Piloci - Adam Podlewski

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I.

Co ro­bi­li­śmy 12 maja 1936 roku?

Szary był ra­nek w War­sza­wie. Po nie­bie szybko prze­su­wały się chmury. Gdzie­nie­gdzie uka­zy­wał się ja­sno­nie­bie­ski rą­bek, by za chwilę przy­sło­niła go sza­rość ob­łoku. W gó­rze wiał silny wiatr - na nie­bie pa­no­wał nie­po­kój. Lu­dzie prze­cho­dzili po­woli, nie śpie­sząc się. W wi­try­nach skle­pów wid­niały na na­czel­nych miej­scach to­nące w czerni i zie­leni fo­to­gra­fie oraz por­trety mar­szałka, a w bra­mach ka­mie­nic i na gma­chach pań­stwo­wych po­wie­wały ża­łobne cho­rą­gwie i przy­sło­nięte ki­rem barwy pań­stwowe. Na bal­ko­nie wiel­kiego gma­chu opery pło­nęły zni­cze. Sto­lica wspo­mi­nała swo­jego obrońcę z roku 1920. Cała, prócz jej nie­wiel­kiego skrawka po­kry­tego zie­le­nią i tę­czową łąką flag. Lot­ni­sko na Mo­ko­to­wie nie sku­piało się na tym, co za­szło rok wcze­śniej, ale na tym, co sta­nie się w przy­szło­ści. Gdy o siód­mej w róż­nych czę­ściach mia­sta za­grały wer­ble na ża­łobną po­budkę, lot­ni­sko grało wła­sną me­lo­dię, tak da­leką od smutku i za­dumy, jak tylko można to było so­bie wy­obra­zić. Trze­wia han­ga­rów otwie­rały się, z mrocz­nych wnętrz wy­ła­niały się smu­kłe ka­dłuby sa­mo­lo­tów wszel­kiego au­to­ra­mentu: wiel­kie pa­sa­żer­skie fok­kery, zgrabne ma­szyny kon­kur­sowe, mes­ser­sch­mitty, cau­drony, bredy, rwd i pzl. A po­tem z nie­wiel­kiego han­garu Warsz­ta­tów lot­ni­czych ABC wy­to­czył się on, król praw­dziwy, abc-7, zwany Sep­ti­mu­sem. Jó­zef Cza­pla był za­ko­chany w tej ma­szy­nie, tak jak młody męż­czy­zna może być za­ko­chany w ko­bie­cie. Wi­dział piękno i gra­cję lek­kiego apa­ratu po­wietrz­nego i wie­dział o jego wnę­trzu dość, aby ro­zu­mieć, że ob­cuje z praw­dzi­wym dzie­łem sztuki. Był to w stu pro­cen­tach pol­ski pła­to­wiec (z an­giel­skim sil­ni­kiem de Ha­vil­landa, ale przy­znaj­cie: wszy­scy ku­po­wali sil­niki z An­glii lub Fran­cji, a cza­sem z Ame­ryki i nikt z tego nie ro­bił pro­blemu), za­pro­jek­to­wany przez pana Da­niela i ob­la­tany przez pana Igna­sia. Jó­zek pa­trzył na dwóch lot­ni­ków: po­tęż­nego w ba­rach wą­sa­tego pi­lota i szczu­płego me­cha­nika, któ­rzy wrzesz­cząc i klnąc (pan Da­niel, pan Ignaś był czy­sty w mo­wie) wy­pro­wa­dzali z han­garu ich pięk­nego pod­nieb­nego wierz­chowca o mie­sza­nej kon­struk­cji kra­tow­ni­co­wej, z ni­skim wol­no­no­śnym pła­tem i pod­wo­ziem z pięk­nymi owiew­kami. Cza­pla był dumny z Sep­ti­musa, gdyż był on i jego dzie­łem. Jego, czyli czter­na­sto­latka z Ni­skiej, syna Ba­ru­cha i Sary, któ­rzy do War­szawy za chle­bem ze szte­tla w Grójcu przy­byli. Ich syn nie dość, że skoń­czył pięć klas pol­skiej szkoły (z któ­rej wy­niósł zna­jo­mość ta­bliczki mno­że­nia i skłon­ność do po­wta­rza­nia wielu nie­zro­zu­mia­łych dla niego kla­sycz­nych sen­ten­cji), to jesz­cze w wieku lat czter­na­stu po­ma­gał naj­lep­szemu pi­lo­towi i naj­ge­nial­niej­szemu in­ży­nie­rowi Pol­ski, któ­rzy po­łą­czyli siły, by wy­grać za­wody Chal­lenge, i zdo­być laury dla Rzecz­po­spo­li­tej trzeci raz z rzędu. Co prawda pan Ignaś od czasu śmierci mar­szałka Pił­sud­skiego wciąż szep­tał ró­żańce, a pan Da­niel - niech Ado­nai się nad nim zli­tuje - z roz­bój­ni­kami z ONR-u się za­da­wał, ale poza tym byli to lu­dzie szla­chetni i mili, bo rzadko go od par­chów wy­zy­wali i nie­mal ni­gdy po ła­pach li­nij­kami nie bili. Poza tym zbu­do­wali Sep­ti­musa, to jest zbu­do­wał pan Da­niel (ze swo­imi wspól­ni­kami), ale pan Ignaś ra­dził, pró­bo­wał i ob­la­ty­wał. Jó­zef wie­dział, że za­wody wy­grają i po trzech pu­cha­rach za­szczyt or­ga­ni­za­cji ko­lej­nych edy­cji przy­pad­nie Ae­ro­klu­bowi War­szaw­skiemu.

Jakże pięk­nie wy­róż­niał się Sep­ti­mus na tle in­nych kon­ku­ren­tów! Biały i srebrny, błysz­czał na­wet w świe­tle tych zdaw­ko­wych pro­mieni, ukrad­kiem prze­pusz­cza­nych przez cięż­kie chmury. Był smu­kły, aku­ratny, bo na kru­chego nie wy­glą­dał, i miał w so­bie coś uspo­ka­ja­ją­cego i za­chę­ca­ją­cego, aby wsiąść do ob­szer­nej, czte­ro­oso­bo­wej ka­biny. Wło­ski sa­mo­lot Breda Ba.43, wy­glą­dał jak ra­sowy my­śli­wiec, choć kru­chość kon­struk­cji przy­wo­dziła na myśl nie­dawne ka­ta­strofy ital­skiej re­pre­zen­ta­cji. Inne sa­mo­loty nie były brzyd­kie, Jó­zek mu­siał to przy­znać, ale i nie były piękne. Zwłasz­cza Nie­miec od Mes­ser­sch­mitta, niby też szczu­pły i strze­li­sty, ale jed­no­cze­śnie kan­cia­sty i ciężki, jakby ger­mań­skiej du­szy nie wy­star­czały za­okrą­glone owiewki i osłona ka­biny. Ma­szyna Fran­cu­zów, przy­ja­ciół i so­jusz­ni­ków Pol­ski, cau­dron mo­del 360, nie ro­biła na Cza­pli do­brego wra­że­nia. Miała w so­bie ja­kąś po­spo­li­tość, a wy­cią­gnięta do dołu osłona rzę­do­wego sil­nika wy­glą­dała jak szczęka wiej­skiego roz­bój­nika pro­sząca się o so­lidną fangę (choć reszta apa­ratu pre­zen­to­wała się god­nie). Pol­ski rwd-9bis, na­stępca ma­szyny Ba­jana i Po­krzywki, także był piękny, ale miał wdzięk sta­rego ob­razu, a nie zdję­cia przy­szło­ści. Sep­ti­mus był naj­lep­szy i naj­ład­niej­szy. Jó­zek był też pe­wien, że wy­trzyma dzie­sięć ty­sięcy ki­lo­me­trów mor­der­czego rajdu.

Nad po­lem star­to­wym prze­mknęła desz­czowa chmurka. Deszcz zro­sił dumne sa­mo­loty i klną­cych lu­dzi, ale ma­jowy wiatr prze­go­nił go na wschód, a z nieba nie­śmiało za­świe­ciło słońce. Cza­pla uśmiech­nął się i po­ma­chał Kar­skiemu oraz Ar­nol­dowi. Ci uprzej­mie od­ma­chali i wró­cili do prze­kli­na­nia sie­bie, a także swo­ich ro­dzin. Nad War­szawą roz­le­gły się strzały. Jó­zef przy­siągłby, że za­równo pan Ignaś, jak i pan Da­niel za­sty­gli na do­bre trzy se­kundy, cze­ka­jąc na ko­lejne salwy. Ale to nie był ten maj. Cza­pla dzie­sięć lat wcze­śniej był zbyt mały, aby pa­mię­tać co­kol­wiek, zresztą miesz­kał wtedy jesz­cze w Grójcu. Ale wie­dział, że wów­czas dwaj jego możni pro­tek­to­rzy do­ko­nali od­mien­nych wy­bo­rów. Strzały 12 maja ko­ja­rzyły im się jed­no­znacz­nie. Obaj na­tych­miast otrzą­snęli się z tego na­głego stra­chu, bar­dzo za­wsty­dzeni, bo ktoś mógł ich sła­bość zo­ba­czyć. Jakby ni­gdy nic wró­cili do ko­ło­wa­nia ma­szyny, a tym cza­sem ko­lejne salwy po­budki roz­dzie­rały niebo nad sto­licą. Jed­no­cze­śnie ja­kaś młódź z han­ga­rów po­li­tech­niki za­in­to­no­wała pieśń. Marsz lot­ni­ków, po­wa­żany przez wszyst­kich, czę­sto roz­brzmie­wał w tym miej­scu, ale Jó­zek nie mógł od­pę­dzić my­śli, że stu­dent za­czął śpie­wać ów hymn w okre­ślo­nym celu: aby za­głu­szyć salwy na cześć mar­szałka. Do­łą­czyli do niego obecni przy han­ga­rach ae­ro­klu­bo­wi­cze, a kil­ku­na­stu człon­ków ekip za­gra­nicz­nych sta­nęło na bacz­ność, roz­po­zna­jąc me­lo­dię albo my­ląc ją z ja­kąś inną, bar­dzo dla Po­la­ków ważną pie­śnią. Chór nie­licz­nych, ale moc­nych i czy­stych gło­sów szybko wpły­nął na at­mos­ferę pa­nu­jącą na lot­ni­sku. Kilku pi­lo­tów i me­cha­ni­ków, głów­nie tych sto­ją­cych pod han­ga­rem za­łogi Ba­jana, spoj­rzało na mło­dzi­ków z po­li­tech­niki z wy­raźną zło­ścią. Nie ośmie­lili się jed­nak prze­ry­wać mar­szu, choć nie do­łą­czyli do śpiewu.

Lot­nik, skrzy­dlaty władca

Świata bez gra­nic

Ze śmierci drwi,

A w twarz się ży­ciu gło­śno śmieje.

Drogę do nieba skraca.

Prze­strzeń ma za nic,

Smutki mu z czoła pęd zwieje.

Stu­denci (Jó­zek roz­po­zna­wał w nich kor­po­ran­tów i trzech uczniów pana Da­niela, któ­rzy or­ga­ni­zo­wali po­moc dla strajku stu­denc­kiego dwa mie­siące wcze­śniej) śpie­wali co­raz gło­śniej i choć nie zmie­nili miej­sca, wy­da­wało się, jakby na­gle zna­leźli się znacz­nie bli­żej za­łogi Kar­ski i Ar­nold. Pan Da­niel uśmiech­nął się do ża­ków, pan Ignaś wy­glą­dał, jakby po­łknął żabę. On nie śpie­wał, mimo że sto­jący za skrzy­dłem Sep­ti­musa in­ży­nier da­wał po­pis swo­ich umie­jęt­no­ści wo­kal­nych.

Jak równo sil­nik gra,

Jak śmiało śmi­gło tnie!

Jak gi­nie po­śród chmur naj­śmiel­szych or­łów nie­bo­tyczny ślad!

Nie straszny mrok i mgła,

Nie straszny wiatr, co dmie,

Je­ste­śmy od Ikara mę­drsi o ty­siące lat.

Ostatni wers re­frenu, owe "o ty­siące lat" zmie­niło się nie­mal w krzyk, ma­jący za­głu­szyć na do­bre da­le­kie salwy ho­no­rowe. Wtedy jed­nak któ­ryś z lot­ni­ków eska­dry alar­mo­wej przy­niósł z ma­ga­zynu lot­ni­czy kaem, wy­mon­to­wany chyba do te­stów, i nie­spo­dzie­wa­nie do­łą­czył do salw ho­no­ro­wych do­bie­ga­ją­cych od strony Bel­we­deru. "Mam na­dzieję, że ma ślepą amu­ni­cję" - od razu po­my­ślał Cza­pla. "Pan Da­niel za­wsze po­wta­rza, że co wznio­sło się w górę, kie­dyś musi spaść". Ale czczący pa­mięć mar­szałka lot­nik po pro­stu skie­ro­wał lufę na po­łu­dniowy za­chód, tak by spa­da­jące kule za­ryły w pas star­towy. Przez ja­zgot broni le­dwo sły­chać było drugą zwrotkę pie­śni.

A je­śli z nas

Ktoś le­gnie wśród sza­leń­czych jazd,

Czer­wień­szy bę­dzie kwa­drat,

Nasz lot­ni­czy znak.

Znów pełny gaz!

Bo cóż, że spa­dła któ­raś z gwiazd,

Gdy cała wnet eska­dra po­mknie na szlak!

I znów ostatni wers zo­stał przez młódź (i pana Da­niela) wy­krzy­czany, aby na za­koń­cze­nie (frag­mentu mar­szu i ta­śmy w ka­ra­bi­nie wzór 33) osią­gnąć re­je­stry gło­sowe wła­ściwe dla je­ry­choń­skich trąb. Ale to był ko­niec. Obie strony po­ka­zały swoją siłę, ale (ni­czym szcze­ka­jące psy, które do­tarły do końca roz­dzie­la­ją­cego ich płotu) zre­zy­gno­wały z walki do upa­dłego. Śpie­wacy za­mil­kli, nikt też nie za­mie­rzał po­dać sier­żan­towi Pi­gule ko­lej­nego frag­mentu ta­śmy z na­bo­jami. Obie grupy ob­rzu­ciły się nieco po­gar­dli­wymi spoj­rze­niami, po czym bez dal­szych wy­ja­śnień wró­ciły do pracy, zo­sta­wia­jąc za­gra­nicz­nych me­cha­ni­ków oraz za­łogi z Nie­miec i Włoch w sta­nie nie­li­chego zdu­mie­nia. Także pan Ignaś i pan Da­niel spoj­rzeli na sie­bie zmie­szani, po czym wró­cili do in­spek­cji Sep­ti­musa. Słońce znowu skryło się za chmu­rami i abc-7 prze­obra­ził się ze srebr­nego ptaka w nie­mal brzydką mar­twą ma­szynę. Do roz­po­czę­cia za­wo­dów po­zo­stały jesz­cze trzy go­dziny, a ro­boty było sporo.

- Jó­zek, ciulu, gdzie ty się błą­kasz? - za­wo­łał pan Da­niel.

- No, na­sze rę­kawy mia­łem roz­sta­wić...

- Z kwa­drans temu! Chodź tu i pro­wadź nas do bra­mek!

Służba nie drużba. Cza­pla pra­co­wał w warsz­ta­tach ABC z mi­ło­ści do lot­nic­twa, ale też z po­wodu nie­słab­ną­cego przy­wią­za­nia do uczu­cia sy­to­ści i do kom­fortu, jaki za­pew­nia kom­pletna odzież. Od kiedy tate pra­co­wał całe dnie w warsz­ta­tach Hir­scha, a mame opie­ko­wała się nie tylko naj­młod­szą sio­strą Józka, Rutą, ale też bliź­nia­kami uro­dzo­nymi przez sio­strę naj­star­szą, Es­terę, on po­sta­no­wił roz­po­cząć od­po­wie­dzialne ży­cie pro­duk­tyw­nego członka ro­dziny. Cóż, miał już czter­na­ście lat i znał trudy ży­cia w wiel­kim mie­ście. Dla­tego w domu tylko no­co­wał, całe dnie pra­co­wał, a gdy nie roz­no­sił ga­zet na Dworcu Głów­nym, ro­bił za gońca, se­kre­ta­rza i złotą rączkę w warsz­ta­tach ABC. Praca była to podła, ale i fa­scy­nu­jąca. Wpraw­dzie Cza­pla mu­siał się ze szkołą po­że­gnać, ale uczył się w warsz­ta­tach wię­cej pew­nie niż nie­je­den na­dęty bu­bek z na­ro­do­wej kor­po­ra­cji. Umiał sam li­czyć wek­tory wia­tru, zmie­niać olej w sil­niku ko­lej­nych apa­ra­tów pana Da­niela i na­wet do­ga­dy­wał się z fran­cu­skimi in­ży­nie­rami od­wie­dza­ją­cymi po­li­tech­nikę (przy­naj­mniej, gdy go­ście znad Se­kwany wy­pili tro­chę pol­skich trun­ków). W do­datku jego pryn­cy­pa­ło­wie do­pu­ścili go do nie­zwy­kłej kon­fi­den­cji, po­zwa­la­jąc, by po­ma­gał przy za­wo­dach Chal­lenge In­ter­na­tio­nal de To­uri­sme. Pol­skie za­łogi zwy­cię­żyły w nich już dwa razy: nie­od­ża­ło­wani Żwirko i Wi­gura cztery lata wcze­śniej, Ba­jan i Po­krzywka w roku 1934, gdy kon­kursy od­by­wały się na Polu Mo­ko­tow­skim i na Okę­ciu. Je­śli uda się jed­nej z pol­skich ekip, Ba­ja­nowi i Po­krzywce albo Pnia­kowi i Wil­kow­skiemu, albo (w co Jó­zek wie­rzył ca­łym ser­cem) Kar­skiemu i Ar­nol­dowi, za­szczyt or­ga­ni­zo­wa­nia za­wo­dów przy­pad­nie w udziale Po­la­kom. "Po­la­kom, czyli mi też" - my­ślał z prze­ko­na­niem młody Żyd. "Goje, nasi lu­dzie, na­wet ci kor­po­ranci... Skrzy­dła są na­sze, wspólne. Tam, z góry świat wy­gląda po pro­stu pięk­nie, ale nie zna­czy, że nie ma już gra­nic, żad­nych flag, kra­jów, na­ro­dów, a tym bar­dziej wo­jen, któ­rych z nieba cza­sem nie wi­dać, ale na ziemi nie spo­sób przed nimi uciec". Od­ru­chowo wzdry­gnął się na wspo­mnie­nie star­szych braci, któ­rzy wiele razy mó­wili mu, że jest głupi i tylko po­wta­rza pro­pa­gan­dowe gadki rządu. Mo­sze i Da­wid byli so­cja­li­stami, nie umieli wy­brać mię­dzy tymi ra­dy­kal­nymi bun­dow­cami a szem­ra­nymi ludźmi, któ­rzy bali się Be­rezy, ale ab­so­lut­nie nie po­chwa­lali pracy Józka. Tate też nie, uwa­żał, że goje ze­psują mu syna, a jak przyj­dzie co do czego, to się za nim nikt nie wstawi, je­żeli ge­ne­rał Śmi­gły się do­gada z na­ro­dow­cami. Ale młody Cza­pla na to nie zwa­żał. Pie­lę­gno­wał Sep­ti­musa i jego biało-czer­wone sza­chow­nice jak naj­cen­niej­szy skarb i za­po­wiedź pięk­niej­szego ju­tra.

- Wska­kuj na górę, na­oli­wisz mo­co­wa­nia - po­le­cił mu pan Da­niel, gdy do­tarli na miej­sce po­sto­jowe.

Za­da­nie było ważne, gdyż roz­kła­da­nie skrzy­deł było czę­ścią prób na­ziem­nych. W abc-7 de­mon­taż nie prze­bie­gał tak spraw­nie, jak w rwd-9, ale można było płaty wy­cią­gnąć w miarę szybko. Choć za brak mo­co­wa­nia gro­ziły ujemne punkty, opła­cało się za­dbać o szyb­kość tej ope­ra­cji. Jó­zef bły­ska­wicz­nie przy­niósł dra­binkę i wszedł na górę skrzy­dła z olej­nicą. Na­oli­wić mo­co­wa­nie było trzeba, choć wła­ści­wie mógł to zro­bić Ar­nold. "Ale pan Da­niel mi ufa, dla­tego zleca mi po­ważne za­da­nia" - przy­po­mniał so­bie Cza­pla.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Jó­zek już pu­co­wał po­wietrzny apa­rat za po­mocą gąbki, my­dlin i roz­pusz­czal­nika. Aku­rat to, zda­wa­łoby się nie­zbyt ho­no­rowe, za­da­nie zo­stało przy­dzie­lone jemu i panu Da­nie­lowi. Pan Ignaś, jako pi­lot, mu­siał już prze­brać się w strój ro­bo­czy, to jest płó­cienne spodnie, skó­rzaną kurtkę pi­lotkę i czapkę z go­glami. Ar­nold, jako zwy­kły me­cha­nik, wręcz po­wi­nien był pre­zen­to­wać się z pla­mami na ubio­rze.

O dzie­wią­tej za­ło­ganci zo­sta­wiali Józka na straży, a sami udali się na ostat­nie, już tylko for­malne ba­da­nia le­kar­skie, które miały wy­klu­czyć pi­ja­nych, oka­le­czo­nych i zbyt wzbu­rzo­nych uczest­ni­ków. W prak­tyce ogra­ni­czało się to do sądu jed­nego le­ka­rza, który przy­glą­dał się za­ło­gom i po­waż­nym gło­sem mó­wił: "Do­brze", "Stimmt", "Bene, bene", "D'ac­cord" lub "OK". Oceny te wy­gła­szał pro­fe­sor Ra­fał Wil­czur ze Szpi­tala Rzą­do­wego, wy­brany jed­nak nie tylko ze względu na kom­pe­ten­cje ści­śle me­dyczne, ale także z po­wodu wiel­kiej brody, która jego dia­gno­zom nada­wała po­wagi wręcz hi­po­kra­tej­skiej.

Cza­pla ob­ser­wo­wał więc długą i barwną ko­lejkę lot­ni­ków, za­wsze usta­wio­nych w pary: pi­lot i me­cha­nik. Byli ga­da­tliwi i opty­mi­styczni Włosi. Zda­wało się, że ich trzy za­łogi od­ga­niają cią­głym śmie­chem mroczne widmo wy­padku sprzed czte­rech lat. Byli po­wścią­gliwi Niemcy, rzu­ca­jący uważne spoj­rze­nia wo­kół, jakby mie­rzyli i wa­żyli lot­ni­sko, go­towi do za­bra­nia cze­goś ze sobą do Rze­szy. Dwie obecne w po­bliżu za­łogi fran­cu­skie były krań­cowo różne: Le­fe­bvre i Mo­net byli za­my­śleni i skryci, na­to­miast Du­pont i Mar­tin we­soło plot­ko­wali z Wło­chami. Reszty za­wod­ni­ków Jó­zek już nie znał. Wie­dział, że gdzieś tam kryły się dwie za­łogi cze­cho­sło­wac­kie, w tym jedna zu­peł­nie nie­cze­ska, gdyż mo­raw­sko-sło­wacka. Sły­szał, że star­tują Ame­ry­ka­nie oraz dwie za­łogi z im­pe­rium: bry­tyj­ska i ka­na­dyj­ska. Pewną sen­sa­cję wy­wo­łało też dwóch So­wie­tów, któ­rzy zo­stali do­pusz­czeni do kon­kursu w ostat­niej chwili, po burz­li­wych de­ba­tach Mię­dzy­na­ro­do­wej Fe­de­ra­cji Lot­ni­czej. Reszta z trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu za­łóg gi­nęła w le­tej­skich od­mę­tach za­po­mnie­nia Cza­pli.

Kar­ski i Ar­nold zdali spraw­dzian bez naj­mniej­szych pro­ble­mów. Ocena "do­brze" pa­dła z ust pro­fe­sora Wil­czura wy­jąt­kowo szybko. Po­tem re­pre­zen­tanci Warsz­ta­tów lot­ni­czych ABC wró­cili, je­śli nie bie­giem, to szyb­kim mar­szem, na miej­sce po­sto­jowe. Tam Ar­nold wy­cią­gnął spod pa­zu­chy po­ma­rań­czową cho­rą­giewkę i dał znak. Był to je­den z nie­wielu mo­men­tów za­wo­dów, kiedy na mu­rawę wpusz­czano asy­sten­tów za­łóg. W nor­mal­nych wa­run­kach tylko uczest­nicy za­wo­dów (i nie­letni Cza­pla, który sta­no­wił nie­re­gu­lo­wany prze­pi­sami wy­ją­tek) mo­gli krę­cić się po are­nie zma­gań. Ale sa­mo­loty na­le­żało przy­pro­wa­dzić na miej­sce uro­czy­stego roz­po­czę­cia za­wo­dów. Liny oplo­tły bły­ska­wicz­nie wszyst­kie ma­szyny. Rzędy po­moc­ni­ków roz­po­częły żmudne za­da­nie ho­lo­wa­nia po­wietrz­nych ru­ma­ków. Owe ostat­nie chwile przed roz­po­czę­ciem kon­kursu lot­ni­czego przy­wo­dziły na myśl ilu­stra­cje przed­sta­wia­jące nie­wol­ni­ków, cią­gną­cych ka­mienne bloki do bu­dowy po­gań­skiej świą­tyni. Jó­zek był drobny i chudy, ale swoje po­cią­gnąć po­tra­fił. Zła­pał jedną z lin, tuż przed wiel­kim ae­ro­klu­bo­wi­czem z po­li­tech­niki, któ­rego praca tak po­chło­nęła, że na­wet nie spo­strzegł, że jego - Go­liata wspiera mały Da­wid.

W cen­trum pola, tam gdzie ko­lejne opty­mi­styczne plany War­szawy po­ka­zy­wały już Aleję Pił­sud­skiego, usta­wiono try­buny i za­grodę dla prasy. Zbie­ra­jący się od świtu ga­pie ustę­po­wali drogi ho­lo­wa­nym ma­szy­nom, aby po­tem znów zbi­jać się w zwarte sze­regi. Z każdą mi­nutą na pole do­cie­rały za­stępy ko­lej­nych wi­dzów, w du­żej mie­rze idące od Traktu Kró­lew­skiego i Bel­we­deru.

To był wto­rek, ale jakby nie­dziela, tylko smut­niej­sza. Rocz­nica śmierci mar­szałka zo­stała za­wczasu ogło­szona dniem ża­łoby na­ro­do­wej. I choć nikt nie eg­ze­kwo­wał dnia wol­nego, który mieli za­rzą­dzić pra­co­dawcy, to do pracy się nie gar­nął. Lu­dzie mieli ów dzień za­pa­mię­tać. Dla­tego każdy, kto mógł so­bie na to po­zwo­lić, nie pra­co­wał. War­sza­wiacy (i, jak po­dej­rze­wał Jó­zek, cał­kiem liczni przy­jezdni) zna­leźli się na lot­ni­sku po po­wro­cie z po­ran­nych uro­czy­sto­ści ża­łob­nych. Cza­pla czuł na so­bie spoj­rze­nie, je­śli nie ty­sięcy, ani na­wet se­tek, to dzie­sią­tek oczu, które za­uwa­żały ma­łego chło­paka mię­dzy do­ro­słymi pi­lo­tami. "Skrzy­dła są na­sze, wspólne!" - wspo­mniał. I w owej chwili nie pa­mię­tał, że ota­cza­jący go kor­po­ranci chcieli umie­ścić jego star­szego brata Sa­mu­ela w ławce pod ścianą uni­wer­sy­tec­kiej sali (a Mo­sze i Da­wida za kon­szachty z ko­mu­ni­stami po­sta­wi­liby za­pewne po pro­stu pod ścianą). Tym bar­dziej za­po­mniał, jak oj­ciec krzy­czał wie­czo­rami znad ga­zety, że sa­mo­lo­tami la­tają zło­dzieje, któ­rzy wolą wy­da­wać kro­cie na oglą­da­nie za­wo­dów, za­miast za­pła­cić ro­bot­ni­kom. Zu­peł­nie nie ro­zu­miał braci mó­wią­cych, że za­wody lot­ni­cze to bur­żuj­ski spi­sek prze­ciw Kra­jowi Rad, który nie był do­pusz­czany do po­przed­nich edy­cji ("A prze­cież w tym roku zo­stali..."). Z peł­nych re­zy­gna­cji słów matki, która wiesz­czyła Józ­kowi śmierć od wi­ru­ją­cego śmi­gła, śmiał się. On był Jó­ze­fem Cza­plą, prak­ty­kan­tem w Warsz­ta­tach lot­ni­czych ABC i za­mie­rzał wy­grać za­wody, choćby ze swo­jej dru­giej lub trze­ciej li­nii boju.

Zbli­żała się dzie­siąta. Bóg wi­docz­nie nie po­dzie­lał za­strze­żeń ro­dziny Cza­plów i ki­bi­co­wał lot­ni­kom, gdyż roz­go­nił chmury nad War­szawą i po­zwo­lił, aby o dzie­sią­tej lot­ni­sko ogrzały nie­śmiałe pro­mie­nie słońca. Na polu za­brzmiały woj­skowe mar­sze, gdy do try­bun pod­je­chały sa­mo­chody pre­zy­denta, ge­ne­rała Śmi­głego oraz pre­miera Zyn­dram-Ko­ściał­kow­skiego. Mu­zyka wciąż roz­brzmie­wała, gdy zja­wiła się li­mu­zyna by­łego pre­miera Sławka. Po­tem, w nie­mal już zu­peł­nej ci­szy, nad­je­chały wozy am­ba­sa­do­rów i po­słów z państw bio­rą­cych udział w za­wo­dach, bo prze­cież nie spo­sób było po­dzie­lić tego ską­pego czasu na hymny Fran­cji, Rze­szy, Włoch i in­nych państw.

Na dwie mi­nuty przed dzie­siątą do­tarli wszy­scy ofi­cjele i za­jęli wła­ści­wie miej­sca na try­bu­nach, a na ozna­czone na tra­wie miej­sce (kwa­drat był wy­sy­pany z kredy, w czę­ści bar­wiony na czer­wono; wy­glą­dał jak pol­ska sza­chow­nica lot­ni­cza) wma­sze­ro­wała or­kie­stra. Kiedy dzwony od Zba­wi­ciela umil­kły, roz­le­gły się pierw­sze dźwięki Ma­zurka Dą­brow­skiego. Hymn śpie­wali już wszy­scy, choć szcze­gól­nie gło­śno kor­po­ranci i nie­dawny strze­lec, jakby chcąc za­trzeć nie­przy­jemne wspo­mnie­nie po­ran­nego kon­fliktu.

W pa­mięci Józka ko­lejne sceny zlały się w je­den ciąg prze­mów, salw ho­no­ro­wych i pi­sków sprzę­żo­nych mi­kro­fo­nów. Mó­wił krótko pre­zy­dent, po­tem ge­ne­rał Ka­sprzycki, a na­stęp­nie Geo­r­ges Va­len­tin Bi­be­sco, pre­zy­dent Mię­dzy­na­ro­do­wej Fe­de­ra­cji Lot­ni­czej. Ru­muń­ski awia­tor mó­wił po fran­cu­sku, ale Cza­pla ro­zu­miał wszystko dzięki sy­mul­ta­nicz­nemu tłu­ma­cze­niu sto­ją­cych obok stu­den­tów. Po­tem znów za­brzmiały ja­kieś pod­nio­słe me­lo­die, aż wresz­cie pre­zy­dent Bi­be­sco pod­niósł w górę lufę sy­gna­ło­wego pi­sto­letu i wy­strza­łem racy ob­wie­ścił po­czą­tek pią­tej edy­cji Mię­dzy­na­ro­do­wych Za­wo­dów Sa­mo­lo­tów Tu­ry­stycz­nych. Co prawda, to, co wznio­sło się w górę, mu­siało opaść, ale palba racą i tak była znacz­nie bez­piecz­niej­sza niż strze­la­nie w po­wie­trze ostrą amu­ni­cją, co Jó­zek wy­czy­tał ze zdaw­ko­wego uśmie­chu pana Da­niela. A po­tem za­częło się na do­bre.

Plan pierw­szego dnia był na­stę­pu­jący: uro­czy­stość otwar­cia, po­kazy i próby tech­niczne, przy­naj­mniej te naj­prost­sze. Za­wody miały się od­by­wać za­równo na Mo­ko­to­wie, jak i na Okę­ciu, ale po­sta­no­wiono bar­dzo ra­cjo­nal­nie za­pla­no­wać roz­ło­że­nie dys­cy­plin. Od dwu­na­stej do czter­na­stej miała miej­sce pre­zen­ta­cja ma­szyn, zgrana z akro­ba­cjami eska­dry po­ka­zo­wej z 1 Pułku Lot­ni­czego, a na ziemi sa­mo­loty kon­kur­sowe, za­pre­zen­to­wane pu­blice, były ho­lo­wane na pierw­szą se­rię prób tech­nicz­nych.

Na­to­miast akro­baci na my­śliw­skich je­de­nast­kach krą­żyli nad War­szawą, pre­zen­tu­jąc kunszt pol­skiego lot­nika i pol­skich ma­szyn. Jó­zek wie­dział, że pan Ignaś jest z tych pod­nieb­nych sztuk bar­dzo dumny i wi­dząc po­dobne akro­ba­cje, za­wsze uśmie­cha się i pod­kręca su­mia­stego wąsa (no chyba że wła­śnie mo­dli się o po­myślny wy­nik próby wa­że­nia). Tym­cza­sem pan Da­niel zwy­kle sar­kał na po­dobne po­pisy, po­wta­rza­jąc, że to umie­jęt­no­ści, które nie przy­da­dzą się na no­wo­cze­snym polu walki, a my­śliwce przy­szło­ści, całe z me­talu i uzbro­jone w działka, nie będą wal­czyły ko­łowo, klu­cząc w po­zio­mych zwo­dach, ale to­cząc skom­pli­ko­wane po­je­dynki, do­ska­ku­jąc do prze­ciw­nika, ob­rzu­ca­jąc go jak naj­cięż­szą falą oło­wiu w jak naj­krót­szym cza­sie i od­ska­ku­jąc na bez­pieczną od­le­głość. Li­czyć się bę­dzie nie zwin­ność, ale moc sil­nika. Cza­pla ni­gdy nie la­tał, nie mógł więc roz­strzy­gnąć wiel­kiego sporu swo­ich pryn­cy­pa­łów, ale przy­zna­wał, że beczki, kor­ko­ciągi i pę­tle po­wietrz­nych obroń­ców War­szawy bu­dziły po­dziw, i to nie tylko jego, ale i ga­piów z mia­sta, a także człon­ków za­gra­nicz­nych ekip.

Je­de­nastki za­miast bomb miały przy­tro­czone na wy­rzut­ni­kach przy skrzy­dło­wych dźwi­ga­rach ła­dunki dymne, więc smugi bia­łej i czer­wo­nej mgły prze­ci­nały niebo nad po­lem, zwi­ja­jąc się w skom­pli­ko­wane spi­rale i pa­ję­czyny. Dwa lata wcze­śniej na tym eta­pie za­wo­dów zda­rzył się śmier­telny wy­pa­dek po krak­sie pzl-7 sier­żanta Dłuto. Nie jego wina: po­ka­zy­wał nie­zwy­kłe wła­ści­wo­ści ma­szyny na wy­raźny roz­kaz mi­ni­ster­stwa. Osta­tecz­nie ofiara dziel­nego pi­lota wiele do­brego nie przy­nio­sła, a mi­ni­ster ka­zał nieco ogra­ni­czyć akro­ba­cje przy świę­tach pań­stwo­wych. Ale w tym roku nie można było tego zro­bić. Nie dość, że od­by­wały się ko­lejne Chal­lenge w Pol­sce, to jesz­cze śmi­gano wśród chmur dla mar­szałka.

Lu­dzie wpa­try­wali się w niebo, szep­tali, mru­czeli z uzna­niem, krzy­czeli, kiedy zwinne je­de­nastki nur­ko­wały nie­mal do ziemi. Jó­zek są­dził, że gdyby pan Da­niel nie był za­jęty, po­msto­wałby na nie­po­trzebne ry­zy­ko­wa­nie ży­ciem ga­piów, bo gdy je­dy­nie pi­lot się roz­wali, to tra­ge­dia, ale też ry­zyko wli­czone w upra­wia­nie tego sportu, zaś je­śli ma­szyna roz­bije się w tłu­mie lu­dzi, za­bi­ja­jąc kilku lub kil­ku­na­stu cy­wili, to go­rzej niż zbrod­nia - to głu­pota. Poza tym Ar­nold miał dość spe­cy­ficzne po­dej­ście do wy­wia­dow­czej ochrony in­for­ma­cji i nie był skłonny po­ka­zy­wać osią­gnię­cia pol­skiej tech­niki nie­miec­kim i so­wiec­kim spe­cja­li­stom. Ale prze­cież pan Ignaś mó­wił, że na tym także po­le­gają po­kazy. Że trzeba nie tylko się chwa­lić suk­ce­sami, ale też od­stra­szać Pru­saka i bol­sze­wika, pre­zen­tu­jąc siłę pol­skich skrzy­deł. Eska­dra po­ka­zowa do­wo­dziła owej siły sku­tecz­nie na oczach nie­miec­kich lot­ni­ków. Ci ze wschodu aku­rat za­jęci byli czymś in­nym, do czego jesz­cze w tej opo­wie­ści wró­cimy.

Ale że, jak to ma­wiali goje, si­cut in ca­elo et in terra, ważne sprawy roz­strzy­gano tak w prze­stwo­rzach, jak i przed try­buną ko­mi­sji sę­dziow­skiej. Sa­mo­loty po ko­lei do­cią­gano przed su­rowe ob­li­cza ju­ro­rów. Wciąż ro­biono to za po­mocą siły ludz­kich mię­śni z bar­dzo pro­stego po­wodu - przed próbą wagi żadna ekipa nie zde­cy­do­wała się wy­peł­nić ma­szyny ja­ką­kol­wiek cie­czą: czy to pa­li­wem, czy to ole­jem, czy to (jak było w przy­padku Ame­ry­ka­nów) chło­dzi­wem do sil­ni­ków. Apa­raty szły "na su­cho", to jest po­zba­wione ab­so­lut­nie wszyst­kiego, czego po­zba­wione być w le­galny spo­sób mo­gły. Z wy­jąt­kiem so­wiec­kiego, ale o nim póź­niej.

Prze­cią­gane sa­mo­loty co­raz bar­dziej ko­ja­rzyły się Józ­kowi z blo­kami skal­nymi wle­czo­nymi na miej­sce bu­dowy pi­ra­midy egip­skiej. Co prawda starsi bra­cia mó­wili, że Egipt - kraj, w któ­rym przod­ko­wie na­rodu wy­bra­nego cier­pieli z rąk fa­ra­onów i ich sług - to ko­lebka zła, pań­stwo, w któ­rym roz­kwi­tło nie­wol­nic­two, ale młody Cza­pla uwiel­biał opo­wie­ści o sta­rym im­pe­rium, a na­wet sam za­czy­ty­wał się w po­wie­ści Bo­le­sława Prusa o bied­nym Ram­ze­sie XIII. A w owej chwili wszystko się zda­wało Józ­kowi egip­skie, na­wet owe próby przed ko­mi­sją. Po­wietrzne apa­raty pod­da­wano osą­dowi. Przy­po­mi­nało to sąd Ozy­rysa nad czło­wie­czą du­szą. Ry­tuał przy­wo­dził na myśl ob­rady try­bu­nału spra­wie­dli­wego boga, który umiesz­czał serce zmar­łego na szali wagi, by je­den z jego nie­śmier­tel­nych ase­so­rów po­ło­żył na dru­giej szali pióro prawdy bo­gini Maat. I choć więk­szość mar­twych Egip­cjan prze­cho­dziła ów test bez szwanku, ludzcy sę­dzio­wie ma­szyn byli bar­dziej su­rowi. Jed­no­cze­śnie da­wali apa­ra­tom po­wietrz­nym drugą szansę. Wa­żono je, mie­rzono, cięto i jesz­cze raz wa­żono, bo (tak jak w mi­nio­nych la­tach) nie obyło się bez dra­ma­tów do­rów­nu­ją­cych temu z sali tro­no­wej króla Sa­lo­mona. Tak jak mą­dry ży­dow­ski mo­nar­cha pro­po­no­wał prze­cię­cie dziecka, o które kłó­ciły się dwie ko­biety, tak bez­względni, ale i sa­lo­mo­nowo roz­tropni sę­dzio­wie Fédéra­tion Aéro­nau­ti­que In­ter­na­tio­nale da­wali za­ło­gom pro­sty wy­bór: albo przy dru­gim wa­że­niu pu­sta ma­szyna nie prze­kro­czy 600 ki­lo­gra­mów (a li­mit prze­cież pod­nie­siono z 540 ki­lo­gra­mów z po­przed­niej edy­cji), albo za­łoga nie bę­dzie do­pusz­czona do dal­szych prób. Wtedy w ruch szły piły, młoty i pal­niki. Do­ro­śli twar­dzi męż­czyźni pła­kali, jakby od­ci­nane owiewki i wy­pru­wane fo­tele były ich wła­snymi no­gami lub oczyma. Dura lex, sed lex. Straż przy­boczna ru­muń­skiego pre­zy­denta prze­stwo­rzy była głu­cha na wszel­kie bła­ga­nia.

- Ignaś, no co ty? - za­py­tał zdu­miony Da­niel, pa­trząc na za­ci­ska­ją­cego dłoń na ró­żańcu pi­lota. - Prze­cież wa­ży­li­śmy go ze dwa­dzie­ścia razy!

- Wiem, ale róż­nie to może być - od­parł pi­lot, chyba oba­wia­jąc się, że nie­mieccy sa­bo­ta­ży­ści mo­gli w nocy wła­mać się do han­garu i pod­rzu­cić do środka Sep­ti­musa ja­kiś ba­last.

- Jó­zek spał pod pła­tem...

- Ale uwa­żać za­wsze trzeba - uciął dys­ku­sję Kar­ski i prze­su­nął pa­cio­rek ró­żańca.

Abc-7 prze­szedł sąd Ozy­rysa bez trudu i wi­dać było, że du­sze pana Igna­sia i pana Da­niela stały się tak lek­kie, że mo­gły w każ­dej chwili od­le­cieć do nieba. Ale nie wszy­scy mieli tyle szczę­ścia. Ame­ry­kań­ski xp-25a, je­dyny apa­rat z chło­dzo­nym wodą sil­ni­kiem rzę­do­wym, wa­żył 672 ki­lo­gra­mów, a po wy­rzu­ce­niu trze­ciego sie­dze­nia waga sę­dziow­ska wska­zała wy­nik 666 ki­lo­gra­mów, co spo­tkało się z ży­wym za­in­te­re­so­wa­niem pu­bliki i księ­dza Wi­ta­lego, ka­pe­lana ae­ro­klubu. Osta­tecz­nie Ame­ry­ka­nie uznali, że swego sa­mo­lotu da­lej kroić nie będą, do rów­nych 600 ki­lo­gra­mów go nie od­chu­dzą, więc z ża­lem, ale i ho­no­rem zgło­sili wy­co­fa­nie za­łogi z za­wo­dów. Zro­bili to przede wszyst­kim dla­tego, że w li­mi­cie zmie­ściła się ima­szyna (xp-25b z sil­ni­kiem gwiaz­do­wym) ich dru­giej za­łogi. Od­padł też je­den sa­mo­lot Fran­cu­zów i za­trzy­many zo­stał apa­rat so­wiecki. Na tę wieść po wi­downi i szpa­le­rze po­li­cji prze­biegł dreszcz pod­nie­ce­nia. Jedni ki­bi­co­wali wszyst­kiemu, co po­gnę­biało Bol­sze­wi­ków, inni sym­pa­ty­zo­wali z re­pre­zen­ta­cją Kraju Rad, wspie­ra­jąc pro­te­sty pi­lota i me­cha­nika, we­dle któ­rych wa­że­nie było im­pe­ria­li­stycz­nym spi­skiem, wy­mie­rzo­nym w myśl tech­niczną Związku So­wiec­kiego i ge­niusz kon­struk­to­rów z ro­syj­skiego ludu. Po­tem jed­nak szef ekipy so­wiec­kiej od­cią­gnął krew­kich za­ło­gan­tów, cały ze­spół za­czął grze­bać w trze­wiach sa­mo­lotu i przy dru­gim wa­że­niu oka­zało się, że ant-38 waży już nie 623, a 597 ki­lo­gra­mów. Wo­kół kan­cia­stego dol­no­płata roz­ło­żono płachty płótna, za­kry­wa­jące ele­menty wy­rzu­cone z sa­mo­lotu. Wi­dząc to, człon­ko­wie po­li­cyj­nych Od­dzia­łów Od­wo­do­wych ode­tchnęli (jedni z ulgą, inni z ża­lem) i roz­luź­nili chwyt dłoni na pał­kach. Na bunt ża­den się nie za­no­siło, przy­naj­mniej na ra­zie.

Po­tem za­częło się la­nie. Nie wódki, rzecz ja­sna, a pa­liwa, sma­rów i ole­jów nie­zbęd­nych do pracy ma­szyn. Ja­kiś ko­rek in­nej bu­telki rów­nież strze­lił, ale mało kto się owym na­pit­kiem chwa­lił. Tylko sześć za­łóg po­zo­stało przed try­buną jury, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc od­chu­dzić swoje pod­niebne ru­maki. Waga, wnie­siona na ni­skiej me­ta­lo­wej ra­mie, nie przy­wo­dziła już na myśl ani tronu Sa­lo­mona, ani sali są­do­wej Ozy­rysa, tylko po­nury sza­fot. W jego cie­niu (me­ta­fo­rycz­nym; słońce świe­ciło wciąż le­ni­wie) uwi­jały się jak w ukro­pie tech­niczne ekipy. Włosi, druga za­łoga fran­cu­ska, dwie nie­miec­kie, za­łoga an­giel­ska star­tu­jąca w bar­wach ae­ro­klubu pol­skiego oraz ekipa cze­cho­sło­wacka (ta mo­raw­sko-sło­wacka) wciąż cięły i wy­ry­wały trze­wia swo­ich ma­szyn. Na tym eta­pie nie mo­gło być już mowy o ry­wa­li­za­cji, gdyż bie­dacy, tak jak to było moż­liwe, współ­pra­co­wali, rzu­ca­jąc pół­gęb­kiem roz­pacz­liwe rady, po­ży­cza­jąc so­bie na­rzę­dzia, a na­wet bu­tle z ace­ty­le­nem. Jó­zek wie­dział, że żadna z nich nie wy­gra za­wo­dów: im­pro­wi­zo­wane zmiany w kon­struk­cjach nie­mal na pewno ozna­czały punkty karne pod­czas prób tech­nicz­nych oraz kło­poty na tra­sie rajdu, o ile za­łogi do tego etapu zo­sta­łyby do­pusz­czone. Ale Cza­pla do­strze­gał też w tych spa­zmach to­ną­cych ka­rier coś wznio­słego, bliż­szego na­wet spor­to­wemu du­chowi ru­chu ae­ro­klu­bo­wego niż blask rów­nego rzędu do­pusz­czo­nych do ry­wa­li­za­cji ma­szyn. Wie­dział też, że gdyby taki los przy­padł w udziale jego pryn­cy­pa­łom, bro­ni­liby się przed za­gładą z rów­nym za­pa­łem. Pru­liby uko­cha­nego Sep­ti­musa, klnąc na nad­cho­dzącą noc, jak cza­sem po kie­liszku re­cy­to­wał pan Da­mian, a gdy wy­pił całą bu­telkę, za­pew­niał, że na sza­fo­cie z głową w pę­tli jesz­cze nogą kop­nie, by ślad zo­sta­wić na kop­nię­tej twa­rzy.

Mo­ra­wia­nin i Sło­wak po­zbyli się czwar­tego fo­tela, po­tem ze łzami w oczach także trze­ciego, a na­stęp­nie pa­sów i pod­pó­rek pa­sa­że­rów. Od­cięli dra­binki do ka­biny po obu stro­nach, a po­tem też część owie­wek na pod­wo­ziu. Po­tem usu­nęli po­duszki na fo­te­lach pi­lota i me­cha­nika, nie­głu­pio za­kła­da­jąc, że mogą sie­dzieć na spa­do­chro­nach, za­miast na nich. Ostat­nie pół ki­lo­grama uzy­skali, wy­ry­wa­jąc gu­mowe osłony steru i za­mek w drzwiach me­cha­nika.

- 599 ki­lo­gra­mów, sie­dem­set gra­mów! - oznaj­mił ase­sor ae­ro­klu­bo­wego Ozy­rysa. - Avia XD do­pusz­czona do za­wo­dów z za­łogą: Bie­lik i Si­kora.

Dwaj kar­paccy gó­rale od­ru­chowo za­sa­lu­to­wali wy­so­kiej ko­mi­sji, po czym pa­dli na trawę, zo­sta­wia­jąc opiekę nad ma­szyną resz­cie ekipy. Po­dobne emo­cje prze­żyli Włosi, Co­lombo i Rossi, któ­rym po ka­ta­stro­fie z 1932 roku za­bro­niono mo­dy­fi­ko­wać sprzęt. Breda Ba.43 była zbyt ciężka w wer­sji z czte­rema fo­te­lami, ale mo­del trzy­miej­scowy oka­zał się dość lekki i dwie za­łogi do­pusz­czono. Osta­tecz­nie udało się też obu za­trzy­ma­nym za­ło­gom nie­miec­kim na ulep­szo­nym sa­mo­lo­cie Ta­ifun Bf-108 Aus­füh­rung C. Na roz­kaz ka­pi­tana re­pre­zen­ta­cji me­cha­nicy wy­rzu­cili fo­tele dla dru­giego pa­sa­żera oraz kilka ta­jem­ni­czych czę­ści z pod­wo­zia. Cza­pla nie był (jesz­cze) na tyle za­zna­jo­miony z in­ży­nie­rią lot­ni­czą, aby wy­cią­gać de­fi­ni­tywne wnio­ski, ale uwa­żał, że mo­dy­fi­ko­wa­nie tak skom­pli­ko­wa­nego urzą­dze­nia, ja­kim było je­dyne cho­wane pod­wo­zie w gru­pie sa­mo­lo­tów kon­kur­so­wych, mo­gło być do­świad­cze­niem cie­ka­wym dla hi­sto­rii lot­nic­twa i ostat­nim dla dwóch za­łóg. Pół biedy, je­śli nad­mierna mo­dy­fi­ka­cja zmie­ni­łaby pod­wo­zie cho­wane w stałe. Go­rzej, gdyby zmie­niła pod­wo­zie pod­no­szone i opusz­czane w je­dy­nie pod­no­szone. Ale ten dra­mat, no­men omen wagę wy­bo­rów i ry­zyko po­dej­mo­wane przez awia­to­rów do­ce­niała je­dy­nie garstka wi­dzów. To elita, która przy­była na Pole Mo­ko­tow­skie nie po to, by oglą­dać akro­ba­cje ka­prala Macka (im­po­nu­jące, ale czę­sto wi­dy­wane), ale by być świad­kiem tego, co sta­nowi istotę za­wo­dów, i po­dzi­wiać me­cha­niczne po­my­sły kon­struk­to­rów. Oni nie pa­trzyli w niebo, ale wła­śnie na sza­fot try­bu­nału i na twa­rze nie­miec­kich in­ży­nie­rów, któ­rzy grali w naj­bar­dziej śmier­telną od­mianę bie­rek, jaką można so­bie było wy­obra­zić. Byli wśród nich lu­dzie znaj­du­jący się na lot­ni­sku służ­bowo: in­ży­nie­ro­wie in­nych ze­spo­łów, pol­scy kon­struk­to­rzy i uda­jący dy­plo­ma­tów szpie­dzy wro­gów i przy­ja­ciół Rzecz­po­spo­li­tej. Ale w owym dniu na Mo­ko­tów ze­szli się też cy­wilni znawcy sztuki lot­ni­czej: zwy­kli in­ży­nie­ro­wie czy przy­pad­kowi pa­sjo­naci no­wych tech­no­lo­gii. Jak na kraj, w któ­rym le­d­wie je­den sa­mo­chód przy­pa­dał sta­ty­stycz­nie na ty­siąc miesz­kań­ców, było ich wielu, za­dzi­wia­jąco wielu. Oni do­ce­niali epic­kie zma­ga­nia me­cha­ni­ków z si­łami cią­że­nia. Nie kla­skali, bo zwy­kle nie byli to lu­dzie wy­ra­ża­jący tak swoje emo­cje, ale ki­bi­co­wali każ­demu czło­wie­kowi, który prze­su­wał nie­wi­dzialną ba­rierę i umac­niał do­mi­na­cję ludz­ko­ści nad ży­wio­łami. Ba, do­pin­go­wali na­wet Niem­ców.

O pięt­na­stej sąd się skoń­czył. Po­kazy lot­ni­cze trwały cały czas, mimo sza­rej po­gody i desz­czu, który re­gu­lar­nie mo­czył ga­piów sto­ją­cych na nie­osło­nio­nych miej­scach dar­mo­wego sek­tora. Ale w tej nie­wi­dzial­nej woj­nie umy­słów naj­waż­niej­sze ma­newry zo­stały już wy­ko­nane i pa­dły pierw­sze salwy. Cza­pla nie wie­dział do­kład­nie gdzie, ale ufał, że jego pryn­cy­pa­ło­wie orien­to­wali się we wszyst­kim, co było ważne. O szes­na­stej od­ho­lo­wali Sep­ti­musa do han­garu i za­brali Józka na obiad, taki praw­dziwy, do re­stau­ra­cji na Mar­szał­kow­skiej. Cza­pla ni­gdy nie był w tak eks­klu­zyw­nym lo­kalu, chyba żeby sprze­dać ga­zetę, a i tak zwy­kle go wy­pra­szano. A owego ma­jo­wego po­po­łu­dnia jadł ra­zem z gwiaz­dami pol­skiej ae­ro­nau­tyki, w do­datku praw­dziwy ro­sół po fran­cu­sku i zrazy wo­łowe. Za ten je­den ra­chu­nek wy­jąt­kowo liczna ro­dzina Cza­pli mo­głaby jeść do syta przez ty­dzień.

- Daj chło­pa­kowi wódki - po­le­cił pod­czas de­seru pan Ignaś. - Za­słu­żył, a my dziś pić nie mo­żemy.

- Wiesz, że on ma czter­na­ście lat? Nie będę roz­pi­jał nie­let­nich! - od­parł in­ży­nier.

- Cóż, twoi kum­ple od pana Ro­mana orze­kliby, że nic nie szko­dzi, bo Jó­zek to Żyd i pol­skich sta­ty­styk nie ze­psuje.

- Oj, za­mknij ja­daczkę - od­parł kwa­śno Ar­nold. - Nie mie­szaj spraw na­ro­do­wych do na­szego obiadu. Poza tym Jó­zek pew­nie woli pre­mię, prawda?

- Tak jest, pa­nie Da­nielu. Ale dzię­kuję, pa­nie Ignacy - od­parł grzecz­nie i dy­plo­ma­tycz­nie mło­dzik. Nie do­dał, że naj­bar­dziej chciałby, aby pryn­cy­pa­ło­wie wy­pła­cili mu na rękę też jedną trze­cią ra­chunku za obiad, a on za­miast zra­zów zjadłby ja­kąś go­rącą kiszkę na Na­lew­kach.

- Nie martw się, na­groda cię nie omi­nie - za­pew­nił pan Da­niel. - Tylko tak jak się umó­wi­li­śmy: jak po­le­cimy, to sie­dzisz za dnia na sta­cji te­le­gra­fów, a wie­czo­rem pa­lisz ogni­sko na pa­sie... No, może nie przez cały czas, ale od siód­mego dnia za­wo­dów.

- Ja­sne, pa­nie in­ży­nie­rze! - od­parł asy­stent, do­brze wie­dząc, że po­ko­na­nie wszyst­kich eta­pów trasy w ty­dzień by­łoby wy­czy­nem na miarę atlan­tyc­kich sko­ków Lind­ber­gha albo Skar­żyń­skiego. Ale na­le­żało mie­rzyć wy­soko. - Mogą pa­no­wie na mnie li­czyć.

- Do­bra, mały, zwie­waj. Mu­simy z Igna­siem jesz­cze omó­wić kilka spraw - zde­cy­do­wał Ar­nold. - Wi­dzimy się ju­tro o siód­mej w han­ga­rze.

Cza­pla po­że­gnał się wy­lew­nie z in­ży­nie­rem, wy­lew­nie i szcze­rze z pi­lo­tem, po czym opu­ścił lo­kal, pe­łen za­wodu i ulgi. Za­wodu, gdyż miał na­dzieję, że usły­szy o tak­tyce lotu Sep­ti­musa. Ulgi, bo choć wia­do­mym było, że on do ra­chunku się nie do­rzuci, zręcz­niej mu było nie pa­trzeć na pie­nią­dze pryn­cy­pa­łów, i ze względu na bez­pieczne przy­zwy­cza­je­nie, i z tro­ski o wła­sne nerwy. Po­my­ślał też, że gdyby tate wie­dział, jak drogi po­si­łek zjadł jego wy­rodny syn, nie oby­łoby się bez sro­giego la­nia. Dla­tego szybko od­rzu­cił po­kusę zre­la­cjo­no­wa­nia ro­dzi­nie wy­jąt­ko­wego dnia, który prze­żył. Wy­szedł na Mar­szał­kow­ską i wy­ko­nał wiel­ko­pań­ski gest, uda­jąc, że szuka do­rożki, ale oczy­wi­ście ru­szył na przy­sta­nek 14, roz­wa­ża­jąc, czy stać go na bi­let czy musi wy­brać spa­cer do domu. Za­uwa­żył, że na przy­stanku stało za­sta­na­wia­jąco nie­wielu cze­ka­ją­cych. "No tak, prze­cież uro­czy­sto­ści się jesz­cze nie skoń­czyły!" Za sprawą wielu wra­żeń i wzru­szeń zu­peł­nie za­po­mniał o rocz­nicy. Tate i bra­cia twier­dzili, że śmierć mar­szałka to sprawa go­jów, ale Sa­muel (a na­wet mame cza­sem też) mó­wił, że to szkoda wielka. I to nie tylko dla­tego, że te­raz będą się sa­na­to­rzy z oene­row­skimi ra­ban­tami ukła­dać. Pił­sud­ski to był przy­ja­ciel Izra­ela i gdyby żył dłu­żej, a mi­ni­stro­wie nie ma­mi­liby go, to w Po­lin le­piej by im się wio­dło. Poza tym mar­szałka Niemcy się bali i wojny z Pol­ską nie chcieli. A te­raz? Kto to mógł wie­dzieć.

Jó­zek wcale tego nie pla­no­wał, ale po­zwo­lił się po­rwać grupce prze­chod­niów idą­cych do Ogrodu Sa­skiego. Nikt go o nic nie py­tał, ale wszy­scy wie­dzieli, że idą wspo­mi­nać Pił­sud­skiego, bo przed szta­bem pew­nie zbiorą się sta­rzy le­gio­ni­ści i będą śpie­wać pie­śni wo­jenne. Ani tam Cza­pla pa­so­wał, ani nie pa­so­wał, tak to już było w owym cza­sie, więc po­szedł, skoro go nikt nie wy­pra­szał. "Od tego pol­skiego i pań­skiego je­dze­nia to żeś się pra­wie Po­lak i pa­ni­sko zro­bił" - po­my­ślał z nie­jaką dumą i wy­obra­ził so­bie, że za­cze­pia go ja­kiś kor­po­rant, a on dum­nie mu od­po­wiada: "Zrazy ja­dłem, ta­kie szla­chec­kie, a twoi dzia­do­wie na ta­kie da­nie pa­nom mućki pa­sali!". Na szczę­ście nie spo­tkał ni­kogo, komu mógłby po­chwa­lić się swoim awan­sem. Do­tarł na plac w mo­men­cie, gdy śpie­wano już le­gio­nowe pie­śni. Cza­pla do­brze je znał. Czę­ści na­uczył się sam, inne za­pa­mię­tał, gdy pan Ignaś pod­śpie­wy­wał pod­czas prac w warsz­ta­cie. Zresztą ktoś na­wet za­trosz­czył się o druk ulo­tek z tek­stem Pierw­szej Bry­gady, Rap­sodu o puł­kow­niku Li­sie-Kuli oraz po­zo­sta­łych. Tro­chę zde­ner­wo­wało go to, że ważne dla uro­czy­sto­ści pa­piery roz­da­wali ewi­dent­nie opła­cani ga­ze­cia­rze. On (cho­ciaż sam też do­ra­biał do pen­sji kol­por­ta­żem prasy) mógłby tego dnia pra­co­wać pro pu­blico bono.

Wie­czo­rem po­woli opa­dała ta za­wie­szona rano kur­tyna. Całe otwar­cie za­wo­dów było hoł­dem dla mar­szałka, igrzy­skiem i trium­fem god­nym rzym­skiego wo­dza czy wręcz ce­zara. Ale po tym po­ka­zie siły lot­ni­czej, na­ziem­nej i wod­nej (z ga­zety na dzień na­stępny do­wie­dział się, że do War­szawy na tę oka­zję przy­pły­nęły trzy mo­ni­tory rzeczne) przy­szedł czas na za­dumę pełną smutku. Czym in­nym były mu­skuły, na któ­rych opi­nały się rę­kawy mun­du­rów, czym in­nym smu­tek ludu War­szawy, a za­pewne też Kra­kowa, Lwowa i Wilna. Gdy słońce za­szło już za ho­ry­zont, na placu, jakże traf­nie zwa­nym od kilku już lat pla­cem Pił­sud­skiego, ze­brał się spory tłum, a lu­dzie wciąż nad­cią­gali, z do­mów, ale też ze wcze­śniej­szych uro­czy­sto­ści pod Bel­we­de­rem. Jó­zek wy­pa­trzył w gru­pie lot­ni­ków pana Igna­sia, ale oczy­wi­ście nie miał śmia­ło­ści po­dejść do po­rucz­nika sto­ją­cego w ofi­cer­skim gro­nie. Szu­kał przez chwilę swo­jego brata, Sa­mu­ela oczy­wi­ście, ale w ta­kim ludz­kim mro­wiu po­je­dyn­czego czło­wieka można było wy­pa­try­wać jak ryby w oce­anie. Czy się ze­szło dzie­sięć, sto, czy trzy­sta ty­sięcy lu­dzi, Cza­pla nie mógł oce­nić, gdyż do ta­kiego li­cze­nia głowy i oka nie miał, ale czuł, jakby było tam z pół sto­licy. A gdzie byli po­zo­stali war­sza­wiacy? Może w domu, tak jak jego ro­dzice, sio­stry i sio­strze­nice. Może my­śleli już o nad­cho­dzą­cym cięż­kim ju­trze, a nie o uro­czy­sto­ściach. Może nie­któ­rzy śmiali się i świę­to­wali odej­ście ty­rana albo wspo­mi­nali przy­ja­ciół sie­dzą­cych w Be­re­zie. "Ale skoro pan Ignaś jest tu, gdzie prze­bywa pan Da­niel?" - po­my­ślał Cza­pla. Nie wie­dział, że sam Ar­nold miał pewne wąt­pli­wo­ści, gdzie na­le­żało się udać. Mógł de­mon­stra­cyj­nie wyjść z ko­le­gami z po­li­tech­niki do któ­re­goś z lo­kali nie­za­mknię­tych przez po­li­cję. Mógł po pro­stu wró­cić do domu i się wy­spać. Ale osta­tecz­nie Da­niel Ar­nold spę­dził wie­czór nad mapą, pra­cu­jąc nad trasą prze­lotu oraz nad su­wa­kami lo­ga­ryt­micz­nymi, li­cząc raz jesz­cze osta­teczne li­mity prze­cią­żeń i na­prę­żeń. A kiedy za kwa­drans dzie­wiąta sto­lica za­mil­kła na trzy mi­nuty, czcząc swo­jego obrońcę z roku 1920 i zdo­bywcę z roku 1926, pan Da­niel tego nie za­uwa­żył, li­cząc i li­cząc.

- Mę­drsi od Ikara o ty­siące lat... - szep­tał znu­dzony, po­wta­rza­jąc rów­na­nie na­ci­sku na klapy przy lą­do­wa­niu. - To dla­czego, kurwa, czuję się taki głupi?

Zza ścian do­cho­dziły do niego od­głosy im­prezy. Ktoś, na pewno me­cha­nicy, ale może i pi­loci kilku dru­żyn ba­wili się, ale nie na prze­kór pa­mięci mar­szałka, ale ja­koś wo­bec niej rów­no­le­gle, nie wie­dząc albo po pro­stu nie ro­zu­mie­jąc, co dzieje się kilka ki­lo­me­trów da­lej. Da­niel nie ro­zu­miał zaś, dla­czego ci lu­dzie piją, choć na­stęp­nego dnia mieli sta­nąć w szranki w pró­bach tech­nicz­nych, od któ­rych za­le­żało tak wiele.

Da­niel Ar­nold miał wielki plan. Wy­gra­nie za­wo­dów było tylko pierw­szym kro­kiem do jego re­ali­za­cji, ale kro­kiem ko­niecz­nym. Dla­tego na­raz de­ner­wo­wał się z po­wodu mę­czą­cych ha­ła­sów i cie­szył, sły­sząc, że wielu jego kon­ku­ren­tów już na tym eta­pie od­pusz­cza walkę. Miał pew­ność, że do tych lu­dzi nie na­leżą jego stu­denci, warta zgro­ma­dzona przy Sep­ti­mu­sie, która czu­wała nad ma­szyną przez całą noc. Spo­dzie­wał się też, że za­pewne ra­do­śni Ame­ry­ka­nie lub lot­nicy co naj­mniej jed­nej za­łogi fran­cu­skiej po­trak­tują za­wody jak przy­godę i oka­zję do po­zna­nia cie­ka­wych męż­czyzn i roz­wią­złych ko­biet, ale inne za­łogi nie od­pusz­czą. We­ber i Neu­mann na pewno nie ra­czyli się al­ko­ho­lem, ale czu­wali tak jak on. Czuł gdzieś za ścianą ich za­sad­ni­czą obec­ność i uprzejme, ale i bez­li­to­sne za­in­te­re­so­wa­nie każ­dym po­tknię­ciem ry­wali. Chal­lenge 1936 nie był zwy­kłym kon­kur­sem. Nie był wielką pa­radą na cześć Pił­sud­skiego ani świę­tem dumy kilku pi­lo­tów. To była wojna. Ist­niała wszak tylko wojna i można się było z tym po­go­dzić albo prze­grać w pierw­szej bi­twie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki