Piosenka - Chris Fabry

-
Proszę czekać

Wstęp

Jako pa­stor czę­sto roz­ma­wiam z ludź­mi na róż­nych eta­pach ich mi­ło­snych związ­ków. Nie­jed­no­krot­nie wi­dzę za­gubie­nie i cier­pie­nie swo­ich roz­mów­ców. Wie­le nie­po­ro­zumień wy­ni­ka z za­le­wu do­cie­ra­ją­cych do nas sprzecz­nych in­for­ma­cji na te­mat tego, jak ra­dzić so­bie z rand­ka­mi, sek­sem czy mał­żeń­stwem. Co za­tem jest praw­dą? Co w ta­kich spra­wach ma do po­wie­dze­nia Bóg? W koń­cu to On stwo­rzył mi­łość ro­man­tycz­ną.

Kie­dy kil­ka lat temu re­ali­zo­wa­łem se­rial na pod­sta­wie Pie­śni nad Pie­śnia­mi, zda­łem so­bie spra­wę z tego, jak bar­dzo jest ona dziś ak­tual­na. Ale, choć po­etyc­ki cha­rak­ter czyni ją pięk­ną, zro­zu­mie­nie jej i od­wo­ływa­nie się do niej w róż­nych życio­wych sy­tua­cjach może spra­wiać lu­dziom trud­no­ści.

Dla­te­go nasz ze­spół stwo­rzył "Pio­sen­kę" - współ­cze­sną ad­ap­ta­cję hi­sto­rii życia Sa­lo­mo­na na pod­sta­wie Pie­śni nad Pie­śnia­mi i Księ­gi Ko­he­le­ta. Chcie­li­śmy udo­stęp­nić tę opo­wieść sze­ro­kie­mu gro­nu od­bior­ców - rów­nież tym, któ­rzy być może nig­dy nie czyta­li Pi­sma Świę­te­go. Naj­pierw po­wsta­ły film oraz ma­te­riał wy­ko­rzystywa­ny pod­czas nauk pro­wa­dzo­nych na spo­tka­niach przy­ko­ściel­nych. Aby jesz­cze bar­dziej spo­pula­ryzo­wać tę hi­sto­rię, po­sta­no­wi­li­śmy na­pi­sać rów­nież po­wieść. W trak­cie mo­dli­twy pro­szę Boga o to, aby po­przez "Pio­sen­kę" prze­ka­zywał nam mą­drość do­tyczą­cą mi­ło­ści peł­nej od­da­nia i praw­dzi­we­go pięk­na, a tak­że znaj­do­wa­nia sa­tys­fak­cji w związ­ku. Mo­dlę się o to, by obu­dzi­ła ona po­now­nie mi­łość w ty­sią­cach par mał­żeń­skich. Hi­sto­ria ta nie­sie czytel­ni­ko­wi za­rów­no na­dzie­ję, jak i obiet­ni­cę: Nie pod­da­waj się! Nie od­pusz­czaj! Bóg po­tra­fi ze­brać po­ła­ma­ne ka­wał­ki i pięk­nie zło­żyć je na nowo. Wła­śnie to po­tra­fi naj­le­piej.

Je­stem wdzięcz­ny Chri­so­wi Fa­bry'emu za współ­pra­cę przy tym pro­jek­cie. Chris do­sko­na­le ro­zu­mie du­cha "Pio­sen­ki", a na­kre­ślo­na przez nie­go hi­sto­ria Jeda i Rose tra­fia pro­sto do serc czytel­ni­ków. Ma­cie Pań­stwo szan­sę spę­dzić z bo­ha­te­ra­mi wię­cej cza­su i le­piej zro­zu­mieć ich re­la­cje. Nie wszyst­ko mo­gli­śmy po­ka­zać na ekra­nie. Po­zna­cie po­sta­ci, któ­rych nie wi­dzie­li­ście w fil­mie. Być może po pro­stu do­strze­że­cie w nich sie­bie lub swo­ich mał­żon­ków, zma­ga­ją­cych się z co­dzien­nymi klę­ska­mi i od­no­szą­cych zwycię­stwa.

Je­stem dum­ny z tej po­wie­ści. Mam na­dzie­ję, że spodo­ba się ona Pań­stwu i wzmoc­ni Wa­szą wia­rę w Boży dar mi­ło­ści oraz ro­man­tycz­nej re­la­cji.

Kyle Idle­man

Pro­log

Źre­ni­ce Jeda Kin­ga roz­sze­rzyły się, jego cia­ło było dziw­nie odrę­twia­łe - jak ko­goś, kto stra­cił czucie. Pa­znok­cie wbi­ły się w nad­gar­stek i pró­bo­wa­ły coś z nie­go usunąć. Po­ja­wi­ła się krew, ale Jed pra­wie nie czuł bólu. Prze­chylił się do tyłu. Miał wra­że­nie, że ucho­dzi z nie­go wola życia.

Je­śli to mia­ła­by być pio­sen­ka, po­myślał, to nie była­by war­ta śpie­wa­nia.

Jego życie było ni­czym pio­sen­ka w ryt­mie na trzy czwar­te, stwo­rzo­na przez ko­goś in­ne­go. On pi­sał nowe zwrot­ki do od­mien­nej me­lo­dii. Re­fren wy­da­wał mu się zna­jo­my, ale przy­wiódł go do miej­sca, do któ­re­go Jed nie chciał dojść. A te­raz wła­śnie tkwił w tym miej­scu.

Le­żał na ple­cach, nie mo­gąc się ruszyć, i błą­dził gdzieś wzro­kiem.

Obok nie­go ktoś upadł. Jed usłyszał la­ment, prze­ni­kli­wy krzyk. Co się rymu­je ze sło­wem drzeć? Krzyczeć? Leć? Umrzeć?

To była Shel­by. Jej dłu­gie, splą­ta­ne wło­sy i twarz bez ma­ki­ja­żu wca­le nie wy­glą­da­ły tak jak na zdję­ciach za­miesz­cza­nych w cza­so­pi­smach. Te­raz Shel­by za­cho­wywa­ła się jak osza­la­ła. Wy­da­wa­ła się bez­sil­na, po­zba­wio­na tej spo­koj­nej pew­no­ści sie­bie, któ­ra tak po­cią­ga­ła Jeda. Nie był w sta­nie za­re­ago­wać. W ogó­le nie był w sta­nie się po­ruszyć. Mógł tyl­ko słuchać jej krzyku.

- Nie, nie, nie! - głos Shel­by od­bi­jał się od ścian ła­zien­ki. Co to za miej­sce? Ho­tel? Nie mógł so­bie tego przy­po­mnieć.

Przez całe życie po­szuki­wał wła­ści­wych słów, wła­ści­wej li­nij­ki. Było ono jak strzęp roz­mo­wy dwój­ki przy­ja­ciół, któ­ra sta­ła się czę­ścią re­fre­nu. Było czymś, co w chwi­li bez­tro­ski po­wie­dział jego syn, na­głów­kiem w ga­ze­cie, pyta­niem za­da­nym przez fana sto­ją­ce­go w ko­lej­ce po au­to­graf. Sło­wa­mi mo­gą­cymi wy­ra­zić za­ka­za­ne po­żą­da­nie, ja­kie czuł do niej, do ko­bie­ty, któ­ra nie była jego żoną.

Ale te­raz nie było żad­nych słów. Nie po­ja­wia­ły się, bo już nic nie czuł. Jego od­dech stał się płyt­ki, płuca bo­la­ły. Jed czuł sil­ny ucisk w klat­ce pier­sio­wej. Wy­da­wa­ło mu się, że ser­ce pra­cu­je mu co­raz wol­niej i sła­biej, jak­by za chwi­lę mia­ło prze­stać.

- Coś ty zro­bił?! - krzycza­ła Shel­by.

Co zro­bił? Do­bre pyta­nie. Co zro­bił ze wszyst­ki­mi swo­imi szan­sa­mi i wy­bo­ra­mi, z życiem, któ­re miał prze­żyć, z przyrze­czo­ną mi­ło­ścią? Musi to za­pi­sać. Mi­łość, któ­rą przy­rze­ka­łem... Cho­ciaż wła­ści­wie nie było już po­wo­du, żeby co­kol­wiek za­pi­sy­wać. Wszyst­ko się skoń­czyło. On też się skoń­czył.

- Jed! Słyszysz mnie?! Nie za­sy­piaj!

Pew­nie, nie za­sy­piaj, po­myślał. Ja­kie to pro­ste! Dla każ­de­go oprócz mnie.

Shel­by wy­mie­rzyła mu po­li­czek, ale pra­wie go nie po­czuł. Wi­dział tyl­ko, jak jej dłoń ude­rza i od razu się cofa. Po twa­rzy dziew­czyny płynę­ły łzy. - Jed? Ode­zwij się do mnie!

Chciał. Na­praw­dę chciał. Ale są rze­czy, któ­rych nie mo­żesz zro­bić, na­wet je­śli bar­dzo tego pra­gniesz. Wy­bo­ry i sło­wa nie­da­ją­ce się zmie­nić. Rymy za­wie­szo­ne gdzieś na koń­cu zda­nia. To wła­śnie jest róż­ni­ca po­mię­dzy do­brym tek­stem pio­sen­ki a prze­lot­ną myślą, któ­ra nig­dy nie zo­sta­nie do­koń­czo­na.

Shel­by pró­bo­wa­ła za­ta­mo­wać krew bia­łym ręcz­ni­kiem, ale da­rem­nie. Ręce Jeda zbli­żyły się do sie­bie i wy­krę­ci­ły niby pa­zury zwie­rzę­cia w bólu ago­nii. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dział już po­sty w in­ter­ne­cie, lu­dzi dzie­lą­cych się smut­ną wia­do­mo­ścią. Od­po­czywaj w spo­ko­ju, Jed. Co za wstyd! Co za stra­ta!

Ka­me­ry te­le­wi­zyj­ne uchwycą przy­kryte cia­ło prze­wo­żo­ne na wóz­ku na tył am­bu­lan­su ze świa­tła­mi wy­łą­czo­nymi na znak, że nie ma już na­dziei, że życie ule­cia­ło. Ob­raz bę­dzie po­wta­rza­ny w kół­ko, aż w koń­cu prze­sta­nie być new­sem, a na jego miej­sce po­ja­wi się coś in­ne­go.

Wi­dzia­łem wszyst­kie spra­wy, ja­kie się dzie­ją pod słoń­cem, a oto wszyst­ko jest mar­no­ścią i go­ni­twą za wia­trem.

- Jed! Jed! Po­wiedz coś!

Jego po­wie­ki za­trze­po­ta­ły jak mo­tyl uwol­nio­ny z ko­ko­nu, a z gar­dła wy­do­był się bul­got. Sło­wo za­pu­ści­ło ko­rze­nie i ro­sło, do­pó­ki nie się­gnę­ło jego spę­ka­nych warg, a on wy­po­wie­dział je szep­tem. - Rose...

Shel­by prze­krę­ci­ła kurek przy prysz­ni­cu do koń­ca i woda spłynę­ła ka­ska­dą. Bi­ją­ce strumie­nie ob­mywa­ły twarz Jeda i plą­ta­ły jego wło­sy. Nie dbał o to, czy bę­dzie żył, czy umrze. Czy za­to­nie, czy utrzyma się na po­wierzch­ni.

I na­gle zna­lazł się gdzieś in­dziej, w miej­scu tak wy­raź­nie za­ryso­wa­nym w pa­mię­ci jak jego od­bi­cie w kra­nie. Stał w desz­czu. Nie­bo prze­cię­ła błyska­wi­ca, któ­ra zmio­tła wszyst­kie sło­wa.

Ale bia­da sa­mot­ne­mu, gdy upad­nie, bo nie ma drugie­go, żeby go pod­niósł.

Przez całe życie pró­bo­wał zgro­ma­dzić wo­kół sie­bie lu­dzi do­ce­nia­ją­cych jego mu­zykę. Agen­tów i wier­nych wiel­bi­cie­li. Te­raz zo­stał sam. Na­wet Shel­by wy­szła do po­ko­ju.

Usłyszał ja­kieś wa­le­nie i gło­sy.

W drzwiach po­ja­wi­ło się dwóch męż­czyzn. Chwyci­li go za ręce i wy­nie­śli spod prysz­ni­ca. W po­ko­ju roz­legł się krzyk. Męż­czyź­ni w mun­du­rach uci­szyli Shel­by i za­pyta­li, co wziął. Jed stra­cił przy­tom­ność. Ock­nął się, kie­dy wno­szo­no go do ka­ret­ki. Ale jej świa­tła były włą­czo­ne. Czy to mo­gło coś zna­czyć? Czy nadal była na­dzie­ja?

Za­mrugał po­wie­ka­mi. W ka­ret­ce opie­ko­wał się nim sa­ni­ta­riusz. Jed wpa­trywał się w jego oczy, jak­by bła­gał, żeby ten czło­wiek po­mógł mu wy­trzymać. Śmiesz­ne. Tak wła­śnie czyni­li fani, któ­rzy oglą­da­li jego wy­stę­py. Pa­trzyli z łap­czywo­ścią na ko­goś, kto pre­zen­to­wał swo­ją sztukę, ro­bił rze­czy, dla któ­rych żył.

Znów za­mrugał. Po chwi­li do­strzegł ostre świa­tła szpi­ta­la, wó­zek pę­dzą­cy przez ko­rytarz, lu­dzi w far­tuchach bie­gną­cych w jego kie­run­ku, do­tyka­ją­cych go, pod­łą­cza­ją­cych ja­kieś rur­ki i prze­wo­dy. Chciał im po­wie­dzieć, jak bar­dzo mu przy­kro, że spra­wił tyle kło­po­tu. Chciał po­wie­dzieć jej, jak bar­dzo mu przy­kro. Za­sta­na­wiał się, czy kie­dykol­wiek bę­dzie mógł wy­do­być z sie­bie głos, żeby uwol­nić uwię­zio­ne sło­wa.

Na­gle po­czuł jak­by ude­rze­nie - jak wte­dy, kie­dy był dzie­cia­kiem i sto­jąc nad oce­anem, za­ga­pił się na chwi­lę. Przy­pływ pod­mył mu wte­dy sto­py, fala ude­rzyła go w ple­cy, prze­wró­ci­ła w sam śro­dek ki­pie­li i po­zba­wi­ła kon­tro­li.

Za­pa­dła ciem­ność.

Na ekra­nie mo­ni­to­ra pra­cy ser­ca po­ja­wi­ła się pła­ska li­nia.

Żad­ne­go ciem­ne­go tune­lu. Żad­ne­go świa­tła, nie­sa­mo­wi­tych kształ­tów czy cze­goś w tym ro­dza­ju. Żad­nej mu­zyki, w ogó­le żad­ne­go dźwię­ku. Żad­nych anio­łów czy de­mo­nów. Tyl­ko ciem­ność, na któ­rej po­wierzch­ni uno­si­ły się sło­wa, bia­łe na czar­nym tle. Jego życie w sło­wach. Wie­dział, że wszyst­kie były praw­dzi­we.

Po czym skie­ro­wa­łem swe spoj­rze­nie na wszel­ki ucisk, jaki się dzie­je pod słoń­cem. [...] Chwa­li­łem więc bar­dziej [los] umar­łych, tych, któ­rzy już ode­szli, ani­że­li [los] tych, któ­rzy jesz­cze po­zo­sta­ją przy życiu. Lecz za szczę­śliw­sze­go od jed­ne­go i drugie­go uwa­żam tego, co się jesz­cze nie uro­dził i nie wi­dział zła, któ­re się po­peł­nia pod słoń­cem.

Życie Jeda Kin­ga prze­wi­ja­ło się ni­czym film. To, co do­bre i złe, trium­fy i błę­dy, wy­gra­ne i prze­gra­ne. Wszyst­ko, co pró­bo­wał ukrywać. Świa­tło i ciem­ność. Pio­sen­ka, któ­rą śpie­wał z każ­dym ude­rze­niem ser­ca.

je­den

Uro­dził się jako Je­di­diah King. Usi­ło­wał być god­ny tego na­zwi­ska. Jego oj­cem był Da­vid King, wę­drow­ny ar­tysta co­un­try, zna­ny z ostre­go pi­cia i rów­nie ostre­go życia - przy­najm­niej przez więk­szość ka­rie­ry. Oj­ciec Jeda po­sta­wił wszyst­ko na swo­ją mu­zykę. Z ta­kim sa­mym za­an­ga­żo­wa­niem śpie­wał w ma­łych spe­lun­kach, w któ­rych za­czynał grać, jak i na sta­dio­nach pod ko­niec życia. Tra­fiał do serc fa­nów na ca­łym świe­cie. Jego pio­sen­ki, np. "Can't Hold On", pod­śpie­wywa­li męż­czyź­ni za kie­row­ni­ca­mi trak­to­rów pod­czas prac po­lo­wych i ko­bie­ty - za­rów­no te miesz­ka­ją­ce w przy­cze­pach, jak i w re­zyden­cjach. Da­vid King był bied­nym czło­wie­kiem bo­ją­cym się wła­sne­go cie­nia, ale wie­dział, jak prze­kształ­cić ten strach w pio­sen­ki z prze­sła­niem, któ­re uj­mo­wa­ły słucha­czy i były je­dyne w swo­im ro­dza­ju.

Jed poza na­zwi­skiem odzie­dzi­czył po nim jesz­cze dwie rze­czy: mi­łość do bu­do­wa­nia wła­snymi rę­ka­mi i pra­gnie­nie pi­sa­nia pio­se­nek ser­cem. Po­dob­nie jak oj­ciec, chwycił za mło­tek i piłę o wie­le wcze­śniej niż za gi­ta­rę. Ale kie­dy już od­krył sześć strun, nie było mowy, żeby je so­bie od­pu­ścił.

Od dziec­ka fa­scyno­wał go wi­dok ojca gra­ją­ce­go na gi­ta­rze. Jed ob­ser­wo­wał uło­że­nie pal­ców na strunach i spo­sób gry. In­strument wy­da­wał się być prze­dłu­że­niem cia­ła tego czło­wie­ka. Kie­dy Da­vid chwytał za gi­ta­rę, po pro­stu ożywał. Mógł pa­dać ze zmę­cze­nia, pra­wie usy­piać na ka­na­pie, ale je­śli do­strzegł w ką­cie gi­ta­rę, za­wsze się pod­no­sił i choć przez chwi­lę grał. Gdy pra­co­wał nad ja­kąś nową pio­sen­ką lub pró­bo­wał prze­ro­bić sta­ry ka­wa­łek, w jego oczach po­ja­wia­ło się świa­tło.

Ob­ser­wo­wa­nie prób ka­pe­li ojca było dla Jeda do­świad­cze­niem nie­mal­że re­li­gij­nym. W two­rze­niu mu­zyki było coś tak nie­sa­mo­wi­te­go, że za­pra­gnął ro­bić to samo.

Fa­cet ze skle­pu mu­zycz­ne­go w ich mia­stecz­ku wie­dział, kim jest oj­ciec Jeda. Wpusz­czał chłop­ca na za­ple­cze i po­zwa­lał mu grać na czer­wo­nej gi­ta­rze, któ­ra na co dzień wi­sia­ła na ścia­nie - a w za­sa­dzie nie grać na niej, ale ją trzymać. Po­wie­dział mu wszyst­ko o tych in­strumen­tach - o drew­nie, spo­so­bie wy­do­bywa­nia dźwię­ku, o tym, dzię­ki cze­mu sta­ją się naj­lep­sze. A po­tem ła­pał za gi­ta­rę i wy­ko­nywał taki riff, że Jed le­d­wie był w sta­nie w to uwie­rzyć. Sprze­daw­ca z uchem przy­tknię­tym do in­strumen­tu grał z pa­mię­ci ja­kąś me­lo­dię, któ­ra za­pie­ra­ła Je­do­wi dech w pier­siach.

- Jak moż­na na­uczyć się tak grać? - pytał chło­piec.

- Naj­pierw weź lek­cje. Na­ucz się akor­dów i pa­sa­ży. - Sprze­daw­ca uniósł gi­ta­rę. - Ale mu­zyka nie przy­cho­dzi stąd. Tak na­praw­dę nikt na ca­łej pla­ne­cie cię jej nie na­uczy. Ona bie­rze się stąd. - Klep­nął się w pierś. - Albo to masz, albo nie. Nie­do­brze, je­śli się tego nie ma. Ale je­śli się to ma i zmar­nuje, to jesz­cze go­rzej.

Po­ka­zał Je­do­wi chwyty G, C i D, a po­tem wy­jął spod lady za­pis akor­dów i po­wie­dział chłop­cu, żeby wró­cił za ty­dzień. Jed po­szedł pro­sto do domu. Tam się­gnął po gi­ta­rę swo­je­go ojca, tę, któ­rą Da­vi­do­wi po­da­ro­wał ktoś dla nie­go waż­ny. Mia­ła wy­rzeź­bio­ną ko­ro­nę. Oj­ciec skom­po­no­wał na niej kil­ka swo­ich naj­lep­szych pio­se­nek i twier­dził, że przy­no­si mu ona szczę­ście.

Jed uło­żył pal­ce w po­zycji G, cho­ciaż od­krył, że ła­twiej mu uło­żyć na pierw­szej strunie pa­lec ser­decz­ny niż mały. Nie do­ci­skał jed­nak do­sta­tecz­nie moc­no. Po­tem prze­szedł do C. Uło­że­nie pal­ców na wła­ści­wych strunach i pro­gach za­ję­ło mu kil­ka se­kund. W jaki spo­sób mu­zycy tak szyb­ko zmie­nia­ją akor­dy?

Te­raz przy­szła pora na D. Tyl­ko trzy pal­ce i po­rusze­nie czte­rech strun, ale to było naj­trud­niej­sze. Wi­dział gi­ta­rzystów prze­bie­ga­ją­cych pal­ca­mi po ca­łej dłu­go­ści gryfu i do­ci­ska­ją­cych struny na­wet na pro­gach. Jak oni to ro­bi­li?

- Już się za­czą­łem za­sta­na­wiać, czy kie­dykol­wiek po nią się­gniesz. - Usłyszał głos ojca sto­ją­ce­go tuż za nim.

Da­vid prze­szedł przez po­kój, stuka­jąc po­de­szwa­mi kow­boj­skich bu­tów o drew­nia­ną pod­ło­gę. Jed prze­łknął z trudem śli­nę i od­sunął od sie­bie gi­ta­rę w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście.

- Ob­ser­wo­wa­łem cię kie­dyś, kie­dy pra­co­wa­li­śmy na ze­wnątrz. Prze­suwa­łeś kciu­kiem po strunach. In­te­re­suje cię to? - za­pytał oj­ciec.

Jed ski­nął gło­wą.

- Gdzie na­uczyłeś się chwytów?

- Pan ze skle­pu mu­zycz­ne­go mi po­ka­zał.

Da­vid usiadł na łóż­ku. Fa­lu­ją­ce wło­sy opa­dły mu na ple­cy. Był ubra­ny w zwykły T-shirt z kie­szon­ką, a nie w sce­nicz­ny strój, z ja­kim zwykle ko­ja­rzyli go lu­dzie. Je­do­wi wy­da­wał się taki na­tural­ny i cie­pły.

- Czy po­wie­dział ci, żeby za­grać G pal­cem ser­decz­nym?

- Nie, ra­dził, aby użyć do tego ma­łe­go pal­ca.

- Czło­wiek zna się na rze­czy. Miał ra­cję.

- Ale mi się wy­da­je, że ła­twiej użyć pal­ca ser­decz­ne­go.

Oj­ciec się uśmiech­nął. - Ja też tak gram. Ale cza­sa­mi używam ma­łe­go, a drugą strunę po­cią­gam ser­decz­nym w tym miej­scu. Spró­buj.

Jed nie da­wał so­bie rady. Oj­ciec wziął od nie­go gi­ta­rę i po­ka­zał mu - nie z nie­cier­pli­wo­ścią, ale jak gość dłu­bią­cy przy sa­mo­cho­dach, do­krę­ca­ją­cy na­kręt­kę przy chłod­ni­cy i mó­wią­cy: Pa­mię­taj, w lewo luź­niej, w pra­wo cia­śniej.

- A mo­żesz mi po­ka­zać coś jesz­cze? - spytał Jed.

- Pew­nie!

Na­stęp­ne­go ran­ka po prze­bu­dze­niu Jed zna­lazł w no­gach łóż­ka gi­ta­rę. Grał na niej, kie­dy Da­vid zszedł na śnia­da­nie. - Ten gość ze skle­pu mu­zycz­ne­go po­wie­dział, że do gustu przy­pa­dło ci to pudło. Nie po­trze­bu­jesz do nie­go wzmac­nia­cza. Cie­szysz się?

Jed nie był w sta­nie za­pa­no­wać nad uśmie­chem. - Bar­dzo! - wy­krzyk­nął.

Oj­ciec prze­tarł oczy, od­pę­dza­jąc reszt­ki snu, chrząk­nął, a po­tem na­lał so­bie mle­ka do mi­ski z płat­ka­mi. - Ale bez stre­su. Nie daję ci gi­ta­ry po to, że­byś po­dą­żał śla­da­mi swo­je­go sta­rusz­ka. Jest wie­le miejsc, do któ­rych za­wę­dro­wa­łem, a do któ­rych, mam na­dzie­ję, ty nig­dy nie doj­dziesz.

- Na przy­kład ja­kich?

- Jesz­cze o tym po­roz­ma­wia­my. Chcę po pro­stu po­wie­dzieć, że nie mu­sisz trak­to­wać tego jak ja­kiejś ka­rie­ry. No chyba że tego chcesz. Ro­zu­miesz?

- Tak, tato.

- Był­byś do­bry, wiesz o tym?

- Na­praw­dę?

- Był­byś do­bry w śpie­wa­niu. Słysza­łem cię.

- Tak, tato.

W ten spo­sób wszyst­ko się za­czę­ło. Jed spró­bo­wał i już nie prze­stał. Za­baw­ne, jak kil­ka słów wy­po­wie­dzia­nych nad mi­ską płat­ków śnia­da­nio­wych może od­mie­nić życie ma­łe­go chłop­ca. A jesz­cze za­baw­niej­sze, jak może to uczynić do­brze na­stro­jo­na gi­ta­ra.

dwa

Pew­nych rze­czy męż­czyzna może się na­uczyć wy­łącz­nie od swo­je­go ojca. Na­le­żą do nich za­rów­no gra­nie akor­dów i kom­po­no­wa­nie pio­se­nek, jak i spo­so­by na strzyże­nie traw­ni­ka oraz zna­le­zie­nie do­bre­go miesz­ka­nia. Nie żeby nie mo­gła tego na­uczyć i mat­ka - bo prze­cież może - ale kie­dy chło­pak do­wia­du­je się tych rze­czy od ojca, ko­mu­ni­kuje mu on znacz­nie wię­cej niż tyl­ko to, w jaki spo­sób wy­ko­nać za­da­nie.

Gdy Da­vid zro­zu­miał, że Jed trak­tuje po­waż­nie nie tyl­ko na­ukę gry na gi­ta­rze, lecz tak­że łą­cze­nie słów z tym, co przy­no­si życie, bar­dzo się za­an­ga­żo­wał. Wsłuchi­wał się w pio­sen­ki syna i za­sta­na­wiał się, co w nich jest. Jed szcze­gól­nie za­pa­mię­tał pe­wien dzień. Sie­dzie­li z oj­cem na po­mo­ście nad wodą i kom­po­no­wa­li pio­sen­kę na ban­dżo. Da­vid ude­rzał w struny in­strumen­tu, wy­stuki­wał nogą rytm i jed­no­cze­śnie ro­bił drob­niut­kie fale na po­wierzch­ni wody. Na­wet ryby wy­da­wa­ły się cie­szyć mu­zyko­wa­niem ojca i na­sto­let­nie­go syna - w po­bli­żu z wody wy­nurzył się na chwi­lę ogrom­ny okoń.

Oj­ciec za­kasz­lał w dłoń, na któ­rej po­ja­wi­ła się krew. Wy­tarł ją o ko­szulę. Są­dził, że Jed tego nie spo­strzegł, ale pew­nych rze­czy nie da się ukryć.

Na­kło­nie­nie Da­vi­da do wi­zyty u le­ka­rza za­ję­ło Je­do­wi tro­chę cza­su, a od jego mat­ki wy­ma­ga­ło nad­ludz­kich wy­sił­ków. Za to dia­gno­zę po­sta­wio­no bar­dzo szyb­ko. A po­tem na­stą­pi­ło błyska­wicz­ne po­gor­sze­nie, któ­re wszyst­kich za­sko­czyło.

- Za­wsze myśla­łem, że zgi­nę w ja­kiejś ka­ta­stro­fie lot­ni­czej - po­wie­dział pew­ne­go wie­czo­ru oj­ciec. Le­żał na szpi­tal­nym łóż­ku, wśród licz­nych rurek i mo­ni­to­rów. - Je­śli się tak umrze, lu­dzie nig­dy cię nie za­po­mną.

- Ja cie­bie nig­dy nie za­po­mnę - wy­szep­tał Jed.

Oj­ciec uśmiech­nął się le­ciut­ko. - W moim życiu było wie­le rze­czy, o któ­rych, mam na­dzie­ję, za­po­mnisz.

Ko­lej­ny atak kasz­lu. Jed był za­do­wo­lo­ny, że nie słysza­ła tego mat­ka. Oj­ciec wy­tarł usta i przy­sunął się do nie­go.

- Byłem z cie­bie taki dum­ny, kie­dy rzuci­łeś pa­le­nie! - stwier­dził Jed.

- Ża­łuję, że w ogó­le za­czą­łem pa­lić. Ale jak się jest dzie­cia­kiem, nie myśli się o tym, co - w mło­do­ści z re­guły nie­szko­dli­we - póź­niej może cię po­żreć. Zresz­tą wie­le rze­czy może cię po­żreć, chyba że bę­dziesz się od nich trzymał z da­le­ka.

Jed cze­kał na wię­cej słów, ale oj­ciec tyl­ko kasz­lał. Z te­le­wi­zo­ra, usta­wio­ne­go na ka­nał co­un­try, do­bie­ga­ła pio­sen­ka. Da­vid się­gnął po pi­lo­ta i trzę­są­cą się dło­nią wy­łą­czył od­bior­nik. Był to dla nie­go taki wy­si­łek, jak­by na ław­ce tre­nin­go­wej wy­ci­snął z ty­siąc ki­lo­gra­mów.

Jego ręka opa­dła na po­ściel. Wziął ko­lej­ny płyt­ki wdech. - Jed, po­peł­nia­łem w życiu błę­dy, ale po­go­dzi­łem się z Pa­nem Bo­giem. Wra­cam do domu.

- Tato, nie pod­da­waj się, pro­szę!

- Nie pod­da­ję się, synu. Je­stem po pro­stu go­to­wy. Je­śli Bóg chce do­ko­nać ja­kie­goś cudu, to prze­cież może. Nie po­trze­bu­je mo­jej zgo­dy. Ale je­że­li woli, bym wró­cił do domu, to do­brze. Na­wet wię­cej niż do­brze.

Jed wpa­trywał się w ekran te­le­wi­zo­ra.

- Mo­żesz o tym myśleć jak o dłu­giej tra­sie kon­cer­to­wej. Będę miał po pro­stu sta­ły an­gaż.

- Jak w Las Ve­gas.

Oj­ciec ro­ze­śmiał się i zno­wu za­kasz­lał, a Jed po­ża­ło­wał, że pró­bo­wał być za­baw­ny. Kie­dy Da­vid od­zyskał od­dech, zła­pał syna za rękę swo­ją zgrubia­łą od sto­lar­ki i in­nych prac fi­zycz­nych dło­nią. Był czło­wie­kiem mu­zyki, ale znał rów­nież war­tość pra­cy wy­ko­nywa­nej w po­cie czo­ła.

- W nie­bie bę­dzie znacz­nie le­piej niż w Las Ve­gas, synu.

Jed tyl­ko po­ki­wał gło­wą. Po­myślał, że może na­pi­sać o tym pio­sen­kę i po­rów­nać nie­bo do Las Ve­gas. Jego pod­bró­dek za­czął drgać.

- Chciał­bym cię tam kie­dyś spo­tkać - szep­nął oj­ciec. - Obie­casz mi, że się tam spo­tka­my?

Jed znów po­ki­wał gło­wą. Nie był w sta­nie nic po­wie­dzieć.

- Po­dą­żaj za Bo­giem, Jed. Rób to, co On mówi. I wszyst­ko bę­dzie do­brze. Bę­dziesz czło­wie­kiem, ja­kim mnie nig­dy nie uda­ło się stać.

***

Przed śmier­cią oj­ciec po­pro­sił, aby na jego na­grob­ku umiesz­czo­no cały Psalm 23. - Żeby lu­dzie mo­gli prze­czytać coś, co za­wsze bę­dzie mia­ło zna­cze­nie - stwier­dził.

Mat­ka Jeda schyli­ła się i prze­je­cha­ła dło­nią po ko­ro­nie wy­rytej tuż obok dat: 17 grud­nia 1942 - 10 sierp­nia 2003.

- Był­by na­praw­dę dum­ny z tego, co dzi­siaj mó­wi­łeś - po­wie­dzia­ła do Jeda ła­mią­cym się gło­sem. - Na­praw­dę był­by z cie­bie dum­ny.

- Ża­łuję, że nie uda­ło mi się na­pi­sać o tym pio­sen­ki, za­nim od­szedł. Mógł­by jej po­słuchać. Mógł­by mi po­móc... - umilkł. Mat­ka pod­nio­sła się nie­pew­nie z miej­sca, a po­tem przy­tuli­ła się do syna i za­pła­ka­ła. Trzymał ją w ra­mio­nach do­pó­ty, do­pó­ki nie od­sunę­ła się i nie spoj­rza­ła na nie­go.

- Chciał ci po­wie­dzieć tak wie­le rze­czy. Po pro­stu nie znaj­do­wał od­po­wied­nich słów.

- Wy­cho­dzi­ło mu to tyl­ko w pio­sen­kach, praw­da?

Uśmiech­nę­ła się przez łzy. - Nie­któ­rzy męż­czyź­ni w ogó­le nie po­tra­fią tego z sie­bie wy­krze­sać.

- Mamo, co się wy­da­rzyło po­mię­dzy wami dwoj­giem? Chciał­bym po­znać two­ją wer­sję. Wiem, że to nie jest wła­ści­wy czas i od­po­wied­nie miej­sce...

- To do­sko­na­łe miej­sce. Praw­da jest ko­niecz­na nad gro­bem. Chciał­by, że­bym od­po­wie­dzia­ła ci na wszyst­kie pyta­nia, któ­re mi za­dasz.

Za­czę­ła opo­wia­dać. To była trud­na opo­wieść i mat­ka łka­ła nie­mal przez cały czas.

- Wi­dzia­łeś sta­re fil­my wi­deo. Wiesz, że daw­niej śpie­wa­łam z Da­vi­dem, a mój mąż Bill grał w ze­spo­le na man­do­li­nie. Nig­dy wcze­śniej ani póź­niej nie słysza­łam, aby kto­kol­wiek po­tra­fił grać na tym in­strumen­cie tak jak on.

- On nie żyje, praw­da? Czyta­łem o tym w in­ter­ne­cie. Czy to było sa­mo­bój­stwo?

- Ro­dzi­na sta­ra­ła się tego nie roz­gła­szać, ale w koń­cu i tak się wy­da­ło. Wszyscy byli­śmy zdruzgo­ta­ni. To ja go zna­la­złam.

- Nie roz­ma­wiaj­my o tym, mamo.

- Nie, wy­słuchaj mnie. Mó­wie­nie o tym nie jest dla mnie ła­twe, ale świa­do­mość, że nig­dy byś się o tym do­wie­dział lub po­wie­dział­by ci o tym ktoś obcy, pew­nie by mnie za­bi­ła.

- Słysza­łem ja­kieś plot­ki na spo­tka­niach ro­dzin­nych. Ja­kieś szep­ty. I wi­dzia­łem krę­ce­nie gło­wa­mi.

- Twój oj­ciec nie zno­sił tych spo­tkań. A cała hi­sto­ria wy­glą­da­ła na­stę­pują­co. Tata i ja mie­li­śmy ro­mans. Zła­ma­li­śmy na­sze przy­się­gi mał­żeń­skie. To było sza­leń­stwo. Za­szłam w cią­żę. Nie mo­głam po­ra­dzić so­bie z myślą, że dziec­ko nie jest Bil­la. Da­vid za­wiózł mnie do kli­ni­ki. Jest to jed­na z tych rze­czy, któ­rych ża­łuję naj­bar­dziej.

Jed wpa­trywał się w na­gro­bek i chło­nął sło­wa mat­ki.

- Bill do­wie­dział się o tym. Są­dzę, że już wcze­śniej prze­czuwał, co się dzie­je, ale nie chciał w to wie­rzyć. Tak strasz­nie był zra­nio­ny i wście­kły z po­wo­du tego, co zro­bi­li­śmy, że ode­brał so­bie życie. Po­wie­sił się. Zna­la­złam go w domu. Zo­sta­wił kart­kę ze sło­wa­mi: Mam na­dzie­ję, że bę­dziesz szczę­śli­wa z wy­bo­ru, ja­kie­go do­ko­na­łaś. Pierw­szą oso­bą, do któ­rej za­dzwo­ni­łam, był Da­vid.

- Tak mi przy­kro, mamo. - Od­cze­kał chwi­lę, aż mat­ka otrze z oczu łzy, i za­pytał: - A więc to dla­te­go ro­dzi­na taty ze­rwa­ła z nami wszel­kie kon­tak­ty?

Kiw­nę­ła gło­wą. - Jego żona za­bra­ła dzie­ci i ode­szła. Nig­dy w życiu nie wi­dzia­łam bar­dziej przy­bi­te­go czło­wie­ka niż Da­vid wte­dy. Myśla­łam, że za­pi­je się na śmierć. Ale ja­koś uda­ło mu się z tego wyjść.

- To ty mu po­mo­głaś z tego wyjść.

- Po­mo­gli­śmy so­bie na­wza­jem. Pró­bo­wał ja­koś uło­żyć so­bie re­la­cje z tą ko­bie­tą, ale ona roz­wio­dła się z nim i za­bra­ła wszyst­ko, co za­ro­bił przez całe życie. Nie ob­wi­niam jej. O więk­szość rze­czy, któ­re się zda­rzyły, ob­wi­niam sie­bie. Czło­wiek myśli, że wy­bo­ry, któ­rych do­ko­nuje, do­tyczą tyl­ko jego i tej drugiej oso­by. Nie zda­je so­bie spra­wy z tego, że mają one wpływ na wszyst­kich. Łącz­nie z tobą.

- Ze mną?

- Kie­dy się po­bie­ra­li­śmy, czuli­śmy ra­dość, ale pod­szytą smut­kiem. Two­je na­ro­dzi­ny były no­wym roz­dzia­łem w tej hi­sto­rii. Dzień, w któ­rym się uro­dzi­łeś, był naj­lep­szym dniem w życiu two­je­go taty i moim. Za­wsze jed­nak to­wa­rzyszyła nam słod­ko-gorz­ka świa­do­mość tego, co wy­da­rzyło się wcze­śniej. Pró­bo­wa­li­śmy roz­po­cząć nowe życie, na prze­kór prze­szło­ści i wła­snym błę­dom. Ale za­wsze od­czuwa­li­śmy wy­rzuty su­mie­nia. Wi­sia­ły nad nami jak gra­do­wa chmu­ra.

- To przede wszyst­kim z two­je­go po­wo­du nadal śpie­wał - stwier­dził Jed. - To go utrzymywa­ło przy życiu.

- Przy życiu trzyma­ło go to, że w jego ser­cu po­ja­wił się Bóg. Zresz­tą w moim rów­nież. Tak strasz­nie mi wstyd za to, co się wte­dy wy­da­rzyło! Nie po­tra­fi­li­śmy za­pa­no­wać nad na­szą na­mięt­no­ścią. Zra­ni­li­śmy bli­skich. I mu­sie­li­śmy z tym żyć. Twój oj­ciec pra­gnął dać ci wszyst­ko, cze­go nie mógł ofia­ro­wać swo­jej pierw­szej ro­dzi­nie.

Wy­cią­gnę­ła z to­reb­ki wy­służo­ny dzien­nik i wci­snę­ła go do rąk Jeda. - Wszyst­ko jest tutaj. Da­vid za­wsze twier­dził, że czło­wiek musi na­uczyć się żyć z wła­snymi błę­da­mi. Miał na­dzie­ję, że uda mu się cie­bie uchro­nić przed tymi sa­mymi po­mył­ka­mi.

Wie­czo­rem Jed otwo­rzył ze­szyt i za­czął czytać na­ba­zgro­lo­ny tekst. Nie­mal czuł do­tyk ojca. Sło­wa za­czyna­ły od­dychać, na­bie­rać życia i sen­su w kon­tek­ście hi­sto­rii, któ­rą usłyszał.

Wi­dzia­łem wszyst­kie spra­wy, ja­kie się dzie­ją pod słoń­cem, a oto wszyst­ko jest mar­no­ścią i go­ni­twą za wia­trem.

[...] dro­gą zaś żywo­ta po­ucze­nie i kar­ność. Niech cię ustrze­gą przed żoną bliź­nie­go, przed słod­kim ję­zykiem cu­dzej [nie­wia­sty]. Nie po­żą­daj w swym ser­cu jej pięk­no­ści, nie daj się zwa­bić jej rzę­sa­mi [...]. Czyż moż­na zgar­nąć ogień w za­na­drze i szat swo­ich nie spa­lić? Czyż moż­na cho­dzić po pło­ną­cych wę­glach i nie po­pa­rzyć swo­ich stóp? Tak [dzie­je się] z tym, któ­ry bie­ga za żoną bliź­nie­go: kto­kol­wiek zbli­ża się do niej, nie uj­dzie kary.

Po czym skie­ro­wa­łem swe spoj­rze­nie na wszel­ki ucisk, jaki się dzie­je pod słoń­cem. [...] Chwa­li­łem więc bar­dziej [los] umar­łych, tych, któ­rzy już ode­szli, ani­że­li [los] tych, któ­rzy jesz­cze po­zo­sta­ją przy życiu. Lecz za szczę­śliw­sze­go od jed­ne­go i drugie­go uwa­żam tego, co się jesz­cze nie uro­dził i nie wi­dział zła, któ­re się po­peł­nia pod słoń­cem.

[...] za­zdrość roz­pa­li gniew męża i w dniu ze­msty bę­dzie bez­li­to­sny. Nie uła­go­dzi go ża­den okup, nie ustą­pi, choć­byś mu ofia­ro­wał wie­le da­rów.

[...] cu­dzo­łóż­ca jest po­zba­wio­ny roz­sąd­ku: tak po­stę­puje ten, kto wła­snej zguby szuka. Zbie­ra on chło­stę i hań­bę, a wstydu jego nic nie zma­że.

Nie szczę­ści się temu, kto swe grze­chy ukrywa, ale kto je wy­zna­je i po­rzuca, do­stę­puje mi­ło­sier­dzia.

Jak nie znasz dro­gi tchnie­nia [prze­ni­ka­ją­ce­go] do ko­ści w ło­nie brze­mien­nej, tak też nie znasz spraw Boga, któ­ry jest twór­cą wszyst­kie­go.

Któż to wie, co jest w życiu do­bre dla czło­wie­ka pod­czas dni jego zni­ko­me­go życia, któ­re prze­żywa jak cień? Któż zdra­dzi czło­wie­ko­wi, co się bę­dzie dzia­ło po nim pod słoń­cem?

Sam czło­wiek nie zna swej go­dzi­ny [...].

Jed­no po­ko­le­nie prze­cho­dzi, drugie po­ko­le­nie przy­cho­dzi, a zie­mia trwa nie­wzrusze­nie.

Wpa­trywał się w pi­smo ojca i myślał o jego życiu.

Po chwi­li drzwi się otwo­rzyły. Do po­ko­ju we­szła mat­ka.

- Chciał, że­byś do­stał i to - po­wie­dzia­ła i po­da­ła mu gi­ta­rę ojca z wy­rytą ko­ro­ną, sym­bo­lem jego ka­rie­ry.

- Ale ty chcia­łaś ją za­trzymać - od­parł Jed.

Po­trzą­snę­ła gło­wą. - Nie. Na­le­ży do cie­bie. Chciał, że­byś two­rzył na niej wspa­nia­łą mu­zykę. Mnie też nic bar­dziej nie uszczę­śli­wi.

- Nig­dy nie będę na­wet w po­ło­wie tak do­bry jak on jako mu­zyk, jako au­tor tek­stów. Ani jako czło­wiek.

- Mo­żesz być jesz­cze lep­szy. Ucz się na jego błę­dach. Niech jego życie bę­dzie dla cie­bie lek­cją, z któ­rej do­wiesz się, jak stać się do­brym czło­wie­kiem.

Jed chwycił gi­ta­rę i po­czuł, że prze­szywa go prąd. Był to in­strument, na któ­rym jego oj­ciec grał na sce­nie i poza nią. Tych pio­se­nek lu­dzie słucha­li rów­nież w ra­diu. Na ilu li­stach prze­bo­jów roz­brzmie­wał dźwięk tego in­strumen­tu?

Wie­dział, że trzyma w dło­niach coś wię­cej niż tyl­ko spa­dek po pio­sen­ka­rzu i twór­cy pio­se­nek. To nie był je­dynie ka­wa­łek sta­re­go drew­na. To był ka­ta­li­za­tor, coś, co mia­ło zbli­żyć go do ojca o ko­lej­ny krok, było bi­ciem jego ser­ca. Za po­mo­cą tej gi­ta­ry Da­vid po­tra­fił prze­ka­zać sy­no­wi rze­czy, o któ­rych nie umiał mó­wić.

Mat­ka wy­szła. Jed wsłuchi­wał się w od­głos jej kro­ków na drew­nia­nej pod­ło­dze ko­ryta­rza. Usta­wił pal­ce, żeby za­grać G, a po­tem do­stro­ił strunę A do G i za­grał pięć dźwię­ków ma­łym pal­cem na trze­cim pro­gu, tak jak na­uczył go oj­ciec.

Cały ból w moim ser­cu i rany w mej du­szy

Przy po­że­gna­niu szar­pią i rwą.

Cały smu­tek wię­zio­ny w środ­ku pę­dzi jak prze­rwa­na tama...

Była to za­le­d­wie ja­kaś za­błą­ka­na myśl, któ­rą za­pi­sał w pa­mięt­ni­ku. Prze­sie­dział z gi­ta­rą ojca całą noc. Brzdą­kał na niej, pi­sał w ze­szycie, na zmia­nę śmiał się i pła­kał. Jego ser­ce, choć zła­ma­ne, po­wo­li się wy­peł­nia­ło. Już wie­dział, co chce ro­bić w życiu.

trzy

Jak tyl­ko Rose Jor­dan się­ga­ła pa­mię­cią, wio­dła do­bre życie. Jej ro­dzi­na pra­co­wa­ła na far­mie i do­glą­da­ła win­ni­cy. Za­pach wi­no­gron w se­zo­nie, ich ob­cią­ża­ją­ce pną­cza doj­rza­łe ki­ście wy­peł­nio­ne so­kiem, któ­ry sym­bo­li­zo­wał życie - to wszyst­ko bar­dzo cie­szyło Rose.

Ko­rze­nie ro­dzi­ny Jor­da­nów się­ga­ły cza­sów pierw­szych osad­ni­ków, któ­rzy wy­ruszyli w po­dróż i za­ko­cha­li się w żyznej gle­bie od­na­le­zio­nej w sta­nie Ken­tuc­ky. Zie­mia była prze­ka­zywa­na z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie do­pó­ty, do­pó­ki w 1820 roku nie za­sie­dlo­no mia­stecz­ka Sha­ron. Wte­dy to na skutek ro­dzin­nych spo­rów po­dzie­lo­no ją na dwie czę­ści.

Rose lu­bi­ła myśleć, że kie­dy spo­glą­da przed sie­bie na krze­wy wi­no­ro­śli, wi­dzi to samo co jej mat­ka i bab­ka, i po­zo­sta­łe ko­bie­ty z ro­dzi­ny aż po XVII wiek, kie­dy to jej przod­ko­wie osie­dli­li się w tym miej­scu.

Bra­cia Rose, znie­chę­ce­ni cięż­ką pra­cą w win­ni­cy, ucie­kli stąd, gdy tyl­ko do­ro­śli. Rose wie­dzia­ła zaś, że nig­dy nie opu­ści tego miej­sca. Chłop­com ko­ja­rzyło się ono je­dynie z bez­ustan­nym wy­sił­kiem, któ­re­go wy­ma­ga­ła pro­duk­cja wina, a jej - z da­rem życia. Pra­ca przy­no­si­ła Rose, po­dob­nie zresz­tą jak jej mat­ce, nie zmę­cze­nie, lecz uko­je­nie. Po mo­zol­nym dniu dziew­czyna mia­ła do­bre, spo­koj­ne sny.

Jej oj­ciec, She­phard Jor­dan, od­zywał się tyl­ko wte­dy, kie­dy mu­siał. Był fi­la­rem lo­kal­nej spo­łecz­no­ści, jed­ną z naj­waż­niej­szych osób w mia­stecz­ku. Wiódł spo­koj­ne życie. Je­śli ktoś cze­goś po­trze­bo­wał, za­wsze mógł do nie­go przyjść - czy to w spra­wie po­psute­go trak­to­ra, czy nie­do­ma­ga­ją­ce­go ko­nia, czy pro­ble­mów fi­nan­so­wych. Dla kil­ku ro­dzin miesz­ka­ją­cych na obrze­żach jego zie­mi stał się hoj­nym do­bro­czyń­cą - ich ma­jąt­ki roz­ro­sły się od jed­nej trze­ciej akra do dwóch lub na­wet trzech akrów. Czym­że było­by życie, gdyby nie dało się ob­da­ro­wywać in­nych?

A jed­nak win­ni­ca Jor­da­nów bu­dzi­ła pew­ne kon­tro­wer­sje. Nie­któ­rzy miesz­kań­cy mia­stecz­ka twier­dzi­li, że pa­dał na nią cień zła­ma­ne­go życia wie­lu lu­dzi.

- Szyder­cą jest wino, krzyka­czem - na­pój upa­ja­ją­cy [...] - rzuci­ła pew­ne­go dnia w twarz She­po­wi Eu­ni­ce Edwards. Sta­nę­ła na gan­ku ich domu i gro­zi­ła ojcu Rose pal­cem. Drugą rękę opar­ła na swo­im sze­ro­kim bio­drze. Rose, urze­czo­na kwia­to­wym wzo­rem su­kien­ki, któ­ra przy­le­ga­ła do ko­bie­ty jak skór­ka do win­ne­go gro­na, pa­trzyła na nią z bez­piecz­nej od­le­gło­ści ka­na­py w sa­lo­nie.

- [...] kto się im od­da­je, nie wy­ka­zuje mą­dro­ści - mó­wi­ła da­lej Eu­ni­ce. - Tak mówi Pi­smo Świę­te, Księ­ga Przy­słów 20, wer­set 1.

Rose spoj­rza­ła na sa­mo­chód ko­bie­ty i do­strze­gła w nim Ed­die­go, naj­młod­sze­go z chłop­ców Edward­sów. Sie­dział z tyłu i bęb­nił pal­ca­mi w szybę. Był mniej wię­cej w jej wie­ku. Za­wsze miał taki wy­raz twa­rzy, jak­by wie­dział wię­cej niż inni.

- Eu­ni­ce, nie mogę po­wie­dzieć, że się z tobą nie zga­dzam - od­parł Shep. - W Bi­blii jest wie­lo­krot­nie mowa o tym, żeby nie upi­jać się wi­nem. Ale ono sta­no­wi też dar Boga dla lu­dzi. Jest sym­bo­lem życia.

- Shep, wi­dzia­łam nie­jed­no życie znisz­czo­ne przez al­ko­hol. Nie wiem, dla­cze­go mar­nujesz swo­je na coś, co nisz­czy lu­dzi.

- Za­wsze moż­na wy­ko­rzystać do­bro do nie­cnych ce­lów. Na przy­kład sa­mo­chód może za­brać cie­bie i two­je­go syna do ko­ścio­ła, ale mo­żesz też po­je­chać nim do baru. Pro­ble­mem nie jest sa­mo­chód, lecz ser­ce...

- Mu­si­my się prze­miesz­czać z jed­ne­go miej­sca do drugie­go, za to nie mu­si­my pić wina.

- Masz ra­cję. Nie mu­si­my go pić. Ale Bóg nam je dał. To dar, z któ­re­go trze­ba mą­drze ko­rzystać.

Eu­ni­ce rzuci­ła mu ostre spoj­rze­nie spod okula­rów w cien­kich opraw­kach. - Będę się za cie­bie mo­dlić, Shep. Będę się mo­dlić, żeby Bóg wy­ba­czył ci grzech, któ­ry po­peł­niasz. I by wy­ba­czył grze­chy two­im przod­kom.

Spoj­rza­ła na okno domu i do­strze­gła przez nie Rose. - Masz małą cór­kę, któ­rą wy­cho­wujesz bez mat­ki. Co zro­bisz, gdy któ­re­goś dnia zła­pie za bu­tel­kę? Co zro­bisz, je­śli twoi chłop­cy sta­ną się pi­ja­ka­mi?

Nie od­po­wie­dział jej, cho­ciaż Rose bar­dzo tego chcia­ła. Mia­ła ocho­tę wy­krzyczeć na głos kil­ka wer­se­tów bi­blij­nych, w któ­rych chwa­lo­no wino. Jest do­bre na żo­łą­dek, jak po­wie­dział św. Pa­weł. Prze­cież Bi­blia mówi, aby się nie upi­jać, ale to wca­le nie zna­czy, że nie moż­na w ogó­le pić. Stwier­dzo­no by wprost: Nie pij wina. Ale pani Edwards od­po­wie­dzia­ła­by pew­nie, że wino, któ­re pi­jał św. Pa­weł, to zupeł­nie inna spra­wa.

Kie­dy sa­mo­chód Edward­sów znik­nął za krze­wa­mi wi­no­ro­śli, Rose wy­szła na ga­nek i sta­nę­ła obok ojca. - Dla­cze­go ona była taka nie­grzecz­na? - za­pyta­ła. Tata wziął ją na ręce. - Pew­nie ma to coś wspól­ne­go z jej oj­cem. I mę­żem. Lu­dziom, któ­rzy ob­ry­wa­ją od życia, na­le­ży nie­co od­pu­ścić, Rose.

- Czy to dla­te­go jest taka zło­śli­wa?

- Nie jest zło­śli­wa. Po pro­stu cier­pi. Zwie­rzę, któ­re jest do­bre i ła­god­ne, też ryczy, kie­dy się zra­ni. Pa­mię­taj o tym, gdy lu­dzie po­stą­pią w sto­sun­ku do cie­bie nie­ład­nie. To zwykle ozna­cza tyl­ko tyle, że cier­pią.

Te­raz, dzie­sięć lat póź­niej, Rose przy­po­mnia­ła so­bie tę sce­nę, kie­dy pró­bo­wa­ła wy­tasz­czyć ze schow­ka w sto­do­le sta­ry do­mek dla la­lek. Był cięż­ki i nie­po­ręcz­ny. Po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, ale nie chcia­ła pro­sić ojca. Gdyby się do­wie­dział, że chce się po­zbyć za­baw­ki, zro­bi­ło­by mu się przy­kro. On i bra­cia Rose wło­żyli nie­gdyś w ten do­mek wie­le pra­cy. Cię­li ma­te­ria­ły, kle­ili, ma­lo­wa­li, aby wrę­czyć jej go na dzie­wią­te uro­dzi­ny, za­le­d­wie kil­ka dni po na­jeź­dzie Eu­ni­ce Edwards. Po­da­ro­wa­li go dziew­czyn­ce nie­speł­na rok po śmier­ci mamy. Przez wie­le mie­się­cy ba­wi­ła się tym pre­zen­tem każ­de­go dnia. Do­mek skła­dał się z trzech pię­ter. Na pierw­szym znaj­do­wa­ły się kuch­nia, ja­dal­nia, sa­lon, pral­nia i pra­cow­nia (ta ostat­nia po­wsta­ła w hoł­dzie dla mamy). Na drugim wy­dzie­lo­no sy­pial­nie, a trze­cie było ma­łym po­ko­ikiem przy­po­mi­na­ją­cym po­miesz­cze­nie w la­tar­ni mor­skiej. Mąż i żona mo­gli pa­trzeć z nie­go na swo­je zie­mie i po­dzi­wiać za­cho­dy słoń­ca. Rose fa­scyno­wa­ła nie­zwykła licz­ba de­ta­li. Była wdzięcz­na ta­cie i bra­ciom, któ­rzy za­da­li so­bie tyle trudu, żeby zro­bić coś tak wy­jąt­ko­we­go, tak nie­za­po­mnia­ne­go, choć ich ser­ca krwa­wi­ły wte­dy z bólu.

- Po­mo­gę ci - po­wie­dzia­ła De­ni­se Law­ton. Była wyż­sza od Rose o kil­ka cen­tyme­trów. Mia­ła dłu­gie, ciem­ne wło­sy, a kie­dy się uśmie­cha­ła, jej oczy wy­da­wa­ły się iskrzyć. I za­wsze zna­la­zła po­wód, by roz­nie­cić te iskry. Była kró­lo­wą scen - w dzie­ciń­stwie ob­sa­dza­no ją w każ­dym szkol­nym przed­sta­wie­niu.

- Ale cze­kaj! Chyba nie chcesz się tego po­zbyć?! - spyta­ła zdzi­wio­na. - Rose, nie mo­żesz tego zro­bić!

- Prze­cież leży w sto­do­le od lat.

- Ale ba­wi­łyśmy się nim, kie­dy byłyśmy małe. Po­win­naś go za­cho­wać dla swo­jej cór­ki.

De­ni­se od­wró­ci­ła się w kie­run­ku sto­do­ły, ale Rose po­cią­gnę­ła do­mek moc­niej w swo­ją stro­nę. - Nie wra­ca­my. Idzie­my do sa­mo­cho­du.

- Ro­bisz błąd. Ko­cha­łaś ten do­mek.

Za­baw­ka wy­da­wa­ła się co­raz cięż­sza. Po­sta­wi­ły ją na tra­wie. Rose po­gła­ska­ła dach i małą ko­puł­kę. - Tak, ko­cha­łam ten do­mek, ale już z nie­go wy­ro­słam. I te­raz uszczę­śli­wi ja­kąś inną małą dziew­czyn­kę.

- To jest pa­miąt­ka ro­dzin­na. Nie wy­ra­sta się z pa­mią­tek ro­dzin­nych. Prze­ka­zuje się je da­lej.

- Nie chcę, żeby moje życie po­le­ga­ło na gro­ma­dze­niu rze­czy. Je­śli kie­dykol­wiek będę mia­ła dzie­ci, opo­wiem im o tym, co dla mnie zro­bi­li bra­cia i tata. Nie mu­szę za­trzymywać dom­ku, by o nim pa­mię­tać. Chcę się go po­zbyć.

- Je­stem jak naj­bar­dziej za po­zbywa­niem się rze­czy, któ­rych nie po­trze­bu­jesz. Po­rząd­ko­wa­nie jest do­bre. Ale na­le­ży mą­drze wy­bie­rać. Ro­bisz błąd, uwierz mi. Za kil­ka lat bę­dziesz go chcia­ła z po­wro­tem.

- No do­bra. Zo­stań i nie ruszaj się stąd! - krzyk­nę­ła Rose i po­bie­gła do domu. De­ni­se za­wo­ła­ła, że za­mie­rza so­bie pójść, ale wciąż sta­ła przy dom­ku, kie­dy Rose wró­ci­ła z apa­ra­tem.

- Trzymaj! Zrób zdję­cie, że­bym mo­gła je po­ka­zać wszyst­kim dzie­ciom, któ­re, jak są­dzisz, będę mia­ła.

- Bę­dziesz ich mia­ła pe­łen dom. I bę­dziesz świet­ną mat­ką. Lu­dzie, któ­rzy mają świet­ne mat­ki, są świet­nymi ro­dzi­ca­mi.

- To słod­kie, co po­wie­dzia­łaś. Wy­da­je mi się, że wła­śnie usłysza­łam kom­ple­ment.

- To był kom­ple­ment dla two­jej mamy.

Rose przy­kuc­nę­ła obok dom­ku. Z uśmie­chem na ustach chwyci­ła mały kuchen­ny sto­li­czek i jed­no z krze­seł. De­ni­se zro­bi­ła kil­ka zdjęć.

- Wy­star­czy. Te­raz idzie­my z tym do sa­mo­cho­du.

- Je­śli się tego po­zbę­dziesz, zra­nisz ojca.

- Tata bę­dzie dum­ny, że po­ma­gam po­trze­bu­ją­cej ro­dzi­nie w zbie­ra­niu fun­du­szy.

- Jak zwykle, wspa­nia­ła fi­lan­trop­ka. A tak na mar­gi­ne­sie, co to za ro­dzi­na?

- Na­le­żą do Ko­ścio­ła. Ich syn musi przejść po­waż­ną ope­ra­cję. W ten we­ekend or­ga­ni­zują sprze­daż nie­po­trzeb­nych rze­czy na pik­ni­ku ko­ściel­nym. Cie­ka­we, ile do­sta­ną za mój do­mek?

Pod­nio­sły do­mek i wsunę­ły go na przy­cze­pę, obok ro­we­ru sta­cjo­nar­ne­go. Było tam jesz­cze kil­ka wor­ków z ubra­nia­mi, książ­ka­mi i in­nymi przed­mio­ta­mi, któ­re po­da­ro­wa­li lu­dzie przy­cho­dzą­cy do ko­ścio­ła. Kie­dy Rose zo­ba­czyła swój do­mek dla la­lek wśród tych wszyst­kich przed­mio­tów, za­kłuło ją w ser­cu. Pod­ję­cie ta­kiej de­cyzji to jed­na spra­wa, a po­sta­no­wie­nie, aby nic nie od­czuwać - inna.

Wsko­czyła na przy­cze­pę i usia­dła. Spoj­rza­ła na pola i win­ni­cę, któ­ra cią­gnę­ła się aż po ła­god­ne wzgó­rza. Na­stęp­nie za­mknę­ła drzwi do sy­pial­ni w dom­ku dla la­lek i usłysza­ła cha­rak­te­rystycz­ny klik. Taki mały szcze­gół.

Uśmiech­nę­ła się do De­ni­se. - Wiesz, przy­po­mnia­ły mi się mu­si­ca­le, któ­re od­grywa­łyśmy z chło­pa­ka­mi. Pa­mię­tasz? Sta­łyśmy w roz­kro­ku nad dom­kiem i śpie­wa­łyśmy: Oooookla­ho­ma!

- A lal­ki za­wsze sie­dzia­ły w kuch­ni i na­słuchi­wa­ły, roz­ma­rzo­ne. Cze­ka­ły na swo­ich mę­żów, któ­rzy mie­li wró­cić po cięż­kim dniu pra­cy.

Rose za­mknę­ła oczy i po­zwo­li­ła po­wró­cić słod­kim wspo­mnie­niom. - Po­mo­głaś mi znów za­cząć się śmiać...

- O czym ty mó­wisz?

- Po śmier­ci mamy, po tym wszyst­kim, co się sta­ło w na­szym domu, gdy moi bra­cia pró­bo­wa­li so­bie z tym po­ra­dzić i nie umie­li... Za­cho­wywa­li się tak, jak­by prze­gra­li roz­gryw­ki Ma­łej Ligi. A tata stał się taki obo­jęt­ny! Byłam je­dyną oso­bą, któ­ra pła­ka­ła i źle się z tym czuła. Ty po­zwo­li­łaś mi na płacz, a na­wet za­chę­ca­łaś mnie do nie­go. I wła­śnie to po­mo­gło mi się zno­wu śmiać.

- Chcia­łam po pro­stu od­zyskać daw­ną cie­bie.

- To two­ja mama za­pro­po­no­wa­ła, żeby zor­ga­ni­zo­wać moje uro­dzi­ny, praw­da?

De­ni­se po­ki­wa­ła gło­wą. - Roz­ma­wia­łyśmy o tym, jaka je­steś smut­na. Kie­dy do nas przy­cho­dzi­łaś, chcia­łaś cały czas sie­dzieć na po­dwór­ku. Huś­tać się na huś­taw­ce i ga­pić na traw­nik.

- Po­tra­fi­łaś słuchać.

- Mama po­wie­dzia­ła mi, że twój tata roz­pła­kał się, gdy za­pro­po­no­wa­ła mu zor­ga­ni­zo­wa­nie przy­ję­cia uro­dzi­no­we­go dla cie­bie.

- Na­praw­dę?

- Jej zda­niem, on tak na­praw­dę wie­dział, że tego po­trze­bu­jesz, ale cięż­ko mu się było za to za­brać. To two­ja mama za­wsze pla­no­wa­ła wszyst­kie przy­ję­cia i kupo­wa­ła pre­zen­ty.

- I pie­kła tor­ty, i de­ko­ro­wa­ła dom. W dzień przy­ję­cia za­wie­sza­ła ba­lo­ny na skrzyn­ce na li­sty. - Rose cięż­ko wes­tchnę­ła i opu­ści­ła nogi. - Nie są­dzę, by cho­dzi­ło mu o zro­bie­nie za­kupów czy za­wie­sze­nie de­ko­ra­cji. Myślę, że cięż­ko mu było zde­cydo­wać się na wpusz­cze­nie do domu na nowo odro­bi­ny ra­do­ści. Gdybyśmy zno­wu się śmia­li, cie­szyli życiem, wy­glą­da­ło­by to na pe­wien ro­dzaj zdra­dy wo­bec mamy.

- Ale ona na pew­no chcia­ła­by, że­byś się śmia­ła. To sza­lo­ne myśleć in­a­czej. I na pew­no chcia­ła­by, że­byś za­trzyma­ła ten do­mek dla jej wnuków.

Rose prze­wró­ci­ła ocza­mi. - De­ni­se, chyba nie je­stem go­to­wa myśleć o jej wnukach.

- Bę­dziesz mia­ła pięt­na­ścio­ro dzie­ci. Sa­mych chłop­ców.

Rose ro­ze­śmia­ła się ser­decz­nie. - Wte­dy do­mek dla la­lek nie bę­dzie mi po­trzeb­ny. A poza tym, czy ty so­bie wy­obra­żasz pięt­na­stu chłop­ców w jed­nym domu?!

- Mu­sia­ła­byś jeź­dzić na za­kupy do spo­żyw­cze­go szkol­nym au­to­bu­sem.

- Ale żeby to się sta­ło, mu­sia­ła­bym naj­pierw zna­leźć im ta­tusia.

- Ed­die Edwards za­wsze czuł do cie­bie mię­tę. Jest słod­ki.

- Słod­kie to są szcze­nia­ki.

De­ni­se po­krę­ci­ła gło­wą. - Je­steś bez­na­dziej­na. Fa­ce­ci się za­bi­ja­ją, żeby cię po­znać.

- Ja­koś żad­ne­go nie wi­dzę.

- Nie uwie­rzyła­byś, ilu fa­ce­tów roz­ma­wia o to­bie w ko­ście­le.

- Roz­ma­wia­nie o mnie a roz­ma­wia­nie ze mną to dwie róż­ne rze­czy. Dla­cze­go ża­den z nich nie daje naj­mniej­sze­go zna­ku?

- Wiesz dla­cze­go. Boją się two­je­go ojca. Nie patrz tak na mnie. Mu­sisz przy­znać, że jest groź­ny.

- Może tro­chę.

- Mó­wie­nie, że twój tata jest TRO­CHĘ groź­ny, to jak twier­dze­nie, że Mo­unt Eve­rest to ośla łącz­ka - wes­tchnę­ła De­nise. - On na­praw­dę bar­dzo cię ko­cha, na swój sza­lo­ny, ego­istycz­ny, wy­jąt­ko­wy, sta­ro­świec­ki, far­mer­sko-opie­kuń­czy spo­sób. Ale je­stem też pew­na, że fa­cet dla cie­bie gdzieś jest. I cze­ka. Wszyst­ko pla­nuje. Jak taj­ną ope­ra­cję.

- Jak wy­glą­da?

- Za­sta­nów­my się nad tym... Mniej wię­cej metr osiem­dzie­siąt pięć. Sil­ne ra­mio­na, któ­re będą no­sić ten do­mek dla la­lek, gdzie tyl­ko bę­dziesz chcia­ła. Nie­bie­skie albo zie­lo­ne oczy. I do­bra twarz. Za­wsze bę­dzie cho­dził w świe­żej bia­łej ko­szuli i dżin­sach, któ­re będą wy­glą­da­ły jak do­pie­ro co zdję­te z wie­sza­ka. Mała bród­ka jak u Tima McGra­wa.

- Kogo?!

- Pio­sen­ka­rza co­un­try. Rose, na­praw­dę mu­sisz tro­chę nad­ro­bić, je­śli cho­dzi o mu­zykę. Nie mo­żesz cią­gle słuchać tyl­ko kla­sy­ki.

- Lu­bię kla­sy­kę. Moja mama też ją lu­bi­ła.

- No do­brze. W ta­kim ra­zie ten fa­cet też musi lu­bić kla­sy­kę. Bę­dzie miał po­na­grywa­ne wszyst­kie naj­więk­sze prze­bo­je i bę­dzie słuchał sta­cji, któ­ra nadal je gra.

- Mó­wisz, jak­byś go już spo­tka­ła. Jak­byś mia­ła jego numer te­le­fo­nu.

- Chcia­ła­bym. Gdybym ta­kie­go zna­ła, sama bym się nim za­in­te­re­so­wa­ła.

- Od­da­ję ci go. Ja już skoń­czyłam z fa­ce­ta­mi.

- Nie mo­żesz z nimi skoń­czyć, sko­ro na­wet nie za­czę­łaś. Chyba że bie­rzesz pod uwa­gę Stan­leya z pią­tej kla­sy.

- Stan­leya Hic­kleya?

Wy­buch­nę­ły śmie­chem. Rose za­kryła dło­nią usta.

- Przy­no­sił ci kwia­ty, praw­da?

- Był taki słod­ki! Każ­de­go ran­ka przed szko­łą tem­pe­ro­wał dla mnie ołó­wek i wrę­czał mi go, jak­by skła­dał u mych stóp za­bi­te­go smo­ka. To pierw­szy chło­pak, z któ­rym tań­czyłam. I je­dyny chło­pak, z któ­rym tań­czyłam.

- Nie­ste­ty, po­rzucił cię dla in­nej ko­bie­ty.

- Kto to taki?

- Mała Deb­bie.

- Słysza­łam, że schudł - po­wie­dzia­ła Rose, kie­dy opa­no­wa­ła już nie­co śmiech. - Po prze­pro­wadz­ce do Le­xing­ton do­stał się do ze­spo­łu za­pa­śni­ków. Kie­dyś wi­dzia­łam jego zdję­cie. Nadal ma ten swój słod­ki uśmiech.

- Wi­dzisz, nie skoń­czyłaś z fa­ce­ta­mi, sko­ro myślisz o Stan­leyu. Może wró­ci? Mógł­by pra­co­wać na far­mie two­je­go ojca. - W gło­sie De­ni­se za­brzmia­ła nut­ka nie­po­ko­ju. - Rose, a wła­ści­wie to co ty za­mie­rzasz zro­bić? Nie chcesz chyba zo­stać tu na za­wsze, co?

- Ktoś musi po­móc ta­cie, a na pew­no nie będą to moi bra­cia.

- Twój tata nie chce, że­byś tu zo­sta­ła i po­świę­ca­ła się dla nie­go.

- To żad­ne po­świę­ce­nie ko­chać ko­goś, kto ko­chał cię całe two­je życie.

- A może Bóg chce in­a­czej?

- Sza­cu­nek dla ojca jest chyba do­brą rze­czą?

- Pew­nie. Ja tyl­ko chcę po­wie­dzieć, że...

- Nie­chęć do studio­wa­nia i brak ja­kiejś szcze­gól­nie nie­zwykłej wi­zji swo­je­go życia nie ozna­cza­ją, że sprze­ci­wiam się woli Boga. Pa­sje moż­na roz­wi­jać w każ­dym miej­scu, tak­że w ro­dzin­nym mia­stecz­ku. Nie pró­buj mnie wpa­so­wywać we wła­sne ma­rze­nia, OK? To świet­nie, że masz wiel­kie pla­ny. Re­ali­zuj je. Ale ja nie je­stem tobą.

De­ni­se skrzywi­ła się na chwi­lę. - Wy­glą­da na to, że do­tknę­łam czułe­go miej­sca.

- Nie. Sta­nę­łaś na nim swo­im cięż­kim bu­cio­rem i brutal­nie je za­dep­ta­łaś.

- Masz ra­cję. Nie mu­sisz opusz­czać far­my, żeby re­ali­zo­wać to, cze­go chce dla cie­bie Bóg. Może któ­re­goś dnia fa­cet two­ich ma­rzeń zle­ci znie­nac­ka z nie­ba i upad­nie u two­ich stóp.

- Je­śli Bóg ma ko­goś dla mnie, wszyst­ko samo się uło­ży.

- I tu się mylisz. Mu­sisz się stąd ruszyć, Rose. Mu­sisz dzia­łać. Nie mo­żesz tyl­ko sie­dzieć i cze­kać, że życie samo ci wszyst­ko spre­zen­tuje. Mu­sisz sama zdo­bywać. Mu­sisz żyć.

- I mówi to oso­ba, któ­ra nie po­zwa­la mi się po­zbyć dom­ku dla la­lek?

- Rose...

- De­ni­se, ko­cham to miej­sce. Są z nim zwią­za­ne wszyst­kie moje ma­rze­nia. Moja przy­szłość. Nie cho­wam się tu przed ni­czym. Ja tu żyję.

De­ni­se wpa­trywa­ła się w nią przez dłuż­szą chwi­lę. - No do­bra - wes­tchnę­ła. - Czyli do­mek dla la­lek stąd wy­jeż­dża?

Rose uśmiech­nę­ła się do przy­ja­ciół­ki. - Tak, do­mek wy­jeż­dża.