Piotr zapytał - Alek Skarga
1.42 zł
1.18 zł
(1,21 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Modlitwą i pracą
wizje się tłumaczą
na język Padołu,
między Indianami na język Manitou,
między jałowcami i kolumnami Edypa
na przesiadywanie w beczkach.
Modlitwą pospołu
jak mnogie zastępy bogatą
w aniołów,
w ludzi,
w zadumanego młodego człowieka,
który musi umrzeć
zaraz.
Pożądania się tłumaczą
w społeczeństwie nastawionym
jak tokarka albo dziennikarz.
Modlitwa dzierżyć może prym
w środkach przekazu nakazów,
w wewnętrznej potrzebie Jana
nie musi zwyciężać Kowalski
pędzący autostradami najszybszym samochodem
na polowanie na dziewczyny.
Gdy modlić się zacznie nie tylko ustami,
spuścić racz, Panie, odrobinę łez
na Padół, ten Padół w czasie deszczu -
niekoniecznie powodzi,
niekoniecznie wichru -
zwykłego dżdżu.
Odrobinę łez
z powodu sąsiedzkiego krzywopatrzenia,
z powodu pomyłki kosmetyczki.
Odrodzi się prawdziwa modlitwa wówczas
w każdym Janie Kowalskim -
ja akurat jestem w to
wierzący.
Czemu tego nie powiesz... jemu?
Jego pies tak łasi się do ławy,
lewy tytoń z Bałkanów dał ci
na drogę dzisiaj,
a ty kryjesz przed nim konieczność
wycięcia suchych drzew,
które zasadził w młodości.
Skuteczne korespondencje lotnicze
są pierwowzorem demokracji,
kulawa czereśnia spadła z dinozaura,
ale na szczęście to nie był
jego dinozaur.
Jaki chleb, jaki schab, jaki joker?
Przeplatane psy, przeplatane powroty,
przeplatane wszystko.
No, czemu, czemu, no, czemu?
Szmaty, butelki i tektura - temu!
Polak buduje sobie dom,
a niech te żółwie Madagaskaru
wreszcie dojdą do imperium.
Ural - jaki Ural?
Zimno - jakie zimno?
Następna rewolucja Pana Miszki zwali
już wszystkie cokoły
i wreszcie skończy nieopłacalną
produkcję suszu i korków z czereśni.
Zgrzebne banki w paski niebiesko-zielone,
kłusownicy eksportujący zasady moralne
i wnyki do puszcz pełnych sitowia.
Kierbedź na winie,
wino na Poniatowskim,
luksusowy temat na wieczór w Bydgoszczy.
Zapal już tego papierosa
i idź na spotkanie,
jego otwarcie kiszek nie jest oczekiwane
przez skrzydlatego.
Szatan pytał dziś o duszę słabego,
nie otrzymał jednoznacznej odpowiedzi
ze strony środowiska trucicieli.
Czemu tego wszystkiego nie powiesz... jemu?
Panie, Twój Grób w Jerozolimie
ponad moim grobem,
ponad grobem ludzkości.
Przenosimy, my, ludzie, swoje groby
w nowe miejsca bitew,
zapełniamy je w nieskończoność
ciałami nieprzyjaciół i ludzi, których kochamy.
Twój Grób, Panie, wciąż ten sam,
jedyny, u stóp Golgoty,
na Miejscu Czaszki Adama.
Twój Grób pusty jak grób Adama,
cała Jerozolima jest cmentarzem
królów, narodów, państw i mitów,
pod jej murami spoczywają
wszyscy herosi od czasów Ewy,
w jej Dolinie Jozafata czekają oni na sąd,
na Twój sąd, Panie, który jesteś stąd.
Którą wykarmiła Kolebka Jezreel
walczącą o trony ludzkość, zrównują groby,
zabijających w imię religii jednoczy ziemia,
która przyjmuje ich prochy jak zbędne kadzidło.
Kiedy nastanie pokój pod tym
wciąż czynnym wulkanem cywilizacji,
wtedy nastąpi pokój na Ziemi.
Ty, schodząc znów z Góry Oliwnej,
wejdziesz przez Złotą Bramę do miasta pokoju,
mijając w szpalerach salutujące groby
i nas, synów człowieczych,
błagających o miłosierdzie,
błagających wreszcie o jedność w Tobie,
rzucających liście palmowe, ścielących płaszcze,
składających dary i kadzących jak zawsze -
mijając w milczeniu.
Cień ameby nad Zachętą,
animatorka mieni się jak witraż antykościelny.
Przed ołtarzem całopaleń autorytetów,
ołtarzem na cześć Lenina,
nikczemny cień ameby
wyliniałej, choć podmalowanej,
z kredką na wargach,
z leśnej głuszy,
z Bitwy pod Grunwaldem.
W Muzeum Narodowym Kordian
wymachuje halabardą nad głową afiliantki,
halabarda frunie do wyspy magnetycznej
wyrwana z ręki,
ścina po drodze przypadkowo głowę Lenina,
a wolny kat Jaruzelski przemawia w telewizji
znów w symbolicznym dniu 13 grudnia 2000 roku.
Polska Akademia Nauk zastanawia się
nad wnioskami o tytuły naukowe dla byłych esbeków,
kobiety odmawiają różaniec
pod kinem "Wanda" w Krakowie
przed premierą filmu o wypaczeniach Chrystusa.
Po Jaruzelskim występuje w telewizji wściekła krowa
z loży Propaganda 2 i oskarża Wielki Wschód o skażenie paszy.
Teatralna kłótnia w gronie animatorów,
ameba niepolska stoi w Sukiennicach
na dwóch nogach i na jednej ręce,
wymachuje pawim piórem jak czapką,
śmieje się i rzuca oskarżenia wprost w Kordiana -
oskarżenia przyklejają się do jego twarzy,
on stara się je zdzierać i odrzucać na bok,
jednak bardzo kaleczy tym twarz.
Niespodziewanie Leszczyński klęka
obok Kościuszki na Rynku,
coś szepce mu do ucha.
Animatorka rzuca macewę i meteoryt,
który leci przez historię
i upada do stóp Karola Wojtyły,
nie czyniąc mu krzywdy.
W Kalwarii Zebrzydowskiej
Szatan kusi papieża -
daremnie.
Szatan kusi naród -
nie nada.
Naród kusi młodych artystów -
...
Znamię rewolucjonisty na czole,
w oczach błysk pioruna,
aura wokół niesamowitości -
oto wielki człowiek Stalin.
Jego imię zna cały świat,
o nim dzieci śpiewają pieśni,
on zna serce człowieka jak nikt -
oto wielki człowiek Stalin.
Wiele uczynił dla ludzkości,
wyzwolił ją z odwiecznych okowów,
pozwolił śmiało popatrzeć w przyszłość,
małym dzieciom darował radość.
I choć działalność dla ludzkości prowadził pod pseudonimem,
możemy odważnie głosić na dachach, że Stalin
"To nasz Wielki Odwieczny Brat!"
godzien Nagrody Nobla,
godzien statuetki Oskara,
godzien statuetki Feliksa,
godzien statuetki Matriksa,
godzien statuetki Urbana,
godzien diamentowej spinki,
godzien czerwonej gwiazdy z szarfą,
godzien szarfy i fartuszka,
godzien młota i sierpa,
godzien młotka i kielni,
godzien ekierki i cyrkla,
godzien Orderu Uśmiechu,
godzien Medalu Drogi Mlecznej,
godzien wszystkich brzęczących medali,
godzien nagrody polityka roku w Europie i Azji,
godzien nagrody Gospodarza Roku,
godzien nagrody Gościa Wyczekiwanego,
godzien nagrody Przedsiębiorcy Miasta i Wsi,
godzien nagrody sołtysa roku,
godzien nagrody kapłana roku,
godzien nagrody strażaka roku gaszącego o zmroku,
godzien nagrody samorządowca tysiąclecia,
godzien nagrody prezydenta tysiąclecia,
godzien nagrody stratega milenium,
godzien nagrody największego przywódcy ludzkości,
godzien nagrody filozofa wszech czasów w całym świecie,
godzien nagrody pisarza wszech czasów Pen Club,
godzien miana największego społecznika,
godzien miana Kosmonauty Uciskanych Zwierząt,
godzien Wielkiej Nagrody Leninowskiej,
godzien Nagrody Rewolucji i Postępu,
godzien Nagrody Kochających Wszelako,
godzien Nagrody Niosącego Światło
i wreszcie
godzien Wielkiej Nagrody Stalina,
i w końcu
godzien Wielkiej Nagrody Węgrzyna.
Moje klaustrofobie w dorzeczu Wisły
okazały się cennym balastem.
Opadnięcie na dno Narodu
okazało się cennym doświadczeniem.
Przybyłem nad tamę, z której zrzucono ciało
Księdza Jerzego,
popatrzyłem na błyszczącą wodę rozlaną szeroko,
w której przebywał święty
z workiem kamieni przeszłości u stóp.
Moje serce zapałało wiarą i nadzieją,
ściśnięte serce nie uroniło krwi,
wody mętnej Wisły obmyły moje rany,
które były już tymi samymi
tysiącletnimi ranami Narodu.
Moje klaustrofobie przy ujściu czasów
okazały się cennym balastem,
który pozwolił mi opaść na dno sumienia.
Zaryłem w mule grzechu i rozpaczy
i zobaczyłem zmartwychwstałego Chrystusa
w delcie otchłani kosmosu.
Moje serce zapałało tym samym ogniem Księdza Jerzego,
z syczącej wody wydostałem się jak morska torpeda,
by poszybować do Warszawy parabolicznym lotem tęsknoty,
wyrwany z klatki światowej beznadziei,
znalazłem się w milionowym tłumie na Placu Piłsudskiego
naprzeciw krzyża i stuły - kotwicy narodu.
Moje klaustrofobie upuszczone w piruetach
na Karowej, znowu potoczyły się
w kierunku nadbrzeżnych zarośli, nie wytrzymując
presji niebieskiej kopuły nad bohaterskim miastem.
Wrzuciły w błogosławiony nurt nieśmiertelności
ten sam gejzer znerwicowanej nadziei,
by działał przez pokolenia
jak reaktor - źródło niezniszczalnej energii.
Lekki kwietniowy deszczyk
skrapiał czarną dermę
mojej dziurawej tureckiej kurtki,
gdy śledziłem tokujące czajki,
na łączce pośród wzgórz
rozczochrane wierzby
wypalone przez młodych pogan
zamiatały niebo naprędce,
gdy mijałem je, schodząc do ludzkich siedzib.
Skowronki - obywatele wiejscy - dzwoniły na nieszpory,
jeszcze nie w niebie, jeszcze w gałęziach drzew.
Pierwszy żonkil w ornym polu, eksplodujący jak wulkan,
zszokował mnie bardziej niż
skromne mlecze i zawilce na środku błotnistej drogi.
Jasnozielone, przykrótkie listki brzozy,
nieśmiałe nastolatki,
migocąc zalotnie, sprawiły, że odwróciłem wzrok,
wstydząc się patrzeć na wiosnę w negliżu.
Złamałem łodygę zeszłorocznego suchego ostu
raniącego dziewiczość wielkanocnego popołudnia
czystolicej pogórzystości.
Schodząc w oczerety życiodajnej narodowej rzeki,
mając przed sobą komin elektrowni w Połańcu,
musiałem ustąpić drogi motocyklistom
z warkotem wdzierającym się na Yamahach
w ostatni wolny lasek, w ostatni swobodny wąwóz,
w ostatni niepokalany, zawstydzony krajobraz.
Wiatr wieje,
leszczyna rozpędza się,
morwa zaczyna szaleć.
Zmierzwione witki wierzby
układają się w portrety
z okładek winylowych płyt,
moja głowa zmęczona porannym bólem
napina się od tęsknoty,
tężeje jak cięciwa łuku refleksyjnego
zatrzymana dla światowej energii
strzały miłosnej,
nakierowanej w kosmos.
W wietrze budzą się rude samochody
terkoczące jak cietrzewie i klekoczące jak bociany,
ostatnie z epoki przedpoduszkowej.
Ryby i pluszcze w chmurach,
pierwsi górale przytupują pod sklepami,
tam, gdzie krzątają się jeszcze
roratni sprzątacze i księża.
Blady księżyc rozpływa się
nad stropami blokowiska
w chmurze gołębi,
puszczyk na kominie piekarni
wydaje ostatni ostrzegawczy pisk,
robotnicze myszy uciekają gdzie mąka nie rośnie,
zanim słońce wstanie,
wiatr wyczesze skwer z papierków po cukierkach
i pozrywa z drzwi wyborcze plakaty nienawiści,
morwa się znów zazieleni w październiku,
a moja głowa powróci od morwy do normy
nad gazetą z artykułami o wschodach słońc
na obcych planetach.
(Wszechczasowe, wszechprzestrzenne pary ostrowów wieczornych).
Dwie odnogi rzeki padające sobie co pewien czas w objęcia
na pożegnanie, na powitanie, na pożegnanie.
Dwie wielkie stopy Sokratesa smagane wilgotnym wiatrem,
pomalowane czerwonym sprayem przez prawnuków Bolesława.
Dwie zasuszone gałązki jemioły przywiązane do zielonego przęsła mostu Tumskiego,
kołyszące się w takt kroków zakochanych wchodzących na most.
Święty Jan Chrzciciel oblewający wodą z muszelki
beanki uczuć niespotykanych,
naprzeciw świętej nastoletniej Królowej rozdającej
indeksy, certyfikaty i dyplomy,
mężczyznom dzielącym wiek umysłowy przez wiek życia.
Ojciec grający na flecie pastuszka
obok swej córki wystukującej rytm na bębenku dawidowym,
przycupnięci na ławeczce przy nadbrzeżnej alejce.
Narzeczeni kręcący się jak bąk w kajaku na środku rzeki.
Siwobrody staruszek z gitarą w ciemnych okularach grający "Barkę".
Czarnobrody zdezintegrowany aktor bez spadochronu,
za to w czarnej pelerynie,
przy fontannie Nepomucena uczący się roli na głos.
Zakonnice niemymi ustami szepczące rozgrzeszenia
wystraszonym kochankom wieszającym kolejną kłódkę na moście.
Transkrypcje Segovii dźwigające na sobie strofy Szekspira
ponad głowami spacerujących katedralnym traktem Bolesławowem.
Dwa rzędy nadbrzeżnych latarni
nurkujących za swoim światłem w ciemnobrązowej rzece.
Dwaj chłopcy na drugim brzegu rzeki
spotykający się na muzealnej górce,
by rzucać gałęzie akacji do aportowania swoim psom.
Dwa łabędzie z pokrzykiem tęsknoty
przelatujące szybko nad wyspami.
Pięknie uformowany cisowy krzak w biskupim ogrodzie
i dziecięca czapeczka z włóczki kiwająca się na jego gałązkach
w rytm zielono iglastych podrygiwań.
Para młoda klęcząca w katedrze
przed świętym Janem Pawłem II udzielającym im ślubu
w kolorowych zonach witraży przepuszczających światło Wschodu
w kierunku kaplic i ołtarzy Zachodu.
Polski latarnik i latarnie gazowe
ze swym mistycznym światłem historii kluszczanej.
Wieże katedry smagane elektrycznością,
pulsujące jak atomowy reaktor,
katedry szykującej się do startu w ciemnogranatowe przestworza.
Załzawione, lekko zmrużone okna Uniwersytetu, prawie z iskierkami łez
podglądające stado kaczek przy kolacji na środku Odry,
szykujących się powoli do chybotliwego snu
na przewalających się, szumiących skibach.
Rzeczna toń dziewiczego falowania,
w której zagłębiają się świetliste słupy miasta.
Księżyc pod rękę z gwiazdą wieczorną pojawiający się nagle
jak przypomnienie żłóbka, jak wspomnienie Orientu, kolebki ludzi i ptaków,
sprawiające, że oczy świętych na nieruchomych cokołach
zwracają się nagle w jednym kierunku,
a ich spojrzenia otulają mężczyznę i kobietę
dotykających w tej czarownej chwili swoich bladych dłoni.
Dwa anioły pląsające na ceglanym murze łączącym
taflę wody z ławeczką w biskupim ogrodzie.
Dwie gotyckie dusze zachwycone sobą,
przelewające się powoli do jednego kielicha wspólnego życia
oraz
cienie poetów i rzemieślników
nawiedzających od tysiąca lat kamienne zaułki
ciągle żywej tumskiej starówki,
wyłaniających się z jej duchowego światła
jak nowo zrodzone nadzieje.
Transcendentny kwiat
zakwitł w świętojańską noc
pod jasnymi gwiazdami,
nagimi symbolami czasu.
Kwiat rozwinął pierwszy różany płatek -
czerwony - nostalgii i wspomnień.
Potem wzrósł drugi różany płatek -
żółty - pragnienia i rozdarcia.
Wreszcie pojawił się trzeci różany płatek -
purpurowy - podróży i namiętności.
Po chwili uniósł się w górę
płatek pachnącej lilii -
kremowobiały - prawdy i dziewictwa.
Za nim rozchyliły się nieśmiało dwa jęzorki lilii górskiej -
pomarańczowe, cętkowane - emocji i pieszczoty,
a wówczas począł wysuwać czubek noska
płatek lilii pachnącej jak cały Orient -
złoty - poznania i odnalezienia.
Z dna kwiatu w końcu wychynęło
wiele delikatnych płatków niezapominajek i bławatów -
niebieskich szalenie - jak podróż w górę zmartwychwstałej miłości,
by w końcu ukazać się mogły skłębione fale morskie
płatków najrzadszych ziemskich orchidei -
we wszystkich kryształowych kolorach tęczy -
tęsknot, oddania i zjednoczenia.
Kwiat transcendentny zachwyca,
kwiat transcendencji pachnie,
kwiat miłości odwiecznej
oddanej ludziom,
nieupadłej pomimo grzechu,
na zawsze w nim zaklętej jak absolut,
wciąż się rozwija,
wciąż rodzi nowe kształty, kolory i zapachy,
gdy zakochani prawdziwi poza czasem
patrzą sobie w oczy
w kolejną świętojańską noc.
Lorelei dzwoni do mnie co rano
ze swojej skały na Renie,
ja odbieram te telefony
za każdym razem w innym miejscu -
a to na Krywaniu Baców i Janosików,
a to w Grocie Króla Gór,
a to znów na statku Waza,
a to w karawanie do Petry.
Gdy właśnie byłem na kosmicznej stacji Alfa,
dostałem MMS-a wstrząsającego -
zobaczyłem ją, jak szlocha
nad przepaścią pośród burzy,
a jej włosy jak warkocze wszystkich komet
wplątane są we wzburzone fale rzeki.
Zamarłem z przerażenia.
Natychmiast zrobiłem słodką fotkę
z wiatrem słonecznym nadlatującym
od strony supernowej królów
i spróbowałem wysłać ją
mojej nagiej, drżącej Lorelei.
Nie udawało mi się to,
traciłem wciąż zasięg,
przelatując nad Syberią i Workutą.
W sumie to dobrze się stało,
jak się okazało po chwili -
na mojej fotce była jakaś kometa,
która w powiększeniu jawiła się
ogromną bryłą lodu,
a jej warkocz śniegiem białym.
Na ciemnej stronie komety
widniał wielki czerwony symbol -
skrzyżowany sierp i młot oraz broda starca.
Zasnąłem przy próbie skasowania foty,
telefon wypadł mi z rąk,
a potem z Alfy gdzieś nad Donem