZSRR. W październiku Foreign Office podjęło badania w dość znamiennej materii: czy zasięg okupacji radzieckiej w Polsce jest zgodny z tzw. linią Curzona, czy też w ten lub inny sposób z nią się rozmija290. Było to prawdopodobnie przygotowaniem do uznania w razie konieczności aneksji przez rząd ZSRR części terytorium Polski, gdyby za tę cenę można było pchnąć Stalina do konfliktu z Niemcami. Z drugiej strony w dokumentach Foreign Office znajdują się liczne dowody realistycznej oceny stosunków między Niemcami a ZSRR w tym okresie. Zwłaszcza w początkach wojny radziecko-fińskiej coraz częściej uznawano Związek Radziecki za państwo wobec Aliantów na razie jeszcze neutralne, które jednak w każdym momencie może przystąpić do czynnego współdziałania z Niemcami przeciwko Wielkiej Brytanii i Francji291.

Rozmaite wystąpienia radzieckich mężów stanu i oficjalnych organów Kominternu umacniały przeświadczenie, że ZSRR jest coraz bliższy otwartej współpracy sojuszniczej z Rzeszą Niemiecką. Wiadomo dzisiaj, że między październikiem 1939 a październikiem 1940 roku tylko od ewentualnego żądania Hitlera zależało czynne przystąpienie ZSRR do wojny przeciwko Aliantom. Hitler wolał jednak utrzymać Armię Czerwoną z dala od sfery swoich działań wojennych, ufając, że Wehrmacht i Luftwaffe dadzą sobie radę same z Francją (co okazało się przewidywaniem trafnym), później zaś z Wielką Brytanią (w czym pomylił się zasadniczo).

Mniejszą może uwagę Zachodu zwróciła słynna mowa Wiaczesława Mołotowa na posiedzeniu Rady Najwyższej ZSRR dnia 31 października 1939, w której m.in. padły głośne słowa: "Wystarczyło jedno mocne uderzenie na Polskę, najpierw ze strony Armii Niemieckiej, potem zaś ze strony Armii Czerwonej, aby nic nie pozostało z Polski, tego bękarta traktatu wersalskiego, który egzystował tylko przez ucisk narodowości niepolskich". Większe wrażenie wywołał głośny ówcześnie Apel Komitetu Wykonawczego Kominternu, ogłoszony w 22. rocznicę Rewolucji Październikowej (7 listopada 1939), w którym sojusz radziecko-niemiecki aprobowany był jako przykład współpracy państw socjalistycznych przeciwko imperializmowi anglo-francuskiemu. Wbrew pobożnym życzeniom polityków typu Winstona Churchilla, otwierało to oczy światowej opinii publicznej, wskazując ideowo-polityczne podstawy współpracy między dwoma mocarstwami totalitarnymi.

Na wspólnotę ideologiczną Niemiec i ZSRR oraz podstawy polityczne ich sojuszu zwracały uwagę rządowi francuskiemu i (z mniejszym skutkiem) rządowi brytyjskiemu antykomunistyczne ośrodki informacyjne w krajach demokratycznych. M.in. założona w 1924 roku w Szwajcarii "Entente Internationale Anticommuniste", mieszcząca się w Genewie, której przewodniczył Szwajcar Theodore Aubert, w listopadzie 1939 roku skierowała do rządu brytyjskiego obszerny memoriał, w którym zwracała uwagę na wspólnotę celów i metod działania Rzeszy Niemieckiej i ZSRR, oraz wynikającą stąd groźbę dla demokracji parlamentarnych, m.in. dla Wspólnoty Brytyjskiej292. Trzeba w tym miejscu zauważyć, iż wnikliwa analiza sytuacji międzynarodowej przez szwajcarską "Entente" była - w ówczesnym układzie stosunków - słuszna i trafna. Jeżeli w końcu wishful thinking Winstona Churchilla zostało nagrodzone niespodziewanym sukcesem: wybuchem wojny radziecko-niemieckiej w 1941 roku, stało się to swoistą nagrodą dla polityka-hazardzisty, który postawił najwyższą stawkę na obrót wypadków najmniej prawdopodobny. Gdyby nie szaleńcza decyzja Hitlera ataku na ZSRR, Churchill przeszedłby do historii jako sprawca totalnej klęski Zachodu. Ujmując całą sprawę w kategoriach realizmu politycznego, nie można było w 1939 i 1940 roku liczyć na konflikt zbrojny między Rzeszą a ZSRR, państwami, które łączyła ówcześnie rzeczywista wspólnota interesów. Hitler mógł korzystać jeszcze przez wiele lat z lojalnej i najwydajniejszej pomocy zaopatrzeniowej Związku Radzieckiego. Nie ma żadnych śladów, aby tajne służby brytyjskie starały się działać na jedynym odcinku dającym im szansę: w Berlinie - przez prowokowanie Hitlera do zerwania ze Stalinem. Churchill liczył na konflikt niemiecko-radziecki na zasadzie postawienia va banque wszystkiego na jedną kartę. Okazało się, że skrajnie ryzykowny hazard polityczny czasami się opłaca (choć dalsze skutki takiego sukcesu bywają nie zawsze najlepsze).

W każdym razie Foreign Office na przełomie roku 1939/1940 starało się w żaden sposób Stalina nie irytować, przymykając oczy na negatywne skutki zaopatrywania Niemiec w surowce, paliwa i żywność przez Związek Radziecki. 3 stycznia 1940 Foreign Office odmówił oficjalnych kontaktów z "Entente Anticommuniste", kontynuując swoją politykę niezauważania sojuszu radziecko-niemieckiego293. Trochę utrudniła co prawda tę politykę sprawa Finlandii.

Pod koniec października 1939 roku Foreign Office zorganizował regularne nasłuchy radia ZSRR, starając się wyławiać z tych audycji wszystko, co mogłoby interesować Aliantów zachodnich. Ta godna uznania czujność trwała zaledwie kilka miesięcy, w początkach 1940 roku nasłuchy z niewiadomych powodów przerwano. Pozostały jednak po nich liczne stronice protokołów, stanowiące bezcenny materiał historyczny dla poznania całej atmosfery politycznej w ZSRR w okresie pełnego rozkwitu współpracy Stalina z Hitlerem294. Na zasadzie przykładu wybieramy z tych zapisów kilka informacji dotyczących spraw polskich.

29 października 1939 w audycji w języku rosyjskim radio ZSRR powiadomiło o "deklaracji zgromadzenia ludowego Zachodniej Białorusi", przyjętej tego dnia w Białymstoku. Deklaracja białostocka powtarzała tekst podobnej, przyjętej przez "zgromadzenie ludowe Zachodniej Ukrainy" 27 października. Radiostacje radzieckie ze szczególnym upodobaniem informowały o wydarzeniach w Białymstoku, poświęcając im więcej nawet uwagi niż analogicznym wydarzeniom we Lwowie. Z dzisiejszego punktu widzenia ma to sens o tyle znamienny, że ówczesna "stolica Zachodniej Białorusi" - Białystok jest jedynym miastem wojewódzkim niepodległej Rzeczypospolitej z okresu 1921-1939, które w 1939 roku zostało "na wieczne czasy" włączone do ZSRR, obecnie znajduje się jednak w granicach PRL. Deklaracje lwowska i białostocka aprobowały (oczywiście jednogłośnie) wprowadzenie władzy radzieckiej i witały z upojeniem wyzwolenie spod jarzma polskiego. W audycji w języku angielskim radio ZSRR donosiło tego samego dnia:

Cała własność ludu białoruskiego była zagarnięta przez polskich obszarników. Rabując te ziemie Polacy przechwalali się, że państwo ich jest demokracją. Białorusini pragną jednak tylko stalinowskiej demokracji radzieckiej. Wszyscy deputowani jednomyślnie wznosili okrzyki na cześć władzy radzieckiej, wielu płakało ze szczęścia. [...] Na 957 deputowanych, 152 to robotnicy, 628 to chłopi, inteligentów jest 121295. [...] W Polsce kobiety nie miały w ogóle praw politycznych, a teraz w skład Zgromadzenia Ludowego weszły 123 kobiety296.

30 października 1939, audycja w języku rosyjskim, relacja z Białegostoku:

Znany poeta rosyjski Aleksy Tyrkow opisuje defiladę wojskową i manifestację ludową na cześć wyzwolenia spod polskiego ucisku. [...] Dzień 17 września, to jest dzień przekroczenia przez Armię Czerwoną granicy polskiej, będzie odtąd [na Białorusi] świętem państwowym. Pomnik ku upamiętnieniu tego wydarzenia zostanie wzniesiony w centrum Białegostoku297.

4 listopada 1939, audycja w języku rosyjskim:

1. Wczoraj i dzisiaj odbywają się wiece w Zachodniej Białorusi ku uczczeniu inkorporacji do ZSRR. 15 tysięcy robotników i inteligencji wzięło udział w wiecu w Białymstoku. Powszechnie panuje radość i wdzięczność. Podejmuje się zobowiązania czynów produkcyjnych i czujnego strzeżenia własności ludowej. 2. Wspaniałe dni we Lwowie. Tysiące mężczyzn pracuje nad doprowadzeniem miasta do porządku, wszędzie remontuje się bruki. Robotnicy przenoszą się z nędznych izb do luksusowych mieszkań. Na ulicach zainstalowano głośniki, w sklepach panuje ogromne ożywienie, siła nabywcza ludności gwałtownie wzrasta. 20 tysięcy byłych bezrobotnych zyskało już zatrudnienie. [...] Polscy profesorowie zostali usunięci z uniwersytetu i zastąpieni przez uczonych ukraińskich, których uprzednio nie dopuszczano do wykładów. Wykłady uniwersyteckie odbywają się obecnie w języku ukraińskim. Otrzymano 6 tysięcy zgłoszeń od nowych studentów. Armia Czerwona cieszy się powszechnie ogromną popularnością; poza zapewnieniem miastu bezpieczeństwa wykonuje wielkie zadania upowszechnienia kultury298.

21 listopada 1939, w języku angielskim: "Długa audycja na temat nowego życia, z którego korzysta 13 milionów nowych obywateli radzieckich, wyzwolonych spod polskiego jarzma". Przed wojną szalało we Lwowie bezrobocie, 37 tysięcy robotników nie mogło uzyskać żadnej pracy. Po dwóch miesiącach władzy radzieckiej jest już tylko 10 tysięcy bezrobotnych, do czego m.in. przyczynił się fakt, że "8 tysięcy lwowskich bezrobotnych wyjechało do kopalń w Zagłębiu Donieckim"299.

I tak dalej, i tak dalej... Ostatniej wiadomości, na temat tysięcy bezrobotnych szukających pracy w Zagłębiu Donieckim, wolimy nawet nie komentować. Wiadomo, w jaki sposób Polacy pod władzą ZSRR uzyskiwali podobne "zatrudnienie".

Zbierający pracowicie te nasłuchy funkcjonariusze ambasady brytyjskiej w Moskwie, jak również pracownicy Foreign Office w Londynie - mimo ostrzeżeń i wyjaśnień ośrodków świadomych istoty ustroju ZSRR - prawdopodobnie nie zdawali sobie sprawy, z czym mają do czynienia. Najgorsze było wszelako, że z położenia tej części Polski, która znalazła się pod okupacją radziecką, i z losu obywateli polskich uwięzionych lub deportowanych do ZSRR, nie zdawał sobie sprawy także Rząd RP na emigracji, ani we Francji, ani później w Londynie.

xiv. Rząd RP na emigracji a ZSRR

Gdy 30 września 1939 zaczął wreszcie funkcjonować we Francji emigracyjny Rząd RP, na właściwe ustawienie wielu zasadniczych spraw politycznych było już za późno. Nie znaczy to, że nie można było nadal pobudzać opinii publicznej wolnego świata do właściwego rozumienia istoty współpracy radziecko-niemieckiej. Rząd RP posiadał po temu wystarczające środki i możliwości. Wydaje się jednak, iż w tym zakresie dysponował (fakt to zdumiewający!) wiedzą mniejszą niż np. niektórzy członkowie parlamentu brytyjskiego.

11 października przybył do Londynu następca Józefa Becka na stanowisku ministra spraw zagranicznych (skądinąd także jego poprzednik do 1933 roku) August Zaleski. "Przyjęto go jak przyjaciela - wspomina Edward Raczyński - on zaś zgodził się, nie rezygnując w zasadzie z pretensji do Związku Sowieckiego za napaść na Polskę i sztych w plecy, utrzymywać tę pretensję na drugim planie, pozostawiając pierwsze miejsce Niemcom wraz z odpowiedzialnością materialną, polityczną, a nawet, ewentualnie, terytorialną za rozpętanie katastrofy"300. Było to określenie całej sytuacji tak niejasne, że właściwie żadne. "Pretensja na drugim planie" - nie znaczyło to w ogóle nic. Prawda, że wobec postawy Rządu RP w dniu 17 września Rząd emigracyjny nie mógł już stawiać na ostrzu noża sprawy stosunków prawno-politycznych między Rzecząpospolitą a ZSRR. Prawdopodobnie usiłowania Zaleskiego, aby wymusić na Brytyjczykach (a także respective Francuzach) jakiś jawny czy tajny choćby protokół dyplomatyczny, przesądzający o uznaniu przez Aliantów akcji ZSRR za agresję na państwo polskie, a więc określający stosunki między Polską a Związkiem Radzieckim jako de facto stan wojny, wreszcie deklarujący neutralność Aliantów wobec tego konfliktu - byłyby bezskuteczne. Nie wniosek stąd jednak, iż należało od razu zaniechać starań o przygotowanie tytułów prawno-międzynarodowych na okres przyszłej odbudowy państwa polskiego. Przez wiele miesięcy było całkiem niejasne, jak z prawnego punktu widzenia wyglądają stosunki między Polską a ZSRR301. W sierpniu 1940 roku koła handlowe londyńskiej City zwróciły się do Foreign Office z pytaniem: czy rząd gen. Sikorskiego, z którym rząd brytyjski utrzymuje stosunki sojusznicze, znajduje się czy też nie - w stanie wojny z ZSRR? Wyjaśnienie tej sprawy miało znaczenie o tyle, iż handlowcom brytyjskim nie wolno było zawierać transakcji z krajami sprzymierzonymi z państwami Osi. Sprawa ta ciągnęła się przez pewien czas. Wreszcie rząd RP w Londynie dyskretnie stwierdził, że stanu wojny między Polską a ZSRR nie ma302.

Z faktów tych wynikała dość powikłana sytuacja prawno-międzynarodowa. Rząd niemiecki i rząd ZSRR nie uznawały w ogóle dalszego istnienia państwa polskiego, jednomyślnie twierdząc, iż Rzeczpospolita całkowicie i na zawsze przestała istnieć. Tezę tę forsował przede wszystkim rząd radziecki, skłaniając Niemcy do rezygnacji z prób utworzenia jakiegokolwiek marionetkowego państwa quasi-polskiego (abstrahujemy tu od kwestii, czy próby takie miałyby w ogóle szanse powodzenia, wobec zdecydowanie antyniemieckiego stanowiska krajowej opinii publicznej, a także, czy takie ewentualne państwo dałoby społeczeństwu polskiemu szansę przetrwania z mniejszymi stratami okresu Drugiej Wojny Światowej). Nieistnienia państwa polskiego nie uznawali z kolei Alianci, kontynuując uznanie Rządu RP na emigracji jako legalnego rządu polskiego. Cała ta sytuacja powikłana była dramatycznie przez fakt, iż układy sojusznicze Polska miała tylko z Francją - która przestała odgrywać w wojnie jakąkolwiek rolę w czerwcu 1940 roku - oraz z Wielką Brytanią. Nie miała natomiast (i przez cały czas wojny nie zdołała uzyskać) żadnych umów ze Stanami Zjednoczonymi, których wpływ na losy Europy stał się od przełomu 1941/1942 roku ogromny i nawet decydujący.

Jak wiadomo, przed opuszczeniem ZSRR reprezentację interesów polskich na tym terenie amb. Wacław Grzybowski powierzył ambasadorowi brytyjskiemu sir Williamowi Seedsowi. Rząd Wielkiej Brytanii rolę tę oficjalnie przyjął. Nigdy jednak z niej się nie wywiązał, a co gorsza, Rząd RP nigdy nie próbował użyć pośrednictwa brytyjskiego do - przynajmniej - wyjaśnienia losu obywateli RP na terytorium ZSRR.

W wyniku agresji radzieckiej w ręce Armii Czerwonej dostało się ponad 250 tysięcy kombatantów polskich. Szeregowych i podoficerów w mniejszości zwolniono. W większości uwięziono w tzw. łagrach, natomiast oficerów i częściowo podoficerów w ogólnej liczbie około 14 500 skoncentrowano (jak wiadomo) w trzech obozach: Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Była to kadra potężna, wystarczająca dla odtworzenia ponad 300-tysięcznej armii polskiej. O istnieniu obozów w trzech wyżej wspomnianych miejscowościach społeczeństwo Generalnej Guberni dowiedziało się około Bożego Narodzenia 1939 roku. Wtedy właśnie nadeszła do kraju pierwsza wielka fala listów od oficerów uwięzionych w obozach radzieckich, w adresach nadawczych wymieniająca wyraźnie położenie obozów. W każdym razie był to materiał wystarczający, aby wywiad ZWZ, późniejszej AK, mógł - choćby ogólnie - zorientować się w liczebności i miejscach internowania oficerów polskich w ZSRR. Są zresztą informacje, że przynajmniej nieliczni spośród jeńców Kozielska byli w początkach uwięzienia odwiedzani przez członków rodzin z rejonu okupacji radzieckiej303. Choćby z tych źródeł informacje o obozach powinny były dotrzeć do Naczelnego Dowództwa i Rządu RP we Francji.

Rząd gen. Sikorskiego czynił znaczne wysiłki, aby odbudować we Francji symboliczną Armię Polską, okazywał natomiast zdumiewające dzisiejszego historyka désintéressement w sprawach Polaków na terenie okupacji radzieckiej, nie mówiąc już o jeńcach więzionych na terenie Rosji. Trudno oczywiście przesądzać dzisiaj sprawę ewentualnego powodzenia zabiegów polskich - które można było podjąć za pośrednictwem rządu brytyjskiego - aby przynajmniej ustalić liczbę jeńców w obozach ZSRR, miejsce ich pobytu i ogólną sytuację, nie mówiąc już o próbach wydobycia tych ludzi poza obszar ZSRR. Jest w każdym razie faktem, iż żadnych działań w tym kierunku w ogóle nie brano pod uwagę. Zdumiewa to tym bardziej, że ogólna liczba kombatantów Polskich Sił Zbrojnych, którzy dostali się do niewoli ZSRR, była w ogólnych zarysach znana, choćby z enuncjacji rządu radzieckiego, a zagrożenie życia oficerów znajdujących się w obozach radzieckich powinno być dla wszystkich Polaków na Zachodzie oczywiste304. Ogarnięty swoistą psychozą walki przede wszystkim, a może i wyłącznie, z niebezpieczeństwem niemieckim, Rząd gen. Sikorskiego nie zwracał żadnej właściwie uwagi na groźbę dla Polski ze strony ZSRR, do chwili klęski Francji w 1940 roku nie rozważając problemu wagi najwyższej: w jaki sposób po przyszłym ewentualnym zwycięstwie nad Niemcami będzie można doprowadzić do odzyskania choćby części ziem wschodnich Rzeczypospolitej i uwolnić wiele milionów obywateli RP spod okupacji radzieckiej? Po klęsce Francji w 1940 roku na podobne pytania było już za późno. Gdy wybuchła wojna radziecko-niemiecka w 1941 roku, przez ten sam fakt sprawa polska znalazła się w sytuacji katastrofalnej, mimo nowej szansy wydobycia z terytorium ZSRR pewnej części tych jeńców, więźniów i deportowanych polskich, którzy przeżyli rok 1940.

W swoim Raporcie końcowym, datowanym w Paryżu 6 listopada 1939, amb. Wacław Grzybowski pisał m.in.:

Charakter reżimu stalinowskiego przejawił się przede wszystkim w procesach, które przejęły grozą cały świat. Czystki, które towarzyszyły tym procesom, kosztowały życie setek tysięcy ofiar i zdezorganizowały armię i aparat państwowy.

Cytował również fragmenty swojego listu poufnego do min. Becka z 8 kwietnia 1938, w którym zwracał uwagę, że masowe mordy polityczne są "normalnym" sposobem rozwiązywania trudności politycznych w ZSRR305.

Nikt spośród emigracyjnej ekipy rządowej roku 1939/1940 nie mógłby twierdzić, jakoby ludobójcze metody "sprawowania władzy" w ZSRR nie były mu ówcześnie znane. Historyk może więc postawić naturalne zupełnie pytanie: czy Rząd RP w Angers nie brał w ogóle pod uwagę możliwości prostego i zwykłego wymordowania przez władze radzieckie kilkunastu tysięcy oficerów "byłego Wojska Polskiego", obywateli "byłego państwa polskiego", niemal wyłącznie ludzi, którzy w świetle ówczesnej doktryny państwowej ZSRR byli zdecydowanymi "wrogami klasowymi", nieprzyjaciółmi systemu radzieckiego, a co najważniejsze - indywiduami, za którymi nie stała już żadna realna siła państwowa? Czy nikt we Francji nie rozumiał, iż rząd ZSRR nie bez powodu nie przystąpił do konwencji haskiej i genewskiej, że oficerowie polscy więzieni w ZSRR nie korzystają z żadnych praw jeńców wojennych?

Jest bardzo charakterystyczne, iż w początkach czerwca 1940 roku, gdy waliła się już obrona Francji, a przed Wielką Brytanią stawał problem mobilizacji wszystkich środków do obrony Imperium Brytyjskiego, tym samym zaś sprawa polskich kombatantów, których można było włączyć do sił alianckich, stała się paląca, zaczęto zastanawiać się w Londynie, gdzie jeszcze znajdują się żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego, których można by wydobyć z internowania. Specjalny memoriał opracowany dla rządu brytyjskiego dnia 6 czerwca 1940 stwierdzał m.in.: "Polacy w okupowanej przez Rosjan części Polski nie mają już nawet nominalnego statusu jeńców wojennych. Nie jest więc dla nas możliwe wydostawanie Polaków z rosyjskiej Polski (!) i nie próbujemy tego robić"306.

Nie jest istotne, że 6 czerwca 1940 mordowanie jeńców z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa było już zakończone. Ważne jest stwierdzenie doradców rządu brytyjskiego, że jeńcy polscy w Rosji "nie mają już nawet nominalnego statusu jeńców wojennych". Było to m.in. skutkiem wstrzymania się przez Rząd RP 17 września 1939, przed ogłoszeniem stanu wojny między Polską a ZSRR, co przy międzynarodowym uznaniu takiego stanu rzeczy dawałoby jeńcom polskim w ZSRR przynajmniej jakąś szansę domagania się praw jeńców wojennych. Rząd ZSRR obstawał przy tezie, iż państwo polskie rozpadło się "samo", że żadnej wojny polsko-radzieckiej nie było, nie ma więc w ZSRR żadnych jeńców wojennych, są tylko kontrrewolucyjne i wrogie władzy radzieckiej elementy bezpaństwowe, z którymi należy postępować zgodnie z politycznymi praktykami Kraju Rad. Takie właśnie postępowanie zastosowano wobec 14 500 więźniów Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa.

Francuzi, Anglicy czy Amerykanie mogli tych praktyk nie rozumieć i w ich istnienie nawet nie wierzyć. Tego rodzaju naiwność nie powinna być jednak udziałem polityków wychowanych w Rzeczypospolitej, która przeszła przez doświadczenia wojny 1919-1920 roku, a sąsiadowała z ZSRR i miała na terenie tego państwa dość dobrze rozbudowany system informacyjny.

Nasuwa się więc inna interpretacja polityki RP w Angers wobec jeńców polskich w ZSRR. Trzeba pamiętać o niepojętej nienawiści niektórych członków nowej ekipy rządowej wobec dawnego "sanacyjnego" systemu Rzeczypospolitej. Przykłady bezmyślnego prześladowania we Francji - przez jesień 1939, zimę i wiosnę 1940 roku - działaczy państwowych i oficerów WP związanych z przedwrześniowym systemem rządów w Polsce, doprawdy zdumiewają i zawstydzają dzisiejszego historyka. Brak zainteresowania Naczelnego Dowództwa i Rządu RP 1939/1940 roku sprawą podjęcia ewentualnych prób wydostania z ZSRR oficerów polskich - bez względu na szanse takiego przedsięwzięcia - tłumaczyć by można np. obawami nowego Rządu RP, że próby takie mogą się powieść, a w konsekwencji zjawi się we Francji liczna grupa oficerów w znacznej części tak czy owak związanych z "sanacyjnym" systemem RP. co poważnie zakłóci równowagę sił politycznych we Francji. Uznano, być może, iż lepiej jest pozostawić tych jeńców aż do końca wojny w obozach radzieckich, potem zaś, już po odbudowaniu państwa polskiego, zatroszczyć się o ich repatriację. Że ludzie ci końca wojny w ogóle nie dożyją, taka ewentualność do głowy nikomu jakoś nie przyszła307.

Sprawa wydobycia jeńców polskich z ZSRR stała się problemem palącym dopiero po klęsce Francji w 1940 roku, kiedy to przepadła większość odtworzonej z mozołem skromnej Armii Polskiej na Zachodzie. Zbiegły się w czasie dość niezwykłe informacje i poczynania. Misja brytyjska rezydująca jeszcze w Kownie doniosła 7 czerwca 1940, jakoby gdzieś w rejonie Stanisławowa formowano z jeńców polskich w ZSRR "Polskie Czerwone Legiony" (Polish Red Legions). Dochodziły podobno wiadomości, że żołnierze i oficerowie są traktowani przyzwoicie, a dawne stopnie oficerskie w pełni honorowane. W związku z tym powstało wzburzenie wśród oficerów polskich internowanych na Litwie (wkrótce potem znajdą się oni w Kozielsku nr 2, ale nie trafią do Katynia, lecz doczekają się w ZSRR formowania armii gen. Andersa); Polacy żądali instrukcji Rądu RP, jak mają się zachować wobec tych "Polskich Legionów"308. Rząd RP - mniejsza z tym, że wówczas sam w sytuacji desperackiej - żadnych instrukcji udzielić nie mógł, jako że sam nic nie wiedział. W połowie czerwca 1940 roku Stefan Litauer wpadł w Londynie na niezwykły pomysł, aby - bez pytania o zdanie rządu radzieckiego - rozpocząć w Rosji starania o utworzenie kilkusettysięcznej armii polskiej. Z tego to źródła wywiódł się pomysł memoriału, który gen. Sikorski dnia 19 czerwca wręczył lordowi Halifaxowi. Memoriał zawierał sugestię, aby z okazji mianowania sir Stafforda Crippsa nowym ambasadorem brytyjskim w Moskwie przydzielić do misji w ZSRR obserwatora polskiego, który by sondował możliwości sformowania tamże z jeńców polskich 300-tysięcznej armii polskiej309.

Co prawda memoriał ten zaraz potem wycofano, jako politycznie nieprzemyślany. Jest wszelako faktem, iż Rząd RP na emigracji nie zastanowił się nad sprawą zasadniczą: czy kadra oficerska dla tej hipotetycznej armii jeszcze w ogóle istnieje? Dzisiaj wiadomo, że akurat parę tygodni wcześniej zakończono sprawne wymordowanie 97% jeńców ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa.

Kto w ogóle przeżył rok 1940, miało się okazać dopiero po układzie Sikorski-Majski z 30 lipca 1941, gdy rozpoczęto formowanie Armii Polskiej w ZSRR.

Zamiast konkluzji

Tragedia Polski w Drugiej Wojnie Światowej nie wynikała bynajmniej z nierówności sił między Rzecząpospolitą a Rzeszą Niemiecką, wskutek której, mimo posiadania na Zachodzie potężnych sojuszników, Polska musiała ponieść klęskę - zdawało się, że tylko w pierwszym okresie wojny. Istotą tej tragedii był fakt, że Druga Wojna Światowa rozpoczęła się przez wspólny atak na Polskę obu sąsiadujących z Rzecząpospolitą mocarstw totalitarnych. Bez antypolskiego porozumienia między Berlinem a Moskwą wojna roku 1939 w ogóle by nie wybuchła. Polska poniosła we Wrześniu ogromną klęskę militarną i polityczną, stając się na dwa lata obiektem jednoznacznej totalnej eksterminacji ze strony obu okupantów. Sprawa polska otrzymała cios dodatkowy wskutek odwrócenia przymierzy w 1941 roku, gdy jeden z agresorów roku 1939 znalazł się w obozie koalicyjnym, a mocarstwa zachodnie uznały pomoc ZSRR przeciwko Rzeszy Niemieckiej za wartą i godną wszelkiej ceny.

Jest oczywiste, że od chwili całkowitego rozczarowania się do polityki appeasementu, to jest po okupacji Czech w marcu 1939 roku, mocarstwa zachodnie zdecydowały się powstrzymać w ostateczności nawet siłą agresję Hitlera. Jest również niewątpliwe, że w miarę swych możliwości starały się ocalić Polskę przed agresją Niemiec, stawiając Berlin wobec niebudzącej wątpliwości perspektywy wojny z Koalicją Zachodnią. Dla ratowania pokoju w Europie Londyn i Paryż starały się pozyskać również współpracę Moskwy, nie zdając sobie sprawy, iż rząd ZSRR był zainteresowany właśnie w wybuchu wojny, kładącej ostateczny kres tzw. porządkowi wersalskiemu w Europie Środkowo-Wschodniej. Brytyjsko-francuskie poszanowanie niepodległości i integralności państw międzymorza bałtycko-czarnomorskiego musiało przesądzić w sierpniu 1939 roku o niepowodzeniu rokowań mocarstw zachodnich z ZSRR. Druga Wojna Światowa doszła do skutku, gdyż Stalin pragnął jej w równym stopniu co Hitler. Dyktator ZSRR nie przewidział naturalnie roku 1941. Fakt, że społeczeństwo radzieckie poniosło w latach 1941-1945 ogromne straty ludnościowe i materialne, nie jest wszelako żadnym kontrargumentem przeciwko tezie, iż rząd ZSRR wyszedł z tego konfliktu jako jedyny zwycięzca. Wszystkie państwa uczestniczące w Drugiej Wojnie Światowej zakończyły ją bilansem ujemnym. Wszystkie - z wyjątkiem Związku Radzieckiego. ZSRR nie tylko zachował w swoim posiadaniu to wszystko, co uzyskał w 1939 roku dzięki współdziałaniu z Rzeszą Niemiecką. Osiągnął w końcu znacznie więcej: w roku 1939 Armia Czerwona stanęła na linii Narwi i Bugu; w roku 1945 Armia Radziecka zajęła na kilkadziesiąt (jak dotąd) lat pozycje nad Łabą i Dunajem.

Największym niebezpieczeństwem dla Polski w okresie Drugiej Wojny Światowej było rozpaczliwe poszukiwanie przez Aliantów antyniemieckiego sojusznika właśnie w Związku Radzieckim. Rozczarowanie z sierpnia 1939 roku nieco nadwerężyło wiarę w tę możliwość, ale wkrótce potem powrócono do niej w znacznie większym stopniu. Dnia 22 czerwca 1941 Winston Churchill zadeklarował bezwarunkowe poparcie i pomoc dla stalinowskiej Rosji, właśnie zaatakowanej przez Hitlera. Jakkolwiek w końcowej fazie wojny polityka USA przyczyniła się w znacznie większym stopniu niż polityka brytyjska do podziału świata na sferę wpływów radzieckiego totalizmu i strefę świata demokratycznego, w obrębie którego poszczególne kraje zachowały prawo do samostanowienia - jest faktem bezspornym, że w chwili ataku Rzeszy Niemieckiej na ZSRR bezmyślna deklaracja Churchilla, zresztą ostro potępiona przez rząd USA310, przyczyniła się decydująco do skierowania polityki aliantów zachodnich ku bezwarunkowemu poparciu Stalina. Podobna deklaracja Winstona Churchilla byłaby bardzo utrudniona, a może wręcz niemożliwa, gdyby od dnia 17 września 1939 Rzeczpospolita Polska znajdowała się formalnie w stanie wojny z ZSRR.

Jeżeli Polska miała jakiekolwiek szanse w okresie Drugiej Wojny Światowej, to wiązać się one mogły tylko z wpojeniem światowej, a zwłaszcza amerykańskiej opinii publicznej głębokiego przekonania, iż totalizm radziecki jest co najmniej tak samo niebezpieczny jak totalizm hitlerowski. Że jeżeli nawet dojdzie do włączenia ZSRR do tzw. Wielkiej Koalicji Antynazistowskiej, to warunkiem tego musi być zabezpieczenie świata przed nową, jeszcze większą niż hitlerowska groźbą dla ludzkości - przez uwarunkowanie wszelkiej pomocy materiałowej i militarnej dla ZSRR daleko sięgającymi, szczegółowymi i konkretnymi gwarancjami politycznymi i strategicznymi.

W dniach 17-25 września 1939 przeszła przez cały wolny świat fala oburzenia opinii publicznej, która mogła była stać się podłożem przyszłej czujności wobec radzieckiej groźby dla świata. W studium niniejszym staraliśmy się zwrócić uwagę na te momenty, w których odpowiednie działanie polskie mogło było przyczynić się do utrzymania odpowiedniego napięcia światowej opinii publicznej. Nie były to na pewno możliwości wielkie. Wszelako istniały. Jest faktem, że ich nie wyzyskano.

Okresem najbardziej sprzyjającym pobudzaniu opinii światowej do czujności wobec ZSRR było dziewięć miesięcy między wrześniem 1939 a czerwcem 1940 roku. Sojusznicy zachodni czuli się wtedy jeszcze względnie pewni, znaczna część ośrodków opiniotwórczych zwracała uwagę na analogie między systemem hitlerowskim a systemem stalinowskim; między grudniem 1939 a marcem 1940 roku agresja na Finlandię wzburzyła przeciwko ZSRR opinię światową. Rząd RP na emigracji - mimo zasadniczych zaniedbań z dnia 17 września 1939 - miał wówczas stosunkowo największe możliwości działania w kierunku budzenia czujności świata wobec radzieckiego imperializmu. Współpraca radziecko-niemiecka w dziedzinie gospodarczej była tak jawna, a udział dostaw ZSRR w rozbudowie potencjału militarnego Rzeszy tak oczywisty, iż można było na tym tle pracować nad rozbudową informacji światowej na temat podobieństwa obu systemów totalitarnych. Nawet przy najbardziej optymistycznych rokowaniach na temat klęski Niemiec było to jak najbardziej uzasadnione z uwagi na trudny problem usunięcia w przyszłości z połowy ziem Polski okupacji radzieckiej. Po klęsce Francji sprawy stały się znacznie trudniejsze. Swoistą idee fixe Churchilla było oczekiwanie konfliktu zbrojnego między ZSRR a Rzeszą Niemiecką - dwoma państwami, których interesy były w myśl zasad realizmu politycznego ówcześnie w zasadniczych punktach zgodne. Jak wspomnieliśmy wyżej premier brytyjski postawił va banque cały los Koalicji na tę jedną kartę. Szaleństwo Hitlera dopomogło mu do wygranej. Ostateczny wynik Drugiej Wojny Światowej osiągnięty został w ten sposób niejako przez przypadek.

Wybuch wojny radziecko-niemieckiej nie był zapewne nieunikniony. W każdym razie ze strony Stalina istniała najdalej idąca gotowość do lojalnej współpracy z Hitlerem, a rząd niemiecki mógł liczyć na ogromne dostawy surowcowe z ZSRR przez wiele jeszcze lat. Można poważnie zastanowić się nad alternatywą losów świata, gdyby w 1941 roku Hitler - zamiast ataku na ZSRR - podjął po raz drugi i na znacznie większą skalę próbę inwazji Wysp Brytyjskich, korzystając z ciągle osiągalnej pomocy ZSRR, przynajmniej w dziedzinie dostawy paliw i surowców. Być może Wielka Brytania mimo wszystko nie zdołałaby się obronić. Być może przetrwałaby ten atak tylko z największymi stratami. W każdym razie można sobie wyobrazić wieloletnie trwanie Drugiej Wojny Światowej bez czynnego udziału w niej ZSRR. Zapewne po przełamaniu izolacjonistycznych nastrojów amerykańskiej opinii publicznej, Stany Zjednoczone przystąpiłyby w końcu do wojny - a to miałoby dla rozstrzygnięcia konfliktu światowego znaczenie decydujące. Można sobie wyobrazić, jak wyglądałaby sytuacja narodów Europy Środkowej po kilkuletnim trwaniu wojny - przy ciągłej współpracy radziecko-niemieckiej... Zapewne eksterminacja biologiczna społeczeństwa polskiego, prowadzona wspólnie przez hitleryzm i stalinizm (coraz bardziej upodobniające się politycznie i doktrynalnie), posunięta by została jeszcze dalej, niż stało się faktycznie w latach 1939-1945. Lecz z drugiej strony ostateczne rozstrzygnięcie wojny mogło się okazać dla sprawy polskiej korzystniejsze. Tak czy owak, w początkach 1946 roku dominacja totalizmów w Europie zostałaby zakończona. Wtedy właśnie - a wynika to ze znanej już dzisiaj dokładnie historii rozwoju broni termonuklearnej w USA - Stany Zjednoczone mogły dysponować około 30 bombami atomowymi, zdatnymi do zrzucenia na teren Niemiec..., a w razie konieczności także na obszar państwa, stanowiącego dla Niemiec hitlerowskich największą bazę zaopatrzeniową. Sama groźba użycia tej broni okazałaby się, być może, skuteczniejsza niż jej wykonanie.

Stało się inaczej, nadzieje Churchilla doczekały się spełnienia, wojna niemiecko-radziecka wprowadziła nowy czynnik do sytuacji świata. Nie tyle sam ten konflikt, ile stosunek doń administracji Roosevelta w Waszyngtonie - doktryna "taniej wojny" z Hitlerem przede wszystkim cudzymi rękami i na cudzy koszt - doprowadził do fatalnego obrotu wydarzeń, przede wszystkim dla Polski, lecz również dla wielu innych krajów Europy, a w dalszej konsekwencji dla całego świata. Po dziś dzień jest niejasne, do jakiego stopnia polityka wspomagania ZSRR ogromnymi dostawami wojskowymi i konsumpcyjnymi w latach 1942-1945, bez żadnych w ogóle warunków politycznych i strategicznych, wynikała z niepojętej naiwności F.D. Roosevelta i jego najbliższych doradców, w jakim zaś stopniu znalazła w tym wyraz inspiracja tajnych służb radzieckich w USA. Jest faktem, że Polska była pierwszą ofiarą tej absurdalnej polityki; lecz jest również bezsporne, iż cała ta polityka hodowania Potwora (Breeding the Monster) - jak trafnie określili to później niektórzy publicyści amerykańscy - legła u podstaw wypromowania ZSRR na supermocarstwo, którego imperialistyczna polityka, wynikająca z totalitarnego ustroju przemocy i gwałcenia praw ludzkich, zagroziła w następstwie całemu światu. Skutki polityki "taniej wojny" z Hitlerem świat odczuwa do dzisiaj. Waszyngton, przy współpracy Londynu, złożył w ręce Stalina główne zadanie pokonania dawnego sojusznika ZSRR - Rzeszy Niemieckiej, za cenę ogromnego doinwestowania gospodarki radzieckiej, w końcu płacąc dyktatorowi ZSRR niepodległością Polski, Czechosłowacji, Rumunii, Węgier, Bułgarii, Jugosławii i Albanii, nie mówiąc już o Litwie, Łotwie i Estonii, ani też o jednej trzeciej Niemiec. Na określenie polityki, którą wybrali politycy Zachodu w latach 1941-1945, ludowa mądrość polska posiada sformułowanie znakomite: "wypędzenie diabła Belzebubem". Gdy się ocknięto w roku 1946, można było odrobić straty tylko za cenę nowej wojny, na którą Zachód - mimo dysponowania do roku 1949 monopolem broni atomowej, nie doceniając groźby opanowania tej broni przez Moskwę, ale ze względów głównie humanitarnych - nie mógł się zdecydować311.

Uratować sprawę niepodległości Rzeczypospolitej, a co więcej, ocalić świat przed wytworzeniem groźby znacznie większej niż groźba hitleryzmu, mogło tylko znaczne poruszenie, czujność i stanowczość opinii publicznej państw demokratycznych, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych - w latach 1939-1945. Historyk nie może udowodnić, że przy większej trzeźwości politycznej, zdecydowaniu i odwadze Rządu RP w sierpniu 1939 roku udałoby się w istotny sposób wpłynąć na korzystną ewolucję światowej opinii publicznej w decydujących momentach Drugiej Wojny Światowej. Może jednak wyrazić przypuszczenie, iż postawa taka przyczyniłaby się realnie do stworzenia szansy ocalenia Polski przed klęską, która spotkała nas w latach 1944-1945.

Przypisy

1 Tekst drukowany w niniejszym tomie [przyp. red.].

2 Władysław W. Kulski, Pamiętnik b. polskiego dyplomaty, "Zeszyty Historyczne" (Paryż), 1977, nr 42, s. 159-160.

3 Jak wiadomo, w okresie międzywojennym komentatorzy polityczni prasy światowej przyznawali nieoficjalny "status mocarstwowy" siedmiu państwom: Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym, Francji, Japonii, Niemcom, Italii i ZSRR (najczęściej w takiej właśnie kolejności).

4 Mowa o wspomnieniach Swianiewicza: W cieniu Katynia (Paryż 1976) [przyp. red.].

5 Jest znamienne, że przeciwko wykorzystaniu okazji Monachium dla odzyskania Zaolzia - jako współdziałaniu z Hitlerem w gwałcie na Czechosłowacji - wśród członków Rządu RP wystąpił tylko wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, co omal nie doprowadziło do przesilenia gabinetowego. Por. Kajetan Morawski, Wspólna droga, wspomnienia, Księgarnia Polska, Paryż, b. d., s. 88.

6 Por. David Irving, "The Virus House", London 1967, wyd. polskie: Kryptonim "Virushaus". Badania nad bombą atomową w III Rzeszy, Książka i Wiedza, Warszawa 1975.

7 Les Relations polono-allemandes et polono-soviétiques au cours de la période 1933-1939. Recueil de documents officiels, Flammarion, Paris 1940, s. 198-199.

8 Ibidem, s. 200-202.

9 Warto w tym miejscu przypomnieć, że jeżeli Niemcy w okresie rządów Hitlera pogwałciły 25 traktatów międzynarodowych, to ZSRR pod rządami Stalina w latach 1939-1945 pogwałcił takich traktatów aż 28. Por. zestawienie w dziele: William C. Bullitt, The Great Globe Itself. A Preface to World Affairs, London 1947, s. 181-194 (Appendix I).

10 Les Relations, s. 202-204; Kulski, op. cit., s. 149-150.

* Dokładny tekst artykułu drugiego Konwencji o określeniu napaści podpisanej w Londynie 3 lipca 1933 r. brzmiał: "1) Wypowiedzenie wojny innemu państwu; 2) Napad przy pomocy swych sił zbrojnych na terytorium innego państwa, nawet bez wypowiedzenia wojny; 3) Zaatakowanie przy pomocy swych sił lądowych, morskich lub powietrznych, terytorium, okrętów lub samolotów innego państwa, nawet bez wypowiedzenia wojny; 4) Blokada morska wybrzeża lub portów innego państwa; 5) Poparcie użyczone bandom uzbrojonym, które, zorganizowawszy się na jego terytorium, dokonają najazdu na terytorium innego państwa, jak również odmowa, pomimo żądania państwa najechanego, poczynienia na swem własnem terytorium, wszystkich, będących w jego mocy zarządzeń, w celu pozbawienia powyższych band wszelkiej pomocy lub opieki" [przyp. red.].

11 Por. Wiktor Sukiennicki, Biała Księga. Fakty i dokumenty z okresów dwóch wojen światowych, Biblioteka "Kultury", Paryż 1964, tom 105, s. 70.

12 Ciekawe uwagi na temat planów rządu ZSRR w 1939 roku przedstawił znany dyplomata amerykański i znawca spraw Rosji George F. Kennan w swoich Memoirs 1925-1950, Boston 1967, s. 519-520. Zdaniem Kennana, Stalin - idąc w ślady dyplomacji carskiej - już na długo - przed 1939 rokiem zmierzał do "przywrócenia panowania rosyjskiego w Finlandii i w państwach bałtyckich, we wschodniej Polsce, w północnej Bukowinie i w Besarabii. Oznaczało to również protektorat nad zachodnią Polską i dostęp do morza dla Imperium Rosyjskiego, gdzieś w Prusach Wschodnich. Oznaczało ustanowienie przemożnej dominacji rosyjskiej nad wszystkimi Słowianami Europy Środkowej i Bałkanów, oraz, jeśli okazałoby się to możliwe, stworzenie korytarza między zachodnimi i południowymi Słowianami gdzieś na obszarze terytorium granicznego między Austrią a Węgrami. Oznaczało to wreszcie kontrolę Rosji nad Dardanelami przez usadowienie w tym punkcie baz rosyjskich. Program ten miał na celu nie tylko powiększenie militarnej potęgi Rosji, ale również przeszkodzenie powstaniu w Europie Środkowej i Wschodniej jakiegokolwiek mocarstwa albo koalicji państw, zdolnej rzucić wyzwanie bezpieczeństwu Rosji".

13 Uwagi p. ambasadora Grzybowskiego, wypowiedziane w czasie rozmowy z p. min. Szembekiem z dn. 4 listopada 1936, Biblioteka Polska w Paryżu, rkp. F.N. 16550.

14 Roy Medvedev, Le Stalinisme, origines, histoire, consequences, Editions du Seuil, Paris 1972, s. 262 (W oryginalnym wydaniu amerykańskim dzieło to ukazało się pt. Let History Judge, New York 1971).

15 Paweł Hostowiec (Jerzy Stempowski), Eseje dla Kasandry, Biblioteka "Kultury", Paryż 1961, tom 65, s. 34.

16 Grégoire Gafenco, Préliminaires de la guerre a 1'Est de l'acord de Moscou (21 ao?t 1939) aux hostilités en Russie (22 juin 1941), Editions Egloff, Paris 1945, s. 54-56. Wzajemne upodobnianie się komunizmu i nazizmu podkreślał w swoim raporcie końcowym ambasador USA w Warszawie Anthony J. Drexel Biddle, zob. Poland and the Corning of the Second World War, The Diplomatic Papers of AJ. Drexel Biddle. Jr. United States Ambassador to Poland 1937-1939, ed. Ph.V. Cannistraro, E.D. Wynot, Jr., Th.P. Kovaleff, Ohio State University Press, Columbus 1976, rozdział VI: The Russian Aspect, zwłaszcza s. 187.

17 A. Rossi, Deux ans d'alliance germano-sovietique (ao?t 1939 - juin 1941), Fayard, Paris 1950.

18 Aleksander Bregman, Najlepszy sojusznik Hitlera. Studium o współpracy niemiecko-sowieckiej 1939-1941, Księgarnia Polska Orbis, Londyn 1958, wznowienia 1961, 1967, 1974.

19 Stanisław Mackiewicz, Polityka Becka, Biblioteka "Kultury", Paryż 1964, tom 102, s. 170.

20 Maksymilian Berezowski, Ułani i buchalterzy czyli gwarancje dla Polski, Książka i Wiedza, Warszawa 1967, s. 64-67 i passim.

21 Robert Coulondre, De Staline a Hitler, Paris 1950. Por. Bregman, op. cit., wyd. 1974, s. 12.

22 Les Relations, s. 98, 100; Kulski, op. cit., s. 165-167.

23 Por. Peter Raina, Stosunki polsko-niemieckie 1937-1939. Prawdziwy charakter polityki zagranicznej Józefa Becka, Oficyna Poetów i Malarzy, Londyn 1975, s. 92-108.

24 Podstawowe dokumenty dyplomatyczne z tajnych archiwów niemieckich, dotyczące porozumienia i współpracy z ZSRR, przedstawiła (w przekładach na język angielski) publikacja Nazi-Soviet Relations 1939-1941. Documents from the Archives of the German Foreign Office, ed. Raymond James Sontag and James Stuart Beddie, Department of State, Washington 1948. Jest znamienne, że natychmiast, zapewne już w 1949 roku, powstał przekład polski tej publikacji, wydany zupełnie anonimowo w postaci maszynopisu jednostronnie powielonego, w 3 tomach, stron 170, 231, 155, pt. Stosunki niemiecko-radzieckie w latach 1939-1941. Przekład polski jest kompletny, ale bardzo nierównej jakości, a edycja polska, przygotowana staraniem warszawskiego MSZ, traktowana jako supertajna, nie nosi żadnych cech wydawcy. Dokumenty dotyczące genezy Drugiej Wojny Światowej w obszerniejszym zestawie przedstawiła publikacja źródłowa Documents on German Foreign Policy 1918-1945, w której wydarzeń roku 1939 dotyczą tomy VI, VII, VIII, London, Washington 1956.

25 Nazi-Soviet Relations, s. 20-21; Documents on German Foreign Policy, vol. VI, s. 728-729.

26 Nazi-Soviet Relations, s. 66.

27 Bregman, op. cit., s. 33-34.

28 Por. Historia Drugiej Wojny Światowej 1939-1945, tom II: W przededniu wojny, wyd. oryginalne Moskwa 1973, wyd. polskie: Wydawnictwo MON, Warszawa 1977, s. 280: na Dalekim Wschodzie "walki [...] trwały do 9 sierpnia [1939]. Terytorium radzieckie zostało całkowicie oczyszczone z napastników. Następnego dnia ambasador Japonii w ZSRR przybył do Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych z propozycją podjęcia rokowań. Rząd radziecki, który od początku dążył do pokojowego rozwiązania konfliktu, wyraził zgodę. W południe 11 sierpnia działania bojowe nad jeziorem Chasan zostały przerwane".

29 Documents on German Foreign Policy, vol. VII, s. 204.

30 Nazi-Soviet Relations, s. 76.

31 Por. Aneks - dokument nr 1.

32 "Times", 19 September 1939, s. 5, artykuł Soviet Aims and Plans: "... As regards the Russian move, it is quite clear that the Russian and German Governments had agreed be-forehand on the extent of territory to be occupied by the Red Army. [...] On Sunday a large body of well-informed opinion suspected the existence of a comprehensive Russo-German agreement involving more than the Partition of Poland...".

33 Roman Umiastowski, Bitwa polska, przygotowania i przebieg początku wojny polsko-niemieckiej w roku 1939, Surrey Press. Mitcham, wydawana w Londynie zeszytami od sierpnia 1942 do lipca 1943, s. 399-401.

34 Por. Aneks - dokument nr 1.

35 W skład radzieckiej misji wojskowej, która okrężną drogą przez Sztokholm przybyła na lotnisko Tempelhoff w Berlinie dnia 1 września 1939, wchodzili: gen. Maksym Purkajew, gen. Michaił Bieliakow, płk Nikołaj Skorniakow, mjr Aleksander Sedycz, mjr Iwan Baszanow - według listów Ernsta Woermanna i Schulenburga z 31 VIII 1939. Documents on German Foreign Policy, vol. VII, s. 460, 466.

36 A.J. Drexel Biddle zauważa w swoim raporcie końcowym z 1939 roku: "[...] Moscow's machinations smacked of a deliberate attempt to moment a European conflict. In line with this thougt, Moscow ratified the Non-Aggression Agreement on the night of August 31. and Germany attacked Poland between 4 and 5 o'clock the following morning. September 1. indicating to my mind, that ratification had served as the final factor which released the German forces against Poland". Poland and the Corning of the Second World War, s. 189.

37 Wacław Jędrzejewicz, Poland in the British Parliament 1939-1945, Józef Piłsudski Institute of America, New York 1946, vol. I, s. 151.

38 Kulski, op. cit., s. 171.

39 Kulski, op. cit., s. 176.

40 Kulski, op. cit., s. 176.

41 Kulski, op. cit., s. 181.

42 Jędrzejewicz, op. cit., s. 188-190. Treść traktatu omawia szczegółowo Kulski, op. cit., s. 180, pozostając jednak w sferze pojęć polskiego MSZ z sierpnia 1939 i nie dostrzegając zasadniczych błędów polskich w czasie rokowań z Wielką Brytanią.

43 Polski tekst tajnego protokołu z 25 sierpnia 1939: Instytut Historyczny im. Gen. Sikorskiego w Londynie (dalej: IHGS), PRM 132 A.

44 Public Record Office - London (dalej: PRO), F.O. 371, file 23104.

45 Informacja amb. Edwarda Raczyńskiego.

46 Edward Raczyński, W sojuszniczym Londynie, Polish Research Centre, London 1960, s. 330 (26 marca 1945).

47 Kulski, op. cit., s. 182.

48 Kulski, op. cit., s. 179.

49 Raczyński, op. cit., s. 35.

50 Znaczenie strategiczne Białorusi dla zabezpieczenia Rzeczypospolitej wiązało się nie tylko z samym Mińskiem, z którego to miasta - na żądanie szefa łączności Luftwaffe gen. Wolfganga Martini z dnia 1 września 1939 (Documents on German Foreign Policy, vol. VII, s. 480) - Radio ZSRR nadawało stale sygnały radiolokacyjne, sterujące nalotami niemieckimi na obiekty w Polsce. W czasie rokowań pokojowych w Rydze (jesienią) 1920 roku delegacja Rosji Radzieckiej skłonna była zgodzić się na przyłączenie do Polski większej części Białorusi z granicą przebiegającą o kilkadziesiąt km na wschód od Mińska. 2 października 1920 na posiedzeniu delegacji polskiej doszło w tej sprawie do zasadniczego sporu. Przewodniczący delegacji Jan Dąbski (mający w tej sprawie za sobą tylko mniejszość delegatów polskich, przeciwko sterowanej przez Stanisława Grabskiego większości o poglądach endeckich) w swoim dziele Pokój ryski. Warszawa 1931, s. 110, pisze powściągliwie: "Nie należy ukrywać, że w łonie delegacji polskiej były daleko idące różnice zdań. Kilku członków delegacji oświadczyło się za rozwiązaniem federacyjnym, ale opinia ta nie była podzielana przez większość członków delegacji. [...] W głosowaniu większość delegatów oświadczyła się za pozostawieniem Mińska poza granicami Polski". Władysław Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski 1914-1939, Londyn 1967, s. 552, pisze: "Grabski nie tylko zdecydowanym oporem, ale i niepohamowaną furią odpowiadał na propozycje Joffego, by Polska wzięła sobie etnograficzną Białoruś". Skończyło się na tym że... "Joffe, mający już olbrzymi sukces w sprawie ukraińskiej i teraz ze zdumieniem otrzymujący niespodziewany podarek w postaci większej części Białorusi, przyjął graniczną propozycję polską bez sprzeciwów i targów" (jw., s. 552-553). Motywy swojego postępowania Stanisław Grabski wyłożył szczerze w broszurze La Frontiere Polono-Soviétique, Londres 1943, s. 31. Otóż akceptując propozycje Joffego, trzeba by było włączyć do Polski także obszary, na których ludność białoruska wyznania prawosławnego wynosiła około 75%, przez co w całym państwie nastąpiłoby odejście od doktryny endeckiej, że "narodowe" państwo polskie musi mieć co najmniej dwie trzecie ludności katolickiej mówiącej po polsku, a idea Rzeczypospolitej federacyjnej Józefa Piłsudskiego zostałaby mocno podbudowana. W ten sposób stracono obszary wynoszące około sto tysięcy km2, stanowiące osłonę strategiczną przed ofensywą sił Rosji. Swoistym paradoksem historii okazał się (poniewczasie) fakt, że Grabski opierał się na fałszywych statystykach narodowościowych i wyznaniowych carskich sprzed 1914 roku. W rzeczywistości w roku 1920 na Białorusi zamieszkiwało około miliona, a na Ukrainie prawie dwa miliony więcej ludności uznającej się za Polaków, niż Grabski mniemał.

51 Jon Kimche, The Unfought Battle, London 1968; wyd. pol.: Bitwa, której nie było, Wydawnictwo MON, Warszawa 1970.

52 Sprawy te rozważył obszernie Krzysztof Sójka-Wilmański w studium Czy ofensywa francuska mogła uratować Polskę?, "Zeszyty Historyczne", Paryż 1980, nr 53, s. 90-109. Doszedł do wniosków zupełnie negatywnych, z którymi trzeba się zgodzić, nawet nie podzielając znacznej części szczegółowych twierdzeń autora. Wątpliwości budzi zwłaszcza pogląd, że "Stalin był zbyt ostrożnym politykiem, by zbyt wcześnie angażować się w wojnę" (s. 92), z czego ma wynikać, iż w wypadku mniej korzystnego dla Niemców postępu operacji w Polsce uderzenie radzieckie nastąpiłoby później, niż 17 września. Można sądzić, że byłoby akurat przeciwnie, gdyż Stalin nie po to angażował się w prowokowanie Hitlera do ataku na Polskę, aby następnie ryzykować niepowodzenie swoich zamysłów aneksyjnych.

53 Polskie Siły Zbrojne w Drugiej Wojnie Światowej, Instytut Historyczny im. Gen. Sikorskiego, tom 1/1 Polityczne i wojskowe położenie Polski przed wojną, Londyn 1951; Wacław Stachiewicz, Przygotowania wojenne w Polsce 1935-1939, "Zeszyty Historyczne", Paryż 1977, nr 40 (i osobno).

54 Morawski, Wspólna droga, s. 129-130.

55 Jerzy Kirchmayer, Kampania Wrześniowa, Warszawa 1946, s. 135 i passim; Wincenty Iwanowski, Wysiłek zbrojny narodu polskiego w czasie II Wojny Światowej, tom I: Kampania Wrześniowa 1939, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1961, s. 499 i passim.

56 Por. relację Rydza-Śmigłego z 24 grudnia 1939, Umiastowski, op. cit., s. 393-395.

57 Joseph Beck, Dernier rapport, Politique polonaise 1926-1939, Editions de la Baconni?re, Neuchatel 1951, s. 226.

58 Informacja amb. Edwarda Raczyńskiego.

59 Raczyński, op. cit., s. 47-52.

60 IHGS, telegramy szyfrowe Ambasady RP w Londynie z Września 1939.

61 Felicjan Sławoj-Składkowski, Prace i czynności Rządu RP we wrześniu 1939, "Kultura" (Paryż), 1948, część I, nr 5, s. 125; Umiastowski, op. cit., s. 390.

62 Beck, Dernier rapport, s. 224-225.

63 Jak wyżej.

64 Mieczysław Cieplewicz i Marian Zgórniak, Przygotowania niemieckie do agresji na Polskę w świetle sprawozdań Oddziału II Sztabu Głównego WP (dokumenty), Ossolineum, Wrocław 1969, s. 7-8 i passim.

65 Kazimierz Ryś [Ryziński], Obrona Lwowa w roku 1939, Nakładem Sekcji Wydawniczej APW, Palestyna (1943), s. 9-12.

66 PRO, F.O. 371, file 23699, s. 204-205.

67 Documents on German Foreign Policy, vol. VII, s. 408. L.

68 Les Relations, s. 216-217.

69 L. Noël, 4 septembre 1939, godzina 23.00, Archives des Affaires Etrangeres - Paris (dalej: AAE), dossier Z. 619-616.

70 Raport końcowy amb. Wacława Grzybowskiego, tekst polski autoryzowany: Biblioteka Polska w Paryżu, rkp. F. N. 16549, s. 22; oryginalny tekst francuski: Les Relations, s. 239 [wyróżnienie].

71 Bregman, op. cit., s. 56-57.

72 Autor nie precyzuje - u kogo? Można jednak sądzić, że przede wszystkim u Naczelnego Wodza, marszałka Rydza-Śmigłego.

73 Władysław Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski, tom III: Okres 1939-1945, Londyn 1960, s. 54.

74 Beck, Dernier rapport, s. 226.

75 Ibidem, s. 231.

76 Doniesienia ambasady brytyjskiej w Moskwie 9 i 10 IX 1939, PRO, F.O. 371, file 23699, s. 207-216.

77 Stefan Brzeszczyński, 17 września w Moskwie, "Przegląd Kawalerii i Broni Pancernej", Londyn 1978, nr 89.

78 PRO, F.O. 371, file 23699, s. 214.

79 Nazi-Soviet Relations, s. 86.

80 Ibidem, s. 88.

81 Ibidem, s. 99.

82 PRO, F.O. 371, file 23699, s. 207.

83 Władysław Langner, Ostatnie dni obrony Lwowa (1939), "Niepodległość", tom XI, Londyn-Nowy York 1978, s. 198.

84 Beck, Dernier rapport, s. 288.

85 Ibidem, s. 228-229.

86 Ibidem, s. 230.

87 Ibidem, s. 231-232.

88 L. Noël, 11 septembre 1939, godzina 14.15. AAE, Z. 619-16. Por. Aneks - dokument nr 2.

89 Składkowski, op. cit., s. 121; Umiastowski, op. cit., s. 388.

90 Wacław Stachiewicz, Rok 1939, Biblioteka "Kultury", Paryż 1979, tom 310, s. 193.

91 Beck, Dernier rapport, s. 233.

92 Ibidem, s. 234.

93 Ibidem, s. 236.

94 Składkowski, op. cit.

95 Ibidem, s. 115.

96 Pobóg-Malinowski, op. cit., s. 55.

97 Józef Beck, Komentarze do historii dyplomatycznej wojny 1939 roku, "Zeszyty Historyczne", Paryż 1971, nr 20, s. 104.

98 Składkowski, op. cit., s. 115-116.

99 Pobóg-Malinowski, op. cit., s. 55.

100 Składkowski, op. cit., s. 117-118; Pobóg-Malinowski, op. cit., s. 55; Beck, Komentarze, s. 104.

101 Dla wymierzenia odległości korzystamy z map Polskiego Atlasu Turystyki Samochodowej, Warszawa 1938, nakładem Samochodowego Instytutu Wydawniczego, arkusz map nr 19.

102 Pobóg-Malinowski, op. cit., s. 60-61.

103 Ryś, op. cit., passim.

104 Beck, Komentarze, s. 104, oraz Dernier rapport, s. 238 (w odniesieniu do wydarzeń września 1939 Dernier rapport i wydane przez Leona Mitkiewicza Komentarze pokrywają się niemal dosłownie).

105 Beck, Dernier rapport, s. 239, oraz Komentarze, s. 105.

106 AAE, Z. 619-16. Por. Aneks - dokument nr 3.

107 PRO, F.O. 371, file 23699, s. 249.

108 Władysław Pobóg-Malinowski, Na rumuńskim rozdrożu (fragmenty wspomnień), "Kultura" (Paryż), 1948, nr 7, s. 124.

109 Nazi-Soviet Relations, s. 95; Sukiennicki, Biała księga, s. 68.

110 Nazi-Soviet Relations, s. 96; Sukiennicki, op. cit., s. 69.

111 Według czasu moskiewskiego, ówcześnie późniejszego o 3 godziny w porównaniu ze środkowoeuropejskim. Według czasu obowiązującego w Polsce miało to nastąpić o godzinie 3.00 w nocy.

112 Wacław Grzybowski urodził się w Zamiechowie na Podolu 4 marca 1887. W 1936 roku został mianowany ambasadorem RP w Moskwie. Zmarł w Paryżu 30 września 1959. Biblioteka Polska w Paryżu (rkp. F. N. 16795) przechowuje opracowany do druku przez Władysława Pobóg-Malinowskiego i Czesława Chowańca maszynopis zbioru jego artykułów i wspomnień pt. Byłem świadkiem. Złożony z 19 fragmentów maszynopis zawiera m.in. jako nr 14 autoryzowany tekst polski słynnego Raportu końcowego amb. Grzybowskiego z 6 listopada 1939 (por. Les Relations, s. 223-224). Byłem świadkiem miało się ukazać nakładem firmy wydawniczej B. Świderskiego, Londyn 1965; niestety, publikacja do skutku nie doszła. Warto w tym miejscu dodać, że późniejsze relacje amb. Grzybowskiego (np. wywiad z nim Stanisława Zadrożnego dla Radia Wolna Europa, czy wywiad dla BBC 2 IX 1951, Biblioteka Polska w Paryżu, rkp. F.N. 16807 i 16808) - do historii wydarzeń nocy z 16 na 17 września 1939 niczego istotnego już nie dodały.

113 Relacja amb. Grzybowskiego według tekstu zachowanego w Bibliotece Polskiej w Paryżu, rkp. F. N. 16549.

114 Tekst noty zob. Aneks - dokument nr 4.

115 Relacja ambasadora brytyjskiego sir William Seedsa. zob. Aneks - dokument nr 14.

116 Brzeszczyński, op. cit.

117 Tak pisze Brzeszczyński, jak wyżej. W tych dramatycznych chwilach von der Schulenburg był oczywiście w Moskwie, ale unikał kontaktów z członkami miejscowego korpusu dyplomatycznego.

118 PRO, F.O. 371, file 23103, s. 304.

119 Amb. E. Raczyński, otrzymawszy wiadomość o stanowisku Schulenburga za pośrednictwem Foreign Office (27 IX 1939), uznał to za jakieś nieporozumienie, nie uznając prawdopodobieństwa takiej pomocy ze strony dyplomaty niemieckiego (IHGS, telegramy szyfrowe ambasady RP w Londynie z września 1939). Ówczesny attaché wojskowy RP w Moskwie, płk S. Brzeszczyński, tak sformułował po latach ocenę postępowania Schulenburga: "Zawdzięczaliśmy wyjazd z ZSRR Niemcowi, dziekanowi korpusu dyplomatycznego hr. Schulenburgowi, który w parę lat później zmarł na udar serca na wieść, że jego syn, pułkownik, zawisł żywcem na haku rzeźnickim za udział w zamachu na Hitlera. Cześć pamięci Ich obu".

120 Por. Les Relations, s. 244.

121 Jeżeli inaczej nie wskazano, informacje pochodzą z dokumentów Naczelnego Dowództwa, zachowanych w IHQS. AW/17 - wydarzenia 17 IX 1939.

122 Umiastowski, op. cit., s. 388.

123 Łączność tzw. juzowa - Hughes, przewodowy telegraf drukujący na taśmie papierowej - była nowością łączności wojskowej w Pierwszej Wojnie Światowej, ale już swojego rodzaju zabytkiem w Drugiej. Zasięg łączności juzowej wynosił do 200 km, przy specjalnym wzmocnieniu do 600 km.

124 Ppłk Marceli Kotarba jest po dziś dzień zapomnianym bohaterem wydarzeń 17 września 1939. Jego losy są dość niejasne i nasuwają wiele wątpliwości. Urodzony 6 stycznia 1897, przyjęty do WP 6 czerwca 1919 w stopniu porucznika (a więc musiał posiadać uprzednio stopień oficerski: gdzie? - może w armii niemieckiej?). 1 lipca 1923 awansowany na kapitana, 1 stycznia 1929 na majora, w 1932 roku na podpułkownika w 55. pułku piechoty. Była to więc kariera wojskowa dość prędka. Fakt szczególny: ten młody stosunkowo oficer liniowy w stopniu podpułkownika zostaje w 1939 roku dowódcą pułku KOP na Podolu. Jak wiadomo, do formacji KOP na granicy wschodniej kierowano w 1939 roku oficerów i poborowych albo pochodzenia niemieckiego (co jest w odniesieniu do Kotarby - z nazwiska polskiego Ślązaka - raczej niemożliwe), albo podejrzanych o sympatie proniemieckie. 17 września 1939 ppłk Kotarba stawił na czele swych oddziałów zdecydowany opór Armii Czerwonej. Fakt zastanawiający: nie dostał się do niewoli radzieckiej, gdzie czekałby go obóz w Kozielsku, Starobielsku albo Ostaszkowie i śmierć w 1940 roku, jakimś cudem ocalał, ale nie dotarł do Armii Polskiej we Francji. Jego losy między 18 września 1939 a lipcem 1940 są nieznane. Na Zachodzie zgłosił się do WP dopiero 1 lipca 1940 w Anglii. Znamienne jest, że ten doświadczony i młody jeszcze oficer (w 1940 roku miał 43 lata) był przez całą wojnę usuwany na zaplecze. Nie dowodził żadną jednostką na froncie. Przydzielony został do niezwykłej formacji: 1. Dyonu Pociągów Pancernych, istniejącego w Anglii tylko teoretycznie. Pracował potem w Biurze Zarządu Wojskowego Sztabu Głównego w Londynie. Po zakończeniu wojny w 1945 roku mianowano go dowódcą Obozu Zbornego WP La Courtine we Francji. Został zdemobilizowany w 1947 roku. I wtedy... wraca do kraju! (zdumiewająca lekkomyślność czy inne powody?). Dalsze jego losy nie są ustalone. Informacje biograficzne według dokumentów zachowanych w Instytucie Historycznym im. Gen. Sikorskiego w Londynie.

125 Beck, Komentarze, s. 105.

126 Edward Marzys.

127 "Times", 18 September 1939, s. 6.

128 Składkowski, op. cit., s. 121.

129 Bronisław Młynarski, W niewoli sowieckiej, Gryf, Londyn 1974, s. 42.

130 Ryś, op. cit., s. 38.

131 Langner, op. cit., s. 186.

132 Umiastowski, op. cit., s. 402.

133 Beck, Dernier rapport, s. 240; Komentarze, s. 105-106.

134 Składkowski, op. cit., s. 122-123.

135 Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia... 1939-1945, s. 62-63.

136 Treść mowy Mołotowa podaje sir William Seeds w raporcie z 17 IX 1939, godzina 17.55 czasu moskiewskiego - PRO, F.O. 371, file 23103, s. 287. Por. Sukiennicki, op. cit., s. 72, według "Izwiestia", 18 IX 1939.

137 Beck, Komentarze, s. 105.

138 Ewakuacja przez Żabie oznaczałaby zatoczenie łuku na południe, a potem dopiero zwrot na północny zachód na Tatarów i dalej przez Jabłonicę do Przełęczy Tatarskiej. Do przejścia granicznego na Węgry stanowiło to około 80 km po drogach twardych, w każdym razie bez zagrożenia ze strony Wehrmachtu i Armii Czerwonej. Ale o tej porze można było jeszcze przedrzeć się przez Nadworną i Stanisławów do Lwowa, oczywiście bez nadziei na ewakuację później poza obszar RP.

139 Składkowski, op. cit., s. 122.

140 Ibidem, s. 118.

141 Por. przypis 165.

142 Iwanowski, op. cit., s. 486. Dość szczegółowy opis działań brygady 17 i 18 września 1939 podaje Franciszek Skibiński, Pierwsza pancerna, Czytelnik, Warszawa 1966, wyd. III, s. 128-131.

143 Stachiewicz, Rok 1939, s. 194 i 202, utrzymuje, że 10. brygada kawalerii zmotoryzowanej otrzymała rozkaz przejścia w rejon Stanisławowa jeszcze 16 września. Nie wydaje się to możliwe, ale jeżeli tak było naprawdę, tym dziwniejszy jest brak tej jednostki w rejonie trzech "K" w decydujących momentach 17 września.

144 Składkowski, op. cit., s. 122.

145 Beck, Komentarze, s. 106.

146 Ibidem.

147 Przez cały dzień 17 września funkcjonowały jeszcze połączenia telefoniczne między Lwowem a Kołomyją i Kutami. Nie jest jednak pewne, czy radiostacja lwowska była w stanie nadać jakiekolwiek, choćby najwyższej wagi politycznej, oświadczenie Rządu RP. K. Ryś, op. cit., s. 35, utrzymuje, że dopiero 20 IX 1939 "milknie radiostacja". Z relacji inż. Józefa Mińskiego dowiadujemy się, że pierwsza przerwa w emisji radiostacji Lwów nastąpiła już 14 IX 1939, lecz później parokrotnie udało się ją uruchomić.

148 Jest m.in. warte zauważenia, że wydawca amerykańskiego czasopisma "Foreign Affairs", wpływowy publicysta Hamilton Fish Armstrong pisał do podsekretarza stanu USA Sumner Wellesa 25 VI 1941, że po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej trzeba skorzystać z okazji, aby zmusić Moskwę - właśnie teraz, gdyż "później może to się okazać o wiele trudniejsze" - do rezygnacji ze zdobyczy uzyskanych dzięki współpracy z Berlinem. Por. Jan Ciechanowski, Defeat in Victory, New York 1947, s. 29.

149 Składkowski, op. cit., s. 122. Zupełnie bezpodstawnie Władysław Pobóg-Malinowski, Na rumuńskim rozdrożu, "Kultura" (Paryż), 1948, część II, nr 8, s. 89, oburzał się na Rumunów, że "nie wystąpili przeciw Rosji, choć alians z nami wymagał tego od nich". Przecież spełnienia obowiązku sojuszniczego Rząd RP wcale od Rumunii nie zażądał.

150 Beck, Komentarze, s. 106.

151 Beck, Dernier rapport, s. 241; Komentarze, s. 106.

152 Por. Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia... 1939-1945, s. 63.

153 Składkowski, op. cit., s. 123.

154 Składkowski, op. cit., "Kultura" (Paryż), 1948, część II, nr 6, s. 113.

155 Alexandre Cretzianu, Rumunia a wrzesień 1939, "Kultura" (Paryż), 1954, nr 3, s. 110.

156 Umiastowski, op. cit., s. 389.

157 Ibidem, s. 394-395. Kajetan Morawski (Wspólna droga, s. 94), dorzuca do tej wypowiedzi ważny komentarz: "Rydz-Śmigły sądził błędnie na podstawie mało ścisłej wykładni konwencji wojskowej [z Rumunią], że po przekroczeniu granicy obejmie, wobec zaistnienia casus foederis, dowództwo nad połączonymi wojskami obu narodów. Beck iluzji tych nie podzielał, ale mylił się również, gdy przypuszczał, że Rumuni zdobędą się na udzielenie władzom polskim przyobiecanego tylko półgębkiem i z wewnętrznymi zastrzeżeniami prawa przejazdu przez swoje terytorium".

158 IHGS, AW/17/NW.

159 Jak wyżej, AW/17, DOK II.

160 Tak w dokumencie, chociaż geograficznie jest to niejasne.

161 IHGS, AW/17, KOP Horodenka.

162 Ibidem.

163 Umiastowski, op. cit., s. 389.

164 Składkowski, op. cit., s. 125.

165 Przewidywane następstwo Rydza na urzędzie prezydenckim w 1940 roku oraz próby wyniesienia go na ten urząd na przełomie lutego i marca 1939, w związku z chorobą Ignacego Mościckiego, przedstawia Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia... 1914-1939, s. 854-856.

166 Beck, Komentarze, s. 107.

167 Składkowski, op. cit., s. 123-125; Beck, Komentarze, s. 107.

168 Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia... 1939-1945, s. 60.

169 Stanisław Swianiewicz, Wspomnienia Bronisława Młynarskiego, "Zeszyty Historyczne", Paryż 1976, nr 37, s. 224.

170 IHGS, AW/17/NW. Cytowany dokument rozstrzyga wątpliwości, czy Rydz-Śmigły wydał rzeczywiście rozkaz niepodejmowania walki z Armią Czerwoną. Por. Z.S. Siemaszko 17 wrzesień i jego konsekwencje, "Zeszyty Historyczne", Paryż 1978, nr 44, s. 51-52. Jest znamienne, że tekstu rozkazu Rydza szukano m.in. w papierach po gen. Jakliczu, a Zygmunt Godyń (Sprawa rozkazu Naczelnego Wodza z 17 września 1939 r., "Zeszyty Historyczne", Paryż 1979, nr 49, s. 195-197), powoływał się na wypis z maszynopisu zachowanego w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie (II/1/4, k. 245), czy na relację gen. Maksymiliana Milan-Kamskiego, w 1939 roku zastępcy gen. Langnera - gdy pełny i bezspornie autentyczny tekst całego rozkazu, zawarty w telegramie "juzowym" z 17 września, leżał w dokumentach Naczelnego Dowództwa w Instytucie Historycznym im. Gen. Sikorskiego w Londynie.

171 Kryptonim Naczelnego Dowództwa.

172 Jest to jedyny ślad komunikowania "dyrektywy ogólnej" przed godziną 16.00.

173 Ten fragment "dyrektywy ogólnej" jest szczególnie uderzającym dowodem braku orientacji marszałka Rydza-Śmigłego i gen. Stachiewicza w ogólnym położeniu politycznym Rzeczypospolitej dnia 17 września.

174 Polskie Siły Zbrojne w Drugiej Wojnie Światowej, tom II: Kampanie na obczyźnie, część 1 Wrzesień 1939 - czerwiec 1941, red. Adam Sawczyński, Londyn 1959, s. 31.

175 Swianiewicz, op. cit., s. 226.

176 IHGS, AW/17/NW.

177 Beck, Komentarze, s. 107. To twierdzenie o braku jakichkolwiek sił poza kilkudziesięcioma ludźmi eskorty Prezydenta, kłóci się niestety jaskrawo ze wspomnieniami Pobóg-Malinowskiego, który opisuje rozbrajanie w Starożyńcu 18 września znacznej liczby doskonale uzbrojonych i wyposażonych żołnierzy polskich w liczbie dokładnie niewymienionej, ale wynoszącej wyraźnie co najmniej kilkuset żołnierzy i oficerów piechoty; (Na rumuńskim rozdrożu, część II, s. 89).

178 Składkowski, op. cit., część pierwsza, s. 125.

179 Umiastowski, op. cit., s. 390; Stachiewicz, Rok 1939, s. 200-202.

180 Stachiewicz, op. cit., s. 202-203.

181 Składkowski, op. cit., część druga, s. 108.

182 Pobóg-Malinowski (Na rumuńskim rozdrożu, część II, s. 84) wspomina swoją reakcję na wiadomość, że Rydz przekroczył granicę rumuńską: "zachwiałem się pod ciężarem tej wiadomości. Reagując na nią dojmującą mieszaniną niezmiernego zdumienia, głębokiego żalu i trwogi". Kajetan Morawski (Wspólna droga, s. 85), tak notuje swoje wspomnienia z wagonu wiozącego członków Rządu na miejsce internowania w Rumunii: "Zalterowany stanąłem w drzwiach przedziału, który zajmowaliśmy wspólnie. I wtedy dopiero sięgnąłem dna naszej nędzy. W głębi korytarza ujrzałem przechodzącego marszałka Śmigłego-Rydza. Więc nawet Naczelny Wódz był wśród nas, z dala od walczących jeszcze wojsk! Wydało mi się po raz drugi, że wali się wokoło nas wszystko, w co kładliśmy naszą wiarę, naszą miłość, naszą dumę. Że utraciliśmy nawet więcej, niż niepodległość i ziemię, więcej niż dorobek dwudziestolecia". Po latach Pobóg-Malinowski (Najnowsza historia... 1939-1945, s. 64) nazwał przybycie Rydza-Śmigłego do Rumunii w nocy z 17 na 18 września "wstrząsającą niespodzianką".

183 Langner, op. cit., s. 185.

184 Na konkurs, ogłoszony w maju 1978 w imieniu Funduszu Kazimierza F. Vincenza przez Halszkę Vincenz-Poniatowską ze Szwajcarii, na wspomnienia Moje zderzenie z bolszewikami 17 września 1939 - gen. W. Orlik-Rückemann nadesłał szczegółowy raport z działań swojej grupy pod godłem "Na strażnicy" (nr 10 wśród prac konkursowych). Ta niesłychanie cenna jako dokument historyczny relacja uzyskała dopiero trzecią nagrodę. Dotychczas nie została opublikowana - miała ukazać się nakładem pozacenzuralnego Wydawnictwa "Głos", co uniemożliwił jednak zamach stanu 13 grudnia 1981 roku.

185 Por. artykuł Grodno w dzienniku moskiewskim "Prawda", 17 IX 1940, s. 4. Jedynym polskim opracowaniem sprawy jest artykuł Karola Liszewskiego Obrona Grodna przed Sowietami, wrzesień 1939, "Tydzień Polski" (Londyn), 19 IX 1981, nr 38.

186 Ta właśnie data, podana odruchowo w dziele polityka i dyplomaty jak najwierniejszego sprawie Niepodległości, dowodzi, jakie były skutki niepozostania Rządu RP na terytorium Państwa Polskiego choćby jeszcze przez parę dni po agresji radzieckiej. Ekipa rządowa RP opuściła faktycznie terytorium państwa w nocy 17/18 września, jednakże zbiegło się to tak ściśle z agresją ZSRR, iż oba te fakty datowane są najczęściej 17 września - co propagandzie ZSRR i oficjalnej historiografii PRL dało asumpt do twierdzenia, jakoby oba te wydarzenia nastąpiły niezależnie i oba łącznie były świadectwem nieistnienia już Państwa Polskiego.

187 Juliusz Łukasiewicz, ówczesny ambasador RP w Paryżu.

188 Raczyński, op. cit., s. 51.

189 IHGS, telegramy szyfrowe ambasady RP w Londynie z września 1939.

190 Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia... 1939-1945, s. 66.

191 Por. Składkowski, część druga, s. 117-119.

192 Por. Aneks - dokument nr 12.

193 Np. stwierdzenie, że "wszystkie nasze wojska zdolne do walki były związane działaniem przeciwko Niemcom" - pozostawiono bez wyjaśnienia, że dnia 17 września nie była niczym związana 10. brygada kawalerii zmotoryzowanej ani żadne z licznych oddziałów skoncentrowanych w Tarnopolu, nie mówiąc już o takich formacjach, jak np. grupa z Dubna (patrz niżej).

194 Por. Umiastowski, op. cit., s. 394.

195 Nie uczynił tego Witold Biegański, Władze rumuńskie wobec internowania i uchodźstwa polskiego w Rumunii (wrzesień 1939 - luty 1941), "Najnowsze Dzieje Polski, materiały i studia z okresu II Wojny Światowej", tom VIII, Warszawa 1964, s. 45-82 - którego cenna rozprawa zawiera liczne informacje dotyczące sytuacji Polaków w Rumunii 1939-1941, lecz pozbawiona jest istotnego tła międzynarodowego i politycznego (z natury rzeczy autor nie mógł omawiać współpracy między ZSRR a Rzeszą Niemiecką). Niedopuszczenie Biegańskiego do dokumentów rumuńskiego MSZ z września 1939 nasuwa podejrzenie, że akta te zawierają materiały dotyczące współpracy hitlerowsko-stalinowskiej w tym okresie.

196 Od chwili pojawienia się w Wyżnicy uważamy polską ekipę rządową za były Rząd RP, z uwagi na utratę przez nią wszelkiego wpływu na sytuację w Państwie Polskim i na położenie międzynarodowe Rzeczypospolitej, mimo toczącej się nadal wojny obronnej w Kraju - przeciwko obu agresorom. Faktem jest brak ciągłości polskiej władzy rządowej między 17 a 30 września 1939. Por. opinię amb. Edwarda Raczyńskiego, W sojuszniczym Londynie, s. 51.

197 Składkowski, op. cit., część pierwsza, s. 122; Pobóg-Malinowski, op. cit., s. 58-59.

198 Halifax do Chamberlaina (według relacji amb. E. Raczyńskiego), 18 September, por. Aneks - dokument nr 5.

199 IHGS, telegramy szyfrowe ambasady RP w Londynie z września 1939.

200 8.30 ówczesnego czasu polskiego, 11.30 czasu moskiewskiego.

201 Raczyński, op. cit., s. 47.

202 PRO, F.O. 371, file 23103, s. 275.

203 Jak wyżej, s. 272-273.

204 Por. Aneks - dokument nr 4.

205 PRO, F.O. 371, file 23103, s. 277.

206 Ibidem.

207 Tekst depeszy amb. Grzybowskiego, wysłanej o świcie 17 września: Les Relations, s. 218.

208 Jak wyżej, s. 241; Biblioteka Polska w Paryżu, rkp. F. N. 16549, s. 25.

209 PRO, F.O. 371, file 23103, s. 380-381.

210 Zwrot ten dowodzi, że Beck rozumiał prawno-międzynarodowe znaczenie dalszej obecności Prezydenta i Rządu RP na terytorium Państwa dla losów sprawy polskiej, a więc jest to przesłanka do obciążenia ówczesnej ekipy rządowej tym większą odpowiedzialnością za zaniechania 17 września i zbyt pośpieszne opuszczenie kraju bez próby stawienia demonstracyjnego oporu nowemu agresorowi.

211 IHGS, telegramy szyfrowe ambasady RP w Londynie z września 1939, depesza nr 414.

212 Les Relations, s. 219-220. Nota złożona przez Łukasiewicza w Paryżu nosi w polskiej publikacji z 1940 roku datę: "17 septembre 1939, a 22 h. 30". Dokument ten nie zachował się w AAE w Paryżu. Zachował się natomiast oryginał analogicznej noty amb. Raczyńskiego, datowanej także "17 septembre 1939", ale złożonej dopiero rano 18 września: No 49/WB/450 - PRO, F.O. 371, file 23103, s. 297. Nota sformułowana w języku francuskim adresowana jest: "Son Excellence Le Tres Honorable Viscount Halifax, K. G., G. C. S. I., Principal Se-cretaire d'Etat pour les Affaires Etrangeres".

213 Określenie aggression znalazło się także w oficjalnym komunikacie, ogłoszonym z datą 17 września 1939 przez Ambasadę RP w Londynie (użyto nawet określenia l'acte d'aggression direct - "bezpośredni akt agresji"), Les Relations, s. 220.

214 W Paryżu: "od rządu francuskiego".

215 Por. Aneks - dokument nr 8.

216 PRO, F.O., file 23103, s. 289.

217 Sprawozdanie Halifaxa dla premiera Chamberlaina, 18 September 1939, Aneks - dokument nr 5.

218 Ibidem, dokument nr 6.

219 Ibidem, dokument nr 8.

220 Ibidem, dokument nr 9. Na brulionach zachowanych w PRO w Londynie widać ślady podejmowania wysiłków, aby jeszcze bardziej ograniczyć treść noty brytyjskiej.

221 Aneks - dokument nr 10.

222 PRO, F.O. 371, file 23103, s. 337-338: sprawozdanie z rozmowy Halifaxa z amb. Corbinem po południu 19 września 1939.

223 Daladier do Payarta, 20 septembre 1939, godzina 0.40: AAE, dossier Z. 619-16.

224 Aneks - dokument nr 11.

225 Polskie Siły Zbrojne w Drugiej Wojnie Światowej, Kampanie na obczyźnie, Londyn 1959, tom II, część 1, s. 19.

226 Dzieje wojny radziecko-fińskiej 1939-1940 roku, niemal zupełnie nieznane w Polsce, nieporuszane niemal wcale na Zachodzie, a nawet w samej Finlandii skazane na zupełne niemal przemilczenie i zapomnienie, przypomniał niedawno w Polsce Jarosław Ulicki w pozacenzuralnym kwartalniku politycznym "Krytyka" (Wojna zimowa, "Krytyka", nr 8/1981, s. 89-100). Słabą stroną tego wartościowego opracowania jest pochopne wyrokowanie, jakoby dobrze się stało, że w pierwszym kwartale 1940 roku nie doszła do skutku proponowana operacja francusko-brytyjska, zmierzająca do opanowania północnych obszarów Norwegii, Szwecji i Finlandii oraz udzielenia pomocy wojskowej Finom. Autor stwierdza: "Jest rzeczywiście prawdopodobne, że obecność sił alianckich nad Zatoką Botnicką scementowałaby sojusz Hitler-Stalin. Tak więc może dobrze się stało, że gdy 12 marca zgodnie z planem alianckim konwoje do Narviku miały odbić się od brzegów brytyjskich, podpisanie układu sowiecko-fińskiego było już przesądzone" (s. 96). Hipoteza Ulickiego jest bardzo prawdopodobna, ale jego stosunek do kwestii umocnienia współpracy między Berlinem i Moskwą wydaje się bezzasadny. W pierwszym okresie Drugiej Wojny Światowej było oczywiste, że w interesie nie tylko Polski, ale i całego świata leży rozbicie państw totalitarnych przez koalicję państw demokratycznych. Tragedią dnia 22 czerwca 1941 było wprowadzenie ZSRR do obozu państw walczących z Rzeszą Niemiecką, co uniemożliwiło ocalenie podstawowych interesów Polski, a zarazem zniweczyło szansę ustanowienia w świecie pokoju, zawartego dopiero wtedy, gdy nie byłoby już żadnego znaczącego państwa totalitarnego na całym globie. Umocnienie współdziałania Hitlera ze Stalinem leżało w interesie przyszłości wolnego świata, gdyż tylko w takiej sytuacji koalicja zachodnia musiałaby sama udźwignąć cały ciężar walki z agresją totalizmu, po czemu miała zbyt małą jeszcze determinację, ale aż nadto wystarczający potencjał sił. Ewentualna koalicja Rzeszy z ZSRR zostałaby tak czy owak rozbita najpóźniej w latach 1946-1947 - przy użyciu broni atomowej.

227 F.P. Walters, A History of the League of Nations, Oxford University Press, London 1952, vol. II, s. 804.

228 Jeszcze w lipcu 1941 amerykański podsekretarz stanu Sumner Welles ubolewał, że polityka Roosevelta udzielenia poparcia Stalinowi po agresji Hitlera dnia 22 czerwca 1941 nie spotyka się ze zrozumieniem znacznej części opinii publicznej USA, ponieważ some American circles think that this is a conflict between two great totalitarian powers who have acted hand in hand in recent years and that, therefore, it may be well to let them destroy each other - J. Ciechanowski, Defeat in Victory, s. 32. Warto w tym miejscu dodać, iż Rząd RP na emigracji, nie tylko za czasów Sikorskiego, ale również Mikołajczyka, a nawet Arciszewskiego, w ogóle nie zauważał możliwości wyzyskania opozycji Partii Republikańskiej przeciwko administracji F.D. Roosevelta w okresie wybitnego nasilenia prostalinowskiej polityki prezydenta USA - chociaż były po temu realne możliwości. Poparcie opinii publicznej USA dla Roosevelta, na tle jego polityki zagranicznej, wyraźnie malało. W wyborach 1940 roku Roosevelt pokonał zwolennika izolacjonizmu republikanina Wendella L. Willkiego stosunkiem głosów 55%: 45%, a w 1944 roku pokonał surowo krytykującego miękką politykę wobec Stalina republikanina Thomasa E. Deweya już tylko 53%: 47% (Roosevelt 25,6 miliona głosów, Dewey 22 miliony).

229 "Times", 18 September 1939, s. 6.

230 Siedziba rządu brytyjskiego.

231 "Times", 18 September 1939, s. 5.

232 Cytat z "Osservatore Romano", 18 X 1939, za raportem ambasadora Francji w Rzymie François-Jules Charleroux do Daladiera, 18 septembre 1939, AAE, dossier Z. 619-16.

233 Ambasador Rene Doynel de St. Quentin z Waszyngtonu do Daladiera, 19 septembre 1939, AAE, Z. 619-16.

234 Sir H. Knatchbull-Hugessen z Ankary, 17th September 1939, PRO, KO. 371, file 23103, s. 284-285.

235 Jędrzejewicz, op. cit., s. 269-285.

236 Aneks - dokument nr 13.

237 Raczyński, op. cit., s. 49-50.

238 Jędrzejewicz, op. cit., s. 288.

239 "Izwiestia" 18 IX 1939, cyt. za: W. Sukiennicki Biała księga, s. 73; także "Times", 18 September 1939, s. 6, in extenso w artykule Russian Plan for Poland.

240 Chodzi zapewne o samoloty typu PZL-37 "Łoś".

241 Zygmunt Godyń, Straty spośród kawalerzystów i pancernych z rąk sowieckich w II Wojnie Światowej, Wydawnictwo "Przeglądu Kawalerii i Broni Pancernej", Londyn 1976, s. 9-36.

242 Siemaszko, op. cit., s. 44-56.

243 Karol Liszewski, Obrona Grodna przed Sowietami, wrzesień 1939, "Tydzień Polski" (Londyn), nr 38, 19 IX 1981.

244 Eugeniusz Świerczewski, Radio-lnformator, Kalendarz-przewodnik radiosłuchacza na rok 1939, Warszawa 1939, s. 157-160, 278.

245 Nie mamy możliwości rozszyfrowania tego (i następnego) skrótu, ale w przyszłości będzie naturalnie możliwe ustalenie nazwisk ludzi w podobny sposób działających 17 września 1939 na korzyść Armii Czerwonej.

246 Sukiennicki, op. cit., s. 72-73.

247 Podkreślenie L.J.

248 Sukiennicki, op. cit., s. 73.

249 Bardzo znamienne było postępowanie w dniu 17 września dowódcy baonu KOP "Dederkały" mjr. Szabłowskiego, którego przeniesiono na to stanowisko bezpośrednio przed Kampanią Wrześniową, tuż po odejściu na front z oddziałami "marszowymi" dawnego dowódcy mjr. Wojciechowskiego. Otóż po otrzymaniu wiadomości o przekroczeniu granicy polskiej przez Armię Czerwoną mjr Szabłowski wydał rozkaz: "Do godziny 5-tej powiadomić kompanie i strażnice, by nie czyniły przeszkód wkraczającym wojskom sowieckim, które jako sojusznicze idą Polsce z pomocą". Większość oficerów batalionu odmówiła jednak wykonania rozkazu mjr. Szabłowskiego, stwierdzając, iż "żywi nie dadzą placówki i nie zdadzą broni Sowietom". Stanica KOP Szkrobutówka stawiła zdecydowany opór wojskom agresora. - Jedna z relacji w konkursie Funduszu Kazimierza F. Vincenza, nr 12, godło "Stefania - Dederkały", której autorką jest żona dawnego lekarza baonu KOP "Dederkały".

250 "Zeszyty Historyczne", Paryż 1976, nr 37, s. 224.

251 Młynarski, op. cit., s. 37-67.

252 Ibidem, s. 39.

253 Ibidem, s. 43.

254 Siemaszko, op. cit., s. 47; Stefan Korboński, Polskie Państwo Podziemne, Biblioteka "Kultury", Paryż 1975, tom 253, s. 40-41.

255 Młynarski, op. cit., s. 44.

256 Ibidem, s. 45.

257 Warto przytoczyć w tym miejscu fragment wspomnień Kajetana Morawskiego (Wspólna droga, s. 86-87): w Rumunii w Sianie "na podstawie nasłuchu radiowego redagowali prasowcy małą ścienną wywieszoną w hallu gazetkę. Mam w oczach stojącego przed nią w granatowej pyjamie gen. Żeligowskiego, jak z oburzeniem komentował telegram agencyjny, który opisywał jego własną bohaterską śmierć poniesioną przy obronie Wilna. - Chcą mnie z Rosją poróżnić - wykrzykiwał - a ja bym przecież z nią nie walczył!".

258 Młynarski, op. cit., s. 57-58.

259 Ibidem, s. 54.

260 Ibidem, s. 60.

261 Swianiewicz, Wspomnienia Bronisława Młynarskiego, s. 226.

262 Młynarski, op. cit., s. 63.

263 Ibidem, s. 64-65.

264 Ta miejscowość istotnie była miejscem kaźni oficerów polskich z obozu w Starobielsku [przyp. red.].

265 Stanisław Swianiewicz, W cieniu Katynia, Instytut Literacki, Paryż 1976, s. 54-84.

266 Ibidem, s. 59.

267 Ibidem, s. 60.

268 Ibidem, s. 69-70.

269 Jak wyżej.

270 Józef Czapski, Wspomnienia starobielskie, w: Józef i Maria Czapscy, Dwugłos wspomnień, Londyn 1965, s. 16-17.

271 Langner, op. cit., s. 186-188. Surowej krytyce poddał relację i poglądy gen. Langnera ówczesny prezydent m. Lwowa Stanisław Ostrowski, "Niepodległość", Nowy Jork-Londyn 1979, tom XII, s. 230-237.

272 Langner, op. cit., s. 189.

273 PRO, F.O. 371, file 23103, passim.

274 Ibidem, s. 22-25 (dodatkowa numeracja stronic przy końcu woluminu).

275 Bregman, op. cit., s. 73. Nie wydaje się słuszne twierdzenie tego autora, że pominięcie Finlandii w wystąpieniu Stalina 25 września świadczyło, iż dyktator ZSRR miał zamiar odłożyć aneksję tego państwa "na później". Brak wzmianki o Finlandii wynikał zapewne po prostu z zapomnienia lub (może) ze szczególnej taktyki Stalina. W dwa miesiące później Finlandia stała się przecież pierwszym państwem bałtyckim, które padło ofiarą agresji radzieckiej.

276 Bregman, op. cit., s. 73-76.

277 Nazi-Soviet Relations, s. 107.

278 Tadeusz Bór-Komorowski, Armia Podziemna, Veritas, Londyn 1952, s. 50-51.

279 Swianiewicz, W cieniu Katynia, s. 339.

280 Bregman, op. cit., s. 78.

281 Jędrzejewicz, op. cit., s. 293-294.

282 Documents on Polish-Soviet Relations 1939-1945, General Sikorski Historical Institute, London 1961, vol. I, s. 54; Jędrzejewicz, op. cit., s. 294-295.

283 Por. Bregman, op. cit., s. 83-116.

284 Jędrzejewicz, op. cit., s. 295-296.

285 Dyskusja w Izbie Gmin dnia 3 października 1939, ibidem, s. 314-315.

286 Les Relations, 221-222; Documents on Polish-Soviet Relations, s. 55.

287 Jędrzejewicz, op. cit., s. 296-316.

288 3 września 1939.

289 Jędrzejewicz, op. cit., s. 313-314.

290 PRO, F.O. 371, file 23104.

291 PRO, F.O. 371, file 23702.

292 Dr William Mackenzie, Report and Scheme of Action proposed, concerning growing Bolshevist Danger for Great Britain and the British Empire, PRO, F.O. 371, file 23702, s. 341-357.

293 Ibidem, s. 376-377.

294 PRO, F.O. 371, file 23702, s. 166-301.

295 Sic! Do jakiej kategorii socjalnej należało pozostałych 56 delegatów, tego Radio ZSRR nie podało.

296 PRO, F.O. 371, file 23702, s. 167.

297 Ibidem, s. 174.

298 Ibidem, s. 197.

299 Ibidem, s. 238.

300 Raczyński, op. cit., s. 57.

301 Nieporozumieniem jest twierdzenie Natalii Naruszewicz, Zarys historii PRL, Paryż 1977, "Zeszyty Historyczne", zeszyt I, nr 42, s. 6 - jakoby "dopiero po wybuchu wojny radziecko-fińskiej, wobec gotowości mocarstw do wystąpienia przeciwko Rosji, gen. Sikorski oficjalnie uznał, iż Polska i ZSRR znajdują się w stanie wojny". Autorka oparła się zapewne na jednym z publicznych wystąpień Sikorskiego we Francji, gdy w grudniu 1939 roku oświadczył on, że po 17 września "jesteśmy w stanie wojny z Sowietami, na równi z Niemcami"; Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia... 1939-1945, s. 135. Aczkolwiek godne uwagi jako jeden z rzadkich przejawów trzeźwości gen. Sikorskiego wobec ZSRR, tego rodzaju wystąpienie na mównicy ani nie było równorzędne z oficjalną deklaracją Rządu RP, ani też nie mogło mieć skutków prawno-międzynarodowych, jakie miałaby ewentualnie deklaracja ogłoszona 17 IX 1939 na terytorium RP.

302 PRO, F.O. 371, file 24482, s. 302.

303 Relacja Gracjana Jaworowskiego z prac ekshumacyjnych w Katyniu w 1943 roku, Paryż 1978, "Zeszyty Historyczne", nr 45.

304 Bodajże w styczniu 1940 roku dotarli do Francji trzej oficerowie WP, którym udało się zbiec z obozu radzieckiego w Szepetówce przed transportem jeńców do Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa. Przyjechali "z wiadomością o ciężkich tam warunkach i wielkich obawach o los tych kilkunastu tysięcy naszych towarzyszy broni" - Marian Kukiel, Generał Sikorski, Instytut Polski i Muzeum im. Gen. Sikorskiego, wyd. 2, Londyn 1981, s. 104. Sikorski zalecił starania u rządu USA o wstawiennictwo humanitarne w sprawie oficerów polskich w Rosji, jakby w ogóle nie biorąc pod uwagę, że ich życiu grozi doraźne i rychłe niebezpieczeństwo.

305 Biblioteka Polska w Paryżu, rkp. F. N. 16549, s. 4-5; Les Relations, s. 226-228.

306 "6th June, 1940, Relief of Polish prisoners of war and Polish civilians. [...] 3. The Poles in Russian-occupied Poland no longer nave even the nominał status of prisoners of war. It is not possible for us to relieve Poles in Russian Poland, and we aren't doing it" - PRO, F.O. 371, file 24479, s. 405.

307 Przypuszczenia powyższe wynikają z niektórych przykrych faktów 1940 roku, jak np. z takiego oto fragmentu angielskiego przemówienia gen. Sikorskiego w BBC, dnia 10 sierpnia 1940: "[...] There are among these [Polish] soldiers individuals unift to carry that name. There are people who would like to advance themselves by conducting base intrigues without any chance of success. Always the same, they would continue their mad dance even on the dead body of Poland. But they represent only a very small section of the Polish émigrés" - PRO, F.O. 371, file 24482, s. 294-295.

308 Ibidem, s. 249.

309 Raczyński, op. cit., s. 72-73.

310 Po deklaracji Churchilla podsekretarz stanu USA Sumner Welles oświadczył: "[...] it was regrettable that Mr. Churchill had so unconditionally defined his attitude toward the Soviets. He [Welles] thought it would have been better for all concerned if some time had been allowed to elapse and the Soviets had applied to the British Government for help and support" - J. Ciechanowski, Defeat in Victory, s. 30.

311 W 1947 roku nawet tak trzeźwy polityk jak William C. Bullitt odrzucał jako "niemoralną" ideę wojny prewencyjnej z ZSRR, póki Stalin nie ma jeszcze bomby atomowej (I), por. The Great Globe Itself, London 1947, s. 145-146.

Nota edytorska

Studia

1. Agresja 17 września 1939. Studium aspektów politycznych, Warszawa 1990 [tekst publikujemy według wydania trzeciego, pierwszego jawnego w kraju].

2. Dzieje sprawy Katynia, Nowy Jork 1983 (Głos Publishing) [niniejsza edycja na podstawie tego wydania].

Eseje artykuły, wywiady

Sprawy polskie XX stulecia

3. Zmierzch potęgi, "Kontrasty", nr 1, 1981, s. 39-40.

4. Piłsudski z perspektywy 50-lecia, publikowane w zbiorze: Wokół sporów i polemik. Publicystyka historyczna (Lublin 1991), s. 347-350.

5. Idea federacyjna Józefa Piłsudskiego, "Libertas (Kwartalnik Społeczno-Polityczny)", Paryż 1986, z. 6, s. 47-63.

6. 17 września 1939, "Głos", nr 10, 1978, s. 36-58. Publikowane pod pseud. Leopold Jerzewski - w II obiegu.

7. 17 września. Odpowiedź polemistom, "Głos", nr 6, 1979, s. 57-62. Publikowane pod pseud. Leopold Jerzewski - w II obiegu.

8. Sprawa 26 września 1946 roku, "Kierunki", nr 40, 1981, s. 8. Przedrukowane w chicagowskim "Dzienniku Związkowym", nr 199, 1981; publikowane w zbiorze: Wokół sporów i polemik. Publicystyka historyczna (Lublin 1991), s. 342-346, drukowane według tej edycji.

9. Monument, "Kultura", nr 9, 1983, s. 75-80. Publikowane pod pseud. Łukasz Jodko.

10. Publicystyka Ksawerego Pruszyńskiego, "Kierunki", nr 17, 1966, s. 1 i 4.

11. Trzeba głośno krzyczeć: pamięci Józefa Mackiewicza, "Głos", nr 3 (46), 1985, s. 41-47. Publikowane pod pseud. Leopold Jerzewski (II obieg).

O historii

12. Potrzeba historii, "Nowe Książki", nr 23, 1980, s. 94-96, publikowane w zbiorze: Wokół sporów i polemik. Publicystyka historyczna (Lublin 1991) i w tomie Jerzy Łojek niepokorny historyk dylematów niepodległości. Życie - twórczość - nagroda, oprac. B. Łojek, Warszawa 2006, s. 99-107 (przywrócono fragmenty skreślone przez cenzurę, druk w niniejszym tomie według tej wersji).

13. Zapomniane dziedzictwo, "Kontrasty", nr 2, 1981, s. 42-43.

14. Czym jest historia? (wywiad udzielony Zbigniewowi Irzykowi), "Kierunki", nr 48, 1975, s. 9; publikowane w: Jerzy Łojek niepokorny historyk dylematów niepodległości, s. 108-118 (publikujemy w oparciu o tę edycję).

15. Historia nie jest obrazem czarno-białym [rozmowa z Wojciechem Wiśniewskim przeprowadzona 21 listopada 1984], "Zeszyty Historyczne", z. 82, 1986, s. 41-58; publikowane w: Jerzy Łojek niepokorny historyk dylematów niepodległości, s. 80-98.

16. Przypomnienia i refleksje, "Nowe Książki", nr 21, 15 listopada 1977, s. 5-6.

17. Alternatywy, "Kontrasty", nr 6, 1980, s. 51-52, publikowane w zbiorze: Wokół sporów i polemik. Publicystyka historyczna (Lublin 1991), s. 6-11, publikujemy według tej edycji.

18. Wokół historii adwokatury. Rozmowa z prof. Jerzym Łojkiem (wywiad udzielony Jerzemu Szczęsnemu), "Palestra", nr 3-4 (327-328), 1985, s. 29-32.

19. Jak zostałem pisarzem?, Kierunki", nr 25, 1974, s. 5 (wypowiedź w ankiecie pisma); publikowane w: Jerzy Łojek niepokorny historyk dylematów niepodległości, s. 126-129 (w obecnym wydaniu przedruk z tej edycji).

20. Historia uwikłana w politykę (ankieta pt. "W poszukiwaniu współczesnego Kopernika"), "Tygodnik Kulturalny", nr 9, 1986, s. 3.

21. Dziedzictwo dobre i niedobre, "Nowe Książki", nr 15, 1979, s. 64-65 (wypowiedź w związku z książką Stefana Bratkowskiego, Skąd przychodzimy?, wyd. 2, Warszawa 1978).

Patriotyzm, racja stanu, historia

22. Historyk wobec sprawy patriotyzmu, "Kierunki", nr 51/52, 1968, s. 5 (wypowiedź w ankiecie pisma na temat roli patriotyzmu w kulturze polskiej ostatniego pięćdziesięciolecia); publikowane w: Jerzy Łojek niepokorny historyk dylematów niepodległości, s. 119-125 (publikujemy według tej edycji).

23. Ginąca historia, "Kierunki", nr 23, 1968, s. 6-7, następnie publikowane w: Jerzy Łojek niepokorny historyk dylematów niepodległości, s. 133-144 (przywrócono fragmenty usunięte przez cenzurę, druk w niniejszym tomie według tej wersji).

24. Dramat podzielonego świata, "Kierunki", nr 47, 1981, s. 8-9.

25. O własny pogląd na współczesność, "Słowo Powszechne", nr 87, 1978, s. 3 (głos w ankiecie pisma: "Inteligencja i inteligent dzisiaj").

26. Z historii polskiej racji stanu (1). Racja stanu - elementy teorii, publikowane w: Jerzy Łojek niepokorny historyk dylematów niepodległości, s. 235-240.

27. Co konstytuuje współczesną polską myśl państwową?, szkic datowany na 15 września 1981, przeznaczony dla "Kultury" Giedroycia, niepublikowany, zachowany w zbiorach Instytutu Literackiego.

28. Spojrzenie na "Solidarność", "Solidarność Wielkopolski" (II obieg), nr 11, 1981, s. 1-2.

Indeks nazwisk

A

Abramski Jan (właśc. Ryszard Zieliński)

Adams Vyvyan

Ahrens Wilhelm

Aleksander I

Aleksiejewa Ludmiła

Amalrik Andrzej

Anders Władysław

Arciszewski Franciszek

Arczyński Stanisław

Arski Stefan

Askenazy Szymon

Astachow Georgij

Aubert Theodore

B

Baduszkowa Danuta

Balicki Stefan

Barnby Francis Vernon Willey

Baszanow Iwan

Batowski Henryk

Bazylow Ludwik

Beck Józef

Beck Werner

Benesz Edward

Benirski Teodor

Berezowski Maksymilian

Beria Ławrientij

Berling Zygmunt

Bezruczko Marko

Biegański Stanisław J.

Biegański Witold

Bielecki Feliks

Bieliakow Michaił

Biernacki Tadeusz

Billewicz Leon

Birkle Alexandru

Bischof Juliusz

Bissel Clayton

Bittner Lech

Bliss Lane Arthur

Bloch Marc

Blum Leon

Blumer Ignacy

Błażyński Zbigniew

Bobrzyński Michał

Bogomołow Aleksandr

Bolesław Śmiały

Borkowski Jan

Bossak Jerzy

Bór-Komorowski Tadeusz

Bragiel Bronisław

Brandys Marian

Bratkowski Stefan

Bratz Lucjan

Bregman Aleksander

Broniewski Władysław

Bronikowski Stanisław

Brzeszczyński Stefan

Buchanan George

Buhtz Gerhardt

Bukojemski Leon

Bukowski Władimir

Bullitt William C.

Bunsch Karol

Burianow

Burdenko Nikołaj

C

Cadogan Alexandr

Carter Jimmy

Cat-Mackiewicz Stanisław zob. Mackiewicz Cat Stanisław

Chamberlain Neville

Charleroux François-Jules

Chłopicki Józef

Chodkiewicz Kazimierz

Chodorowicz Tatiana

Chojecki Mirosław

Chowaniec Czesław

Chruściel Antoni "Monter"

Chruściel Bronisław

Chruściel Zdzisław

Chruszczow Nikita

Churchill Winston

Ciechanowski Jan

Ciemochowski Jerzy

Ciepielowski Jerzy

Cieplewicz Mieczysław

Collier Laurence

Corazzi Antonio

Corbin André-Charles

Costedoat André

Coulondre Robert

Cretzianu Alexandre

Cripps Stafford sir

Csaky Istvan

Curzon George Nathaniel

Czapska Maria

Czapski Józef

Czarnecki Kamil

Czartoryski Adam Jerzy

Czekalski Aleksander

D

D'Estaing Valéry Giscard

D'Ormesson Jean

Daladier Edouard

Dąb-Biernacki Stefan

Dąbrowski Jan

Dąbski Jan

De Burlet Herman Maximilien

De Montfort Henri

De St. Quentin Rene Doynel

Deboli Augustyn

Dębski Kazimierz

Dembiński Michał

Denikin Anton

Derejski Franciszek

Dewey Thomas E.

Dmowski Roman

Dondero George Anthony

Dowbór-Muśnicki Józef

Draganow Parwan

Drexel Biddle Anthony J.

Drymmer Witold (Wiktor)

Drzymała Michał

Durbajło Barbara

E

Eden Anthony

Elżbieta Romanowa

Epstein Julius

Estreicher Karol

F

Fabrycy Kazimierz

Fainsod Merle

Faury Louis

Fieldorf Stanisław

Firebrace Roy

Fish Armstrong Hamilton

FitzGibbon Louis

Fitzmaurice Gerald

Franco Francisco

Frankowski Józef

Freiszmidt Roch

Frelek Ryszard

Fruziński Stanisław

Fuks Marian

G

Gabryelski Jerzy

Gafencu Grigore

Gallacher Willie

Gamelin Maurice

Gano Stanisław

Giedroyć Jan

Giedroyc Jerzy

Gierek Edward

Gieysztor Aleksander

Ginzburg Aleksander

Glavani-Wittowa-Potocka Zofia

Godyń Zygmunt

Gołofit Jan

Gołubiew Antoni

Gomułka Władysław

Gorbaniewskaja Natalia

Gorczyński Eustachy

Grabski Stanisław

Grabski Władysław

Grenfell Dawid

Grigorcea Grigore

Grigorenko Piotr

Grigorenko Zinaida

Grzybowski Wacław

Gzella Jacek

H

Hajek František

Halifax (właśc. Edward Frederick Lindley Wood, hrabia Halifax)

Haraschin-Gutkowska Zofia

Harriman-Mortimer Kathleen

Harski Ignacy

Hauke Maurycy

Heinrich Wilhelm

Herling-Grudziński Gustaw

Hiss Alger

Hitler Adolf

Hlawsa Wojciech

Hlond August

Holowacz Józef

Hołówko Tadeusz

Horthy Miklós de Nagybánya

Hostowiec Paweł (właśc. Jerzy Stempowski)

Hull Cordell

I

Infeld Leopold

Irving David

Irzyk Zbigniew

Iwan Groźny

Iwanow Siergiej

Iwanowski Wincenty

Iwaszkiewicz Jarosław

J

Jackson Robert

Jagodziński Zdzisław

Jaklicz Józef

Jakuszew Andriej

Jan Kazimierz

Jankowski Ignacy

Jaraczewski Andrzej

Jaroszewicz Piotr

Jaruzelski Wojciech

Jastrzębiec Jagoda

Jaworowski Gracjan

Jerzewski Leopold zob. Łojek Jerzy

Jedziniak Aleksander

Jefimow Boris

Jeziorański Zdzisław (Jan Nowak)

Jędrzejewicz Wacław

Jędrzejewski Stefan M.

Joanna d'Arc

Joffe Adolf

Józefkowicz Zygmunt

Józewski Henryk

K

Kaftański płk

Kamieniecki Witold

Kamiński Bronisław

Kamiński Mikołaj

Kaniowski Władysław

Kaplan Herbert

Karawańsky Światosław

Karbinad Stanisław

Karol II

Karol XII

Katarzyna II

Katelbach Tadeusz

Kazimierz Wielki

Kennan George F.

Kennard Howard sir

Kiereński Aleksandr

Kimche Jon

Kipa Emil

Kirchmayer Jerzy

Kisielew Parfin

Kisza Andrzej

Kleeberg Franciszek

Klimow Elem

Kłopotowski Czesław

Knatchbull-Hugessen Hughe sir

Kobylański Tadeusz

Kołczak Aleksandr

Kolumb Krzysztof

Komczyński Wojciech M.

Konopczyński Władysław

Kopański Stanisław

Kopernik Mikołaj

Koraszewski Andrzej

Korboński Stefan

Korfanty Wojciech

Kornat Marek

Korzon Tadeusz

Kościuszko Tadeusz

Koss Józef

Köstring Ernst August

Kotarba Marceli

Kotowski Antoni

Kowalewski Antoni

Kowalski Włodzimierz T.

Kraczkiewicz Franciszek

Krajowski Wielisław

Krasiński Wincenty

Krawczuk Aleksander

Kriwoziercow Iwan

Krzemiński Zdzisław

Krzyczkowski Antoni

Krzywiec Wincenty

Kubala Ludwik

Kucharzewski Jan

Kuczkow B.

Kukiel Marian

Kulski Władysław

Kuropatkin Aleksy

Kutrzeba Tadeusz

Kuusinen Otto

Kuzniecow Edward

Kwiatkowski Eugeniusz

L

Langefeld Józef

Langner Władysław

Lasocki Jan

Legeżyński Tadeusz

Lelewel Joachim

Lemkin Rafał

Lenartowicz Stefan

Lenin Włodzimierz

Leski Stanisław

Lewandowska Janina

Lewicki Michał

Lewis Allen Frederick

Liszewski Karol (właśc. Ryszard Szawłowski)

Litauer Stefan

Litwinow Maksym

Litwinow Paweł

Liubarskij Kronid

Lloyd George David

Ludwik XIV

Ł

Łepkowski Stanisław

Łepkowski Tadeusz

Łoboda Michaił

Łojek Jerzy

Łukasiewicz Juliusz

Łukasiński Walery (Walerian)

Łukaszewski Tadeusz

Łyczywek Roman

M

Macierewicz Antoni

Mackenzie William

Mackiewicz Józef

Mackiewicz Cat Stanisław

Maczek Stanisław

Madajczyk Czesław

Majski Iwan

Makarow Iwan

Maksimow Władimir

Malinkowicz Galina

Malinkowicz Władimir

Malinowski Tadeusz

Mańkowski Marian

Markow Marko

Martini Roman

Martini Wolfgang

Marzys Edward

Masny Karol

Materski Wojciech

Matusiński Jerzy

Mayer Stefan

Mayfiauer Zygfryd

McGovern George

Meciszewski Filip

Melby John

Merkułow Wsiewołod

Michałowski Piotr

Mickiewicz Adam

Miedwiediew Roy

Mierosławski Ludwik

Mieszko I

Mikojan Anastas

Mikołaj II

Mikołajczyk Stanisław

Milan-Kamski Maksymilian

Miłosławicz Edward Lukas

Miłosz Czesław

Minkiewicz Antoni

Miński Józef

Mitkiewicz Leon

Mitzner Zbigniew

Młynarski Bronisław

Mochnacki Maurycy

Modigliani Amedeo C.

Moltke Hans-Adolf von

Mołotow Wiaczesław

Morawski Kajetan

Moroz Raisa

Mortimer Kathleen zob. Harriman-Mortimer Kathleen

Mossor Stefan

Moszyński Adam

Mościcki Ignacy

Mussolini Benito

Muster Henryk

N

Naimski Piotr

Napoleon Bonaparte

Napoleon III

Naruszewicz Natalia

Natanson Wojciech

Naville François

Neave Airey

Niekrasow Wiktor

Noël Leon

Nowakowski Tadeusz

Nowicki Józef

Nowikow-Priboj Aleksiej

Nowosielski Gustaw

O

O'Malley Owen

Okulicki Leopold

Olgierd Witold

Olisiewicz Michał

Olszyna-Wilczyński Józef

Ordonówna Hanka (właśc. Maria Anna Tyszkiewiczowa)

Orlik-Rückemann Wilhelm

Orsós Ferenc

Ostrowski Stanisław

Ostrowski Władysław

P

Palmieri Vincenzo Mario

Parnicki Teodor

Paskiewicz Iwan

Paszkiewicz Gustaw

Patek Stanisław

Pawlenkow Świetłana

Pawlenkow Władlen

Payart Joseph-Émile

Penker dr

Perzyński Józef

Petlura Semen (Symon)

Pęgowski Karol

Pfafenhausen Wiktor

Piątkowski Henryk

Pieracki Bronisław

Piestrzyński Ryszard

Pietraszewski Bolesław

Piłsudski Józef

Piotr I

Piotr III

Piskor Aleksander

Piskor Tadeusz

Piszczkowski T.

Pitt William

Pliuszcz Leonid

Pobóg-Malinowski Władysław

Pokrowski Jurij

Poniatowski Józef

Popper Karl

Potiomkin Władimir

Potocki Ignacy

Potocki Jerzy

Potocki Mieczysław

Potocki Stanisław

Potocki Szczęsny

Pruszyński Kazimierz

Pruszyński Ksawery

Purkajew Maksym

R

Raczkiewicz Władysław

Raczyński Edward

Raczyński Roger

Radulski Wacław

Radzymińska

Raina Peter

Rajchman Leonid

Rakowski Mieczysław

Reagan Ronald

Rehman Józef

Rekulski Antoni T.

Ribbentrop Joachim von

Robel Jan Zygmunt

Robespierre Maximilien de

Rojek Wojciech

Romanow Konstanty

Rómmel Juliusz

Roosevelt Franklin Delano

Rossi Angelo (właśc. Angelo Tasca)

Rosso Augusto

Rostowcew Mikołaj

Rostworowski Emanuel

Różański Józef

Rożestwieński Zenobi

Rubinstein Samuel

Rudka Ludwik

Rydz-Śmigły Edward

Ryś (Ryziński) Kazimierz

S

Sadkiewicz Jan

Sałowa-Liubarskaja Galina

Sanicki Leopold

Sargent Orme

Sarnicki Kazimierz

Sawczyński Adam

Sawicki Kazimierz

Saxen Arno

Schmidt Helmut H.

Schnurre Karl

Schulenburg Friedrich Werner von der

Sebel Stanisław

Sedycz Aleksander

Seeds William sir

Semkowicz Władysław

Sędzielowski Tadeusz

Shaw George Bernard

Siemaszko Zbigniew S.

Siemiątkowski Tomasz

Sienkiewicz Henryk

Sikorski Władysław

Skarbek-Malczewski Jan

Skibiński Franciszek

Skorniakow Nikołaj

Skorobohaty-Jakubowski Jan

Skrzynecki Jan Zygmunt

Skrzypek Andrzej

Sławek Walery

Sławoj-Składkowski Felicjan

Słodkiewicz Władysław

Słomiński Władysław

Słonimski Antoni

Słowacki Juliusz

Smoleński Józef

Smoleński Władysław

Smolka Stanisław

Smorawiński Mieczysław

Sobieszczański Franciszek Maksymilian

Solski Adam

Sołżenicyn Aleksander

Sosnkowski Kazimierz

Sójka-Wilmański Krzysztof

Speleers Reimond

Stachiewicz Wacław

Stackelberg Gustaw von

Stalin Józef (właśc. Josif Wissarionowicz Dżugaszwili)

Stahl Zdzisław

Stanisław August Poniatowski

Stauffenberg Claus Schenk von

Stefański Walenty

Stokatielnyj Paweł

Studnicki Władysław

Sukiennicki Wiktor

Supruniuk Mirosław A.

Suworow Aleksandr

Swianiewicz Stanisław

Switlicznaja Nadia

Šubik František

Szabłowski Ryszard

Szafran Jarosław

Szajnocha Karol

Szaronow Nikołaj

Szczęsny Jerzy

Szelepin Michaił

Szembek Jan

Szragin Boris

Sztein Jurij

Sztein Weronika

Sztejn Eduard

Sztejn Otylia

Szylling Antoni

Szymański Henry J.

Ś

Śliwiński Stanisław

Świderski Jan

Świerczewski Eugeniusz

Świętochowski Aleksander

T

Talleyrand Charles-Maurice de T.-Périgord

Tartakow

Thatcher Margaret

Timoszenko Siemion

Toczyński Bronisław

T?g? Heihachir?

Tokarz Wacław

Towiański Andrzej Tomasz

Tramsen Helge Andreas

Traugutt Romuald

Trębicki Stanisław

Trybulec Henryk

Tuchaczewski Michaił

Turczin Walentin

Tuwim Julian

Tworzydło Stanisław

Tyrkow Aleksy

Tyrzyński Leon

U

Ulicki Jarosław

Umiastowski Roman

V

Van Dyke Vernon

Van Vliet John H.

Venclowa Tomas

Vincenz-Poniatowska Halszka

Vlassak Henryk

W

Wail Boris

Walters Frank P.

Wałęsa Lech

Wasilewski Leon

Welles Sumner

Wereszycki Henryk

Widra Abraham

Wielopolski Aleksander

Wieniawa-Długoszowski Bolesław

Willkie Wendell L.

Wionczek Roman

Wiśniewski Wojciech

Witos Wincenty

Wittlin Tadeusz

Władysław IV

Własow Andriej

Wodziński Marian

Woermann Ernst

Wójcicki Bolesław

Wojciechowski Stanisław

Wojciechowski Tadeusz

Wojciechowski Władysław

Wojtczak Piotr

Woroszyłow Kliment

Woslenski Michaił

Wrażej Władysław

Wysoczeński Jan

Wywerka Albert

Z

Zacharias Michał

Zags Julia

Zaleski August

Zarański Józef

Zaremba Jerzy

Zaremba Paweł

Zarubin Wasilij

Zawodny Janusz Kazimierz

Zebrowski Apolinary

Zieliński Ryszard

Ziółkowski Jan Leon

Zitnikowa-Pliuszcz Tatiana

Zgórniak Marian

Ż

Żdenko Rund

Żeleński Boy Tadeusz

Żeleński Władysław

Żeligowski Lucjan

Żeromski Stefan

Żółkowskaja-Ginzburg Arina

Żukowski Bohdan

Żukrowski Wojciech

Żywiecki Ryszard (właśc. Ryszard Zieliński)