Piętro nadwyrężonych serc - Antek Parzychowski

-
Proszę czekać

Re­gi­na

1.

Nie­sa­mot­ność bez po­two­ra

Sa­mot­ność to po­ję­cie względ­ne. We­dług de­fi­ni­cji do­stęp­nej w In­ter­ne­cie to stan od­czu­wa­nia izo­la­cji spo­łecz­nej i po­czu­cie od­cię­cia od in­nych. Ale czy lu­dzie sa­mi ją wy­bie­ra­ją czy są przez nią za­gar­nia­ni? Ha, no wła­śnie!

W prze­strze­ni krą­ży wie­le twa­rzy sa­mot­no­ści, któ­re przy­cho­dzą w naj­róż­niej­szych mo­men­tach na­sze­go ży­cia. Mo­że być na­gła, spo­wo­do­wa­na czy­jąś stra­tą. Po­wol­na, wkra­da­ją­ca się do naj­głęb­szych za­ka­mar­ków du­szy, otwie­ra­na klu­czem cho­ro­by psy­chicz­nej, naj­czę­ściej de­pre­sji. Zda­rza się też tym­cza­so­wa, nie­zbęd­na do na­ła­do­wa­nia ba­te­rii spo­łecz­nej po ca­łym dniu spę­dzo­nym wśród lu­dzi. I ostat­nia, z wy­bo­ru, bo in­dy­wi­du­alizm wy­da­je się du­żo bar­dziej po­cią­ga­ją­cy od na­ra­ża­nia się na bez­u­stan­ne speł­nia­nie czy­ichś ocze­ki­wań, pra­gnień, ma­rzeń...

Ja krą­ży­łam gdzieś mię­dzy sa­mot­no­ścią a nie­sa­mot­no­ścią. Mia­łam sześć­dzie­siąt czte­ry la­ta i nie czu­łam się ani sa­mot­na, ani nie­sa­mot­na.

Nie śmia­łam na­rze­kać na brak roz­mów. Mia­łam du­żą ro­dzi­nę, któ­ra od­wie­dza­ła mnie re­gu­lar­nie. Świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia nie spę­dza­łam na sto­łów­ce wśród in­nych sa­mot­nych se­nio­rów po­zo­sta­ją­cych pod opie­ką fun­da­cji cha­ry­ta­tyw­nej. Bli­scy dzwo­ni­li, chcie­li się łą­czyć na ja­kichś ka­mer­kach. Zu­peł­nie nie by­łam w sta­nie przy­swo­ić tej wie­dzy, mi­mo że mój wnu­czek Ma­te­usz wie­lo­krot­nie in­stru­ował mnie, jak z te­go ko­rzy­stać, gdy wi­dy­wa­li­śmy się na co­ty­go­dnio­wych obia­dach.

Sta­rość rzą­dzi się swo­imi pra­wa­mi i są­dzi­łam, że nie mu­szę go­nić za tech­no­lo­gicz­ny­mi no­win­ka­mi. Już wy­star­czy, że za­opa­trzy­łam się w do­ty­ko­wy te­le­fon BEZ KLA­WIA­TU­RY. Fi­gu­ro­wa­łam w sie­ci ja­ko sta­rusz­ka z ak­tyw­nym kon­tem na Fa­ce­bo­oku, a Ma­te­usz ostat­nio na­mó­wił mnie, że­bym za­in­sta­lo­wa­ła tak­że Tik­To­ka. Nie do koń­ca ro­zu­mia­łam, ja­ki jest cel tej apli­ka­cji. Ale we­dług po­le­ceń wnu­ka na­ci­ska­łam w od­po­wied­nią ikon­kę na wy­świe­tla­czu, kie­dy tyl­ko w te­le­wi­zji na­stę­po­wał prze­stój cie­ka­wych se­ria­li, za­kor­ko­wa­ny ma­są pro­gra­mów in­for­ma­cyj­nych. Oglą­da­łam śmiesz­ne fil­mi­ki, do­pó­ki po­now­nie nie roz­po­czę­ła się emi­sja re­ali­ty show war­te­go mo­jej uwa­gi. Tre­ści na Tik­To­ku nie prze­wyż­sza­ły elo­kwen­cją pro­gra­mów w te­le­wi­zji i co rusz na­wie­dza­ły mnie zna­ne twa­rze z po­li­ty­ki. Mu­sia­łam wy­słu­chi­wać ich pod­nio­słych ty­rad al­bo nie­zgrab­nych wpa­dek. Za to w wia­do­mo­ściach naj­czę­ściej nada­wa­li to sa­mo, więc by­ła­bym hi­po­kryt­ką, gdy­bym mia­ła coś prze­ciw­ko.

Ma­te­usz po­wie­dział mi ostat­nio, że po­win­nam za­cząć na­gry­wać fil­mi­ki, ko­men­tu­jąc ocza­mi eme­ryt­ki to, co dzie­je się w świe­cie po­li­ty­ki. Ka­za­łam mu się puk­nąć w czo­ło i za­jąć się na­gry­wa­niem wła­snych wi­deo. Po pierw­sze, pre­zen­to­wa­łam się ma­ło wy­ględ­nie i by­łam nie­fo­to­ge­nicz­na. Oba­wia­łam się, że na wi­dok mo­jej su­cho­ty i zmar­cho­ty In­ter­net mógł­by usu­nąć Tik­To­ka. A po dru­gie, nie­wąt­pli­wie, le­piej od­naj­do­wa­łam się w ro­li wspie­ra­ją­cej bab­ci, na­tar­czy­wie laj­ku­ją­cej na­gra­nia swo­je­go wnu­ka.

Ma­te­usz śpie­wał nad wy­raz pięk­nie. By­łam prze­ko­na­na, że sam fakt by­cia je­go bab­cią nie uj­mo­wał mo­jej obiek­tyw­no­ści. Choć gdy­by fak­tycz­nie śpie­wał nie­co go­rzej, dla mnie i tak miał­by naj­pięk­niej­szy głos na świe­cie, lep­szy na­wet od Gór­niak czy Cu­gow­skie­go. Za­wsze sta­ra­łam się wstu­kać pal­cem wska­zu­ją­cym kil­ka cie­płych słów pod je­go naj­now­szym wy­ko­na­niem. Twier­dził, że im wię­cej wpi­sów uzy­ska, tym le­piej dla je­go za­się­gów czy ja­koś tak... Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że w tych nie­cie­ka­wych cza­sach, peł­nych prze­sy­tu i ni­ja­ko­ści, trud­no jest wyjść przed sze­reg i wy­róż­nić się na tle tłu­mu. Ale ja wie­dzia­łam, że Ma­te­uszo­wi kie­dyś się uda i nie­ba­wem uj­rzę go na fe­sti­wa­lu w Opo­lu al­bo w So­po­cie... Ach, jak bar­dzo by­ła­bym wte­dy szczę­śli­wa! I jak gło­śno krzy­cza­ła­bym, sie­dząc na try­bu­nach ra­zem z Ane­tą, je­go mat­ką. Z pew­no­ścią nie po­zwo­li­ła­bym na prze­pusz­cze­nie ta­kiej spo­sob­no­ści, a po­dzi­wia­nie suk­ce­su Ma­te­usz­ka z per­spek­ty­wy ka­na­po­we­go wi­dza nie wcho­dzi­ło­by w grę - ząb cza­su nie ze­skro­bał jesz­cze do cna mo­jej ży­wot­no­ści.

Wra­ca­jąc do sa­mot­no­ści i nie­sa­mot­no­ści... Kie­dyś ko­cha­łam ca­łą so­bą. Ży­wi­łam się wów­czas nie­zbi­tym prze­ko­na­niem, że sa­mot­ność za­pło­nie nad mo­ją gło­wą tyl­ko wte­dy, gdy uko­cha­na oso­ba uśnie na wie­ki. Ale po­my­li­łam się, bo ona ode­szła ode mnie, wciąż ży­jąc. A ka­wa­łek mo­je­go ser­ca od­szedł wraz z nią...

Po­tem po­zna­łam mo­je­go mę­ża, oj­ca Ane­ty. Był okrut­nym part­ne­rem. Bił mnie, po­ni­żał, za­ka­zy­wał pra­co­wać. Nie chcę wspo­mi­nać, że pił, bo to sztam­po­wy i okle­pa­ny mo­tyw, re­gu­lar­nie go­dzą­cy w więk­szość męż­czyzn uro­dzo­nych przed dwu­ty­sięcz­nym, ale ta­kie wła­śnie by­ły fak­ty. Pił i spra­szał do na­sze­go do­mu ko­le­gów, pi­jacz­ków spod lo­kal­ne­go skle­pi­ku. Z po­cząt­ku ich spo­ra­dycz­ne spo­tka­nia w na­szym sa­lo­nie nie do­strze­ga­łam zna­mion cho­ro­by al­ko­ho­lo­wej. Na­wet przez pe­wien czas sta­ra­łam się przy­my­kać oczy, kie­dy ko­le­dzy mo­je­go mę­ża wy­cho­dzi­li, a on le­d­wo sła­niał się na no­gach. Nie ob­cho­dzi­ły mnie je­go pro­cen­to­we in­kli­na­cje. Dba­łam je­dy­nie o to, że­by sied­mio­let­nia Ane­ta sie­dzia­ła za­mknię­ta w swo­im po­ko­ju i ba­wi­ła się ulu­bio­ny­mi lal­ka­mi. Za­le­ża­ło mi tyl­ko na tym, aby nie sły­sza­ła.

Po­kor­nie opo­rzą­dza­łam mo­je­go mę­ża. My­łam go, pa­rzy­łam mu cie­płą her­ba­tę i kła­dłam do łóż­ka. Wcze­śniej zda­rzy­ło mu się na­zna­czyć mo­ją skó­rę ak­tem wła­snej bru­tal­no­ści. Mi­mo to głę­bo­ko za­ko­rze­nio­na po­win­ność na­ka­zy­wa­ła mi po­zo­sta­wać po­słusz­ną żo­ną i le­pić na­sze ży­cie na kształt wła­ści­we­go. Nie mo­głam po­zwo­lić na wy­kwit­nię­cie ko­lej­ne­go si­nia­ka, że­by Ane­ta ni­cze­go nie za­czę­ła po­dej­rze­wać.

Sy­tu­acja ule­gła zmia­nie pew­ne­go wie­czo­ru, kie­dy cór­ka za­pro­si­ła na noc dwie ko­le­żan­ki z kla­sy. Dzień wcze­śniej po­pro­si­łam mę­ża, że­by ten je­den raz wstrzy­mał się z al­ko­ho­lo­wy­mi li­ba­cja­mi i, je­śli mu­si, spę­dził ten wie­czór u jed­ne­go ze zna­jo­mych. Jed­nak on mnie nie po­słu­chał. Al­ko­hol za­wład­nął je­go umy­słem tak sil­nie, że przy­sło­nił mu prio­ry­te­ty - uczu­cia do wła­sne­go dziec­ka. Nie zwa­żał na Ane­tę ani na jej po­trze­by... Nie za­uwa­żył, że za­pro­si­ła ró­wie­śnicz­ki pierw­szy raz od wie­lu mie­się­cy. Li­czy­ła pew­nie, że na je­den wie­czór bę­dzie w sta­nie za­po­mnieć o du­szą­cej at­mos­fe­rze pa­nu­ją­cej w na­szym do­mu. Nie po­zwo­lił jej na to...

Jak zwy­kle przy­był do do­mu z włó­czę­gow­skim ele­men­tem, licz­niej­szym niż za­zwy­czaj. By­łam prze­ra­żo­na. Świa­do­ma fak­tu, że na gó­rze na­sza cór­ka ba­wi się ze swo­imi ko­le­żan­ka­mi, mu­sia­łam coś zro­bić. Wie­dzia­łam, że nie mo­gę do­pu­ścić do sy­tu­acji, w któ­rej Ane­ta bę­dzie się wsty­dzić te­go, w ja­kim do­mu ży­je. Wsty­dzi­ła­by się prze­cież nas... Wsty­dzi­ła­by się mnie.

Po­pro­si­łam mę­ża, że­by prze­niósł im­pre­zę na dół. Za­pew­nia­łam, że na bie­żą­co bę­dę im do­no­sić zim­ny al­ko­hol. Nie zgo­dził się, twier­dząc, że to nie me­li­na, że­by sie­dzieć z ko­le­ga­mi w śmier­dzą­cej piw­ni­cy. Roz­sie­dli się wy­god­nie i, jak co wie­czór, za­czę­li opróż­niać pierw­szą bu­tel­kę wód­ki. Po­my­śla­łam, że je­śli bę­dą za­cho­wy­wać się względ­nie ci­cho, Ane­ta i jej ko­le­żan­ki nie bę­dą chcia­ły scho­dzić na dół, do sa­lo­nu. Rze­czy­wi­ście by­ło w mia­rę spo­koj­nie. Stę­chłe po­wie­trze prze­le­wa­ło się bez­sze­lest­nie przez szpa­ry mię­dzy ścia­na­mi, wię­znąc na par­te­rze, w zu­ży­tych kie­lisz­kach i w źre­ni­cach lśnią­cych rau­szem. Aż do mo­men­tu wy­chy­le­nia pierw­szej pół­li­trów­ki... Póź­niej ra­dio za­grzmia­ło, a wo­kal­ne beł­ko­ty roz­pro­szy­ły ilu­zję spo­ko­ju.

Śmie­chy dziew­czy­nek na gó­rze ustą­pi­ły. Na myśl, że Ane­ta pew­nie mu­sia­ła tłu­ma­czyć, kto i dla­cze­go tak ha­ła­su­je, zro­bi­ło mi się przy­kro. Po­czu­łam, że za­wo­dzę ja­ko mat­ka. Złość za­czę­ła we mnie na­ra­stać, przy­sła­nia­jąc mo­je wcze­śniej­sze zdro­wo­roz­sąd­ko­we od­ru­chy za­stra­szo­nej żo­ny.

Nie chcąc prze­szka­dzać mę­żo­wi pod­czas mę­skie­go wie­czo­ru, po­de­szłam do nie­go dys­kret­nie, ob­ję­łam je­go szy­ję i grzecz­nie szep­nę­łam do ucha, czy mógł­by ści­szyć ra­dio. Par­sk­nął mi w twarz odo­rem al­ko­ho­lu, twier­dząc, że je­go ko­le­dzy fan­ta­stycz­nie się ba­wią i ski­nął gło­wą w stro­nę chwiej­nych, nie­udol­nych tan­ce­rzy. Przy­glą­dał im się z ta­ką du­mą i ra­do­ścią... Ja wręcz prze­ciw­nie - z obrzy­dze­niem i nie­na­wi­ścią.

Po­rzu­ca­jąc wszel­kie na­dzie­je na po­ko­jo­we roz­wią­za­nie spra­wy, mu­sia­łam in­ter­we­nio­wać. Dla cór­ki.

Kie­dy blat sto­łu sta­no­wił już prze­zro­czy­ste ba­jo­ro roz­la­nej wód­ki, chwy­ci­łam za ku­chen­ną ście­recz­kę i za­czę­łam wy­cie­rać mo­kre drew­no. Przy­kład­na go­spo­dy­ni. Kil­ku męż­czyzn sark­nę­ło pod no­sem, że ta­ka żo­na to skarb, ale nie słu­cha­łam. W koń­cu po­sta­no­wi­łam zro­bić to, co do mnie na­le­ża­ło. Idąc w kie­run­ku kuch­ni, aby opłu­kać brud­ną szmat­kę, ce­lo­wo strą­ci­łam bio­drem ra­dio z szaf­ki. Mu­zy­ka uci­chła. Tań­ce usta­ły. Pod­ło­ga prze­sta­ła ję­czeć. By­łam z sie­bie dum­na. Chcia­ło mi się śmiać i pła­kać ze szczę­ścia jed­no­cze­śnie. Ulga trwa­ła tyl­ko przez chwi­lę. Mój mąż za­ci­snął pię­ści i za­czął młó­cić ni­mi o uda. Pod­szedł do mnie roz­wście­czo­ny, na­zy­wa­jąc mnie kur­wą, szma­tą i nie­zda­rą, i zro­bił to, w czym był naj­lep­szy. Ude­rzył mnie, a czer­wo­ne opusz­ki pal­ców wy­tarł o blat, przy któ­rym bie­sia­do­wa­li. Zmył z sie­bie śla­dy zbrod­ni, a jak wy­trzeź­wie­je, to wi­nę pew­nie jak zwy­kle zrzu­ci na wód­kę. Jak­by co­kol­wiek mo­gło go uspra­wie­dli­wić z agre­sji w sta­nie wska­zu­ją­cym.

Spoj­rza­łam na ła­wę, na któ­rej po­now­nie za­czę­ła się two­rzyć ta­fla al­ko­ho­lu, mie­sza­ją­ca się z nie­re­gu­lar­ny­mi kształ­ta­mi mo­jej krwi. Wy­obra­zi­łam so­bie, że re­ki­ny zwa­bio­ne me­ta­licz­ną wo­nią ko­bie­ce­go cier­pie­nia wy­ska­ku­ją znad sto­łu i od­gry­za­ją gło­wy wszyst­kim pi­ja­nym męż­czy­znom. Ra­tu­ją mnie, a ja po­zwa­lam im pić do dna z mo­ich do­tych­cza­so­wych ran, by­le za­po­biec po­wsta­wa­niu świe­żych sznyt na cie­le.

Za­czę­łam pła­kać. Bar­dziej niż zwy­kle. Bez­błęd­nie ode­gra­łam ro­lę ofia­ry. Klę­cząc na ko­la­nach, prze­wier­ca­łam smut­nym wzro­kiem twa­rze spro­szo­nych go­ści. By­li zmie­sza­ni, za­sko­cze­ni zry­wem ich świę­te­go przy­ja­cie­la, nie­ska­zi­tel­ne­go fun­da­to­ra ich co­dzien­nej za­ba­wy przy dar­mo­wym za­pa­sie al­ko­ho­lu. Sta­li przez chwi­lę w bez­ru­chu, nie wie­dząc, gdzie po­dziać oczy. A kie­dy po­ło­ży­łam się plac­kiem na zie­mi i za­czę­łam tu­pać no­ga­mi ni­czym ma­łe dziec­ko, sku­tecz­nie się ulot­ni­li. Mąż po­słał mi tyl­ko mor­der­cze spoj­rze­nie i upłyn­nił się, po­dą­ża­jąc za swo­imi wiel­bi­cie­la­mi. Pew­nie mu­siał im wy­ja­śnić, że to wszyst­ko nie tak, jak im się wy­da­wa­ło.

Wsta­łam, za­nim mo­ja cór­ka i jej ko­le­żan­ki zbie­gły ze scho­dów, zwer­bo­wa­ne ha­ła­sem. Gdy we­szły do sa­lo­nu, świat zno­wu był na swo­im miej­scu, a ja mo­głam zro­bić dla nich ka­kao.

Wte­dy wy­da­wa­ło mi się, że Ane­ta prze­czu­wa­ła, jak bar­dzo jej ta­ta róż­nił się od in­nych, przy­kład­nych oj­ców, a po wie­lu la­tach by­łam te­go nie­mal pew­na. Nie, ni­g­dy mi te­go nie po­wie­dzia­ła. Po pro­stu nie przy­szła na je­go po­grzeb.

Mój mąż zmarł kil­ka lat póź­niej. Nie był do­brym czło­wie­kiem, ale w mo­men­cie na­sze­go po­zna­nia te­go nie wie­dzia­łam. To za je­go ła­god­ne spoj­rze­nie po­ko­cha­łam go po­ło­wą ser­ca, któ­ra mi po­zo­sta­ła. Ale kie­dy pod­niósł na mnie rę­kę po raz pierw­szy, stał się po­two­rem. Od te­go mo­men­tu po­ło­wa mo­je­go ser­ca już tyl­ko usi­ło­wa­ła do koń­ca je­go byt­no­ści dziel­nie trzy­mać się w ry­zach. Zo­sta­jąc wdo­wą, nie czu­łam się zu­peł­nie sa­mot­na - w koń­cu ży­cie z kimś obok, ale w oba­wie o wła­sne zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo, spra­wia, że póź­niej­sza sa­mot­ność po­zo­sta­wio­na przez po­two­ra wy­da­je się uko­je­niem dla du­szy i cia­ła.

2.

Ma­te­usz wy­stą­pi w Opo­lu

Był chłod­ny, je­sien­ny wie­czór. Kil­ka dni po Świę­cie Zmar­łych. Pierw­sze­go li­sto­pa­da nie od­wie­dzi­łam mo­je­go mę­ża na cmen­ta­rzu. Nie prze­pa­da­łam za tłu­ma­mi. A mo­że wca­le nie cho­dzi­ło o bar­dzo du­żą licz­bę lu­dzi, a o to, że po­chło­nę­ło­by mnie tsu­na­mi ich wzro­ku.

Po­je­dyn­cze oso­by w po­śpie­chu skła­da­ją­ce kwia­ty na pły­cie na­grob­nej, aby tyl­ko wy­peł­nić po­win­ność i do­trzeć na ro­dzin­ny obiad przed kor­ka­mi. Pa­ry spa­ce­ru­ją­ce swo­bod­nie mię­dzy alej­ka­mi i za­chwy­ca­ją­ce się wi­do­kiem se­tek ko­lo­ro­wych zni­czy. Ide­al­ne ro­dzi­ny kon­tem­plu­ją­ce w ci­szy, uda­ją­ce po­grą­że­nie w za­du­mie oraz tę­sk­no­tę za bli­ski­mi. Wszy­scy omia­ta­li­by mnie za­tro­ska­nym spoj­rze­niem, po­wta­rza­jąc ze współ­czu­ciem: "Ja­ki smut­ny wi­dok. Star­sza wdo­wa sa­mot­nie opła­ku­ją­ca swo­je­go mę­ża. To mu­sia­ła być pięk­na mi­łość".

Nie wie­dzie­li, że od­wie­dza­łam je­go grób od kil­ku­na­stu lat tyl­ko po to, by nie stać się ta­ką sa­mą be­stią jak on. Be­stią po­zba­wio­ną uczuć i em­pa­tii. Nie ży­czę mu źle, na­praw­dę... Gdzie­kol­wiek jest, niech pie­kło bę­dzie dla nie­go ła­ska­we i nie za go­rą­ce.

Wró­ci­łam z cmen­ta­rza chwi­lę po pięt­na­stej. Zmar­z­łam, po­nie­waż nie wło­ży­łam rę­ka­wi­czek, a au­to­bus spóź­nił się dwa­dzie­ścia mi­nut. Buk­so­wał ko­ła­mi po as­fal­to­wej chla­pie, po­ru­sza­jąc się w tem­pie żół­wia. Do­brze, że przed wyj­ściem zja­dłam tro­chę gu­la­szu z wczo­raj, bo w prze­ciw­nym ra­zie nie dość, że by­łam zmar­z­nię­ta na kość, to we­szła­bym do do­mu po­twor­nie głod­na.

Za­pa­rzy­łam so­bie her­ba­tę z do­dat­kiem mio­du oraz szczyp­ty cy­na­mo­nu, a kie­dy ta już przy­bra­ła bru­nat­ną bar­wę, wkro­iłam pla­ste­rek cy­try­ny i ćwiart­kę jabł­ka. Ma­te­usz po­wie­dział mi nie­daw­no, że ta­ki na­pój sprze­da­ją pod­czas zi­mo­wej ofer­ty w McDo­nal­dzie. Ale ja ko­rzy­sta­łam z tej re­cep­tu­ry od wie­lu do­brych lat, więc w tej ku­li­nar­nej ba­ta­lii o pierw­szeń­stwo nie­wąt­pli­wie wy­gra­łam z fast fo­odem. Uwiel­bia­łam tę roz­grze­wa­ją­cą her­ba­tę, ale tyl­ko je­sie­nią i zi­mą. Wte­dy pi­cie jej wy­da­wa­ło mi się naj­bar­dziej na­tu­ral­ną czyn­no­ścią, ja­ką moż­na wy­ko­ny­wać w sa­mot­ne, chłod­ne wie­czo­ry. Wio­sną i la­tem, je­śli w ogó­le pi­łam her­ba­tę, sło­dzi­łam ją zwy­kłym cu­krem i wle­wa­łam sok wy­ci­śnię­ty z po­łów­ki cy­try­ny.

Roz­sia­dłam się na ka­na­pie w sa­lo­nie, ku­bek z go­rą­cym na­pa­rem po­sta­wi­łam obok na pod­ło­dze, że­by nie się­gać za każ­dym ra­zem do ni­skie­go sto­licz­ka ka­wo­we­go, a na­stęp­nie włą­czy­łam Net­fli­xa. Tak, mia­łam kon­to na Net­fli­xie, choć jesz­cze nie do koń­ca opa­no­wa­łam sztu­kę lo­go­wa­nia się do apli­ka­cji. Ma­te­usz do­dał mnie do ro­dzin­ne­go kon­ta i wy­ja­śnił, że kie­dy chcę coś obej­rzeć, mu­szę wy­brać gra­fi­kę ja­kiejś dziw­nej po­sta­ci z fil­mu, pod­pi­sa­ną "bab­cia Re­gi­na". Tak też zro­bi­łam. Uśmiech­nę­łam się z sa­tys­fak­cją, gdy ekran te­le­wi­zo­ra roz­bły­snął cha­rak­te­ry­stycz­nym czer­wo­nym na­pi­sem. Na ty­le, na ile mo­głam, sta­ra­łam się na­dą­żać za po­stę­pem świa­ta. Mo­je są­siad­ki pa­trzy­ły na mnie jak na cza­row­ni­cę war­tą uto­pie­nia za dzier­że­nie w rę­kach elek­tro­nicz­ne­go pu­de­łecz­ka z me­ta­lo­wym gra­we­rem: Sam­sung. Wzdry­gnę­łam się na myśl, co by mi zro­bi­ły, gdy­by do­wie­dzia­ły się, że za­miast Te­le­wi­zji Pol­skiej oglą­dam Net­fli­xa. Jed­no by­ło pew­ne - w cia­snym krę­gu pod­war­szaw­skich se­nio­rek by­ła­bym spa­lo­na!

Po nu­żą­cej wy­mia­nie zdań mię­dzy pi­lo­tem a apli­ka­cją nie zna­la­złam żad­ne­go no­we­go, obie­cu­ją­ce­go fil­mu. Gdy więc w po­zy­cjach pro­po­no­wa­nych na dzi­siej­szy wie­czór uka­za­ła się mo­ja ulu­bio­na ko­me­dia Te­ścio­wie, po­sta­no­wi­łam włą­czyć ją po raz ko­lej­ny w tym ty­go­dniu.

Ja­koś w po­ło­wie fil­mu do­pi­łam ostat­ni łyk her­ba­ty. Nie­mra­we pro­mie­nie słoń­ca zdą­ży­ły już sku­lić się za ho­ry­zon­tem, a nie­bo ską­pa­ło się w bez­kształt­nym mro­ku. Kie­dy wyj­rza­łam przez ko­ron­ko­wą fi­ran­kę wi­szą­cą przy oknie, do­strze­głam na ze­wnątrz blask srebr­ne­go księ­ży­ca, a w od­da­li mi­go­ta­ły świa­tła re­flek­to­rów sa­mo­cho­dów. Miesz­ka­łam na przed­mie­ściach War­sza­wy, w cie­niach po­lnej, szu­tro­wej dro­gi, za­tem ha­łas sto­li­cy na ca­łe szczę­ście nie wdzie­rał się pod mój dach. Przez mo­ment za­pa­trzy­łam się na pę­dzą­ce po­jaz­dy. Przy­wo­dzi­ły na myśl cha­otycz­ne po­cią­gnię­cia pędz­lem cza­su... Umy­ka­ły, a na ich miej­sce wska­ki­wa­ły ko­lej­ne. Po­my­śla­łam, że każ­dy do­kądś gna, sfa­ty­go­wa­ny, po­py­cha­ny emo­cja­mi, na­pę­dza­ny my­śla­mi, że na koń­cu dro­gi ktoś na nie­go cze­ka.

Któż za­tem cze­kał na mnie? Pi­lot? Net­flix? Ku­bek? Her­ba­ta? Sto­lik? Fi­ran­ka? W jed­nej se­kun­dzie mo­ja nie­sa­mot­ność za­czę­ła mi bo­le­śnie do­skwie­rać. Z ci­chym wes­tchnie­niem ode­rwa­łam wzrok od szy­by okna.

Uj­rza­łam ją obok sie­bie. Oso­ba, któ­rą kie­dyś po­ko­cha­łam, sie­dzia­ła na ka­na­pie. Kie­dy w fil­mie na­stą­pił new­ral­gicz­ny, naj­za­baw­niej­szy mo­ment, ob­ser­wo­wa­ła ką­tem oka mo­ją re­ak­cję. Nie zdo­ła­łam stłu­mić we­so­ło­ści. Par­sk­nę­łam śli­ną wy­mie­sza­ną z her­ba­tą, zgi­na­jąc się w pół i chi­cho­cząc w ku­łak.

Prze­cież to nie­moż­li­we! Mo­ja daw­na mi­łość ode­szła ode mnie. Nie by­ło jej tu i ko­niec krop­ka! Za­bra­ła ze so­bą część mo­je­go ser­ca... Je­śli tak, dla­cze­go wciąż czu­łam? Dla­cze­go tę­sk­ni­łam? Dla­cze­go wie­rzy­łam w to, co wi­dzia­łam?

Mu­sia­łam ja­koś ujarz­mić od­re­al­nio­ne my­śli. Się­gnę­łam w za­głę­bie­nie ka­na­py i wy­su­nę­łam z cze­lu­ści te­le­fon, któ­ry za­wsze tam uty­kał. Błą­dząc wzro­kiem po wy­świe­tla­czu, od­na­la­złam ikon­kę Tik­To­ka i bez cie­nia za­sta­no­wie­nia po­zwo­li­łam wir­tu­al­ne­mu mor­der­cy za­bić mo­je na­tręt­ne my­śli.

Ja­ko pierw­szy uka­zał mi się fil­mik ze śpie­wa­ją­cym Ma­te­uszem. Od ra­zu się roz­luź­ni­łam, a na mo­ich ustach po­ja­wił się mi­mo­wol­ny uśmiech, jak u każ­dej bab­ci oglą­da­ją­cej swo­je­go wnucz­ka. Przy­jem­ne cie­pło ob­la­ło mo­je wnętrz­no­ści. Osia­dło na dnie za­trwo­żo­nej pier­si, sta­bi­li­zu­jąc jej roz­szar­pa­ny rytm.

Ma­te­usz wy­ko­ny­wał utwór Pa­try­cji Mar­kow­skiej Świat się pomylił. Sie­dział zwró­co­ny pro­fi­lem do apa­ra­tu, na fo­te­lu ku­pio­nym mu rok te­mu w pre­zen­cie na uro­dzi­ny. Wnuk jak za­wsze brzmiał cu­dow­nie. Pod­czas re­fre­nu na mo­ich sta­rych rę­kach po­ja­wi­ła się gę­sia skór­ka, a oczy na­siąk­nę­ły łza­mi. Jed­na kro­pla spły­nę­ła mi po po­licz­ku, na­wil­ża­jąc zmarsz­czo­ną skó­rę. Tyl­ko on po­tra­fił do­pro­wa­dzić mo­je za­sta­łe, bab­ci­ne ser­ce do wzru­sze­nia... Pew­nie jesz­cze jed­na oso­ba umia­ła­by te­go do­ko­nać, ale jej ra­mio­na od bar­dzo daw­na oka­la­ły prze­strzeń po­za za­się­giem mo­ich uczuć i ma­rzeń. Już nie by­ły mo­je.

Od­słu­cha­łam na­gra­nia wnu­ka jesz­cze po raz dru­gi, trze­ci i czwar­ty, aż w koń­cu na­sy­ci­łam się je­go ta­len­tem i za­po­mnia­łam o mo­jej nie­wy­ja­śnio­nej wi­zji sprzed kil­ku mi­nut. Na­pi­sa­łam ko­men­tarz: "Pięk­nie! Wie­rzę, że nie­ba­wem zo­ba­czę cię na fe­sti­wa­lu w Opo­lu!". Udo­stęp­ni­łam fil­mik na Fa­ce­bo­oku. Prze­ka­zy­wa­nie po­stów opa­no­wa­łam do per­fek­cji, choć licz­ba mo­ich zna­jo­mych nie prze­kra­cza­ła na­wet stu osób.

Na­gle mój te­le­fon za­czął wi­bro­wać, a na wy­świe­tla­czu po­ja­wił się na­pis: "Anet­ka".

Ode­bra­łam.

- O wil­ku mo­wa! - krzyk­nę­łam w słu­chaw­kę, usi­łu­jąc ukryć tar­ga­ją­ce mną emo­cje. - No, co tam sły­chać? - za­gad­nę­łam szyb­ko, za­nim za­py­ta mnie o to sa­mo, a po­tem za­pro­po­nu­je, że­bym wpa­dła ju­tro na obiad.

- Ma­mo, Ma­te­usz jest w szpi­ta­lu. - Za­mar­łam.

Świat się za­trzy­mał, jak­by zna­lazł się pod gru­bą war­stwą lo­du, nie­moż­li­wą do roz­bi­cia na­wet naj­bar­dziej bła­gal­nym krzy­kiem oraz naj­tward­szy­mi ude­rze­nia­mi umie­ra­ją­ce­go ser­ca. Głos Ane­ty brzmiał su­cho, wy­zu­ty z wszel­kich uczuć. Zna­łam cór­kę na ty­le do­brze, że na­wet przez te­le­fon czu­łam, jak spa­zma­tycz­nie drży jej dol­na war­ga - dzia­ło się tak za­wsze, kie­dy żo­łą­dek ści­skał jej się z ner­wów i nie­pew­no­ści. Mo­je usta tak­że za­czę­ły drgać w pa­rok­sy­zmach stra­chu. Ba­łam się, że utra­cę ko­lej­ną część ser­ca, o któ­rą przez ty­le lat dba­łam, aby za­cho­wać w so­bie cząst­kę czło­wie­czeń­stwa i do­bro­ci.

- Le­ka­rze mó­wią, że na­stą­pi­ło ja­kieś na­głe za­ła­ma­nie je­go wa­dy ser­ca - do­da­ła po chwi­li mil­cze­nia, po­wstrzy­mu­jąc się od pła­czu.

Nie by­łam w sta­nie nic po­wie­dzieć. Z każ­dym tyk­nię­ciem ze­ga­ra zwiot­cza­ła skó­ra na mo­ich nad­garst­kach zda­wa­ła się cią­żyć co­raz bar­dziej. Od­no­si­łam wra­że­nie, że za­raz się­gnę zie­mi i pod­ło­ga wchło­nie mnie w bez­kres. Je­śli w szpi­ta­lu mia­ło się wy­da­rzyć coś, na co nie by­łam go­to­wa, to wo­la­łam zo­stać zje­dzo­na przez pa­ne­le wła­sne­go do­mu i uwol­nio­na od zgnia­ta­ją­ce­go cię­ża­ru ko­lej­nej ża­ło­by.

- Ma­mo, je­steś tam? Po­wiedz coś! - Pa­nicz­ne sło­wa Ane­ty od­bi­ja­ły się echem w mo­jej gło­wie. Le­d­wo ją sły­sza­łam.

- Po­wiedz mu, że nie mo­że umrzeć! Jesz­cze nie te­raz! - wrza­snę­łam pro­sto w słu­chaw­kę te­le­fo­nu, pod­ry­wa­jąc się z ka­na­py.

Nie wiem dla­cze­go, ale za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co jesz­cze cze­ka Ma­te­usza. Ja­kie pro­gi bę­dzie mu da­ne prze­kro­czyć. Ja­kie wspo­mnie­nia przyj­dzie mu wy­drą­żyć w pa­mię­ci. Ja­kie drzwi sta­ną przed nim otwo­rem. Ra­dość z mło­de­go, bez­tro­skie­go ży­cia, ukoń­cze­nie stu­diów, do­świad­cze­nie mi­ło­ści, za­ło­że­nie ro­dzi­ny, zbu­do­wa­nie do­mu, wy­stęp w Opo­lu... Nie mógł umrzeć!

- Ja­dę do szpi­ta­la - oświad­czy­łam gło­sem peł­nym sta­now­czo­ści, za­nim cór­ka zdą­ży­ła za­pro­po­no­wać, że Ma­riusz po mnie przy­je­dzie, bo sa­ma so­bie nie po­ra­dzę.

Wsu­nę­łam te­le­fon do kie­sze­ni dre­so­wych spodni i wy­bie­głam w noc, po­now­nie nie za­kła­da­jąc rę­ka­wi­czek.

3.

Ma­te­usz nie wy­stą­pi w Opo­lu

Wy­szłam na po­dwór­ko w po­śpie­chu. Czu­łam, że mo­je no­gi są jak z wa­ty, dla­te­go ostroż­nie sta­wia­łam kro­ki, scho­dząc po śli­skich scho­dach. Przy ostat­nim stop­niu nie­omal stra­ci­łam rów­no­wa­gę, wdep­tu­jąc w świe­ży roz­bryzg bło­ta, ale mo­ja de­ter­mi­na­cja po­wstrzy­ma­ła mnie przed bo­le­snym upad­kiem. Wie­dzia­łam, że mam do wy­ko­na­nia mi­sję, a je­śli coś so­bie po­sta­no­wi­łam, ni­g­dy nie da­wa­łam za wy­gra­ną.

Kie­dyś tak­że usta­li­łam, że oso­ba, któ­rą po­ko­cha­łam, zo­sta­nie ze mną na za­wsze. Obie­cy­wa­łam, że ni­g­dy jej nie pusz­czę, ale wy­wi­nę­ła się sa­ma, od­cho­dząc z czę­ścią mo­je­go ser­ca. Wte­dy da­łam za wy­gra­ną. Póź­niej, ja­ko że mar­nie eg­zy­sto­wa­łam, chcia­łam od­zy­skać utra­co­ną część sie­bie. Chcia­łam od­zy­skać mo­ją mi­łość. Nie uda­ło się, bo po­zna­łam mo­je­go mę­ża. Od­pu­ści­łam, go­dząc się z nie­moż­li­wym i ła­ta­jąc kra­te­ry wy­żło­bio­ne w zra­nio­nym or­ga­ni­zmie.

To by­ły je­dy­ne dwa ra­zy w mo­im ży­ciu, gdy zre­zy­gno­wa­łam. Za­przy­się­głam so­bie, że wię­cej do te­go nie do­pusz­czę. Dla­te­go kie­dy ktoś pa­trzył na mnie z bo­ku al­bo do­pie­ro mnie po­zna­wał, mógł uznać, że by­łam twar­da, pew­na sie­bie i że bez­u­stan­nie no­si­łam unie­sio­ną gar­dę. To nie­praw­da. Nie by­łam ta­ka ani tro­chę, a gar­da do­tych­czas słu­ży­ła mi je­dy­nie do obro­ny przed cio­sa­mi mo­je­go mę­ża. W rze­czy­wi­sto­ści po pro­stu nie uża­la­łam się nad swo­ją do­lą, a pew­ność sie­bie ob­ró­ci­łam ra­czej w po­czu­cie de­ter­mi­na­cji.

By­łam sil­na, a przy tym wca­le nie po­zba­wio­na do­bro­ci.

Po­de­szłam do sta­rej ko­mór­ki za do­mem i jed­nym pew­nym szarp­nię­ciem otwo­rzy­łam jej wro­ta. Od ra­zu po­dzię­ko­wa­łam so­bie w du­chu, że nie mia­łam w zwy­cza­ju za­my­kać nic na klucz, a tym bar­dziej za­bez­pie­czać kłód­ka­mi. Mój dom za­wsze stał dla wszyst­kich otwo­rem, jak się oka­za­ło, na­wet dla pi­ja­nych go­ści mo­je­go mę­ża... Po­za tym miesz­ka­łam na po­la­nie, a je­dy­ny­mi po­ten­cjal­ny­mi zło­dzie­ja­mi by­ły dzi­ki łak­ną­ce obier­ków po ziem­nia­kach.

We­wnątrz ude­rzył mnie odór wil­go­ci oraz ku­rzu. Za­pach ty­po­wej, nie­uży­wa­nej przez ni­ko­go gra­ciar­ni. Nie wsia­da­łam na ro­wer od ostat­nie­go la­ta. Szyb­ko po­ża­ło­wa­łam, że upcha­łam go na sam tył skła­dzi­ka. Za­nim się do nie­go do­ko­pa­łam, mu­sia­łam prze­fil­tro­wać ma­sę ru­pie­ci. Pa­mię­ta­łam je wszyst­kie, bez wy­jąt­ku.

Be­żo­wy aba­żur od lam­py ku­pio­nej, gdy mia­łam ja­kieś dwa­dzie­ścia sie­dem lat. To był mój pierw­szy sa­mo­dziel­ny za­kup do no­we­go do­mu. Pa­mię­tam, jak się cie­szy­łam, usta­wia­jąc ją w jesz­cze pu­stym sa­lo­nie. Usia­dłam po tu­rec­ku na pod­ło­dze, tam, gdzie dzi­siaj stoi ka­na­pa, i po­dzi­wia­łam ją przez go­dzi­nę. Wy­obra­ża­łam so­bie, jak doj­rze­wa wraz ze mną, nie­wzru­szo­na wo­bec wszyst­kie­go, co przyj­dzie jej oglą­dać. By­ła mo­ją kró­lo­wą do­mu. To ona kie­ro­wa­ła du­chem wszyst­kich po­miesz­czeń. To wła­śnie do jej ko­lo­ru do­pa­so­wy­wa­łam każ­dy po­je­dyn­czy me­bel. Cie­pła, przy­tul­na i do­mo­wa - o ta­kiej at­mos­fe­rze ma­rzy­łam. Chcia­łam tchnąć w be­to­no­we ścia­ny odro­bi­nę ma­gii, któ­ra na­wet w bez­sen­ne no­ce da­wa­ła­by mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. I tak się sta­ło. Kie­dy za oknem świat wy­da­wał się roz­pa­dać, a ja na­kry­wa­łam twarz po­dusz­ką, przy­po­mi­na­łam so­bie o mo­jej kró­lo­wej. Nie mu­sia­ła być tuż przy mnie, aby da­wać opar­cie. Pły­nę­ła w ży­łach do­mu.

Lam­pa trwa­ła w nie­na­ru­szo­nym sta­nie do cza­su, kie­dy Anet­ka za­czę­ła do­ra­stać i na­uczy­ła się cho­dzić. Zwie­dza­ła za­ka­mar­ki do­mu i na­zna­cza­ła ko­lo­ro­wy­mi ma­za­ja­mi wszyst­ko, co wy­da­wa­ło się in­te­re­su­ją­ce. Naj­pierw za­ata­ko­wa­ła an­tycz­ny kre­dens z por­ce­la­no­wą za­sta­wą, po­tem se­des w ła­zien­ce, pa­ra­pet w kuch­ni, wszyst­kie garn­ki, blat sto­łu w ja­dal­ni, a na­wet bia­łą fra­mu­gę okna. Aż wresz­cie przy­szła ko­lej na mój aba­żur. Za­ma­za­ła go czer­wo­nym fla­ma­strem tak in­ten­syw­nie, że po be­żu nie zo­stał na­wet naj­mniej­szy ślad. Kie­dy to zo­ba­czy­łam, za­czę­łam szlo­chać. Pod­bie­głam do lam­py, jak pod­bie­ga się w fil­mach ak­cji do ko­na­ją­ce­go przy­ja­cie­la. Gła­ska­łam spla­mio­ny ma­te­riał, za­pew­nia­łam, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Wy­da­wa­ło mi się, że ta lam­pa by­ła tu od za­wsze, wro­sła w pod­ło­gę i że tak na­praw­dę nikt oprócz mnie jej nie wi­dział. Naj­wy­raź­niej się po­my­li­łam. Za­czę­łam krzy­czeć na Ane­tę, ob­wi­niać ją o bez­myśl­ność i brak po­my­ślun­ku. Wy­wi­nę­ła usta w pod­ków­kę i się roz­pła­ka­ła. Prze­ze mnie. Nie ro­zu­mia­ła, o co cho­dzi. Do­tąd by­ła dum­na ze swo­ich umie­jęt­no­ści pla­stycz­nych - prze­cież kie­dy wcze­śniej da­wa­ła upust swo­jej kre­atyw­no­ści, nikt jej za to nie ga­nił.

Raz jesz­cze zer­k­nę­łam na aba­żur od lam­py - miał być amu­le­tem cie­pła, przy­tul­no­ści i bez­pie­czeń­stwa. Tym­cza­sem sa­ma wła­śnie za­bu­rzy­łam to, do cze­go bez­u­stan­nie dą­ży­łam, od­kąd się tu­taj wpro­wa­dzi­łam.

Na­tych­miast się opa­mię­ta­łam. Chwy­ci­łam Anet­kę w ob­ję­cia i przy­ci­snę­łam do klat­ki pier­sio­wej tak moc­no, jak­bym przy­tu­la­ła ją po raz ostat­ni. Przez chwi­lę drża­ła, ale z każ­dą se­kun­dą jej dzie­cię­cy umysł od­su­wał od sie­bie to, co przed mo­men­tem się wy­da­rzy­ło.

- Ma­mo, puść! To bo­li! - krzy­cza­ła we­so­ło, wy­ry­wa­jąc się z mo­ich ra­mion.

Po­ca­ło­wa­łam ją w czo­ło i pu­ści­łam.

Zdję­łam ze ste­la­ża aba­żur mie­nią­cy się czer­wie­nią i wy­pra­łam go kil­ka ra­zy. Więk­szość plam ustą­pi­ła, lecz krwi­sty ko­lor na za­wsze wdarł się w przy­tul­ną bar­wę tka­ni­ny. Po­my­śla­łam, że no­wy wa­riant be­żu, nie­zu­peł­nie nie­ska­zi­tel­ny, wy­glą­da cał­kiem obie­cu­ją­co i wca­le nie jest mniej za­chwy­ca­ją­cy od swo­je­go po­przed­ni­ka. Uśmie­cha­łam się, trzy­ma­jąc nad pral­ką aba­żur. Zro­zu­mia­łam, że mo­ja kró­lo­wa nie mu­si być w nie­na­ru­szo­nym sta­nie, abym czu­ła, że dom, któ­ry ra­zem stwo­rzy­ły­śmy, jest war­ty miesz­ka­nia w nim. Nie, nie my go stwo­rzy­ły­śmy. To ja go stwo­rzy­łam - mo­je de­cy­zje, wy­bo­ry, za­cho­wa­nie, uczu­cia... To prze­cież ja ku­pi­łam tę lam­pę.

To lu­dzie de­cy­du­ją, czy dom sta­nie się bez­piecz­nym azy­lem, do któ­re­go wra­ca się z ulgą, czy zło­tą klat­ką skry­wa­ją­cą mrok. Tak, każ­dy czło­wiek gro­ma­dzi w so­bie garść mro­ku, ale tyl­ko od nie­go za­le­ży, czy osta­tecz­nie po­zwo­li mu się wy­do­stać i za­wład­nąć je­go umy­słem.

Ja wy­bra­łam mi­łość do cór­ki. Wy­nio­słam lam­pę z sa­lo­nu, ale nie po­tra­fi­łam jej wy­rzu­cić. Przez wie­le lat sta­no­wi­ła zna­czą­cy fun­da­ment mo­je­go ży­cia. Nie ozda­bia­ła już wnę­trza, ale wciąż by­ła nie­zbęd­na, aby przy­po­mi­nać, że to ja mam wpływ na du­cha te­go do­mu.

Scho­wa­łam ją w ko­mór­ce na po­dwór­ku.

Po­dob­nie jak sta­rą, zjeż­dżo­ną opo­nę Fia­ta 126p - słyn­ne­go, pol­skie­go ma­lu­cha. Sa­mo­chód ten na­le­żał do mo­je­go mę­ża. Po­zna­li­śmy się w la­tach osiem­dzie­sią­tych. Miesz­ka­łam wów­czas z ro­dzi­ca­mi na te­re­nie Sa­skiej Kę­py i pra­co­wa­łam ja­ko kel­ner­ka w po­bli­skim ba­rze mlecz­nym.

Pew­ne­go let­nie­go po­po­łu­dnia żar lał się z nie­ba, a bar nie zo­stał wy­po­sa­żo­ny w ża­den wia­trak da­ją­cy odro­bi­nę orzeź­wie­nia. Do­dat­ko­wo ze wzglę­du na nie­wiel­ki ruch wa­ka­cyj­ny sze­fo­wa roz­sze­rzy­ła za­kres mo­ich obo­wiąz­ków - mu­sia­łam stać za ka­są i sa­mot­nie do­glą­dać sa­li.

Nie czu­łam się naj­le­piej. Ca­ła spo­co­na i sfru­stro­wa­na wy­cho­dzi­łam co chwi­lę na za­ple­cze, do to­a­le­ty. Wy­cie­ra­łam mo­krą twarz ręcz­ni­kiem pa­pie­ro­wym, po­pra­wia­łam roz­pły­wa­ją­cy się ma­ki­jaż... i pła­ka­łam w sa­mot­no­ści, że­by nikt - ani z kuch­ni, ani spo­śród klien­tów - nie do­strzegł mo­jej sła­bo­ści.

W tam­te wa­ka­cje opu­ści­ła mnie oso­ba, któ­rą kie­dyś po­ko­cha­łam. Mi­nę­ły wpraw­dzie dwa mie­sią­ce, od­kąd zo­sta­łam wra­kiem czło­wie­ka, a wciąż nie po­tra­fi­łam so­bie po­ra­dzić z obez­wład­nia­ją­cą pust­ką.

Sta­łam po­chy­lo­na nad por­ce­la­no­wą umy­wal­ką i pa­trzy­łam w lu­stro na od­bi­cie swo­jej ża­ło­snej, za­pła­ka­nej twa­rzy. Po chwi­li usły­sza­łam kil­ka se­rii me­ta­licz­nych brzdąk­nięć. Wy­da­wa­ły się zna­jo­me, ale je zlek­ce­wa­ży­łam. We­wnętrz­ny szloch za­kłó­cił re­cep­to­ry od­bie­ra­ją­ce rze­czy­wi­stość.

Po chwi­li dźwięk po­wró­cił. Tym ra­zem pew­niej­szy, bar­dziej wy­raź­ny. Dwie po­trój­ne se­rie... Ostat­nia sku­tecz­nie wy­swo­bo­dzi­ła mnie z krę­pu­ją­ce­go le­tar­gu. Pod­nio­słam wzrok i zdę­bia­łam. To dzwo­ne­czek dla klien­tów ba­ru. Uży­wa­li go, kie­dy nie miał ich kto ob­słu­żyć. Dla­cze­go je­stem ta­ka nie­obec­na i za­mro­czo­na - po­my­śla­łam ze zło­ścią i wy­gła­dzi­łam ro­bo­czy far­tu­szek. Mu­sia­łam się otrzą­snąć. Nie by­ło cza­su na osu­sza­nie łez ani na wal­kę z do­łu­ją­cy­mi my­śla­mi. Klient z pew­no­ścią się nie­cier­pli­wił. Wie­dzia­łam, że każ­da se­kun­da zwło­ki je­dy­nie zbli­ża mnie do skar­gi i w efek­cie do zwol­nie­nia z pra­cy.

- Wresz­cie! Ileż moż­na cze­kać! Co pa­ni, u fry­zje­ra by­ła? - Za­nim zdą­ży­łam po­dejść za kon­tu­ar, mę­ski głos zru­gał mnie bez skru­pu­łów. - Oj, prze­pra­szam, nie chcia­łem pa­ni ura­zić - do­dał, do­strze­ga­jąc mo­je mo­kre po­licz­ki. Męż­czy­zna zro­bił się czer­wo­ny jak rak i wbił wzrok w swo­je bu­ty.

- Nie, nie o to cho­dzi - wy­du­ka­łam na­pręd­ce, rów­nie zmie­sza­na.

Zna­łam mo­ją sze­fo­wą i wie­dzia­łam, że gdy­by za­sta­ła mnie w ta­kim sta­nie przy klien­cie, to ju­tro rów­nie do­brze mo­gła­bym zo­stać w do­mu i wresz­cie po­rząd­nie się wy­spać. Na szczę­ście wte­dy nie by­ło ni­ko­go, kto miał­by na­de mną kon­tro­lę. Ode­tchnę­łam więc z ulgą i drżą­cy­mi pal­ca­mi otar­łam łzy.

- Niech pan wy­ba­czy, ale w ta­kie upal­ne dni ma­my nie­wiel­ki ruch, więc zo­sta­łam dziś sa­ma na zmia­nie. Nie są­dzi­łam, że ktoś jesz­cze przyj­dzie. - Po­sta­no­wi­łam prze­jąć ini­cja­ty­wę i za­koń­czyć tę nie­zręcz­ną ci­szę. W koń­cu to ja mu­sia­łam dbać o sa­mo­po­czu­cie klien­tów, mi­mo że mo­je by­ło da­le­kie od war­te­go na­śla­do­wa­nia.

- Strasz­nie dusz­no tu ma­cie. Jak pa­ni to wy­trzy­mu­je? - Męż­czy­zna chwy­cił za koł­nie­rzyk ro­bo­cze­go ubra­nia i za­czął nim wa­chlo­wać.

- No, nie wy­trzy­mu­ję - rzu­ci­łam, si­ląc się na ja­ki­kol­wiek żart, któ­ry mógł­by prze­ła­mać lo­dy mię­dzy na­mi.

- Ale brak wia­tra­ka to chy­ba nie je­dy­ny pa­ni pro­blem, co? - za­py­tał tro­skli­wie i pierw­szy raz pod­niósł gło­wę, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

Był przy­stoj­ny. Nie­co star­szy ode mnie - wiek zdra­dza­ły płyt­kie bruz­dy po­ja­wia­ją­ce się na je­go czo­le pod­czas mó­wie­nia. Miał hip­no­ty­zu­ją­ce, piw­ne oczy i krót­ko ścię­te wło­sy, pew­nie z ra­cji wy­ko­ny­wa­ne­go za­wo­du. Je­go uni­form wska­zy­wał na to, że trud­nił się ro­bo­ta­mi fi­zycz­ny­mi. Mu­siał cięż­ko pra­co­wać w peł­nym słoń­cu i nie­ustan­nie się po­cić. To­też w je­go przy­pad­ku fry­zu­ra na je­ża oka­za­ła się naj­pew­niej je­dy­nym słusz­nym wy­bo­rem, je­śli chciał dbać o hi­gie­nę cia­ła oraz wła­sny kom­fort. Zresz­tą cał­kiem do nie­go pa­so­wa­ła. Do­da­wa­ła je­go twa­rzy gro­zy, ani­mu­szu, dzię­ki cze­mu pre­zen­to­wał się nad wy­raz mę­sko. Moż­na by wręcz stwier­dzić, iż wy­do­by­ła z nie­go kwin­te­sen­cję mę­sko­ści.

- Ha, ha! - za­śmia­łam się sztucz­nie. - Po­wiedz­my, że mam gor­szy czas - do­da­łam obo­jęt­nie, że­by czym prę­dzej za­koń­czyć nie­wy­god­ny te­mat i zer­k­nę­łam na nie­go po­na­gla­ją­co.

- Ach, tak! - Zre­flek­to­wał się i wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni kil­ka zło­tych, zło­żył wy­cze­ka­ne w nie­cier­pli­wo­ści za­mó­wie­nie.

Przez ko­lej­ne dni przy­cho­dził do ba­ru co­dzien­nie. Wpa­dał przez drzwi, a kie­dy aku­rat nie sta­łam przy ka­sie, dzwo­nił dzwo­necz­kiem wie­le ra­zy. Ale już ni­g­dy nie pod­no­sił na mnie gło­su, tyl­ko cze­kał cier­pli­wie.

By­łam mu szcze­rze wdzięcz­na, choć na­sze roz­mo­wy ogra­ni­cza­ły się wy­łącz­nie do nic nie­zna­czą­cych po­ga­wę­dek na te­mat po­go­dy al­bo żar­tów do­ty­czą­cych wo­zu, któ­rym za­jeż­dżał pod bar. Żół­ta, ma­syw­na, ubło­co­na cię­ża­rów­ka przy­pro­wa­dzo­na pro­sto z te­re­nu bu­do­wy zaj­mo­wa­ła trzy miej­sca par­kin­go­we. Wi­dząc jej ja­skra­wą bar­wę, mi­mo­wol­nie się uśmie­cha­łam. Wy­da­je mi się, że męż­czy­zna do­strzegł gry­mas ra­do­ści wy­kwi­ta­ją­cy na mo­jej twa­rzy, dla­te­go dzień w dzień kradł wy­wrot­kę z miej­sca pra­cy. Dla mnie. Dla mo­je­go uśmie­chu ozna­cza­ją­ce­go wy­ją­tek od per­ma­nent­ne­go bó­lu. A mo­że tyl­ko to so­bie wy­obra­zi­łam?

Kie­dy sta­li­śmy po dwóch stro­nach la­dy, na­prze­ciw­ko sie­bie, mo­men­ta­mi zja­da­ło mnie wra­że­nie, że chce mi coś po­wie­dzieć - prze­móc się, zdo­być na kil­ka po­krze­pia­ją­cych słów. Lecz ile­kroć do­strze­gał bez­brzeż­ny smu­tek w mo­ich źre­ni­cach, nie­zmien­nie koń­czy­ło się na jed­nym zda­niu: "Dusz­no tu ma­cie".

Któ­re­goś sierp­nio­we­go dnia nie po­ja­wił się w ba­rze. Po­my­śla­łam, że mo­że wziął so­bie wol­ne al­bo za­cho­ro­wał... Al­bo się mną znu­dził. W koń­cu mi­nę­ły pra­wie dwa mie­sią­ce wa­ka­cji, a na­sza re­la­cja, je­śli w ogó­le moż­na by­ło to tak na­zwać, nie ru­szy­ła z miej­sca na­wet o mi­li­metr.

Nie wie­dzia­łam dla­cze­go, ale zro­bi­ło mi się przy­kro. Po­czu­łam nie­po­kój, trud­ny do opi­sa­nia strach... Na­sze co­dzien­ne, krót­kie roz­mo­wy utwier­dza­ły mnie w prze­ko­na­niu, że ży­ję i że wraz ze łza­mi nie wy­la­łam z sie­bie czło­wie­czeń­stwa. Trwa­łam na tym świe­cie, a oca­la­ła część mo­je­go ser­ca trwa­ła ra­zem ze mną. Nie sta­łam się do cna nie­wi­dzial­na, nie­zdol­na do ży­cia.

Drob­no usia­ne gwiaz­da­mi nie­bo ma­ja­czy­ło w gó­rze, mru­ga­jąc do mnie usy­pia­ją­co. Po­wo­li szy­ko­wa­łam się do za­mknię­cia ba­ru. Wy­pu­co­wa­łam sto­li­ki, okna, bla­ty, opróż­ni­łam ko­sze na śmie­ci, roz­li­czy­łam go­tów­kę w ka­sie oraz uzu­peł­ni­łam pa­pier w to­a­le­cie, któ­ry zu­ży­łam przez ca­ły dzień. Ziew­nę­łam cięż­ko i wy­cią­gnę­łam cia­ło do su­fi­tu z bło­gim jęk­nię­ciem.

Na­gle usły­sza­łam zbli­ża­ją­cy się dźwięk sil­ni­ka. Brzmiał zu­peł­nie ina­czej niż pro­ste war­cze­nie cię­ża­rów­ki. Fiat 126p za­par­ko­wał przed ba­rem. Już zmie­rza­łam w kie­run­ku drzwi, że­by za­ko­mu­ni­ko­wać nie­zna­jo­me­mu kie­row­cy, że wła­śnie za­my­ka­my, ale wte­dy z sa­mo­cho­du wy­ło­nił się on. Jed­nak przy­je­chał. Ser­ce za­bi­ło mi szyb­ciej.

Po­sta­no­wi­łam jesz­cze nie za­my­kać, cho­ciaż ku­cha­rze wy­szli ja­kieś pięt­na­ście mi­nut te­mu, a ja za­blo­ko­wa­łam już do­stęp do ka­sy i szan­sa na zło­że­nie za­mó­wie­nia prze­pa­dła.

Wy­glą­dał ina­czej niż zwy­kle. Przy­odział kla­sycz­ne dżin­sy z prze­tar­cia­mi na ko­la­nach oraz gra­fi­to­we po­lo, nie­do­pię­te na ostat­ni gu­zik.

- Prze­pra­szam za mo­je na­gan­ne spóź­nie­nie, pro­szę pa­ni. - Ukło­nił się te­atral­nie, choć by­naj­mniej nie brzmiał na skru­szo­ne­go. Kie­dy na­bra­łam po­wie­trza do płuc, aby mu od­po­wie­dzieć, do­dał: - Wiem, że za­raz za­my­ka­cie, ale dziś nie bę­dę tu­taj sam. My­ślę, że war­to zro­bić wy­ją­tek dla sta­łe­go klien­ta i za­mknąć pół go­dzi­ny póź­niej. - Nie­spo­dzie­wa­nie pod­szedł do mnie i jed­nym spraw­nym, a za­ra­zem de­li­kat­nym ru­chem ścią­gnął ze mnie ro­bo­czy far­tu­szek, po czym, obej­mu­jąc mnie ra­mie­niem, po­pro­wa­dził do sto­li­ka, przy któ­rym za­wsze sia­dał. - O tej po­rze szef kuch­ni ser­wu­je tyl­ko de­ser - za­śmiał się nie­śmia­ło, su­ge­ru­jąc, że nie po­tra­fił przy­go­to­wać nic bar­dziej wy­kwint­ne­go.

Nie za­uwa­ży­łam je­go nie­wiel­kiej tor­by prze­wie­szo­nej przez ra­mię. Otwo­rzył ją i z dna wy­cią­gnął ta­le­rzyk pe­łen ma­łych trój­ką­tów - wa­fli prze­kła­da­nych ma­są ka­ka­ową oraz dwa bi­do­ny go­rą­cej her­ba­ty, pa­ru­ją­cej ma­li­no­wym aro­ma­tem.

Tak wy­glą­da­ła na­sza pierw­sza rand­ka.

Wresz­cie uda­ło mi się do­się­gnąć mo­je­go ro­we­ru. Nie za­my­ka­łam na­wet ko­mór­ki, te­raz i tak nic nie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia. Ru­szy­łam przed sie­bie, wal­cząc z cią­żą­cym opo­rem cza­su.

Do­je­cha­łam do szpi­ta­la w pół go­dzi­ny. Rzu­ci­łam ro­wer przed wej­ściem, po­go­dzo­na ze stra­tą błę­kit­nej dam­ki. Zdy­sza­na nie­mal wczoł­ga­łam się do środ­ka po scho­dach.

We­wnątrz uno­sił się za­pach śmier­ci i ża­ło­by. Nie­na­wi­dzi­łam szpi­ta­li. Bez­li­to­sne, czar­ne wid­mo ści­snę­ło mnie w żo­łąd­ku. Po­mi­mo mo­je­go le­ci­we­go wie­ku nie do­skwie­ra­ły mi żad­ne po­waż­ne cho­ro­by. Wszel­kie wąt­pli­wo­ści do­ty­czą­ce mo­je­go zdro­wia roz­wie­wa­łam za po­mo­cą no­wo­cze­snych te­le­po­rad. W tam­tej chwi­li jed­nak nie mia­łam wyj­ścia - mu­sia­łam tu przy­je­chać.

- Dzień do­bry, mo­gę pa­ni ja­koś po­móc? - Za­sko­czył mnie mi­ły, mę­ski głos. Wy­rósł przede mną pie­lę­gniarz w bia­łym ki­tlu. - Mam na imię Ku­ba, pra­cu­ję tu­taj - do­dał uprzej­mie, do­strze­ga­jąc mo­je zmie­sza­nie al­bo uzna­jąc mnie za sta­rusz­kę z al­zhe­ime­rem.

- Dzień do­bry - od­po­wie­dzia­łam zdy­sza­na. Chło­pak za­su­ge­ro­wał ski­nie­niem gło­wy, że­bym spo­czę­ła, ale od ra­zu za­prze­czy­łam. Nie mo­głam zwle­kać. - Mój wnuk tu­taj jest. Od dziec­ka cier­pi na wa­dę ser­ca. Gdzie go znaj­dę? - za­py­ta­łam, nie wda­jąc się w szcze­gó­ły.

Mi­ły pie­lę­gniarz bez­zwłocz­nie za­pro­wa­dził mnie do win­dy i po­le­cił uda­nie się na dru­gie pię­tro, na od­dział kar­dio­lo­gicz­ny. Tak też zro­bi­łam.

Wy­sia­da­jąc z win­dy, do­strze­głam Ane­tę sie­dzą­cą na ko­ry­ta­rzu. Mu­sia­ła wy­czuć mo­ją obec­ność, bo jak na sy­gnał od­wró­ci­ła się w mo­im kie­run­ku.

- Ma­mo, je­steś! - Pod­bie­gła do mnie i wpa­dła pro­sto w mo­je ra­mio­na. Za­czę­ła szlo­chać. Zio­nę­ła mro­zem, jak­by jej krew za­ma­rza­ła w za­trwa­ża­ją­cym ocze­ki­wa­niu na utra­tę dziec­ka.

- Już do­brze - uspo­ka­ja­łam ją, choć oczy szczy­pa­ły mnie nie­mi­ło­sier­nie. - Już do­brze - szep­nę­łam w po­wie­trze, tym ra­zem chy­ba bar­dziej dla wła­snej otu­chy.

Do tej po­ry nie po­zwo­li­łam so­bie na chwi­lę sła­bo­ści. Nie ule­głam stra­cho­wi. Kie­dy do­tar­łam do szpi­ta­la, mo­ja od­wa­ga za­czę­ła się kur­czyć do mi­kro­sko­pij­nych roz­mia­rów. Nie chcia­łam my­śleć o tym, co bę­dzie, je­śli Ma­te­usz­ko­wi coś się sta­nie. Co­kol­wiek. Mo­je­mu je­dy­ne­mu świa­tłu.

- Gdzie on jest? Mo­gę go zo­ba­czyć? - za­py­ta­łam i wy­pu­ści­łam ją z uści­sku, in­ten­syw­nie roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu.

- Tam. - Ane­ta wska­za­ła pal­cem na sa­lę, pod któ­rą jesz­cze przed chwi­lą sie­dzia­ła. - Nie wiem, czy po­win­naś na to pa­trzeć - do­da­ła, usi­łu­jąc zła­pać mnie za rę­kę. Nie zdą­ży­ła za­re­ago­wać. By­łam już kil­ka me­trów przed nią.

Sta­nę­łam pod wska­za­ny­mi drzwia­mi. Wi­dzia­łam go przez szy­bę. Mój ko­cha­ny, je­dy­ny wnu­czek le­żał nie­ru­cho­mo na szpi­tal­nej le­żan­ce z ma­ską tle­no­wą przy twa­rzy. Wy­glą­dał, jak­by już nie żył. Ja też skost­nia­łam.

Zro­zu­mia­łam, dla­cze­go tem­pe­ra­tu­ra cia­ła Ane­ty przy­po­mi­na­ła ziąb gó­ry lo­do­wej, za­bój­cy Ti­ta­ni­ca. Po­czu­łam, jak mo­je ser­ce rów­nież za­ma­rza. A ra­czej je­go część po­zo­sta­ła w mo­jej pier­si po oso­bie, któ­rą kie­dyś po­ko­cha­łam.

Le­karz po­chy­lał się nad Ma­te­uszem, mo­ni­to­ru­jąc je­go pa­ra­me­try ży­cio­we, a pie­lę­gniar­ka wkłu­wa­ła zło­wiesz­czą igłę w je­go pa­pie­ro­wą skó­rę. Mo­dli­łam się, aby za­in­fe­ko­wa­ła je­go or­ga­nizm ja­kimś ży­cio­daj­nym pły­nem, spra­wia­jąc, że wnu­czek za­raz się obu­dzi i za­śpie­wa dla mnie pio­sen­kę.

Za­mknę­łam po­wie­ki, a po po­licz­ku spły­nę­ła mi łza tak go­rą­ca, że przez chwi­lę uwie­rzy­łam, iż mo­je cia­ło rze­czy­wi­ście za­mar­z­ło. Kie­dy otwo­rzy­łam oczy, mo­głam ob­ser­wo­wać je­dy­nie za­sło­nię­te ża­lu­zje. Ukry­li przede mną cier­pie­nie mo­je­go świa­tła.

Mi­ja­ły ko­lej­ne mi­nu­ty. Sie­dzia­ły­śmy z Ane­tą w zu­peł­nej ci­szy. Obie do­sko­na­le wie­dzia­ły­śmy, że na­sze my­śli ga­lo­pu­ją po mrocz­nych kra­inach i nie za­mie­rza­ją się za­trzy­mać.

W mię­dzy­cza­sie wró­cił tak­że Ma­riusz, mój zięć, z go­rą­cą ka­wą. Nie­świa­do­my mo­jej obec­no­ści po­pro­sił au­to­mat o wy­peł­nie­nie ko­fe­iną tyl­ko dwóch ku­becz­ków. Za­pro­po­no­wał, że od­da mi swo­ją por­cję, ale po­gła­dzi­łam go po ra­mie­niu i od­mó­wi­łam. To do­bry, kul­tu­ral­ny dzie­ciak, wspa­nia­ły mąż i opie­kuń­czy oj­ciec, ale ja nie po­trze­bo­wa­łam ka­wy. Po­trze­bo­wa­łam Ma­te­usza... Roz­bły­sku ja­sno­ści w ciem­nym ko­ry­ta­rzu zwąt­pie­nia.

Szpi­tal to bun­kier ży­cia bez gwa­ran­cji oca­le­nia, do któ­re­go tra­fisz przed me­tą, nie­za­leż­nie od te­go, jak bar­dzo bro­ni­łeś się przed nim na star­cie. Szpi­tal to mo­rze złud­nej na­dziei, li­try wy­la­nych łez, to­ny za­ci­śnię­tych su­płów na żo­łąd­ku i la­ta ża­ło­by po nie­uda­nej in­ter­wen­cji su­per­bo­ha­te­rów w bia­łych pe­le­ry­nach. Osta­tecz­nie i tak za­wi­tasz do szpi­ta­la, bła­ga­jąc w od­mę­tach umy­słu, aby two­ja ga­sną­ca ża­rów­ka zo­sta­ła po­myśl­nie wy­mie­nio­na, choć ist­nie­je ry­zy­ko, że zo­sta­nie roz­bi­ta, za­nim zdą­ży się wy­pa­lić.

Drzwi do sa­li Ma­te­usza sta­nę­ły otwo­rem, prze­ci­na­jąc ci­szę prze­raź­li­wym skrzyp­nię­ciem roz­cho­dzą­cym się po ca­łym bu­dyn­ku. Ane­ta, ja i Ma­riusz prze­rwa­li­śmy hi­ber­na­cję na pla­sti­ko­wych krze­słach.

Trzy pie­lę­gniar­ki opu­ści­ły miej­sce zbrod­ni, po­dą­ża­jąc w cia­snym sznu­rze, jed­na za dru­gą.

Po­stą­pi­łam krok do przo­du. Ser­ce po­de­szło mi do gar­dła, czu­łam w krta­ni gu­lę nie­moż­li­wą do prze­łknię­cia. Spoj­rza­łam na każ­dą z ko­biet, szu­ka­jąc ja­kie­go­kol­wiek zna­ku wy­kwi­ta­ją­ce­go na ich twa­rzach. Wwier­ca­łam wzrok w ich ob­li­cza z ta­ką sa­mą in­ten­syw­no­ścią i bez­a­pe­la­cyj­nym bła­ga­niem, z ja­kim pa­trzy­łam wie­le lat te­mu na pi­ja­nych ko­le­gów mo­je­go mę­ża w na­szym sa­lo­nie.

Każ­da z pie­lę­gnia­rek mi­ja­ła mnie jak du­cha. Żad­na nie omio­tła mnie na­wet de­li­kat­nym spoj­rze­niem. Pa­trzy­ły w zie­mię. Czu­łam, że dzie­je się coś nie­do­bre­go. Wie­dzia­łam, że za mo­ment ostat­nia część mo­je­go ser­ca wy­pa­ru­je z mo­je­go cia­ła, i stra­cę reszt­ki czło­wie­czeń­stwa.

Uni­ka­łam pa­trze­nia na Ane­tę. Nie chcia­łam oglą­dać mo­jej cór­ki, któ­ra wła­śnie tra­ci­ła dziec­ko. Chwi­la, w któ­rej mat­ka prze­sta­je być mat­ką - te­go nie po­wi­nien oglą­dać ża­den czło­wiek.

Z sa­li Ma­te­usza wy­ło­nił się le­karz, męż­czy­zna ze srebr­ną smu­gą cza­su na bro­dzie. Za­czął iść w na­szym kie­run­ku, a mo­je ser­ce sta­nę­ło w pło­mie­niach. Wy­pa­la­ło mo­je wnętrz­no­ści. Chwia­łam się na no­gach, jak­by ktoś rzu­cił na mnie urok. Nie wie­rzy­łam w cza­ry. Nie wie­rzy­łam też w głu­pią na­dzie­ję, że wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Sta­nął przed Ane­tą. Opie­ra­ła się na bar­kach Ma­riu­sza, nie­zdol­na do wy­do­by­cia z sie­bie naj­cich­sze­go dźwię­ku.

- Bar­dzo mi przy­kro, zro­bi­li­śmy co w na­szej mo­cy, aby go ura­to­wać, ale...

Prze­sta­łam go słu­chać i za­czę­łam pła­kać.

Nie, nie, nie! Tyl­ko nie mój Ma­te­usz! Za­śpie­waj mi coś jesz­cze, bła­gam. Tak bar­dzo cię po­trze­bu­ję.

Po czym osu­nę­łam się na ko­la­na, chwy­ta­jąc się za ser­ce. Sta­ło się to, co prze­wi­dy­wa­łam. Wraz z odej­ściem mo­je­go świa­tła, znik­nę­ła dru­ga część mo­je­go ser­ca.

Na­sta­ła ciem­ność.

4.

Eg­zy­sten­cja w nie­ży­ciu

Obu­dzi­łam się po sze­ściu mie­sią­cach eg­zy­sten­cji w mro­ku. Jed­nak ży­łam... Nie, nie ży­łam.

W mo­im od­czu­ciu ży­cie to chęć co­dzien­ne­go oglą­da­nia słoń­ca, księ­ży­ca, gwiazd roz­rzu­co­nych po gra­na­to­wym nie­bie... Po­dzi­wia­nie, jak zmie­nia­ją się w prze­cią­gu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin - za­sy­pia­ją i na no­wo się bu­dzą. Ży­cie to ciąg emo­cji, po­cząw­szy od pa­nicz­ne­go krzy­ku przy na­ro­dzi­nach, a skoń­czyw­szy na po­go­dze­niu się z koń­cem rwą­ce­go po­to­ku krwi w two­ich ży­łach. W koń­cu każ­dy po­tok ma gdzieś swo­je źró­dło i uj­ście, ni­ko­go więc nie po­win­no dzi­wić, że tak­że ten kie­dyś do­bi­je do nie­unik­nio­nej ta­my. Nie wszy­scy są po­go­dze­ni z na­głym za­trzy­ma­niem prze­pły­wu. Ja i Ma­te­usz nie by­li­śmy go­to­wi na śmierć.

Po odej­ściu wnu­ka, sześć mie­się­cy te­mu, prze­szłam na szpi­tal­nej pod­ło­dze roz­le­gły za­wał ser­ca. Ale do­pie­ro po upły­wie pół ro­ku mo­gę po­wie­dzieć, że się obu­dzi­łam.

Wczo­raj, sto­jąc przed lu­strem, zda­łam so­bie spra­wę, że ży­ję. Ude­rzy­łam pię­ścią w ta­flę szkła, a mo­ja skó­ra roz­war­ła się, za­czę­ła szczy­pać i krwa­wić. Po­czu­łam coś. Co­kol­wiek. Roz­pła­ka­łam się. Do tej po­ry łu­dzi­łam się, że to tyl­ko sen. Wy­obra­ża­łam so­bie, że za mo­ment za­dzwo­ni do mnie Ma­te­usz i obu­dzi mnie tym swo­im ra­do­snym gło­sem. Za­po­wie, że wpad­nie do mnie przy oka­zji po­wro­tu z uczel­ni, i po­pro­si, że­bym ule­pi­ła mu ta­lerz pie­ro­gów z mię­sem.

Ale nie śni­łam. Czu­łam ból, a to ozna­cza­ło, że ży­łam. A ra­czej eg­zy­sto­wa­łam w nie­ży­ciu, bo te­go nie moż­na by­ło na­zwać ży­ciem.

Kie­dy przy­kuś­ty­ka­łam do kuch­ni, aby prze­grze­bać wszyst­kie szaf­ki w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś ban­da­ża do za­skle­pie­nia owo­cu mo­jej fru­stra­cji, zer­k­nę­łam na stos luź­no po­roz­rzu­ca­nych do­ku­men­tów na bla­cie. Się­gnę­łam po nie, pla­miąc bia­łe kart­ki czer­wo­ny­mi roz­bry­zga­mi. Za­czę­łam czy­tać - tak zwa­ne za­le­ce­nia, wska­za­nia i re­cep­ty. Set­ki nie­zro­zu­mia­łych słów i po­le­ceń me­dycz­nych, zwień­czo­nych le­kar­skim pod­pi­sem na do­le. To wszyst­ko dla mnie? Mam się do te­go sto­so­wać? Ale skąd te pa­pie­ry w ogó­le wzię­ły się w mo­im do­mu?

Czy­ta­jąc za­pi­ski o trud­nej i dłu­go­trwa­łej re­kon­wa­le­scen­cji po za­wa­le, mru­ży­łam oczy i wy­tę­ża­łam umysł. Przy­się­gam, coś na­praw­dę mu­sia­ło mi umknąć. Nie pa­mię­tam, aby kie­dy­kol­wiek mo­ja wi­zy­ta u le­ka­rza do­ty­czy­ła ja­kie­goś za­wa­łu. Stra­ci­łam tyl­ko ko­lej­ną część ser­ca, nic no­we­go. Ze stra­tą za­wsze ra­dzi­łam so­bie sa­ma. Le­ka­rze nie mo­gli przy­wró­cić te­go, co ode­szło bez­pow­rot­nie... Nie by­li cza­ro­dzie­ja­mi, ewen­tu­al­nie bo­ha­te­ra­mi w bia­łych pe­le­ry­nach. Zda­wa­li się na pod­ręcz­ni­ko­we za­klę­cia i na­uko­we sche­ma­ty. Me­dy­cy­na nie wie­rzy­ła w ma­gię.

Mo­je ser­ce by­ło bar­dzo nad­wy­rę­żo­ne, a każ­dy krok spra­wiał, że czu­łam ty­sią­ce me­ta­lo­wych szpi­le­czek gnież­dżą­cych się w mo­jej klat­ce pier­sio­wej. Nie pa­mię­ta­łam, aby sześć mie­się­cy te­mu od­dy­cha­nie spra­wia­ło ta­kie trud­no­ści. Czy po­wie­trze na­bra­ło gę­sto­ści, gdy spa­łam? A mo­że to przez brak pa­pie­ro­wych sło­mek przy każ­dym kar­to­ni­ku owo­co­we­go na­po­ju w dys­kon­tach? Al­bo mój mózg błęd­nie twier­dził, że bez ustan­ku bie­gnę do Ma­te­usza, a tęt­no ga­lo­po­wa­ło w ryt­mie mo­ich kro­ków. A mo­że to ostat­nie mi­li­me­try mo­je­go ser­ca tań­czy­ły na cien­kim po­gra­ni­czu ży­cia i nie­ży­cia...

Czy­ta­łam da­lej: "Za­le­ca się, aby w mia­rę moż­li­wo­ści pa­cjent pro­wa­dził ak­tyw­ny tryb ży­cia. Wska­za­na umiar­ko­wa­na ak­tyw­ność fi­zycz­na".

Omio­tłam wzro­kiem sa­lon, od­dzie­lo­ny nie­wiel­kim łu­kiem od kuch­ni. Kie­dy mój sa­lon za­mie­nił się w si­łow­nię? Na pro­sto­kąt­nym, sznur­ko­wym dy­wa­nie sta­ły: ro­we­rek do ćwi­czeń, bież­nia oraz ma­ta, a na niej le­ża­ły czte­ry cię­żar­ki o róż­nych ko­lo­rach i cięż­ko­ściach.

Nie przy­po­mi­na­łam so­bie, że­bym kie­dy­kol­wiek by­ła fan­ką spor­tu. Czu­łam się zdez­o­rien­to­wa­na... Ży­łam, o czym świad­czy­ła roz­cię­ta, wciąż krwa­wią­ca skó­ra mo­jej dło­ni, ale nie wie­dzia­łam, gdzie się znaj­du­ję. Utknę­łam w bru­tal­nej re­al­no­ści czy kro­czy­łam w zbyt re­ali­stycz­nym śnie?

Dźwięk te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go wy­swo­bo­dził mój umysł z za­my­śle­nia. Po­czu­łam drga­nia w kie­sze­ni spodni. Się­gnę­łam rę­ką w kie­run­ku wi­bra­cji, ale ode­rwa­łam ją gwał­tow­nie z gło­śnym syk­nię­ciem. Mu­sia­łam użyć zdro­wej dło­ni, bo ze­tknię­cie ra­ny z ma­te­ria­łem oka­za­ło się praw­dzi­wie dru­zgo­cą­ce.

- Ha­lo, ma­mo? Wsta­łaś? - Z te­le­fo­nu wy­brzmiał głos Ane­ty.

Uśmiech­nę­łam się. Zdzi­wio­na, że mo­je mię­śnie mi­micz­ne nie zwię­dły od ża­lu wto­pio­ne­go w mo­je DNA. Jed­nak mi­li­me­try ser­ca, któ­re mi po­zo­sta­ły, po­zwa­la­ły na jesz­cze odro­bi­nę zwy­czaj­nych, ludz­kich od­ru­chów.

- Hej, Anet­ka. Jak ja się za to­bą stę­sk­ni­łam - wy­si­li­łam się na ra­do­sny ton, choć w rze­czy­wi­sto­ści chcia­łam się roz­pła­kać z bez­sil­no­ści.

Nie dość, że dłoń pa­li­ła mnie ży­wym ogniem, to jesz­cze bar­dzo pra­gnę­łam za­py­tać, czy Ma­te­usz ży­je... Czy to wszyst­ko to tyl­ko nędz­ny i dłu­gi kosz­mar? Nie mia­łam jed­nak dość od­wa­gi. W głę­bi du­szy wie­dzia­łam, ja­ką usły­szę od­po­wiedź. Wy­czu­łam to po gło­sie Ane­ty - ni­ja­kim, wą­tłym, bez­dź­więcz­nym...

- Ma­mo, prze­cież by­li­śmy u cie­bie wczo­raj - wy­ja­śni­ła ła­god­nie, po czym wes­tchnę­ła jak za­wsze, gdy po­trze­bo­wa­ła ulot­nić wzbie­ra­ją­ce na­pię­cie.

- Ach, tak... Prze­cież wiem - skła­ma­łam spraw­nie.

Wi­dząc wszyst­ko to, co dzie­je się wo­kół mnie - po­waż­ne ubyt­ki w pa­mię­ci, eg­zy­sten­cja w nie­ży­ciu, krwa­wią­ca rę­ka, za­le­ce­nia, re­cep­ty i sa­lon prze­po­czwa­rzo­ny w si­łow­nię - nie chcia­łam przy­spa­rzać so­bie wię­cej pro­ble­mów. Oba­wia­łam się, że uzna­ją mnie za nie­po­czy­tal­ną, bo sa­ma czu­łam się jak po­zba­wio­na istot­nych zwo­jów. W rze­czy­wi­sto­ści nie mia­łam po­ję­cia, gdzie by­łam przez ostat­nie pół ro­ku i co się wy­da­rzy­ło. Mo­że rze­czy­wi­ście osza­la­łam?

- Ma­mo, bra­łaś le­ki? - Ane­ta za­py­ta­ła nu­żą­cym to­nem, ja­kim każ­dy za­pra­co­wa­ny ro­dzic za­ga­du­je swo­je dziec­ko, gdy wró­ci ze szko­ły.

- Ja­kie le­ki? - Za­nim mój mózg się zre­flek­to­wał, sło­wa sa­me wy­pły­nę­ły nie­zmą­co­ną me­lo­dią z mo­jej bu­zi. Nie po­tra­fi­łam dłu­żej uda­wać.

- Ma­mo... - Usły­sza­łam w te­le­fo­nie ner­wo­we szur­nię­cie krze­słem. Cór­ka mu­sia­ła wstać, zi­ry­to­wa­na i nie­zdol­na do za­cho­wa­nia cier­pli­wo­ści. Nie wi­ni­łam jej za to. Prze­czu­wa­łam, że stra­ci­ła dziec­ko, a wraz z ża­ło­bą do­sta­ła w gra­ti­sie no­we, dwa ra­zy star­sze od niej. - Le­ki masz w pierw­szej szu­fla­dzie szaf­ki noc­nej. Weź je, a ja po po­łu­dniu przy­ja­dę i na­szy­ku­ję ci daw­kę na wie­czór. - Brzmia­ła na zmę­czo­ną i zre­zy­gno­wa­ną.

Nie mo­głam po­zwo­lić, że­by się tak czu­ła. To ja by­łam jej mat­ką i po­win­nam dbać o jej sa­mo­po­czu­cie, jak wte­dy, gdy by­ła nie­win­ną kru­szyn­ką. Za wszel­ką ce­nę ukry­wa­łam przed nią si­nia­ki ob­na­ża­ją­ce mo­je sła­bo­ści, sta­ra­jąc się za­pew­nić jej bez­tro­skie dzie­ciń­stwo, wol­ne od pęk­nięć i peł­ne po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Ce­men­to­wa­łam je kle­ją­cą pap­ką mo­je­go po­tu, łez i krwi.

- Ane­ta, po­wiedz mi, co się tu­taj dzie­je. - Mu­sia­łam po­znać praw­dę. Ży­cie w nie­wie­dzy by­ło gor­sze od śmier­ci. - Obu­dzi­łam się, wy­da­je mi się, jak­bym prze­spa­ła pół ro­ku, mam lu­ki w pa­mię­ci, na sto­le le­żą ja­kieś re­cep­ty, a sa­lon za­gra­ca­ją dziw­ne urzą­dze­nia do ćwi­czeń - wy­dy­sza­łam jed­nym tchem. Z każ­dym sło­wem czu­łam co­raz więk­szą ulgę, ale jed­no­cze­śnie na­si­lał się też kłu­ją­cy żar w klat­ce pier­sio­wej.

Przez chwi­lę je­dy­ną od­po­wiedź na mo­je wąt­pli­wo­ści sta­no­wi­ła ci­sza. Po kil­ku se­kun­dach za­stą­pi­ło ją chli­pa­nie i nie­rów­ne po­cią­ga­nie no­sem.

- Ma­riusz! Ma­ma od­zy­ska­ła świa­do­mość! - wy­bu­chła z nie­wy-ob­ra­żal­ną si­łą, po czym ewi­dent­nie po­rzu­ci­ła na­szą roz­mo­wę w chwi­lo­wą nie­pa­mięć. Mam­ro­ta­ła coś w kie­run­ku mę­ża, le­d­wo wy­ła­py­wa­łam po­je­dyn­cze sło­wa eks­cy­ta­cji oraz fa­lę wzru­sze­nia. - Ma­mo, już do cie­bie je­dzie­my - za­ko­mu­ni­ko­wa­ła krót­ko i się roz­łą­czy­ła.

Nie­spo­dzie­wa­nie mo­je ser­ce za­czę­ło tłuc o ko­ści w nie­bez­piecz­nym przy­spie­sze­niu. En­dor­fi­ny ude­rzy­ły do mó­zgu, a źre­ni­ce roz­sze­rzy­ły się jak w eks­ta­zie. W koń­cu ich zo­ba­czę. W koń­cu usły­szę me­lo­dyj­ny głos Ma­te­usz­ka... - po­my­śla­łam i na­tych­miast po­now­nie spą­so­wia­łam, ga­niąc się za otę­pie­nie umy­słu. Naj­pierw mu­sia­ła­bym umrzeć, a wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że umar­łam je­dy­nie na sześć mie­się­cy...

Ane­ta z Ma­riu­szem przy­je­cha­li do mnie dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej. Otwo­rzy­łam drzwi i od ra­zu wy­czu­łam zna­jo­me per­fu­my. Obo­je za­czę­li pła­kać. Ja tak­że nie zdo­ła­łam po­wstrzy­mać łez - i wca­le nie ze szczę­ścia. Ból roz­dzie­rał reszt­ki mo­je­go ser­ca, kie­dy za­my­ka­łam za ni­mi drzwi, wciąż wi­dząc na pod­ło­dze nie­wi­dzial­ne śla­dy bu­tów Ma­te­usza.

Oka­za­ło się, że po śmier­ci mo­je­go wnu­ka rze­czy­wi­ście prze­szłam roz­le­gły za­wał. Choć le­ka­rze nie da­wa­li mi re­al­nych szans na prze­ży­cie - w koń­cu nie wie­rzy­li w ma­gię - ku zdu­mie­niu ca­łe­go per­so­ne­lu szpi­ta­la prze­ży­łam. Ane­ta wy­ja­śni­ła, że pra­gnę­łam od­dać ży­cie Ma­te­uszo­wi, udać się w za­świa­ty po je­go du­szę i znik­nąć, ule­ga­jąc łap­czy­wym de­mo­nom ciem­no­ści.

Mo­ja nić ze świa­tem ze­wnętrz­nym zo­sta­ła na­de­rwa­na. Nie ży­łam, choć ży­łam. Eg­zy­sto­wa­łam. By­łam. Od­dy­cha­łam. Ja­dłam. Pi­łam. Spa­łam. Wy­próż­nia­łam się. Le­ża­łam. Cho­dzi­łam. Roz­ma­wia­łam. Pła­ka­łam. Le­ka­rze uzna­li to za efekt wy­par­cia - sku­tek zbyt sil­nych emo­cji, me­cha­nizm obron­ny zroz­pa­czo­ne­go or­ga­ni­zmu. Po­dob­no po­le­ci­li mi wi­zy­tę u psy­chia­try, ale bro­ni­łam się, jak mo­głam. Od­pu­ści­li więc i sku­pi­li się na le­cze­niu na­stępstw za­wa­łu.

Po dwóch ty­go­dniach spę­dzo­nych w szpi­ta­lu wró­ci­łam do do­mu z gru­bą tecz­ką peł­ną me­dycz­nych pli­ków, ale mój stan psy­chicz­ny nie uległ po­pra­wie. Le­ki po­da­wa­ne przez Ane­tę dzień w dzień, jak nie­peł­no­spraw­ne­mu dziec­ku, od­bu­do­wy­wa­ły struk­tu­ry mo­je­go cia­ła. Umysł i po­za­ma­te­rial­ne od­mę­ty or­ga­ni­zmu wciąż jed­nak spo­wi­ja­ła ni­cość.

Do­wie­dzia­łam się, że ro­dzi­na przy­jeż­dża­ła do mnie każ­de­go dnia. Ciot­ki, wu­jo­wie, stry­jo­wie, przy­ja­cie­le i ich dzie­ci zjeż­dża­li ze wszyst­kich stron Pol­ski, aby oso­bi­ście do­świad­czyć mo­jej tra­ge­dii. Gdy na do­bre wto­pi­łam się w ma­te­rac łóż­ka, nie­zdol­na do po­dźwi­gnię­cia cia­ła chwy­ta­li mo­ją dłoń - współ­czu­li bab­ci, któ­ra stra­ci­ła wnucz­ka. Roz­ma­wia­li ze mną i pła­ka­li. Zda­wa­li się na ni­kłe uśmie­chy, że­by pod­nieść mnie na du­chu, ale na­wet nie do­strze­ga­łam ich obec­no­ści. Pu­sto lu­stro­wa­łam prze­strzeń, za­ta­pia­jąc się w be­to­nie wła­sne­go do­mu. Po pierw­szym mie­sią­cu mo­jej nie­śmier­ci wszy­scy stop­nio­wo usu­wa­li się w cień. Krę­ci­li gło­wa­mi, wzdy­cha­li, a na ko­niec od­pusz­cza­li z oba­wą, że mrocz­na klą­twa do­się­gnie ich sa­mych. Ob­da­ro­wy­wa­li Ane­tę po­dwój­ny­mi kon­do­len­cja­mi. Za­trza­ski­wa­li drzwi mo­je­go do­mu z prze­ko­na­niem, że prze­kra­cza­ją je­go próg po raz ostat­ni. By­li pew­ni, że śmierć do­się­gnie mnie prę­dzej niż póź­niej: "Bied­na Re­gi­na... Niech Bóg da jej wresz­cie upra­gnio­ny wiecz­ny od­po­czy­nek. Bi­dul­ka się mę­czy. Nie wie, kim jest. We­ge­tu­je". Przy­jeż­dża­li co­raz rza­dziej i rza­dziej, aż w koń­cu je­dy­ny­mi świad­ka­mi pro­ce­su roz­kła­du mo­jej oso­by sta­li się Ane­ta i Ma­riusz. Gdy­by nie łą­czy­ły nas bli­skie wię­zy krwi, Ane­ta tak­że za­ję­ła­by się so­bą oraz prze­ży­wa­niem wła­snej ża­ło­by po po­chów­ku sy­na. Nie mo­głam mieć jej za złe. Nikt nie chciał­by czu­wać nad wra­kiem zna­jo­mej du­szy oso­by, któ­ra się pod­da­ła.

Le­ka­rze po­zwo­li­li mi opu­ścić szpi­tal na po­grzeb Ma­te­usza, choć w mo­jej za­bu­rzo­nej pod­świa­do­mo­ści on ni­g­dy się nie od­był. Po­dob­no po­dą­ża­łam na sa­mym prze­dzie po­cho­du, nie od­zy­wa­jąc się do ni­ko­go choć­by naj­mniej­szym pół­słów­kiem. Nie ura­czy­łam ni­ko­go naj­cień­szą li­nią opa­da­ją­cych warg. Ani ra­zu nie spoj­rza­łam na dę­bo­wą trum­nę usta­wio­ną w sa­mym cen­trum ko­ścio­ła. Dla mnie nie ist­nia­ła. Dwa dni przed ostat­nim po­że­gna­niem za­ku­pi­łam w ta­jem­ni­cy, a ra­czej bez in­for­mo­wa­nia ko­go­kol­wiek, wie­niec cmen­tar­ny z de­dy­ka­cją na po­ły­sku­ją­cej szar­fie: "Od ko­cha­ją­cej bab­ci. Nie­ba­wem do Cie­bie do­łą­czę". Wszy­scy by­li zde­gu­sto­wa­ni i prze­ra­że­ni tym mrocz­nym wer­sem. Ja lu­stro­wa­łam pro­stac­kie na­pi­sy na te­mat tra­gicz­nej śmier­ci mo­je­go wnucz­ka: "Od­sze­dłeś tak na­gle", "Choć Cie­bie już nie ma, Two­je sło­wa ży­ją w nas", "Bóg tak chciał". Po ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej pła­ka­łam ca­ły dzień bez ustan­ku. Wy­czer­pa­łam ca­ły za­pas łez, a oczy za­szły mi mlecz­ną mgłą i ob­ro­dzi­ły czer­wo­ną, nie­re­gu­lar­ną sie­cią ży­łek. Póź­niej spa­łam przez dwa dni bez prze­rwy, nie­świa­do­mie pla­miąc ma­te­rac żół­ta­wym mo­czem... Nie ja­dłam, nie pi­łam, nie ży­łam - zwy­czaj­nie tę­sk­ni­łam.

Ane­ta usia­dła na ro­wer­ku usta­wio­nym na­prze­ciw­ko mo­je­go łóż­ka.

- Ma­mo, wiem, że jest nam cięż­ko. - Nie ukry­wa­ła sła­bo­ści. - Ten rok jest dla nas cho­ler­nie trud­ny. Ale mu­sisz za­ak­cep­to­wać fakt, że Ma­te­usza już z na­mi nie ma. Przy­naj­mniej nie w ta­ki spo­sób, w ja­ki by­śmy chcie­li. - Łza na­wil­ży­ła jej chro­po­wa­tą, wy­su­szo­ną ce­rę. Ze­szła z ma­szy­ny i usia­dła obok mnie z wy­uczo­ną ostroż­no­ścią.

- Nie umiem po­go­dzić się z tym, że go tu­taj nie ma. - Na­wet nie spo­strze­głam, kie­dy mo­je zę­by za­czę­ły szczę­kać. - Ca­ły czas wy­da­je mi się, że za­raz do mnie wpad­nie po­ka­zać swo­je no­we na­gra­nie, na któ­rym śpie­wa ja­kąś pio­sen­kę z lat mo­jej mło­do­ści. - Mu­sia­łam prze­rwać i od­chrząk­nąć, bo głos za­czął mi się ła­mać.

Za­pa­trzy­łam się na ho­ry­zont prze­le­wa­ją­cy się za oknem. Świat zda­wał się pły­nąć da­lej, nie­wzru­szo­ny wszel­ki­mi nie­do­god­no­ścia­mi zsy­ła­ny­mi przez los na mo­je bar­ki. Jaw­ne opusz­cze­nie gar­dy i przy­zna­nie się do obaw oka­za­ło się znacz­nie trud­niej­sze niż pół­rocz­ne dry­fo­wa­nie w po­tę­dze nie­ży­cia. To coś jak roz­dra­py­wa­nie ni­g­dy nie­za­go­jo­nej ra­ny, coś jak ofi­cjal­ne roz­po­czę­cie ża­ło­by, że­by za kil­ka mie­się­cy za­po­mnieć o prze­peł­nia­ją­cym bó­lu i po­go­dzić się z bra­kiem obec­no­ści mo­je­go świa­tła, któ­re mia­ło trwać wiecz­nie.

- Wiem, ma­mo. Na­praw­dę wiem - wy­szep­ta­ła Ane­ta i ob­ję­ła mo­je wy­chu­dzo­ne cia­ło, przy­ci­ska­jąc do swo­jej pier­si.

Sły­sza­łam szum jej krwi. Bul­go­ta­nie kwa­su żo­łąd­ko­we­go. Cie­pło re­ge­ne­ru­ją­ce­go się cia­ła. By­ła sil­na, a ja by­łam dum­na, że mam ta­ką cór­kę.

Pierw­szy raz od sze­ściu mie­się­cy po­czu­łam coś in­ne­go niż ból.

Spis tre­ści

1. Nie­sa­mot­ność bez po­two­ra

2. Ma­te­usz wy­stą­pi w Opo­lu

3. Ma­te­usz nie wy­stą­pi w Opo­lu

4. Eg­zy­sten­cja w nie­ży­ciu

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl