Piotr zapłakał - Alek Skarga

Kup ebooka

1.42 zł
1.18 zł (1,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Łzy to skarb

Powiedz, że to prawda, że łzy to skarb.

Nie skarż się, powiedz niełamiącym się głosem,

otrzyj łzy, powiedz -

łzy są okupem odzyskanej wolności.

To twoja eksterioryzacja,

ja nie stoję nad tobą

jak kat nad dobrą duszą,

nie czyham na nie.

Mróz zamieni je w całe kontynenty,

a może nawet w galaktyki i ciała niebieskie -

takie jak kiedyś, gdy bawiliśmy się

w wojnę światów, a ty nie chciałaś być

Afryką ani Merkurym, tylko Neptunem,

a ja gwiazdozbiorem Wielkiego Psa, tylko Ameryką.

Był środek lata,

twoja sukienka stała się całkiem mokra.

Sami na planecie tortury

trzymaliśmy wspólnie patyk wbity w ziemię

jak dźwignię akceleratora.

Oparci o siebie, przytuleni w Dolinie Śmierci

nie wiedzieliśmy jeszcze, czy wystartujemy.

Szeptałaś - powiedz, że jest jakaś nadzieja

na zestalenie, na zjednoczenie, na wielki mróz,

a ona była w tęgiej minie kapitana,

gdy pociągnął dźwignię i ruszyliśmy.

Płakałaś ciągle w moich ramionach,

niech Bóg nas prowadzi na Trytona -

tam łzy zamarzną, uleczysz duszę i oczy,

dostrzeżesz mnie wyraźniej, stojącego obok.

Nie jestem kosmicznym fatum,

chociaż wyglądam jak asteroida,

jestem elegią gwiezdnej wolności zaledwie

przeżytych dni, przeczutych sposępnień,

przegranych gier w te wojny światów.

Ty jesteś moim okupem, a ja odwiecznym ukojeniem,

choć nie mam już dla ciebie łez

tak cudnych jak rosa widzialnych bytów,

odpadły jak sople z powiek, gdy patrzyłem,

jak odlatywałaś z kapitanem wieczność.

Odpadły od oczu, od twarzy, od życia,

które zapadło się w moją jaskinię

miłości pangalaktycznej, ponadcielesnej.

W całym Uniwersum nie ma już nikt

takich jak twoje diamentowych łez.

Piękny sen nad Modrym Dunajem

Piękny sen nad Modrym Dunajem,

smyczkiem posługujemy się jak rybą,

zbliżamy się do Park Prater

z zegarkiem za dolara.

Piękny sen nad Modrym Dunajem,

kopią już się nie posługujemy,

kręcimy największą karuzelą dziejów,

Turek wciska nam kolejne podróbki

na Mexikoplatz,

karnawał oszustw trwa.

Piękny sen nad Modrym Dunajem,

do Mohacza odpływamy, by ratować Belgrad,

ani przechodzonych aut, ani śladu Turka

w Strigonium Szczepana, strażnika rzeki,

Kingi i Jolenty różańce wymieniamy.

Piękny sen nad Modrym Dunajem,

kamienie spławiamy spod katedr

Batavis, Vindobony i Aquincum

z Carnuntum przez Gerulatę

do Seksaginta Prista,

potem same toczą się

przez Razgrad do Warny,

a tam razem z nimi

Król Władysław rzuca się w wir spraw,

nie chcąc być na dnie historii,

i wstrzymuje jej bieg.

Przez to Morze Czarne wylewa

i mamy potop turecki, zupełnie obcy.

Piękny sen nad Modrym Dunajem,

zanim Kozacy zakołaczą do bram Stambułu,

złupią i Warnę.

Nie zechcą im otworzyć -

to wielki błąd strachu,

czajka staje się jaskółką.

Piękny sen nad Modrym Dunajem,

chociaż cesarz zbyt światły

zlikwidował niektóre klasztory

i przywileje imperium,

wpływamy na losy marzeń,

gdy Janczarzy z kapeli Ivanoviciego

zawodzą po przegranej potyczce.

Zdobywamy za pierwszym podejściem

i Wiedeń, i Stambuł.

Morze Czarne jest modre,

krew osiadła na kamieniach,

dusze kupców i rolników tańczą walca na falach,

zwycięstwo lud północy

wydobywa z piersi i pieśni,

a my pierwszy raz oglądamy

perfekcyjny bazar owocowy -

ryba i smyczek Turków niewolą.

Tęskniąc za niebytem

Tęskniąc za niebytem

w chwili załamania koniunktury,

dochodzisz do konkluzji -

posłużenie się antymaterią nic nie da,

to nic nie zmieni.

Przeorałeś już niebo swoim duchem i ciałem.

Ogromna koleina wyżłobiona w hadronach zachwytu,

wyrwa w chmurach jak elegia bólu,

nic tego już nie zabliźni.

Niebyt po fakcie bytu

tylko przyciągnie żyjących innych desperatów

depresjami zmienionymi w fajerwerki astralne

atrakcją kosmicznej katastrofy twoich łez

i ta ostatnia kładka krwi zostanie zerwana

pod ciężarem obserwantów najlichszych,

przebogatych w doznania.

Tęskniąc za ucieczką do gwiazd

w chwili załamania dekoniunktury,

nie wypełnisz mojry odwiecznego trwania

w boskich koleinach ludzkiego bytu,

które przystoi właśnie herosom czasów,

humanocentrycznym zmianom materii i energii

w kolejnych odsłonach ekspansji.

Rana na niebie to jednak

nie rana twojego całego życia -

tamta nigdy się nie zabliźni jak ta

po pęknięciu serca w uniesieniu.

Pulsar twojego cierpienia

zachwyci jak byt odwieczny,

a tęsknota za nim

stanie się energetycznym tłem uniwersalnym,

światłem z Faros

dla rozpaczliwie szukających drogi powrotu.

Z bukietem w butonierce

Gdy przemierzałem rajski ogród,

zrozumiałem w zachwyceniu,

że wszystkie jego kwiaty są moje.

Gdy zawróciłem do wejścia

i szedłem po swoich śladach,

rzeczywiście te boskie kwiaty

łasiły się do mnie jak koty -

biegły za mną, podskakiwały, nawoływały

jak za przewodnikiem z sezamu piękna.

Obok mnie i za mną truchtały,

wskakiwały mi same na ręce,

przytulały do policzków i lgnęły do piersi.

W bramie wschodniej

odsunąłem je delikatnie od siebie,

ułożyłem do snu jak dziatwę,

zasypiające uniosłem do warg.

Pomyślałem nawet,

aby skomponować artystyczną ikebanę

z nich i z drobnych zwierzątek rajskich

na wypadek niezbyt człowieczej śmierci,

jednak wyszedł mi tylko przeobfity breughlowski bukiet

pasujący idealnie do drewnianego wazonu serca.

Uwierzyłem w ich przywiązanie do końca

i oddanie moim salonom mód,

wróciłem z raju wprost do przymierzalni smokingów

zbyt wielkich na jeden kwiat

z bukietem w butonierce.

Dedyskryminacja

Niekantowskie dyskryminacje podległych rabat

powszechniejsze na ziemi publicznej jak niebo -

oto paradygmat z Królewca

wzięty żywcem, niezbędny.

Pytają - co sądzisz o czerwonej drodze kwiatów?

Odpowiedz, póki nie jest za późno,

póki nie zakażą ci w ogóle mówić

o kwiatach,

choć wiesz, że są zbyt poprawne i naprawcze,

nie tak jak kantowskie zeschłe liście,

co natenczas już znaczą niewiele,

oczy w nich ukryte o wiele więcej,

jak paradygmat dogmatu publiczności

odnogi prywatnej drogi.

Wędrowiec wie, jak się idzie,

kwiat wie, co ma począć w lecie,

droga nie wie.

Pytają - ale czy ty wiesz, co sądzić

o drodze kwiatów?

Jeżeli wiesz, to powiedz,

aby nie było za późno.

W miłości i nienawiści do siebie

znów rodzi się kantowska myśl,

powstaje nieludzkie pojęcie.

Zabiegaj o dedyskryminację

podległych szans w zapachach lata,

które ściga cię w każdej alejce

szkicowanej uczuciem.

Potem nie pozwolą mówić o niebie,

potem nie pozwolą mówić o kwiatach,

potem zapomnisz o tym, kim jesteś,

potem nie pozwolą ci pamiętać.

Chociaż kwiaty z nieba spadać będą zawsze,

to może być rzeczywiście dogmatyczną przeszkodą

dla nich, zdeterminowanych, którzy mówią -

z deszczu wzięli się ludzie i ze snów,

a ty skąd - z samego nieba?

Nie rozśmieszaj ludzi

tą swoją świetlistą pewnością lilii.

Rachunki sumienia

Mogę wiele powiedzieć

o tych rękach, które

ściskały mnie za szyję.

Ledwo uszedłem z życiem,

ledwo złapałem oddech,

odtrącając te kleszcze stalowe.

Mogę powiedzieć, do kogo te ręce należały,

mogę długie opowieści snuć

o tym, jak umierałem w spazmie,

o wizjach, jakie się pojawiły

w mojej głowie pozbawionej tlenu.

Żyję jednak,

żyję i oddycham,

rozmasowuję posiniaczoną szyję i kark,

piecze jeszcze,

jeszcze policzek drga,

jeszcze oczy rozbiegane

szukają punktu podparcia

jak myśl - piedestału

dla człowieka z błota.

Mogę już myśleć - to najważniejsze,

mogę określić cechy istoty,

która chciała mnie pozbawić życia.

Oddycham wreszcie swobodnie pełną piersią,

jakbym był w raju sam.

Zaraz po zwolnieniu ucisku,

po wyszarpaniu swego ledwo tlącego się jestestwa

z rąk bestii

zrozumiałem, że to były ręce

zwyczajne, delikatne, blade,

pokryte taką skórą jak moja,

z tymi samymi bliznami z dzieciństwa,

a jednak

zaciśnięte na mojej krtani i grdyce.

Były jak szczęki rekina

i były to ręce martwe.

To własna wewnętrzna śmierć

dusiła mnie przez chwilę.

Wyrwałem się jej

i odepchnąłem ją od siebie.

Dzisiaj mogę wreszcie opowiedzieć o tym,

bo język i oczy posłuszne są woli,

a wola tkwi we mnie głęboko -

wola przetrwania.

Mogę wiele powiedzieć

o tych rękach, które

znałem od urodzenia,

lecz nie pouczył mnie nikt,

jak złowieszcza siła czai się w nich,

nie domyślałem się, nie przewidziałem,

że mogą być użyte przeciw mnie -

jak wszystko, co człowiecze,

jak moja wolna wola nawet.

Strzeżcie się własnych rąk,

bacznie je obserwujcie.

Niespodziewana śmierć w nich czyha jak wąż

gotowy na jadowy atak.

Spisujcie swoje spostrzeżenia -

rachunki sumienia.

Kasta społeczna

Kasta społeczna jest jak narośl na drzewie -

obca jemioła lub huba

ubogacająca drzewo aż do

upadku z wysokości.

Jego miazga przerośnięta korzeniem bestii,

kora oblepiona miąższem kosmity

wygląda świetnie przedśmiertnie.

Kasta społeczna jest jak muślin -

zawsze przyodziewa strojnie

do kompromitacji papieża

lub jak szorstki wór zwisa

kompromitacją z butnego króla.

Kasta społeczna jest plastikowym wielorybem

płynącym przez podwórza familoków,

strzelającym kolorowymi fajerwerkami

do głodnych dzieci pod ścianami

siedzących na pierzynach,

z garnkami na głowach.

Wieloryb kiedyś bogaty w tran,

dziś sztuczny, zgniata dzieci niezbyt chybkie,

nawet goni je uciekające w paskowych dresach

zdezelowanymi zardzewiałymi bmw.

Kasta społeczna mierzy się z katedrą państwa,

stając na palcach, by dorównać

gangsterom i hochsztaplerom wszelkiej maści.

Zbudowana tylko z drewna przedmieść

udaje bogato zdobiony, wiekopomny zabytek

i zostaje przeniesiona do centrum miasta na dłużej,

by ubogacić krajobraz jałowy.

Kasta społeczna potrzebna dwojako,

by pokazać końcową nędzę ludowładztwa

i wolność zabijającą wszystkich jednakowo.

Kasta społeczna rodząca się w każdym mieście

to mafia jak każda inna, wcale nie ekskluzywna.

Wytłumaczenie jej pożytków jest na stronach Kapitału

namacalne, lecz pożytki nieosiągalne,

i jak jemioła nie przynosi szczęścia nikomu,

nawet sobie, obsychając u żyrandoli.

Żertwa

Za stołem ofiarnym nowoczesna kraina żyzna,

rozciągnięta jak okiem sięgnąć po horyzont.

Pasą się tu tłuste byki na pastwiskach,

dzikie konie i roboty biegają stadami,

łany zbóż, winnice i kominy elektrowni złocą się w słońcu,

leniwe rzeki płyną mlekiem, miodem i ambrozją

do delt megapolis drapaczy chmur na mocnej depresji.

Stół ofiarny ustawiony na wyniesieniu,

na odkopanych kamiennych stelach

Nimroda dwudziestego pierwszego wieku,

zbudowany przez mędrców

nie dla maluczkich i prostaczków,

ale dla władców świata.

Obfitość natarczywych, nieznoszących sprzeciwu myśli

nakrywa go jak obrus

i skrapia jak hyzop poznania

absolutu ciała.

Na rozkaz gromadzą się nad nim chmury białe.

stopniowo ciemniejąc, kłębią się coraz bardziej,

jakby burzyła się krew wykluczonych grzeszników

rozlana w przestworzach intelektu sięgającego po boskość.

Wysokie trawy falują jak morza

dotknięte wiatrem niezaspokojenia w trwaniu,

gromadzą się wokół półludzie i półzwierzęta z arki Ziemia,

jak wieść niesie, ofiara się dokona.

Z najśmielszych myśli człowieka

przylatują duchy z twarzami piorunów

sprawdzić, co się dzieje na deszczowym padole łez.

Surmy zwołują, heroldowie głoszą, ofiara się dokona

z najśmielszych myśli człowieka.

Przy ołtarzu ofiarnym są już burze i zorze,

są słońca zaćmienia i księżyca pełnie,

są mórz przypływy i wybuchy wulkanów,

powoli drga ziemia w dolinach wiarą niezasypanych,

schodzą lawiny kamienne z gór wybaczeniem niezrównanych,

tsunami doskonałości wylewa i pędzi przez płaskowyż,

lawa czasu z rozerwanej ziemi wychodzi mu naprzeciw,

dotykają ofiarnego stołu bestie harmonii i zrozumienia,

strażnicy cywilizacji żywiołu ego

patrzą z napięciem w otwartą księgę zagłady,

w ogłoszeniowy plakat dobrobytu.

Z niego też się dowiemy, że

ofiara z najśmielszych myśli człowieka się dokona

żertwy z owocu żyznej krainy wiedzy,

człowieczej wolnej woli bez bojaźni pierwotnej

dla bytu i jednego wiekuistego słowa - pełnia doskonałości

z myśli zwykłego człowieka? Nie!

Cezara, szacha, cara, króla świata,

niekwestionowanego przywódcy i mędrca

najzuchwalszego i już uznanego w pełni za Boga!

Gdy wybuchnie i spłonie ta żertwa,

tak wolność tu ostatecznie dokona żywota.

Za zakrętem hoteli w Hebronie

Najpierw lekkie obrazy pustyni

i piękne zapachy skał,

potem osad warownych oszałamiające miraże,

mieszkalne nadzieje dąbrów,

drzemki jak słodkie owoce dębu,

zapraszający byt Nieba,

czarnego kosmosu wątła nić.

Ty znikąd,

ja znikąd.

Dążyliśmy jak komety z Babilonu i Petry,

sprzeczne paradygmaty,

jak kozły pustyni

wśród spragnionych owiec

i wielbłądów w oazie.

Moja laska i czapka pasterska

zwiodły te stada.

Spotkaliśmy się przy źródle

jak dwa konsensualne paradygmaty,

gdy idee zurbanizowały wodopoje,

a bezbłędne pisma z niebios

uporządkowały delty.

Oto my, zaledwie kilkuletni wędrowcy,

już zatrwożeni o los narodu,

sięgnęliśmy po owoc poznania

w pocałunkach życia,

tego, co nienazwane,

przez aniołów podane

słodkie owoce dębu,

dogmat nowych ludzi

w Mamre.

Zanim atomowe słońce frontów powszednich,

globalne wizje wioski zagłady

poznaliśmy za zakrętem hoteli

w Hebronie.