Zima
Mieszkańcy dużych miast nie są przyzwyczajeni do ciemności, jakie panują na słabo zaludnionym terenie w przygranicznych gminach Podlasia. Kilometrami ciągną się tu lasy i pola. Puszcze: Białowieska i Knyszyńska, są całkowicie dzikimi, prastarymi kompleksami leśnymi, które przypominają posępne ilustracje do baśni braci Grimm. Wychodząc z przyleśnego gospodarstwa w okolicy Michałowa, można iść przed siebie czterdzieści kilometrów w zupełnej głuszy i dziczy i nie trafić na jakiekolwiek zabudowania. Nawet nieznaczne oddalenie się w nocy od domu powoduje, że wokół nie widać żadnego światła. Jeśli niebo jest zachmurzone, panuje całkowita ciemność. Łatwiej usłyszeć szczekającego psa, niż zobaczyć latarnię uliczną lub jej odblask.
- Weź ze sobą latarkę, bo u nas potrafi być całkiem ciemno - podpowiadała mi Kasia Leszczyńska, związana z Podlasiem tłumaczka i pisarka, która udostępniła mi mansardę w sielankowym Dworku Rousseau w Świnorojach. Dopóki nie zgasiłam świateł samochodu, nie myślałam o ciemności jak o czymś, co wzmaga uczucie zimna i niepewności, choć taka reakcja jest opisywana chociażby w kontekście nurkowania, kiedy schodzenie w głąb zimnych i ciemnych wód naraża na ekstremalne odczucia. Ciemność zmienia psychikę. W mieście zawsze jest jaśniej, nawet w ustronnych i nieoświetlonych miejscach.
Przeświadczenie obieżyświatów podpowiada, że aby naprawdę poznać jakiś kraj, trzeba spędzić w nim wszystkie cztery pory roku. W istocie letnia podróż po okolicach Hajnówki nie pozwala na wyobrażenie sobie aury panującej tu w zimowych miesiącach. W połowie grudnia słońce wschodzi dopiero o wpół do ósmej, a zachodzi kilka minut po piętnastej. Jasny dzień jest krótszy od dniówki pracownika. Przymiotnik "jasny" nie jest do końca precyzyjny; pod koniec 2021 roku niebo w ciągu dnia miało najczęściej ołowiany kolor. Było ponuro, ciemno lub ciemnawo, a w niektóre dni wszystko spowijała mgła, jak gdyby ktoś rozsypał w powietrzu szary pył. Pola i lasy albo skuwał lód, albo zmieniały się w błyszczące błoto.
Wilgoć wzmagała jeszcze poczucie chłodu. Wszystko wydawało się odrętwiałe z zimna. Wsie robiły wrażenie wyludnionych - nikogo nie było widać, nikt nie chodził po chodnikach, nikt nie czekał na przystankach autobusowych.
Lekarz Tomasz Musiuk, od zawsze mieszkający w tym rejonie, tak opisuje lokalny pejzaż:
- Wsie są pozamykane, tam ani asfaltu, ani ludzi nie ma. Ludzi jest mało, a jak się tylko ciemno robi, to się zamykają. Nie tylko w czasach kryzysu migracyjnego, ale w normalnych czasach też.
Tylko na parkingach przed dużymi sklepami stały samochody. Mieszkańcy robili zakupy. W kolejce przy kasie kobieta w bluzie z wyszytym cekinami słowem Love rozmawiała przez telefon i opowiadała komuś:
- Wszystko dobrze, wszystko w porządku. Tylko czarni siedzą w lasach. Wczoraj podchodzili pod dom, kilku było... No nic, przyjechała straż, zapakowali ich.
Obok nudziło się dziecko i na legginsach w panterkę stojącej obok matki wyznaczało trasy plastikowym samochodzikiem.
Na początku listopada przy każdej wiosce stanęły rozświetlone punkty kontroli policyjnej, nazywane checkpointami. Anglojęzyczna nazwa, kojarzona z najsłynniejszym Checkpoint Charlie, dzielącym Berlin w czasach zimnej wojny, szybko i powszechnie przyjęła się na Podlasiu.
Ciemnoniebieskie koguty radiowozów i świecące na czerwono pałki wskazywały, że kierowca musi się zatrzymać. Niektóre lotne posterunki kontrolne zostały zakamuflowane, nie miały świateł, z daleka widać było tylko żarzący się w koksowniku opał. Stalowe ruszty przypominały te, które pojawiły się na ulicach polskich miast w stanie wojennym, tyle że piecyki rozstawione czterdzieści lat później były masywniejsze, staranniej wykonane i całkiem nowe. W okolicy Narewki, Hajnówki, Krynek na pięć mijanych samochodów cztery należały do służb.
Jedna z tutejszych kobiet widzi te proporcje inaczej.
- Jadę dziesięć kilometrów do Sokółki i widzę dziesięć samochodów wojskowych i jeden zwykły, cywilny.
Ciemnooliwkowe ciężarówki, radiowozy, pojazdy specjalne z wystającymi armatkami jeździły pojedynczo lub w kolumnach. Strefa militarna.
Zwykłe życie zostało sparaliżowane. Nawet w zagrodach dla zwierząt wszystko toczyło się inaczej niż zwykle.
Iwona, mieszkanka Narewki, ma niewielką hodowlę osłów. W październiku 2021 roku jej stajnia znajduje się w strefie zamkniętej, w kilkukilometrowym obszarze wzdłuż granicy, gdzie nie można swobodnie wjechać. Właścicielka zwierząt musi pojawić się w stajni dwa razy dziennie i za każdym razem jest kontrolowana na checkpoincie. W normalnych czasach osiołki były atrakcją turystyczną, teraz są niepotrzebne, stały się zmartwieniem.
Kto widział?
Jeden z oficjalnych komunikatów Straży Granicznej o przekroczeniu granicy w rejonie Siemiatycz przez migrantów z Bliskiego Wschodu został opublikowany jesienią 2019 roku. Prawie dwa lata przed wybuchem kryzysu. Informację o przejściu pięciu Irakijczyków polskie służby otrzymały od pograniczników białoruskich. Mężczyzn odszukano, przesłuchano ich w Mielniku. Rzeczniczka Straży Granicznej Katarzyna Zdanowicz zapowiedziała: "Obywatele Iraku, według obowiązujących procedur, zostaną przekazani stronie białoruskiej"[3]. Mężczyźni nie zostali potajemnie wyrzuceni na odludziu, ale oficjalnie przekazani strażnikom po drugiej stronie. Proceder tajnego pushbacku miał się rozpocząć dopiero za kilkanaście miesięcy. W czasie, gdy publikowano powiadomienie o schwytaniu Irakijczyków, komunikatami Straży Granicznej interesowało się niewielu ludzi.
Mieszkańcy Podlasia niezwiązani ze służbami ochrony granicy zauważali nietypowe sytuacje wiosną 2021 roku. Leśnik, który pracuje na obszarze przylegającym do granicy, zarzeka się, że nic nie powie do dyktafonu. Jednak kiedy siadamy przy okrągłym stole w jego domu, chętnie opowiada.
- Zaczęło się już wiosną. W czasie roboty widzieliśmy, jak ludzie się przemykają. Pracownicy pytali, co robimy, ale mówiłem im, żeby nie zwracali uwagi. Ludzie idą, my pracujemy, nie wchodzimy sobie w drogę.
Za oknem zadbanej leśniczówki pojawia się żubr. Przed domem skubie trawę ukrytą pod cienką warstwą śniegu. Wszyscy domownicy znają tego brunatnego wielkiego gościa.
- Przychodzi zawsze ten sam - dodaje leśnik. - Niech się naje, zima jeszcze się na dobre nie zaczęła.
Spostrzeżenia, że migranci pojawili się znacznie wcześniej, niż ogłosiły to służby państwowe, potwierdzają kolejni rozmówcy mieszkający na Podlasiu. Kilku z nich twierdzi, że przejścia zaczęły się wiosną. Straż Graniczna nie nagłaśniała pojawienia się większej liczby zatrzymanych, nie było doniesień medialnych. Początkowo ludzi tych wywożono do ośrodków dla uchodźców albo cofano do granicy i przekazywano bezpośrednio funkcjonariuszom białoruskim, tak jak działo się wcześniej, od momentu wejścia Polski do strefy Schengen. Strażnicy od wschodniej strony, przejmujący migranta, mówili: Welcome to hell, witaj w piekle.
Wiosną 2021 roku komendant Straży Granicznej w Mielniku zwrócił się do służb miejskich w Siemiatyczach o udostępnienie zapisu z monitoringu. Był to znak, że dzieje się coś, co straż próbuje rozpoznać i kontrolować. W tym samym czasie w białostockich knajpach wokół rynku Kościuszki pojawili się nowi, charakterystyczni klienci.
- W barach widziani byli przemytnicy. Kulturowo inni, z dużą kasą. Byli kilka dni i znikali - relacjonuje mieszkanka Białegostoku Magda Godlewska-Siwerska.
Późną wiosną jeden z Czeczenów mieszkających w Białymstoku został poproszony o przewiezienie kogoś z Augustowa. Nie był przemytnikiem, ale uległ pokusie szybkiego zarobku i dał się wciągnąć. Wkrótce trafił do aresztu, a później dostał trzy lata w zawieszeniu.
Wiosną szlak się rozkręcał.
Mieszkańcy nadgranicznych wiosek różnie zapamiętali pierwsze sygnały związane z obecnością migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Z perspektywy późniejszego doświadczenia odtwarzają zdarzenia sprzed paru miesięcy: a to widzieli kogoś o innej karnacji, kto szedł skrajem wsi albo siedział na przystanku, a to ktoś jechał autobusem. Świadomość, kim byli mijani ludzie, nadeszła jednak znacznie później. W okolicach Puszczy Białowieskiej tutejsi są przyzwyczajeni do turystów z różnych stron świata i nikogo nie dziwi obecność osób o innym kolorze skóry. Obcokrajowiec to ktoś, kto przyjechał podziwiać las i żubry.
- Do połowy września tu była autostrada - mówi Agnieszka. - Latem zawsze był najazd turystów różnych narodowości, więc tak lokalnie wcale nie połapaliśmy się szybko, że to fala migracyjna. Na początku nie było żadnej policji. Kto by pomyślał, że później to się zmieni w polowanie na tych ludzi? Wtedy po prostu czekali na transport, nie bali się, nie było widać w ich oczach strachu. Wychodzili na drogi, czekali na poboczach, poruszali się po głównych traktach puszczy.
Pojawiali się na przystankach autobusowych na trasie Hajnówka-Białystok i jechali dalej, w swoją stronę.
Początkowo migranci nie bali się wychodzić z lasu na ulice. Kasia Zabłocka, mieszkanka niewielkiej przygranicznej wioski, zapamiętała sytuację z lata 2021 roku:
- Jadę i widzę: idzie para trzymająca się za ręce. Mijam ich, a w lusterku widać, że mają założone maseczki. To mi dało do myślenia, bo kto w takiej okolicy szedłby w maseczce? Musieli przejść pierwszy raz i byli zupełnie nieświadomi. Nie miałam w samochodzie żadnego pakietu [paczka pomocowa dla uchodźców - przyp. U.G.]. Nic, chociaż cały czas je wożę i noszę. Miałam mleko od sąsiadki i jajka. I pytam, czy czegoś chcą, a oni patrzą na mnie, tacy zdziwieni. Ja mówię: "Może chcecie pieniądze?" (których zresztą przy sobie nie miałam). I ta dziewczyna pyta, dlaczego chcę im pomóc. Udawali, że są turystami, że sobie spacerują i każdy tak może. Trzymali się za ręce, tacy młodzi, szczęśliwi, chłopak i dziewczyna. Ostrzegłam ich, że za zakrętem, za sto metrów wejdą prosto na posterunek. Powiedziałam, żeby skręcili z powrotem w las. Oni byli w ogóle nieświadomi. Młodzi, uśmiechnięci ludzie. Zostali oszukani. Mieli udawać turystów, iść do Sokółki, a szli prosto na posterunek. Mam nadzieję, że skręcili w las.
Migranci uświadamiali sobie swoją sytuację stopniowo, zwykle już na skraju puszczy. Mieszkanka Podlasia Katarzyna Wappa, która jako jedna z pierwszych zaczęła pomagać ludziom w lesie, relacjonuje:
- Do momentu podróży do Mińska oni wszyscy myślą, że to są wakacje. Jak oni się cieszą, pierwszy raz lecą samolotem. Jakie mają zdjęcia! Pokazywali mi. Spotykają innych ludzi, robią sobie selfie, chodzą po Mińsku, fotografują się na tle białoruskich kiczowatych domów. Te domy wydają się uciekinierom z Iraku czy Syrii bogate. W Mińsku jest dobra atmosfera. A potem wsiadają w samochód. I ten samochód wiezie ich kilka godzin, i zostawia na granicy lasu. I wtedy słyszą: "Dalej musicie już iść sami". I wpadają na te druty, i nie mogą już nie iść, choćby chcieli zawrócić. Mustafa mówił mi, że miał tego dość, że nie chciał, nie miał sił, ale pogranicznicy białoruscy cały czas krzyczeli: Go to Poland, go to Poland! Nie mogą zawrócić, słyszą: "Nie możesz zawrócić, musisz iść do Polski, to jest jedyna droga". W Białorusi są bici. W Hajnówce w szpitalu była dziewczyna z obrażeniami brzucha od pobicia. Inny chłopak opowiadał, że rażono go paralizatorem. Widziałam ludzi, którzy mieli na rękach i na nogach pogaszone papierosy.
W wielu relacjach powtarza się przekonanie, że początkowo migranci nie zdają sobie sprawy z zagrożenia.
- Koleżanka ze wsi Jurowlany opowiadała - przypomina sobie Kasia Zabłocka - że pierwsza grupa, którą spotkała, była radosna, szczęśliwa i zadowolona, podczas gdy ona już miała świadomość, co się tu dzieje. Zdążyła im tylko zaparzyć kawę, a oni usiedli na podwórzu, na takich sofach porozstawianych pod stodołami, i w tym momencie przyjechała straż i ich zabrała.
Na Podlasiu szczególnie popularne jest imię Katarzyna. Imię carycy. Inna wolontariuszka, też Kasia, wspomina:
- Poszłam kiedyś z dzieciakami na wycieczkę do lasu i spotkałam migrantów, ale w ogóle nie zaczaiłam, że to są migranci. Mógł być sierpień. Zapytali się, gdzie jest droga do miasta, więc im pokazałam ręką. Myślałam, że to turyści z Białowieży. Nie byli źle ubrani ani nie mieli jakichś tobołków, żeby można było po ich wyglądzie pokapować się, że przeszli bardzo długą drogę. Rodzina z dwójką dzieci. Wyglądali, jakby po prostu chcieli oglądać żubry na polanie.
Kasia dodaje, że w lecie, pochłonięta pracą, nie śledziła doniesień medialnych, nie oglądała telewizji, zorientowała się późno.
Jeszcze ktoś inny zapamiętał uchodźców, którzy swobodnie wchodzili do sklepu w Krynkach, kupowali jedzenie, nie śpieszyli się.
Mieszkańcy strefy nadgranicznej zrozumieli, że dzieje się coś dziwnego, kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego. Kasia Zabłocka wspomina scenę z początku maja:
- Zrobiłam takie zdjęcie, na którym widać dużego wojskowego stara i ludzi wypychanych z powrotem do Białorusi. Jeszcze nikt nie słyszał o uchodźcach. Sąsiad potwierdził wtedy, że wywożą ludzi z powrotem. Prawdę mówiąc, nie uwierzyłam w to, co usłyszałam. Gdy rozmawiałam z sąsiadem, to on już wiedział, że jest ruch, że są przejścia.
Kilka tygodni później Kasia zauważa wypalony ślad po niewielkim ognisku w lesie, niedaleko swojego domu.
- Normalnie nikt nie poszedłby tam i nie rozpalił ogniska. I to mi dało do myślenia. Rozmawiałam kilka dni później z sąsiadem, bo on ma kontakt ze strażnikami granicznymi. Powiedział, że w okolicy znaleziono trzy osoby. Przerażone, zalęknione; jedna była bez buta. Były wdzięczne, że zostały odnalezione, bo nie wiedziały, gdzie są, co mają robić.
W lipcu i sierpniu coraz więcej mieszkańców strefy przygranicznej ma bezpośredni kontakt z migrantami. Ludzie reagują różnie, najczęściej neutralnie.
Pielęgniarka, która jechała z Białegostoku do Hajnówki, opowiadała kolegom w szpitalu, że w Narwi do autobusu wsiadło sześciu chłopaków, migrantów w lekkich kurtkach, było jeszcze ciepło. Jeden z lekarzy zapamiętał jej relację.
- Kierowca ich normalnie wziął, wszyscy się do nich uśmiechali, zaczęli wyciągać swoje kanapki i im dawać. Znaleźli osobę w autobusie, która po angielsku trochę mówiła, i ostrzegali ich, że jadą do Hajnówki, z powrotem na granicę. Mijali dwa patrole. Przecież kierowca mógł się zatrzymać i ich zgłosić policjantom. Gdy dochodzi do takiej sytuacji, to ludzie zachowują się normalnie.
Letnia pogoda pozwalała na przetrwanie w lesie. Jola, mieszkająca w okolicach Puszczy Białowieskiej, relacjonuje:
- Póki było jeszcze ciepło, wiadomo było, że jakoś ci ludzie sobie poradzą. Na kilka dni byli przygotowani, mogli przetrwać. Ale potem przyszły mrozy.
Jesienią mieszkańcy polsko-białoruskiego pogranicza zostali skonfrontowani z nową sytuacją. Nie dało się już dłużej nie zauważać, że coś się dzieje. Kobieta, która pracuje w biurze turystycznym w Hajnówce, pamięta początek stanu wyjątkowego.
- Zaobserwowaliśmy wzmożony ruch jednostek wojskowych, dużo sprzętu, ale początkowo nie wzbudzało to naszego niepokoju.
Roman Kalski, hodowca koni, wspomina:
- Sprawa u zarania nie była tak prosta i oczywista. Większość osób tu mieszkających została zaskoczona całą sytuacją. - Rozmawiamy w listopadzie 2021 roku, w jego domu leżącym w prostej linii niespełna siedem kilometrów od granicy. Tuż za ogrodzeniem można wejść do gęstego lasu, iść kilometrami i nie zobaczyć jakichkolwiek zabudowań czy śladu cywilizacji. Pustka i dzika przyroda. - Początkowo, w sierpniu, nie odbieraliśmy informacji w radiu i telewizji jako czegoś, co nas bezpośrednio dotyczy. Dopiero jak ludzie w lesie pojawili się w większej liczbie, zaczęliśmy łączyć fakty. Dopóki nie pojawiły się konkretne informacje, że są trupy w lasach, to człowiek żył swoim życiem. Wszystko się zmieniło, gdy po pierwszych przymrozkach zaczęły się pojawiać informacje o trupach w lasach. - Głos Romana staje się zdecydowany. - Świadomie mówię "trupy", a nie "martwe ciała". Po prostu trupy. Nie ma zgody na to, że ja będę siedział przy kominku, pił herbatę na ganku, a jutro koło mojego płotu znajdę martwego człowieka. Nie! Pod moim domem nie będzie trupów. Po prostu nikt tu nie będzie umierać w moim lesie!
Oni
1. 18-19 września 2021 roku
We wsi Frącki znaleziono ciało Ahmeda Hameda al-Zabhawiego z Syrii. Miał dwadzieścia dziewięć lat, osierocił dwie córki. Z wykształcenia był ekonomistą.
2. 19 września 2021 roku
Znaleziono ciało Afrykańczyka o nieznanej tożsamości. Został pochowany na cmentarzu rzymskokatolickim w Sokółce, tuż obok płotu.
3. 19 września 2021 roku
Wafaa Kamal z Iraku została znaleziona po stronie białoruskiej, we wsi Leśne (Lesnoje), blisko Kanału Augustowskiego, nieopodal śluzy Kurzyniec (obwód grodzieński). Kobieta miała trzydzieści osiem lat, studiowała sztukę użytkową na uniwersytecie w Bagdadzie. Według polskich służb zmarła po stronie białoruskiej. Białorusini twierdzą, że ciało Irakijki Polacy przepchnęli na ich stronę kanału.
4. 19 września 2021 roku
Znaleziono ciało Mustafy Mohammeda Mursheda al-Raimiego z Jemenu. Miał trzydzieści siedem lat, był księgowym. Osierocił dwójkę dzieci. Pochowano go na cmentarzu muzułmańskim, na mizarze w Bohonikach.
5. 24 września 2021 roku
Ciało mężczyzny z Iraku znalezione pięćset metrów od linii granicznej z Białorusią, niedaleko miejscowości Chworościany w powiecie sokólskim.
6. 24 września 2021 roku
Szesnastoletni chłopiec z Iraku zmarł po stronie białoruskiej. Wcześniej został z rodziną pushbackowany z Polski, chociaż już wówczas był chory.
7. 13 października 2021 roku
Issa Jerjos z Syrii miał dwadzieścia cztery lata. Jego ciało leżało na polu koło wsi Klimówka w powiecie sokólskim, zostało zauważone przez załogę wojskowego śmigłowca patrolującego teren.
Zgłaszanie
Pierwsze reakcje mieszkańców wynikały z wcześniejszych doświadczeń. Przed kryzysem, jeśli ktoś "obcy" i zagubiony pojawił się w strefie nadgranicznej, wzywano Straż Graniczną, która uruchamiała procedury, a migrant trafiał do ośrodka dla cudzoziemców.
Tutejsi wiedzą, gdzie znajduje się najbliższa placówka SG, tak samo jak zwykle wie się, gdzie w sąsiedztwie znajduje się poczta czy kościół. Na Podlasiu jest szesnaście strażnic. Rozmieszczone są równomiernie w pasie nadgranicznym. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej budynki zostały dofinansowane. Powstała nowa infrastruktura. Zmodernizowano obiekty lub zbudowano nowe, ujednolicono ich architekturę. Skośne brązowe dachy, żółta elewacja, zielone lub białe okna, kamienne schody prowadzące do przedsionka, cegła klinkierowa, zielone płoty na solidnych podmurówkach. Świerki posadzone wokół zabudowań przez dwie dekady zdążyły urosnąć.
Wszyscy na Podlasiu znają kogoś, kto pracuje w straży - to koledzy ze szkoły lub sąsiedzi. Praca w SG była uznawana za lekką, dobrze płatną i stabilną, co w słabo zurbanizowanym regionie ma znaczenie. Komendant placówki zarabiał średnio sto dwadzieścia sześć tysięcy złotych rocznie (według oświadczeń z 2021 roku). Przed kryzysem poziom zaufania społecznego do straży był wysoki; wezwanie strażników traktowano naturalnie i nie budziło ono wątpliwości moralnych ani oporów. W lecie 2021 roku panowało przekonanie, że jeśli spotka się uchodźców, to należy ten fakt zgłosić służbom, bo od lat istniał taki zwyczaj. Uznawano, że kontakt z polskimi pogranicznikami nie zagraża migrantom. Gdy rozpoczęły się przejścia, taka informacja krążyła również na Facebooku, przekazywano ją sobie wzajemnie. Dopiero później stopniowo ujawniano metody postępowania z migrantami: automatyczne uznawanie ich za "nielegalnych" i przymusowe cofanie do Białorusi.
Zanim rozpowszechniła się wiedza o tym, co dzieje się z wędrującymi ludźmi, pierwsza reakcja okolicznych mieszkańców była podobna - wezwanie na pomoc straży. Tak postępowano wzdłuż całej granicy, niezależnie, czy na północ, czy na południe od Sokółki.
Wspomina Agnieszka:
- Myślałam, że państwo coś zrobi strukturalnie, przyjmie jakieś zasady, wdroży swoje procedury. Wierzyłam natenczas w procedury i w to, że ludzie będą bezpieczni, że dadzą im jakiś ośrodek i ich tam zweryfikują, przepatrzą. Wielu myślało, że jak zadzwonią po służby graniczne, to uratują tych ludzi. Że zrobią dobrze. Bardzo się cieszyli z tego, że zadzwonili. Byli przekonani, że to dla migrantów wybawienie.
Wolontariuszka Katarzyna Mazurkiewicz-Bylok pamięta:
- U nas zaczęło się jeszcze przed Usnarzem. Pierwszego swojego migranta zobaczyłam pod koniec lipca, tak osobiście. I wtedy z moim mężem zadzwoniliśmy do Straży Granicznej. Bo wydawało się nam, że oni wezmą tego człowieka do ośrodka, zrobią procedurę sprawdzającą, z jakiego powodu się tu znalazł. Tak wszyscy robili na początku. Pojawiły się informacje Fundacji Ocalenie podpowiadające, co trzeba zrobić i że powinniśmy informować straż. Zaczęliśmy wozić jedzenie ze sobą w samochodzie. Uznałam, że przydałby się tekst w języku arabskim, żebyśmy mogli tym ludziom przekazać, gdzie są. No i wydrukowaliśmy informację, że chcemy wam pomóc, możemy wam dać jeść, pić, wezwać służby medyczne i że możecie od nas zadzwonić... do Straży Granicznej. Takie kartki rozsyłałam do znajomych, którzy mieszkali w okolicy.
W istocie początkowe wskazówki na ulotkach podpowiadały, jak pomóc głodnym, "zmokniętym i zmęczonym ludziom", że należy zapytać o ich potrzeby, powiedzieć im, gdzie się znaleźli, oraz zaproponować skorzystanie z telefonu. Ulotka podpisana przez Fundację Ocalenie zawierała numer telefonu do podlaskiej Straży Granicznej[4]. Instrukcja zakładała, że w traktowaniu uchodźców państwo polskie weźmie pod uwagę jedną z konwencji genewskich, dotyczącą ochrony ofiar wojny, i szereg innych aktów prawnych, polskich i międzynarodowych.
- W tym czasie pojawiły się filmiki, jak idą uchodźcy - kontynuuje Kasia Mazurkiewicz-Bylok. - Relacje ludzi, którzy tu mieszkają, zdjęcia Mateusza Wodzińskiego, fotografa przyrody. Potem pojawiły się na Facebooku filmiki, jak ich zgarnia Straż Graniczna, jak klęczą na poboczu z rękami z tyłu głowy. Później Mirek Miniszewski [pisarz mieszkający na Podlasiu - przyp. U.G.] opublikował zdjęcia wojskowych z bronią automatyczną. I wtedy już wiedzieliśmy, że to nie wygląda tak, jak w naszych wyobrażeniach. To się stopniowo rozwijało, aż zorientowaliśmy się, że ci ludzie są trzymani pod bronią.
Maciej Jaworski, potężnie zbudowany mężczyzna, nie kryje emocji, gdy opowiada o konsekwencjach pierwszego spotkania z uchodźcami.
- Tak naprawdę za pierwszym razem to nie pomogłem, tylko wezwałem straż. Był sierpień, nikt jeszcze wtedy o tym głośno nie mówił. Nie wiedzieliśmy, że można łapać tych ludzi i wyrzucać do Białorusi, że coś złego dzieje się z nimi. Wracałem z wycieczki rowerem, zauważyłem, że jakieś osoby idą przez las. Jesteśmy w strefie przygranicznej nauczeni, że w takich przypadkach wzywa się straż. Do łba nam to wbijano przez dwadzieścia lat, od czasu gdy powstały nowe strażnice. Przyjechał patrol, dwóch ludzi. Jednego strażnika znałem. Weszli na chwilę do lasu i znaleźli mężczyznę. On nie mógł się zbyt oddalić, bo z jednej strony była wieś, z drugiej bagna, a z trzeciej droga, na której staliśmy. Został zamknięty w takiej pułapce. Pamiętam jego twarz. Szlachetnie wyglądał. Był w okularach, ładnie ubrany, spokojny, grzeczny. Wsadzili go do radiowozu. Pytam strażników, jak te procedury teraz wyglądają, na którą placówkę jadą, tak z ciekawości. A ten znajomy mówi: "Na granicę pojedzie. Będą go przepychać na drugą stronę". I jeszcze powiedział: "Dobrze, że jest wojsko, bo chłopaki pomagają; jak ktoś protestuje, to przeładują broń i wtedy jest posłuszny, i idzie na drugą stronę". Wtedy kopara mi opadła. Byłem w szoku. Długo to za mną chodziło, a twarzy tego człowieka nigdy nie zapomnę. Ten strażnik mi powiedział, bo to był mój kolega - dodaje Maciek po chwili. - Po tym wypadku przestałem im ufać. Ci funkcjonariusze kłamią. Mam teraz jakieś obrzydzenie do munduru.
Metody postępowania straży ujawniane były stopniowo. Niemniej coraz bardziej powszechna stawała się wiedza o tym, co dzieje się ze zgłaszanymi ludźmi. Pod koniec lata mieszkańcy Podlasia mieli świadomość, do czego prowadzi wezwanie służb. Postawy zaczęły się zmieniać, zróżnicowały się i zantagonizowały. Równocześnie Straż Graniczna dyscyplinowała lokalną społeczność, funkcjonariusze przypominali: "Jak zobaczycie "czarnych", to trzeba zgłaszać". Tak przynajmniej zapamiętała rozmowę ze strażnikami pracownica biura Polskiego Czerwonego Krzyża w rejonie nadgranicznym.
- Co to za język: "czarnych"? - oburza się Alina Miszczuk.
Wielu ludzi przywykło jednak do języka dyskryminacji i do zachowań funkcjonariuszy. Nie budziły one szczególnego sprzeciwu. Zapanował paraliż, zapadło milczenie.
Powinność powiadomienia straży o domniemaniu nielegalnego przekroczenia granicy mogłaby wynikać z artykułu 304 Kodeksu postępowania karnego. Przepis ten stanowi, że każdy, kto dowiedział się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, ma społeczny obowiązek zgłoszenia tego faktu służbom - społeczny, czyli taki, którego niewypełnienie nie jest związane z sankcją karną. Trzeba zaznaczyć, że przestępstwem w świetle prawa jest przekroczenie zielonej granicy w grupie ("we współdziałaniu z innymi osobami"), natomiast przekroczenie samotne jest od 2005 roku wykroczeniem. Zmiana kwalifikacji czynu następuje, jeśli ktoś używa przemocy, groźby albo podstępu.
Postawy mieszkańców zaczęły się radykalnie zmieniać, nabrali dystansu do działań służb, jednak część osób wciąż dzwoniła po Straż Graniczną i Policję i informowała o zauważonych uchodźcach. To, co na początku kryzysu było niefortunną próbą zaoferowania instytucjonalnego wsparcia ludziom w lesie, po zrozumieniu metod działania służb zmieniło się w świadomy donos.
Mężczyzna, z którym rozmawiam w zakrystii kościoła w Hajnówce, mówi chętnie i zdecydowanie.
- Ja ciąłem drzewo w lesie koło Narewki. Jechałem z synem, patrzymy, a tu ognisko się pali w lesie. Zajechalimy po cichu; siedmiu czy ośmiu siedzi, dwoje dzieci. I zadzwonilimy. Przyjechała policja, proszę panią, było i wojsko. Niech pani nie mówi, że traktują ich źle. Elegancko ich ubrali, wzięli do samochodu, dzieci zawieźli do szpitala, co ze starszymi zrobili, to nie wiem, ale po dzieci przyjechała karetka i zabrała. Przy mnie to było.
W innej części Podlasia, w rejonie Siemiatycz, na schodach wejściowych do cerkwi Ikony Matki Bożej "Wszystkich Strapionych Radość" starsza pani, żona kościelnego, na pytanie o uchodźców odpowiada:
- Czasami chodzą przez wieś. Ludzie od razu policję wzywają, niektórzy. Nawet jedzenia nie dadzą. Jak któryś przychodzi, to policja zabiera.
Wokół cerkwi na bagnie wszystko wydaje się malownicze. Drewniana budowla na kamiennej podmurówce stoi na mokradłach, otoczona trawami i zbutwiałymi krzyżami. Kompletna cisza, bo budynek znalazł się w strefie zamkniętej. Nie może tu przyjechać żaden turysta. Bezruch i błyszczące bagienne stawy przy świątyni mają w sobie coś magicznego i niepokojącego. Na Koterce w Tokarach w połowie XIX wieku miała ukazać się Matka Boska, stąd ikona patronki, Matki Bożej Wsiech Skorbiaszczich Radost?. Cerkiew na moczarach znajduje się tuż przy granicy, część domów przedwojennych parafian została po wojnie po stronie białoruskiej.
Usnarz - pushback ujawniony
Podlasie jest pełne małych cerkwi i kościołów. Niektóre z nich mają sugestywne nazwy. Parafia, do której należą katolicy z Usnarza Górnego, nosi nazwę Najświętszej Maryi Panny Pośredniczki Łask i Świętej Agaty. Męczennica Agata, patronka zawodów związanych z ogniem, strażniczka palenisk chroniąca przed pożarami i groźnymi wypadkami. Adekwatna opiekunka tego odludnego miejsca.
Sytuacja uchodźców na granicy polsko-białoruskiej została po raz pierwszy w pełni upubliczniona właśnie w Usnarzu. 8 sierpnia 2021 roku białoruscy funkcjonariusze wypchnęli pięćdziesięcioosobową grupę Afgańczyków i Irakijczyków na polską stronę. Straż Graniczna zablokowała migrantów, a pogranicznicy Łukaszenki nie pozwalali im na powrót.
Patowa sytuacja: z jeden strony las, z drugiej łąka, z jednej strony pogranicznicy białoruscy, z drugiej polscy. Przepchnięcia tam i z powrotem, praktykowane wcześniej w dyskrecji, wymknęły się spod kontroli. Lokalni mieszkańcy zauważyli migrantów - mężczyzn, kobiety i dzieci, którym odmówiono prawa złożenia wniosków o ochronę międzynarodową w Polsce, siedzących pod gołym niebem - i zareagowali. Sprawa stała się głośna. Doszło do konfrontacji służb z mediami, wolontariuszami i politykami, którzy przyjechali do Usnarza.
Początkowo aktywiści mogli podchodzić do uchodźców na tyle blisko, żeby z nimi swobodnie porozmawiać, podać im jedzenie i środki higieny. Jedna z wolontariuszek relacjonuje, że zapytała zatrzymanych, czego potrzebują i co chcieliby zjeść. Strażnicy nie robili trudności, zachowywali się normalnie, rozumieli elementarne potrzeby koczujących. Po kilku dniach zaczęli jednak odmawiać przekazywania rzeczy i próbowali przekonywać, że migranci przebywają po stronie białoruskiej. W połowie sierpnia grupa zmalała - matki z niemowlętami wpuszczono z powrotem do Białorusi. Pozostały trzydzieści dwie osoby, wśród nich kilka kobiet i jedna nastolatka. Uwagę dziennikarzy zwrócił też szary kot skradający się między pogranicznikami i uchodźcami[5].
W tym czasie rząd w Warszawie podjął pierwsze decyzje. Na granicę wysłano dodatkowe wsparcie: wojskowe (początkowo dziewięciuset żołnierzy) i policyjne (oddział prewencji z Białegostoku). 20 sierpnia żołnierze rozpoczęli rozkładanie zasieków z drutu żyletkowego, bezpośrednio na ziemi, wbrew przepisom chroniącym ludzi i zwierzęta przed przypadkowymi skaleczeniami. Wcześniej linię granicy Schengen wyznaczały jedynie drewniane słupki i betonowe cokoły.
Z obszaru kryzysu wyrzuceni zostali lekarze, dziennikarze i osoby postronne. Doszło do przepychanek. Na pytanie, dlaczego obywatele nie mogą poruszać się po terytorium własnego kraju, policjanci odpowiadali, że wezwał ich właściciel łąki, który nie życzy sobie wchodzenia na jego teren[6]. W ocenie niektórych obserwatorów część strażników robiła wrażenie zawstydzonych sytuacją.
Do Usnarza przyjechały parlamentarzystki: Urszula Zielińska, Klaudia Jachira oraz Gabriela Morawska-Stanecka, marszałkini Senatu. Próbowały umożliwić migrantom przedstawienie pisemnych pełnomocnictw, które pozwoliłyby na urzędowe złożenie wniosków o ochronę międzynarodową w Polsce. Pełnomocnictwa ustne, mimo złożenia ich przy świadkach, nie zostały uznane, natomiast deklaracji papierowych nie udało się podpisać z powodu zablokowania dostępu do ludzi przetrzymywanych na łące. Parlamentarzystkom uniemożliwiono bezpośredni kontakt z obcokrajowcami. Tymczasem minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak na Twitterze zwracał się do polityków próbujących podjąć mediację: "[...] nie bądźcie pożytecznymi idiotami, opamiętajcie się!"[7]. Migranci nie mogli się umyć, nie mieli dostępu do sanitariatów, tkwili dziesiąty dzień na trawie pod gołym niebem i pod bronią.
Zdjęcia z Usnarza są spektakularne. Na pierwszym planie widać dobrze zamaskowanych żołnierzy. Stoją w szeregu, trzymają karabiny. Za nimi w zwartej grupie siedzą otoczeni ludzie. Kolejny plan to funkcjonariusze białoruscy, także zamaskowani, ubrani w różnorodne mundury. Wokół las i wysokie trawy. W pobliżu polowego aresztu ktoś rozwinął transparent z napisem: Open the borders for Afghan Refugees. W tym samym czasie media na całym świecie pokazywały dramatyczne ucieczki z Kabulu zdobytego przez talibów. Afgańczyków na granicy polsko-białoruskiej było wtedy niewielu, jedynie tacy, którzy wyjechali ze swojego kraju jeszcze przed rewoltą i jakiś czas mieszkali w Rosji.
Usnarz leży niedaleko Krynek. Kasia Mazurkiewicz-Bylok dotarła tam z pomocą jako jedna z pierwszych.
- Byłam tam przed przyjazdem mediów - wspomina cztery miesiące później. - Mirek Miniszewski i Karol Grygoruk [fotograf - przyp. U.G.] jeździli po wioskach i rozmawiali z ludźmi. I wtedy ktoś z lokalnych mieszkańców powiedział im o Usnarzu. Pojechali tam, mogli podejść dość blisko i trzaskać zdjęcia. Wieczorem Mirek zadzwonił i poprosił, żebym przywiozła kawę i coś do jedzenia, bo uchodźcy są strasznie głodni. Zrobiłam kawę, tosty, wzięłam torbę z artykułami higienicznymi: pieluchami, papierem toaletowym, podpaskami. Było ryzyko, że żywności nie pozwolą przekazać, ale artykuły higieniczne mieli przyjąć. Koło północy pojechaliśmy tam z mężem. Wstrząsnął nami widok dzieci. Widać było, że sami strażnicy czują opór, że sytuacja im ciąży, że mają w tym wszystkim serce. Normalnie z nami rozmawiali. Mówili mi, że serce się kroi, że sami przywożą jedzenie, słodycze. Paliliśmy razem papierosy. Opowiadali o swoich lornetkach noktowizyjnych, o tym, jaki one mają zasięg, powiedzieli, jak to wygląda. Potem przyjechał Piotr Czaban [aktywista i dziennikarz śledczy - przyp. U.G.] z ekipą telewizyjną i strażnicy odsunęli samochody, żeby operator mógł nagrać, co się dzieje. Chcieli, żeby ktoś coś zrobił. Paliło się ognisko, faceci siedzieli, a kobiety z dziećmi leżały na ziemi w śpiworach. Co jakiś czas małe dziecko, w wieku mojego syna, budziło się i strasznie płakało. Byliśmy oddaleni o dwadzieścia metrów i dalej nie można było podejść. Strażnicy wzięli ode mnie torbę i przekazali migrantom. Jak się pojawiły oficjalne doniesienia, że migranci są po stronie białoruskiej, to wiedziałam, że to nie jest prawda.
Dziennikarzy, polityków i postronnych obserwatorów wyprowadzono z Usnarza Górnego na początku września (gdy na terenach przygranicznych zaczął obowiązywać stan wyjątkowy), do czego wykorzystano artykuł 230 Konstytucji RP, który daje takie narzędzie: "W razie zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego". Utworzono strefę zamkniętą na trzykilometrowym pasie wzdłuż całej granicy - zakaz poruszania się dotyczył pasa o różnej szerokości, od trzech do kilkunastu kilometrów. 2 września 2021 roku na drogach pojawiły się tablice ostrzegawcze: "Obszar objęty zakazem przebywania. Wejście zabronione". Usankcjonowano zakaz poruszania się po tym rejonie ludzi, którzy na stałe nie mieszkają w obszarze nadgranicznym, nie są tam zameldowani lub nie mają specjalnej przepustki, de facto niemożliwej do uzyskania przez wolontariuszy. W ten sposób prezydenckim rozporządzeniem[8] zamknięto dostęp do obszaru przygranicznego. Sto piętnaście miejscowości w województwie podlaskim zostało odciętych od normalnego życia i funkcjonowania, w tym turystyczna Białowieża. Mieszkańcy tego obszaru nie mogli we własnych domach swobodnie przyjmować gości spoza strefy.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.