Kiedy Księżyc wzeszedł w Trzeciej Sali Północnej, udałem się do
Dziewiątego Westybulu
Wpis z Pierwszego Dnia Piątego Miesiąca Roku, w którym Albatros przybył do Sal Południowo-Zachodnich
Kiedy Księżyc wzeszedł w Trzeciej Sali Północnej, udałem się do
Dziewiątego Westybulu, aby tam być świadkiem połączenia trzech
Przypływów. Coś takiego zdarza się zaledwie raz na osiem lat.
Dziewiąty Westybul jest wyjątkowy ze względu na troje znajdujących się w nim ogromnych Schodów. Wzdłuż Ścian stoją w nim marmurowe Posągi: są ich
dosłownie setki, ustawionych jedne na drugich i piętrzących się Rząd za
Rzędem daleko wzwyż.
Wspiąłem się na Ścianę Zachodnią piętnaście metrów ponad Posadzkę, aż do
Posągu Kobiety niosącej Ul. Kobieta jest ode mnie dwu- lub nawet
trzykrotnie wyższa, a jej Ul jest obsypany marmurowymi Pszczołami
wielkości mojego kciuka. Jedna z Pszczół (na jej widok zawsze lekko się
wzdrygam) wpełza na lewe Oko Kobiety.
Wcisnąłem się do zajmowanej przez Kobietę Niszy i czekałem, aż usłyszę
ryk Fal w Dolnych Salach i poczuję wibrację Ścian wprawianych w drżenie
siłą zbliżającego się wydarzenia.
Pierwszy Przypływ nadciągnął z Odległych Sal Wschodnich i bez
szczególnej gwałtowności wspiął się po Wschodnich Schodach. Niesiona
przezeń Woda nie miała wyrazistego koloru, a gdy rozpostarła się na
Posadzce szarawym zwierciadłem, którego powierzchnię przecinały żyłki
mlecznej Piany, sięgałaby mi zaledwie do kostek.
Drugi był Przypływ z Sal Zachodnich: z głośnym Łoskotem przewalił się po
Schodach Zachodnich i z wielkim Hukiem uderzył o Wschodnią Ścianę, aż
wszystkie Posągi zadygotały. Jego Piana była biała jak stare rybie ości,
jego skłębione Otchłanie miały kolor cyny. W kilka sekund Woda sięgnęła
Talii najniżej stojących Posągów.
Ostatni przybył Przypływ z Sal Północnych: runął na środkowe Schody,
wypełniając Westybul skrzącą się, lodowobiałą Pianą. Przemoczył mnie i oślepił, a gdy odzyskałem wzrok, Posągi ociekały Wodą, która spływała z nich całymi Kaskadami. Uświadomiłem sobie wtedy, że błędnie wyliczyłem
objętość Drugiego i Trzeciego Przypływu. Wysoka Wodna Wieża wypiętrzyła
się aż do miejsca, w którym przycupnąłem, olbrzymia Wodna Dłoń
wyciągnęła się, by ściągnąć mnie ze Ściany. Oboma ramionami objąłem nogi
Kobiety niosącej Ul i modliłem się do Domu, by mnie ochronił. Woda mnie
zakryła i przez chwilę otaczała mnie ta osobliwa cisza, jaka nastaje,
gdy Morze ogarnie człowieka ze wszystkich stron i zagłuszy własne
dźwięki. Myślałem, że umrę albo że przynajmniej zostanę uniesiony do
Nieznanych Sal, z dala od szumu i dudnienia Znajomych Fal. Trzymałem się
ze wszystkich sił.
Potop skończył się równie nagle, jak wcześniej zaczął. Połączone
Przypływy rozlały się po okolicznych Salach; słyszałem dobiegający
stamtąd grzmot i huk, gdy Fale roztrzaskiwały się na Ścianach. Poziom
Wody w Dziewiątym Westybulu raptownie opadał, tak że wkrótce nie
zasłaniała już nawet Cokołów Posągów w najniższym Rzędzie.
Zdałem sobie sprawę, że ściskam coś kurczowo w ręce. Otworzywszy dłoń,
stwierdziłem, że trzymam w niej marmurowy Palec odłamany z jakiegoś
Odległego Posągu, przyniesiony tu przez któryś z Przypływów.
Piękno Domu jest niezmierzone, a jego Dobroć bezgraniczna.
Opisanie Świata
Wpis z Siódmego Dnia Piątego Miesiąca Roku, w którym Albatros przybył do Sal Południowo-Zachodnich
Postanowiłem poświęcić życie zbadaniu Świata. W tym celu zawędrowałem aż
do Dziewięćset Sześćdziesiątej Sali na Zachodzie, Osiemset
Dziewiętnastej Sali na Północy oraz Siedemset Sześćdziesiątej Ósmej Sali
na Południu. Wspiąłem się do Górnych Sal, gdzie Chmury płyną w nieśpiesznej procesji, a Posągi znienacka wyłaniają się z Mgieł.
Zbadałem Zatopione Sale, w których mroczne Wody usłane są białymi
liliami wodnymi. Na Wschodzie widziałem Zrujnowane Sale, których
Sklepienia, Podłogi - a czasem nawet Ściany! - zawaliły się i legły w Gruzach. Snopy szarego Światła rozpraszają ich Mroki.
We wszystkich tych miejscach przystawałem w Drzwiach i spoglądałem w przód. Nigdzie nie dostrzegłem zapowiedzi, bym przybliżył się do Krańca
Świata; wszędzie biegły w Dal regularne ciągi Sal i Korytarzy.
Każda Sala, Westybul, Korytarz i Schody mają swoje Posągi, które w większości Sal zajmują wszelką dostępną przestrzeń, chociaż zdarza mi
się czasem znaleźć pusty Cokół, Niszę lub Apsydę, a nawet pusty fragment
Ściany gdzie indziej w całości pokrytej Posągami. Te Pustki są na swój
sposób nie mniej tajemnicze od samych Posągów.
Zauważyłem, że choć w obrębie jednej Sali Posągi mają zwykle zbliżoną
wielkość, to ich rozmiary różnią się znacząco pomiędzy Salami. W niektórych miejscach bywają dwu-, a nawet trzykrotnie wyższe niż Istota
Ludzka, w innych mają w przybliżeniu naturalny rozmiar, a jeszcze w innych sięgają mi zaledwie do ramienia. Posągi znajdujące się w Zatopionych Salach są naprawdę gigantyczne - mierzą po piętnaście,
dwadzieścia metrów wysokości - ale to wyjątek.
Utworzyłem Katalog, w którym zamierzam notować Położenie, Wielkość i Temat każdego Posągu, a także wszelkie inne interesujące spostrzeżenia.
Na razie opisałem Pierwszą i Drugą Salę Południowo-Zachodnią, obecnie
pracuję nad opisaniem Trzeciej. Ogrom tego przedsięwzięcia przyprawia
mnie czasem o zawrót głowy, lecz jako odkrywca i naukowiec mam obowiązek
dać świadectwo Cudowności Świata.
Okna Domu wychodzą na wielkie Dziedzińce - puste, jałowe, brukowane
przestrzenie, najczęściej czworoboczne, aczkolwiek trafiają się także
sześcio- i ośmiokątne, a nawet - osobliwie ponure - trójgraniaste.
Poza Domem istnieją tylko Ciała Niebieskie: Słońce, Księżyc i Gwiazdy.
Dom ma trzy Kondygnacje. Dolne Sale to Królestwo Przypływów. Okna tych
Sal, widziane z przeciwnej strony Dziedzińca, są szarozielone od
niespokojnej Wody i białe od bryzgającej Piany. Dolne Sale stanowią
źródło pożywienia w postaci ryb, skorupiaków i morskich roślin.
Górne Sale są, jak już wspomniałem, Królestwem Chmur; ich omglone Okna
mają kolor szarobiały. Zdarza mi się czasem ujrzeć cały rząd Okien
rozświetlony nagle błyskiem Pioruna. Z Górnych Sal pochodzi Słodka Woda,
spadająca w Westybulach w postaci Deszczu i spływająca Strumieniami po
Ścianach i Schodach.
Pomiędzy tymi dwiema (praktycznie niezamieszkanymi) Kondygnacjami
znajdują się Sale Środkowe, Królestwo ptaków i ludzi. To piękne
Uporządkowanie Domu daje nam Życie.
Dziś rano wyjrzałem przez Okno Osiemnastej Sali Południowo-Wschodniej i po przeciwnej stronie Dziedzińca ujrzałem Tego Drugiego, który również
wyglądał przez Okno. Okno było wysokie i ciemne, szlachetna głowa Tego
Drugiego, z wysokim czołem i równo przystrzyżoną brodą, widniała w jednym z jego narożników. Był zatopiony w myślach, tak jak często mu się
to zdarza. Pomachałem do niego. Nie zauważył mnie. Zamachałem z większym
animuszem, zacząłem energicznie podskakiwać, lecz Okien w Domu jest
wiele. Nie zobaczył mnie.
Spis wszystkich ludzi, jacy kiedykolwiek żyli, i co o nich wiadomo
Wpis z Dziesiątego Dnia Piątego Miesiąca Roku,
w którym Albatros przybył do Sal Południowo-Zachodnich
Od początku Świata pewne jest istnienie piętnaściorga ludzi. Nie jest
wykluczone, że było ich więcej, jestem jednak naukowcem i muszę opierać
się na dowodach. Z owych piętnaściorga, których istnienie jest
potwierdzone, żyjemy dziś tylko Ja i Ten Drugi.
Wymienię teraz wszystkie te piętnaście osób i - tam, gdzie to ma
znaczenie - podam ich położenie.
Pierwsza Osoba: Ja
Przypuszczam, że mam od trzydziestu do trzydziestu pięciu lat. Mierzę
około 1,83 metra wzrostu i jestem szczupłej budowy ciała.
Druga Osoba: Ten Drugi
Wedle moich szacunków Ten Drugi może mieć od pięćdziesięciu do
sześćdziesięciu lat. Ma około 1,88 metra wzrostu i - jak Ja - szczupłą
sylwetkę. Jest silny i sprawny jak na swój wiek. Jego skóra ma kolor
jasnooliwkowy, a krótkie włosy i wąsy ciemnobrązowy. Nosi brodę - mocno
posiwiałą, niemal białą, schludnie przystrzyżoną w lekki szpic. Ma
wyjątkowo delikatne rysy, arystokratycznie wydatne kości policzkowe i wysokie, imponujące czoło. W ogólności sprawia wrażenie człowieka
życzliwego, choć dostrzegam w nim również pewną surowość, jaka cechuje
prawdziwych intelektualistów.
Podobnie jak Ja jest naukowcem, a także jedyną poza mną żywą istotą
ludzką, nic więc dziwnego, że wysoce cenię sobie jego przyjaźń.
Uważa, że gdzieś na Świecie ukryta jest Wielka Tajemna Wiedza, która -
gdy tylko ją posiądziemy - da nam ogromną moc i władzę. Nie jest do
końca pewien, co dokładnie składa się na tę Wiedzę, jednakże przy
różnych okazjach sugerował, że mogłaby dotyczyć między innymi:
1. Przezwyciężenia Śmierci i osiągnięcia Nieśmiertelności
2. Poznawania myśli innych ludzi w drodze telepatii
3. Przybierania przez nas postaci orłów, byśmy mogli szybować w Powietrzu
4. Przybierania przez nas postaci ryb, byśmy mogli nurzać się w Wodach
Przypływów
5. Poruszania przedmiotów siłą naszych myśli
6. Gaszenia i ponownego rozpalania Słońca i Gwiazd
7. Narzucania naszej woli innym, pomniejszym intelektom
Obaj pilnie szukamy tej Wiedzy. Spotykamy się dwa razy w tygodniu (we
wtorki i piątki), aby podyskutować o naszej pracy. Ten Drugi nadzwyczaj
skrupulatnie organizuje sobie czas i nigdy nie dopuszcza do tego, by
nasze spotkania przeciągnęły się ponad godzinę.
Jeżeli z jakiegoś powodu jestem mu potrzebny w innym dniu, tak długo
nawołuje "Piranesi!", aż przyjdę.
Piranesi. Tak mnie nazywa.
Jest to o tyle dziwne, że nie przypominam sobie, by tak brzmiało moje
nazwisko.
Trzecia Osoba: Mężczyzna z Puszki po Herbatnikach
Mężczyzna z Puszki po Herbatnikach to szkielet zajmujący pustą Niszę w Trzeciej Sali Północno-Zachodniej. Został złożony w nader przemyślny
sposób. Większe kości posegregowano wedle długości, zebrano razem i związano w pęki sznurkiem skręconym z wodorostów. Na prawo od nich leży
czaszka, na lewo zaś - puszka po herbatnikach zawierająca wszystkie
drobniejsze kostki: paliczki palców rąk i nóg, kręgi itd. Puszka jest
czerwona. Na wieczku znajduje się rysunek herbatników i dwa napisy:
Huntley Palmers oraz Family Circle.
Zanim go znalazłem, wodorostowy szpagat wysechł, rozpadł się i Mężczyzna
z Puszki po Herbatnikach znalazł się w pewnym nieładzie. Skręciłem nowy
sznurek z rybiej skóry i na nowo powiązałem nim kości w pęki. Od tamtej
pory Mężczyzna z Puszki po Herbatnikach znów prezentuje się jak należy.
Czwarta Osoba: Ukryta Osoba
Pewnego dnia przed trzema laty wszedłem po Schodach w Trzynastym
Westybulu. Stwierdziwszy, że Chmury w tym rejonie rozpierzchły się i Górne Sale, wypełnione Światłem Słońca, są wyjątkowo jasne, postanowiłem
zapuścić się dalej. W jednej z Sal (tej znajdującej się bezpośrednio nad
Osiemnastą Salą Północno-Wschodnią) znalazłem na wpół rozpadły szkielet
wklinowany w wąską szczelinę pomiędzy jednym z Cokołów i Ścianą. Sądząc
po obecnym ułożeniu kości, człowiek ten musiał pierwotnie przyjąć
pozycję siedzącą, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Nie udało mi się
stwierdzić, jakiej był płci. Gdybym wyjął szkielet, by porządnie go
zbadać, nigdy nie zdołałbym go tam włożyć z powrotem.
Osoby od Piątej do Czternastej: Ludzie z Wnęki
Wszyscy Ludzie z Wnęki są szkieletami. Spoczywają jeden obok drugiego na
pustym Cokole w najdalej na północ wysuniętej Wnęce w Czternastej Sali
Południowo-Zachodniej.
Po ostrożnym zbadaniu szczątków stwierdziłem, że trzy ze szkieletów
należą do kobiet, trzy do mężczyzn, a płci czterech pozostałych nie
umiem ustalić. Jednego z nich nazwałem Mężczyzną od Rybiej Skóry. Jego
szkielet jest niekompletny, a wiele jego kości zostało zerodowanych
przez Przypływy; z niektórych zostały zaledwie małe kościane otoczaki. W końcówkach części z nich nawiercone są otworki, w których znalazłem
resztki sznura splecionego z rybiej skóry. Wyciągnąłem z tych obserwacji
następujące wnioski:
1. Szkielet Mężczyzny od Rybiej Skóry jest starszy od pozostałych
2. Szkielet Mężczyzny od Rybiej Skóry był dawniej eksponowany w inny
sposób od pozostałych, z kośćmi powiązanymi kawałkami rybiej skóry,
która jednak z czasem uległa rozkładowi
3. Ludzie, którzy przybyli tu później niż Mężczyzna od Rybiej Skóry
(prawdopodobnie Ludzie z Wnęki), tak wysoko cenili życie ludzkie, że
sumiennie zebrali wszystkie jego kości i złożyli go razem ze swoimi
zmarłymi
Pytanie: czy kiedy poczuję, że zbliża się mój koniec, powinienem udać
się do tej Sali i położyć obok Ludzi z Wnęki? Oceniam, że miejsca na
Cokole wystarczyłoby jeszcze dla czworga dorosłych. Jestem jeszcze
wprawdzie młody i dzień mojej Śmierci jest (mam nadzieję) odległy, ale
poświęciłem nieco czasu na rozważenie tego zagadnienia.
Obok Ludzi z Wnęki spoczywa jeszcze jeden szkielet (nie liczy się on
jednak do łącznej liczby ludzi, jacy kiedykolwiek żyli) - są to szczątki
stworzenia o ciele długim na około 50 centymetrów, zaopatrzonego w podobnej długości ogon. Kiedy porównałem kościec z wizerunkami
przeróżnych Istot przedstawionych na Posągach, doszedłem do wniosku, że
jest to szkielet małpy. Nigdy nie widziałem w Domu małpy.
Piętnasta Osoba: Skulone Dziecko
Skulone Dziecko jest szkieletem należącym - według mnie - do dziewczynki
w wieku około siedmiu lat. Znajduje się na pustym Cokole w Szóstej Sali
Południowo-Wschodniej. Siedzi z kolanami podciągniętymi pod brodę,
rękami obejmuje nogi, głowę ma pochyloną. Na szyi ma naszyjnik z koralowych paciorków i rybich ości.
Dużo rozmyślałem o związkach łączących to dziecko ze mną. W całym
Świecie (jak już objaśniałem) żyje tylko nas dwóch: Ja i Ten Drugi. Obaj
jesteśmy przedstawicielami płci męskiej. Skąd Świat weźmie nowego
Mieszkańca, kiedy pomrzemy? Osobiście uważam, że Świat (albo, jeśli
wolisz, Dom, gdyż z praktycznego punktu widzenia są jednym i tym samym)
pragnie mieć Mieszkańca, który zaświadczałby o jego Pięknie i doświadczał jego Łask. Przyjąłem więc założenie, że w myśl zamierzeń
Domu Skulone Dziecko miało być moją Żoną, wydarzyło się jednak coś, co
pokrzyżowało te plany. Odkąd ta myśl zaświtała mi w głowie, słuszne
wydaje mi się dzielenie ze Skulonym Dzieckiem wszystkim, co mam.
Odwiedzam wszystkich Umarłych, a najczęściej Skulone Dziecko. Przynoszę
im jedzenie, wodę i lilie wodne z Zatopionych Sal. Rozmawiam z nimi,
opowiadam im o tym, co robiłem i opisuję wszelkie Cudowności, jakie
widziałem w Domu. Dzięki temu wiedzą, że nie są sami.
Tylko Ja to robię, Ten Drugi nie. O ile mi wiadomo, Ten Drugi nie
uprawia żadnych praktyk religijnych.
Szesnasta Osoba
Ty. Kim jesteś? Dla kogo spisuję te słowa? Czy jesteś podróżnikiem,
który oszukał Przypływy, przemierzył Strzaskane Kondygnacje i po
Zrujnowanych Schodach dotarł do tych Sal? A może jesteś kimś, kto
zamieszkuje moje Sale długo po mojej śmierci?
Moje dzienniki
Wpis z Siedemnastego Dnia Piątego Miesiąca
Roku, w którym Albatros przybył do Sal Południowo-Zachodnich
Zapisuję swoje obserwacje w notatnikach. Czynię to z dwóch powodów: po
pierwsze, pisanie utrwala nawyki precyzji i staranności. Po drugie zaś,
w ten sposób zachowuję posiadaną wiedzę dla Ciebie, Szesnastej Osoby.
Notatniki trzymam w torbie kurierskiej z brązowej skóry, którą zazwyczaj
ukrywam we wnęce za Posągiem Anioła nabitego na Krzew Różany, stojącym w Północno-Wschodnim Narożniku Drugiej Sali Północnej. Tam również
przechowuję zegarek, który jest mi potrzebny we wtorki i piątki, gdy o godzinie 10 spotykam się z Tym Drugim (w inne dni staram się nie nosić
zegarka z obawy przed Wodą Morską, która mogłaby dostać się do środka i uszkodzić mechanizm).
W jednym z notesów prowadzę Tablicę Przypływów i Odpływów: zapisuję porę
pojawienia się Fal i ich Objętość, i na tej podstawie wyliczam przyszłe
Pływy. Drugi notatnik przeznaczyłem na Katalog Posągów, w pozostałych
zaś prowadzę Dziennik, w którym zapisuję swoje przemyślenia i wspomnienia, a także odznaczam upływające dni. Do tej pory Dziennik
zapełnił dziewięć notatników, obecnie piszę w dziesiątym. Wszystkie
ponumerowałem, a większość opatrzyłem także datami okresów, których
dotyczą.
Nr 1 jest podpisany następująco: grudzień 2011 - czerwiec 2012
Nr 2 jest podpisany następująco: czerwiec 2012 - listopad 2012
Nr 3 pierwotnie był podpisany listopad 2012, ale później skreśliłem tę
etykietę i opisałem go na nowo, w następujący sposób: Trzydziesty Dzień
Dwunastego Miesiąca Roku Płaczu i Lamentu - Czwarty Dzień Siódmego
Miesiąca Roku, w którym odkryłem Sale Koralowe
W Dziennikach nr 2 i 3 są luki: część stronic została z nich przemocą
wyrwana. Zastanawiałem się nad przyczyną tego stanu rzeczy, próbowałem
sobie wyobrazić, kto mógł tego dokonać, na razie jednak nie doszedłem do
żadnych wniosków.
Nr 4 jest podpisany następująco: Dziesiąty Dzień Siódmego Miesiąca
Roku, w którym odkryłem Sale Koralowe - Dziewiąty Dzień Czwartego
Miesiąca Roku, w którym ponazywałem Gwiazdozbiory
Nr 5 jest podpisany następująco: Piętnasty Dzień Czwartego Miesiąca
Roku, w którym ponazywałem Gwiazdozbiory - Trzydziesty Dzień Dziewiątego
Miesiąca Roku, w którym policzyłem Umarłych i nadałem im Imiona
Nr 6 jest podpisany następująco: Pierwszy Dzień Dziesiątego Miesiąca
Roku, w którym policzyłem Umarłych i nadałem im Imiona - Czternasty
Dzień Drugiego Miesiąca Roku, w którym zawaliły się Sklepienia
Dwudziestej i Dwudziestej Pierwszej Sali Północno-Wschodniej
Nr 7 jest podpisany następująco: Siedemnasty Dzień Drugiego Miesiąca
Roku, w którym zawaliły się Sklepienia Dwudziestej i Dwudziestej
Pierwszej Sali Północno-Wschodniej - ostatni Dzień tegoż Roku
Nr 8 jest podpisany następująco: Pierwszy Dzień Roku, w którym dotarłem
do Dziewięćset Sześćdziesiątej Sali Zachodniej - Piętnasty Dzień
Dziesiątego Miesiąca tegoż Roku
Nr 9 jest podpisany następująco: Szesnasty Dzień Dziesiątego Miesiąca
Roku, w którym dotarłem do Dziewięćset Sześćdziesiątej Sali Zachodniej -
Czwarty Dzień Piątego Miesiąca Roku, w którym Albatros przybył do Sal
Południowo-Zachodnich
Niniejszy Dziennik (nr 10) zacząłem pisać Piątego Dnia Piątego Miesiąca
Roku, w którym Albatros przybył do Sal Południowo-Zachodnich.
Jedną z wad prowadzenia Dziennika jest kłopot z późniejszym
odszukiwaniem w nim ważnych wpisów, dlatego nabrałem zwyczaju
prowadzenia w jednym z notesów Indeksu do wszystkich pozostałych. Każdej
literze alfabetu przypisałem w nim pewną liczbę kart; na bardziej
popularne litery, takie jak A lub C, przeznaczyłem więcej stronic, na te
rzadziej używane - na przykład Q albo X - odpowiednio mniej. Pogrupowane
tematycznie wpisy notuję pod właściwymi literami wraz z odsyłaczami do
stosownych miejsc w Dzienniku.
Przeczytawszy dopiero co skreślone słowa, coś sobie uświadomiłem: używam
dwóch systemów rachuby lat. Jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć?
To poważne zaniedbanie. Jeden system w zupełności by wystarczył, dwa
wprowadzają zamęt i niepewność, zasiewają wątpliwość i zaciemniają
obraz. (Poza tym są nieprzyjemne ze względów estetycznych).
Do dwóch pierwszych lat zastosowałem system, w którym opisałem je po
prostu jako 2011 i 2012, co w tej chwili wydaje mi się uderzająco
zwyczajne i pozbawione polotu. Nie pamiętam również, co takiego
wydarzyło się przed dwoma tysiącami lat, by uznać ów rok za dobry punkt
wyjściowy rachuby lat. Drugi system, w którym zacząłem nadawać kolejnym
latom nazwy takie jak "Rok, w którym ponazywałem Gwiazdozbiory" albo
"Rok, w którym policzyłem Umarłych i nadałem im Imiona", o wiele
bardziej mi się podoba. Każdy rok ma w nim swój specyficzny charakter.
Od tej pory będę się go trzymał.
Posągi
Wpis z Osiemnastego Dnia Piątego Miesiąca Roku,
w którym Albatros przybył do Sal Południowo-Zachodnich
Niektóre Posągi lubię bardziej od innych. Jeden z takich ulubionych
przedstawia Kobietę niosącą Ul.
Inny - być może, jest to Posąg, który upodobałem sobie najbardziej ze
wszystkich - stoi przy Drzwiach łączących Piątą Salę Północno-Zachodnią
z Czwartą. Przedstawia Fauna - pół człowieka, pół kozła, z głową okrytą
bujnymi lokami. Uśmiecha się leciutko, przytykając do ust palec
wskazujący. Na jego widok zawsze odnoszę wrażenie, że chce mi coś
powiedzieć albo (co też nie jest wykluczone) przed czymś mnie ostrzec:
"Sza!", zdaje się mówić. "Bądź ostrożny!".
Nigdy jednak się nie dowiedziałem, jakie miałoby mi grozić
niebezpieczeństwo.
Kiedyś Faun mi się przyśnił: stał w ośnieżonym lesie i rozmawiał z małą
dziewczynką.
Posąg Goryla w Piątej Sali Północnej za każdym razem przyciąga moją
uwagę. Goryl został przedstawiony przykucnięty na tylnych Kończynach,
pochylony w przód i podparty na potężnych Ramionach i Pięściach.
Fascynuje mnie jego Pysk, którego wyraz - z Oczami osadzonymi głęboko w cieniu wydatnego Czoła - u istoty ludzkiej znamionowałby niezadowolenie,
u Goryla zaś zdaje się oznaczać coś wręcz przeciwnego: wyraża wiele
rzeczy jednocześnie, wśród nich Spokój, Siłę i Wytrzymałość.
Jest wiele innych Posągów, które uwielbiam: Chłopiec z Czynelami, Słoń
niosący Zamek, Dwaj Królowie grający w Szachy. Ostatnie z Dzieł, które
tu wymienię, nie należy właściwie do moich ulubionych. Należałoby raczej
powiedzieć, że ilekroć je zobaczę, z miejsca przykuwa moją uwagę - a właściwie przykuwają moją uwagę, gdyż mowa jest o dwóch Posągach
umieszczonych po obu Stronach Wschodnich Drzwi Pierwszej Sali
Zachodniej. Mają mniej więcej sześć metrów wysokości i dwie niezwykłe
cechy: po pierwsze, są wyraźnie większe od wszystkich innych Posągów w Pierwszej Sali Zachodniej, po drugie zaś - są niedokończone. Ich Korpusy
wyrastają wprost ze Ściany na wysokości Talii, wyciągnięte w tył Ręce
jakby z całej siły odpychały od Muru, Mięśnie nabrzmiewają z wysiłku,
Twarze wykrzywia Grymas. Nieprzyjemnie się je ogląda, wydaje się, że
cierpią, jakby za wszelką cenę usiłowały się narodzić i nie zamierzały
się poddać, choć ich walka jest bezowocna. Na Głowach mają ogromne
ozdobne Rogi, nazwałem je więc Rogatymi Olbrzymami. Przedstawiają
Zmagania z Nędznym Losem.
Czy przedkładanie jednych Posągów nad inne jest wyrazem braku szacunku
wobec Domu? Czasem zadaję sobie to pytanie. Osobiście uważam, że Dom
kocha i błogosławi po równo wszystkie swoje Twory. Może powinienem go w tym naśladować? Widzę jednak, że w naturze człowieka leży wynoszenie
jednych rzeczy ponad inne, przypisywanie jednym większego znaczenia niż
innym.
Czy drzewa istnieją?
Wpis z Dziewiętnastego Dnia Piątego Miesiąca
Roku, w którym Albatros przybył do Sal Południowo-Zachodnich
Wiele rzeczy jest niewiadomych. Pewnego razu - było to sześć, może
siedem miesięcy temu - dostrzegłem jaskrawożółty punkt niesiony łagodnym
Przypływem pod Czwartą Salę Zachodnią. Nie wiedząc, czym jest, wszedłem
do Wody i go wyłowiłem. Okazał się liściem, nadzwyczaj pięknym, o dwóch
łukowatych krawędziach zbiegających się w punkt. Oczywiście mógł być
skrawkiem nieznanej mi morskiej rośliny, jestem jednak pełen
wątpliwości, czy tak było. Miał nader osobliwą fakturę, a jego
powierzchnia odpychała Wodę, jakby jego przeznaczeniem było życie w Powietrzu.
Batter-Sea
Wpis z Dwudziestego Dziewiątego Dnia Piątego
Miesiąca Roku, w którym Albatros przybył do Sal
Południowo-Zachodnich
Dziś rano o godzinie dziesiątej udałem się do Drugiej Sali
Południowo-Zachodniej na spotkanie z Tym Drugim. Kiedy przyszedłem,
czekał już na mnie oparty o pusty Cokół i opukiwał jeden ze swoich
błyszczących przyrządów. Był ubrany w dobrze skrojony grafitowy wełniany
garnitur i lśniąco białą koszulę, przyjemnie kontrastującą z oliwkowym
odcieniem jego skóry.
- Potrzebuję danych - oznajmił, nie podnosząc wzroku znad przyrządu.
Często się tak zachowuje: bez reszty czymś pochłonięty zapomina
powiedzieć "cześć" albo "dzień dobry", czy zapytać, jak się miewam. Nie
mam mu tego za złe. Podziwiam jego zaangażowanie w pracę naukową.
- Jakich danych? - spytałem. - Mogę ci jakoś pomóc?
- Naturalnie. Prawdę mówiąc, bez twojej pomocy daleko nie zajdę. Dzisiaj
przedmiotem moich badań... - w tym miejscu oderwał się na chwilę od
swojego zajęcia, spojrzał na mnie i się uśmiechnął - ...jesteś ty.
Potrafi mieć czarujący uśmiech, gdy tylko przypomni sobie, żeby go użyć.
- Naprawdę? - zdumiałem się. - Czego próbujesz się dowiedzieć? Masz
jakąś hipotezę na mój temat?
- Owszem.
- Co to za hipoteza?
- Nie mogę ci powiedzieć, bo mogłoby to zniekształcić dane.
- No tak, oczywiście. Przepraszam.
- Nie szkodzi. Ciekawość jest całkowicie zrozumiała. - Odłożył
błyszczące urządzenie na pusty Cokół i odwrócił się do mnie. - Usiądź.
Usiadłem po turecku na Posadzce, czekając na pytania.
- Siedzisz wygodnie? - zapytał. - To dobrze. Powiesz, proszę, co
pamiętasz.
- Co pamiętam? - powtórzyłem zdezorientowany.
- Tak.
- To nadzwyczaj niekonkretne pytanie.
- Mimo to postaraj się na nie odpowiedzieć.
- Wobec tego... Odpowiedź brzmi: wszystko. Pamiętam wszystko.
- Naprawdę? Bardzo odważne twierdzenie. Jesteś pewien?
- Tak mi się wydaje.
- Podaj mi jakieś przykłady tego, co pamiętasz.
- Dobrze. Gdybyś, na przykład, chciał udać się do jakiejś daleko
położonej Sali, odległej stąd o wiele dni drogi, mógłbym ci bez
zastanowienia powiedzieć, jak tam trafić, o ile sam ją wcześniej
odwiedziłem. Umiałbym wymienić wszystkie Sale, przez które musiałbyś
przejść. Mógłbym opisać wszystkie znaczniejsze Posągi, które zobaczyłbyś
po drodze, a także, w rozsądnych granicach, określić ich położenie: pod
którą Ścianą się znajdują (Północną, Południową, Wschodnią czy
Zachodnią) i w jakiej odległości od Wejścia. Mógłbym także wyliczyć
wszystkie...
- A Batter-Sea? Co z Batter-Sea?
- Ehm... Z czym?
- Batter-Sea. Pamiętasz Batter-Sea?
- Nie... To znaczy... Batter-Sea?
- Tak.
- Nie rozumiem.
Czekałem, by wyjaśnił mi, co ma na myśli, ale on milczał. Widząc, że
bacznie mi się przygląda, doszedłem do wniosku, że pytanie to musi być
kluczowe dla jego badań, nie miałem jednak zielonego pojęcia, jak
mógłbym na nie odpowiedzieć.
- Batter-Sea nie jest prawdziwym słowem - odparłem wreszcie. - Nie ma
desygnatu. Na Świecie nie istnieje nic, co odpowiadałoby temu połączeniu
dźwięków.
Ten Drugi nadal się nie odzywał, tylko mnie obserwował. Patrzyłem na
niego, coraz bardziej zaniepokojony.
- No tak! - wykrzyknąłem w końcu, doznawszy olśnienia. - Już rozumiem,
co robisz!
I wybuchnąłem śmiechem.
- Co zatem robię? - Uśmiechnął się.
- Musisz sprawdzić, czy nie kłamię. Powiedziałem wcześniej, że potrafię
opisać drogę do wszystkich Sal, które w przeszłości odwiedziłem. Nie
masz jednak możliwości zweryfikowania prawdziwości moich twierdzeń.
Gdybym powiedział ci, na przykład, jak dojść do Dziewięćdziesiątej
Szóstej Sali Północnej, nie wiedziałbyś, czy moje wskazówki są ścisłe,
ponieważ nigdy tam nie byłeś. Dlatego zadałeś mi pytanie o miejsce
nonsensowne: Batter-Sea. Nadzwyczaj przebiegle wybrałeś słowo, które
brzmi jak nazwa rzeczywistego miejsca, takiego, gdzie morze roztrzaskuje
się o skały. Gdybym odpowiedział, że istotnie pamiętam Batter-Sea i opisał ci drogę do niego, wiedziałbyś, że kłamię. Zorientowałbyś się, że
moje słowa to czcze przechwałki. To było pytanie kontrolne.
- W rzeczy samej - przyznał. - Taka właśnie była jego rola.
Obaj się roześmialiśmy.
- Masz do mnie jeszcze jakieś pytania?
- Nie - odparł. - To koniec.
Zamierzał się już odwrócić do mnie plecami i zająć wprowadzaniem danych
do swojej błyskotki, gdy coś w mojej postaci przykuło jego wzrok. Posłał
mi zdumione spojrzenie.
- O co chodzi? - spytałem.
- Twoje okulary, co się z nimi stało?
- Moje okulary?
- Właśnie. Wyglądają jakoś... dziwnie.
- Co masz na myśli?
- Zauszniki mają czymś oklejone dookoła, a końcówki zwisają luźno.
- Ach, o to ci chodzi... No tak, zauszniki co rusz mi się odłamywały: to
lewy, to prawy. Plastik niszczeje w przesyconym solą Powietrzu.
Eksperymentuję z różnymi sposobami ich naprawienia. Lewy nasmarowałem
rybim klejem i oblepiłem paskami rybiej skóry. Do sklejenia prawego
użyłem wodorostów i to był gorszy pomysł.
- Naturalnie. Wcale mnie to nie dziwi.
W Salach pod naszymi stopami Fala wzbierającego Przypływu uderzyła w Ścianę. Bum! Cofnęła się, wpadła przez Drzwi i grzmotnęła w Ścianę
następnej Sali. Bum! Bum! Bum! Ponownie się cofnęła i znów runęła
naprzód. Bum! Druga Sala Południowo-Zachodnia zawibrowała jak
naprężona struna instrumentu muzycznego.
- To zabrzmiało bardzo blisko. - Ten Drugi wyraźnie się zaniepokoił. -
Nie powinniśmy stąd wyjść?
Nie rozumie Przypływów.
- Nie ma takiej potrzeby - odparłem.
- No dobrze - zgodził się, było jednak widać, że nie jest przekonany.
Miał przyśpieszony, płytki oddech i szeroko otwarte oczy; co chwilę
zerkał to na jedne Drzwi, to na inne, jakby spodziewał się, że w każdej
chwili może nas zalać Woda. - Nie chcę dać się złapać w pułapkę.
Pewnego razu, gdy był w Ósmej Sali Północnej, wysoki Przypływ z Sal
Północnych wezbrał w Dziesiątym Westybulu. Chwilę później Dwunasty
Westybul został zalany przez nie mniej obfitą Falę z Sal Wschodnich.
Ogromne ilości Wody poczęły przelewać się do okolicznych Sal, w tym
także do tej, w której znajdował się Ten Drugi. Nurt go porwał, niósł w dal przez kolejne Drzwi, uderzał nim o Ściany i Posągi. Kilkakrotnie Ten
Drugi zanurzył się wraz z głową, aż zaczął się bać, że utonie, w końcu
jednak Fala wyrzuciła go na Posadzkę Trzeciej Sali Zachodniej (siedem
Sal od miejsca, w którym początkowo się znajdował). Tam go znalazłem.
Przyniosłem mu koc i gorącą zupę ugotowaną na małżach i wodorostach. Gdy
tylko odzyskał dość sił, by wstać, odszedł bez słowa. Nie wiem, dokąd
się udał (prawdę mówiąc, nigdy nie wiem, dokąd odchodzi). Działo się to
w Szóstym Miesiącu Roku, w którym ponazywałem Gwiazdozbiory. Od tamtej
pory Ten Drugi lęka się Przypływów.
- Nie ma żadnego niebezpieczeństwa - zapewniłem go.
- Jesteś pewien? - zapytał.
Bum! Bum!
- Tak, jestem pewien. Za pięć minut Przypływ dotrze do Szóstego
Westybulu i zaleje Schody. W Drugiej Sali Południowej, położonej dwie
Sale stąd na Wschód, przez godzinę będzie stała Woda, ale niewiele, ot,
sięgnęłaby nam do kostek. Tutaj Fala nie dotrze.
Ten Drugi pokiwał głową, lecz bynajmniej się nie uspokoił i chwilę
później wyszedł.
Wczesnym wieczorem wybrałem się do Ósmego Westybulu, żeby połowić ryby.
Nie myślałem o niedawnej rozmowie z Tym Drugim, tylko o kolacji i o tym,
jak piękne są Posągi w wieczornym Świetle. Kiedy jednak stanąłem, by
zarzucić sieć w Wodę rozlaną na Dolnych Schodach, przed oczami wykwitła
mi osobliwa wizja. Na szarym tle Nieba pojawiły się czarne zygzaki, coś
błysnęło czerwono i w moją stronę popłynęły słowa, białe słowa na
czarnym tle. Jednocześnie rozległ się potworny hałas, a ja poczułem
metaliczny posmak na języku. Wszystkie obrazy - właściwie strzępy i widma prawdziwych obrazów - jakby gęstniały wokół tego dziwacznego
słowa: Batter-Sea. Próbowałem je pochwycić, zogniskować na nich wzrok,
lecz rozwiały się jak sen, bez śladu.
Biały krzyż
Wpis z Trzydziestego Dnia Piątego Miesiąca
Roku, w którym Albatros przybył do Sal Południowo-Zachodnich
Gdybyś zajrzał teraz do mojego poprzedniego Dziennika (Dziennika nr 9),
stwierdziłbyś, że zawiera bardzo niewiele wpisów z ostatniego miesiąca
ubiegłego roku oraz pierwszego półtora miesiąca roku bieżącego. (Takie
przerwy czasem mi się zdarzają, ich powody wyłuszczę poniżej). W tym
okresie doszło do wydarzenia, o którym od dłuższego czasu zamierzałem
napisać, i teraz właśnie to zrobię.
Był sam środek Zimy. Śnieg piętrzył się na Stopniach Schodów. Każdy
Posąg w Westybulach nosił śnieżny płaszcz, pelerynę lub czapkę, każdy
Posąg z wyciągniętą ręką (a jest ich wiele) trzymał w dłoni sopel
zwrócony ku dołowi niczym ostrze miecza, każde takie wyprostowane ramię
ociekało soplami jakby porosło piórami.
Jest pewna rzecz, o której wiem, lecz stale zapominam: Zima to trudny
czas. Chłód przeciąga się w nieskończoność, a niemarznięcie wymaga wielu
starań i wysiłków. Co roku u progu Zimy gratuluję sobie w duchu, że
udało mi się zgromadzić zapas suchych wodorostów na opał, ale w miarę
jak dni, tygodnie i miesiące ciągną się bez końca, zaczynam wątpić w to,
czy na pewno mi ich wystarczy. Zakładam na siebie tyle ubrań, ile tylko
zdołam. Co piątek robię remanent w zapasach opału i obliczam, ile mogę
zużywać go dziennie, by wystarczył mi do Wiosny.
W Dwunastym Miesiącu ubiegłego roku Ten Drugi zawiesił poszukiwania
Wielkiej Tajemnej Wiedzy i odwołał nasze spotkania, twierdząc, że jest
zbyt zimno, by stać bez ruchu i rozmawiać. Palce drętwiały mi z zimna,
przez co moje pismo stawało się coraz mniej czytelne, aż w końcu
zupełnie zarzuciłem pisanie Dziennika.
Mniej więcej w połowie Pierwszego Miesiąca z Południa powiał Wiatr. Dął
całymi dniami, nieustannie, i chociaż bardzo starałem się nań nie
skarżyć, okazał się dla mnie ciężką próbą. Zawiewał kłującym Śniegiem w głąb Sal. Owiewał mnie nocami w łóżku w Trzeciej Sali Północnej.
Zawodził w Westybulach, wzbijał z Posadzki garście sypkiego Śniegu i tworzył zeń małe duchy.
Nie wszystko jednak, co z nim związane, było złe. Czasami, gdy dmuchał w Otwory i Szczeliny w Posągach, wydobywał z nich osobliwe pieśni i gwizdy. Szczerze się śmiałem, zachwycony tym odkryciem. Wcześniej nie
miałem pojęcia, że Posągi mają głos.
Pewnego dnia wstałem wcześnie i udałem się do Czterdziestego Trzeciego
Westybulu. Sale, przez które szedłem, były szare i posępne, w Oknach
dostrzegałem zaledwie sugestię Światła, jego ideę raczej niż prawdziwe
Światło.
Zamierzałem nazbierać wodorostów na opał i do jedzenia. Zwykle na suche
wodorosty muszę czekać do Wiosny, Lata i Jesieni, Zimą jest zbyt zimno i mokro, ale przyszło mi do głowy, że gdybym mógł je (wilgotne) gdzieś
powiesić (na przykład w którychś Drzwiach), Wiatr szybko by je wysuszył.
Jedyny kłopot stanowiłoby ich przywiązanie w taki sposób, by nie zostały
zdmuchnięte. Miałem trzy pomysły na rozwiązanie tego problemu i śpieszyło mi się do wypróbowania wszystkich trzech, by wybrać
najskuteczniejszy.
Gdy przechodziłem przez Jedenastą Salę Zachodnią, Wiatr przestawiał mnie
swobodnie z jednej kamiennej Płyty Posadzki na drugą, niczym figurę na
szachownicy. (Wykonałem kilka całkiem oryginalnych ruchów!).
Zszedłem po Schodach w Czterdziestym Trzecim Westybulu i znalazłem się w Dolnej Sali położonej bezpośrednio pod Trzydziestą Siódmą Salą
Południowo-Zachodnią. Na skutek Wiatru Przypływy stały się
gwałtowniejsze, a Woda sięgała wyżej niż zazwyczaj - z kolei podczas
Odpływu cofała się dalej niż zwykle. Był akurat Odpływ i Morze cofnęło
się tak bardzo, że z Sali zniknęła cała Woda (co prawie nigdy się nie
zdarza), pozostawiwszy po sobie naniesione podczas Przypływu resztki:
wodorosty powiewające jak miniaturowe proporce, rozgwiazdy oraz drobne
kamyki i muszelki, popychane przez Wiatr i grzechoczące na Posadzce.
Było wciąż wcześnie, dosłownie chwila po Świcie. Jasnozłote Niebo
odbijało się w niektórych Oknach wychodzących na Dziedziniec, a przede
mną szara Woda pieniła się w Przejściu do następnej Sali. Jej wzburzenie
ostro kontrastowało z prostą surowością Ościeża.
Pochyliłem się i zacząłem zbierać zimne, mokre wodorosty. Wiatr
utrudniał mi nawet to proste zadanie, tak wiele energii wymagało ode
mnie samo utrzymanie się w bezruchu. W dodatku porywał zimne pasma
zielska i boleśnie smagał mnie nimi po rękach.
Po jakimś czasie wyprostowałem się, by dać odpocząć plecom, i znów
spojrzałem ku Drzwiom do sąsiedniej Sali.
I doświadczyłem wizji! W mglistym Powietrzu ponad szarą Wodą zawisł
lśniący biały krzyż. Jego biel dosłownie gorzała, zdecydowanie
przyćmiewając widoczną z tyłu Ścianę z Posągami. Wizja była piękna, lecz
początkowo zupełnie niezrozumiała - dopóki po krótkiej chwili nie
przyszło swoiste olśnienie: to wcale nie był krzyż, tylko jakiś duży,
biały obiekt niesiony Wiatrem i pędzący mi na spotkanie.
Co to mogło być? Zapewne ptak, jeśli jednak widziałem go z tak dużej
odległości, to musiał być o wiele większy od ptaków, jakie przywykłem
oglądać. Szybował prosto na mnie. Rozłożyłem ramiona na podobieństwo
jego szeroko rozpostartych skrzydeł, jakbym zamierzał porwać go w objęcia. "Przybywaj!", chciałem zawołać, "Przybywaj! Przybywaj!", ale
Wiatr wydusił mi powietrze z płuc i z mojego powitania zostało tylko:
- Bywaj! Bywaj! Bywaj!
Sunął nad rozfalowaną Wodą, w ogóle nie poruszając skrzydłami. Z wielką
wprawą i swobodą przekrzywił się leciutko, żeby zmieścić się w dzielących nas Drzwiach. Rozpiętość jego skrzydeł była większa niż
szerokość Drzwi! Teraz już wiedziałem, czym jest: to był albatros!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki