Pinokio - Carlo Collodi

Kup ebooka

31.50 zł
26.78 zł (26,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Jak to było, kiedy pewien sto­larz, maj­ster Cze­re­śnia, zna­lazł kawa­łek drewna, który śmiał się i pła­kał jak dziecko.

Pew­nego razu...

- Żył sobie król! - wykrzykną od razu moi mali czy­tel­nicy.

A toście się pomy­lili, bo wcale nie król. Pew­nego razu był sobie kawa­łek drewna.

Nie było to żadne wspa­niałe drewno, ot zwy­kłe polano, jakie zimą wsuwa się do pieca albo układa na kominku, jak się chce mieć cie­pło w domu.

Nie wiem, jak to się stało, że pew­nego pięk­nego dnia ten kawa­łek drewna zna­lazł się w warsz­ta­cie sta­rego sto­la­rza, który nazy­wał się maj­ster Anto­nio, ale wszy­scy mówili o nim: maj­ster Cze­re­śnia, bo miał koniec nosa błysz­czący i czer­wony jak doj­rzała cze­re­śnia.

Maj­ster Cze­re­śnia szcze­rze się ucie­szył na widok tego kawałka drewna i zacie­ra­jąc ręce z rado­ści, zamru­czał sobie pod nosem:

- W sam raz mi się napa­to­czył. Wła­śnie się roz­glą­da­łem, z czego by tu zro­bić nóżkę do stołka.

Nie zwle­ka­jąc, chwy­cił ostry topo­rek, by ocio­sać polano z kory i odpo­wied­nio je ostru­gać. Już się zamach­nął, ale zamarł z ramie­niem w powie­trzu, bo usły­szał cichutki gło­sik, który ode­zwał się pro­sząco:

- Nie bij mnie za mocno!

Wyobraź­cie sobie tylko, jak musiał się zdu­mieć poczciwy maj­ster Cze­re­śnia!

Poto­czył błęd­nym wzro­kiem po izbie, by spraw­dzić, skąd by się mógł doby­wać ten gło­sik, ale nie widział nikogo. Zaj­rzał pod ławę - nikogo! Zaj­rzał do szafy, która stała zawsze zamknięta - nikogo! Zaj­rzał do kosza z wió­rami i tro­ci­nami - nikogo! Otwo­rzył drzwi na dwór, żeby zer­k­nąć na ulicę - nikogo! Skąd więc ten głos?

- Już wiem! - powie­dział więc sam do sie­bie ze śmie­chem, dra­piąc się w czu­prynę. - Musia­łem się prze­sły­szeć. Coś tam mi się uro­iło. Trzeba się zabrać do roboty.

I znów, wziąw­szy topo­rek do ręki, ude­rzył nim w drewno.

- Oj, boli! - wykrzyk­nął żało­śnie ten sam gło­sik.

Maj­ster Cze­re­śnia sta­nął jak wryty. Oczy mu wyszły na wierzch z prze­ra­że­nia, otwo­rzył usta, a język wywa­lił na brodę jak masz­ka­ron przy fon­tan­nie.

Kiedy już mógł wydu­sić z sie­bie słowo, trzę­sąc się ze stra­chu, wybeł­ko­tał:

- Skądże wyszedł ten gło­sik, który powie­dział: "Oj, boli"?... Prze­cież tu nie ma żywej duszy. Czyżby ten kawa­łek drewna umiał pła­kać i żalić się jak dziecko? To nie do wiary! Prze­cież to zwy­kłe polano do zapa­le­nia w kominku albo pod kuch­nią, by ugo­to­wać sobie gar­nek fasoli... A więc? Czy ktoś jest tam w środku? Ale jeśli ktoś tam się ukrył, to tym gorzej dla niego! Już ja mu się dobiorę do skóry!

I tak jak powie­dział, schwy­cił obu­rącz ten nie­szczę­sny kawał drewna i zaczął nim nie­mi­ło­sier­nie tłuc o ściany izby.

Potem nasłu­chi­wał, czy teraz się ode­zwie tam­ten żalący się gło­sik. Cze­kał dwie minuty - i nic. Pięć minut - i nic. Dzie­sięć minut - i nic.

- Już wiem - powie­dział więc, sta­ra­jąc się roze­śmiać i mierz­wiąc sobie czu­prynę. - Coś mi się zdaje, że ten gło­sik, co powie­dział "Oj, boli", to było tylko moje przy­wi­dze­nie. Bierzmy się do roboty.

Strach go jed­nak oble­ciał, więc zaczął pod­śpie­wy­wać dla doda­nia sobie ani­mu­szu.

Po chwili, odło­żyw­szy na bok topo­rek, wziął do ręki strug, by wygła­dzić drewno i nadać mu odpo­wiedni kształt. Ale kiedy tak obra­biał je tu i tam, znów usły­szał ten sam gło­sik, który mówił przez śmiech:

- Prze­stań! Mam łaskotki!

Tym razem nie­szczę­sny maj­ster Cze­re­śnia padł jak rażony gro­mem. Kiedy po chwili otwo­rzył oczy, stwier­dził, że sie­dzi na pod­ło­dze.

Aż się zmie­nił na twa­rzy, a czu­bek jego nosa, nie­mal zawsze czer­wony, posi­niał mu z prze­ra­że­nia.

Roz­dział 2

Maj­ster Cze­re­śnia daje ten kawa­łek drewna swo­jemu przy­ja­cie­lowi Gepet­towi; chce on z niego zro­bić cudow­nego paja­cyka, który by umiał tań­czyć, strze­lać do tar­czy i wywi­jać kozły w powie­trzu.

W tej chwili ktoś zapu­kał do drzwi.

- Pro­szę wejść - powie­dział sto­larz, nie mając sił, by pod­nieść się na nogi.

Do warsz­tatu wszedł dziar­ski sta­ru­szek. Nazy­wał się Gepetto, ale dzie­ciaki z sąsiedz­twa, chcąc zro­bił mu na złość, wołały za nim Mama­łyga, bo nosił żółtą perukę, która ogrom­nie przy­po­mi­nała swoją barwą kaszę kuku­ry­dzianą.

Gepetto był krewki. Biada temu, kto śmiał go nazwać Mama­łygą! Pie­nił się ze zło­ści, rwał do bitki i nie można go było powstrzy­mać.

- Witaj­cie, maj­strze Anto­nio! - powie­dział. - A cóż tam robi­cie na pod­ło­dze?

- Uczę mrówki tabliczki mno­że­nia.

- No to życzę powo­dze­nia!

- Co was do mnie spro­wa­dza, kumie Gepetto?

- Ano jakoś same nogi mnie tu przy­nio­sły. Przy­sze­dłem tu do was, maj­strze Anto­nio, by was o coś popro­sić.

- Jestem do waszych usług - powie­dział sto­larz, pod­no­sząc się z pod­łogi.

- Wpadł mi dziś rano do głowy pewien pomysł.

- Cały obra­cam się w słuch.

- Pomy­śla­łem sobie, żeby tak zro­bić pięk­nego paja­cyka z drewna. Ale to ma być paja­cyk cał­kiem nie­zwy­kły, który by umiał tań­czyć, strze­lać do tar­czy i wywi­jać kozły w powie­trzu. Mógł­bym z takim paja­cykiem pójść w świat i zaro­bić na kawa­łek chleba i szkla­neczkę wina. No i co wy na to?

- Brawo, Mama­łyga! - krzyk­nął ten sam gło­sik, który nie wia­domo, skąd się wydo­był.

Usły­szaw­szy, że ktoś nazywa go Mama­łygą, kum Gepetto poczer­wie­niał zaraz jak turecki pieprz i powie­dział z wście­kło­ścią do sto­la­rza:

- Czemu mnie obra­ża­cie?

- Kto was obraża?

- Nazwa­li­ście mnie Mama­łygą!

- To nie ja!

- A kto? Może ja? Mówię wam, że to wy!

- Nie!

- Tak!

- Nie!

- Tak!

I tak się wza­jem roz­ją­trza­jąc, od słów prze­szli do czy­nów i zaczęli się tar­gać po czu­bach, dra­pać, kopać i gryźć.

Po skoń­czo­nej walce w rękach maj­stra Anto­nia zna­la­zła się żółta peruka Gepetta, a Gepetto spo­strzegł, że trzyma w zębach szpa­ko­watą perukę sto­la­rza.

- Oddaj mi moją perukę! - powie­dział maj­ster Anto­nio.

- A ty mi oddaj moją i zawrzyjmy pokój.

I obaj starsi pano­wie, wymie­niw­szy się peru­kami, uści­snęli sobie ręce i zaprzy­się­gli, że już do końca życia zostaną dobrymi przy­ja­ciółmi.

- A więc, kumie Gepetto - powie­dział sto­larz na znak zawar­cia pokoju - cze­go­ście ode mnie chcieli?

- Chciał­bym dostać od was kawa­łek drewna, żebym mógł sobie zro­bić paja­cyka. Może­cie mi dać?

Maj­ster Anto­nio, szcze­rze ura­do­wany, się­gnął natych­miast pod ławkę po ten kawa­łek drewna, który mu napę­dził tyle stra­chu, i już miał go wrę­czyć przy­ja­cie­lowi, kiedy nagle klo­cek się zatrząsł, wymknął mu się z ręki i zaczął z całych sił młó­cić po nogach nie­szczę­snego Gepetta.

- Ach tak! Pięk­nie zała­twia­cie nasze sprawy, maj­strze Anto­nio! Oku­la­łem przez was!

- Przy­się­gam, że to nie ja!

- A więc to ja?

- To wina tego kawałka drewna!

- Wiem, co to jest drewno! To wy tłu­kli­ście mnie po nogach!

- Nie tłu­kłem!

- Kłam­czuch!

- Nie obra­żaj­cie mnie, Gepetto, bo nazwę was Mama­łygą!

- Osioł!

- Mama­łyga!

- Wstrętny mał­pi­szon!

- Mama­łyga!

Gepet­towi, kiedy usły­szał, że po raz trzeci nazwano go Mama­łygą, aż pociem­niało w oczach z wście­kło­ści i rzu­cił się na sto­la­rza. Obaj zaczęli się zdrowo okła­dać.

Po skoń­czo­nej walce maj­ster Anto­nio miał na nosie o dwa zadra­pa­nia wię­cej, a jego prze­ciw­nik przy swo­jej kami­zeli o dwa guziki mniej. Uznaw­szy, że w ten spo­sób wyrów­nali swoje rachunki, uści­snęli sobie ręce i zaprzy­się­gli zostać do końca życia dobrymi przy­ja­ciółmi.

Gepetto zabrał ze sobą ten wojow­ni­czy kawa­łek drewna i podzię­ko­waw­szy maj­strowi Anto­nio, kule­jąc, wró­cił do domu.

Roz­dział 3

Gepetto, wró­ciw­szy do domu, natych­miast się zabiera do zro­bie­nia paja­cyka i daje mu imię Pino­kio. Pierw­sze psoty paja­cyka.

Dom Gepetta była to izdebka w sute­re­nie, gdzie docie­rało jedy­nie skąpe świa­tło z okienka pod scho­dami. Urzą­dze­nie tej izdebki było nad wyraz skromne: nędzne krze­sło, marne łóżko i znisz­czony sto­lik. Na ścia­nie w głębi wid­niał komi­nek z roz­pa­lo­nym ogniem, ale ogień był nama­lo­wany, a nad ogniem wyma­lo­wany był gar­nek, w któ­rym coś się wesoło goto­wało i wydzie­lało kłęby także nama­lo­wa­nej pary, która wyglą­dała zupeł­nie jak praw­dziwa.

Gepetto, led­wie wszedł do domu, natych­miast chwy­cił narzę­dzia i zabrał się do roboty nad paja­cy­kiem.

- Jak go nazwać? - pytał sam sie­bie. - Już wiem, nazwę go Pino­kio. To imię przy­nie­sie mi szczę­ście. Zna­łem kie­dyś rodzinę Pino­kiów, tatę Pino­kia, mamę Pino­kię i dzie­ciar­nię Pino­kią­tek, i wszyst­kim dobrze się wio­dło. Naj­le­piej temu, który został żebra­kiem.

Kiedy już wyna­lazł imię dla swo­jego paja­cyka, robota poszła mu gładko; szybko zro­bił mu włosy, potem czoło, potem oczy.

Wyobraź­cie sobie jego zdu­mie­nie, kiedy zauwa­żył, że te oczka się poru­szają i wpa­trują w niego!

Widząc to utkwione w nim spoj­rze­nie, Gepetto poczuł się jakoś nie­swojo i spy­tał z obu­rze­niem:

- Oczki z drewna, czemu tak na mnie patrzy­cie?

Nikt nie odpo­wie­dział.

A więc skoń­czyw­szy oczy, zro­bił paja­cy­kowi nosek, ale nosek, led­wie go wyko­nał, zaczął rosnąć i rósł, rósł, rósł i po chwili z noska zro­bił się olbrzymi nochal.

Biedny Gepetto na próżno pró­bo­wał go przy­ci­nać i skrę­cać, im bar­dziej się sta­rał, tym bez­czelny nochal bar­dziej się jesz­cze wydłu­żał.

Dał mu więc spo­kój i zabrał się do ust.

Nie zdą­żył jesz­cze ich wykoń­czyć, kiedy usta zaczęły się śmiać i go wykpi­wać.

- Prze­stań się śmiać! - roz­ka­zał Gepetto.

Ale prze­ma­wiał jak do ściany.

- Powta­rzam, prze­stań się śmiać! - krzyk­nął groź­nie.

Wtedy usta prze­stały się śmiać, ale się otwo­rzyły i wywa­lił się z nich język.

Gepetto, żeby nie mar­no­wać tego, co już zro­bił, udał, że niczego nie zauważa, i pra­co­wał dalej.

Po ustach zro­bił mu pod­bró­dek, potem szyję, potem barki, tułów, ramiona i dło­nie.

Led­wie ukoń­czył dło­nie, poczuł, że ktoś mu zrywa z głowy perukę. Rozej­rzał się i cóż zoba­czył? Zoba­czył swoją perukę w rękach paja­cyka.

- Pino­kio! Oddaj mi natych­miast perukę!

A Pino­kio, zamiast oddać mu perukę, wło­żył ją sobie na głowę i pra­wie cały się w niej scho­wał.

Na widok tych bez­czel­nych żar­tów Gepetto posmut­niał jak ni­gdy w życiu i zwra­ca­jąc się do Pino­kia, powie­dział:

- Ach, ty wisu­sie! Jesz­cze cię nie skoń­czy­łem, a już zaczy­nasz oka­zy­wać brak sza­cunku dla two­jego ojca! Bar­dzo brzydko, moje dziecko, bar­dzo brzydko.

I otarł łzę.

Trzeba było mu jesz­cze doro­bić nogi i stopy.

Kiedy Gepetto skoń­czył stopy, obe­rwał kop­niaka w nos.

"Dobrze mi tak - pomy­ślał sobie. - Trzeba było wcze­śniej to sobie prze­my­śleć. Teraz już za późno!"

Wziął paja­cyka pod pachy i posta­wił na pod­ło­dze, żeby nauczyć go cho­dzić.

Pino­kio miał zdrę­twiałe nogi i nie potra­fił nimi poru­szać, więc Gepetto pro­wa­dził go za rękę i uczył, jak sta­wiać krok za kro­kiem.

Kiedy tylko minęło odrę­twie­nie, paja­cyk zaczął sam cho­dzić i bie­gać po izbie, aż wresz­cie wymknął się z domu, wysko­czył na ulicę i wziął nogi za pas.

Nie­szczę­sny Gepetto rzu­cił się za nim, ale nie mógł go dogo­nić, bo urwis umy­kał przed nim w pod­sko­kach jak zając, a bijąc swymi drew­nia­nymi nogami o bruk ulicy, robił tyle hałasu co dwa­dzie­ścia par chłop­skich cho­da­ków.

- Łapać go! Łapać go! - krzy­czał Gepetto, ale prze­chod­nie na widok drew­nia­nego paja­cyka, który biegł jak koń wyści­gowy, zatrzy­my­wali się w osłu­pie­niu, by go sobie obej­rzeć, i śmiali się, śmiali, śmiali, wprost pokła­dali się ze śmie­chu.

Szczę­ściem zna­lazł się wresz­cie poli­cjant, który usły­szał ten cały har­mi­der, i sądząc, że cho­dzi o ter­mi­na­tora, który uciekł od swego maj­stra, usta­wił się odważ­nie w roz­kroku na ulicy, z moc­nym posta­no­wie­niem, by go zatrzy­mać i zapo­biec w ten spo­sób znacz­niej­szym stra­tom.

Ale Pino­kio, który z daleka dostrzegł poli­cjanta, zagra­dza­ją­cego mu drogę, wykom­bi­no­wał, że z zasko­cze­nia prze­mknie się mu mię­dzy nogami.

Jed­nak mu się to nie udało. Poli­cjant, nie rusza­jąc się z miej­sca, chwy­cił go spryt­nie za nos (a był to nos tak długi, jakby został stwo­rzony wła­śnie po to, by poli­cjant miał za co uchwy­cić) i oddał paja­cyka w ręce Gepetta, który, chcąc dać mu nauczkę, już miał go wytar­gać za uszy. Ale wyobraź­cie sobie, jak się poczuł, kiedy po nie się­gnął, ale ich nie zna­lazł. Spy­ta­cie dla­czego? A dla­tego że w zapale pracy zapo­mniał zro­bić mu uszy.

Chwy­cił go więc za kark i cią­gnąc za sobą, powie­dział, groź­nie potrzą­sa­jąc głową:

- Marsz do domu! A tam już się z tobą poli­czę!

Na te słowa Pino­kio rzu­cił się na zie­mię i zaparł się, że dalej nie pój­dzie. Natych­miast zebrał się wokół nich tłum cie­kaw­skich, by wtrą­cić swoje trzy gro­sze.

Każdy miał coś do powie­dze­nia.

- Biedny paja­cyk - mówili jedni - ma rację, że nie chce wra­cać do domu. Kto wie, co z nim zrobi ten rap­tus Gepetto?

A inni doda­wali zło­śli­wie:

- Ten Gepetto tylko udaje takiego szla­chet­nego. To praw­dziwy tyran wobec dzieci! Jak się zostawi w jego rękach tego bied­nego paja­cyka, gotów go roz­szar­pać na kawałki!

No i w końcu tyle naga­dano i tyle zdzia­łano, że poli­cjant, który wolno puścił Pino­kia, zabrał do wię­zie­nia tego bie­daka Gepetta. Ten, któ­rego nawet nie dopusz­czono do słowa we wła­snej obro­nie, beczał jak cielę, a zbli­ża­jąc się do wię­zien­nego gma­chu, mam­ro­tał ze szlo­chem:

- A to mały nik­czem­nik! I pomy­śleć tylko, że tak się natru­dzi­łem, żeby dobrze wyko­nać tego paja­cyka! Ale dobrze mi tak. Trzeba było wcze­śniej pomy­śleć!

Co się póź­niej wyda­rzyło, jest nie­mal nie do wiary i opo­wiem wam o tym w następ­nych roz­dzia­łach.

Roz­dział 4

Spo­tka­nie Pino­kia z mówią­cym świersz­czem, które uka­zuje, że nie­grzeczne dzieci nie lubią, kiedy je stro­fuje ktoś od nich mądrzej­szy.

A oto, co wam dalej opo­wiem, moje dzieci:

A więc pod­czas gdy bied­nego nie­win­nego Gepetta pro­wa­dzono do wię­zie­nia, ten łobu­ziak Pino­kio, uwol­niony przez poli­cjanta, co sił w nogach popę­dził na prze­łaj przez pola, by jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w domu. A w pośpie­chu prze­ska­ki­wał wyso­kie wały, naje­żone kol­cami żywo­płoty i rowy pełne wody jak kozio­łek albo zając umy­ka­jący przed myśli­wymi.

Kiedy zna­lazł się przed domem, odna­lazł ukryte pod scho­dami drzwi. Popchnął je, wszedł do środka, zamknął je za sobą i usiadł na pod­ło­dze z wes­tchnie­niem ulgi i zado­wo­le­nia.

Ale to zado­wo­le­nie nie trwało długo, bo usły­szał, że ktoś się do niego odzywa:

- Kri-kri-kri!

- Kto tu do mnie woła? - zapy­tał zanie­po­ko­jony.

- To ja!

Pino­kio się rozej­rzał i zoba­czył wiel­kiego świersz­cza, który wspi­nał się po ścia­nie.

- Powiedz mi, świersz­czu, coś ty za jeden!

- Jestem mówią­cym świersz­czem i miesz­kam w tej izbie już od ponad stu lat.

- Teraz jed­nak ta izba jest moja - powie­dział paja­cyk - i mówię ci po dobremu: wynoś mi się stąd natych­miast!

- Nie ruszę się stąd - odpo­wie­dział świerszcz - póki ci nie oznaj­mię wiel­kiej prawdy.

- No to mów, byle szybko!

- Biada dzie­ciom, które się sprze­ci­wiają swoim rodzi­com i dla zachcianki porzu­cają dom rodzinny! Ni­gdy i ni­gdzie nie będzie im dobrze na świe­cie i prę­dzej czy póź­niej gorzko tego poża­łują!

- Gadaj sobie zdrów, mój świersz­czu, a ja wiem, że jutro raniutko dam stąd nogę, a to dla­tego, że jeśli tu zostanę, spo­tka mnie taki sam los jak innych chłop­ców. Poślą mnie do szkoły i zmu­szą mnie siłą albo po dobremu, żebym się uczył. A ja, wyznam ci w zaufa­niu, nie mam naj­mniej­szej ochoty się uczyć. Wolę gonić motyle, wdra­py­wać się na drzewa i wybie­rać pisklęta z gniazd.

- Biedny głup­ta­sie! Chyba nie wiesz, że w ten spo­sób wyro­śniesz na skoń­czo­nego osła, na ludz­kie pośmie­wi­sko!

- Prze­stań już kra­kać, prze­brzy­dłe świersz­czy­dło! - krzyk­nął Pino­kio.

Ale świerszcz, który był cier­pliwy i odzna­czał się filo­zo­ficz­nym uspo­so­bie­niem, zamiast się obra­zić na imper­ty­nenta, cią­gnął dalej tym samym tonem:

- No a jeżeli nie chcesz cho­dzić do szkoły, to dla­czego się nie nauczysz przy­naj­mniej jakie­goś rze­mio­sła, żebyś mógł uczci­wie zaro­bić na kawa­łek chleba?

- Czy chcesz, żebym ci powie­dział, co o tym myślę? - odrzekł Pino­kio, który już miał dosyć pouczeń świersz­cza. - Pośród wszyst­kich rze­miosł świata jest tylko jedno, które mi naprawdę odpo­wiada.

- Cóż to za rze­mio­sło?

- Jeść, pić, spać, bawić się i wałę­sać przez całe życie.

- Trzeba ci jed­nak wie­dzieć - odparł świerszcz z wła­ści­wym sobie spo­ko­jem - że ci, któ­rzy upra­wiają takie rze­mio­sło, koń­czą zazwy­czaj w przy­tułku albo w wię­zie­niu.

- Dość tych prze­po­wiedni! Uwa­żaj, bo jak się wścieknę, będzie z tobą kru­cho!

- Biedny Pino­kio! Żal mi cie­bie!...

- Dla­czego ci mnie żal?

- Bo jesteś paja­cem, a co gor­sza, masz głowę z drewna!

Na te słowa roz­wście­czony Pino­kio pod­sko­czył, wycią­gnął spod ławki drew­niany mło­tek i cisnął nim w mówią­cego świersz­cza.

Może nawet i nie chciał go zabić, ale tra­fił go pro­sto w głowę.

Biedny świerszcz, wyda­jąc ostat­nie tchnie­nie, wyćwier­kał jesz­cze swoje "kri-kri-kri" i zastygł mar­twy na ścia­nie.

Roz­dział 5

Wygłod­niały Pino­kio znaj­duje jajko i przy­rzą­dza sobie jajecz­nicę, ale jajecz­nica ucieka mu w naj­lep­sze przez okno.

Już zapa­dła noc, a Pino­kio przy­po­mniał sobie, że jesz­cze nic nie jadł. Poczuł, że mu kiszki mar­sza grają, co bar­dzo przy­po­mi­nało dobry ape­tyt.

Ale ape­tyt u chłop­ców szybko rośnie, po paru minu­tach zmie­nia się w głód, a głód z chwili na chwilę staje się wil­czym gło­dem, wil­czy zaś głód gło­dem nie do zaspo­ko­je­nia.

Biedny Pino­kio pod­biegł do pie­cyka, na któ­rym coś się w garnku goto­wało, i już wycią­gnął rękę, by pod­nieść pokrywkę i spraw­dzić, co też tam jest w środku, ale prze­ko­nał się, że gar­nek był tylko malun­kiem na ścia­nie. Jego nos, i tak już dosta­tecz­nie długi, wycią­gnął się jesz­cze o cztery cale.

Zaczął więc się krę­cić po izbie, szpe­ra­jąc po wszyst­kich schow­kach, by zna­leźć coś do jedze­nia, kawa­łek chleba, choćby nawet suchego, może kawa­łe­czek skórki od chleba, choćby kosteczkę zosta­wioną dla psa, może odro­binę zeschłej, sple­śnia­łej mama­łygi, choć rybią ość, pestki po cze­re­śniach, sło­wem cokol­wiek, co dałoby się poło­żyć na ząb. Ale nie zna­lazł nic, ni kru­szyny, po pro­stu nic.

A tym­cza­sem głód rósł i rósł, a biedny Pino­kio mógł sobie ulżyć tylko zie­wa­niem, więc zie­wał sobie raz po raz od ucha do ucha. A jak już się ponazie­wał, splu­nął i poczuł jakąś wielką dziurę w miej­scu żołądka.

Zroz­pa­czony, mówił więc sobie z pła­czem:

- Mówiący świerszcz miał rację. Źle zro­bi­łem, sprze­ci­wia­jąc się tacie i ucie­ka­jąc z domu. Gdyby mój tato był tutaj, nie dałby mi umrzeć z zie­wa­nia! Och, jakże ciężką cho­robą jest głód!

Aż oto nagle zauwa­żył w kącie na kupie śmieci coś kuli­stego i bia­łego, co cał­kiem przy­po­mi­nało kurze jajko. W mgnie­niu oka przy­sko­czył i chwy­cił je do ręki. Było to istot­nie jajko.

Radość paja­cyka była wręcz nie­opi­sana. Może­cie chyba sobie to wyobra­zić. Nie wie­rząc wła­snym oczom, bojąc się, że to sen, prze­ta­czał jajko z ręki do ręki, gła­dził je i cało­wał, mówiąc do sie­bie:

- Jak je sobie teraz przy­rzą­dzić? Może zro­bić jajecz­nicę?... Nie, lepiej zro­bię jajko w koszulce!... A może smacz­niej­sze by było jajko sadzone?... Nie, naj­le­piej będzie, jak przy­rzą­dzę sobie jajecz­nicę!... Och, jak mi na nią pły­nie ślinka!...

Roz­wa­ża­jąc te moż­li­wo­ści, posta­wił ron­de­lek na żarzą­cych się węglach, zamiast oliwy lub masła nalał do niego tro­chę wody, a kiedy już zaczęła się goto­wać, trrach... roz­bił sko­rupkę i już miał wylać jej zawar­tość do ron­delka...

Aż tu zamiast żółtka i białka wydo­było się z niej żwawe i miłe kur­czątko, które, skła­da­jąc Pino­kiowi piękny dyg, powie­działo:

- Setne dzięki, panie Pino­kio, że oszczę­dził mi pan trudu roz­bi­ja­nia sko­rupki. Do widze­nia! Wszyst­kiego dobrego i ukłony dla domow­ni­ków!

To powie­dziaw­szy, roz­pro­sto­wało skrzy­dełka, wyfru­nęło przez okno, i tyle go widzieli!

Biedny paja­cyk sta­nął jak wryty z wytrzesz­czo­nymi oczami, otwar­tymi ustami i ze sko­rupką jajka w ręku. Ochło­nąw­szy z pierw­szego wra­że­nia, zaczął pła­kać, wrzesz­czeć i tupać nogami z roz­pa­czy, a szlo­cha­jąc, mówił:

- A jed­nak ten świerszcz miał rację! Gdy­bym nie uciekł z domu i gdyby mój tato tu był, nie przy­szłoby mi teraz umie­rać z głodu! O jakże ciężką cho­robą jest głód!

A że wciąż mu z głodu bur­czało w brzu­chu i już nie wie­dział, jak to bur­cze­nie uci­szyć, posta­no­wił wyjść z domu i przejść się po sąsiedz­twie w nadziei, że znaj­dzie się może ktoś lito­ściwy, kto mu da choć kawa­łek chleba.