Pigmalion - Maja Winkler

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (25,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Patrzył na nią z niepokojącym, niemal obłąkanym zachwytem, w którym mieszała się chora fascynacja z drapieżną pożądliwością.

Jego wzrok ślizgał się po niej niczym dotyk - niecierpliwy, natrętny, łapczywy. W tym spojrzeniu było coś więcej niż fascynacja - coś bliskiego obsesji.

Oczami głaskał jej włosy, muskał skórę, obejmował ją, całował z lubieżnością, której sam się wstydził, a zarazem nie potrafił powstrzymać.

W myślach zamykał ją w ramionach i całował w sposób, którego nigdy nie wypowiedziałby na głos.

Ona jednak go nie widziała. Nie teraz.

Jakby nie istniał.

A przecież istniał.

Zawsze przy niej, niewidzialny, cierpliwy.

Zamyślona, smutna, zapatrzona gdzieś daleko - jakby w przestrzeń, której on nie mógł dosięgnąć.

Wiedział, skąd bierze się ten cień w jej oczach.

I bolało go, że to nie za nim tęskni. Że nie jego wspomina w tych cichych chwilach zamyślenia.

A przecież był przy niej.

Zawsze. Nawet, jeśli ona nie zdawała sobie z tego sprawy.

Był jak cień, jak echo jej kroków, jak oddech, którego nie czuła.

Z każdą chwilą narastało w nim gorzkie przekonanie, że musi to zmienić.

Musi sprawić, że stanie się dla niej jedynym, ostatnim, koniecznym.

Zacisnął szczęki. Nie mógł pozwolić, by to trwało.

Jeszcze trochę, jeszcze chwila, a zapomni. On sprawi, że będzie myślała już tylko o nim.

"A jeśli nie zechce?" - Przemknęła przez jego głowę niepokojąca, zimna jak metal, myśl.

"Zechce. Zechce..." - natychmiast głos w jego głowie odpowiedział z tym samym upartym, desperackim spokojem, który przypominał ostrze noża.

Musi chcieć.

Musi.

Nie ma innej możliwości.

Rozdział 4

Nikodem wypadł z restauracji jak bomba. Wściekłość rozsadzała go od środka. Zaciśnięte pięści zaczęły mu drżeć, a twarz przybrała niezdrowy, purpurowy odcień. Zatrzymał się na moment, z trudem łapiąc oddech. W głowie odtwarzał gorzkie wspomnienie tego, co się wydarzyło przed chwilą. Serce waliło mu jak młotem, a myśli krążyły wokół jednego: upokorzenia przed Matyldą. To wspomnienie wywołało w nim kolejny wybuch wściekłości. Uderzył pięścią w mur tak mocno, że poczuł dotkliwy ból. Krew spływała z jego dłoni.

- Co za skur... - warknął przez zaciśnięte zęby.

Nie zdążył dokończyć swojej myśli. W tej samej chwili z impetem wpadł na jakiegoś mężczyznę, który obserwował taras restauracji. Omal go nie przewrócił.

- Patrz, jak leziesz! - Wrzasnął rozwścieczony.

Nieznajomy odruchowo skulił się, jakby chciał zniknąć, mocniej wsuwając głowę w ramiona.

- Sam se patrz! - Mruknął obcy, po czym szybko odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie.

Szybko się oddalał spod restauracji, rzucając przez ramię niespokojne spojrzenia na taras, mrucząc pod nosem przekleństwa.

Nikodem uniósł wzrok, podążając za spojrzeniem obcego. Na tarasie restauracji, w półmroku, rozmytym światłem latarni, zobaczył dwie sylwetki. Kobieta i mężczyzna. Przytuleni, blisko. Za blisko. Nie musiał się zastanawiać, kim są.

Matylda. I ten pieprzony Kuba.

Zęby aż mu zgrzytnęły, szczęka spięła się w uścisku. Patrzył chwilę, ledwie oddychając, obserwując, jak Kuba obejmuje Matyldę, jak coś do niej szepcze, jak pociera jej plecy w geście pocieszenia.

Poczuł, jak żołądek zaciska mu się w twardy supeł.

Nie mógł na to patrzeć.

Odwrócił się nagle, niemal zrywając się z miejsca. Jego kroki odbijały się głuchym echem od betonowego chodnika.

Wszedł w ciemność, nie oglądając się za siebie.

Jakby próbował uciec... przed sobą.

Zniknął w ciemności.

Rozdział 5

Wysoki mężczyzna krzątał się między stolikami. Jego skupiona twarz wyrażała gniew, którego nawet nie próbował już ukrywać. Zawsze grzecznie ułożona grzywka, opadła teraz niesfornie na czoło, dodając mu niepokojącego, surowego uroku.

Maks miał w sobie coś z romantycznego mściciela z filmów płaszcza i szpady. Chłodny, opanowany, a jednocześnie niebezpieczny. Jego spojrzenie widziało więcej, niż powinno. Usta zacisnął w cienką linię, jakby bał się, że znowu powie coś więcej, niż powinien. Zresztą Maks częściej milczał, niż mówił. Ale kiedy już coś powiedział, zapadało to głęboko w pamięć. Jego obecność zawsze mówiła więcej, niż dziesięć zdań wypowiedzianych przez kogokolwiek innego.

W ich paczce to właśnie on był tym najspokojniejszym i najrozsądniejszym. Zawsze skupiony i zrównoważony, nie był wybuchowy - raczej rozważny i spokojny. Bardzo trudno było go wyprowadzić z równowagi. Może dlatego, że był zamknięty w sobie, wszystkie uczucia głęboko skrywał w swoim sercu, zamknięte na klucz, ukryte za maską nieprzeniknionego spokoju.

Nie miał dziewczyny na stałe. Od czasu do czasu spotykał się z kimś na moment lub dwa, ale nigdy nic z tego nie wychodziło. Tuśka i Mati nieustannie próbowały go swatać z różnymi koleżankami. Nie miały z tym problemu - Maks był naprawdę przystojny i wzbudzał zainteresowanie licznych pań. Jego milcząca, tajemnicza aura działała na kobiety jak magnes. On jednak uparcie bronił się przed stałym związkiem.

Był przeciwieństwem Kuby, u którego co w sercu, to na języku. Różnili się nie tylko charakterem, ale też wyglądem. Choć obaj byli przystojni, to każdy na swój sposób. Kuba, równie wysoki jak Maks, sprawiał wrażenie niegrzecznego chłopca. Dłuższa grzywka, arogancko potargana, zawadiackie spojrzenie i uśmiech, sprawiający wrażenie ironicznego. Wyprostowana postawa tylko potęgowała wrażenie nieposkromionej pewności siebie.

To właśnie Kuba był bardziej wybuchowy. Dlatego to on przyłożył temu natrętowi, który od jakiegoś czasu zaczął się kręcić przy Matyldzie.

Jedną ręką, bez wysiłku podniósł przewrócony stolik - pozostałość po niedawnej bójce między Kubą, a tym nieznośnym Nikodemem.

- Ogarnę to - mruknął Maks do pozostałych gości - jedźcie do domu. Sala i tak wynajęta do północy.

Kuba klepnął go po przyjacielsku w ramię.

- Zawiozę ją do domu.

- Gdzie ona jest? - Spytał Maks, nie odrywając wzroku od krzeseł, które ustawiał przy stoliku.

- Marta się nią zajęła - wskazał brodą na dwie kobiety stojące w kącie sali.

Maks spojrzał w ich stronę. Matylda wyglądała źle. Niepokojąco źle.

- Zabierz ją stąd - Maks szepnął, rzucając zatroskane spojrzenie na Matyldę - chyba trzeba ją znowu popilnować...

Kuba skrzywił się.

- Nie dam rady. Muszę z samego rana podrzucić do kancelarii ważne dokumenty. Muszę też ogarnąć dla niej urlop. Raczej nie pójdzie jutro do pracy. Ty z nią zostaniesz. Potem przyjadę i cię zmienię.

Kuba jak zwykle rzeczowo wydawał konkretne polecenia. Zawsze taki był. Niby chłodny i zdystansowany, ale kiedy trzeba było komuś pomóc, był pierwszy.

Maks ucieszył się w duchu, że to jemu przypadło pilnowanie Matyldy.

Zawsze lubił być blisko niej.

Zawsze.

Spojrzał w jej stronę. Matylda właśnie sączyła kolejny kieliszek szampana. Kręciła się w kółko, jak w jakimś amoku. Chyba za dużo wypiła, bo zachwiała się lekko. Tuśka szybko podtrzymała ją i zdecydowanie zabrała kieliszek, odstawiając go na bok.

Maks zacisnął usta. Niepokoiło go zachowanie Matyldy. To, co się wydarzyło musiało nią mocno wstrząsnąć. Ona przecież nigdy nie przesadzała z alkoholem, a dziś nie miała umiaru. Dziś wyglądała, jakby chciała utopić coś w każdej kolejnej kropli.

To nie wróżyło nic dobrego.

Jego wzrok spoczął na walającym się w kącie kawałku papieru. Schylił się i podniósł mały kartonik. Spojrzał na papier, który trzymał w dłoni. Była to wizytówka tej wróżki, która niedawno opuściła lokal. Uniósł rękę z zamiarem wcelowania do kosza. Zamierzał wyrzucić znalezioną wizytówkę, ale zawahał się i, po chwili namysłu, schował ją do kieszeni spodni.

Przez jeden krótki moment w jego oczach pojawiło się coś, czego nie dało się jednoznacznie nazwać: niepokój, przeczucie, może cień przeznaczenia.

Rozdział 6

Maks wprowadził, chwiejącą się na nogach, chichoczącą jak nastolatka, Matyldę do jej mieszkania.

Oparł ją o ścianę w przedpokoju. Podtrzymując jedną ręką przyjaciółkę, drugą z trudem zamykał drzwi wejściowe.

- Zostanę z tobą - powiedział cicho, zapalając światło w przedpokoju.

- Maksio, nie trzeba... dam sobie radę - powiedziała nieco bełkotliwie Mati i roześmiała się głośno.

Jej śmiech brzmiał sztucznie, jak echo czegoś, co dawno się rozbiło.

Maks poczuł ścisk w żołądku, widząc ją taką złamaną i poranioną. Wiedział, że ten śmiech to maska.

Pogłaskała go czule po policzku, uśmiechając się do niego. Maks dotknął jej dłoni spoczywającej na jego policzku, jakby chciał zatrzymać ten dotyk na zawsze.

- Bez dyskusji. Zostaję - powiedział z udawaną surowością w głosie - prześpię się na kanapie. Daj tylko jakiś koc i kawałek poduszki.

Gdy Matylda w końcu zasnęła, Maks długo nie mógł znaleźć spokoju. Nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok. W ciemności jego myśli błądziły nieustannie wokół niej. Każdy szmer, każdy ruch w mieszkaniu powodował, że podrywał czujnie głowę i nasłuchiwał. Pragnienie, by ją chronić, mieszało się z czymś, czego sam nie chciał przed sobą nazwać.

Nie mógł przecież zbliżyć się do niej tak, jak tego pragnął. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło z Jackiem. Ta tęsknota bolała przerażająco mocno i spalała od środka.

W głuchej ciszy usłyszał, jak Matylda niespokojnie przewraca się z boku na bok. Ona chyba też nie spała. Za dużo wypiła. Coś jeszcze musiało jej zaszkodzić, bo dziwnie się zachowywała. Zbyt dziwnie.

Wstał ostrożnie i podszedł do drzwi jej sypialni. Uchylił je szerzej, aby ją lepiej widzieć. Obawiał się, że to, co się wydarzyło na imprezie w połączeniu z alkoholem, którym ją tak szczodrze raczył Nikodem, może sprowokować Matyldę do powtórzenia tego, co chciała zrobić po śmierci Jacka. Co prawda zaprzeczała wtedy, że połknęła te tabletki specjalnie. Twierdziła, że niechcący przedawkowała, ale on nie do końca jej wierzył.

On, Marta i Kuba niemal zmusili ją do tego, aby poszła na terapię. Wozili ją na zmianę, aby nie opuszczała sesji. Pilnowali jej w domu, na zmianę z jej matką, która niemal zamieszkała u niej na stałe.

Po wielu miesiącach w końcu nastąpiła znaczna poprawa. Matylda zaczęła odzyskiwać równowagę. Któregoś dnia nagle poprosiła matkę, aby wróciła do siebie. Jego, Martę i Kubę również przekonała, że już jest wszystko dobrze, że nie muszą już jej pilnować. Chciała, aby wrócili do swojego życia. Matylda też wróciła do siebie. Prawie. Prawie, bo mimo, że była przebojowa i na sali sądowej walczyła jak lwica, ciągle w jej oczach widać było ogromny smutek, którego nigdy nie udało się jej ukryć do końca. Ten smutek był jak skaza, której nie dało się zmyć. Mimo tego smutku Matylda starała się funkcjonować w miarę normalnie.

Nagle praca stała się jej odskocznią, angażowała się w nią bez reszty. Niemal zatracała się w niej. Na szczęście Kuba, który pracował w tej samej kancelarii, miał na nią oko. Od czasu do czasu sprowadzał ją na ziemię. Maks i Tusia nie mieli takiej możliwości, aby częściej mieć oko na Matyldę. Oboje pracowali dość daleko od jej kancelarii. Maks był informatykiem, a Marta - przedszkolanką.

Maks wrócił wspomnieniami do przeszłości. Cała czwórka, on, Kuba i dziewczyny, byli paczką przyjaciół jeszcze z liceum. Jacek, brat Marty, był o kilka lat starszy od nich. Między Matyldą i Jackiem coś zaczęło się dziać w klasie maturalnej. Matylda i Marta razem uczyły się do matury. Jacek im pomagał, co skończyło się nie tylko świetnie zdaną maturą przez obie dziewczyny, ale też związkiem Mati i Jacka. Maks był wtedy trochę zawiedziony, bo od dawna Matylda mu się podobała, ale cóż, ona wybrała Jacka. Pogodził się z tym, a przynajmniej bardzo się starał. Nie potrafił jednak ułożyć sobie życia z inną kobietą. Każdą dziewczynę podświadomie porównywał z Matyldą. Żadna nie miała tego czegoś, co miała ona.

Po terapii, Matylda funkcjonowała w miarę normalnie, aż do dzisiaj. Ten cholerny Nikodem, przyplątał się, cholera wie skąd i wszystko popsuł! Zburzył kruchy spokój Matyldy. Sprowadził tę cholerną wróżkę, która plotła coś od rzeczy! Skąd ona wiedziała o tym, co spotkało Matyldę?

Maks wyrwał się z zamyślenia, gdy usłyszał ciche jęknięcie z sypialni Mati. Podniósł głowę i chwilę nasłuchiwał. Wstał ostrożnie z kanapy i po cichu podszedł do drzwi jej sypialni. Stał chwilę, obserwując przyjaciółkę. Mati spała niespokojnie. Rzucała się nerwowo na łóżku. Maks podszedł do niej ostrożnie i delikatnie dotknął jej ręki. Matylda zerwała się z krzykiem.

- Hej, to był tylko zły sen - mówił spokojnie, trzymając ją mocno w ramionach.

Matylda na początku zaczęła się gwałtownie wyrywać z jego objęć, ale gdy oprzytomniała i w końcu zrozumiała, gdzie jest. Przestała się wyrywać. Wtuliła się w niego i rozpłakała się. Maks milczał, głaskał ją po włosach, chcąc uspokoić.

Każde jej szarpnięcie przypominało mu, jak blisko jest tego, czego od lat pragnął, choć wiedział, że nie ma do tego prawa. Czuł drżenie jej ciała, a z każdym kolejnym oddechem stawał się coraz bardziej pewny: nigdy nie pozwoli jej znowu cierpieć w samotności.

- Maks - szlochała - on tu był! On tu był!

- Kto?

- On!

- Mati! Kto tu był?! - Zaniepokojony rozejrzał się po mieszkaniu, wypatrując w ciemności kogoś obcego.

- Jacek! Jacek tu był!

Zamknął oczy. Poczuł chłód, który przeszył go na wskroś. Był prawie pewien, że te przywidzenia muszą być skutkiem jakichś leków. Matylda znowu coś brała. Ale dlaczego? Przecie już było lepiej. Co ją do tego popchnęło? Wiedział, co. To ten Nikodem, który nie rozumie, jak krucha i delikatna jest Matylda. To on burzy jej spokój i spycha ją w przepaść.

- Mati - Maks szepnął rozczulającym tonem, odgarniając z jej twarzy kosmyk włosów - wiesz przecież, że Jacek... że nie ma go już z nami.

- Ale on przyszedł po mnie! Po mnie, rozumiesz?! - Szeptała przerażonym głosem. Jej rozbiegane oczy dawały mu pewność, że ona jest pod wpływem jakichś leków.

- Mati? Brałaś coś?

- Nie, Maks, nie! To Jacek, on przyszedł po mnie!

- Mati... - próbował ją przytulić, ale ona odepchnęła go ze złością.

- Nic nie rozumiesz! - Krzyknęła - on przyszedł po mnie, bo to była moja wina! Rozumiesz?! To była moja wina! To ja miałam zginąć, nie on! On zginął przez mnie! Dlatego teraz chce mnie zabrać!

Chwycił ją mocno w objęcia i nie puszczał, mimo że się szarpała. Próbowała się wyrwać, ale on był silniejszy. Trzymał ją kurczowo.

- Posłuchaj mnie uważnie! Nikt cię nie zabierze! Jacek cię kochał! To był wypadek! Nie zginął przez ciebie! To nie była twoja wina! - Szeptał do jej ucha.

Czuł jej drżenie, napawając się jej bliskością. Z każdym dotykiem rosło w nim niebezpieczne pragnienie, żeby zatrzymać ją przy sobie na zawsze.

- Nie pożegnałam się z nim - Matylda szlochała histerycznie - nie widziałam jego ciała. Nie pokazali mi go! Rozumiesz?! Nie mogłam się z nim pożegnać!

- Mati, przecież wiesz, że jego ciało było... było w takim stanie, że... że nie mogłaś tego zrobić.

Siedział przy niej długo, aż jej oddech zaczął się uspokajać. Tulił ją do siebie. Przez jego głowę przemknęła niebezpieczna myśl. Tak bardzo chciał, aby ta chwila trwała wiecznie, aby mógł trzymać ją w ramionach już zawsze. Jej bliskość dawała mu nieopisany spokój.

- Już dobrze? - Zapytał, kiedy przestała płakać.

- Nigdy nie będzie dobrze - szepnęła, ocierając łzy.

- Połóż się - powiedział spokojnie - położę się przy tobie i popilnuję - dodał, pomagając jej się położyć - spróbuj zasnąć.

Pomógł jej się ułożyć. Sam też się położył obok niej. Pozostał w ubraniu. Leżeli tak, ona zwinięta w kłębek, on tuż za nią, ramieniem obejmując ją przez kołdrę. Czuł jej ruchy, jej ciepło. I mimo, że nigdy nie potrafił zasnąć poza własnym łóżkiem, teraz bliskość Matyldy dawała mu taki spokój, że jego powieki stawały się coraz cięższe, a sen powoli zaczął go otulać.

- Maks? - Matylda szepnęła nagle, wyrywając go ze snu - Śpisz?

- Nie - powiedział, próbując pokonać ogarniającą go senność.

- To naprawdę była moja wina - wyszeptała.

- Daj spokój...

- Naprawdę. To przez mnie on zginął. Zapomniałam zabrać książki z biblioteki. To było jeszcze przed egzaminem adwokackim. Bardzo mi zależało. Ta książka była mi naprawdę potrzebna. Już byłam w samochodzie, miałam jechać po tę cholerną książkę. Spieszyłam się, bo bibliotekę już prawie zamykali. Jacek właśnie wrócił z siłowni i spotkaliśmy się na parkingu. Nagle zadzwoniła moja szefowa z kancelarii. Okrzyczała mnie, że nie dostarczyłam do sądu apelacji, a termin właśnie mijał. Miała rację. Zapomniałam o tym. Byłam aplikantką. Wszyscy się mną wysługiwali w kancelarii. Zwalali na mnie tyle spraw, że ledwo sobie z nimi radziłam. No i jeszcze ten egzamin, do którego przecież musiałam się przygotować. Zawalałam noce. I nie tylko noce. Zawaliłam termin. Szefowa była wściekła na mnie. Wpadłam w panikę. Ta książka była mi naprawdę potrzebna, ale nie chciałam też stracić pracy. Jacek tylko się uśmiechnął i powiedział, że mam pojechać do sądu i dostarczyć apelację, a on przywiezie mi tę książkę. Miał jechać moim autem, a ja chciałam zamówić taksówkę, tylko, że nie wzięłam portfela, ani karty. On też nie miał przy sobie kasy. Kazał mi jechać autem, a sam pojechał motorem. Spieszył się, bo bibliotekę już prawie zamykali... wysłałam go na śmierć.

Maks słuchał, czując, jak narasta w nim ból, złość, bezradność.

- To nie twoja wina...

- Moja! To przez moje roztrzepanie, gdybym złożyła apelację, gdybym miała choć trochę wyobraźni... to ja powinnam zginąć, nie on!

Maks chwycił ją gwałtownie za ramię i odwrócił do siebie. Spojrzał jej w oczy. Już świtało, w półmroku zobaczył wielkie, błyszczące łzy, które uparcie tkwiły w jej wielkich oczach.

- Zapamiętaj sobie raz na zawsze! To nie twoja wina! To wina tego szaleńca za kierownicą! Tego mordercy, który...

Słowa utknęły mu w gardle. Nie chciał, aby ona widziała, że on nie jest tak twardy, za jakiego chciał uchodzić. Pochylił tylko głowę i wtulił się w nią, ukrywając kręcące się w oczach łzy.

Nie wypuści jej.

Nigdy więcej nie pozwoli jej cierpieć w samotności.

Rozdział 8

Matylda siedziała na kanapie, milcząca, jakby zamknięta w swoim własnym świecie.

Nikodem stał w kuchni, nerwowo mieszając w porcelanowym kubku herbatę. Oboje milczeli. Cisza ciążyła im obojgu.

- Chcesz herbaty? - Zapytał w końcu nieśmiało.

Matylda nie odpowiedziała. Jej wzrok był utkwiony gdzieś w dal, poza ścianami tego pokoju, poza rzeczywistością.

Postawił przed nią parujący kubek z gorącą herbatą. Przysiadł obok niej, zachowując ostrożny dystans.

- Wiesz, że nie miałem złych intencji, prawda? - Powiedział po chwili, patrząc na jej profil, blade policzki, lekko zaciśnięte usta - po prostu... chciałem naprawić to, co spieprzyłem.

Matylda drgnęła lekko, jakby wyrwana z transu.

- Nie da się tego naprawić, Niko... - jej głos był przygaszony - widzisz cały problem w tym, że niczego już nie da się cofnąć.

Nikodem westchnął ciężko.

- Wiem. Ale to nie znaczy, że nie warto próbować. Może mi w końcu przebaczysz...

Spojrzała na niego wreszcie. W jej oczach lśnił gniew zmieszany z żalem.

- Nie mówię o tym twoim głupim pomyśle z wróżką. Mówię o czymś ważniejszym.

Zamilkła na chwilę i spojrzała na wiszące na ścianie zdjęcie uśmiechniętego chłopaka.

- Naprawdę myślałeś, że kwiaty i nowa fryzura załatwią wszystko? Że staniesz w drzwiach, zobaczę cię z tym kaskiem i powiem "Nic się nie stało"?

Nikodem spuścił wzrok.

- No... w sumie to taką miałem nadzieję.

Zapadła kłopotliwa cisza. Z kuchni dobiegał cichy odgłos kapania z niedokręconego kranu.

- Nie jestem dobry w przepraszaniu - powiedział w końcu.

- Wiesz, co jest najgorsze? Że przez sekundę, jedną maleńką chwilę naprawdę pomyślałam, że to Jacek. Że on wrócił. Te twoje włosy... po co je rozjaśniłeś?

Nikodem zacisnął dłonie w pięści, aż zbielały mu knykcie.

- Przepraszam - powtórzył cicho - fryzjerka mi tak doradziła. Mówiła, że to lepiej pasuje do mojej urody. Zgodziłem się. Nie wiedziałem tylko, że to też pasuje do urody Jacka...

Matylda pominęła milczeniem jego koślawe próby żartowania z sytuacji.

- Skąd znałeś mój adres? - Zapytała po chwili, patrząc uparcie w kubek z herbatą.

- Nie pamiętasz? Powiedziałaś mi kiedyś.

- Nie pamiętam. Raczej nie zwierzam się obcym...

- Obcym? Myślałem, że...

- Skąd znałeś mój adres? - Powtórzyła twardo pytanie.

- Powiedziałaś mi kiedyś. Skąd wiedziałbym gdzie mieszkasz, gdybyś mi nie powiedziała? - Uśmiechnął się do niej ciepło.

- Nie pamiętam.

- Mati... ja nie chcę cię skrzywdzić... zależy mi na tobie... wiem, że ty... rozumiem to. Nie zamierzam cię do niczego zmuszać. Obiecuję. Wystarczy, że zostaniemy przyjaciółmi...

- To dobrze, że to rozumiesz.

- Jasne, że rozumiem. Nic na przymus. Chcę cię tylko wspierać. Nic więcej.

- Dlaczego?

- Lubię cię, a poza tym... wiesz, mimo, że masz mnie za nieczułego dupka, to wiem co czujesz. Ukrywam to za maską błazna, bo nie chcę cierpieć, ale ja też przeżyłem coś trudnego... wiesz przecież co... mówiłem ci. Możesz mi nie wierzyć, ale ja naprawdę cię rozumiem. Chcę ci pomóc podnieść się z tej tragedii. Tak, jak mnie się udało. Po tym, co przeżyłem chcę pomagać innym. Takie mam powołanie. Wiesz, ktoś kiedyś powiedział, że w życiu każdego człowieka są dwa wielkie dni. Pierwszy, w którym się rodzi i drugi, w którym odkrywa po co.

- William Barclay.

- Co?

- William Barclay to powiedział.

- Znasz się na literaturze - uśmiechnął się - prawdziwa z ciebie humanistka - znów nieudolnie próbował żartować.

- Jacek kiedyś mi to powiedział, właściwie to napisał. Tak podpisał nasze wspólne zdjęcie. Oświadczył mi się wtedy, a później na fejsie opublikował nasze wspólne zdjęcie i napisał właśnie to... a później zginął.

- Przykro mi... - Nikodem dotknął delikatnie jej dłoni.

Mati szybko cofnęła rękę, jakby jego dotyk ją oparzył.

- Przepraszam - szepnęła, gdy dostrzegła, że sprawiła mu przykrość.

Nikodem uśmiechnął się do niej ciepło, ale w jego spojrzeniu krył się jakiś trudny do określenia cień.

- Nie szkodzi - powiedział miękko - ja też długo nie mogłem... nie mogłem się przełamać i otworzyć się przed ludźmi.

- Chodzi o twojego brata? - Zapytała cicho - co tak właściwie się stało?

Nikodem, jakby przytłoczony ciężarem wspomnień, spojrzał na nią smutno. Po jego twarzy przemknął ten sam trudny do określenia cień, jak przed chwilą.

- Jeśli nie chcesz, nie musisz o tym mówić - powiedziała, szybko wycofując się ze swojego pytania, jakby bała się dotknąć otwartej rany.

Chwilę milczał, jakby walczył z samym sobą. W końcu westchnął ciężko, głos mu zadrżał:

- Nie, w porządku. Mój brat bliźniak... zmarł na raka.

Zamilkł, a jego oczy nabrały szklistego połysku. Matylda poczuła gulę w gardle. Chciała coś powiedzieć, ale nie znalazła słów.

- Nie mogłem się z tym pogodzić. Niedługo potem moja matka...

Głos mu się załamał. Schował twarz w dłoniach, a jego ramiona lekko zadrżały. Zamilkł. W pomieszczeniu zapadła głęboka cisza.

To milczenie było tak przejmujące, że Matylda niemal słyszała przyspieszone bicie własnego serca. Czuła, że ten moment jest szczególny dla nich obojga. Łączy ich ogromne cierpienie po stracie najbliższych osób. Nie byli już tylko znajomymi - teraz łączyła ich wspólna nić bólu, utraty, pustki. To wspólne cierpienie połączyło ich, scaliło w jedność.

Delikatnie, niemal nieśmiało, dotknęła jego ramienia w pocieszającym geście. Zaczął mówić na nowo, patrząc gdzieś w pustkę, jakby mówił nie do niej, a do własnych wspomnień.

- Moja matka popełniła samobójstwo. Do dziś nie odnaleziono jej ciała...

Matylda wstrzymała oddech.

- Wybrała chyba najgorszy możliwy sposób. Po śmierci brata wyjechała w góry. Powiedziała, że musi pobyć sama. To miał być tylko krótki weekend, potem miała wrócić, ale nie wróciła. Wyszła wysoko w góry. Ratownicy znaleźli tylko jej osobiste rzeczy i list pożegnalny. Szukali, ale... podobno nie zawsze można odnaleźć ciało, kogoś, kto rzucił się ze skał...

Westchnął ciężko, jakby każde słowo wyrywało mu się z gardła z trudem.

- Nawet nie mogliśmy jej pochować. Pożegnać się... - głos mu zadrżał, ale kontynuował z uporem - potem było już tylko gorzej. Zacząłem brać...

Matylda ścisnęła jego dłoń. Czuła, że on potrzebuje tego gestu z jej strony.

- Już z tego wyszedłem - zapewnił ją szybko, kiedy zobaczył jej zaniepokojone spojrzenie - paradoksalnie choroba uratowała mi życie. Zachorowałem na serce i musiałem zerwać z nałogiem. Teraz pomagam innym, takim jak ja kiedyś. Pracuję dodatkowo w fundacji. Tam znalazłem sens życia, dlatego ten cytat jest mi taki bliski.

- To piękne...

Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu, które nie było już ciężkie, lecz łagodne, jakby słowa nie były już potrzebne.

- Może chciałabyś kiedyś tam ze mną pójść? Poznać ludzi, którzy, tak jak ty, wiele przeszli...

- Nie wiem, może kiedyś... - mruknęła bez przekonania.

- Wiesz, pomaganie jest fajne. Pomaga nie tylko temu, który potrzebuje, ale też temu który sam pomaga innym.

- Może spróbuję... kiedyś... - szepnęła, spoglądając w zadumie na dżdżysty krajobraz za oknem - przyjechałeś na motorze w taką pogodę?

- Wcześniej nie padało. Teraz chyba będę musiał zamówić taksówkę - uśmiechnął się do niej.

- Tak, zamów. Podróżowanie motocyklem w taką pogodę jest niebezpieczne - mruknęła Matylda - można zginąć.

Rozdział 9

Starszy mężczyzna, szczupły, z lekko posiwiałymi włosami, które jeszcze niedawno miały jasny odcień, siedział przy szpitalnym łóżku. Patrzył na innego mężczyznę. Tamten nie był już w tak dobrej formie jak jego gość. Blada, poorana zmarszczkami twarz i zapadłe oczy uporczywie utkwione były w siedzącym obok mężczyźnie.

Chory kaszlnął ciężko, z trudem łapiąc powietrze, jakby każdy oddech był walką na śmierć i życie.

- Co ci jest? - Spytał cicho przybysz z wyczuwalnym niepokojem.

- Starość. Ciebie też dopadnie. Już cię dopadła - zaśmiał się złośliwie starszy człowiek sapiąc ciężko, a zaraz potem znowu zadygotał od kaszlu, jakby nawet śmiech go przerastał.

- Po to mnie tu zawołałeś? Żeby się wyzłośliwiać?

Starszy człowiek spoważniał nagle, jego zmęczone oczy zwęziły się.

- Nie - starszy człowiek spoważniał - nie po to.

- A po co?

- Umieram. Nie chcę odchodzić, mając na sumieniu to co się stało. Musimy w końcu wyznać prawdę.

Tamten zesztywniał, jakby ktoś zadał mu cios w splot słoneczny.

- Asia tego nie chciała...

- Nie chciała? - W głosie chorego pojawiła się gorączkowa złość - to zobacz do czego to doprowadziło?!

Zaniósł się kolejnym atakiem kaszlu, tak silnym, że aż zgiął się wpół. Jego gość bez słowa podał mu szklankę z wodą. Chory wziął kilka łyków, ręce trzęsły mu się jak u paralityka, a potem oddał naczynie, patrząc w pustkę.

- To zwykła dziwka była - powiedział gorzko po chwili.

- Po prostu nie miała szczęścia... - odpowiedział tamten, spuszczając wzrok.

- Taaa, szczęścia i rozumu... - chory wysapał z pogardą - to przez jej kłamstwa nie żyje człowiek! I przez twoje tchórzostwo!

Gość odetchnął ciężko, zaciskając pięści.

- Posłuchaj, nie wiedziałem że nasz krótki romans tak się skończy. Gdyby mi powiedziała...

- To co odwołałbyś swój ślub? - Starszy mężczyzna patrzył na niego z szyderczym uśmiechem.

- Nie - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia - kocham swoją żonę. Z Joanną to nie było nic ważnego... ona po prostu... nasz szef zabawił się nią i porzucił, a jakby jeszcze tego było mało wyrzucił ją z pracy. Spotkałem ją zapłakaną. Siedziała w szatni i ryczała jak bóbr. Chciałem ją pocieszyć i... skończyło się jak skończyło.

Na moment w pokoju zapadła ciężka cisza. Jedynie urządzenia medyczne cicho pikały gdzieś w tle.

- Gdybym wiedział... pomógłbym jej. Ale ona zniknęła. Pojawiła się po wielu latach i powiedziała, że wyszła za ciebie. Że ma syna.

- Twojego.

- Tak, mojego. Spytała wtedy, czy w mojej rodzinie były jakieś przypadki chorób psychicznych. Nie wiedziałem o co jej chodzi. W końcu wyciągnąłem od niej, że tamto nasze spotkanie było brzemienne w skutki. Zabroniła mi mówić komukolwiek o tym. Twierdziła, że nasz syn jest... nienormalny. Że coś z nim jest nie tak i że jeśli się dowie, że to ja jestem jego ojcem, mnie i mojej rodzinie grozi niebezpieczeństwo.

Starszy człowiek pokiwał głową z goryczą.

- Dlatego kiedy chłopak zaczął drążyć wmówiła mu, że jego ojcem jest jej były szef. Oboje macie na sumieniu tego człowieka. On zginął przez was!

Gość odwrócił wzrok, jakby nie potrafił tego unieść.

- Uwierz mi, gdybym wiedział... bałem się o rodzinę. Kilka razy widziałem go, jak mnie śledził. Był dzieciakiem, ale w oczach miał coś takiego... niepokojącego.

- Nie tylko wasz były szef ucierpiał. Ja też musiałem uciekać z domu, bo bałem się o siebie. Dlatego mieszkam w tym zapyziałym DPS-ie. Ciebie też dopadnie sprawiedliwość! A może już dopadła, kto wie...

Gość spojrzał na niego z niepokojem, czując, jak lodowaty dreszcz przebiega mu po plecach.

- Co masz na myśli?

Chory uśmiechnął się tajemniczo, blado.

- Nic. Idź już.

Odwrócił się plecami do swojego gościa i znów zaczął głośno kaszleć, jakby każdy oddech przybliżał go o krok do granicy, za którą czekało już tylko milczenie.

Gość przez chwilę stał jeszcze obok łóżka, potem cicho wyszedł, zostawiając za sobą ciężką, gęstą od niewypowiedzianych słów ciszę.

Rozdział 12

Matylda rzuciła się w wir pracy. Ostatnio jej kancelaria działała na pełnych obrotach. Zwłaszcza młodzi prawnicy, tacy jak ona i Kuba, mieli ręce pełne roboty. Starsi adwokaci chętnie zrzucali na nich swoje obowiązki, co kończyło się górą spraw do załatwienia i częstym zostawaniem po godzinach.

Tego wieczoru Matylda, Kuba i jeszcze dwoje kolegów znowu zostali w biurze, dopinając najpilniejsze sprawy klientów.

Zamówili obiad do kancelarii - nie było czasu na wychodzenie do knajpy. Gdy wreszcie uporali się z ostatnimi dokumentami, za oknem panowała już głęboka ciemność, a miasto pulsowało światłami latarni i reflektorów aut.

- Zawiozę cię do domu - powiedział Kuba, otwierając Matyldzie drzwi z lekkim uśmiechem.

Matylda zauważyła, że Kuba zbyt badawczo jej się przygląda. Była przekonana, że jej zachowanie w noc urodzin spowodowało, że Kuba i reszta znowu podejrzewali ją o branie psychotropów. Mimo, że od tamtego czasu, ta historia już się nie powtórzyła, ciągle czuła na sobie badawcze spojrzenia przyjaciół. Miała do nich o to żal.

- Nie, nie trzeba - zdecydowanie i dość chłodno odrzuciła propozycję Kuby. Czuła narastającą frustrację z powodu braku zaufania do niej.

- Daj spokój.

- Kubuś, to ty daj spokój! - Wybuchła nagle - jestem zmęczona tym ciągłym pilnowaniem mnie. Nie ufacie mi. Sprawdzacie mnie, jakbym była jakąś niezrównoważoną wariatką. Tak dalej się nie da! Jestem dorosła!

Kuba spuścił wzrok, wyraźnie zaskoczony jej reakcją.

- Mati, przecież wiesz, że nie o to chodzi! - Powiedział łagodnie - my po prostu się o ciebie troszczymy. Jesteś dla mnie jak siostra, dla Marty też, a Maks, przecież wiesz, że on cię uwielbia - delikatnie szturchnął ją łokciem, puszczając przy tym oczko.

Matylda zmiękła nieco, słysząc te słowa. Opuściła ramiona, odetchnęła ciężko.

- Wiem, Kubuś, wiem, ale dajcie mi trochę oddechu.

- Czyli nie chcesz, żebym cię odwiózł do domu? To przecież po drodze.

- Kuba, umówiłam się jeszcze dzisiaj na spotkanie - powiedziała, odwracając wzrok.

Kuba zmarszczył brwi, w jego spojrzeniu pojawiła się czujność.

- Spotkanie? Znam go?

- To sprawa zawodowa. Klientka.

- Otwierasz własną kancelarię? - Zapytał z nutą żartu, choć w jego głosie słychać było napięcie.

- Nie - Matylda zaśmiała się, choć nieco sztucznie - to podopieczna fundacji. Pomagam non-profit.

- Fundacji? Od kiedy pracujesz w fundacji?

- Jeszcze nie pracuję. To pierwsze spotkanie.

- Co to za fundacja?

- "Pomocna Dłoń" na Słonecznej.

- Wiem, gdzie to jest. Mogę cię podrzucić.

- Nie trzeba. Ja to zrobię. Już wcześniej to ustaliliśmy - padła deklaracja gdzieś zza pleców Kuby.

Nikodem stał nieopodal, tuż przy wejściu do kancelarii. Był oparty nonszalancko o drzwi. W jego oczach błyszczał charakterystyczny cień ironii i czujna, skrywana uwaga. Miał na sobie ciemną kurtkę, lekko rozpiętą pod szyją, a wokół niego roztaczała się aura chłodnego spokoju, jakby nic nie mogło wyprowadzić go z równowagi. Już jakiś czas uważnie przyglądał się parze przyjaciół.

Kuba na widok chłopaka od razu wyprostował się i zrobił pół kroku w stronę Matyldy, stając między nią a Nikodemem, jakby chciał ją osłonić.

Matylda chwyciła Kubę za rękę, starając się go powstrzymać przed zrobieniem kolejnej głupiej rzeczy. Nie chciała kolejnej awantury. Przecież ostatnim razem skończyło się to dla Kuby kilkoma szwami.

- Kubuś, daj spokój. Nikodem umówił mnie z tą kobietą. Pojadę z nim - powiedziała uspokajającym tonem, chcąc załagodzić sytuację.

- Wolałbym...

- Daj spokój! Wracaj do domu - ucięła Matylda, całując go w policzek na pożegnanie.

Kuba zacisnął szczęki, jego ramiona naprężyły się, ale w końcu skinął głową. Widać było, że ewidentnie jest niezadowolony z obrotu sprawy.

- Mati! - Zawołał jeszcze za odchodzącą dziewczyną w towarzystwie Nikodema - przebiorę się i pobiegam w parku przy Słonecznej. Zadzwoń jak skończysz. Odwiozę cię do domu.

Matylda odwróciła się jeszcze na chwilę, machając mu z lekkim uśmiechem.

- Dobra! Pa!

Nikodem rzucił Kubie krótkie, wyzywające spojrzenie, pełne zimnej obojętności. Jakby chciał powiedzieć: "Twoja troska nie ma znaczenia".

Matylda wsiadła do auta Nikodema. Przez moment poczuła dziwny niepokój. Wiedziała, że Kuba miał dobre intencje. Ale równie mocno czuła, że potrzebuje tej chwili samodzielności - i, choć się do tego nie przyznawała, nieco niebezpiecznego powiewu wolności, który niósł ze sobą Nikodem.

Rozdział 14

Matylda rzuciła torebkę na szafkę w przedpokoju. Była wyczerpana. To, co się dziś wydarzyło w fundacji, mocno ją przytłoczyło, odbierając resztki sił. Martwiła się o to, czy Joanna poradzi sobie z Beatą, czy obie sobie poradzą, czy są bezpieczne. Miała też żal do Nikodema, że tak beztrosko potraktował obawy Joanny. Nie była też zadowolona, że Nikodem, nie zważając na jej zmęczenie, uparł się, że chce jej się odwdzięczyć za pomoc w fundacji. Bezceremonialnie wprosił się do jej mieszkania, jakby nie widział, jak bardzo ona potrzebuje spokoju. Nie miała też sił odpierać jego natrętnych zalotów.

- Rozgość się, Niko - westchnęła bez entuzjazmu.

- Masz kieliszki? Kupiłem wino - powiedział, rozpinając skórzaną kurtkę.

Spojrzała na niego i nagle stanęła jak zaczarowana. Patrzyła na swojego gościa, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa.

- O co chodzi Mati? - Zapytał z lekkim zdziwieniem.

- Skąd masz tę koszulkę? - Wyszeptała niemal bezgłośnie.

Nikodem spojrzał zdziwiony na swój czarny t-shirt z charakterystycznym napisem Metallica.

- To moja ulubiona. Jestem fanem - odpowiedział beztrosko.

- Nigdy cię w niej nie widziałam?

- Naprawdę? Może się nie złożyło, ale o co chodzi? Nie lubisz heavy metalu?

- Lubię.

- To o co chodzi?

- To był ulubiony zespół Jacka. Miał mnóstwo takich koszulek...

- Nie wiedziałem... - Nikodem wyraźnie się zmieszał - jeśli wolisz, abym zmienił ubranie...

- Nie trzeba. Zapomnij. Dawaj to wino - Mati rzuciła mu zrezygnowane spojrzenie i smutny uśmiech. Miała dość dzisiejszego dnia. Pomyślała, że jedynym wyjściem w tej sytuacji będzie zapomnienie utopione w alkoholu.

Nikodem stanął przed nią i podał jej z uśmiechem kieliszek z winem o głębokiej, ciemnoczerwonej barwie. Matylda wypiła zawartość kieliszka niemal jednym haustem. Miała nadzieję, że Nikodem zrozumie, że jedyne towarzystwo, na jakie ona teraz ma ochotę, to alkohol i poduszka.

Chwilę rozmawiali, ale rozmowa wyraźnie się nie kleiła. Nikodem usilnie starał się ją zainteresować swoimi opowieściami o ostatnich wakacjach. Bez rezultatu. Słuchała jednym uchem, bez zainteresowania. Dolał jej kolejny kieliszek wina.

- Coś ci pokażę - zaproponował, wstając. Podszedł do przedpokoju, szukając czegoś w kieszeni swojej kurtki.

Matylda była oszołomiona zbyt dużą ilością wina, które wypiła zdecydowanie zbyt szybko. Zakręciło jej się w głowie. Obraz przed oczami pociemniał, wszystko wydawało się zamglone i nierealne. Takie odległe i nierzeczywiste.

Spojrzała na swojego gościa stojącego w półmroku w przedpokoju. Koszulka z ulubionym zespołem Jacka i nowa fryzura Nikodema sprawiły, że przez chwilę poczuła, jakby Jacek wrócił, jakby był tu teraz z nią. Ogarnęło ją dziwne, nieoczekiwane poczucie szczęścia. Niemal euforia. Od dawna nie czuła się tak szczęśliwa, jak w tej chwili. Obraz przed oczami się rozmazał, nie wiedziała czy to z powodu łez, które napłynęły jej do oczu, czy może z tego dziwnego, niczym nieuzasadnionego poczucia szczęścia.

- Mati? - Mężczyzna stojący w półmroku w przedpokoju powoli zbliżał się do niej, jakby we śnie. Sunął w jej stronę, uśmiechając się i wyciągając do niej rękę, jakby ją zapraszał w swoje objęcia. Poczuła, że pragnie się w nich znaleźć, że znajdzie w nich ukojenie, a kiedy on już zamknie ją w swoich objęcia ból zniknie. Zbliżył się do niej tak blisko, że mogła go dotknąć, przytulić.

- Wróciłeś do mnie... - szeptała dramatycznie między kolejnymi pocałunkami.

- Wróciłem... - mruczał jej do ucha, całując płomiennie i niecierpliwie, zrzucając z niej ubrania.

Sam również zdjął t-shirt i odrzucił go na bok. Matylda błądziła rękami po jego ciele, jakby szukała tam znajomego dotyku, którego już od dawna nie czuła. Jej palce natrafiły na długą bliznę na jego piersi. Na krótką chwilę przyszło otrzeźwienie.

- Co ci się stało? Nie miałeś tego... ty... ty nie jesteś Jacek! - Odepchnęła go niemal z odrazą.

- Jestem... - przyciągnął ją z powrotem do siebie, próbując pocałować.

- Zostaw mnie! Natychmiast mnie zostaw! - Odepchnęła go znowu.

Chwycił ją za oba nadgarstki i ponownie przyciągnął do siebie. Przyłożył jej dłonie do długiej blizny na swojej piersi.

- Jacek jest przy tobie. Jego serce jest przy tobie. Tak, jak powiedziała wróżka. Dostałem je wraz z miłością do ciebie.

- Co? Co ty bredzisz?

- Dostałem serce Jacka. Uratował mi życie. Od tamtej chwili czuję, że kocham cię najbardziej na świecie. Musiałem cię odnaleźć... i odnalazłem. Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, wiedziałem, że to ty. Nie potrzebowałem żadnego potwierdzenia. Jego serce powiedziało mi, że cię odnalazłem.

Matylda patrzyła na niego nieprzytomnym wzrokiem. Nie była pewna czy to co się dzieje to sen czy rzeczywistość.

- To niemożliwe...

- Możliwe. Gdyby nie było możliwe, nie byłoby mnie tutaj z tobą.

Matylda tak bardzo chciała, aby to była prawda. Tak bardzo chciała mu wierzyć. Delikatnie dotknęła palcami blizny. Przyłożyła twarz do piersi, za którą biło serce jej ukochanego Jacka.

- Wróciłeś do mnie - szepnęła oszołomiona.

- Jesteś moim nieuniknionym przeznaczeniem - szepnął, odgarniając delikatnie jej włosy. Musnął kciukiem jej policzek tak delikatnie, jakby był wyjątkowo kruchy, jakby bał się, że jego dotyk zrobi jej krzywdę - uwielbiam twoją delikatną skórę. Jesteś tak ulotna i delikatna, jak poranna mgła. Mam wrażenie, że kiedy cię dotykam zaraz się rozpłyniesz. Kiedy okazuje się, że jednak mogę cię dotknąć, poczuć twoją obecność, mam wrażenie, że dotykam jakiejś nierzeczywistej, ulotnej istoty. Dlatego kiedy jestem z tobą czuję się jakbym był w niebie - szeptał jej do ucha między jednym a drugim pocałunkiem.

Matylda, czy to z powodu nadmiaru alkoholu, czy emocji i zmęczenia, odpłynęła. Nikodem stał nad nią prawie nagi, przyglądając się jej delikatnemu ciału.

Nie tak to miało się skończyć. Dzisiaj wreszcie miało się spełnić jego marzenie. Ona, miała być jego. Niestety chyba przesadził, podając jej zbyt dużo alkoholu. Ona teraz spała, a on? Ma sobie pójść, czy zostać?

Wyjrzał przez okno. Było już całkiem ciemno. Wyszedł na balkon. Przenikliwe zimno otulało jego nagi tors. Spojrzał w dół. Gdzieś poniżej dojrzał na chodniku znajomą sylwetkę mężczyzny. On stał i patrzył. Obserwował. Nikodem uśmiechnął się z wyższością. Przyłożył dwa palce do głowy i zasalutował postaci stojącej na dole pod blokiem. Czuł się wygrany. To on ją zdobył. Nie Maks.

Maks odszedł powoli, nie oglądając się za siebie.

Nikodem, patrząc na jego przygarbioną, oddalającą się sylwetkę, poczuł się zwycięzcą. Tym razem to on wygrał. Jednak smak zemsty jest słodki, jak dojrzały granat. Krzywdy zostały wyrównane.

Rozdział 15

Matyldę obudził rozdzierający ból głowy, tak ostry, jakby ktoś wbijał jej w skronie rozżarzone igły. Powoli otworzyła oczy, lecz natychmiast je zamknęła. Wpadające przez okno światło słoneczne raziło ją tak bardzo, że niemal sprawiało fizyczny ból. Próbowała podnieść głowę, ale upiorny ból przybił ją z powrotem do poduszki.

Chcąc zasłonić się przed światłem, sięgnęła ręką w stronę poduszki - ale jej dłoń natrafiła na coś, a raczej kogoś. Coś obcego. Ciepłe, nagie ciało.

Gwałtownie odwróciła głowę, nie zważając na ból. Obok niej, w jej łóżku, spał Nikodem, nagi, z ramieniem rzuconym swobodnie na jej poduszkę.

Zerwała się gwałtownie i usiadła na łóżku opierając się o wezgłowie, podkulając nogi. Z przerażeniem patrzyła na nagiego mężczyznę śpiącego obok niej. Nie mogła sobie przypomnieć, co tu się wydarzyło. Serce waliło jej jak oszalałe, a w głowie krążyły urywki wspomnień z poprzedniego wieczoru: czerwień wina, ciężar jego spojrzenia, szeptane słowa i blizna. Blizna na piersi Nikodema.

Ogarnęło ją przerażenie i wstyd.

- Jezu... co ja zrobiłam? - Wyszeptała drżącym głosem.

Nie mogła uwierzyć, że poszła do łóżka z Nikodemem. Nie mogła zrozumieć dlaczego to zrobiła.

- Jezu, co się ze mną dzieje? - Jęknęła.

- Dzień dobry, kochanie - usłyszała zaspany głos i poczuła jak obca ręka mocno ją obejmuje.

Zamarła. Naciągnęła na siebie kołdrę, jak tarczę, próbując się zakryć jak najciaśniej.

- Co ty tu robisz? - Spytała ze strachem w głosie.

Nikodem spojrzał na nią zaskoczony. Przysunął się do niej bliżej. Bez słowa wziął jej dłoń i przyłożył do blizny na swojej piersi.

- Nie pamiętasz? - Spytał cicho.

- Nie bardzo... czemu śpisz w moim łóżku? Czy my... no wiesz...

Zaśmiał się w głos.

- Byłem, aż tak kiepski, że zapomniałaś?

- Nie żartuj sobie! - Zdenerwowała się. Poczuła, jak jej twarz płonie od wstydu i gniewu.

- Żałowałabyś? - Spytał, mrużąc oczy, ale jego głos był miękki, prawie smutny.

Matylda nie odpowiedziała. Nie chciała mu sprawiać przykrości, ale tak żałowałaby. Cisza, jak zapadła w sypialni stała się nieznośna.

- Wiedziałem, że nie jesteś jeszcze gotowa - powiedział po chwili - ostatecznie nic się nie wydarzyło. Długo rozmawialiśmy. Chciałem... ale ty się wycofałaś. Nie pamiętasz?

- Coś mi świta, ale nie wiem, czy to było prawdziwe... nie wiem, co się ze mną dzieje... - Mati była skołowana.

- Nie martw się. To stres, wzruszenie. Nic złego się nie dzieje. Zaopiekuję się tobą - powiedział, całując ją delikatnie w czoło - wszystko będzie dobrze - obiecał z rozbrajającym uśmiechem.

Matylda siedziała nieruchomo. W sercu miała pustkę i niepokój. Z jednej strony czuła ulgę, że nie doszło do czegoś więcej. Z drugiej - ta blizna, jego słowa z wczoraj. Czy to była prawda? Patrzyła na niego z mieszanymi uczuciami. Czuła się winna, że niemal przespała się z mężczyzną, który nie był jej ukochanym Jackiem, ale z drugiej strony czy na pewno nim nie był? Był tak do niego tak podobny, zwłaszcza kiedy zmienił fryzurę, i ta blizna... on chyba mówił coś o jego sercu. O tym, że ono jest cały czas z nią, że ją nadal kocha.

- Czy ja dobrze pamiętam? Powiedziałeś, że... że masz serce Jacka?

Nikodem przysunął się do niej i czule pogłaskał ją po twarzy.

- Tak. Przeszczepiono mi jego serce.

- Skąd o tym wiesz? Przecież dawcy i biorcy się nie znają.

- Nie potrafię tego wyjaśnić. Po prostu kiedy cię zobaczyłem pierwszy raz... na twoim telefonie było zdjęcie. Twoje i Jacka. Patrzyłem na nie i miałem wrażenie, że patrzę na siebie. W tej jednej chwili poczułem, że cię kocham.

- Przestań wciskać mi jakieś bzdury! - Matylda zerwała się ze złością z łóżka.

Nikodem chwycił ją za rękę i powstrzymał.

- Mati, wiem, jak to brzmi. Wtedy też myślałem, że zwariowałem. To uczucie nie dawało mi spokoju. Zacząłem szukać, drążyć. Swoimi kanałami dowiedziałem się od kogo mam serce. zacząłem szukać informacji o Jacku... i tak wróciłem do ciebie. Wtedy zrozumiałem, że nasze pierwsze spotkanie nie było przypadkowe. To przeznaczenie.

- Ty naprawdę w to wierzysz?!

- A ty? Naprawdę uważasz, że to tylko zbieg okoliczności? Spotykamy się, ja mam serce twojego Jacka. A to wszystko to tylko ślepy los? Jakie jest prawdopodobieństwo naszego spotkania? To, że nasze drogi się splotły ze sobą, to musi być robota czegoś potężniejszego... lub kogoś.

Matylda zamilkła, drżąc.

- Próbujesz mi wmówić, że to Jacek gdzieś z zaświatów próbuje nas zeswatać?

Nikodem zbliżył się do niej jeszcze bardziej, głos miał niższy, bardziej zdecydowany.

- A jak inaczej to wyjaśnisz? Może on widzi jak cierpisz. Może dlatego ja tutaj jestem. Może... jego serce mnie tu przyprowadziło.

Matylda nie wiedziała, co myśleć. Chciała płakać. Krzyczeć. Uciec. Ale nie mogła się ruszyć. Przecież to było niemożliwe. Z drugiej strony tak bardzo chciała, żeby jednak to było prawdą.

- I dlatego próbujesz wyglądać jak on?

- Nic nie poradzę, że jestem do niego podobny. Po tym jak cię poznałem i zrozumiałem, co się dzieje. Poczułem, że muszę zrobić kilka rzeczy, o których wcześniej nawet nie myślałem.

- Jakich rzeczy?

- Na przykład polubiłem jazdę motorem, zaczęły mi się podobać piosenki, które wcześniej niekoniecznie przypadały mi do gustu.

- Metallica?

- Metallica - potwierdził z uśmiechem - ja też tego na początku nie rozumiałem, ale teraz to składa się w jedną logiczną całość.

- To nie ma sensu...

- Ma. Jeśli tylko przestaniesz się tego bać.

Nikodem uśmiechnął się nagle lekko, jakby z ulgą.

- Musi być jakieś inne wytłumaczenie.

- Nie ma innego wytłumaczenia - oznajmił zdecydowanie, całując ją w policzek - zostań w łóżku. Zrobię ci pyszne śniadanie - powiedział podekscytowany, wciągając z uśmiechem spodnie.

Zawahał się na chwilę przed wyjściem z sypialni. Odwrócił się do niej.

- Mati? Myślisz, że Kuba to rozumie?

- Kuba? Co zrozumie?

- No, że my...

- Nie rozumiem...

- No chodzi o to, czy pozwoli ci odejść, czy pozwoli abyśmy byli razem.

- Razem?

- Mati - Nikodem podszedł do niej bliżej i usiadł na łóżku obok niej - teraz, kiedy cię już odnalazłem... kiedy odnalazło cię serce, które zawsze cię kochało. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie... moje serce... serce Jacka nie pokocha już nikogo innego. Myślę, że Kuba jednak nie pogodzi się z waszym rozstaniem...

- Kuba? Z rozstaniem? O czym ty mówisz?

- No, jesteście razem przecież...

- Nie! Skąd ci to przyszło do głowy?

- No, widziałem go tu u ciebie bez spodni... i on tak nerwowo reaguje na mnie. Myślę, że on czuje, że my jesteśmy sobie przeznaczeni.

- Chyba coś źle zrozumiałeś. Ja i Kuba nie jesteśmy razem. On jest z Martą. Kuba jest dla mnie jak brat. Od dzieciństwa razem się wychowywaliśmy.

- Jesteście rodziną?

- Nie, to znaczy tak, to znaczy nie jesteśmy spokrewnieni, ale kiedy zmarł mój tata jego rodzice pomagali mojej mamie i mnie.

Był wyraźnie zaskoczony, tym co powiedziała mu Matylda.

- Myślałem, że... czemu mi wcześniej nie powiedziałaś?!

- Dlaczego miałabym ci o tym mówić?

- No, tak, masz rację. Zapomnijmy o tym - powiedział, wstając.

Matylda została sama. Kręciło jej się w głowie. Nie dość, że fizycznie nie czuła zbyt dobrze, to jeszcze to wszystko co powiedział jej Nikodem było tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne, a jednocześnie przerażające. A może... może on ma rację? Sama nie wiedziała.

To wszystko było zbyt nierealne. A jednak, kiedy zamykała oczy, widziała tę bliznę. Czuła bicie serca. Może naprawdę to było możliwe?

Może to serce nadal należało do niej. Tylko już nie w tym samym ciele.

.Rozdział 16

Nikodem właśnie nalewał kawę do filiżanki. Był przeszczęśliwy. Jego relacja z Matyldą rozwijała się po jego myśli. Po nocy spędzonej razem, został u niej. Pozwoliła mu na to. Nie kazała już iść. Wszystko było na dobrej drodze.

- Jednak wstałaś? Mówiłem przecież, żebyś odpoczęła. Ja się wszystkim zajmę - uśmiechnął się do niej ciepło.

- Przecież muszę iść do pracy.

- Zapomniałaś? Dziś jest święto. Mamy wolne.

- Ach tak... faktycznie. Jakoś nie najlepiej się czuję. Może to wczorajsze wino mi zaszkodziło.

- To nic, kochanie. Zaopiekuję się tobą - podszedł do niej i objął ją czule.

Jego nagi tors był ciepły i uspokajający, a zarazem wywoływał w niej wewnętrzne napięcie i nieuchwytny niepokój. Nie potrafiła określić, czy to zawstydzenie, czy może coś głębszego. Z jednej strony czuła się nieswojo, a z drugiej - czuła potrzebę bliskości.

- Niko?

- Tak?

- Jak to się stało?

- Co?

- To - pogładziła delikatnie palcem bliznę na jego piersi.

- Mówiłem ci już. Nie pamiętasz?

- Nie wiem... coś dziwnego ze mną się dzieje.

- To na pewno chwilowe. Nie martw się, a wracając do tematu: zachorowałem. Po śmierci brata i mamy załamałem się. Najpierw brałem coś na uspokojenie, aby nie pamiętać, potem potrzebowałem coraz bardziej mocniejszych specyfików, aż w pewnym momencie zorientowałem się, że jestem uzależniony.

Spojrzał w bok, jakby czuł się zawstydzony.

- Potem okazało się, że jestem poważnie chory. Jedynym wyjściem okazał się przeszczep serca. Czułem się fatalnie. Czekałem już tylko na śmierć. Swoją lub cudzą. Świadomość, że ja przeżyję tylko wtedy gdy umrze ktoś inny, mnie dobijała. I w końcu przyszedł ten dzień. Dowiedziałem się, że dostanę czyjeś serce. I dostałem to, które cię kochało i nadal kocha - wziął jej dłoń i przyłożył do swojej piersi z niemal nabożną czułością.

- Jak się dowiedziałeś, że to Jacek... że to od niego? Przecież nie można ot tak tego sprawdzić.

- Nie można, ale kiedy się czegoś bardzo chce... - uśmiechnął się tajemniczo z błyskiem w oku, którego wcześniej w nim nie znała.

- Jak to zrobiłeś?

- Na początku dowiedziałem się, że serce pochodzi od młodego mężczyzny. Potem dowiedziałem się, że tego dnia zginął młody motocyklista. Wystarczyło połączyć fakty. Swoimi ścieżkami ustaliłem, że w tym dniu były tylko dwa przeszczepy serca, z czego tylko jeden od mężczyzny, drugi od kobiety. To było oczywiste, że otrzymałem serce Jacka. Potem czułem, że muszę odszukać kogoś, kto był mu bardzo bliski. Nie wiedziałem jeszcze kogo, ale wiedziałem, że muszę to zrobić. Później kiedy cię spotkałem, już wiedziałem, że to ty. Serce mi to podpowiedziało.

Matylda nic nie mówiła. Nie mogła, mimo, że bardzo chciała. Gardło miała ściśnięte, a oczy zaszklone. Głos uwiązł jej w gardle. Wzruszenie dławiło ją w piersiach. Coś co wydawało się niemożliwe, stało się osiągalne. Siedział przed nią ktoś, kto był prawie Jackiem, kimś kto kocha ją tak jak on, jej ukochany, za którym tęskniła każdego dnia.

Magiczny moment zepsuło mocne i niecierpliwe walenie do drzwi.

- Nie otwieraj! - Nikodem chwycił ją za rękę, próbując zatrzymać ją na miejscu.

- To chyba coś ważnego, bo... sam słyszysz - Matylda wskazała wzrokiem na przedpokój, z którego dochodziło nerwowe walenie do drzwi.

Delikatnie uwolniła swoją dłoń z jego uścisku i poszła otworzyć niecierpliwemu gościowi.

Za drzwiami stał Maks. Wyglądał jak chmura gradowa: roztrzęsiony, blady, z oczyma rozpalonymi gniewem.

- Ubieraj się! - Warknął bezceremonialnie - musimy jechać!

Wpadł do jej mieszkania, jak do siebie. Chwycił bluzkę leżącą niedbale na fotelu i rzucił w nią ze złością. Udawał, że nie widzi półnagiego Nikodema siedzącego w salonie.

- Zakładaj to! Jedziemy! - Warknął.

- Na miłość Boską, Maks co się z tobą dzieje? - Spytała zaskoczona jego zachowaniem.

Nagle poczuła ogromną irytację z powodu zachowania Maksa, który tak bezpretensjonalnie przerwał coś bardzo dla niej ważnego, coś magicznego.

- Co się ze mną dzieje?! - Wrzasnął - co się z tobą dzieje?! Gzisz się tutaj z tym... - rzucił wściekłe spojrzenie Nikodemowi.

- Jak śmiesz?! - Matylda zadrżała z oburzenia.

- Kuba jest w szpitalu! W ciężkim stanie! Nie wiadomo czy przeżyje! - Przerwał jej bez ogródek.

- Co?! Jak to?! Co się stało?! - Złość na Maksa nagle ustąpiła niedowierzaniu. Matylda nie mogła się pozbierać po tej wiadomości.

Zrobiło jej się ciemno przed oczami. Nie dość, że nie czuła się najlepiej, to teraz jeszcze ta okropna wiadomość. Nie mogła zebrać myśli.

- Co się stało? - Spytała cicho, a kolana ugięły się pod nią. Miała wrażenie, że traci grunt pod nogami..

Spojrzała na Maksa. Widziała w jego oczach ogromny ból. Miała wrażenie, że w tej chwili nie ma niczego wokół nich. Tylko oni dwoje. Zapomniała o Nikodemie i całej reszcie.

- Ktoś go napadł wczoraj w parku. Został dźgnięty nożem. Dwa milimetry brakowało, aby... - powiedział cicho i już całkiem bez agresji.

- Boże, dlaczego? Dlaczego ktoś to zrobił? - Matylda ocierała łzy, jednocześnie ubierając się w pośpiechu.

- Nie wiadomo. Całe szczęście znalazł go tam jakiś starszy człowiek, który wyszedł na spacer z psem. Na szczęście to był emerytowany lekarz. Wiedział co robić. Gdyby nie to... albo gdyby przyszedł tam kilka chwil za późno...

- Gdzie Marta? Co z nią? - Mati nie poznawała swojego głosu.

- Jest w szpitalu przy Kubie.

- Jedźmy tam! Natychmiast! - Matylda zaczęła chaotycznie zbierać swoje rzeczy, kierując się do wyjścia.