Rozdział II
U źródeł Dunaju
Czy Ilia Brus, ogłaszając wszem wobec podczas uroczystości w oberży "U Wędkarzy" swój plan spłynięcia z nurtem Dunaju z wędką w ręku, liczył na sławę? Jeśli rzeczywiście był to jego cel, to mógł sobie pogratulować, gdyż został osiągnięty.
Prasa natychmiast rzuciła się na to wydarzenie i wszystkie bez wyjątku gazety z regionów naddunajskich poświęciły konkursowi w Sigmaringen mniej lub bardziej sążniste artykuły, mocno łechtające miłość własną zwycięzcy, którego nazwisko nagle stało się wyjątkowo popularne.
Już nazajutrz na łamach wiedeńskiego wydania "Neue Freie Presse"13 z szóstego sierpnia pojawił się następujący tekst:
Ostatnie zawody wędkarskie Ligi Naddunajskiej zakończyły się wczoraj w Sigmaringen prawdziwym zwrotem akcji, którego bohaterem stał się Węgier Ilia Brus, wczoraj zupełnie nieznany, dziś prawie bohater.
Cóż takiego uczynił Ilia Brus, by zasłużyć na tę nagłą sławę?
Po pierwsze, temu zręcznemu człowiekowi udało się zdobyć dwie pierwsze nagrody, zarówno w kategorii wagi okazu, jak i w kategorii liczby złowionych ryb, znacznie zresztą wyprzedzając wszystkich pozostałych konkurentów, czego, jak się zdaje, nigdy jeszcze dotychczas nie widziano od początku istnienia tych zawodów, a to już niemało! Ale i nie wszystko!
Wydawać by się mogło, że ktoś, kto zebrał takie laury, ktoś, kto odniósł tak widowiskowe zwycięstwo, ma prawo do zasłużonego odpoczynku. Jednakże nie jest to opinia tego zadziwiającego Węgra, który postanowił nas jeszcze bardziej zaskoczyć.
Jak zostaliśmy poinformowani - a wiarygodność naszych informacji nie budzi żadnych wątpliwości - Ilia Brus oznajmił swym kolegom, że oto planuje przepłynąć cały Dunaj z wędką w dłoni, począwszy od jego źródła w księstwie Badenii do ujścia w Morzu Czarnym. Trasa ta liczy około trzech tysięcy kilometrów.
Będziemy na bieżąco informować naszych czytelników o postępach tego oryginalnego przedsięwzięcia.
Ilia Brus wyrusza w następny czwartek, czyli dziesiątego sierpnia. Życzmy mu szczęśliwej podróży, ale mamy równocześnie nadzieję, że ów nieustraszony wędkarz nie wytępi całkowicie, aż do ostatniego przedstawiciela, wszystkich gatunków ryb zasiedlających tę wielką, międzynarodową rzekę!
Tak pisano w wiedeńskiej "Neue Freie Presse". Nie mniej życzliwie wypowiadał się budapeszteński "Pester Lloyd"14, podobnie jak i "Srpske Novine"15 z Belgradu i "Românul"16 z Bukaresztu. Wszędzie tam informacja ta urosła do rozmiarów kilkustronicowych artykułów.
Artykuły obliczone na przyciągnięcie uwagi na Ilię Brusa doskonale spełniły swoje zadanie, i jeśli prawdą jest, że prasa stanowi odzwierciedlenie opinii publicznej, to należało przypuszczać, że w miarę postępów w podróży zainteresowanie to jeszcze wzrośnie.
Czy zresztą w głównych miastach na swoim szlaku podróżnik nie znajdzie innych członków Ligi Naddunajskiej, którzy z całą pewnością poczytają sobie za obowiązek przyczynić się do sukcesu swego kolegi? Nie ma wątpliwości, że w razie potrzeby otrzyma od nich potrzebną pomoc.
Już teraz te gazetowe wzmianki okazały się wielką rewelacją pośród wędkarzy, a projekt Ilii Brusa nabrał w ich oczach ogromnego znaczenia. Wielu z nich, przybyłych do Sigmaringen na właśnie zakończone zawody, pozostało nieco dłużej, aby tylko uczestniczyć w starcie tegorocznego mistrza Ligi Naddunajskiej.
Kimś, kto z całą pewnością nie narzekał na przedłużenie pobytu wędkarzy w Sigmaringen, był właściciel oberży "U Wędkarzy". Po południu ósmego sierpnia, a więc na dwa dni przed terminem wyznaczonym przez naszego laureata jako początek podróży, ponad trzydziestu biesiadników nadal wiodło tu wesołe życie, spędzając czas w głównej sali gospody. Należy zaznaczyć, że wpływy do kasy w tym przybytku odzwierciedlały niemalże nieograniczone możliwości przepastnych gardeł owej klienteli.
Jednak pomimo bliskości wydarzenia, które zatrzymało wszystkich ciekawskich w stolicy księstwa Hohenzollern, wieczorem ósmego sierpnia przedmiotem rozmowy w oberży "U Wędkarzy" nie był jego bohater. Tematem ogólnej, bardzo burzliwej rozmowy stały się bowiem zupełnie inne wypadki, o wiele ważniejsze dla mieszkańców brzegów wielkiej rzeki.
Emocje zebranych nie dziwiły ani nie było w nich przesady, gdyż w pełni uzasadniały je omawiane fakty.
Otóż od kilku miesięcy brzegi Dunaju były pustoszone przez napady rabunkowe. Trudno było już zliczyć obrabowane gospodarstwa, splądrowane zamki, włamania do willi, a nawet morderstwa, gdyż kilka osób zapłaciło życiem za opór, gdy próbowało się przeciwstawić nieuchwytnym przestępcom.
Rzecz jasna takiej serii zbrodni nie mogło popełnić tylko kilku osobników. Z pewnością musiała to być dobrze zorganizowana i liczna - sądząc po jej wyczynach - banda.
Co szczególne, banda działała wyłącznie w bezpośrednim sąsiedztwie Dunaju. Po obu stronach rzeki nigdy żadne przestępstwo nie zostało popełnione dalej niż dwa kilometry od biegu Dunaju. Jednak to ograniczenie zasięgu działań odnosiło się tylko do jego szerokości. Co do długości, to w równym stopniu plądrowane były brzegi austriackie co węgierskie, serbskie czy rumuńskie, nigdzie też nie udało się złapać bandytów na gorącym uczynku.
Po dokonaniu napadu ulatniali się do czasu następnego przestępstwa popełnianego nawet o setki kilometrów od poprzedniego. Nie zostawały po nich najmniejsze ślady. Wydawało się, że jakby wyparowały, podobnie zresztą jak i całe mnóstwo wszystkich materialnych przedmiotów, czasami całkiem dużych i nieporęcznych, stanowiących ich łupy.
Rządy krajów dotkniętych tą falą przestępstw w końcu poważnie się zaniepokoiły kolejnymi niepowodzeniami, prawdopodobnie wynikającymi z braku współpracy.
Podjęto na ten temat rozmowy dyplomatyczne, i jak podawała prasa właśnie tego ranka, ósmego sierpnia negocjacje doprowadziły do utworzenia międzynarodowych sił policyjnych rozmieszczonych wzdłuż całego biegu Dunaju. Dowodzić tą formacją miała jedna osoba. Wyznaczenie głównodowodzącego okazało się szczególnie trudne, ale w końcu zgodzono się na niejakiego Karla Dragosza17, węgierskiego detektywa dobrze znanego w całym regionie.
Rzeczywiście Karl Dragosz był naprawdę wybitnym policjantem, a trudna misja nie mogła zostać powierzona bardziej odpowiedniej osobie. Był czterdziestopięcioletnim mężczyzną przeciętnej budowy, raczej chudym, a jego siła wynikała bardziej z przewagi ducha nad ciałem. Miał jednak dość wigoru, by znosić męczące zadania właściwe dla policyjnej profesji, a i dość odwagi, by stawiać czoła licznym niebezpieczeństwom. Oficjalnie mieszkał w Budapeszcie, najczęściej jednak, zajęty prowadzeniem jakiegoś skomplikowanego śledztwa, przebywał w terenie. Przydawała mu się świetna znajomość języków ludów południowo-wschodniej Europy, w tym niemieckim i rumuńskim, serbskim, bułgarskim oraz tureckim, nie wspominając o ojczystym węgierskim. Był kawalerem, więc brak rodziny pozwalał mu na nieskrępowane przemieszczanie się zgodnie z potrzebą chwili.
Jego nominacja miała, jak to się mówi, dobrą prasę. Opinia publiczna jednogłośnie go zaakceptowała. Także w dużej sali "U Wędkarzy" wiadomość została przyjęta ze szczególnym zadowoleniem.
- Nie można było lepiej wybrać - stwierdził pan Ivetozar, zdobywca drugiej nagrody w konkursie w kategorii wagi, w chwili gdy w gospodzie zapalono wieczorne lampy. - Znam Dragosza. To jest ktoś.
- Bardzo, bardzo zręczny człowiek... - dodał przewodniczący Miclesco.
- Miejmy nadzieję - wykrzyknął Chorwat o trudnym do wymówienia nazwisku Svrb, właściciel farbiarni na jednym z przedmieść Wiednia - że uda mu się doprowadzić do porządku brzegi Dunaju. Prawdę mówiąc, życie tam stało się już nie do zniesienia!
- Karl Dragosz będzie miał twardy orzech do zgryzienia - odezwał się Niemiec Weber, kręcąc z powątpiewaniem głową. - Trzeba najpierw zobaczyć go w akcji.
- W akcji...!? - zawołał pan Ivetozar. - Ależ nie ulega wątpliwości, że już się do niej zabrał!
- Z pewnością! - zgodził się pan Miclesco. - Karl Dragosz nie należy do ludzi marnujących swój czas. Jeśli mianowano go cztery dni temu, jak podają gazety, to już przynajmniej od trzech dni prowadzi działania.
- Ciekawe, od czego zacznie? - rozważał pan Piscea18, Rumun o nazwisku jak znalazł dla wędkarza. - Przyznam, że na jego miejscu byłbym w wielkim kłopocie.
- Właśnie dlatego, drogi panie, nie jesteś na jego miejscu - odparł z prostotą pewien Serb. - Możesz być pan pewien, że Dragosz nie ma z tym żadnego kłopotu. Co do jego planu, to już inna sprawa. Może pojechał do Belgradu, a może został w Budapeszcie... A może wpadł na pomysł, aby zawitać tutaj, do Sigmaringen, i kto wie, czy nie ma go w tej chwili razem z nami w gospodzie "U Wędkarzy"!
Przypuszczenie to wywołało powszechną wesołość!
- Razem z nami...! - wołał pan Weber. - Robisz nas pan w konia, Michajlu Michajlowiczu19! A co on by tutaj robił, gdzie nie ma nawet śladu po żadnym przestępstwie?
- Ejże! - odparł Michajlo Michajlowicz. - A może jest tu po to, by pojutrze uczestniczyć w wyjeździe Ilii Brusa. Może jest zainteresowany tym człowiekiem... Chyba że Ilia Brus i Karl Dragosz to jedna i ta sama osoba.
- Co ta ma znaczyć "jedna i ta sama osoba"?! - wołano ze wszystkich stron. - Co masz na myśli?
- Tam do licha! To dopiero by było! Przecież nikt by nie podejrzewał, że w skórze zwycięzcy konkursu chowa się policjant, który tym sposobem mógłby swobodnie kontrolować Dunaj.
Przypuszczenie było tak kuriozalne, że pijący szeroko otworzyli oczy. Ten Michajlo Michajlowicz...! On to miał pomysły!
Ale Michajlo Michajlowicz nie przejmował się bynajmniej i brnął w obranym kierunku.
- Chyba że... - zaczął, znów rozpoczynając zdanie od wyraźnie ulubionego przez siebie zwrotu...
- Chyba że?
- Chyba że Karl Dragosz miałby zgoła inny powód, by tu przyjechać - kontynuował, przechodząc bez wstępów do kolejnej już, nie mniej fantastycznej hipotezy.
- Powód? Jaki powód?
- Załóżmy na przykład, że cała ta historia spływania nurtem Dunaju z wędką w ręku wydaje mu się podejrzana.
- Podejrzana...! Dlaczego podejrzana?!
- Do pioruna! Przecież to nie byłoby takie głupie, gdyby bandzior ukrywał się w skórze wędkarza, i to jeszcze tak znanego! Taka wielka fama warta jest wszystkich incognito świata! Mógłby spokojnie dokonać ze stu napadów, kiedy by mu się tylko podobało, pod warunkiem że tymczasem dla niepoznaki coś by tam połowił.
- No tak, ale trzeba umieć łowić ryby - zaprotestował z powagą przewodniczący Miclesco - a to przywilej zarezerwowany dla ludzi uczciwych.
Ta uwaga z gatunku moralnych, choć może nieco ryzykowna, została przyjęta przez wszystkich tych zagorzałych wędkarzy z niekłamanym uniesieniem. Michajlo Michajlowicz z niezwykłym u niego taktem wykorzystał ogólny entuzjazm.
- Zdrowie pana przewodniczącego! - wykrzyknął, unosząc kieliszek.
- Zdrowie pana przewodniczącego! - powtórzyli zgromadzeni, opróżniając kielichy jednym, równoczesnym gestem.
- Zdrowie pana przewodniczącego! - powtórzył siedzący dotychczas na uboczu gość, który od jakiegoś czasu wydawał się żywo zainteresowany toczącą się wokół niego wymianą zdań.
Pana Miclesco mile połechtało uprzejme zachowanie nieznajomego i w podzięce teraz to on wzniósł toast za obcego jegomościa. Ten, przyjmując zapewne, że tym samym lody zostały dostatecznie przełamane, uznał się za upoważnionego, by podzielić się swoimi wrażeniami z szanowną kompanią.
- Dobrze powiedziane, na Boga! - rzekł. - Tak, z całą pewnością łowienie ryb to rozrywka ludzi uczciwych.
- Czy przypadkiem nie mamy przyjemności z kolegą po fachu? - zainteresował się przewodniczący Miclesco, podchodząc do nieznajomego.
- Och! - odpowiedział ów skromnie. - Co najwyżej z amatorem pasjonującym się pięknymi połowami, ale niemającym odwagi, by naśladować lepszych od siebie...
- Wielka szkoda, panie...?
- Jaeger.
- Szkoda, panie Jaeger, bo to by oznaczało, że nigdy nie dostąpimy zaszczytu zaliczenia pana w poczet członków Ligi Naddunajskiej.
- Kto wie? - odpowiedział pan Jaeger. - Może któregoś dnia zdecyduję się, by przyłożyć rękę do... to jest pochwycić wędkę... chciałem powiedzieć... to znaczy stać się jednym z was, jeśli rzecz jasna spełniłbym warunki przyjęcia.
- Proszę być dobrej myśli - oświadczył pospiesznie pan Miclesco, podekscytowany nadzieją na zwerbowanie nowego członka ligi. - Są tylko cztery bardzo proste warunki. Pierwszym z nich jest uiszczenie skromnej opłaty rocznej. I to jest warunek podstawowy.
- Oczywiście - zgodził się ze śmiechem pan Jaeger.
- Drugi to zamiłowanie do wędkowania. Trzeci to bycie miłym towarzyszem, i uważam, że ten trzeci warunek już pan spełnił.
- Jest pan zbyt uprzejmy! - podziękował pan Jaeger.
- Co do czwartego, polega on jedynie na wpisaniu nazwiska i adresu na liście członków stowarzyszenia. Nazwisko już znamy, a zatem, gdy poznam pański adres...
- Leipzigerstrasse czterdzieści trzy, Wiedeń.
- Stanie się pan pełnoprawnym członkiem Ligi za cenę dwudziestu koron rocznie.
Obaj panowie roześmiali się serdecznie.
- Żadnych innych formalności? - zapytał pan Jaeger.
- Żadnych.
- Nie trzeba pokazywać dokumentów?
- Ależ, panie Jaeger - zaprotestował pan Miclesco - żeby łowić ryby...!
- Tak po prostu... No cóż, to i tak bez znaczenia. Zapewne w Lidze Naddunajskiej wszyscy się dobrze znają.
- Wręcz przeciwnie - zaprzeczył Miclesco. - Niech pan pomyśli! Niektórzy nasi towarzysze mieszkają tutaj, w Sigmaringen, a inni aż na wybrzeżu Morza Czarnego. Nie sprzyja to podtrzymywaniu stosunków sąsiedzkich.
- Rzeczywiście!
- Jest to dokładnie przypadek naszego zdumiewającego zwycięzcy ostatniego konkursu...
- Ilii Brusa?
- Tego samego. No, cóż. Nikt go tu nie zna.
- Niemożliwe!
- Tak jest - potwierdził pan Miclesco. - Słowo daję! Do Ligi należy nie dłużej niż od dwóch tygodni. Dla nas tu wszystkich Ilia Brus był wielką niespodzianką, co ja mówię, prawdziwym objawieniem!
- To outsider, jak to się mówi w wyścigowym stylu.
- Otóż to.
- Z jakiego kraju pochodzi nasz outsider?
- Jest Węgrem.
- To tak jak pan, bo pan jest Węgrem, jak sądzę, panie przewodniczący?
- Czystej krwi, panie Jaeger. Węgrem z Budapesztu.
- Podczas gdy Ilia Brus...?
- Jest z Szalki.
- A cóż to za Szalka?
- To wioska, no może małe miasteczko na prawym brzegu Ipoly, rzeki wpadającej do Dunaju kilka mil powyżej Budapesztu.
- No to, panie Miclesco, przynajmniej z nim może pan utrzymywać dobrosąsiedzkie stosunki - zauważył ze śmiechem pan Jaeger.
- W każdym razie nie przed upływem dwóch lub trzech miesięcy - odpowiedział tym samym tonem przewodniczący Ligi Naddunajskiej. - Tyle czasu będzie potrzebował na swoją podróż...
- Chyba że do niej nie dojdzie! - zasugerował żartobliwie Serb, bez ceremonii przyłączając się do rozmowy.
Zbliżyli się i pozostali wędkarze. Pan Jaeger i pan Miclesco znaleźli się w centrum małej grupki.
- Co pan masz na myśli? - chciał wiedzieć pan Miclesco. - Masz pan bujną wyobraźnię, Michajlu Michajlowiczu!
- To tylko taki żarcik, drogi panie przewodniczący - odparł zapytany. - Jeśli jednak według pana Ilia Brus nie może być ani policjantem, ani przestępcą, to dlaczego nie miałby sobie z nas zakpić i być zwyczajnym dowcipnisiem?
Pan Miclesco wypowiedź tę potraktował nadzwyczaj poważnie.
- Jesteś złośliwy, Michajlu Michajlowiczu - odpowiedział. - To pewnego dnia zemści się na tobie. Ilia Brus wydał mi się dobrym i poważnym człowiekiem. Ponadto jest członkiem Ligi Naddunajskiej. To mówi wszystko.
- Brawo! - zakrzyczano ze wszystkich stron.
Michajlo Michajlowicz bynajmniej nie wyglądał na zbitego z pantałyku otrzymaną reprymendą. Przeciwnie, z godną podziwu przytomnością umysłu ponownie wykorzystał okazję, by wznieść toast.
- W takim razie - powiedział, chwytając swój kufel - za zdrowie Ilii Brusa!
- Za zdrowie Ilii Brusa! - zawtórowali chórem zebrani, nie wyłączając pana Jaegera, który sumiennie opróżnił swoją szklanicę do ostatniej kropelki.
Jednak ten ostatni "żarcik" Michajla Michajlowicza nie był tak całkiem pozbawiony sensu jak poprzednie. Ilia Brus po ogłoszeniu z wielkim hukiem swojego projektu więcej się nie pojawił. Nikt o nim nawet nie słyszał. Czy to nie dziwne, że trzymał się tak bardzo na uboczu? Przypuszczenie, że chciał zdobyć sławę kosztem łatwowiernych wędkarzy mogło być jednak uzasadnione. Zresztą, aby się przekonać, nie trzeba było zbyt długo czekać. Za trzydzieści sześć godzin wszystko miało stać się jasne.
Wystarczyło, by zainteresowani wydarzeniem udali się kilka mil w górę rzeki od Sigmaringen. Jeśli Ilia Brus jest poważnym i godnym zaufania człowiekiem - jak utrzymywał przewodniczący Miclesco - z pewnością go tam spotkają.
Tymczasem jednak mogła się pojawić pewna trudność. Bo czy rzeczywiście ustalono źródło wielkiej rzeki? Czy mapy je dokładnie wskazywały? Czy nie istniały w tej kwestii jakieś kontrowersje i czy nie zdarzy się tak, że ktoś zechce żegnać Ilię Brusa w jednym miejscu, podczas gdy on sam będzie wypływał w innym?
Rzecz jasna nie ulega wątpliwości, że rzeka Dunaj, przez starożytnych nazywana Ister, bierze swoje początki w Wielkim Księstwie Badenii. Geografowie twierdzą nawet, że punkt ten leży na sześciu stopniach dziesięciu minutach długości geograficznej wschodniej i czterdziestu siedmiu stopniach czterdziestu ośmiu minutach szerokości geograficznej północnej20. Ale nawet te dane nie określają zbyt precyzyjnie samego miejsca, gdyż odnoszą się tylko do minut na łuku, nie zaś do sekund. I ten brak daje już dość spore pole do popisu. Tymczasem chodziło przecież o zarzucenie wędki dokładnie w tym samym miejscu, gdzie pierwsza kropla dunajskiej wody rozpoczyna swój bieg w kierunku Morza Czarnego.
Według legendy, którą przez długi czas brano za prawdę naukową, Dunaj brał swój początek pośrodku ogrodu książąt Fürstenberg21. Jego kolebką miała być marmurowa sadzawka22, do której pielgrzymowało wielu wędrowców, aby zaczerpnąć z niej wody. Czy zatem to na obramowaniu tego niewyczerpanego akwenu należy spodziewać się Ilii Brusa rankiem dziesiątego sierpnia?
Nie, gdyż nie jest to prawdziwe źródło wielkiej rzeki. Obecnie wiemy już, że tworzy je zbieg dwóch potoków, Breg i Brigach23, spływających z wysokości ośmiuset siedemdziesięciu pięciu metrów przez lasy Szwarcwaldu24. Ich wody mieszają się w Donaueschingen, kilka mil w górę rzeki od Sigmaringen, a następnie łączą się pod jedną nazwą Donau, dla Francuzów zaś - Danube.
Gdyby tylko jeden z tych potoków bardziej niż drugi zasługiwał na uznanie go za początek rzeki, byłby to zapewne Breg, gdyż jest dłuższy o trzydzieści siedem kilometrów i ma swój początek w Brisgau.
Cóż, zainteresowani startem i dobrze zorientowani w rzecznych sprawach uznali, że punktem wyjścia dla Ilii Brusa - jeśli w ogóle dojdzie do startu - będzie Donaueschingen, i tam też udała się większość towarzystwa z Ligi Naddunajskiej z przewodniczącym Miclesco na czele.
Dziesiątego sierpnia od samego rana nad brzegiem Bregu, u zbiegu dwóch strumieni oczekiwano Ilii Brusa. Ale godziny mijały, a bohatera dnia nie było ani widu, ani słychu...
- Nie przyjdzie - powiedział ktoś.
- To mistyfikator - powiedział inny.
- A my sterczymy tu jak te durnie... - dodał Michajlo Michajlowicz z wyraźnym triumfem w głosie.
Tylko przewodniczący Miclesco trwał po stronie Ilii Brusa.
- Nie - przekonywał pozostałych - nigdy nie uwierzę, że członek Ligi Naddunajskiej mógłby oszukać swoich kolegów...! Ilia Brus się spóźni. Bądźmy cierpliwi. Wkrótce zobaczymy, jak nadchodzi.
Pan Miclesco miał całkowitą rację, okazując swe zaufanie. Tuż przed dziewiątą z grupy stojącej u zbiegu potoków Breg i Brigach dobiegł okrzyk:
- To on...! To on!
Dwieście kroków powyżej, na zakręcie pojawiła się łódka wyposażona w śrubówkę25, płynąca wzdłuż brzegu, utrzymywana jak najdalej od wartkiego tu nurtu. Sterował nią samotny mężczyzna stojący na rufie.
Był to rzeczywiście ten sam człowiek, który kilka dni wcześniej podczas konkursu Ligi Naddunajskiej zdobył dwie pierwsze nagrody - Węgier Ilia Brus.
Kiedy łódka dotarła do zbiegu obu strumieni, zatrzymała się i została przycumowana do brzegu bosakiem. Ilia Brus wysiadł na ląd, a wszyscy zaciekawieni tłoczyli się wokół niego. Bez wątpienia nie spodziewał się aż tak licznej asysty, i wyraźnie wyglądał na speszonego.
Przewodniczący Miclesco zbliżył się i wyciągnął do niego rękę, którą Ilia Brus po zdjęciu wydrowej czapki uścisnął z szacunkiem.
- Ilio Brus - powiedział z iście prezydencką godnością pan Miclesco - cieszę się, że ponownie widzę wielkiego zwycięzcę naszego konkursu.
Laureat głównej nagrody skłonił się w podzięce. Przewodniczący mówił dalej:
- Z tego, że spotykamy się u źródeł naszej wspaniałej międzynarodowej rzeki, wnioskuję, że przystępuje pan do realizacji swego projektu spłynięcia z biegiem Dunaju, wędkując, aż do ujścia.
- Tak, panie przewodniczący - potwierdził Ilia Brus.
- Więc wyrusza pan właśnie dzisiaj?
- Dzisiaj, panie przewodniczący.
- Jak zamierza pan przebyć tę trasę?
- Pozwolę się nieść prądowi.
- W tej łodzi?
- W tej łodzi.
- Bez żadnego odpoczynku?
- Nie, ale będę odpoczywał nocami.
- Czy pan zdaje sobie sprawę, że to aż trzy tysiące kilometrów?
- Przy dziesięciu ligach26 dziennie dotrę do celu za mniej więcej dwa miesiące.
- A więc szczęśliwej podróży, Ilio Brus!
- Dziękuję, panie przewodniczący!
Ilia Brus po raz ostatni pozdrowił zgromadzonych i wrócił do swej łodzi, podczas gdy ciekawscy tłoczyli się nad brzegiem, by zobaczyć, jak będzie odpływał.
Pierwsze co zrobił, to wziął wędkę, nadział przynętę i odłożył wędzisko na jedną z ławek. Potem odepchnął łódkę energicznym pchnięciem bosaka, a następnie usiadł na rufie i zarzucił wędkę.
Chwilę później porwał go już nurt, na haczyku zaś trzepotała brzana27. Wyglądało to na szczęśliwą wróżbę. Zgromadzeni na brzegu wiwatowali zawzięcie, wykrzykując swe szalone hoch! żegnając w ten sposób laureata Ligi Naddunajskiej.
13 Neue Freie Presse - u J. Verne'a: Neue Freie Press; wiedeńska gazeta założona przez Adolfa Werthnera wraz z dziennikarzami Maxem Friedländerem i Michaelem Etiennem 1 września 1864 roku; istniała do 31 stycznia 1939 roku.
14 Pester Lloyd - dziennik wydawany w latach 1854-1945, do 1918 wiodąca niemieckojęzyczna gazeta na Węgrzech; Pester znaczy peszteński.
15 Srpske novine - u J. Verne'a: Srbské Noviné; pierwsza gazeta we współczesnej Serbii, początkowo zatytułowana "Novine srbske"; ukazała się w Kragujevacu w 1834 roku; jej tygodniowy nakład wynosił 300 egzemplarzy; w 1835 roku wydawnictwo pisma przeniesiono do Belgradu; w 1845 roku zmieniono nazwę na "Srbske novine"; od 1843 roku do marca 1849 dwutygodnik, do końca 1872 roku trzytygodnik; w 1873 roku wznowiona jako dziennik, jej wydawanie kontynuowano z dużymi przerwami w czasie I wojny światowej.
16 Românul - gazeta polityczna i literacka wydawana w Bukareszcie od 1857 do 1905 roku.
17 We francuskim oryginale Dragoch.
19 We francuskim oryginale Michael Michaelovitch.
20 Źródła Dunaju znajdują się w miejscowości Donaueschingen, a ich współrzędne to 47?57' N i 8?30' E, ale rzeka zaczyna być spławna dalej.
21 Fürstenberg - ród książęcy wywodzący się z rejonu Szwabii położonego w pobliżu źródeł Dunaju.
22 Sadzawka (fontanna), hydrogeologicznie wywierzysko, znajduje się w ogrodzie pałacowym w miejscowości Donaueschingen, pod którą łączą się dwa strumienie tworzące Dunaj: Brigach i Breg.
23 Brigach ma źródła na wysokości 925 m, a Breg na wysokości 1078 m.
24 Szwarcwald - zrębowy masyw górski w południowo-zachodnich Niemczech rozciągający się od południowego krańca do środka Badenii-Wirtembergii na długości ok. 160 km - od Waldshut-Tiengen na południu do Pforzheim na północy.
25 Śrubówka - krótkie wiosło służące do śrubkowania, napędzania łódki jednym wiosłem zakładanym na dulce umieszczonej na środku rufy lub na stewie tylnej.
26 Liga - dawna francuska miara długości, odległość pokonywana przez pieszego w ciągu godziny; po przyjęciu systemu metrycznego przyjęto, że odpowiada długości 4 km.
27 Brzana (Barbus barbus) - ryba słodkowodna z rodziny karpiowatych, zamieszkuje głównie odcinki rzek o twardym, kamienistym dnie i bystrym prądzie; występuje w całej zachodniej i środkowej Europie oraz w środkowej i południowej Anglii, w Alpach również w jeziorach; maksymalna długość 90 cm, ciężar do 15 kg (średnio 50-60 cm i 2 kg).