Rozdział II
Indiańska dyplomacja
Noc minęła spokojnie i cicho. Gdy słońce pojawiło się na horyzoncie, powitane ogłuszającym koncertem ptaków ukrytych pod listowiem, Niebieski Lis do tej pory pozostający nieruchomy, wyciągnął prawą rękę w kierunku leżącego obok mnicha i lekko dotknął go dłonią. Ten lekki dotyk wystarczył, by obudzić fray Antonia.
Istnieją w życiu chwile, w których, choć ciało jest w stanie spoczynku, umysł zachowuje całą swoją finezję percepcji i czujność. Mnich znajdował się w jednej z takich chwil. Pobłażliwość, jaką Apacze okazali mu poprzedniego wieczora, była tak niezwykła i poza zwyczajami traktowania białych, ich zaciekłych wrogów, że mnich, pomimo całej beztroski stanowiącej podstawę jego charakteru, zdał sobie sprawę, że dziwne zachowanie ludzi, w których ręce wpadł, musiało mieć bardzo potężne motywy i że pomimo pozorów przyjaźni, jakie mu ukazywali, dobrze zrobi, jeśli będzie miał się na baczności, aby być gotowym stawić czoła burzy, bez względu na to, z której strony nadejdzie.
Kierując się tym rozumowaniem, korzystając z dobrego usposobienia Indian, skrycie obserwował ich ruchy; tylko ostrożnie pozwolił sobie zasnąć i spał z jednym okiem otwartym, jak to się powszechnie mówi. Tak więc na pierwszy sygnał był gotowy odpowiedzieć na wezwanie indiańskiego wodza z werwą, która wywołała dwuznaczny uśmiech na surowych rysach Indianina. Czerwonoskórzy są z natury fizjonomistami. Pomimo spokojnej postawy mnicha, Niebieski Lis domyślił się z pewnych oznak, które nigdy go nie oszukały, że wewnątrz zżera go utajony niepokój.
- Czy mój ojciec dobrze spał? - zapytał Indianin chrapliwym głosem. - Wacondah kocha go, czuwa nad jego snem i trzyma Geniusza Zła Nyangę z dala od jego snów.
- Rzeczywiście spałem bardzo dobrze, wodzu, i dziękuję ci za serdeczną gościnę, którą raczyłeś mi zaoferować.
Uśmiech wykrzywił usta Indianina. Kontynuował:
- Mój ojciec jest jednym z wodzów modlitwy swojego ludu, bóg bladych twarzy jest potężny i chroni poświęcających się jego służbie.
To zdanie nie wymagało odpowiedzi, a mnich po prostu ukłonił się na potwierdzenie. Jednak jego niepokój narastał. Pod łagodnymi słowami wodza zdawał się słyszeć stłumione miauczenie jaguara oblizującego się przed pożarciem ofiary trzymanej dyszącą w swoich potężnych pazurach.
Fray Antonio nie miał nawet możliwości udawania, że nie rozumie swojego potężnego rozmówcy, ponieważ, jak już zauważyliśmy, wódz mówił tym złym hiszpańskim rozumianym przez wszystkie plemiona indiańskie i używanym, pomimo niechęci do jego stosowania, w kontaktach z białymi.
Poranek był wspaniały. Drzewa o liściach pokrytych rosą, wydawały się bardziej zielone; lekka mgiełka nasycona słodkimi zapachami poranka unosiła się z ziemi i była wsysana przez promienie słoneczne z każdą chwilą stające się cieplejsze.
Cały obóz był jeszcze pogrążony we śnie i tylko wódz i mnich już rozmawiali.
Po chwili milczenia Niebieski Lis odezwał się ponownie:
- Niech mój ojciec posłucha - powiedział - bo wódz zaraz przemówi. Niebieski Lis jest sachemem, jego język nie jest rozwidlony, słowa wychodzące z jego piersi są inspirowane przez Wielkiego Ducha.
- Słucham - odpowiedział fray Antonio.
- Niebieski Lis nie jest Apaczem, choć nosi ten strój i przewodzi jednemu z ich najpotężniejszych plemion na ścieżce wojennej. Niebieski Lis jest Paunisem-Wężem, jego naród jest tak liczny jak ziarnka piasku na brzegach bezbrzeżnego jeziora. Minęło wiele księżyców odkąd Niebieski Lis opuścił tereny łowieckie swojego narodu, nie wracając, by stać się adoptowanym synem Apaczów. Dlaczego Niebieski Lis to zrobił?
Wódz umilkł. Mnich już miał odpowiedzieć, że nie wie i że nie chce się tego dowiedzieć, ale chwila zastanowienia uświadomiła mu, że taka odpowiedź nie jest odpowiednia dla człowieka tak rozdrażnionego jak ten, z którym rozmawiał.
- Bracia wodza okazali mu niewdzięczność - odpowiedział z obłudnym zainteresowaniem - a sachem opuścił ich, po strzepnięciu pyłu z mokasynów przy wejściu do ich wiosek.
Wódz potrząsnął przecząco głową.
- Nie - odpowiedział - bracia Niebieskiego Lisa kochali go, wciąż opłakują jego nieobecność, ale wódz był smutny, bo przyjaciel porzucił go i zabrał ze sobą jego serce.
- Ach! - rzekł mnich, zupełnie nic nie rozumiejąc.
- Tak - kontynuował Indianin - Niebieski Lis nie mógł znieść nieobecności przyjaciela, więc porzucił swoich braci, by podążyć za nim.
- To piękne poświęcenie, wodzu. Bez wątpienia swojego przyjaciela.
- Lis szukał go przez długi czas bez żadnych wieści o nim, ale w końcu pewnego dnia znów go zobaczył.
- Dobrze i teraz znowu jesteście razem?
- Mój ojciec nie rozumie - odparł sucho Indianin.
Fakt był jak najbardziej prawdziwy, mnich nie rozumiał absolutnie nic z tego, co Indianin chciał mu przekazać, tym bardziej, że ta mętna opowieść bardzo mało go interesowała, a podczas gdy Apacz mówił, zajęty był szukaniem w myślach powodów tego poufnego zwierzenia, co sprawiało, że większość słów wymawianych przez wodza dochodziło do jego ucha, nie wydając jednak niczego poza pustym dźwiękiem, którego znaczenie nie docierało do jego umysłu. Jednak stanowczy ton, z jakim Niebieski Lis skierował swoje ostatnie pytanie, obudził go, że tak powiem brutalnie, i przypominając mu o poczuciu jego obecnej sytuacji, uświadomił mu ponowne pojawienie się niebezpieczeństwa dlatego, że nie interesuje się tym, co się do niego mówi.
- Wybacz mi, wodzu - odparł żywo - wręcz przeciwnie, doskonale cię rozumiem, ale podlegam pewnym roztargnieniom całkowicie będącymi poza moją kontrolą, i błagam, abyś nie brał tego do siebie, ponieważ mogę cię zapewnić, że w żaden sposób nie jest to moja wina.
- Cóż, mój ojciec jest jak wszyscy wodzowie modlitwy bladych twarzy - jego myśli są stale zwrócone ku Wacondahowi.
- Tak jest, wodzu! - wykrzyknął mnich, zadowolony ze sposobu, w jaki jego wymówka została przyjęta. - Proszę, kontynuuj swoją opowieść; teraz mogę spokojnie wszystkiego wysłuchać.
- Ugh! Mój ojciec nieustannie przebiega prerie bladych twarzy.
- Rzeczywiście, obowiązki mojej służby zobowiązują mnie do...
Niebieski Lis przerwał mu ostro:
- Mój ojciec zna bladych łowców z tych prerii.
- Prawie wszystkich.
- Bardzo dobrze. Jednym z tych łowców jest przyjaciel, za którym Niebieski Lis tak bardzo tęsknił.
- Och! Och! - powiedział mnich. - Kto to?
Indianin zdawał się nie słyszeć pytania i kontynuował:
- Bardzo często czerwonoskóry wojownik znajdował się w niewielkiej odległości od swojego przyjaciela, ale nigdy nie był na tyle blisko, by dać się rozpoznać.
- To nieszczęśliwa gra.
- Wódz chciałby zobaczyć swego przyjaciela, wypalić z nim kalumet przyjaźni, siedząc przy ognisku rady, rozmawiając o dawnych dniach i czasach, gdy obaj, będąc dziećmi tego samego plemienia, przemierzali szlaki łowieckich terytoriów narodu, którego obawiał się sachem.
- Więc ten myśliwy jest Indianinem?
- Nie, jest bladą twarzą, ale choć jego skóra jest biała, Wielki Duch umieścił w jego piersi serce Indianina.
- Ale jeśli wódz wie, gdzie jest jego przyjaciel, dlaczego po prostu go nie odnajdzie? Prawdopodobnie byłby szczęśliwy, widząc go ponownie.
Na tę insynuację, której się nie spodziewał, wódz zmarszczył brwi, a jego twarz na kilka chwil przesłoniła chmura, ale mnich był zbyt mało spostrzegawczy, by zauważyć tę emocję. Zadał to pytanie tak, jak zadałby każde inne, bez żadnego ukrytego zamiaru, po prostu po to, by odpowiedzieć i w ten sposób udowodnić wodzowi, że uważnie go słucha.
Po kilku sekundach czerwonoskóry odzyskał obojętność, której Indianie bardzo rzadko się pozbywają, tylko gdy są całkowicie zaskoczeni, i mówił dalej:
- Niebieski Lis nie idzie na spotkanie z przyjacielem, bo on nie jest sam i otaczają go wrogowie wodza.
- To co innego; rozumiem, dlaczego powinieneś być ostrożny.
- Zgoda - ciągnął Indianin z sardonicznym uśmiechem - mądrość przemawia przez usta mojego ojca, jest on rzeczywiście wodzem modlitwy, jego usta destylują najczystszy miód.
Fray Antonio napuszył się, jego niepokój zaczynał się rozpraszać. Niejasno wyczuwał, że czerwonoskóry chce go o coś zapytać, że krótko mówiąc potrzebuje go. Ta myśl dodała mu odwagi; chciał dokończyć efekt, który, jak sądził, wywołał w umyśle swojego makiawelicznego rozmówcy.
- Tego, czego mój brat nie może zrobić, ja mogę się podjąć - powiedział sugestywnym głosem.
Apacz rzucił mu przeszywające spojrzenie.
- Ugh! - odpowiedział. - Czy mój ojciec wie, gdzie można spotkać przyjaciela wodza?
- Skąd mam to wiedzieć! - zawołał mnich. - Nie zdradziłeś mi jeszcze jego imienia.
- To prawda, mój ojciec jest dobry i mi wybaczy. Nie zna jeszcze białego myśliwego?
- Może go znam, ale na razie nie wiem, o kim mówi wódz.
- Niebieski Lis jest bogaty, ma wiele koni, może zgromadzić pod swoim totemem stu wojowników i dziesięć, dwadzieścia razy więcej, jeśli mój ojciec zechce służyć sachemowi, będzie on wdzięczny.
- Niczego bardziej nie pragnę, jak zadowolić cię, wodzu, jeśli jest to w mojej mocy, ale musisz mi jasno wytłumaczyć, co mam robić, abym nie popełnił pomyłki.
- Dobrze, sachem wyjaśni wszystko swojemu ojcu.
- W ten sposób nic nie będzie łatwiejsze.
- Czy mój ojciec tak myśli?
- Dalibóg, tak, nie widzę, co mogłoby pójść źle.
- Więc niech mój ojciec słucha uważnie.
- Mów, wodzu.
- Wśród wszystkich białych myśliwych, których mokasyny bezustannie stąpają po trawie prerii we wszystkich kierunkach, jest jeden odważniejszy, bardziej przerażający niż inni. Pumy i jaguary uciekają gdy on się zbliża, a sami indiańscy wojownicy boją się z nim mierzyć. Ten myśliwy nie jest zniewieściałym Yori3, w jego żyłach nie płynie krew Gachupines. Jest synem zimniejszej krainy, a jego przodkowie przez długi czas walczyli przeciwko Długim Nożom ze Wschodu.
- Cóż - powiedział mnich - z tego, co mówi mój brat, rozpoznaję tego człowieka jako Kanadyjczyka.
- Myślę, że w ten sposób określa się naród, do którego należy biały myśliwy.
- Ale ze wszystkich znanych mi myśliwych tylko jeden jest Kanadyjczykiem.
- Ugh! - powiedział wódz. - Tylko jeden?
- Tak i jak sądzę nazywa się Tranquille. Jest związany z hacjendą del Mezquite.
- Ugh! To jest człowiek, o którym wódz chce rozmawiać. Czy mój ojciec go zna?
- Muszę przyznać, że niezbyt dobrze, ale na tyle, by mnie jemu przedstawić.
- Bardzo dobrze.
- Muszę cię jednak ostrzec, wodzu, że ten człowiek, podobnie jak wszyscy jemu podobni, prowadzi niezwykle wędrowny tryb życia, przebywając czasem w jednym miejscu, a czasem w innym, tak że nie wiem, gdzie go spotkać.
- Och, niech mój ojciec się tym nie martwi. Sachem zabierze go do obozu Zabójcy Jaguarów.
- Och, zatem dobrze! Ja zajmę się resztą.
- Niech mój ojciec zachowa w sercu słowa Niebieskiego Lisa. Wojownicy się budzą, nie mogą o niczym wiedzieć. Kiedy nadejdzie czas, wódz powie mojemu ojcu, czego od niego chce.
- Jak sobie życzysz, wodzu.
Na tym rozmowa się zakończyła. Wojownicy rzeczywiście się budzili, a obóz, tak cichy kilka chwil wcześniej, wyglądał teraz jak ul, gdy pszczoły przygotowują się o wschodzie słońca do wyruszenia w poszukiwaniu swoich codziennych zbiorów. Na znak wodza, hachesto, czyli publiczny obwoływacz, wspiął się na przewrócone drzewo i stamtąd, górując nad tłumem, wydał przenikliwy, dwukrotnie powtórzony okrzyk. Na to wezwanie wszyscy wojownicy, nawet ci, którzy do tej pory leżeli na ziemi, rzucili się, by ustawić się za wodzem. Przez kilka minut panowała głęboka cisza. Wszyscy Indianie, z rękami skrzyżowanymi na piersiach i twarzami zwróconymi ku wschodzącemu słońcu, czekali ze skupieniem na to, co zrobi sachem.
Sachem wziął podaną mu przez hachesto tykwę pełną wody, zamoczył w niej pęk piołunu. Następnie, podnosząc głos, kropił wodą na cztery strony świata, mówiąc:
- Wacondah! Wacondah! Nieznany i Wszechmocny Duchu, którego świątynią jest wszechświat, Panie ludzkiego życia, chroń swoje dzieci!
- Panie ludzkiego życia, chroń swoje dzieci - odpowiedzieli chórem Apacze, kłaniając się z szacunkiem.
- Stwórco wielkiego Chemiin Antou4, którego skorupa podtrzymuje świat, trzymaj Nyangę, Geniusza Zła, z dala od nas, daj nam naszych wrogów i daj nam ich skalpy, Wacondah! Wacondah! Chroń swoje dzieci!
- Wacondah! Wacondah! Chroń swoje dzieci! - powtórzyli za nim wojownicy.
Następnie sachem pokłonił się słońcu i wylał zawartość tykwy w jego kierunku, mówiąc:
- A ty, wzniosła gwiazdo, widzialny przedstawicielu niezwyciężonego wszechmocnego stwórcy, nadal wylewaj swe ożywcze ciepło na tereny łowieckie swych czerwonych synów i wstawiaj się za nimi u Pana Życia. Niech ta ofiarowana przeze mnie przejrzysta woda będzie ci miła! Wacondah! Wacondah! Chroń swoje dzieci!
- Wacondah! Wacondah! Chroń swoje dzieci! - powtarzali Apacze, klękając z szacunkiem za przykładem wodza.
Następnie wódz wziął laskę medycyny podaną mu przez hachesto, uniósł ją kilka razy nad głowę i głośno krzyknął:
- Nyango, Geniuszu Zła, zbuntowany duchu przeciwko Panu Życia, sprzeciwiamy się i gardzimy twoją mocą, bo Wacondah nas chroni!
Wszyscy obecni wydali głośny okrzyk i podnieśli się na nogi.
Po odmówieniu porannej modlitwy i odprawionych rytuałach, wszyscy zaczęli zajmować się swoimi codziennymi sprawami.
Fray Antonio asystował przy tej świętej i wzruszającej ceremonii z ogromnym zdumieniem, chociaż szczegóły mu umknęły, ponieważ słowa wypowiedziane przez wodza były w dialekcie jego plemienia, a zatem niezrozumiałe dla mnicha; niemniej jednak poczuł pewną radość, uznając, że ci ludzie, uważanych przez niego za barbarzyńców, nie byli całkowicie pozbawieni dobrych uczuć i przekonań religijnych.
W obozie na nowo rozpalono dogasające ogniska, by przygotować poranny posiłek, podczas gdy zwiadowcy wyruszyli we wszystkich kierunkach, by upewnić się, że droga jest wolna i nie ma żadnych wrogów.
Mnich, teraz całkowicie uspokojony i zaczynający przyzwyczajać się do swojej nowej pozycji, zjadł oferowane mu jedzenie z dobrym apetytem i nie sprzeciwiał się wskoczeniu na wyznaczonego dla niego konia, gdy wódz, gdy tylko posiłek się skończył, dał sygnał do odjazdu.
Fray Antonio zaczynał myśleć, że dzicy, których mu przedstawiono w tak ponurych barwach, nie byli tak źli, jak o nich mówiono, że mieli w sobie wiele dobra i nie był daleki od przypuszczenia, że zostali w jego oczach oczernieni.
W rzeczy samej, ich gościnny sposób bycia ani przez chwilę go nie zawiódł, a wręcz przeciwnie, zdawali się dokładać wszelkich starań, by być dla niego niezwykle mili.
Jechali przez kilka godzin ścieżkami wytyczonymi przez dzikie zwierzęta, zmuszeni przez wąskość dróg do posuwania się gęsiego, to znaczy jeden za drugim. Jedynie mnich zauważył, że wódz zawsze trzyma się obok niego, ale biorąc pod uwagę rozmowę, którą odbyli razem rano, w najmniejszym stopniu go to nie zmartwiło.
Nieco przed południem grupa zatrzymała się nad brzegiem niewielkiej rzeki, o brzegach ocienionych przez wysokie drzewa, aby przeczekać największy żar dnia. Pucołowaty i otyły mnich zupełnie nie był zirytowany tym postojem pozwalającym mu trochę odpocząć, kiedy rozłożył się w cieniu. Podczas postoju Niebieski Lis nie odezwał się do niego, a mnich ze swej strony nie zrobił nic, by rozpocząć rozmowę, znacznie bardziej woląc sjestę niż pogawędkę z wodzem.
Około czwartej wieczorem wojownicy wsiedli na konie i ponownie wyruszyli, ale tym razem zamiast jechać stępa, galopowali. Nawiasem mówiąc, Indianie znają tylko te dwa sposoby jazdy. Kłus uważają za absurd, a my przyznajemy, że w pewnym stopniu podzielamy ich opinię. Jazda była długa; słońce zaszło już od co najmniej dwóch godzin, a Apacze wciąż galopowali. W końcu, na znak wodza, zatrzymano się. Niebieski Lis podszedł do mnicha i odciągnął go nieco na bok.
- Tutaj się rozdzielimy - powiedział. - Nie byłoby rozważne, gdyby Apacze szli dalej. Mój ojciec pojedzie sam.
- Ja? - powiedział zaskoczony mnich. - Chyba żartujesz, wodzu, wolałbym zostać z tobą.
- To niemożliwe - odparł stanowczo Indianin.
- Dokąd, u licha, mam iść o tej porze i w ciemnościach?
- Niech mój ojciec spojrzy - powiedział wódz, wyciągając rękę w kierunku południowo-zachodnim. - Czy widzi on tę czerwonawą poświatę, która ledwo unosi się nad horyzontem?
Fray Antonio popatrzył uważnie we wskazanym kierunku.
- Tak, widzę ją - powiedział po chwili.
- Bardzo dobrze. Ten blask jest wytwarzany przez płomień ogniska obozu bladych twarzy.
- Ach!
- Wystarczy, że mój ojciec puści konia, a on go poprowadzi. W tym obozie jest Zabójca Jaguarów.
- Jesteś pewny?
- Tak; niech mój ojciec posłucha: blade twarze dobrze przyjmą mojego ojca.
- Rozumiem; powiem więc Tranquille'owi, że jego przyjaciel Niebieski Lis chce z nim rozmawiać, powiem mu, gdzie jesteś, i...
- Sroka to gadatliwy, bezmózgi ptak, skrzeczący jak stara baba - przerwał ostro wódz. - Mój ojciec nic nie powie.
- Ach! - wykrzyknął zaskoczony mnich.
- Mój ojciec musi uważać, by robić to, co mu każę, jeśli nie chce, by jego skalp usechł na włóczni wodza.
Fray Antonio wzdrygnął się na tę groźbę.
- Przysięgam ci, wodzu - powiedział.
- Człowiek nie przysięga - przerwał brutalnie Indianin - ale mówi "tak" lub "nie". Kiedy mój ojciec będzie w obozie bladych twarzy, nie będzie mówił o Apaczach. Tylko wtedy, gdy biali myśliwi będą spali, mój ojciec wyjdzie z obozu i powiadomi Niebieskiego Lisa.
- Ale gdzie ja cię znajdę? - zapytał żałośnie mnich, w końcu rozumiejąc, że jego przeznaczeniem jest służyć jako szpieg dzikich w jednym z ich diabolicznych planów.
- Niech mój ojciec się o to nie martwi, sam go znajdę.
- Dobrze.
- Czy mój ojciec zrozumiał?
- Tak.
- Zrobi to, czego chce wódz?
- Zrobię to.
- Dobrze więc. Jeśli mój ojciec będzie wierny, Niebieski Lis da mu skórę bizona pełną złotego pyłu. Jeśli nie, niech nie myśli, że ucieknie przed wodzem: Apacze są przebiegli, skalp wodza modlitwy ozdobi włócznię sachema. Howgh.
- Mam natychmiast odejść?
- Tak.
- Nie masz dla mnie innych rozkazów?
- Nie.
- Zatem żegnaj.
- Mój ojciec chce powiedzieć: do widzenia - odparł drwiąco Apacz.
Fray Antonio nic nie odpowiedział, tylko westchnął głęboko i odjechał w kierunku ogniska. Im bardziej zbliżał się do obozu, tym trudniejsze wydawało mu się wykonanie złowrogiej misji zleconej mu przez wodza Apaczów. Dwa lub trzy razy przeszła mu przez głowę myśl o ucieczce, ale dokąd miałby pójść? Było prawdopodobne, że Indianie nie mieli do niego zaufania i skrycie, ale uważnie go obserwowali.
W końcu przerażonym oczom mnicha ukazał się obóz. Nie było już odwrotu, bo myśliwi bez wątpienia go zauważyli, a on zdecydował się podążać dalej, mrucząc z rozpaczy:
- Boże dopomóż!
3 Yori - pogardliwe określenie używane przez Indian w odniesieniu do Hiszpano-Amerykanów.
4 Chemiin Antou - Święty Żółw.