Rozdział pierwszy
Po bruku spokojnej londyńskiej uliczki
sunęli przechodnie z parasolami nad głową, spiesznie wracając do domów,
przestraszeni nagle pociemniałym niebem. Wtem dał się słyszeć grzmot,
ogłaszając początek ulewy. Samotny powóz toczył się po kocich łbach przy
akompaniamencie stukotu podków, który odbijał się od kamiennych ścian
budynków, a spod końskich kopyt rozbryzgiwała się woda. Przechodnie
jeden po drugim prędkim krokiem znikali w drzwiach skromnych, ale
schludnych domostw, z których okien zapraszająco sączyło się ciepłe
światło.
W jednym z nich, w domu państwa Darlingów, trzask pioruna został
zagłuszony przez odgłosy zaciętego pojedynku.
Dwaj chłopcy, John i Michael Darling, wymachując drewnianymi mieczami,
przemknęli przez przedpokój, a Nana, ogromna bernardynka, deptała im po
piętach. Wrodzona opiekuńczość nakazywała jej powściągać malców - jakby
była ich nianią - ale często musiała kapitulować. Zresztą czasami sama
dawała się wciągnąć w wir zabawy. Klingi mieczy pruły powietrze, o centymetry mijając przedmioty znajdujące się w ich zasięgu, a rodzinne
portrety od lat wiszące na ścianach niebezpiecznie się kołysały. Nagle
widoczne przez okna ciemnosiwe niebo rozświetliła błyskawica, zaraz po
niej ozwał się złowróżbny grzmot, a po chwili o dach zaczął dudnić
deszcz. Mimo tych dźwięków, a może pod ich wpływem, walka stała się
jeszcze bardziej zawzięta.
- Przyszedł na ciebie czas, Piotrusiu Panie! - zawołał John, wznosząc
miecz. Dziesięciolatek uważał się za znacznie lepszego szermierza od
młodszego brata. Choć o mało nie zrzucił sobie z głowy kapelusza taty,
który "pożyczył" jako hełm, w kilka susów stanął przed Michaelem.
Młodszy brat, ściskając ulubionego pluszowego misia, odskoczył do tyłu,
aby uniknąć ciosu.
Chociaż bawili się tak już wielokrotnie, nigdy nie mieli dosyć. Piotruś
Pan był bohaterem ich ulubionej bajki na dobranoc. Uwielbiali udawać
chłopca, który nigdy nie dorósł. A konkretnie lubił go udawać Michael.
John wolał się wcielać w podłego kapitana Haka.
- Tylko uważaj na krokodyla! - zawołał teraz zaczepnie.
Nana wydała ostrzegawcze szczeknięcie, jakby w pobliżu zauważyła
prawdziwego gada. Ale Michael tylko pobłażliwie potrząsnął głową.
- Piotruś Pan nie boi się krokodyli - odparł wyniośle. - Ale ty - tak!
Po czym obaj chłopcy wydali bojowe okrzyki i kontynuowali pojedynek,
którego areną był przedpokój ich przytulnego domu. Kiedy starcie
przeniosło się na schody prowadzące na piętro, ulewa się wzmogła, a dudnienie deszczu stało bardziej donośne. Ale nie tak donośne, by
zagłuszyć ciężki oddech ich starszej siostry Wendy, która z walizką w ręce wypadła z sypialni rodziców na parterze. Jej policzki były
czerwone, a jasnobrązowe włosy znajdowały się w nieładzie.
- Słyszałam was od początku - rzuciła chłopcom, mijając ich na schodach.
- Zaraz dołączę - dodała.
Nie zatrzymując ani na chwilę wzroku na walczących, Wendy weszła na
piętro i zniknęła za drzwiami. Razem z braćmi zajmowała obszerny pokój
na poddaszu. Cała jego podłoga usłana była zabawkami. Pod jedną ze ścian
stały posłania Johna i Michaela, a pod drugą - łóżko Wendy. Naprzeciwko
drzwi znajdowało się ogromne, wysokie okno, a pod nim - wygodna ława.
Dziewczyna rzuciła walizkę na ławę pod oknem i zaczęła upychać w niej
ubrania. Wkrótce za plecami usłyszała stukot drewnianych mieczy. Gniewna
zmarszczka na jej czole jeszcze się pogłębiła. A więc nie może mieć
nawet chwili spokoju, żeby się podąsać?
Westchnęła. Wiedziała, że wyraz jej twarzy i nastrój pasują do ponurej
pogody za oknem. Nie mogła uwierzyć, że miała to być jej ostatnia noc w dziecięcym pokoju. Usiłowała przekonać mamę i tatę, że nie ma potrzeby,
żeby posyłali ją do szkoły z internatem, ale oni się uparli. Według nich
było to właściwe ze względu na jej przyszłość. Ale jak mogło być
właściwe, skoro czuła się z tym okropnie? Nie chciała opuszczać domu.
Przerwała pakowanie i przycisnęła do piersi przytulankę. Słuchając
odgłosów zabawy, której oddawali się bracia, była coraz bardziej
przekonana, że nie jest gotowa na żegnanie się z dzieciństwem i towarzyszącą mu beztroską.
W końcu jednak się rozchmurzyła. To, że nazajutrz miała wyjechać, nie
oznaczało, że ma się nie nacieszyć ostatnią partią szermierki z Michaelem i Johnem. Kręcąc piruet, z szelmowskim uśmiechem zawołała do
chłopców:
- Chyba nie zapomnieliście o mnie, co?
Złapała swój miecz i rzuciła się w wir walki. Twarze malców
rozpromieniły się na widok siostry, która dołączała do zabawy, ale zaraz
znowu spoważniały. To nie były przelewki. Pojedynek trwał.
- Oddaj mi skarb! - Wendy nie zwlekając zaczepiła młodszego brata, po
czym chwyciła parę kolczyków z perłami, które Michael ściskał w dłoni. -
A teraz... zostaw Haka dla mnie!
Odwróciła się do Johna i przykucnęła, gotowa dać susa do przodu.
- Z drogi, kapitanie, jeśli ci życie miłe!
Siostra i brat natarli na siebie. W ferworze pojedynku dziewczyna
zapomniała, dlaczego jeszcze przed chwilą tonęła w smutku. Wprawdzie
trudno byłoby zliczyć, ile razy już się tak bawili, a Wendy rzeczywiście
była trochę za duża na podobne harce, niemniej wciąż sprawiały jej dziką
radość.
Bez opamiętania wywijała mieczem coraz mocniej i mocniej, podczas gdy na
twarzy Johna entuzjazm ustępował miejsca przestrachowi. Nagle
wyprowadziła cios, którym dosięgła dłoni brata.
- Au! - syknął z bólu John.
- Co jest? - rzuciła Wendy, dalej pochłonięta zabawą. - Poddajesz się?
- Nie, ale... - Zanim zdołał dokończyć, siostra energicznie wytrąciła mu z ręki miecz, który przeleciał przez cały pokój i trafił prosto w lustro.
Rozległ się głośny brzęk tłuczonego szkła.
Chłopcy stanęli z wybałuszonymi oczami, a broń wypadła im z rąk. Nana
cichutko zaskomlała.
Wendy odłożyła miecz i głośno przełknęła ślinę.
- Ups...
Nagle drzwi do pokoju się otworzyły. Stał w nich pan Darling. Wiążąc
muszkę opanowanymi do perfekcji ruchami, oznajmił:
- W porządku, dzieci, czas...
Wtem zauważył, że cała trójka wpatruje się w ścianę za jego plecami. Ich
oczy wypełniało poczucie winy. Odwróciwszy się, od razu zrozumiał, co
się stało.
- Znowu? - westchnął. - Kto tym razem?
Niecna czeredka wbiła wzrok w podłogę i zacisnęła usta. To nie był
pierwszy raz. W zasadzie to był stały element zabawy - jak sama
szermierka na drewniane miecze. Poza tym pirat nigdy nie wyda innego
pirata. Niestety, choć zgodnie milczeli, jedno spojrzenie Johna, rzucone
ukradkiem w stronę Wendy, wystarczyło panu Darlingowi.
Zbliżył się do córki.
- Wendy, posłuchaj...
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na braci:
- Kapuś! - syknęła.
- Nic nie mówiłem! - odparł John.
- To wy dwaj zaczęliście! - warknęła, po czym zwróciła się do taty: - To
ich zabawa. Ich wina...
- Dosyć! - uciął pan Darling i wyciągnął rękę. - Miecze. Natychmiast! -
zażądał.
Kiedy Wendy i Michael niechętnie oddali swój drewniany oręż, tata uniósł
brwi i zwrócił się do Johna:
- Kapelusz.
Chłopiec posłusznie zdjął nakrycie głowy i oddał je właścicielowi. Ale
to nie był koniec. Pan Darling dobrze wiedział, że nie odzyskał jeszcze
wszystkiego.
- Zegarek - rzucił krótko.
John, wyraźnie zrozpaczony, wyciągnął czasomierz z kieszeni. Jego wargi
drżały.
- Ale tykanie pomaga mi zasnąć - wymamrotał. Już nie wyglądał jak
kapitan pirackiego statku, lecz jak zwykły dziesięcioletni chłopiec.
- Pomaga ci... - zaczął pan Darling, ale przerwał, gdy zobaczył wyraz
twarzy synka. - No już dobrze. Ale, pamiętaj, obchodź się z nim bardzo
ostrożnie. Zegarek odgrywa w życiu człowieka wielką rolę. Tak jak jego
dom... - wyjaśnił, podchodząc do stłuczonego lustra i podnosząc leżący
obok miecz. Znowu westchnął: - Tylko że obawiam się, że z naszego
zostanie ruina, zanim wasza trójka dorośnie...
Nana uderzała ogonem o drewnianą podłogę, przenosząc wzrok z dzieci na
pana domu i z powrotem.
- Nana, do nogi! - zawołał pan Darling, kierując się do drzwi.
- Ale czy nie może zostać, żeby... - zaczęła Wendy.
- Nie, nie może! - uciął pan Darling. - Wendy, czy naprawdę chcesz w ten
sposób spędzić ostatni wieczór w rodzinnym domu?
Słysząc te słowa, Wendy posmutniała, bo przypomniały jej o rychłym
wyjeździe.
- Tylko się bawiliśmy...
- No właśnie! - rzekł z naciskiem tata. - Jesteś już za duża, żeby się
tak bawić.
Po czym nie mówiąc nic więcej, chwycił Nanę za obrożę i wyprowadził ją
za drzwi, a potem razem z nią zniknął na schodach. Dzieci zostały same.
Zapadła niezręczna cisza. Nikt nie wiedział, co powiedzieć ani jak się
zachować.
- Dlaczego to zrobiłaś? - spytał wreszcie John.
Wendy wzruszyła ramionami.
- Skoro jesteś piratem, to chyba wiesz, że każdy dba o swój interes.
Tak naprawdę nie do końca rozumiała swoje zachowanie: dlaczego włączyła
się do walki, posprzeczała z tatą i wyzłośliwiała na braciach. Była po
prostu zmęczona i wściekła, że jutro ma rozpocząć nowe życie, bo tak jej
każą. W gniewie zacisnęła pięści, a wtedy poczuła delikatne ukłucie.
Kiedy otworzyła dłoń, okazało się, że wciąż trzyma kolczyki, które
udawały skarb.
Wendy podeszła do zbitego lustra, które wisiało w jej części pokoju,
oddzielonej kotarą od tej zajmowanej przez chłopców, i uniosła kolczyki
do uszu. Jedno z pęknięć dzieliło jej twarz na dwie połowy. Przez chwilę
czuła się, jakby patrzyła na swoje dwa wcielenia. Jedna Wendy chciała na
zawsze zostać w dziecięcym pokoju, a druga była ciekawa przygód, które
czekały ją w świecie dorosłych.
- Dobrze ci w nich! - Pani Darling stanęła za Wendy, a ta odwróciła się
do niej, pospiesznie opuszczając ręce. - Powinnaś je zabrać ze sobą -
dodała mama. Ubrana była w wieczorowy strój, który jak wszystko, co na
siebie wkładała, emanował wyrafinowaną elegancją. Dziewczyna nie
wiedziała, jak mama to robi, że na jej sukni nigdy nie ma najmniejszego
włosa i najdrobniejszej zmarszczki.
- Raczej nie - odburknęła Wendy, obróciła się na pięcie i opadła na
łóżko.
Pani Darling łagodnie zaciągnęła kotarę dzielącą pokój i usiadła obok
córki.
- Naprawdę powinnaś dawać braciom lepszy przykład. Są w ciebie
zapatrzeni.
- Od tego mają was - z naburmuszoną miną odparła Wendy.
Pani Darling uśmiechnęła się i odgarnęła z jej twarzy kosmyk włosów. -
Potrzebują mnie, żebym była ich mamą, i waszego tatę, żeby był ich tatą.
Ale potrzebują też ciebie, żebyś była ich starszą siostrą. Będą chcieli
cię naśladować, więc powinnaś być dobrym wzorem.
- Jak mam nim być, skoro zamieszkam w internacie?!
- Możesz zacząć od tego, że wyjedziesz z domu z podniesioną głową -
odparła mama. - Tak to już jest. Jeśli młoda dziewczyna ma szczęście, to
w pewnym wieku zostaje wysłana do szkoły. Tam przygotowuje się do
czekającego ją dorosłego życia.
Wendy pokiwała głową.
- A co, jeśli ja nie chcę tego życia?
- Ja tak zrobiłam, kiedy byłam w twoim wieku.
- A co, jeśli nie chcę naśladować twojego życia? - Wendy była wyraźnie
zniecierpliwiona. Przecież mama nie może jej zrozumieć. Czy ona w ogóle
pamięta, jak to jest być dziewczyną w wieku Wendy? Jak to jest ciągle
słuchać, co trzeba, a czego nie wolno?
Oczy pani Darling zaszkliły się, ale ton jej głosu pozostał spokojny.
- Czego się obawiasz?
Pytanie to sprawiło, że gniew Wendy złagodniał. Zastąpił go smutek.
- Chciałabym, żeby wszystko zostało tak, jak jest...
- Tak jak jest? - powtórzyła pani Darling, po czym wskazała na brzeg
łóżka, poza który wystawały stopy córki. - Ledwo się tu mieścisz.
Wendy podwinęła nogi, nie chcąc przyznać mamie racji.
- Dorastasz - powiedziała pani Darling.
- Ale może ja nie chcę dorosnąć?
Kobieta pokiwała głową. Wiedziała, że tak naprawdę nikt nie lubi zmian.
- Nie da się zatrzymać czasu, Wendy. Będzie płynął, czy nam się to
podoba, czy nie - tłumaczyła. - Pomyśl tylko, ile rzeczy mogłoby cię
ominąć, gdybyś nie sprawdziła, co szykuje dla ciebie przyszłość -
dodała, po czym zamilkła, w nadziei że zobaczy w oczach córki
zrozumienie. Ale twarz Wendy dalej była zacięta. Dziewczyna odwróciła
się do ściany. - I pomyśl też o tym, co mogłoby ominąć świat, gdyby
ciebie zabrakło we właściwym miejscu o właściwym czasie.
Wendy nie odezwała się ani słowem. Pani Darling troskliwie podciągnęła
kołdrę i okryła nią drżące ramiona córki, a potem z czułością pogłaskała
ją po głowie. Widząc, że cała trójka jest już w łóżkach, zaśpiewała
dzieciom śliczną kołysankę, tę samą, którą śpiewała im co wieczór. Wendy
i jej bracia szybko zasnęli.
Pani Darling pochyliła się nad córką i pocałowała ją w czoło, po czym
wycofała się na palcach i najciszej, jak mogła, zasunęła kotarę.
- Dobranoc, moje skarby - szepnęła do swoich pogrążonych we śnie pociech
i delikatnie zamknęła za sobą drzwi.
Rozdział drugi
W pokoju panowała cisza przerywana tylko z rzadka szelestem pościeli. Dom wydawał się rozumieć, że jego mieszkańcy
udali się na spoczynek, i ucichło nawet skrzypienie klepek w podłodze.
Wtem tuż za szybą, po której spływały strugi deszczu, rozległo się
łagodne, ale wyraźne dzwonienie dzwonków. Gdyby któreś z dzieci nie
spało i wyjrzało na zewnątrz, ze zdumieniem zauważyłoby małe światełko,
które otworzyło sobie okno i wleciało do środka.
I nie był to wcale świetlik, lecz prawdziwa, maleńka wróżka. Miała na
imię Dzwoneczek.
Mierząca zaledwie kilka cali istotka badawczo rozejrzała się po
pomieszczeniu dużymi, brązowymi oczami. Na jej ciemnych lokach lśnił
złoty pył, a za plecami trzepotała - tak szybko, że trudno było je
dostrzec - para przezroczystych skrzydeł. Robiąc obchód pokoju,
Dzwoneczek zatrzymał się najpierw przy Johnie, a zaraz potem przy
Michaelu. Zmarszczył brwi. Nie ich szukał. Odwróciwszy się, zauważył
kotarę, która dzieliła sypialnię na dwie części. Zaciekawiona wróżka
podleciała bliżej i zamachała rękami. Z jej palców posypał się złoty
pył, a kotara się rozsunęła, ukazując śpiącą Wendy Darling.
Oczy Dzwoneczka zalśniły radością. To właśnie po nią wróżka przybyła!
Zbliżyła się teraz i posłała dziewczynie całusa. Kolejna chmurka
złocistego pyłu wzbiła się w powietrze, a kiedy osiadła na skórze Wendy,
jej ciało zalśniło i na chwilę cały pokój wypełnił się bijącym od niej,
i od Dzwoneczka, światłem. Wendy uśmiechnęła się, nie otwierając oczu,
na co wróżka z zadowoleniem pokiwała głową. Magiczny pył zaczął działać.
Dziewczyna zapadła w głęboki, bardzo przyjemny sen.
Chwilę później zaczęła się unosić.
Dzwoneczek tylko na to czekał. Połączona magia szczęśliwych snów i czarodziejskiego pyłu zadziałała. Wróżka złożyła ręce, gotowa przejść do
realizacji kolejnego punktu swojego planu.
- Mam cię!
Nagle czyjaś dłoń schwyciła ją od tyłu.
Tymczasem Wendy otworzyła oczy. Spojrzała w górę i w dół. Kiedy dotarło
do niej, że nie leży w łóżku, lecz unosi się w powietrzu, wydała okrzyk
i rozpaczliwie zamachała rękami. Radosne sny pierzchnęły w mgnieniu oka
i dziewczyna z hukiem wylądowała na podłodze.
- Co... co się dzieje? - wymamrotała. - Czy to był sen?
John trzymał w rękach niespodziewanego gościa. Michael też się obudził.
- Wiesz, że latałaś?! - zawołał młodszy z braci.
- Ale jak to?! - spytała zdumiona Wendy.
- Zrobił to ten mały robaczek - odparł rezolutnie Michael, jakby
chodziło o coś zupełnie normalnego, co zdarza się praktycznie co dzień.
Wskazał palcem na starszego brata, który usiadł plecami do okna,
trzymając coś w zamkniętych dłoniach.
- Nie jestem pewien, czy to robaczek - powiedział John. Czuł, jak
wewnątrz dłoni, między jego palcami, coś się porusza. Przypomniał sobie
chwytanie świetlików w letni wieczór i wypuszczanie ich po chwili. Ruchy
maleńkiego stworzonka były bardzo delikatne. Chłopiec rozsunął palce,
tak by Michael i Wendy mogli zajrzeć do środka.
Dzwoneczek spojrzał na nich czerwony ze złości. Wendy cofnęła się
gwałtownie. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Przecież to wszystko nie
miało sensu.
- Ależ... - Wendy nie mogła znaleźć właściwego słowa. - To...
Zanim dokończyła, w ciemności za plecami Johna błysnęło ostrze i zatrzymało się na jego ramieniu. Chłopcu przebiegł po plecach lodowaty
dreszcz. Ostrze było zimne, najwyraźniej stalowe. Żarty się skończyły.
To nie był drewniany mieczyk, którym fechtował się z rodzeństwem.
- Ona jest wróżką - odezwał się jakiś obcy głos. - Byłoby miło,
gdybyście ją uwolnili.
John nie dał się prosić. Od razu otworzył dłonie, a wróżka zawołana po
imieniu przez niewidzialnego nieznajomego wzbiła się w powietrze.
Ruchowi jej skrzydeł towarzyszył dźwięk przypominający odgłos miliona
dzwoneczków poruszanych wiatrem. Dzwoneczek gniewnie potrząsnął głową i ostrzegawczo wyciągnął w stronę dzieci palec. Przekaz był jasny:
"Nigdy więcej nie nazywajcie mnie robaczkiem!".
Tymczasem przybysz z mieczem wyłonił się z ciemności. W przytłumionym
świetle stał chłopiec mniej więcej w wieku Wendy. Miał śniadą skórę i ubranie w kolorach lasu, a na głowie kapelusz z piórkiem. W jego wzroku
tliły się psotne iskierki.
Choć dzieci nie wierzyły własnym oczom, nie miały najmniejszych
wątpliwości...
- Czy ty jesteś... - zaczął John.
- ...Piotrusiem Panem? - dokończył Michael.
Przybysz twierdząco kiwnął głową.
- A spodziewaliście się kogoś innego?
Wendy, która wreszcie zebrała myśli, zasłoniła sobą braci i rzekła
pewnym głosem:
- Nie spodziewaliśmy się nikogo. Jak to się stało, że jesteś prawdziwy?
Nie jesteś tylko bohaterem bajki na dobranoc?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Dlaczego miałbym nie być i jednym, i drugim? Lubię słuchać opowieści o sobie samym. A wasza mama pięknie opowiada.
Wendy zmrużyła oczy. Piotruś Pan odpowiedział na zadane pytanie, ale
miała jeszcze jedno, a mianowicie:
- Co tu właściwie robisz?
Przybysz rozejrzał się po pokoju, po czym zniżył głos:
- Jestem tu w dwóch sprawach. Po pierwsze musimy was stąd zabrać. A po
drugie... - Zawiesił głos, gdy zobaczył Dzwoneczka, który przysiadł na
komodzie i, nerwowo dzwoniąc, dawał mu jakieś znaki.
Wtem, gdy wszyscy podnieśli wzrok, szuflady gwałtownie zastukały.
- Mój cień! - dokończył myśl Piotruś.
- Twój cień?
- Zostawiłem go tutaj...
Dzieci państwa Darlingów wymieniły spojrzenia. Był tu już wcześniej?
Kiedy? I jak się tu dostał?
Nie mając pojęcia, że rodzeństwo nie do końca mu wierzy, Piotruś Pan
ciągnął dalej:
- Zawsze próbuje mi uciec. A mam tylko ten jeden...
Po czym podbiegł do komody i energicznie wysunął dolną szufladę. Kiedy
to zrobił, środkowa, dotąd uchylona, zamknęła się z łoskotem. Gdy
Piotruś próbował ją wysunąć, górna otworzyła się i uderzyła go w twarz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki