Ale wielki jesteś
Ale wielki jesteś,
zbyt wielki na ten nastrój,
chcę płakać,
muszę zabijać zło,
wąż trwa we mnie,
zegar umiera ranny w oko,
nie, nie, nie...
O cóż chodzi?
To tylko wieczór
szyb, mebli, płyt,
jakichś małych głośników,
paznokci,
ależ nie, nie
jestem z kimś,
ktoś z kopertą,
w której krwawi list,
nową wiosną odbija mi się
jak wstrętnym bigosem
z dworcowego baru,
naszych odrażających rozstań
kwiaty umierają między
moimi zębami.
Ale wielki jesteś,
zbyt wielki na tę kieszeń,
bo nie, nie,
nie chcę umierać,
bo nie, nie,
nie chcę domu
ze skrzyżowanych bali,
chcę tracić, tracić,
ale nie wszystko -
to moja jest tragedia tylko,
chcę mieć swoje zwierzęta,
niedotknięte symbolizmem,
jeśli nie mogę być planetą
ani ciepłym klimatem,
chcę myśleć, myśleć
o czymś myśleć,
a szubienica pokolenia myśli za mnie,
nóż wyklętych wykonuje gesty,
jakby kierował nim facet
z moją fizjonomią,
przedmioty, zebry, żyrafy,
zakazy zatruwać, by Zen
mógł nawet,
by wyłoniła się
Biblia zeń -
przystrojona w muślin
Kobieta-Biblia z kresów
umysłowego oddalenia,
nie, nie,
nieprawda, że jestem całkiem dobry,
modlę się do szans,
myślę, że muszę zabijać zakazy praw,
płaczę już przecież.
O co chodzi?
Te kleksy, te upomnienia, te dziewczyny,
te pasy na mgłach włosów,
podziemia wielkości marzeń,
rozumiem, że ucieczka przed śmiercią
nie ma sensu na dłuższą metę,
nie, nie,
nie ma sensu się bronić życiem
przed śmiercią.
Przeklęta epoka
Jak to się mogło stać,
że już dziś mówię do siebie - ty,
dlaczego na mojej młodej głowie
tyle siwych włosów,
jak mogłem dopuścić do tego, by ludzie władzy
odebrali mi moje cele,
by przywłaszczyli całą moją nadzieję.
Na darmo szukam dziś żywych wokół siebie,
nie widzę życia w figurach woskowych,
aniołów strzegących moich coraz to różnych postaci.
Jak to się mogło stać,
że przeżyłem cały wiek sam?
Że nie mam do stracenia nic?
Że zachwycam się byle czym?
Społeczeństwo sukcesu wiekuistego mnie odepchnęło,
przyroda wypluła i zwierzęta opuściły,
dzieci zrezygnowały ze mnie.
Jak można, będąc nastolatkiem,
myśleć tyle o śmierci,
dlaczego stoję, dlaczego patrzę
na te potworności wieku prostych ludzi,
jak to się stało, że przestałem cenić pieniądze
i nawet nie wiem teraz,
ile jeszcze mam wzięcia,
a ile do darowania?
Nie można wędrować ciągle pod prąd,
do górskich źródeł,
trzeba płynąć rzekami do wielkich,
zaludnionych delt,
zdobywać ocean w poszukiwaniu szczęścia.
Jak to się stało,
że tonę w asfalcie głównej ulicy,
podczas gdy inni spacerują zwyczajnie alejkami,
przytuleni do siebie,
jak mogłem dopuścić do tego,
że mimo wszystko nie potrafię
dotrzeć suchą stopą na żaden drugi brzeg,
jak mogłem dopuścić do tego wszystkiego,
gdy wiem, że dziś pozostało mi tylko
to wyniszczające pisanie o przeklętej epoce
upływającego czasu?
W planie 3-letnim
Czemu dziś ujęto mnie w planie 3-letnim -
tak chciałem się jeszcze zmienić -
dlaczego tak uzbroili Polskę,
szykuje się wojna czy co?
Gazety jakoś nie przynoszą
pełnego życiorysu Jaruzelskiego,
byłem w Warszawie ostatnio,
wszystko się zgadza
w Pałacu Kultury nadal pędzą bimber,
siedzę na ulicy - nie,
siedzę na lotnisku - tak,
lotnisko w Królewie całkiem duże,
ulice warszawskie teraz całkiem malutkie,
zmniejszają się, odkąd zniknęło z nich życie.
Dziś postanowiłem, że się zmienię
(to złudzenie, które pozostało),
że od jutra przestanę wydobywać węgiel,
że skończę z siarką, z rudą i statkami,
z przędzą i ze stalą
i zacznę pisać nową Biblię - a tu masz,
ujęto mnie w planie 3-letnim
i muszę zakładać znów mundur -
tak, Polska zbroi się nieprawdopodobnie,
nie będę ginął na wojnie
za jakieś tam mętne, spaczone, czerwone racje,
chcę zmieniać świat wojenny na inny,
jutro miałem umyć okna w mieszkaniu -
a tu masz,
kosmici łażą mi między zębami,
Sowieci kąpią się w moim martenie,
stojącym w kwitnącym sadzie,
Chrystus już zmartwychwstał,
a ja, zamiast umierać z nim,
zaklinowałem się we włazie czołgowym,
w nowych produktach cywilizacji,
będę więc musiał wspinać się na drzewa
raz jeszcze,
tak chciałem się zmienić,
umrzeć dla umarłych we mnie,
wyjść czysty z tej czerwonej kipieli,
osuszyć się wiatrem w białym sadzie,
planowo zmartwychwstać z ptakami.
Jak łatwo można zwariować
W przedziale pociągu on opowiadał o tym,
jak łatwo można zwariować,
trzymał na kolanach lalkę, którą powoli rozbierał,
czerwone krople potu spływały z jego czoła,
kapały z czubka nosa na gładkie, plastykowe ramiona,
wżerając się w tworzywo,
policzki lalki zaczerwieniły się, a z jej piersi
poczęło sączyć się mleko,
twarz lalki stawała się twarzą staruszki, by po chwili
zmienić się w twarz dziecka.
Opowiadał o tym, że jego żona jest w szpitalu dla wariatów,
a jego syn pije i przychodzi do niego w nocy po forsę,
w samych kalesonach i koszuli,
on sam zaliczył wiele pobytów w szpitalach
z uwagi na chorą wątrobę i nerki.
Młoda dziewczyna, siedząca obok, doceniając jego Golgotę,
przestała się śmiać,
urzędnik też, a żona urzędnika przerwała kasłanie.
Gdy dziewczyna wyjęła z podróżnej torby sprośną
książkę dla licealistek,
on odłożył lalkę, która była już całkiem naga
i w tym momencie znowu bardzo stara,
przerywając swoje żale, wziął na kolana żołnierza
i przylgnął do niego,
gdy dotykał żołnierza, pociąg dojeżdżał do końca trasy,
dziewczyna, nie mogąc wygasić oczu i skupić się nad lekturą,
przysunęła się do niego i ścisnęła go za kolano,
lalka umierała powoli, kołysząc się na siedzeniu.
Po chwili wokół pozostali już tylko robotnicy
w czarnych beretach na łysych głowach,
dziewczyna witała się z matką na peronie,
banalny wodospad cierpienia żłobił już w jego śnie
zgłębienie dla jej piersi.
Dezercja
Mówię do ciebie w sumieniu:
- Przebacz, przebacz, przebacz -
dezerteruję,
od wczoraj myślę o tym,
od dziś nie myślę nic,
najpiękniejsze moje dzieci krajobrazu
pozostały w Dwikozach.
Cierpienie znaczy dziś w 1983 maju...
Dziwny, piskliwy ton dzwonu znaczy -
urny przodków też są moje,
nie mówię do ciebie "przepraszam",
mówię - kocham ją, całuję ją, ona, ona
i wynurza się wieloryb biały jak ślina,
która na jej wodzie pozostała,
widzę brzeg Wisły - spichlerze widzę puste,
pociąg wspinający się pod górę
w kierunku orlego gniazda,
widzę krasnoludki na rzeźbionej
lewą nogą przez głuchoniemego,
drewnianej części łóżka w wojskowym skansenie,
i to nieprawda i tamto też,
tak ja to słyszę,
on to wie, on to wie,
mówię, że słyszę - przykro mi,
tak mi przykro - czy coś w tym rodzaju,
idę - nieprawda - wiszę - gwóźdź,
łódź w Sandomierzu i oczy tej słodkiej,
czterdziestoletniej blondynki
w pociągu do Warny,
pociąg zatrzymał się w polu, gdzieś
pomiędzy Bugiem, Odrą i Dunajem,
zrzucam mundur,
dezerteruję z nią z obozu na chwilę.
W hałasie myśli
W hałasie myśli staję się optymalny,
w blasku złudnych słońc
służę narodzinom, służę pogrzebom
w kompletnym przebraniu akuszera,
na całość poszły moje ręce i nogi,
widzę tyle słońc, ile podminowanych lub zatopionych
dźwięków z gitary wydobyć można, wbijając wzrok w struny,
w natężeniu złości staję się optymalny,
z ziaren piasku nikim,
zabawa lub bijatyka z paczką papierosów,
musisz prosić zwariowane postaci ze swych wizji,
ale na nic to się zdaje,
nikt nie jest zbyt mały, by móc uwierzyć,
noc staje się o wiele mniejsza, gdy nazywasz siebie "nikt",
składają się w jedną całość meteor i rzeka,
chociaż są po przeciwnych stronach, widzę je razem,
biegam tu i tam, zataczam koła,
wyszydza mnie niewola kracząca aleją, z rana
przestaje być wszystkim,
także antymaterialnym śmiechem i łzą,
niewiedza samotorturuje się -
niech poczuje samą siebie,
wtedy pozwoli ciasnym ciemnościom powiększyć się
do takich rozmiarów, że ja i ty będziemy mogli bez lęku rzec:
- Jeszcze, jeszcze raz...
balon głupoty nadął się do maksymalnych rozmiarów,
zaraz pęknie, a wtedy wielkość rozsądku
będzie emanować z dna wspaniałej, złotej szklanki
dla ciebie, dla brata, dla swata,
hałas słów będzie wymową jedynego słońca.
Miniaturowy człowiek
Ulepiłem z gliny swojego miniaturowego człowieka,
tchnąłem w niego swoją duszę bez cienia, bez blasku,
nie licząc na bunt.
Gdy mój stworek zbudził się zaskoczony w moim pokoju,
nie mógł długo uwierzyć, że żyje naprawdę,
że tak się boi,
wymyśliłem też nazwę dla niego: "Pointa".
Miecz Damoklesa nad nami - tak odezwał się,
gdy on popatrzył w górę na mnie
i wejrzeliśmy sobie głęboko w oczy.
- Pointa - pomyślałem, fakt,
po chwili już myszkował po kątach,
szukając swojego miniaturowego komputera.
Stworzyłem takie coś, by móc wyzwolić się z okowów lęku,
które przypadną jemu,
życie moje składało się dotąd z przebaczeń,
za każdym razem coraz bardziej szokujących -
jak paniczne, permanentne ucieczki.
Jest taki nastrój pełen grozy, gdy otwierasz oczy
i jesteś pewien, że tym razem to już koniec,
każde przebudzenie tak straszne
pośród oddalających się od siebie ciężkich kropel nocy,
rozpraszających się w ciemnościach
planet czarnych ognia, chłodu, cienia, blasku, spopielenia,
gdy budzisz się w ramionach dziewczyny i stwierdzasz,
że to neurotyczne Nieznane zamknęło się kopułą
kamienną bazyliki lub stalową czołgu
nad twoją biedną, bezbronną głową, wypaloną.
Zrywasz się, chcesz pytać - co, jak, gdzie, dlaczego?
Chcesz uciekać - wiesz, że giniesz ostatecznie,
to przebudzenie jest ciągle w tobie jak przegrana,
twoja wielka jak oczy, które przestały ci służyć.
Stworzyłem małego człowieczka tylko po to,
by pozbierał części mojej osoby - pogubione
lub oddane w zastaw nicponiom,
przechlapane pod mostami z motylami świata cnymi.
Nie liczę na bunt, ale chcę, by był on przypomnieniem,
by był dla mnie kwiatem, który pozwoli się zerwać,
jeśli zjawi się ta jedyna dziewczyna,
pająkiem tkającym szczęście w pulsującym wnętrzu
mojej dokuczliwej wyobraźni, nabrzmiałej ideami.
Nie poprowadzę świata do zguby
Jak twoje krople potu, tak są moje łzy,
ktoś chciałby je zliczyć jak słone gwiazdy,
nie mówię o tobie nic,
bo jestem jednym z wielu,
którzy, cierpiąc, prowadzą ten świat,
co prawda nie do zguby,
ale nie wiem jeszcze tak naprawdę gdzie,
nie mogę mówić o tobie, bo ciebie tu nie ma -
dlatego są łzy jak deszcz?
Moje szczęście, moje piastowskie szczęście,
że ciebie tu nie ma i myszy Popiela,
są i osioł, i ptak, i korona dwupłciowa,
ty jak wszystkie ukochane rzeczy,
choć niezbyt czeskie,
one z nóżkami jak łanie, z piersiami
jak gołąbki, z delikatną skórą opalonych ramion
jak pieczone gołąbki w garści
dojeżdżają co wieczór małymi fiatami,
robiąc rundkę na moim podwórku,
tak, tak odjeżdżają, gdy mnie
robi się niedobrze i jakoś mdło,
by prowadzić świat do zguby dalej,
nie mogę przez nie pracować,
pozostawiają mnie samego
i nie mogę zbyt długo pisać,
bo pocę się, płaczę i palę nad miarę
swych dwudziestu paru lat,
a ponadto piję, co wpadnie mi w ręce,
miłość i wodę na początek,
chcę powiedzieć tylko jeszcze,
że bardzo lubię kozie mleko
i piję je na koniec jak Grek,
dobrze, że ciebie tu nie ma,
łzy wygrywają ze mną zawsze wtedy
i mam pewność, że nie poprowadzę świata do zguby.
Pręgierz języka
Pręgnier, pręgier, pręgielar, PRĘGIERZ,
Sakwojaż, sekwoja, Krakównolepiej,
Ty i dziesz, Ja Ja dę,
Powtarzam, powtarzam się gam odą
po Radiokomitet, w wakacje wizje,
brzegi, lasy, biczowania wodą,
sięgam po taśmę mierniczą ową,
natenczas Nowa Anglia jest moją Ojczyzną,
Polska jest ojczyzną Rosjan,
Mierzę, obliczam ich oblicza,
Rosja nie jest moją szansą starożytną,
Grecja jest moją kołyską,
Japonia korektą Rzymian,
pręgierz na rynkach psów korektą,
posługują się greką, a ja łaciną,
"Błogosławieństwa bolszewików" to rodzaj miłości,
której szukam pod kamieniami książek o kosmitach,
kolejny szyfr "Ooch" - tytoń lub chmielak, eksplozja szyszek.
Nie pytaj mnie, historio, o to, czego nie wiem
ja i nie wiesz ty - więc?
Przyszłości żono bądź kochanką dzisiaj,
kochaj mnie jak przelotny ptak,
poruszając skrzydłem jak ojczyzną,
rozbujaj horyzont moich oczu rzęsą,
słoneczne promienie liceum rozpraszają się
w moim ciemnym gabinecie tęsknoty za zachwytami,
wywracam pylony komitetów,
rozbijam szpalty dobrochcącej prawdy,
wysychającej w marsjańskim krajobrazie,
jądra zguboołowiu w bezpiecznikach,
opijam towarzyszki myszy i wpuszczam w maliny,
la la Remp tera ra rwa pter
tu ja rie te te te tjn aat
at at at,
wyjdź z zegara, śpiewaj ze mną,
jeśli jesteś chochlikiem, nazwę cię Alfred,
jeśli jesteś mały jak skrzat, nazwę cię Club Cavern,
jeśli gnomem nazwą ciebie i twoje jaskinie, jak chcesz,
tu zmienisz nazwę na Pink Floyd lub Yes.
Karuzela lat współcześnie współczesno-współczesnych,
karuzela, nie obraź się, Cenzuro, to niechcąco-chcąco
dławiąco rozwiązywalnie,
cóż, doszedłem do drzwi, nie boję się najśmielszych głupców,
doszedłem do samobójczych wzruszeń Jimiego Ha
i popatrzyłem nareszcie w przyszłości spokojnie
poprzez jego oczy przyszłości, glissanda i sprzężenia
pręgierz przygotowany i Rosja obnażona.
Gobi koło Łodzi
Pot leje się po murach odkrytych spod tynku,
krew leje się po półkolach, półliniach, półpłaszczyznach,
wnętrzności przykrywają półpunkty,
wszystkie pingwiny wychodzą nagle z olbrzymiego mózgu
i tworzą krąg,
śpiewają jak ludzie na małym podium lub scenie,
prawda to ich piosenka...
Sznur Dunajca to owacje płaskorzeźb,
pingwiny to zamachowcy
lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,
woda chluszcze wokół, nie mogąc wedrzeć się do wewnątrz.
Podwodne echa to coś jak horror, terror, konfrrontacja,
pedały służą do rozpędzania pojazdów, lewary do podważania,
dywany latające, kwadrygi, sny wzmacniaczy tysiącwatowych,
sny o uszach na wszystko przygotowanych,
wyrywać zgrzebne fakty upodlenia,
przedstawić je na forum ONZ, choćby tak -
on ją katował miłością, ona zadręczała go miłością,
zakochali się na śmierć w Świętochłowicach,
wyjdźcie wszyscy przed dom, który płonie,
popatrzcie na tę zapałeczkę, popatrzcie na tę pochodnię,
na dzieło cywilizacji,
zapraszam na pieczenie Barana przy okazji zagrzeje się Lew
i Szwajcar, który w ostatniej chwili wyrwał drzwi i uratował je z pożogi,
podejdźcie do ognia, struchlali ludzie,
popatrzcie z zewnątrz na swoje społeczeństwo.
Yo - wielka rana to wielka zasłona,
nie chcę presji, nie chcę ucisku, nie chcę pieszczoty,
nie chcę być łaskotany, nie chcę być dotykany nigdzie -
w oczy, serce, język i nawet w piętę -
niech oczy przyszłości wypalą swym spojrzeniem
ranę w moim sercu
jak niezatarte wrażenie lub piętno,
ruch, zgrzyt, cudowne cielsko rakiety w swej erekcji
porusza się jedną setną sekundy, zamiera, znów
jestem poza mną i pożywiam się rakietą w musztardzie,
kolebko indiańskich cnót, łowco, myśliwy,
powiedz do aniołów wśród ludzi, to dopiero jest porządek,
nie taki jak w waszym półświatku,
strażak ratuje wszystko,
mój skorpion cofa się, ale do wejścia,
zresztą do wyjścia wyjść nie wyjdziesz,
tylko się nie bój mojego skorpiona, drogi czytelniku,
spójrz, oto cmentarz Lema, Buddy, Lenina,
spektakl Nowaka, Prousta, Boruty,
spadają latawce atomowe i nikt nie wierzy,
że jeszcze można się porozumieć,
wszyscy się boją.
Manifest płynie przez Atlantyk...
Manifest przemierza Syberię...
kocham mój stolik, wyjmuję rękę spod niego,
kładę na jego blacie,
patrzę, jak drżą mi palce dłoni,
pod moim spojrzeniem uspokajają się,
mój głód stygnie,
moje dzieciństwo się kończy definitywnie,
rampy świecą - pośród rakiet i krów -
prowadzę siebie i małe kotki, biegnące za mną,
słodki mój dom wieczoru
pracą nazywa moje wzruszenie,
idę, idę z ręką podniesioną w górę,
szczęśliwy, zdobywczy ignorant, mały ssak poprzez
GOBI KOŁO ŁODZI.
Mewa i kot
Mewy znajdują sobie miejsce w twoich oczach,
tam wiją gniazda i szybko wydają potomstwo na świat,
gdyż jesteś taki niecierpliwy.
Oracz całe twoje plecy zjeździł już swoim Ursusem,
a ty upierasz się, że twój mózg jest świeżo uprawionym ugorem,
Oracz upiera się, że z tym to on nie ma nic wspólnego,
seans telepatyczny to w stylu Mickiewicza,
seans filmowy to w stylu Ziemowita, Siemomysła, Mieszka, Lestka,
Piasta i całej Ameryki z jej indiańskim jazzem,
zależnie od rodzaju podniety.
Bocian jako uogólnienie jest symbolem,
nie możesz jednego słowa powiedzieć o sobie
jako o świecie osobniczym,
by nie podpierać się przedmiotami z duszy
lub przedmiotami z natury,
zbierasz okruchy niedojedzonego chleba,
jesteś tym, którego wiecznie swędzi skóra w różnych miejscach,
nawet od wewnątrz,
jako nędzarz i włóczęga, napawasz ludzi strachem,
nosząc pełne chlebaki odpadków dla bogaczy,
przyuczony byłeś do zawodu piekarza, ale twój chleb
ze sproszkowanej stali był ponoć niejadalny,
w każdym razie nie był kupowany,
sól sypałeś wprost do oczu kupujących - może dlatego
Twoje myśli pociągowo-helikopterowe
trącą już starożytną doskonałością,
życie w ogniu ma sens jak coś, co daje się poznać
przez ból i skutki.
Filozofia i tak w końcu jest kotem,
który bez pracy staje się pupilem -
dzięki małym, mechanicznym lizusom, z których się składa,
kot jest trudny do zabicia przez dziecko,
taki to podły, wolny okruch,
ale jak kot może porwać gołębia pokoju,
tak mewa wojny może porwać kota, by go oswoić.
Obezwładnia ogrom uczuć
Obezwładnia ogrom uczuć
i pracy nad ich przemianą,
dziewczyna to nie orzeł,
grzyb jak stek,
sen to wielki pochód,
chodźcie za mną śnić,
już niedługo spadną okowy z serc,
gdyż wszyscy razem to wolność sama -
i kobieta, i dziewczyna, i uczennica,
samopoznanie przez samomocowanie z telewizją,
trzeba kochać pod osłoną nocy,
głosy z horyzontu, głosy ze ścian,
tablica i pociąg,
niezżęte zboża lub kopy kłosów
w niewoli kosmosu jak śmierć,
wieczny spoczynek wojny,
ona cię kocha,
tu szkoli się na Cerbera przemian,
wątpi w świat, wątpi w samomocowanie,
boli wielkość kagańca, a nie jego ucisk,
świat w Noc Świętojańską jest filmem
o korupcjach polityków,
czynach lubieżnych sędziów,
piersi chudych wiedźm,
nóżki dziewczynek chudziutkich jak przebiśniegi
to słodycz gorąca,
pal, który kojarzy się z wężem,
ogień trzeba nieść czasem przez krainę lodu
i patrzeć na małe życie
wielkich miast z wysokiego marginesu,
wypalonych, oczyszczonych,
trząść się nocą, słuchać nocą Luxemburga,
i któż z państwa zaprzeczy,
że świat przeżyje bez religii miłości
w uczuć katakumbach
i cóż - jest w każdym to cmentarzysko całopalne starszyzny Wolinian,
to fascynuje jak Noc Kupały,
korona Kazimierza Wielkiego odnaleziona w Palmirach,
rodzina, która walczy z komunizmem w Wietnamie,
potwory, choćby takich codziennych, dziennych dzienników
o demokracjach proletariatów,
nieobecnych fabryk kombinatów,
azotowych stalowni, stoczni znów pogańskich,
zbliżają się wybory, a tu krzyż zobowiązałeś się nieść,
wejdź, chodź, bądź,
mój czysty, świetlisty bursztynie,
wybieraj światło w ciemno, jak tu wszedłeś,
kto tu wszedł - bezgrzeszny do KC,
ten zobaczy czasu - koniec.
Na Podlasiu
Na Podlasiu bieda i przepiękny, poranny krajobraz,
nad polskim morzem po wielkich burzach ruiny kościołów,
poeci myszkujący wśród wydm,
szukający na plażach legend współczesności zamkniętych w muszlach,
na Świętym Krzyżu sama rozkosz dla oczu,
aż do Kielc widać historię i gołoborza socjalizmu - oby tak dalej,
w Warszawie same skażenia i nastrój rodzącej się kultury
małych, bezsensownych elementów w brzuchu i przestrzeni,
nad Soliną romantyczni drwale, walczący ze sobą
w stylu kung-fu pod budką z piwem,
na Żuławach śniadanie plus deser ciekawostek atmosferycznych,
na Rynku w Krakowie coraz mniej wolności, za to
w słońcu przybywa prawdziwego piękna,
w zielonogórskim kombatanci świadczący o krzywdzie,
jaka dzieje się starym i biednym kościuszkowcom,
ale także o tym, że Polska była tu i będzie biedna,
w Częstochowie raport służący profilaktyce,
zabezpieczający każdego przed niepokojącymi myślami
o emigracji do Związku Sowieckiego -
ten raport świadczy o tym, że wszędzie tam czyha
wspaniałość, której nie widać,
której nikt nie dostrzega,
która, jeżeli nie może być duchowa,
to pewnie jej nie ma.
Cienka nić cierpienia
Tak trudno jest zrozumieć,
że ta cienka nić cierpienia jest koniecznością,
chociaż się rwie
jak zwykłe życie,
twoje słowa są o wiele mniej potrzebne,
by zrozumieć dziś bardziej niż jutro,
nie zmieściłeś się w jej kryształowej formie
pojęcia, ukochany,
nie mogła być ideałem, na który patrzy się
w pozycji wertykalnej.
Starsza mężatka, choćby zdziwiona,
gotowa dać ci cały swój świat, choćby w kinie,
biorąc jej dłonie w swoje, kładziesz na kolanie,
wtedy panika ogarnia tłum jej mężów,
na myśl o tym teraz dostajesz epilepsji śmiechu,
ale wywiodłeś ich w pole.
Jedna kobieta oddała wszystko
i odeszła, nie zaspokoiwszy cierpliwości,
taka wspaniała w swej wierności,
inna kobieta stanęła na placu boju,
by sprawdzić, że czujesz się jak embrion,
że tysiące razy w myślach wślizgujesz się
do jej matczynego łona,
by tam skulić się jak płód królika i zasnąć,
czekając na prawdę o wiecznej miłości,
bojąc się krematorium mózgu,
i tak pragnąc samej siebie w ogniu,
odwzajemniała pożądanie, doprowadzając do zgodnego:
- To nie ma sensu w tej chwili, poczekajmy -
Patrzyła, zdradzając swe życie, przyzywając ciebie
Odchodzącego,
tak zbędna już jak wstyd.
Paliwo bólu jest potrzebne, by rakiety i głowice mogły powstać,
by miłości imperium mogło obronić się przed modami zła
bez grzechu i cierpienia.
Koń przeskoczył Wołgę
Nie wypuszczę cię, tak jak Liv Ullmann,
będziesz moim pawianem, kukurydzo amerykańska,
ty pijaku - bijatyki urządzasz w wagonach,
bezpieczeństwo państwa narażasz,
nie będę tolerował twojego lekceważenia
miesiąca filmu radzieckiego,
jestem wiatrem wiejącym od Huty Warszawa,
koń ma rogi, które wyprostowały mu się -
naprawdę -
mrużył wtedy oczy i kupował bilet do kina,
na film Bergmana,
cieszył się, gdy czytał w gazecie o Ernście,
że świat czeka na jego kukurydziane pokłosie,
listonosz zanotował: bije dzwon, mąż bije żonę,
pantoflarz bije pianę, ZOMO bije szyby w kinach,
a wojsko się biczuje na trybunach,
papież jest autentycznym facetem -
powiedzieli tak w "Monitorze Rządowym" -
ale był przecież aktorem,
świat zaznacza swą obecność piosenkami,
nie w ciszy, nie w ciemnościach,
ja lubię kolory i młode zespoły punkowe,
dlatego nie rozumiem, dlaczego mogę się
porozumieć w sprawach światowych
tylko z podstarzałymi generałami,
nie, to nie była muza,
nie, to nie był aktor,
pozostały pytania z pierwszych rzędów -
dlaczego nie daje ci to spokoju?
Koń przeskoczył razem z jeźdźcem
Wołgę i Don ruszył na zachód,
a za nim na taczance naga Liv z Ernstem,
jak Breżniew przykazał.
Odpowiedzi
Papież na tle Domu Partii w Warszawie,
otoczony tygrysami wyglądał wspaniale,
zachwycił mnie, gdy wjeżdżał
razem z nami w Nowy Świat.
Papież wystartował z Balic samolotem
i oddalił się ponad górami do Rzymu,
setki komandosów deptały
ten sam pas startowy wcześniej i później,
bezskutecznie szukając odpowiedzi
na pozostawione przez niego pytania,
tyle razy zachwycali generałów,
wkraczając w dwóch rzędach
na ciemne rampy, spuszczone z tyłu samolotów,
gdy znikali w otchłaniach wojen
pod ogonami samolotów desantowych
i nie znaleźli odpowiedzi na pytania
pozostawione przez jednego zgarbionego staruszka w bieli.
Czy teraz, tak jak kiedyś,
chcemy zachować pokój,
gdy obce łapy szukają naszych rąk,
by pogratulować poddaństwa,
gdy Partia szuka naszych rąk
do odrąbywania,
gdy bezpieka wciąż otwiera
nowe rany w umyśle społeczeństwa,
gdy u nas coraz mniej ludzi mających nadzieję.
- Szaleńcy, szaleńcy - wołał papież,
nie wolno wam w zachwycie nad materią
wywoływać wietrznych gonitw grożących
śmiercią narodom,
nie wolno prowokować wiatru
w oczach, w sercach,
które staczają się w rozpacz,
jeżeli nie potraficie odnaleźć odpowiedzi,
którą on niesie.
Natchniony
Gdy byłem natchniony,
napisałem do ciebie list,
śmiałaś się z niego długo,
jeszcze teraz słyszę twoje spazmy radości,
gdy byłem natchniony,
oryginalne piękno odkryłem w miłości
i opisałem ci dokładnie
cień za twym lewym uchem,
który pokochałem i który pożądam,
pamiętam jeszcze twoje krótkie słowa
i dziwne spojrzenie,
uwierz, byłem natchniony,
musiałem o tym napisać do ciebie,
i cóż z tego, że miałaś inne wyobrażenie
o mnie i moim uczuciu,
teraz, gdy już tyle godzin jestem sam,
gdy wracam do domu w apatii,
gwiazdy sypią się na moją głowę,
na wielkim nocnym niebie,
znacząc ogniste smugi od horyzontu po horyzont,
wszystko, co żywe, wstawia się za mną,
wszystko, co natchnione,
a ty tak kochałaś mnie,
lecz ja napisałem ten list,
w którym prosiłem ciebie o to, byś choć przez minutę
stała na ruchliwym skrzyżowaniu,
trzymając w ręku małą gąskę
lub oddała mi jeden swój sen w zamian za jabłko.
Byłem natchniony, gdy żądałem słońca, wody i wielkiej ryby,
w której mógłbym się skryć,
a ty tak bardzo przestraszyłaś się mnie,
taki wstręt wywołał w tobie mężczyzna,
któremu drżą ręce z natchnienia.
Śmiałaś się ze mnie, związanego powrozem
jak jagnię gotowe na rytualną śmierć.
Oczekiwałaś krwi, a nie obrazu,
ty boisz się ryzyka nieskończoności,
a jestem tylko krzyżem łotra dla świętości,
dziś, gdy natchnienie rozwiało się jak mgła,
a gwiazdy wszystkie już spadły,
podobałbym ci się znów -
taki spokojny i głupi.
Miłość poza nawiasem
To tylko miłość.
Znak -
to miasto nad jakąś rzeką,
to pochylony nad stołem człowiek,
słońce czerwone do połowy,
skryte za zielonym, lesistym wzgórzem,
zachodzące nad lotniskiem i portem,
znak -
to tylko znak,
miłość poza nawiasem życia
i miłość jak zwiastun nowego życia,
możesz tylko patrzeć, obserwować, oceniać
ekscesy światła słonecznego,
gdy zamykasz oczy, wiesz tylko jedno,
gdy naprawdę kochasz,
w twojej duszy nie ma nic innego,
wtedy wiesz - to tylko miłość i ona -
symbol słońca,
cały ty wówczas jesteś znakiem,
tylko patrzysz, klasyfikujesz sytuacje,
szufladkujesz ludzi, ogrody, dworce kolejowe,
to tylko miłość i ona -
akadyjska alfa i grecka omega,
to żebrak w przejściu podziemnym,
to rozpacz w domu samobójcy,
to rozpruty spadochron,
to pierwszy wystrzał na Westerplatte,
widzisz tak dużo rzeczy ukrzyżowanych
i czujesz, że cały jesteś wielkim zwiastowaniem,
a to tylko ona i miłość,
z którą nie wiesz, co począć,
którą zwrócono ci przed chwilą
lub już w dzieciństwie,
ziarenka piasku drażnią cię jak małżę,
zaszczepione w twej głowie,
pył złoty gryzie w oczy,
patrzysz na świat rewolucyjny, obcy
i porzucony nad Wisłą trzymasz w dłoniach
coś, co będzie jak symbol, jak znak,
cokolwiek by to było,
a na razie jest palącą jak samotność miłością,
to tylko miłość i ona,
oni kłamią, mówiąc - to zaślepienie
i uwielbianie samego siebie,
a ty wiesz, to ona i miłość,
to zapomnienie o cierpieniu i śmierci,
to znak nieznośnego,
ale jednak życia.