Pisarka - Magda Stachula

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Se­ba­stian

- Mó­wi­łem ci, że masz tu nie przy­cho­dzić - ce­dzę przez za­ci­śnięte zęby.

- Bo co? - obu­rza się. - Bo­isz się, że się wyda?! Gówno mnie to ob­cho­dzi!

- Cii... - Chwy­tam ją za przed­ra­miona i od­cią­gam za róg ka­mie­nicy.

Moja ko­chanka naj­wy­raź­niej osza­lała, bo wła­śnie przy­szła na spo­tka­nie au­tor­skie Laury. Wie­lo­krot­nie tym stra­szyła i w końcu do­trzy­mała obiet­nicy. Te spo­tka­nia w War­sza­wie za­wsze bu­dzą we mnie obawy. Wo­lał­bym, żeby moje kłam­stwa nie wy­szły na jaw.

- Nie od­bie­ra­łeś te­le­fo­nów, mar­twi­łam się - mówi, pró­bu­jąc do­tknąć dło­nią mo­jej twa­rzy. Od­su­wam się.

- Prze­cież mó­wi­łem ci, że od rana będę z Laurą - tłu­ma­czę. - Obie­ca­łem, że za­dzwo­nię wie­czo­rem, i tak wła­śnie bym zro­bił. Na­wet wpadł­bym do cie­bie, ale ty oczy­wi­ście - kręcę głową - mu­sia­łaś wszystko po­suć.

- Prze­stań. Naj­le­piej zwa­lić winę na mnie. To ty zdra­dzasz żonę, a ja mam już tego dość. Ile mam cze­kać? - pyta. - No, po­wiedz ile. Kiedy w końcu od niej odej­dziesz?

- Mó­wi­łem ci, że te­raz nie jest do­bry czas...

- Ni­gdy nie jest do­bry! - prze­rywa mi z wy­rzu­tem w gło­sie. - Te­raz nie, bo ma trasę au­tor­ską, wcze­śniej nie, bo pi­sze książkę. Obie­ca­łeś, że to zro­bisz!

No cóż, te­raz na pewno nie jest do­bry czas na taką roz­mowę. W każ­dej chwili może po­ja­wić się ktoś, kto wie, że je­stem mę­żem Laury. Roz­mowa w pu­stej uliczce z ko­bietą, która co chwilę pró­buje mnie czule do­tknąć, może ścią­gnąć na mnie pro­blemy.

- Zro­bię - kładę jej rękę na ra­mie­niu - ale daj mi chwilę...

- Chwilę?! - wy­bu­cha. - To trwa pra­wie dwa lata! Ile mam na cie­bie cze­kać? Czy ty w ogóle wiesz, jak ja się czuję? Stale ta druga...

Wik­to­ria ma dwa­dzie­ścia pięć lat, jest młod­sza ode mnie i Laury o po­nad de­kadę, za­bawna, bez­pro­ble­mowa i świetna w łóżku. Nie żeby mo­jej żo­nie bra­ko­wało cze­goś w tej kwe­stii, o nie - ona po pro­stu prze­stała się mną in­te­re­so­wać. Dla niej cie­kaw­sze są fik­cyjne światy, które two­rzy, niż rze­czy­wi­stość, która ją ota­cza.

Po­zna­li­śmy się na stu­diach. Laura była na fi­lo­zo­fii, ja na ban­ko­wo­ści. Od­mienne światy, ale czy prze­ci­wień­stwa się nie przy­cią­gają? Dzia­ła­li­śmy na sie­bie jak ma­gnesy o róż­nych bie­gu­nach. Na­dal po­żą­dam mo­jej żony, na­dal za­chwyca mnie jej piękny umysł, choć też cza­sem prze­ra­sta. Ma­ka­bra w jej po­wie­ściach jest czę­sto prze­sa­dzona, ale za­ra­zem opi­sana z naj­mniej­szymi de­ta­lami, co spra­wia złudne wra­że­nie praw­dzi­wo­ści. Do tego ta pi­kan­te­ria, nie­sa­mo­wite sceny seksu. W te książki po pro­stu się wpada, ich mroczny świat uza­leż­nia i mimo że jest pa­skudny i bez­względny, nie chce się go opusz­czać. Na tym po­lega siła Laury Ruty - po­chła­nia czło­wieka bez reszty. Wik­to­ria ni­gdy jej nie do­równa, zdaję so­bie z tego sprawę. In­te­li­gen­cja, bły­sko­tli­wość mo­jej żony nie znają gra­nic i to wła­śnie naj­bar­dziej mnie w niej pod­nieca, a cza­sem wręcz prze­raża, jak hi­sto­rie, które two­rzy. Oczy­wi­ście jest też zja­wi­skową ko­bietą, cza­ru­jącą, uwo­dzi­ciel­ską, gdy tylko ma na to ochotę, ale w moim to­wa­rzy­stwie już od dawna nie ma.

Wik­to­ria przy­szła ra­zem ze swoją przy­ja­ciółką. Sia­dły obok mnie, spra­wia­jąc, że go­dzinne spo­tka­nie au­tor­skie prze­ro­dziło się w ge­hennę. Stale pi­sała do mnie ese­mesy. Czu­łem, jak mój te­le­fon wi­bruje w kie­szeni ma­ry­narki, pró­bo­wa­łem sku­pić całą uwagę na Lau­rze, ale Wik­to­ria mi to utrud­niała. Ba­łem się, że za chwilę zrobi ja­kąś głu­potę, przy­su­nie się do mnie, usią­dzie mi na ko­la­nach lub po­ca­łuje w usta na oczach mo­jej żony, na oczach wszyst­kich czy­tel­ni­ków. Na szczę­ście tego nie zro­biła, ale wła­śnie oznaj­miła mi, że je­śli nie odejdę od żony, weź­mie sprawy w swoje ręce.

- Pro­szę cię, nie te­raz. Po­ga­damy o tym ju­tro, kiedy do cie­bie przy­jadę.

- Kiedy przy­jeż­dżasz, je­steś za­in­te­re­so­wany wy­łącz­nie moim cia­łem. Za­wsze tak jest, Seba, za­wsze. - Za­krywa twarz dłońmi. - Ja ci ule­gam, po­tem wy­cho­dzisz i je­dziesz do niej, a wiesz, jak ja się czuję? Jak dziwka. - Jej ręce opa­dają i znów spo­gląda mi w oczy.

Mu­szę ją uspo­koić, bo za­czyna mó­wić co­raz gło­śniej, prze­ma­wiają przez nią emo­cje i jest zde­ner­wo­wana, a to może pchnąć ją do głu­pich czy­nów.

- Po­ga­dam z nią, obie­cuję - kła­mię. - Idź już. Za­mó­wię ci tak­sówkę.

- Nie trzeba, Pau­lina na mnie czeka. - Wska­zuje na sa­mo­chód za­par­ko­wany przy chod­niku.

W miej­scach pu­blicz­nych nie oka­zu­jemy so­bie uczuć, to zbyt ry­zy­kowne, zwłasz­cza tu­taj, gdzie pełno lu­dzi, któ­rzy znają Laurę i mnie.

- Ju­tro do cie­bie wpadnę - obie­cuję i wtedy ką­tem oka za­uwa­żam, jak agent mo­jej żony wy­cho­dzi z bu­dynku. - No idź już! - po­na­glam ją.

Nie cze­ka­jąc, aż Wik­to­ria wsią­dzie do sa­mo­chodu przy­ja­ciółki, ru­szam z po­wro­tem do bi­blio­teki. Mam na­dzieję, że Ar­tur nie za­uwa­żył mnie z dziew­czyną, która wła­śnie prze­biega przez ulicę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Ar­tur

- Kura zno­sząca złote jajka. - Sły­szę za ple­cami.

Od­wra­cam się. Z kie­lisz­kiem wina w ręku stoi fa­cet, który roz­ma­wiał z Laurą, Pan Wy­mą­drzal­ski. Działa mi na nerwy, ale ma ogromne za­sięgi w so­cial me­diach, dla­tego za­pro­po­no­wa­łem mu pro­wa­dze­nie tego spo­tka­nia. Więk­szość lu­dzi w sali to jego za­sługa, ścią­gnął mi­ło­śni­ków swo­jego pro­filu, któ­rzy te­raz ocho­czo ku­pują książki Laury. Taki wła­śnie był plan.

- Wina? - pyta i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wrę­cza mi lampkę, a sam sięga po ko­lejną sto­jącą na stole przy­kry­tym bia­łym ob­ru­sem.

- Dzię­kuję - mó­wię bez słowa pro­te­stu, bo może być mi jesz­cze kie­dyś po­trzebny.

- Jak to jest zło­wić taką gwiazdę? - pyta, ru­chem głowy wska­zu­jąc na Laurę.

Nie mam ochoty z nim roz­ma­wiać. Uno­szę kie­li­szek i choć naj­chęt­niej wy­lał­bym za­war­tość na jego głowę, pla­miąc ko­szulę czer­wo­nym wi­nem ni­czym krwią, tylko stu­kam nim w jego lampkę.

- Za udane spo­tka­nie. Świet­nie je pan po­pro­wa­dził.

Gość wy­pina klatkę pier­siową, ego do­słow­nie go roz­dyma. Mi­ro­sław Zna­niecki, bez­czelny, bez­kom­pro­mi­sowy, na­dęty du­pek, z któ­rym raz na ja­kiś czas mu­szę mieć stycz­ność. Są­dząc po ko­lejce do Laury, pod­pi­sy­wa­nie po­trwa około go­dziny, a nie mam za­miaru stra­cić jej z tą za­du­faną w so­bie kre­aturą. Jego vlog i ka­nał na Tik­Toku cie­szą się ogromną po­pu­lar­no­ścią - robi z sie­bie pa­jaca, a to po­doba się lu­dziom. Od­no­szę wra­że­nie, że słabo ra­dzi so­bie z pi­sa­niem, może na­wet ma dys­lek­sję, tylko wsty­dzi się do tego przy­znać. W roz­mo­wie jest do­bry, po­trafi za­dać cie­kawe i kon­tro­wer­syjne py­ta­nia, ale opa­trzony w zdję­cia je­dy­nie z hasz­ta­gami pro­fil na Fa­ce­bo­oku czy In­sta­gra­mie zdra­dza we­dług mnie nie­umie­jęt­ność pi­sem­nego sfor­mu­ło­wa­nia my­śli. Może to pchnęło go do pracy z pi­sa­rzami? Chce być bli­żej lu­dzi, któ­rzy są jego nie­do­ści­gnio­nym wzo­rem? Po­trze­buje obok sie­bie ko­goś, kto bawi się sło­wem, uwo­dzi, ma­ni­pu­luje, cza­ruje ma­gią wy­ra­zów za­mknię­tych w zda­nia, wer­sety, roz­działy, cza­sem wręcz prze­ło­mowe, a nie­kiedy po­nad­cza­sowe dzieła? Wie­rzy, że prze­by­wa­jąc z ta­kimi oso­bami, za­razi się ich swo­bodą pi­sa­nia? Nie zdzi­wił­bym się, gdyby oka­zało się to prawdą.

- Tak, nie­skrom­nie przy­znam panu ra­cję - od­zywa się.

W pierw­szej chwili nie wiem, o czym mówi, a gdy orien­tuję się, że dzię­kuje mi za słowa uzna­nia pod jego ad­re­sem, chce mi się śmiać, bo już dawno za­po­mnia­łem o po­win­szo­wa­niach.

- A przy oka­zji chciał­bym o coś za­py­tać. - Na­chyla się w moją stronę i ści­sza głos. - Na ja­kim pro­cen­cie pan pra­cuje?

- Nie­stety to ta­jem­nica za­wo­dowa. - Nie chce mi się wie­rzyć, że jest tak bez­czelny. Mimo wszystko mia­łem o nim lep­sze zda­nie.

- Ta­jem­nica, ta­jem­nica - po­wta­rza, wy­dy­ma­jąc usta. - A w śro­do­wi­sku i tak wszy­scy wie­dzą.

Skoro wie­dzą, po co mnie pyta.

- Po­wiem prawdę. - Od­sta­wia kie­li­szek na stół i po­now­nie na­chyla się w moją stronę. - Mam za­miar roz­sze­rzyć za­kres swo­jej dzia­łal­no­ści. Chciał­bym zo­stać tak jak pan agen­tem li­te­rac­kim.

O mało nie dła­wię się wi­nem.

- O, pro­szę się nie bać - śmieje się, bez­błęd­nie od­czy­tu­jąc moją re­ak­cję. - Nie będę dla pana kon­ku­ren­cją, przy­naj­mniej nie na po­czątku - do­daje z uśmiesz­kiem i te­atral­nie kilka razy ude­rza mnie otwartą dło­nią w plecy.

Mocno. Za mocno. Kaszlę.

- A poza tym niech pan po­wie prawdę. - Znów wy­pina pierś i sięga po swój kie­li­szek. Jest nie­na­tu­ral­nie ni­ski i wą­tły, wręcz fi­li­gra­nowy. Jed­nak jego siła cha­rak­teru jest od­wrot­nie pro­por­cjo­nalna do syl­wetki. Gdyby kie­dy­kol­wiek krę­cono pol­ską wer­sję kry­mi­na­łów Pierre'a Le­ma­itre'a, je­stem pe­wien, że bez ca­stingu do­stałby rolę ko­mi­sa­rza Ca­mille'a Ver­ho­evena. - Ilu au­to­rom pan od­ma­wia? No, tak szcze­rze.

To prawda, nie mogę być agen­tem wszyst­kich, któ­rzy się do mnie zwra­cają. Mam pod swoją pie­czą cztery au­torki, sta­ram się spra­wie­dli­wie dzie­lić mię­dzy nie czas i za­an­ga­żo­wa­nie, jed­nak sie­bie nie okła­mię: nu­me­rem je­den jest Laura Ruta i to jej po­świę­cam naj­wię­cej uwagi.

- No wła­śnie - cią­gnie. - A au­to­rów po­trze­bu­ją­cych ko­goś, kto po­kie­ruje ich ka­rierą, po­może od­na­leźć się w świe­cie re­ki­nów biz­nesu, jest wielu. To tacy nie­po­radni ży­ciowo lu­dzie, nie wszy­scy, rzecz ja­sna, ale więk­szość po­trze­buje wła­snego im­pre­sa­rio. Nie mam za­miaru do końca ży­cia pro­wa­dzić ka­nału o książ­kach czy spo­tkań au­tor­skich. Za­wsze kie­ro­wała mną am­bi­cja, lu­bię się roz­wi­jać, no i za­ra­biać, rzecz ja­sna - uśmie­cha się. - A są­dząc po pana au­cie, ra­czej pan nie bie­duje, oj nie!

Nie zno­szę wścib­stwa. Mam fa­ceta dość. Za­czy­nam ukła­dać w gło­wie plan, jak się od niego uwol­nić, gdy na­gle ra­tuje mnie ja­kaś dziew­czyna ści­ska­jąca w dłoni książkę Laury. Nie­śmiało pod­cho­dzi do nas i zwraca się do mnie, pa­trząc mi w oczy:

- Prze­pra­szam, nie chcia­ła­bym prze­szka­dzać, ale czy mogę za­jąć panu chwilę?

- Oczy­wi­ście! - re­aguję en­tu­zja­stycz­nie. - Prze­pra­szam naj­moc­niej, za chwilę wra­cam - zwra­cam się w stronę Pana Wy­mą­drzal­skiego i od­cho­dzę na bok.

Spa­dła ni­czym anioł z nieba, na­wet tro­chę go przy­po­mina - ja­sne pro­ste włosy ni­czym au­re­ola ota­czają jej drobną twarz. Ką­tem oka wi­dzę, jak Mi­ro­sław Zna­niecki opusz­cza salę, naj­wy­raź­niej po­czuł się ura­żony. I do­brze, mam na­dzieję, że już dzi­siaj nie wróci.

- Moje na­zwi­sko nic panu nie po­wie. Jo­anna Ser­necka - przed­sta­wia się.

Rze­czy­wi­ście nic mi to nie mówi. Ja­kaś blo­gerka, może dzien­ni­karka, chce umó­wić się na roz­mowę z Laurą?

- Ar­tur Ko­nar­ski. - Od­wza­jem­niam uścisk dłoni.

- Tak, wiem. Znam pana, jest pan agen­tem pani Laury.

- To prawda. W czym mogę po­móc?

- Nie bar­dzo wiem, od czego za­cząć. To dla mnie bar­dzo ważne i trudne jed­no­cze­śnie.

- Naj­le­piej od po­czątku - uśmie­cham się. - Może wina dla ku­rażu?

Naj­chęt­niej bym ją spła­wił, ale wolę po­ga­wędkę z nią niż z tym dur­niem, gdyby jed­nak po­sta­no­wił wró­cić i nę­kać mnie swoim py­szał­ko­wa­tym to­wa­rzy­stwem.

- Nie, dzię­kuję. Przy­je­cha­łam sa­mo­cho­dem, nie piję - tłu­ma­czy, po czym do­daje: - Na­pi­sa­łam de­biu­tancką książkę.

Czuję, że wkra­czam na nie­bez­pieczny grunt. Od lat nie pra­cuję z de­biu­tan­tami, ta­kie mam już za­sady. Wolę roz­po­zna­walne na­zwi­ska - wszystko jest wtedy prost­sze i ozna­cza więk­szą kasę. Oczy­wi­ście wśród żół­to­dzio­bów mogą kryć się praw­dziwe ta­lenty, sławy, dzięki któ­rym w szyb­kim cza­sie da się zbić for­tunę, ale zda­rza się to nie­zwy­kle rzadko, więc le­piej nie ry­zy­ko­wać. Poza tym nie mam na to czasu. Mógł­bym pod­su­nąć dziew­czy­nie Pana Wy­mą­drzal­skiego, jed­nak wy­daje się na­prawdę sym­pa­tyczna i nie chcę wpa­ko­wać jej na minę.

- O, wspa­niale - mó­wię, od­sta­wia­jąc swój kie­li­szek na blat stołu. Grze­bię w we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki i wyj­muję wi­zy­tówkę. - Pro­szę przy­słać mi swój tekst. - Wrę­czam ją dziew­czy­nie, wie­dząc, że na­wet nie zer­knę do tego mejla. - Zo­ba­czymy, co da się z tym zro­bić.

Roz­e­mo­cjo­no­wana ści­ska kar­to­nik, a ja ją prze­pra­szam, mó­wiąc, że mu­szę wy­ko­nać pilny te­le­fon.

Jo­anna

Bie­rze do ręki moją książkę, to zna­czy książkę jej au­tor­stwa, która na­leży już do mnie, bo ją przed chwilą ku­pi­łam. Cie­kawa je­stem tej no­wej hi­sto­rii. In­spi­ra­cja, cóż za obie­cu­jący ty­tuł. Laura Ruta spo­gląda mi w oczy i pyta, dla kogo au­to­graf.

- Dla Aśki - mó­wię, pa­trząc, jak jej ręka po­ru­sza się, wy­pi­su­jąc de­dy­ka­cję.

A mo­gła­bym być na jej miej­scu, sie­dzieć na obi­tym we­lu­rem krze­śle i trzy­mać dro­gie pióro w dłoni. Mój agent la­tałby wo­kół mnie, dba­jąc o to, że­bym czuła się jak kró­lowa. W czym ona jest lep­sza? W ni­czym. Po pro­stu miała wię­cej szczę­ścia. Do­brze pi­sze, to trzeba jej przy­znać. Umie wzbu­dzić emo­cje, trzy­mać w nie­pew­no­ści, wo­dzić za nos i jest mi­strzy­nią su­spensu, ale ja też to po­tra­fię. Tylko dla­czego od lat nie mogę zna­leźć wy­dawcy? Wy­sła­łam swoją książkę do wielu wy­daw­nictw i nic. Od­po­wie­dzi nie nad­cho­dzą ty­go­dniami, a gdy na­pi­szę mejla z prośbą o ko­men­tarz, otrzy­muję same od­mowy albo wy­dawcy w ogóle mnie ole­wają. Cóż za nie­wdzięczni i za­du­fani w so­bie lu­dzie. Ro­zu­miem, że są za­pra­co­wani, że ta­kich jak moja pro­po­zy­cja pew­nie do­stają na pęczki, ale wcale ich to nie uspra­wie­dli­wia. Mam na­dzieję, że ich też ktoś kie­dyś po­trak­tuje w tak podły spo­sób. Co prawda je­den z re­dak­to­rów po­ku­sił się o kilka słów ko­men­ta­rza do mo­jego tek­stu: "sama hi­sto­ria jest dość cie­kawa, ale po­winna pani po­pra­co­wać nad sty­lem". Wku­rzy­łam się. Nie wi­dzę róż­nicy w tym, jak pi­szę ja, a jak Laura Ruta - ta sama nar­ra­cja, ten sam czas, ten sam ga­tu­nek. Czy ją ko­piuję? Na­wet je­śli, to prze­cież każdy może być pi­sa­rzem; nikt nie ma na to mo­no­polu. Ruta łą­czy w swo­ich książ­kach bru­tal­ność z na­mięt­no­ścią. Emo­cje na dwóch prze­ciw­staw­nych bie­gu­nach, ale tak samo mocne w prze­ka­zie. Sceny prze­mocy opi­suje z nie­zwy­kłą do­kład­no­ścią, po­dob­nie jak sceny seksu nie są po­zba­wione szcze­gó­łów. W tym tkwi jej se­kret, to wła­śnie lep na czy­tel­ni­ków. In­spi­ruje mnie, sama jed­nak na pewno też szuka na­tchnie­nia, czy­ta­jąc książki in­nych au­to­rów. Na­wet się z tym nie kryje - po­daje na spo­tka­niach na­zwi­ska swo­ich mi­strzów, Chris Car­ter, Jo Nesb?. Ostat­nio prze­czy­ta­łam w jed­nym z wy­wia­dów, że Laura Ruta to pol­ski Gu­il­laume Musso w spód­nicy. Roz­ba­wiło mnie to. Na­prawdę po­nio­sło tę dzien­ni­karkę, tym bar­dziej że w ani jed­nej książce Ruty nie ma wąt­ków pa­ra­nor­mal­nych, w prze­ci­wień­stwie do mo­jej pro­po­zy­cji li­te­rac­kiej, a Musso robi mię­dzy­na­ro­dową ka­rierę, pod­czas gdy ona nie do­cze­kała się ani jed­nego tłu­ma­cze­nia na inny ję­zyk.

Je­stem pierw­sza w ko­lejce - ce­lowo, nie mo­gła­bym prze­cież wyjść bez au­to­grafu, ale gdy­bym była ostat­nia, mo­gła­bym za­dać kilka py­tań, a na­wet po­pro­sić, żeby prze­czy­tała mój tekst, po­le­ciła mnie tu czy tam.

Kilka dni temu też mia­łam ku temu oka­zję, bo Laura Ruta zja­wiła się w skle­pie me­blo­wym, w któ­rym pra­cuję. Przy­je­chała z mę­żem, wy­bie­rali stół do ja­dalni - ona ob­stu­ki­wała każdy blat, py­tała o ro­dzaj drewna i kraj pro­duk­cji, a jej fa­cet nie był za­in­te­re­so­wany. Może gdyby wy­bie­rali łóżko do sy­pialni, wy­ka­załby więk­sze za­an­ga­żo­wa­nie? Cho­dzi­łam za nią krok w krok i od­po­wia­da­łam na py­ta­nia, nie przy­zna­łam się jed­nak, że wiem, że jest znaną pi­sarką, a ja je­stem jej fanką. By­łam spięta i cze­ka­łam na od­po­wiedni mo­ment, żeby po­wie­dzieć, że ją roz­po­zna­łam i chcia­ła­bym po­pro­sić o kilka wska­zó­wek dla po­cząt­ku­ją­cej pi­sarki, ale się nie zło­żyło. Cały czas był obok jej mąż, a ona co chwilę od­bie­rała te­le­fony. Czu­łam, że je­śli za­cznę roz­mowę, spławi mnie. Dzi­siaj jest ku temu lep­sza oka­zja, w końcu na spo­tka­nie au­tor­skie przy­szła dla nas, dla swo­ich czy­tel­ni­ków, jed­nak tłum za mo­imi ple­cami nie uła­twia za­da­nia. Laura wrę­cza mi książkę, uśmie­cha­jąc się, i już wzro­kiem przy­wo­łuje na­stępną osobę w ko­lejce. Dzię­kuję, przy­ci­skam eg­zem­plarz do piersi i usu­wam się w głąb sali. Sia­dam na wol­nym krze­śle i drżą­cymi dłońmi otwie­ram na stro­nie z wpi­sem.

Trak­tuj prze­szkody jako oka­zje. Nie­chaj będą dla cie­bie źró­dłem in­spi­ra­cji.

An­thony Do­err, Świa­tło, któ­rego nie wi­dać

Dla Jo­asi z ży­cze­niami uda­nej lek­tury In­spi­ra­cji

Laura Ruta

Kręci mi się w gło­wie, po pro­stu brak mi tchu. Po raz drugi czy­tam de­dy­ka­cję, wiem, że te słowa na­wią­zują do In­spi­ra­cji, ale ja od­czy­tuję je jako prze­sła­nie. Skie­ro­wane do mnie se­kretne za­klę­cie, które po­może speł­nić moje naj­skryt­sze ma­rze­nia o zo­sta­niu pi­sarką. To za­pro­sze­nie do pod­ję­cia walki, nie­usta­wa­nia w dro­dze do pu­bli­ka­cji mo­jego de­biutu. Prze­jeż­dżam pal­cem po de­dy­ka­cji - tusz jesz­cze do­brze nie wy­sechł i słowa się roz­ma­zują, ga­nię sie­bie w my­ślach za ten po­śpiech. Na szczę­ście au­to­graf po­zo­staje bez skazy. "Trak­tuj prze­szkody jako oka­zje. Nie­chaj będą dla cie­bie źró­dłem in­spi­ra­cji". Czy­tam po­now­nie słowa z książki, któ­rej nie znam, obie­cu­jąc so­bie, że od razu za­mó­wię ją w księ­garni in­ter­ne­to­wej. W mo­jej wy­obraźni ry­suje się li­sta prze­szkód: sy­tu­acji, osób i wy­da­rzeń, które utrud­niają mi zo­sta­nie pi­sarką, wręcz unie­moż­li­wiają. Nie szko­dzi, po­ko­nam je, wy­ko­rzy­stam jako źró­dło in­spi­ra­cji. To bę­dzie próba wy­obraźni - mogę dać się jej po­nieść, na­pi­sać swoją hi­sto­rię. Naj­pierw na kar­tach po­wie­ści, a po­tem w ży­ciu. A może od­wrot­nie?

Laura

- Nie boi się pani, że sama pad­nie ofiarą wła­snej wy­obraźni? - Przez jego twarz prze­biega lekki uśmiech. - A wy­my­ślone przez pa­nią hi­sto­rie zisz­czą się w rze­czy­wi­sto­ści? - do­daje.

W jego oczach do­strze­gam trudną do okre­śle­nia emo­cję.

Czy to jest groźba? Czy on coś su­ge­ruje? Od­ry­wam od niego spoj­rze­nie i prze­ły­kam ślinę, po czym zbli­żam mi­kro­fon do ust.

- Nie. - Kręcę prze­cząco głową, spo­glą­da­jąc na salę po brzegi wy­peł­nioną ludźmi. - Ab­so­lut­nie o tym nie my­ślę. Moi czy­tel­nicy cze­kają, a przede wszyst­kim za­słu­gują - po­pra­wiam się - na ka­wa­łek do­brej i moc­nej li­te­ra­tury, a ja wła­śnie to im do­star­czam.

- Ocie­ka­jącą krwią rze­czy­wi­stość, którą pani kreuje, na­zywa pani ka­wał­kiem do­brej li­te­ra­tury? - drąży pro­wa­dzący.

Koł­nie­rzyk jego bia­łej ko­szuli zdra­dza żółte za­bru­dze­nia od we­wnętrz­nej strony. Albo tak się de­ner­wuje i nad­mier­nie poci, albo wło­żył nie­świeżą. Skry­wa­jąc obrzy­dze­nie, od­wra­cam głowę i znów spo­glą­dam na salę, w któ­rej za­jęte są wszyst­kie krze­sła. Przy­zwy­cza­iłam się do nie­na­gan­nej fre­kwen­cji pu­blicz­no­ści, ale nie za­wsze tak było - mu­sia­łam so­bie na to za­pra­co­wać. Po­pra­wiam się na krze­śle, pró­bu­jąc ze­brać my­śli, użyć ja­kiejś zna­nej mak­symy lub na­wet wpleść w wy­po­wiedź aneg­dotę. Lu­dzie to lu­bią, a ja po­tra­fię sy­pać jak z rę­kawa sen­ten­cjami, które po­tem cy­tują dzien­ni­ka­rze.

W pierw­szym rzę­dzie sie­dzi mój mąż. Se­ba­stian jak za­wsze wpa­truje się we mnie z po­dzi­wem. Od czasu gdy za­czął no­sić kil­ku­dniowy za­rost, jest jesz­cze bar­dziej sek­sowny, co nie ucho­dzi uwa­dze dwóch dziew­czyn, które za­jęły miej­sca obok niego i za­miast pa­trzeć na mnie, co chwilę zer­kają to na swoje smart­fony, to na mo­jego męża - je­stem pewna, że wy­mie­niają wia­do­mo­ści mię­dzy sobą na te­mat sie­dzą­cego obok przy­stoj­niaka.

W ostat­nim rzę­dzie do­strze­gam mo­jego agenta. Ar­tur ma na so­bie gra­na­towy gar­ni­tur, a w kie­szonce na le­wej piersi chu­s­teczkę z mo­ty­wem li­te­rek, jak na mi­ło­śnika li­te­ra­tury przy­stało. Gdy tylko skoń­czy się spo­tka­nie, z końca sali w bły­ska­wicz­nym tem­pie prze­nie­sie się do ką­cika sprze­daży ksią­żek, nie po­zwa­la­jąc ni­komu wyjść bez za­opa­trze­nia się w mój naj­now­szy na­tu­ra­li­styczny thril­ler. Stara się, na­prawdę robi wszystko, że­bym sprze­da­wała jak naj­wię­cej. Mój suk­ces to jego suk­ces, moje za­robki to jego za­robki, je­ste­śmy so­bie po­trzebni i od sie­bie za­leżni, za­wsze po­wta­rza.

Długo wzbra­nia­łam się przed de­cy­zją o współ­pracy z agen­tem, nie chcia­łam dzie­lić się z ni­kim do­cho­dami. Tak na­prawdę po­cząt­kowo nie było na­wet czym się dzie­lić, ale gdy sta­łam się po­czyt­niej­sza, a moja skrzynka mej­lowa pę­kała w szwach od pro­po­zy­cji współ­pracy, spo­tkań li­te­rac­kich i udzia­łów w fe­sti­wa­lach, za­czę­łam po­waż­nie my­śleć nad czy­jąś po­mocą. W za­sa­dzie chcia­łam wy­na­jąć ja­kąś ogar­niętą stu­dentkę, która od­pi­sy­wa­łaby na mejle i za­jęła się opra­co­wy­wa­niem tras au­tor­skich, ale wtedy moja ser­deczna przy­ja­ciółka po pió­rze Bar­bara Bo­jar­czuk skon­tak­to­wała mnie z Ar­tu­rem. Sama ko­rzy­stała z jego usług, a kiedy wy­szła za mąż za Fran­cuza, za­szła w ciążę i na stałe prze­nio­sła się do Pa­ryża, po­sta­no­wiła od­stą­pić mi swo­jego agenta.

- Fa­cet ma głowę na karku, jest naj­lep­szy w branży. Uwierz mi, nie bę­dziesz ża­ło­wać. Ja za­mie­rzam na ja­kiś czas za­wie­sić moją ak­tyw­ność pi­sar­ską - do­dała, gdy w je­den z wa­ka­cyj­nych week­en­dów wy­cią­gnęła mnie do SPA. - Chcę od­dać się wy­cho­wa­niu dziecka i sma­ko­wa­niu Pa­ryża, a za­robki Ga­stona nam to umoż­li­wią. - Po­sła mi swój uwo­dzi­ciel­ski uśmiech, na który rok wcze­śniej zła­pała Ga­stona.

Nie mó­wi­łam BiBi, że ja­kiś czas temu od­rzu­ci­łam pro­po­zy­cję Ar­tura, i to dwu­krot­nie. Po­tem ża­ło­wa­łam, gdy dzięki jego za­an­ga­żo­wa­niu jej książki pięły się po li­ście be­st­sel­le­rów. Przy­zna­łam się przed sobą, że być może po­peł­ni­łam błąd i po­win­nam była sko­rzy­stać z jego pro­po­zy­cji, więc gdy z po­le­ce­nia BiBi po raz trzeci za­dzwo­nił do mnie Ar­tur Ko­nar­ski z ofertą współ­pracy, od razu zgo­dzi­łam się z nim spo­tkać. Po kilku ty­go­dniach pod­pi­sa­li­śmy umowę i jak do tej pory nie ża­łuję. To spo­tka­nie to też jego za­sługa - jedno z wielu na mo­jej tra­sie au­tor­skiej pro­mu­ją­cej naj­now­szy thril­ler In­spi­ra­cja.

- Każdy, kto sięga po thril­lery - mó­wię, od­po­wia­da­jąc na za­dziorne py­ta­nie pro­wa­dzą­cego - ocze­kuje emo­cji i moc­nych wra­żeń, a ta­kie są moje hi­sto­rie: praw­dziwe.

Zer­kam na fa­ceta. Jego skon­cen­tro­wane na no­tat­kach spoj­rze­nie zdra­dza mi, że wy­szu­kuje na swo­jej li­ście ko­lejne nie­wy­godne py­ta­nie, ma ochotę za­pę­dzić mnie w kozi róg. Naj­wy­raź­niej nie przy­pa­dli­śmy so­bie do gu­stu.

- A czy to nie ży­cie pi­sze naj­lep­sze sce­na­riu­sze? - wtrąca.

- Oczy­wi­ście - przy­znaję. - Ja nie ry­wa­li­zuję z ży­ciem, ja je opi­suję, do­da­jąc coś od sie­bie. Moi bo­ha­te­ro­wie to zle­pek praw­dzi­wych lu­dzi. Od jed­nych za­po­ży­czam wy­gląd, od in­nych oso­bo­wość czy spo­sób by­cia, a hi­sto­rie, które opi­suję, zo­stały gdzieś za­sły­szane, po­dej­rzane, po­głę­bione o moje fan­ta­zje i wy­obra­że­nia.

- Oby nikt nie chciał ze­mścić się na pani, gdy doj­rzy w tych thril­le­rach sa­mego sie­bie - mówi pro­wa­dzący, pod­no­sząc się z fo­tela. - Pa­nie i pa­no­wie, go­ściem dzi­siej­szego wie­czoru była Laura Ruta.

W sali sły­chać bu­rzę okla­sków. Wstaję, uśmie­cham się i kła­niam. Ką­tem oka wi­dzę, jak Ar­tur prze­miesz­cza się w stronę sto­iska z książ­kami. Gdy brawa milkną, się­gam po to­rebkę i zmie­rzam w stronę sto­lika, przy któ­rym przez na­stępną go­dzinę, jak nie dłu­żej, będę pod­pi­sy­wać książki. W po­ło­wie drogi do­ga­nia mnie mój mąż.

- Ko­cha­nie, po­cze­kam na ze­wnątrz - mówi. - Za­dzwoń, jak skoń­czysz.

- Jedź do domu. - Ści­skam go za ra­mię. - We­zmę tak­sówkę. Nie ma sensu, że­byś cze­kał.

Kiwa głową i mo­men­tal­nie zo­staje po­chło­nięty przez tłum lu­dzi, który usta­wia się w gi­gan­tyczną ko­lejkę. Ar­tur wyj­muje te­le­fon i za­czyna pstry­kać zdję­cia, żeby było z czego wy­bie­rać przy wie­czor­nym wpi­sie na so­cial me­dia - dba o wszystko, ja wła­ści­wie tylko od­po­wia­dam na ko­men­ta­rze pod po­stami. Sia­dam na krze­śle, wyj­muję z to­rebki wieczne pióro, pre­zent od mo­jego agenta, i uśmie­cham się do pierw­szej ko­biety w ko­lejce, mło­dej blon­dynki z wło­sami ob­cię­tymi na long boba.