Piotr zamilkł - Alek Skarga
1.42 zł
1.18 zł
(1,21 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Schodzę po zboczu góry miłości
do miasta zamarzającego
w stalowej rękawicy stanu wojennego
Nie kocham nawet tak siebie samego,
nie uwielbiam nawet tak własnej płci,
bym mógł złączyć moje nogi z odgłosem
kroków na skrzypiącym, ubitym śniegu
pojawiającym się przede mną parę metrów
Nie wzniosłem się w hierarchii fałszu i obłudy
na tyle, by poznać prawdę w upadku
Nie cierpiałem na tyle, by przywiązywać wagę
do koloru rozlanej krwi
- cóż - mówiłem kiedyś: oddaję się torturze,
zabijam się, by móc inaczej żyć
Żyję teraz na krawędzi samobójstwa,
w ten sam sposób
sprowokowałem tylko zło
Teraz co dzień ono mi powtarza:
"żeby Polska mogła przetrwać,
wy wszyscy - Polacy - musicie zginąć"
Na pustych ulicach miasta przygnębiający blask śniegu,
przerażająca biel wokół
i nic oprócz strachu, który omalże krzyczy:
"nikt z was nie tworzy historii,
nie ma tam dla was miejsca,
właśnie ja jestem treścią i celem epoki"
Widzę strach na okolicznych wzgórzach,
jak miota wściekle białą kurzawą,
a potem jak baraszkuje na powierzchni fal czasu
Miłość i my opadamy w otchłanie,
obumieramy w totalitaryzmu społecznym oceanie
i wapienne skorupki naszych niezłomnych myśli
lecą, lecą na dno
W głębinach skała rośnie, wznosi się w górę
budowana śmiercią wyrzutków,
biała rafa chce dosięgnąć powierzchni szybko
Biała zima rosyjska szaleje nad kontynentem,
nowy tajemniczy biały ląd powstaje w odmętach
Rodzi się tam, gdziekolwiek się zabłąkasz,
przypadkowo, gdziekolwiek zgubisz drogę,
zanim wymkniesz się z pułapki, ono jest już samodzielne
obok ciebie i wraca, gdy ty znów jesteś na głównej drodze,
jeszcze jedno odmienne towarzyszy ci i nie jest tobą
tam w górach, gdy już zrozpaczony tracisz nadzieję
w największą noc, gdy chcesz już tylko śnić,
nawet gdy chcesz żyć, nawet gdy chcesz żyć,
ono przy twoim boku wzrasta samodzielne
Nic z tego, ono rodzi się i go nie powstrzymasz,
wychodzi samo na świat i mówi
- nie pozwolę uważać mojego stwórcy za wariata
A ty od tej chwili już w niczym mu nie pomagasz,
słońcem nazywa ciebie, Platonem lub papieżem,
jest pierwszym hippisem prezydentem
umiera tak jak Hendrix, a rodzi się jak Solidarność,
wychodzi z faulknerowskich wsi, by przewodzić
nowojorskiej cyganerii jak Dylan,
kocha się z księżniczką z gwiazd na najpiękniejszej plaży,
po meczach Cracovii pije piwo razem z Boschem,
jako Mallarmé topi się w błocie rockowego festiwalu,
pisze wiersze na małych kolejowych dworcach Giżycka i Lubania
jak Allen Ginsberg,
jest jak polski opozycjonista w San Quentin
Takie ono jest, gdy raz się urodzi,
dziecko boskie człowieka nie chce umrzeć z tobą
- dziecko boskiej odmienności
Dzikie dziecko zrodzone z ojca
odzianego w niedźwiedzią skórę,
gdzieś w wykrocie Puszczy Sandomierskiej,
gdzieś na bagnach nadnoteckich,
którego zrównoważone zachowanie
nawet tam burzyło krew dzikim rodzicom,
obłaskawiło najbardziej krwiożercze
zwierzęta i do uległości zmusiło
Gdy ruszyło przez ostępy,
wszelkie stwory podążyły za nim
z przedziwną mgłą w ślepiach
Pierwsi napotkani ludzie, gdy go ujrzeli,
zrozumieli, że też czekali na niego
Na dworze księcia rada starszych
była zaszczycona jego przybyciem
Na dworze cesarza Potęga zdradziła się,
że jest jego siostrą
Nieokrzesane maniery były dowodem,
jak się wszystkim zdało, czegoś wręcz przeciwnego
Pospólstwo i władcy dojrzeli w nim siebie,
wszyscy, stojąc pośród zwierząt, byli pewni,
że przyniósł nadzieję
A on zagrał przed nimi na nosie jak na fujarce,
piskliwie wrzasnął, że w rękach ma wolność,
i pokazał na swoje ślady, a potem
skierował wskazujący palec w górę,
gaworzył, że nic z tego nie rozumie,
że jest taki głupi,
a to, że świat mu zaufał, zawdzięcza
po prostu temu, że na pewno to ma od kolebki,
a nie, że to odkupi
Gnostycki pastuszek - sekretarze partii
Już od lat nie potrafisz objąć tej ziemi czule,
ty, sekretarz partii - gnostycki pastuszek,
ty, co ją jako mały chłopiec pieściłeś
jak dorosły mężczyzna,
zapładniałeś ją szeptami, mając pięć lat,
na mokrych łąkach:
- ja wiem, że każda twa drobniutka roślinka
jest wielkim znakiem,
- ja wierzę, że nie masz w sobie nic,
co jest małe niegodne
Od lat błąkasz się i rozgłaszasz,
że twoje imię dumnie brzmi;
to wcale nie to, że byłeś tam,
gdzie miarą wielkości jest uznać siebie
za praojca w ziarnie duszy,
ani tam, gdzie wszystko zbiega się do ciebie
poprzez pustkę Wszechświata;
twój smutek rozświetlił wierzchołek, na którym usiadłeś,
najkrótszą drogą jednego ekstatycznego wieczoru
przybyłeś do celu i nie wart jesteś nic,
twa ziemia została naga, zapłakana,
porzucona dla śmierci
A gdy odrodziłeś się w zmysłach,
gdy stałeś się z jedności prawdziwą osobą,
tracąc miłość,
popatrzyłeś na strzęp bezpłodny swego ciała,
który upadł w czarną zaoraną czekającą ziemię
Drapiesz od lat jej skórę pazurami,
miotasz się wściekły, bezsilny,
nie mogąc dla niej uczynić nic naprawdę bezcennego,
a ona wciąż jeszcze słucha okrzyków:
- dumny, dumny!
Muzyka zrodziła mnie w środku nocy,
wyszedłem z fusów po wypitej kawie,
zeskoczyłem z brzegu filiżanki na klubowy stolik,
a ona była wokół tą duszną atmosferą
pustoszejącego klubu, gdy dym papierosowy
opadał na zwolnione miejsca,
zadrgała w rogu sali półcieniami, ziewnęła przeciągle
tak smutnym gitarowym pasażem,
umierająca rockowa ballada dwu łkających gitar
oddawała swoje życie,
łza po łzie cichła w wybranej swej katakumbie,
porzucając czas, porzucając ludzi
Usiadłem ogromny już i wyniosły,
by rosnąć i dojrzewać wciąż nią w takiej chwili
Czyż muzyka może istnieć tylko wtedy?
Czyż nie ma nic wspólnego z człowiekiem?
Oparty o kamienną płytę tworzyłem
w rozwierających się w nieskończoność
źrenicach oczu przejście deliryczne do rezerwatu dusz
Snując się po podłodze smugami, półcieniami,
wznosiła się mocniejszymi akcentami do oczu,
wypełniała mnie, rodziła wciąż jak ludzkie uczucia,
lecz przecież one nie poruszają się w grobach,
przecież nie umierają, istnieją tylko w ciałach
Muzyka odnalazła mnie w ciszy,
zmieniła się w moje "jestem" i zniknęła
- oto jestem więc przed wami
W marzeniach uderzyłem ręką w twarz dyktatora
i nagle moje wargi zaczął toczyć rak,
napisałem wiersz o własnej duszy
i nagle dziecięce przerażenie zbudziło mnie
w ramionach matki,
podczas gdy na zewnątrz niebo spadało
na ziemię kościołów parafialnych
ogromnym czarnym krzyżem,
poznałem i pokochałem dziewczynę
i nagle podreptałem w żałobnym kondukcie
za jej trumną,
zdobyłem nowych przyjaciół
i nagle począłem dokładać szczap do stosu,
na którym palono ich ciała
- mając na ustach słowa: daj im wieczny spoczynek,
rozmawiałem rano z ojcem o polityce
i nagle zacząłem go ośmieszać i poniżać,
zawierać przymierze z własną aberracją,
umknąłem w ciasną skorupę orzecha,
aby być doskonale niewidocznym,
aby pozbyć się cywilizacji dnia,
i nagle stałem się ziarnem tego jedynego wieczoru,
kiedyś były tu dzikie zwierzęta
unoszące na grzbietach małe dziewczynki,
kiedyś była tu wielka chmura
wpływająca przez otwarte okno,
niosąca w sobie cień zła,
kiedyś dyktator umierał nędznie
na jedno moje skinienie,
dzisiaj w myślach pięść ląduje na szczęce dyktatora
i nagle marzenia umierają
Proroczy uśmiech nie schodził nam z ust,
gdy straciliśmy szansę tej jednej nocy
Dziś wszystko już proste
jak osłupienie matek na widok
kłębiących się, żelaznych wymiotów
ich pobitych dzieci
Dziś wszystko już jest jasne,
gdy zbrodnicze żółwie wychyliły głowy ze swych skorup,
odwracając je na wszystkie strony,
starając się ogarnąć wzrokiem kałuże krwi
My na morzu prześcieradeł i kołder
pędzimy w nieznane swymi katamaranami snów,
zarzucając po drodze wędki zrobione z gumek od majtek,
których przynęty atakują rekiny somnambulizmu
Prości ludzie wściekają się,
prorocy uśmiechają się jak my tej nocy,
choć wszędzie wzrastają kwiaty o płatkach z kropel krwi,
gdzieniegdzie również orchidee-libido, pasożyty społecznych lędźwi
Najdziwniejsze oceany wypełniły zagłębienia na polnych drogach;
idziemy przed siebie, choć przeczuwamy,
że stalowe ręce już ustawiły na drogach czołgi spotwarzania
Gdy prawdziwe życie rodziło się w ciemnej chacie,
żarówki paliły się też całą noc nieopodal w pałacu Heroda,
czołgi ruszyły z kopyta, rozchlapując kałuże,
szybko zatrzymały się w kruchtach i kuchniach
W naszych mózgach zanurzono ręce
szukające w lepkim popiele ostatnich iskier wolności,
giganty spite oliwą zagrzmiały: idziemy po was,
fabryki, fabryki, mamy dla was środki produkcji;
praco, praco, jesteś wolna,
lecz robotnicy zmarli na zawał na pierwszej zmianie
Gdy wciąż śmiejemy się ze śmierci,
widząc, co czas wyprawia w jednej kropli naszej łzy
Gdy wciąż płyniemy pośród stworów już niekryjących
się w głębinach propagandy
- wywołujemy ich osłupienie proroczymi uśmiechami
na zmiażdżonych ustach
Zamknięty za drzwiami nienawiści stulił na chwilę
bestialski pysk koszmar komunizmu;
nie zatrzymujemy się,
nie rezygnujemy z kwiatów,
nie płaczemy,
nie przestajemy się uśmiechać do zwierząt
Wyciągnięty na tapczanie w swym luksusowym apartamencie
nasz współczesny troglodyta
Tak, zmrużył oczy,
tylko nie kobiety, niech to minie,
niech stanie się wreszcie ten wieczór
- kiedy sczeźnie to popołudnie?
Wielki, sprężony wewnętrznie, pewny siebie mężczyzna,
on czuje tylko to jedno - zagrożenie światłem,
boi się tylko niepewności - kto umrze pierwszy?
Tak, pragnie mieć jeszcze czas,
by wciąż myśleć w ten sam sposób,
nie ma siły na gest, który sprowadziłby chłodny wiatr
- odsłaniający, gwiżdżący dowód nieszczelnego mózgu,
palcem u nogi maluje na ścianie uciekającego bizona czasu
Tak, słucha muzyki, wielkiej muzyki,
kobiety pierwsze gotujcie się na śmierć,
on współczesny ma prawo wyboru,
alternatywne spacery żałobne pomiędzy sąsiadami,
popołudnia to strach przed tym, kogo znów uśmierci,
czy aby to nie będzie tym razem on sam?
noc to prawda, to brak wstydu
Wielki mężczyzna wyciągnięty na wielkiej wskazówce zegara
zmieszany o wpół do siódmej wieczór,
uwięziony w przeczuciu śmierci wybiera katowski tryb życia
nie dla siebie, dla siostry swoich najprymitywniejszych odczuć
Wielki, nowoczesny niewolnik absolutu wygody
Tak, boi się myśleć, by jego popołudniowy wróg
nie wtargnął tu z nowym trupem ukochanej osoby
Tak, przeżyć chce kolejny wieczór znów,
nim stanie się kłamstwem
przybliżającym się przez tysiąclecia cywilizacji,
ze złotej otchłani żywy chce wyjść
Tak, chce wyjść już
Jest coś tajemniczego w mojej krwi,
bo przecież mówią o mnie, że jestem plagiatem;
zastanawiam się wtedy, kim był ten nieznany człowiek,
który był moim rodzicem?
gdy o to pytam ziemskiego ojca, mówi, że rzeczywiście
nie ma z tym nic wspólnego
Boję się cokolwiek stworzyć, by nie powtórzyć
tego błędu, którym jestem sam
Widocznie jest taka tajemnica, której poznać nie mogę,
która czai się w ciemności,
choć czasem objawia się niesamowitym spojrzeniem
z połyskującej powierzchni jakiejś politurowanej szafy lub lamperii
w obłędnym refleksie niezniszczalnej idei
Przekazać tę informację jest prosto,
ale sumienie jej nie zna, bo tak się boi,
skąd tu przyszedłem taki głupi,
czuję strach we krwi i na opuszkach palców,
co to mam na czole? - tajemnica,
co to mam między oczami? - tajemnica,
w samym centrum jak ołów - tajemnica,
skąd to moje - ja?
tak inne, a jednak skopiowane z czegoś,
z jakiego oryginału powstałem?
w jakim eremie?
Tak często czuję się jak niezła kopia,
tak często wydaje mi się, że moje ciało
jest plagiatem czegoś lepszego,
jest coś tajemniczego w mojej krwi,
zastanawiam się nad tym często,
nie pomagają podręczniki historii,
nawet Genesis,
pytam ojca, pytam matkę,
twierdzą, że nie wiedzą, o co chodzi,
boję się cokolwiek robić, cokolwiek tworzyć,
nie chcę powtarzać drugi raz błędu,
którym jestem sam,
tajemnica, której nie mogę poznać,
czyha we krwi,
czasem objawia się niesamowitym spojrzeniem
z połyskującej powierzchni lamperii
na korytarzu jakiegoś szpitala
w obłędnym refleksie,
sumienie nie chce przekazać tej informacji,
chyba jej nie zna,
wzbudza to strach, rodzi pytania,
skąd tu przyszedłem taki głupi,
strach nie tylko we krwi, lecz także na opuszkach palców,
na środku czoła jak ołów,
jak samotne wyspy na wielkim oceanie,
we śnie ktoś mówi do mnie: jesteś niezłą kopią,
nigdy się już więcej nie odsłonię,
nie stworzę już nigdy niczego nowego,
już nigdy siebie nie zdradzę dla kreacji,
nie chcę, by kolejne moje wątpliwości
wytrąciły z równowagi linoskoczka nadziei
lub wyrwały fundament spod wieży Babel,
krew nie jest moją prywatną własnością,
są nią jedynie rana i krwawienie,
krew jest moim ojcem i dzieckiem,
lecz zakażenie może być moje,
pozostało mi krwawienie lub Eucharystia
Nie liczę już ani na siebie, ani siebie,
jestem wyklęty z socjalistycznego raju,
mógłbym powiedzieć coś, co byłoby echem,
lecz jestem poetą walczącym i tak czy owak
wylezie - grzechem,
jaki jest sens ich dominacji, jaki cel?
miny, gesty, ubrania i inne ozdobniki,
a także łgarstwa nie przydają się już,
nie wierzę w nic, nawet w siebie, ot co!
czy to możliwe, że w moim domu słychać mój głos
nawet wtedy, gdy mnie w nim nie ma?
może wymioty mogą się na coś przydać?
cóż za wolność wyboru siebie,
ale tylko, gdy leżę na wznak cały dzień
od razów zbyt jednoznaczny,
prawie tak silny jak wszyscy pobici,
gdy rozmawiam z czarnym robaczkiem
o niezwykle twardej chitynowej osłonce skrzydeł,
staram się namówić go, by przestał łazić
po nagim ciele mojej wielkiej sąsiadki,
wtedy gdy patrzę na nie, marząc o jednym dotknięciu,
mógłbym zsumować wszystkie moje miłości,
jednak nie chciałbym być wyklęty z prawdziwego raju
razem z sąsiadką
niczemu nie winną
Siny tygrys z północy znowu rozdarł
krwawą zasłonę czasu,
wtedy wtargnęły tu dobrze znane marcowe idy,
w nich poganie z biczami i sztyletami,
bierzcie mnie - rzekłem - jestem pełny,
przelejcie moją krew siną, zatrutą strachem,
z dojrzałą ciemnością tak wielką jak dzień
(Cezar poczuł ukłucie pod sercem
w kuluarach Senatu republikańskiego Rzymu
- na wiosnę
Chrystusowi na krzyżu pękło serce
w Jerozolimie, mieście pokoju
- na wiosnę)
Wszystko, co przetrwało dotąd, musi spłonąć w nowym życiu,
torturujcie mnie, pachołka grzechu,
niech poznają, że jestem pozaziemskim królem,
no krzyczcie to swoje w imieniu i dla,
niech usłyszy nawet moja dziewczyna,
niech uderzy pierwsza, zdradzając mnie
w mansardach hochsztaplerskich grajków,
niech pędzi mnie skutego przez ulice miasta,
które eksponuje swe lochy i podziemia,
a gotyckie fasady chowa do kloacznego kanału,
niech zdziera za mnie strzępy szat, żebym
znów był dla niej sobą - śmieszny bez niedomówień
Ogromny kot zupełnie granatowy z dalekiej północy,
gdzieś zza wzgórz, z zajączka umykającego w trawie
przemienił się w żbika i dopiero wtedy
przybrał postać tygrysa sawanny, by wreszcie dotrzeć
na moje podwórze
Złowieszczy jak krzyk dzikich gęsi nad Gotlandią
lecących kluczem na południe,
zmieniających się w bombowce nad głową
powoli zbliżał się jak odwieczne zagrożenie,
jak ideologiczna wiosna dla ludzi z Pieczengi
Zamknąłem drzwi na klucz, gdy kot szedł wprost do mnie,
gdy chciałem już o tym opowiedzieć, dostrzegłem,
że wcale tego nie uczyniłem, a klucz w zamku jest złamany,
drzwi uchyliły się i stanął w nich
nieprawdopodobnie siny, jak burzowe niebo,
tygrys z moją twarzą;
poranek splątał się z nocą wypełniony grozą
Na czole jeszcze dostrzegłem wyraźnie widoczne,
wypalone litery: "To twoje idy marcowe"
Społeczeństwo jest waszym oceanem,
piosenki karzą się wam zatrzymać w pół drogi,
wtedy pytacie samych siebie, czy to już dno?
Ja patrzę na to skostniałe życie ze swej skorupy małża
przez tysiącmetrowy słup słonej wody
i gdy słyszę wasze łabędzie śpiewy,
wydaje mi się, że istotą jego jest
wierzganie nogami i wrzaski w przedśmiertnym strachu
Może to wszystko wizje zatrzymanego
w ewolucyjnym rozwoju skorupiaka,
a może biegacie sobie tylko boso po fali, ot tak,
reszta to widmowe, złudne, błękitno-zielone rozbłyski
Naprawdę większość ludzi jest wysoko w górze
tuż pod powierzchnią księżyca, tak sądzę,
gdy słyszę takie hasła o wolności bez skorup,
słońce przechodzi z rąk do rąk,
śpiew dociera na dno,
coraz mniej jest jednak słyszalny,
zdrada to społeczeństwo,
więc jest do ogarnięcia tylko przez przerośnięte humbaki
Ja panuję na piaszczystym dnie,
nie ma dla was władzy nad pieśnią planktonu,
ona też przechodzi z rąk do rąk,
ze skorupy do skorupy,
wasze infradźwięki rozchodzą się setki kilometrów,
ale to wszystko to zdrada tylko
Dzisiaj to już tylko nudzisz się okropnie,
a wtedy z nieba za oknem na wielkim spadochronie
samobójstwa
nieusprawiedliwienie spływa na ziemię,
już od dawna nie ma w twoim domu żadnych sensacji
takich, które wytrąciłyby z równowagi
posąg spiżowy twego ciała raz jeszcze,
takich, co zrzuciłyby na ziemię
nienawiści twej obelisk drugi raz
Gdyby chociaż dzieci jakieś plątały się
gdzieś u twoich nóg,
mógłbyś, pracując posłusznie nad swym ateizmem,
jako przedstawiciel mas na pierwszomajowych
manifestacjach
upiornymi gesty przywoływać litość
Gdyby istniał choć jeden dowód, że ktoś ci zaufał,
nie musiałbyś żywić kpiny z brzegu lustra,
kpiny, co wychyla ryjkowaty pyszczek z małej szparki
w szkle,
gdy chcesz być ze sobą sam na sam,
gdy plany, okoliczności, warunki i zadania na wysokości
wypluły cały system misternie splątanych słów,
wypluły i ciebie,
za tobą poleciały zasługi
Nie chcesz zbliżyć się nawet do lustra
nie możesz robić nic, więc się nudzisz,
jedną małą sensację chowasz na pierwsze strony gazet,
chociaż raz coś dotyczyć będzie samego
prawdziwego ciebie,
chociaż nieusprawiedliwionego
Pędzisz słoneczną autostradą,
gromadzisz w banku pieniądze,
owładnięty ideą chcesz umierać za nią,
kochasz, pijesz z żalu; jesz, kupujesz, kradniesz,
kłócisz się ze swym sumieniem,
rodzisz dzieci i zabijasz sąsiadów
Jeszcze długo wozić się będziesz kosmiczną rakietą,
choćby w lunaparku,
nim poznasz, jakim wobec starożytności
jesteś troglodytą
Achajscy pasterze jak półbogi trzymają na barkach
fundament twej współczesnej piramidy
Fenicjanie wciąż wyszukują dla niej nowy budulec,
krew w żyłach takich stworzeń jak ty
pulsuje dzięki tajemnym misteriom
odgrywanym na nowo od tysięcy lat
przez nagich mieszkańców Afryki w dżungli
Pakując w usta wielkie jak jaskinia
coraz to innych ludzi prostych i naiwnych,
wstrzymujesz znów po wiekach Dunaj
i powtarzasz gesty wielkiego Attyli
Gdy jesteś demokratą, to w państwie krasnali,
słowa przed katem ostatnie czy rozgrzeszenia
największego kapłana w twoich ustach
nie są wzniosłe, a oklepane i szare
Narzędzia-symbole z mroków historii to wszystko,
czym posługujesz się w tej atomowo-kosmicznej
dwudziestowiecznej jaskini
Piramidalne budowle z papierowych kostek pokryły
całą ziemię,
w ich cieniu małe potworki kierują ruchem pełzającego tłumu,
nikt nie zna ich imion ani celu działania,
wszyscy reagują na ich gesty bez sprzeciwu,
te karły pilnują, żeby - kiedy trzeba - płakano ze
szczęścia,
sam cień robi to na ich rozkaz
Wieże wzrastają wciąż nowe w dolinach
i na zboczach gór prowokującą kruchością,
grożą jak palcem wielkiemu słońcu,
te, których ambicją jest pomieścić prawdę,
ustawiają się obok tych, na których lśni neon fałszu,
czasem jakiś młodzian, który zmyli pogonie,
wdrapuje się na szczyt i woła: nienawidzę was
wszystkich,
lecz po chwili dopadają go rachityczne ich psy
Obrazoburcza nieśmiałość rozkrzewia się jednak
wszędzie
jak bluszcz czepiający się ścian,
tajniacy rozrzucają ulotki nawołujące do buntu,
karły przymykają na to oczy na ulicach,
kryminaliści opanowali centralny system przekazu
i wzywają do wspólnego działania,
pomiędzy budowlami tułają się pewne siebie
zakochane w śmieciach roboty,
gdy wszystko zasypia, śpiewają o kataklizmach
i wojnach cudownie wszystko niszczących,
czasem przez sen usłyszeć także można
strzępy słów przenikających przez papier,
domowe karły głaszczą wtedy ludzi po głowach,
aby nie zbudzili się na ich dźwięk,
aby rozmiękczyć pieszczotą twardniejące wizje,
zdmuchują z powiek stalowe opiłki kłopotów i burz
Papierowe budowle niezniszczalne nie poddają się
huraganom ani trzęsieniom ziemi,
chociaż rozkołysują się, aby dać powód do ogólnej
zabawy i ludycznego podniecenia
Kostki papieru kryją w sobie elektroniczne oczy kamer,
odbiorniki, przekaźniki i dozowniki,
do mieszkań, w zależności od potrzeb, podawane są
bezpośrednio natura, kultura i cywilizacja
Najwyższe Kolegium rozstrzyga z najwyższą
odpowiedzialnością,
w którym momencie należy ludzi doładować cnotą
Najwyższe Kolegium to najmniejszy karzeł
o dwu jaźniach wysublimowanych z ognistego
cierpienia,
przekazano mu władzę z wdzięczności,
że odkrył istnienie ognia - zagrożenia