Piromanka - Maya Szymańska

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Porwana

Młoda dziewczyna z długimi blond włosami otworzyła powoli swoje ogromne, błękitne oczy. Przez chwilę leżała bez ruchu, uważnie nasłuchując. Bała się. Znalazła się w obcym miejscu. Znowu.

Powoli zamrugała powiekami, potem niepewnie rozejrzała się dookoła. Próbowała cokolwiek sobie przypomnieć, ale w głowie miała kompletną pustkę. Czyli to się znowu stało? Znowu straciła nad sobą panowanie i pozwoliła, by... Z zamyślenia wyrwał ją dziwny dźwięk. Miała wrażenie czyjejś obecności w drugim pokoju. Nasłuchiwała, wciąż leżąc w bezruchu. Kto mógł tam być? Po raz pierwszy od dawna zaczęła się modlić. Bóg nigdy nie przychodził jej z pomocą, ale co niby lepszego mogła teraz robić? Dźwięk nie powtórzył się, a ona - choć wiedziała, że to głupie - westchnęła z ulgą. Zdawała sobie sprawę, że w końcu będzie musiała JAKOŚ stąd wyjść, opuścić ten obcy pokój i stanąć twarzą w twarz z właścicielem lokalu. "W końcu" i "jakoś", ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie w tym momencie.

- Jeszcze nie teraz - szepnęła, przymykając oczy. - Jeszcze nie w tym momencie.

Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. W co tym razem się wpakowała? To bez sensu. Była cichą, nieśmiałą, drobną blondyneczką. Ani jej ciało, ani jej umysł nie zostały stworzone do stawiania czoła jakimkolwiek przeciwnościom losu. Powinna siedzieć zamknięta w wieży i czekać na swojego księcia z bajki, a nie budzić się w łóżku u obcego faceta. Łóżku? Czy ona w ogóle leżała w łóżku? Pociągnęła nosem, westchnęła cicho, a potem wzięła się w garść. Powoli przewróciła się na brzuch, uniosła i usiadła niepewnie. Czuła się dobrze. Nie bolało ją ciało, nie miała tego dziwnego uczucia tam, na dole... tam, między...

- Ojej - jęknęła cicho, zawstydzona własnymi myślami.

Tak czy inaczej, mogła chodzić normalnie, a to było coś nowego. Spojrzała na łóżko, na którym siedziała, i delikatnie dotknęła szarego materiału narzuty. Czy ona tutaj...? Potrząsnęła głową, po czym krytycznym okiem oceniła swoje ubranie. Nie, nie wyglądało na to... Nagle pękła tama, popłynęły łzy. To takie niesprawiedliwe, pomyślała. Tak strasznie niesprawiedliwe!

Trzynaście fragmentów apokalipsy

Już jej się to kiedyś śniło. To pustkowie, ta wyschnięta ziemia i wszechobecny kurz. Dookoła, jak okiem sięgnąć, nie było nic widać. Ani jednego żywego organizmu. Niebo pokrywały chmury przypominające tumany pyłu. Wszystko szare, brudne, skażone. Nawet słońce nie dawało rady się przebić. Było jasno, ale nie tak, jak powinno. W tym umierającym świecie nic nie zdawało się takie, jakie powinno.

Wiedziała, co teraz ujrzy. Czekała na nich, nieświadomie wstrzymując oddech. Nie trwało to długo, ale dla niej każda chwila wydawała się wiecznością. W końcu wyszli zza linii horyzontu. Tak, dokładnie tak to pamiętała. W równym szeregu, równym krokiem, uparcie ciągnęli naprzód. Co jakiś czas znikali, aby pojawić się bliżej, niebezpiecznie bliżej. Już niebawem dało się ich policzyć, a chwilę potem - określić mniej więcej, jak wyglądają. Zacisnęła dłonie w pięści, wbiła paznokcie w skórę. Zabolało, ale ten ból okazał się dobry. Ten ból przypominał jej, kim jest.

Było ich trzynastu, trzynastu morderców doskonałych. Zasłonięte twarze, ubrani w czerń. Szli w równym rzędzie, bo między nimi nigdy nie wskazywano lepszych. Ostatnim razem widziała ich wszystkich. Mogła im się przyjrzeć, mogła dokładnie zobaczyć każdy szczegół. Teraz było inaczej. Rozmywali się, zmieniali, przekształcali. Nie potrafiła ich określić, nie potrafiła dostrzec niczego w tej plątaninie obrazów, a nawet gdy już jej się wydawało, że tym razem obrazy się wyostrzają, jej umysł natychmiast o wszystkim zapominał.

"Czy jesteś dość dobra?"

Te słowa wypełniły jej umysł. Boleśnie dudniły w nim raz po raz i zatykanie uszu nic nie dawało. Trzynastu zbliżało się nieuchronnie, a ona stała tuż przed nimi. Nagle zrozumiała, że zabiją ją, jeśli się nie usunie. Chciała uskoczyć w bok, ale nie mogła. Nogi wrosły jej w ziemię, do kolan stały się spękaną gliną. Próbowała krzyczeć, ale nie potrafiła wydobyć z gardła choćby jednego słowa.

"Zbliża się moment, gdy będziesz musiała tchnąć w nich życie, wpoić nowe zasady. Czy dasz radę zdefiniować ich tak, jak ona ich definiowała?"

Kolejne obezwładniające dudnienie. Wiedziała, że te słowa są kluczem, ale ból, jaki w niej wywoływały, zdawał się zbyt silny, by mogła z nim wygrać. Nie myślała logicznie. W ogóle nie myślała. Istniały tylko lęk i świadomość nadchodzącego końca.

Ktoś zadął w róg. Po drugiej stronie pustkowia wyłoniło się ogromne wojsko, doskonale zdyscyplinowane i uzbrojone. Ludzie wszystkich kolorów i ras. Tysiące, miliony, miliardy i wciąż ich przybywało, choć ich liczba i potęga nie robiły najmniejszego wrażenia na trzynastu mordercach.

- Mordercy - szepnęła Alicja, spoglądając na trzynastu nieznajomych, gdy nagle dotarło do niej, że się myli. - Nie... Oni nie są mordercami. Oni są...

Słowa ugrzęzły jej w gardle i nie chciały przez nie przejść. Kręciła głową, chciała wyrzucić z siebie tę absurdalną myśl. To przecież nie mogła być prawda. Tylko że patrzyła w te ich lśniące oczy i widziała w nich niezachwianą pewność zwycięstwa. I już wiedziała...

- ...bogami - dokończyła, ale to ostatnie słowo zagłuszył potworny huk.

Po raz drugi ktoś zadął w róg i armia ludzi przegrupowała się, szykując do natarcia. Alicja wiedziała, co teraz nastąpi. Zamknęła oczy. Nie chciała już na to patrzeć. Nie chciała widzieć tego mroku. Wtedy ktoś zadął w róg po raz trzeci i ostatni. Otworzyła oczy. Wiedziała, że to sygnał do ataku, ale żaden z ludzkich żołnierzy nie odważył się ruszyć z miejsca. Zamiast tego unieśli wysoko tarcze i sformowali szyk obronny. Wiedzieli, że czeka ich śmierć. Tak, oni wszyscy mieli umrzeć, ale najpierw zginie ona. Alicja ostatni raz szarpnęła się, ale jej nogi nawet nie drgnęły. Wzięła głęboki oddech, zamknęła oczy, czekała na nieuniknione. Cały strach zniknął, pozostał tylko kojący jej serce spokój płynący z pogodzenia się z własnym losem.

- I tak nigdy nie kochałam tego życia aż tak, bym miała o nie walczyć - szepnęła i ze zdziwieniem odkryła, że się uśmiecha.

"To wciąż za mało!" - ryknął głos, który wybudził Alicję ze snu.

Długa noc

Alicja obudziła się, zlana potem. Oddychała ciężko, dłonie bolały ją od zaciskania pięści, a z uszu sączyła się krew. Ten sen... co to, do cholery, było? Próbowała uspokoić walące boleśnie serce, próbowała zapanować nad oddechem, ale nie potrafiła. Skupiła się więc na uszach. Przynajmniej mogła odetchnąć z ulgą, bo nic złego się z nimi nie stało.

- Co to, do cholery, było? - wydyszała tym razem na głos, po czym przygryzła dłoń, by stłumić rodzący się w jej gardle krzyk.

Wiedziała, że to nie zwykły sen. Wiedziała, że coś nadchodziło, ale Bóg jej świadkiem, nie miała ani trochę ochoty pytać, co dokładnie. O nie, nie chciała tego wiedzieć. Nie zamierzała też zastanawiać się nad słowami wtłoczonymi jej do umysłu tym dudniącym głosem. "Pieprzyć to. Pieprzyć to wszystko" - pomyślała, przewracając się na prawy bok. Zamknęła oczy, próbując usnąć. Tak, chciała usnąć, zapomnieć o wizji. Problem polegał jednak na tym, że ilekroć opuszczała powieki, nagle dookoła siebie słyszała krzyki mordowanych. Wojna. Nigdy nie chciała brać w niej udziału. Te głosy powinny nawiedzać kogoś innego.

* * *

W chwili, gdy Alicja walczyła z własnym strachem, wyczerpany ciężkim dniem recepcjonista spojrzał na zegarek. Oto już trzecia w nocy. Jeszcze tylko trzy godziny, a potem wróci do domu, do swojej narzeczonej. Zapomni o tym wszystkim, zapomni o tej cholernej, wysokiej kobiecie, o jej dziwnej towarzyszce, o tym drobnym incydencie. Wróci do normalności, wyprze z umysłu myśl, że to wszystko mogłoby zacząć się od nowa. Wizje, obrazy, strach... Nie, był przecież normalnym człowiekiem, miał normalną pracę i funkcjonował w normalny sposób. Był szarym, przeciętnym nikim. Tak, tym właśnie chciał pozostać. Chciał być nikim. To wszystko w tym temacie. Jeszcze trzy godziny i znów będzie szarakiem, prawda?

Zerkał uparcie na zegarek, co chwila sprawdzał, ile zostało jeszcze do końca zmiany, i wyobrażał sobie siebie jako przeciętnego, nudnego, łysiejącego obywatela bez twarzy. Tak, podobała mu się ta perspektywa: rachunki do zapłacenia, żona z dzieckiem czekająca w domu. Naprawdę mógłby tak żyć. Naprawdę.

- O, nie... - jęknął, czując kolejne mrowienie w oczach.

Dał radę wyjść do toalety, modląc się, by akurat w tym czasie nikt niczego nie potrzebował. Zamknął za sobą drzwi i osunął się po ścianie na podłogę. Miał wrażenie, że spada, że leci bezwładnie w dół, w niekończącą się nicość. Znał to uczucie. "Proszę, nie" - zdołał jeszcze pomyśleć, a potem stracił przytomność.

Miał czterdzieści lat i nienawidził swojej żony. W domu czekały rozwrzeszczane bachory, które ani trochę go nie przypominały. Zadzwonił do kochanki, ale wyłączyła telefon po tym, jak kategorycznie odmówił podpisania papierów rozwodowych. Wszystko szło nie tak. Podrapał się po łysiejącej głowie. Tego chciał, prawda? Tego właśnie pragnął. Nudy i bycia przeciętnym. Tego potrzebował.

Obraz zniknął, zastąpiony widokiem holu. Znał ten hol aż za dobrze. Za kontuarem stał on. Właśnie zaczynał poranną zmianę. Sprzątał biurko po tym cholernym brudasie Piotrku. Czy on nigdy nie mógł po sobie posprzątać? Nieważne. Dzień zapowiadał się spokojnie, więc nie zamierzał go sobie psuć takimi pierdołami. Spojrzał na zegarek. Była jedenasta trzydzieści. Jedenasta trzydzieści, a wskazówki lśniły. To było ważne, musiał zapamiętać tę godzinę. Drzwi otworzyły się, a do środka weszła drobna dziewczyna. Nie wyglądała najlepiej. Zagubiona, w brudnych, podartych ubraniach i z widocznymi siniakami. Kolejna nieletnia prostytutka przywieziona z jakiejś zatęchłej wiochy spod granicy. Dlaczego one trafiały zawsze na jego zmianę?

- Czy coś się pani stało? - Usłyszał swój głos.

Zobaczył, jak podchodzi do dziewczyny, a ta drży na całym ciele. Chciał jej pomóc, coś dla niej zrobić. Miała takie wielkie, przerażone oczy. Ktoś wyrządził jej krzywdę, ogromną krzywdę. "Jak im wszystkim" - dodał w myślach, czując, że nie powinien się w to angażować. Takie sprawy... jego nie dotyczyły. Przecież w końcu jakiś alfons stawi się po nią, jak zawsze zresztą... a mimo to zadawał to samo cholerne pytanie:

- Czy mam wezwać policję?

Teraz odmówi, był tego pewien. Czekał i już kiwał ze zrozumieniem głową, gdy nagle dotarło do niego, że coś jest nie tak. To trwało chwilę, nie więcej. Jej ręka wystrzeliła w kierunku jego gardła, a spomiędzy drobnych ust wypłynął przerażający, nieludzki głos.

- Gdzie one są? Gdzie są te dwie dziwki? Nie wiesz, prawda? Więc nie możesz mi pomóc. - Po tych słowach zobaczył prawdziwe oblicze potwora kryjącego się pod postacią tej kruchej dziewczyny.

Monstrum było powykrzywiane, zdeformowane i w niczym nie przypominało człowieka. Oślizgłe, potężne, przepełnione nienawiścią. Dotarło do niego, że nie wyjdzie z tego spotkania żywy. To coś go zabije.

- Nienawidzę takich jak wy. Ciągle mi się wymykacie, ciągle próbujecie być sprytni. Wszyscy powinniście zdechnąć - oznajmił potwór, skręcając recepcjoniście kark.

Usłyszał swój krzyk, gdy jego martwe ciało osuwało się na podłogę. Zobaczył własne, puste oczy, a potem spojrzał na swoje pozbawione życia wargi, które szeptały uparcie:

- Nie takiego życia chcę, nie takiej śmierci pragnę.

To też ważne - te słowa, których nigdy nie powinien do siebie dopuścić. "Kłamstwo" - pomyślał, wiedząc, że sam siebie próbuje oszukać. Kłamstwo. Takiego życia chciał, takiej śmierci pragnął, prawda?

Ocknął się zmarznięty, z głową opartą o muszlę klozetową. Mało romantyczne, ale - jak się okazało - całkiem praktyczne. Zwymiotował raz, potem drugi. To wszystko kłamstwa. Takiego życia chciał. Takiego nijakiego. Nie będzie w nim nieszczęśliwy. Nie będzie na nie narzekał. A ten potwór? To bzdura. Gdy jego zmiana dobiegnie końca, przekaże wszystko zmiennikowi, wróci do swojej ukochanej narzeczonej, a potem zapomni. Gdy nadejdzie ten dzień z wizji, spokojnie sobie udowodni, że to tylko jego wymysł, że nic takiego nie miało miejsca. Dokładnie tak... Nie. Gdy nadejdzie ten dzień, ucieknie stąd, daleko, jak ostatni, cholerny tchórz. Pora przestać się okłamywać.

* * *

Alicja spokojnie paliła papierosa, mając w pogardzie ogólnie przyjęte zasady. Czujnik i tak się zepsuł, więc nikt się o niczym nie dowie. Wiedziała to, bo sama go uszkodziła. A teraz siedziała na niewielkim fotelu ustawionym przy chwiejącym się stoliku, wepchniętym w jeden z rogów pomieszczenia. Tanim, nijakim, obecnym w prawie każdym hotelu. Wydychała powoli dym, stukała paznokciem w blat, myślała. Pół godziny temu dała za wygraną, jeśli chodzi o spanie. To nie miało sensu. I tak by już nie usnęła, a nawet jeśli, to raczej nie byłyby to miłe sny. Nie, wolała się uspokoić, aby dokładnie sprawdzić wszystkie osłony i bariery. Czy ona ostatnio robiła coś innego, niż tylko sprawdzała wszystko dookoła siebie? A tak, jeszcze niszczyła. No właśnie.

Wybiła trzecia w nocy, gdy wszystko się zaczęło. Delikatne drganie energii krążącej w hotelu. Nigdy niczego takiego nie czuła, ale ostatnio w jej życiu miało miejsce wiele pierwszych razów. Można by powiedzieć, że odkrywała nieznane jej lądy. Szkoda tylko, że ani trochę jej na tym nie zależało. W każdym razie była trzecia, gdy poczuła mrowienie gdzieś głęboko w mózgu. Słabe, ale potwornie denerwujące. Próbowała się go pozbyć, ale ono nie odchodziło. Pomyślała o Gizeli. Może demon kryjący się w jej ciele znalazł sposób, by je dogonić? Nie, to raczej nie to... To coś innego, coś subtelniejszego.

- Recepcjonista - szepnęła do siebie zaskoczona, że w ogóle przyszło jej to do głowy. - Nie. Przecież to niemożliwe.

Tylko że to właśnie to. To samo odczucie, tylko o wiele słabsze, pojawiło się, gdy skończyła pić przyniesioną przez niego kawę. On, Sky, mrowienie, zawirowania pola energetycznego. Jeśli wcześniej w to wątpiła, to teraz miała potwierdzenie. Facet miał talent. Nie jakiś tam chwilowy przebłysk. On miał prawdziwy, cholernie rzadki u ludzi talent.

- Robi się ciekawie - powiedziała, dopalając papierosa. - Cholernie ciekawie.

Gdzie ten cholerny recepcjonista

Gizela obudziła się na chwilę. Jej ciało było obolałe, a nogi - słabe. Znała to uczucie. Otworzyła oczy i rozejrzała się nieśmiało dookoła. Nie zdziwiła się, że tuż obok niej śpi mężczyzna. Natomiast to, co ją zdziwiło, to fakt, że znała jego twarz. Jeszcze nigdy nie obudziła się dwa razy przy tej samej osobie. Nigdy.

Mężczyzna chrapnął, odchrząknął przez sen, a potem odwrócił się na drugi bok. Oddychał ciężko, pod oczami miał sińce, skóra wydawała się niezdrowo szara. Wyglądał na wyczerpanego. Dziewczyna niepewnie dotknęła jego pucołowatego policzka. Był miękki i przyjemnie ciepły. Nieznajomego trudno nazwać księciem z bajki, ale Gizela przestała wierzyć, że kiedykolwiek takiego spotka. "Zresztą, nawet gdyby, to ja też nie jestem już księżniczką" - pomyślała, zaciskając ze wstydem uda. Nie, nie powinna tak myśleć. Potrząsnęła lekko głową, a potem raz jeszcze spojrzała na mężczyznę. Jakie to musiało być miłe uczucie - budzić się codziennie przy tej samej osobie. Tak, nie miałaby problemu budzić się codziennie koło niego. Wyglądał na miłego... chyba. Westchnęła cicho. Właśnie dlatego, że tak wyglądał, musiała uciekać stąd jak najszybciej. Na pewno nie zasłużył na to, co szykował dla niego demon. Z całą pewnością.

Trochę niepewnie, trochę też niechętnie podniosła się na łokciach, a potem usiadła. Jeszcze raz spojrzała na śpiącego mężczyznę i poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Nigdy nie będzie szczęśliwa. To kara od Boga, tak mówiła jej mama. To kara od Boga, i Gizela w to wierzyła, choć nigdy nie dowiedziała się, za co Bóg aż tak ją karał. Zresztą - to nie miało znaczenia. Już dawno pogodziła się ze swoim losem. Może pewnego dnia... ktoś doceni jej poświęcenie. Teraz jednak musiała uciekać, prawda? Tak, musiała.

Opuściła powoli nogi, postawiła na zimnej podłodze, a potem niepewnie na nich stanęła. Zachwiała się, kolana się pod nią ugięły. Jeszcze nigdy nie było tak źle. Nagle poczuła, jak spomiędzy nóg zaczyna jej coś ciec. "O nie!" - pomyślała, zawstydzona. Popuściłam?! Natychmiast spojrzała w dół, a potem poczuła, jak robi jej się niedobrze. Nie popuściła. To coś...

- Nie - szepnęła, dotykając palcami wydzieliny. - Boże, nie.

To musiał być koszmar. Cholerny, przerażający koszmar, który zaraz się skończy. Obudzi się w swojej zapleśniałej ruderze, głodna i słaba, a potem skona w samotności. Tak, to będzie lepsze. "Boże, jeśli mnie słyszysz" - jęknęła w myślach - "to proszę, proszę, proszę, wolę taki koniec. Nie pozwól, by to była prawda..."

Musiała uciekać. Uciekać jak najdalej. Zmusiła się do ponownego wstania, rozejrzała dookoła, a potem pomyślała, że - choć nie wie dlaczego - jest pewna, że zostawiła swoje ubrania w łazience. Tak, musiała je tylko założyć, a potem szybko wyjść z tego mieszkania i skryć się choćby w najbliższych krzakach. Gdziekolwiek, byle tu nie zostać. Wzięła głęboki oddech, niepewnie postawiła pierwszy krok, zachwiała się, ale w ostatniej chwili utrzymała równowagę. Dobrze. Powoli zaczynała panować nad sytuacją. Drugi krok okazał się już dużo łatwiejszy. Czuła spory dyskomfort, miała wrażenie, jakby jej nogi nie potrafiły się normalnie ruszać. Do tego to dziwne uczucie ciężkości w dole brzucha. Wszystko pewnie było tam poobcierane i zapuchnięte. Nieważne. Drzwi do łazienki. To się liczyło. Czwarty krok i piąty, potem szósty. Dzięki Ci, Panie, że były blisko. Zapaliła światło, otworzyła drzwi, weszła do środka. Starała się być możliwie najciszej. "Nie patrz w lustro" - upomniała się, sięgając po ubrania. "Tylko nie patrz w lustro" - powtórzyła w myślach, a potem uniosła wzrok i właśnie w nie spojrzała.

- Dokąd się tak śpieszysz, księżniczko? - spytało ją jej własne odbicie.