Wstęp
Kiedy popołudnie spowijało Storlien płaszczem ciemności i chłodu, Arvida
zawsze nawiedzała ta sama myśl. Czterdzieści lat krążyła mu po głowie,
choć nigdy nie wypowiedział jej na głos. Teraz to już nie my strzeżemy
granicy, tylko ona pilnuje nas.
Stali w kamizelkach odblaskowych pośrodku drogi E14, groteskowo
oświetleni reflektorami, podczas gdy zamieć biła w nich z całych sił.
Arvid błądził wzrokiem w skrywającym wszystko mroku, po dwóch pasach
jezdni pnących się łukiem ku górze, by zaraz potem gwałtownie opaść w kierunku Norwegii. Sękate, karłowate brzozy i rozległe, surowe
przestrzenie. W obliczu nadchodzącej nocy na przydrożnych parkingach
kierowcy tirów szukali schronienia blisko siebie. Naprzeciwko, po
drugiej stronie torów kolejowych, u podnóża bezleśnej góry, przycupnęła
wioska.
Dobrze znał posterunek celny, ale o tej porze mrok spowijał też jego
umysł. Nie mieli pewności, czy ktoś nie obserwuje ich z ukrycia, tylko
czekając na właściwy moment, by przedostać się na drugą stronę. Garstka
celników nie dawała rady upilnować czterystukilometrowej granicy, nic
więc dziwnego, że człowiek czuł się czasem bezsilny.
-?Chodzi o to, żeby pokazać, że tu jesteśmy -?stwierdził Peter, gdy
Arvid narzekał w kuchni na absurdalność tej misji.
Koledzy uśmiechali się do niego z pobłażaniem i współczuciem.
Arvid doskonale wiedział, co o nim myślą. Pewnego wieczoru, gdy
niespodziewanie wrócił po portfel, który zostawił w szufladzie biurka,
przypadkowo podsłuchał rozmowę Kerstin i Petera znajdujących się na
piętrze:
-?Arvid jest oderwany od rzeczywistości, żyje w swoim świecie. Kto wie,
co z nim będzie po przejściu na emeryturę. Już i tak pracuje dłużej, niż
powinien.
Arvid nie wziął portfela i pojechał do domu ze ściśniętym gardłem.
Strasznie zabolały go te słowa, które padły z ust jego najbliższych
współpracowników. Od prawie trzydziestu lat mieszkańcy wioski szeptali
za jego plecami. Że postradał zmysły, gdy znalazł zwłoki zięcia i wnucząt. Że jego córka Marit musiała zabić całą rodzinę i uciec, skoro
nigdy jej nie odnaleziono. Jaką trzeba być matką, żeby zrobić coś
takiego? Tylko potwór jest zdolny do takich rzeczy.
Najgorsze były chwile zwątpienia, które nachodziły go w samotności. Może
to ci najokrutniejsi mają rację, a on się myli?
Zazwyczaj praca była dla niego kołem ratunkowym, lecz tego wieczoru czuł
się wyjątkowo zmęczony i rozbity. Jakby stał na wiszącym moście, a czas
pędził pod nim niczym rwąca rzeka. Ledwie czuł się częścią własnego
życia.
Zbliżały się urodziny Marit. W poniedziałek skończyłaby czterdzieści
dziewięć lat.
A może skończy?
Ciała jego córki nigdy nie odnaleziono. Jak opłakiwać kogoś, kogo nie
można pochować?
Zaciągnął suwak kurtki aż pod samą brodę, ponieważ wiał ostry,
przenikliwy wiatr i trzeba się było szczelnie chronić od stóp do głów.
Od czasu, gdy urząd celny zaostrzył kontrole przy granicy z Norwegią,
częściej pracowali na zewnątrz i sprawdzali znacznie więcej pojazdów.
Czas zająć się kryminalistami, którzy mają tu otwartą furtkę do kraju.
Już w pierwszych tygodniach namierzyli narkotyki, alkohol oraz broń,
jakby spod ziemi wypłynęła brudna, ciepła rzeka przestępczości.
Niektórzy wściekali się na nowe przepisy, nazywając je biurokratycznym
piekłem. Właściciele domów letniskowych i pracownicy fizyczni, którzy
dotąd bezproblemowo przekraczali niestrzeżoną granicę z drogim sprzętem
i skuterami, teraz musieli płacić cło.
Bardziej zdecydowane podejście -?oto co teraz obowiązywało. Arvid coraz
częściej myślał o nielogiczności granic państwowych. Dawniej nie było
linii podziału pomiędzy Norwegią a Szwecją, mech i jałowiec się nią nie
przejmowały. W przyrodzie wszystko tworzy jedną całość, a jednak ludzie
zdecydowali inaczej.
Zapowiadała się długa zima. Pomimo monotonii Arvid i tak wolał być w środku, w ciepłej czerwonej budce i odprawiać towary, niż pracować na
zewnątrz. Kierowcy ciężarówek zachowywali się profesjonalnie, wiedzieli,
czy mają ładunek do oclenia, i od razu wybierali czerwony pas, po czym
wypełniali papiery, a on przystawiał pieczątkę. Potem spokojnie siadał
przy oknie, pił kawę i obserwował. Od dwudziestu ośmiu lat obserwował,
lecz auto, którego wypatrywał, nigdy się nie pojawiło.
Na mrozie, w bliskim kontakcie z ciemnymi stronami ludzkiej natury,
bardziej odczuwał swoją wewnętrzną udrękę. W zeszłym tygodniu próbował
zatrzymać zdesperowaną Norweżkę, która uciekając, o mało nie przejechała
go Teslą. Musiał uskoczyć na bok. Gdy jego kumple w końcu ją zatrzymali,
znaleźli w bagażniku pół kilograma białego proszku -?amfetaminę ukrytą w buteleczkach po dziecięcym szamponie. W pamięci utkwiły mu jasnoróżowe
etykiety. Ten niewinny kolor miał w sobie coś tragicznego. Psychiczny
ból puchł w nim coraz bardziej, był niczym kula smutku, tęsknoty i rozpaczy, której nie potrafił z siebie wyrzucić. Nie mógł ani nie chciał
skupić się na przyszłości, bo wtedy umarłaby pamięć o niej, a później
zniknęłyby również wspomnienia o Franku, Feliksie i Julii.
Jednak wkrótce wszystko się skończy. Najpierw życie zawodowe, potem
życie samo w sobie. Sześćdziesiąt dziewięć lat. Czas nieubłaganie
ucieka.
Kątem oka zobaczył, jak Kerstin podnosi lornetkę, a od strony Norwegii
nadjeżdża auto.
-?W końcu jakiś samochód, ta noc wlecze się jak flaki z olejem... -
wymamrotał Peter pod nosem, przewracając oczami. Kilkudniowy zarost,
który uparcie nosił, sprawiał, że wyglądał na jeszcze bardziej
zmęczonego. Nie chciało mu się golić czy nie miał cierpliwości do
zapuszczenia brody?
Kerstin dała im znać, żeby się przemieścili do miejsca kontroli.
Arvidowi od razu przyspieszył puls i poczuł ucisk kamizelki odblaskowej.
Przesunął palcami po gazie pieprzowym, a następnie dotknął pałki
znajdującej się przy nodze.
Po chwili wjechało stare czarne Volvo, model 245. Kiedyś
najpopularniejszy samochód w Szwecji. W czasach, gdy był szczęśliwy.
Kiedy wszyscy, których kochał, wciąż żyli.
Kerstin uniosła rękę z ognistopomarańczową flarą sygnalizacyjną i zatrzymała pojazd. Złoty emblemat na jej służbowej czapce zalśnił w świetle reflektorów.
Kierowca się zatrzymał i opuścił szybę. Mężczyzna w średnim wieku,
koszula z krótkim rękawem, brzuch opierający się na kierownicy. Miał już
przygotowane prawo jazdy. Obok niego siedziała kobieta, a z tyłu dwoje
dzieci, dziewczynka i chłopiec. Wyglądali, jakby wracali z ciepłych
krajów. Policzki i włosy muśnięte słońcem.
Byli na urlopie -?pomyślał Arvid. Chodzili boso po piasku, jedli dania z grilla w gwarnych restauracjach. Szukali odrobiny ciepła w coraz
chłodniejszym świecie. Może kobieta kupiła sobie w jakiejś wąskiej
uliczce srebrne kolczyki, które teraz migotały w jej uszach.
Zwyczajna rodzina. Tylko czy na pewno?
-?Dzień dobry -?powiedział Arvid, pochylając się, by spojrzeć kierowcy w oczy, nie zaglądając do auta.
Zawsze miał z tyłu głowy, że może zostać zaatakowany. Gdzie się podziali
ci wszyscy nieszkodliwi piwosze? Ten gatunek musiał tymczasem wyginąć.
Zamiast nich w społeczeństwie roiło się od nieobliczalnych osób z problemami psychicznymi, uzależnionych od przeróżnych substancji.
-?Macie coś do oclenia?
-?Nic mi o tym nie wiadomo... nie.
Mężczyzna rozejrzał się po wnętrzu auta, jakby miała tam gdzieś leżeć
sterta skradzionych rzeczy.
-?Co oni robią, tato? Czy my jesteśmy złodziejami?
Głos dziewczynki dobiegł z tylnego siedzenia, zdjęła słuchawki i odłożyła iPada na rozkładany stolik przed sobą.
Ojciec się zaśmiał.
-?Nie, Stello. Wszystko w porządku.
Arvid świadomie przybrał przyjazny wyraz twarzy. Mała przypominała mu
Marit, kiedy ta była w jej wieku. Zresztą, wszystkie dziewczynki,
niezależnie od etapu życia, przypominały mu Marit. Często myślał o delikatnych włoskach na jej dziecięcym karku i płakał w samotności
nocami, kiedy cisza stawała się nie do zniesienia. Dawniej miał jeszcze
Karin, z którą mógł porozmawiać, ale teraz i żony już nie było. Po
kolacji zazwyczaj włączał jakiś film, by dom wypełnił się życiem. Czasem
przysypiał na kanapie i budził go głos, który wydawał mu się znajomy.
Przez kilka ulotnych sekund wierzył, że to ktoś bliski, zanim dotarło do
niego, że to tylko aktor. I za każdym razem bolało tak samo.
Arvid otworzył bagażnik i zajrzał do środka. Walizki, kilka toreb ze
strefy bezcłowej, głównie słodycze. Latarka omiotła wnętrze samochodu,
dywaniki, kieszenie w drzwiach i inne zakamarki.
Wpuścili rodzinę, która właśnie wróciła z Gran Canarii. Mieli
bezpośredni lot do Trondheim, a teraz musieli się jeszcze dostać do
domu, do Östersundu. Pewnie już się stęsknili za zwyczajnym życiem i rutyną.
-?No dobra -?rzucił Peter. -?Skoczę do toalety.
Kerstin zaczęła się rozgrzewać przez pocieranie ramion, patrząc w ciemne
niebo.
-?Ech, kto by nie chciał teraz uciec do ciepłych krajów. Podobno czeka
nas załamanie pogody -?powiedziała, krzywiąc się. -?Jak się czujesz,
będąc już na ostatniej prostej?
-?Sam nie wiem -?bąknął Arvid.
Nie chciał okazywać słabości. Koledzy z pracy i tak wykazywali przesadne
zainteresowanie jego przyszłością.
-?Wyobraź sobie, budzisz się za tydzień, nastawiasz wodę na kawę i...
jeśli zechcesz, możesz wrócić do łóżka. Wiesz co? Marzy mi się
emerytura, ale nie mów tego Peterowi -?oznajmiła Kerstin i się zaśmiała.
Jej długi blond warkocz schował się pod kołnierzem kurtki. W tych
pozornie krótkich włosach przypominała młodą Jamie Lee Curtis z Rybki
zwanej Wandą. Przeczytał kiedyś w jakimś magazynie, którego nazwy już
nie pamiętał, że aktorka miała trzydzieści lat, czyli tyle co Kerstin
teraz, gdy tę komedię grano w kinach. To było arcydzieło. Widział ten
film wielokrotnie i za każdym razem bawił go tak samo. Mimowolnie się
uśmiechnął. Właściwie to lubił Kerstin i Petera. Może jednak nie chcieli
mu zaszkodzić, tylko po prostu troszczyli się o niego.
-?No tak -?odezwał się w końcu. -?Ale człowiek powinien mieć jakieś
zajęcie.
-?Krzyżówki, wycieczki z emerytami, długie spacery... nie będziesz się
nudził.
W tej chwili Arvid odruchowo się wyprostował, poprawiając mundur.
-?Myślałem raczej o kontynuowaniu badania swojego drzewa
genealogicznego.
Ponieważ odebrano mu przyszłość, zajął się przeszłością, odkrywając
swoje korzenie, co dawało mu poczucie ciągłości i wieczności. Genealogia
trzymała go przy życiu, lecz nawet ona zaczynała tracić sens. Znał
nazwiska, daty narodzin i śmierci, ale nie znał ludzi. Potrzebował kogoś
żywego, choćby jednej osoby. Dziś rano długo siedział na łóżku z koszulą
na kolanach, zanim w końcu zdecydował się ją włożyć. Bo czy to w ogóle
miało jakieś znaczenie? Co za różnica, czy się jeszcze kiedyś ubierze,
czy też nie, skoro i tak nic się nie zmieni?
-?Genealogia? Naprawdę się tym zajmujesz?
-?Tak, od jakiegoś czasu. W końcu człowiek trafia na kogoś... ja...
Urwał, gdy tylko zobaczył jej minę i rozbiegany wzrok. Cholera. Nie
powinien był tego mówić. Zabrzmiał jak jakiś desperat. Szaleniec Arvid
Näslund.
Na szczęście nie musiał się tym długo martwić, bo właśnie w tym momencie
na wzniesieniu błysnęły światła i szybko nadjechał kolejny samochód.
-?Komuś się najwyraźniej spieszy -?zauważyła Kerstin i pomachała do
Petera, który wyszedł na ganek.
Arvid zmrużył oczy. Samochód jechał z dużą prędkością, pewnie ze sto
dwadzieścia kilometrów na godzinę. Nieświadomy czy działa z premedytacją? Pojazd podskoczył na przejściu dla pieszych i gwałtownie
wyhamował. Kerstin podeszła do auta od strony kierowcy. Basy dudniły
tak, że aż drżały szyby.
Arvid przeszedł za samochód. Serce zaczęło mu walić, gdy dostrzegł, że
to czarne Volvo kombi. Na tylnej szybie miało naklejkę z jakimś hasłem
reklamowym napisanym niebieską czcionką. Jedno słowo biło po go oczach,
jakby założył okulary 3D.
"Bezpieczny". To samo słowo co wtedy. Świadek nie zapamiętał całego
zdania, tylko te dziesięć liter tworzących wyraz.
"Bezpieczny".
-?W tym konkretnym kontekście to słowo zadziałało jak cios w brzuch -
stwierdził potem terapeuta, umieszczając okulary do czytania na czole.
Pojechał na tę bezsensowną terapię tylko dwa razy. Łącznie sto
dwadzieścia kilometrów do ?re i z powrotem, by posiedzieć na
ergonomicznym fotelu zaprojektowanym przez Brunona Mathssona.
Stwierdził, że to bez sensu, bo smutek i tak go zniszczy.
Ale teraz to się działo naprawdę. To był ten moment. Wszystko się
zgadzało. Myśli wybuchały w jego głowie, nie do końca sformułowane, gdy
próbował zawołać kolegów.
-?On... To jest... wiem... morderca... porywacz...
Nikt go nie słyszał albo nikt nie słuchał.
Jak przez mgłę obserwował Kerstin i Petera działających zgodnie z procedurą. Mówili głośniej niż zwykle. Kierowca ubrany w bluzę z kapturem wyjaśnił im, szczerząc zęby, że może ściszyć hip-hop, ale
nawiew musi chodzić, bo szyby parują. Arvid wychwycił, że facet ma na
imię Dennis. Chciał zobaczyć jego twarz, marzył, by spojrzeć mu w oczy,
ale daszek czapki zasłaniał rysy aż po nos, a on nie mógł czekać.
To był ten moment.
Arvid zadziałał błyskawicznie. Rzucił się do samochodu, otworzył drzwi i tak mocno pchnął mężczyznę, że ten upadł bokiem na fotel pasażera, a głową uderzył o klamkę. Facet krzyknął i spadła mu czapka, odsłaniając
ulizane włosy wyglądające jak wysiedziana trawa. Arvid rzucił się na
niego, przygniatając go swoimi stu pięcioma kilogramami. Wymierzył mu
cios. Za plecami słyszał krzyki kolegów, ale nic sobie z nich nie robił.
-?Przetrzymujesz gdzieś Marit? Nie myśl sobie, że się ciebie boję,
zasrany śmieciu! Śniłem o tym prawie trzydzieści lat. Gdzie ona jest? -
wycedził przez zęby.
Mężczyzna dyszał, patrząc na niego z przerażeniem. Jego oczy nie
przypominały tych z wyobrażeń Arvida. Tamte miały kolor sadzy. Te były
młodsze, jaśniejsze. Arvid chwycił mężczyznę za gardło i poczuł pod
palcami jego puls.
-?Gdzie ona jest?! -?wrzasnął, plując.
-?Arvid! To nie on! Słyszysz?! Wystarczy! Przestań!
Krzyki Petera i Kerstin były jak szum wody w uszach, ale poczuł, jak ich
mocne ręce odciągają go do tyłu. Puścił gardło tego faceta i osunął się
w śnieg za autem. Kerstin przykucnęła obok niego.
Z kabiny samochodu dobiegał kaszel.
-?Dennis, prawda? Tak się przedstawiłeś? Możemy to wyjaśnić -?powiedział
Peter do mężczyzny. -?Niech no to zobaczę... Chodź, widzę, że krwawisz.
Damy ci plaster, herbatę, zaraz...
-?Wyjaśnić?! Herbatę?! -?wrzasnął Dennis, pociągając nosem. -?Doniosę na
was.
Oszołomiony Arvid próbował zrozumieć, o czym oni rozmawiają. Z tonu
Petera wynikało, że to on zrobił coś złego. Nie Dennis. A przecież to
ten człowiek był podejrzany o popełnienie przestępstwa, powinni go
zatrzymać, wezwać policję. Chciał zaprotestować, lecz poczuł dłoń
Kerstin na swoim ramieniu.
-?Arvid, to nie on. Auto wygląda podobnie jak to, które widziano tamtej
nocy, przyznaję. Ale popatrz. Ten chłopak... jeszcze nawet nie było go na
świecie, gdy...
Arvid zamrugał, zdezorientowany.
-?Ale przecież to nawet to samo słowo. W nazwie firmy...
Kerstin chwyciła jego twarz w dłonie i delikatnie obróciła ją w stronę
naklejki na tylnej szybie.
-?Spójrz. Tam nie jest napisane "bezpieczny", tylko "bezpiecznik".
Rozumiesz?
Rozumiał, ale jego umysł się zaciął. Jedyną rzeczą, o której mógł
myśleć, były te minuty, gdy Frank, Julia i Felix zdali sobie sprawę, że
umrą. Kiedy ich ciała jeszcze były ciepłe, a w żyłach pulsowała im krew.
Ten obraz nie dawał mu spokoju ani na chwilę, nawiedzał go w nocy,
powodując kołatanie serca i duszności. I pytanie: czy Marit zniknęła
wcześniej... czy dopiero po ich śmierci?
Vera
Luty 2023
-?No dobrze, zgadniecie, co tym razem wymyślili ci geniusze z chmury? -
rzucił redaktor naczelny Nils "Strömmen" Strömqvist, znany również jako
"Szatan". -?Mogę tylko zdradzić, że chodzi o dużą akcję. Vero, co
obstawiasz?
Strömmen założył dłonie za kark i skrzyżował drewniaki pod białym stołem
konferencyjnym, który już o dziewiątej rano był usiany okruchami oraz
brązowymi śladami po kubkach z kawą po porannym zebraniu redakcji.
Uśmiechnął się chytrze, patrząc na zaproszone trio, czyli mnie,
reportera działu ogólnego P?la Jönssona oraz redaktorkę działu
rodzinnego Britt Gustafsson. Tworzyliśmy osobliwą zbieraninę, trzeba
przyznać, ale według Strömmena byliśmy jedynymi osobami, które jeszcze
pamiętają czasy świetności gazety. Innymi słowy, starymi wygami. I nie
miało znaczenia, że Jönsson miał tylko czterdzieści pięć lat, bo
przepracował tu już dwadzieścia osiem. Britt nazywała go "naszym
cudownym dzieckiem".
Mówiąc o "geniuszach z chmury", Strömmen miał na myśli zarząd koncernu.
Ludzi, którzy rzadko stąpali po redakcyjnej wykładzinie i nie jechali
trzystu kilometrów w zamieci na zwykły wtorkowy wywiad, ale zawsze
wiedzieli najlepiej, czego pragną czytelnicy. Nie przestawało mnie
zadziwiać, jak z takiej odległości można robić wykresy, tabelki,
analizować słupki i... dochodzić do jakichś wniosków. Jakich, to już inna
sprawa.
-?Zgaduję, że chodzi o koty -?powiedział Jönsson, poprawiając rękawy
brązowej marynarki ze sztruksu.
-?Koty? Przecież to już było -?odparła Britt sucho. -?Nie pamiętasz?
Czytelnicy przysyłali zdjęcia swoich pupili. Boże Narodzenie dwa tysiące
piętnasty rok, o ile dobrze kojarzę. Cykl nazywał się
Lussekatter1 i ukazywał się w moim dziale. Ale ty go
pewnie nie czytasz.
-?A właśnie, że czytam, i to z przyjemnością. Zwłaszcza nekrologi, bo
poprawiają mi nastrój.
-?Oj, przestań.
Britt uśmiechnęła się do niego i z taką samą stanowczością, z jaką
zrelacjonowała dzisiejszą rubrykę szachową2 i wyniki rozgrywek
w bule3, sięgnęła po babeczkę z masą marcepanową leżącą obok
ciastek z marcepanową polewą i czubkami zanurzanymi w czekoladzie. W redakcji jak zwykle serwowano domowe wypieki prosto z Coopa4.
Strömmen spojrzał na mnie pytająco. Zaszczyciłam centralną redakcję
"Jämtlandsposten" swoją obecnością tylko dla niego i pod warunkiem, że
ominie mnie poranne zebranie całego zespołu. Większość osób, które
kiedyś znałam, została zwolniona, przeszła na emeryturę albo zmarła, a nowemu pokoleniu cyfrowych wyjadaczy nie miałam nic do powiedzenia.
-?Może pornografia krajobrazowa? -?zaproponowałam.
-?To by było coś -?zarechotał Jönsson.
Termin "pornografia krajobrazowa" nie miał, oczywiście, nic wspólnego z seksem, chodziło jedynie o wyidealizowane, zachwycające zdjęcia gór,
jezior, lasów, zachodów słońca i zorzy polarnej. Mieszkańcy Jämtlandu
uwielbiali takie obrazki.
-?Nix, nope, nie, nie i jeszcze raz nie -?rzucił Strömmen, wstając. -
Niech to szlag, jesteście tacy tępi, że aż muszę sobie dolać tej podłej
kawy. Mała podpowiedź: chodzi o temat od dawna powszechny w popkulturze,
a w mediach aż roi się od podcastów...
Z trudem podniósł się z krzesła, jak zwykle narzekając na przeklęte
zwyrodnienie stawów, po czym pokuśtykał w stronę ekspresu do kawy.
Zostawił okulary na stole, obok kalendarza z zakreślonym piątkiem i dopiskiem "sól drogowa!". Przełknęłam ślinę. Ostatni dinozaur Strömmen
miał nosa do tematów, pisał prostym, przystępnym językiem, docierając do
licznego grona odbiorców. Niezmordowanie raz w tygodniu publikował swoją
kolumnę, ale świat się zmienił, a tradycyjni dziennikarze, którzy kiedyś
mieli ogromny wpływ na opinię publiczną, stracili swoją pozycję.
Nowoczesne media, zmiany społeczne i cyfryzacja sprawiły, że era
wielkich publicystów dobiegła końca. W tym roku przestaliśmy drukować
plakaty z nagłówkami gazet, bo i tak nikt ich już nie wieszał.
Jönsson podrapał się po głowie. Była połowa lutego, a suche powietrze
wysuszało nie tylko skórę na czaszce. Całą sobą tęskniłam za wilgocią i ciepłem.
-?Nie mam dziś siły na zgadywanki -?jęknął Jönsson. -?Redaktor
drukowanego wydania czeka na trzy tysiące znaków o gromadzeniu drewna
opałowego w gminie Strömsund.
-?Ze spacjami? -?spytała Britt.
-?Tak.
Wpatrywałam się w pusty korytarz. Poza trzaskiem ziaren kawy i bulgotaniem przelewającego się płynu w ekspresie panowała tu całkowita
cisza. Wyciszające wykładziny, rolety przeciwsłoneczne i zamknięte
drzwi. Na ekranach wyświetlane były serwisy informacyjne z wyłączonym
dźwiękiem. Wszyscy już się przekonali, że open space bardziej
przeszkadza w pracy, niż w niej pomaga. Ożywione dyskusje przeniosły się
do newsroomu i internetu.
-?True crime -?powiedziałam, gdy Strömmen stanął w drzwiach z gazetą
pod pachą i parującą kawą w dłoni.
-?Bingo! -?zawołał, wskazując na mnie jak kaznodzieja, który właśnie
ujrzał oświeconego. Z hukiem rzucił gazetę na stół i zaczął ją nerwowo
kartkować, śliniąc palec wskazujący oraz kciuk i zostawiając na niej
mokre ślady przesiąknięte snusem. Wyraźnie szukał jakiegoś konkretnego
artykułu. Językiem zaczął poprawiać snus pod górną wargą. Klasyczny
objaw dziennikarskiego podekscytowania. -?No dobrze, a która zbrodnia
odbiła się największym echem w naszym regionie?
Uniosłam brwi. Włoski na przedramionach stanęły mi dęba.
-?Mord z użyciem siekiery w Storlien.
-?Zgadza się. "Rzeź w Storlien".
Minęło dwadzieścia osiem lat od tamtego koszmarnego poranka, gdy w jednym z domów znaleziono brutalnie zamordowanego ojca i dwójkę jego
dzieci. Matka zniknęła bez śladu. Znałam na pamięć ich imiona: Frank i Marit, ich syn Felix oraz córka Julia. Minęło dwadzieścia osiem lat, a dla mieszkańców to była wciąż nieprzepracowana trauma.
Strömmen w końcu znalazł to, czego szukał.
-?No proszę, mam to.
Wszyscy pochyliliśmy się nad pożółkłymi stronami, które szybko
przeleciałam wzrokiem. Wytłuszczone czarne nagłówki, fotografie
zatroskanych twarzy.
"Nic tu już nie jest takie jak przedtem" -?powiedział starszy mężczyzna,
którego dziennikarz najwyraźniej zatrzymał na skuterze gdzieś przy E14.
Siedział obok drogowskazu z napisem "Witamy w Storlien" i z błękitno-żółtą koroną królewską, ponieważ rodzina królewska miała w tej
wiosce dom w górach, w którym często spędzała Wielkanoc. Tablica wciąż
tam stoi, choć farba już dawno wyblakła. "Mieszkańcy patrzą na siebie
podejrzliwie. Nieufność rośnie z każdym dniem. Wątpię, by ktoś jeszcze
spał przy otwartych drzwiach" - dodał mężczyzna.
"Wszyscy znali tę rodzinę, to byli lubiani i porządni ludzie. Po prostu
nie mieści mi się to w głowie -?powiedziała kobieta w średnim wieku w bezpretensjonalnym stroju. -?Ale dziwne, że nie znaleziono matki".
Jej komentarz dobitnie pokazał, jak jedno niewinne słowo może wszystko
zmienić. Porządna, lubiana rodzina, ale... Ruszyła lawina podejrzeń.
Wypowiedział się także policjant: "Śledztwo jest rozwojowe".
Pomylił się.
-?To była bez wątpienia najgłośniejsza i najstraszniejsza zbrodnia w naszym regionie. Wśród mieszkańców funkcjonuje określenie "rzeź w Storlien" -?przypomniał Strömmen. -?Sprawa do dzisiaj nie została
rozwiązana. Dla nas to dobrze, bo będziemy się zajmować tylko takimi.
Unikniecie boksowania się z policją w terenie, przynajmniej na początku.
Koncern medialny chciał zainwestować czas i środki w serię reportaży pod
tytułem Nowe spojrzenie na zbrodnie, które wstrząsnęły Szwecją..., w ramach której każda lokalna redakcja mogła wstawić nazwę najgłośniejszej
niewyjaśnionej zbrodni w ich regionie i miejsca, w którym się wydarzyła.
W sumie miało to dać około pięćdziesięciu osobnych reportaży, którymi
gazety mogły się między sobą wymieniać. Rok publikacji gotowy od ręki,
prawdziwe rozwiązanie typu "win-win" dla dziennikarzy i czytelników. Już
jutro w gazecie i na stronie internetowej miało się ukazać ogłoszenie z apelem do mieszkańców o wszelkie informacje dotyczące "rzezi w Storlien".
-?Jestem bardzo ciekawa, jak do tego projektu ma się mój zakres
obowiązków. Znam je na pamięć. Tak tylko mówię, żebyś wiedział -
oświadczyła Britt.
-?Cierpliwości, zaraz do tego dojdę -?odpowiedział Strömmen.
-?Ale chwila. Co konkretnie dla nas oznacza to "nowe spojrzenie"? To ma
być coś więcej niż zwykły artykuł w stylu Mord z użyciem siekiery w Storlien w dziewięćdziesiątym piątym? -?zainteresował się Jönsson.
-?Cieszę się, że o to pytasz, P?l. -?Strömmen zrobił pauzę, by wymienić
snus. -?Chcemy, żebyście ruszyli w teren w poszukiwaniu nowych
informacji, świadków, tropów. Czas na nową perspektywę, co oznacza, że
musimy zacząć od początku. Ponieważ śledztwo nie doprowadziło do
postawienia komukolwiek zarzutów, akta oczywiście są tajne. Możemy
złożyć do działu prawnego wniosek o ich odtajnienie, chociaż nie
liczyłbym na cud. Na szczęście są też inne sposoby dotarcia do tych
informacji. -?Tu uśmiechnął się szeroko, nie precyzując, o jakie sposoby
mu chodzi. -?Nakłaniajcie byłych funkcjonariuszy do zwierzeń, znajdujcie
odpowiednich rozmówców, kopcie w archiwach, spróbujcie zrozumieć tło
społeczne tamtego czasu. I oczywiście zawsze jestem do waszej
dyspozycji, jeśli będziecie chcieli coś przegadać, cokolwiek.
Zaczęłam odczuwać znajome mrowienie skóry. Ścisnęłam pusty kubek po
kawie.
-?To naprawdę świetny pomysł -?wyrwało mi się.
-?Vero, wiedziałem, że ci się spodoba. To zadanie wręcz stworzone dla
ciebie. Zajmiesz się w terenie sprawą "rzezi w Storlien", a Jönsson
wesprze cię w redakcji, głównie telefonicznie i w archiwach.
Jönsson zasalutował, za to Britt zmarszczyła brwi.
-?Ale czy powinniśmy to w ogóle ruszać? Gdybym była bliską ofiar,
odebrałabym to jako coś obrzydliwego.
Strömmen klasnął w dłonie.
-?I właśnie w tym momencie ty wchodzisz do gry! Chcę, żebyś przygotowała
teksty poruszające bardziej egzystencjalne aspekty przestępczości,
ogólnie, bez konkretów. Dlaczego niektórzy przekraczają granice i odbierają innym życie? Jak bliscy ofiar radzą sobie z traumą i układają
swoje życie na nowo? Pogadaj z psychologami, socjologami, kimkolwiek.
Potraktuj to też jako materiał do działu rodzinnego. W ten sposób
unikniemy zarzutów o tanią sensację, a może nawet będzie to miało dla
czytelników efekt terapeutyczny.
-?Sprytnie -?mruknęła Britt, sięgając po ciastko. Okruchy obsypały jej
tunikę, pod którą piersi sterczały niczym dwa wały obronne.
Na kilka sekund zapadła cisza. Za oknem wychodzącym na
Stjärntorget5 sypał śnieg. Mokre płatki ospale opadały na
kamienie z nazwiskami Beppe Wolgersa, Kim Anderzon, Viveki Seldahl,
Rolfa Lassg?rda, Ann Margret i Allana Edwalla, wszyscy oni zostali
upamiętnieni, niezależnie od tego, czy żyli, czy już nie. Temperatura
ledwo spadła poniżej zera, a IMGW już ostrzegał przed pierwszym poważnym
atakiem zimy w zachodniej części Jämtlandu w tym roku. Nadciągała
śnieżyca i spodziewano się trudnych warunków na drogach, z dużą ilością
śniegu i bardzo śliską nawierzchnią. Zachowaj ostrożność i spokój -
nawoływało radio drogowe. Luty nie był łaskawy dla zakochanych.
-?Arvid Näslund wciąż mieszka w tym samym domu i nadal pracuje na
przejściu granicznym w Storlien -?poinformowałam, czując, że łatwiej mi
się myśli, jak po alkoholu.
Znałam tę sprawę. "Rzeź w Storlien" poruszyła mnie bardziej niż
jakiekolwiek inne zabójstwo w Szwecji. Nie tylko dlatego, że wydarzyła
się w moich rodzinnych stronach, ale również przez swoją bezgraniczną
brutalność. Z jednej strony nieznany sprawca, ten ludzki śmieć, mnie
fascynował, z drugiej czułam do niego odrazę. Kilka razy, gdy "rzeź w Storlien" była omawiana w popularnym podcaście kryminalnym, słuchałam o niej w wielkim skupieniu, mając nadzieję, że dziennikarze ujawnią coś
nowego, lecz ci zawsze traktowali temat powierzchownie. Pomyślałam, że
teraz wreszcie będę miała możliwość dogłębnie zbadać tę sprawę i znaleźć
brakujące elementy układanki.
Czułam rosnącą frustrację z powodu tego, że zamiast brać się do roboty,
muszę siedzieć w sali konferencyjnej.
-?Arvid? -?powtórzyła Britt.
-?Ojciec Marit, jedyny żyjący członek tej rodziny. To on znalazł ciała.
Nigdy nie zgodził się na rozmowę z mediami, jego żona, Karin, gdy
jeszcze żyła, też nie.
Krótko po tragedii wypowiedzieli się za to rodzice Franka, w artykule, w którym między wierszami zasugerowali, że to Marit, ich synowa, mogła
dopuścić się zbrodni, co wywołało trwały konflikt pomiędzy obiema parami
rodziców i zapewne dlatego żadne z nich już nigdy więcej nie udzieliło
wywiadu.
Strömmen westchnął.
-?Wiem. Jesper Orsa Olsson, emerytowany redaktor z Järpen, miał twardy
orzech do zgryzienia. Z czasem rodzice poumierali, pamiętam, że Orsa
mówił, że rodzice Franka mieli go w późnym wieku i dorastał jako
jedynak. Musimy nakłonić Arvida do rozmowy. Zacznij z nim delikatnie,
Vero, to trudny człowiek.
-?Raczej człowiek, któremu życie dało w kość. Całe lata musiał znosić
plotki, że to jego córka zabiła męża i dzieci. Wiele osób w Storlien
wciąż tak uważa. To brzemię, które trudno unieść ojcu i dziadkowi -
oznajmiłam.
-?Jejku, biedaczysko. -?Britt pokręciła głową. -?A jeśli to prawda?
-?Tego nie wie nikt. Na miejscu zbrodni zabezpieczono też ślady DNA
osoby, której tożsamości nigdy nie ustalono. Co to oznacza? Że Marit,
jeśli rzeczywiście była sprawczynią, nie działała sama? Dlaczego miałaby
to zrobić? Myślę, że wszyscy zasługują na poznanie motywu, ponieważ ta
sprawa to trauma dla całej okolicy.
Frustrujące było to, że Arvid wciąż kurczowo trzymał wszystkie stare
zdjęcia córki, zięcia i wnuków. Do tej pory media otrzymały zgodę na
publikację zaledwie jednej fotografii tej rodziny, w którą teraz wszyscy
się wpatrywaliśmy. Mój wzrok najpierw padł na dzieci. Julia w nieprzemakalnych spodniach, z plastikowym, niebieskim wiaderkiem w ręce,
Felix z grubą gałęzią. Ich rodzice wyglądali zaskakująco młodo,
młodziej, niż wskazywałyby ich dwadzieścia jeden i dwadzieścia pięć lat.
Sami tak naprawdę byli jeszcze dziećmi i mieli przed sobą całe życie.
Tata Frank uśmiechał się całą twarzą, jego oczy skrzyły radością, a kąciki ust niemal sięgały uszu. Nie sposób było go nie lubić. Marit
wyróżniała się długimi ciemnymi włosami i oczami przypominającymi oczy
wiewiórki. W artykule Orsy kasjerka z Konsumu nazwała ją "lokalną
pięknością". Pamiętam, że gdy po raz pierwszy o tym czytałam, głośno
prychnęłam, ale ludzie potrzebują opowieści romantyzujących ofiary, by
łatwiej poradzić sobie z traumą.
Sceneria na zdjęciu sugerowała wycieczkę do lasu, choć dokładne miejsce
nigdy nie zostało ustalone. Nie wiadomo też, kto je zrobił, ale przez
lata w samej "Jämtlandsposten" wykorzystano je co najmniej dwadzieścia
pięć razy, i to praktycznie przy okazji każdej rocznicy, gdy z obowiązku
przypominaliśmy, że policja wciąż błądzi po omacku i nie ma żadnego
nowego tropu.
Przeszły mnie ciarki. Czy kiedykolwiek poznamy prawdę o tym, co się
stało?
-?Przez te wszystkie lata wśród śledczych panowała całkowita zmowa
milczenia wokół tej sprawy -?stwierdziłam.
-?Racja. Najwyższa pora to zmienić -?odparł Strömmen. -?Kiedy ostatnio
rozmawialiśmy z facetem, który jako jedyny złożył zeznania?
-?Z Carlem Hulténem? Dawno, co najmniej piętnaście lat temu, i to tylko
przez telefon -?odparłam.
-?W takim razie trzeba z nim znowu pogadać, ale tym razem żadnych
telefonicznych pogaduszek. Czytelnicy chcą czuć obecność, atmosferę.
Hultén był stąd?
-?Nie, ale miał dom letniskowy w Visjövalen, niedaleko miejsca, gdzie na
stałe mieszkali Edwallowie. Miejmy nadzieję, że wciąż go ma i jeszcze
żyje.
W Visjövalen, w rejonie domów letniskowych wyrastających z bagna wzdłuż
szlaków skuterowych i tras narciarstwa biegowego, pięć kilometrów na
wschód od Storlien, tylko Edwallowie mieli całoroczny dom. Większość
turystów przyjeżdżała dopiero po pierwszych opadach śniegu, dlatego
jesienią w Visjövalen cisza aż dzwoniła w uszach. Pewnego popołudnia,
kilka lat po "rzezi w Storlien", z ciekawości zjechałam z E14 i ruszyłam
wąską szutrówką prowadzącą do drewnianego brązowego domu, który od czasu
tragedii stał pusty. Wysiadłam, wciągnęłam w nozdrza powietrze pachnące
wilgotną ziemią i miałam nieodparte wrażenie, że coś pełza wśród drzew
targanych wiatrem, ukryte w jesiennej mgle. Jakby czaiło się tam zło.
Jeszcze długo potem, przed snem, ta myśl do mnie wracała.
Jeśli się nie myliłam, numer Carla Hulténa wciąż był zapisany w moim
telefonie. Hultén lubił pojawiać się w gazecie i na początku zgadzał się
prawie na każdy wywiad. Przejrzałam listę kontaktów, ale go nie
znalazłam. Po chwili przypomniało mi się, że zapisałam go pod nazwą
"świadek Storlien". Napisałam mu krótkiego SMS-a.
Przed oczami przeleciały mi te wszystkie lata. Tej zimy, gdy doszło do
"rzezi", mieszkałam przy Prästgatan i pracowałam w Östersundzie,
tęskniąc za domem w ?nn. Zmęczona nieustannym udowadnianiem swojej
wartości, zrozumiałam, że muszę przestać się patyczkować. Rok później
Orsa przeszedł na emeryturę, a ja wreszcie zajęłam jego miejsce w redakcji, tyle że on już wcześniej dokładnie zgłębił sprawę "rzezi w Storlien", a naczelny ani nie mógł, ani nie chciał przeznaczyć środków
na ponowne dziennikarskie śledztwo. Ślady zresztą ostygły w rekordowym
tempie, a mnie pozostało tylko powielać to, co ujawnił już w swoich
wywiadach Orsa. Okropnie mnie to uwierało, a Strömmen jakby czytał w moich myślach:
-?Pamiętaj, że ludzie z czasem zmieniają nastawienie i podejście. Wcale
nie jest wykluczone, że dzisiaj uda ci się zdobyć nowe informacje.
-?Tak się zastanawiam: czy nie zadzieramy nosa, trąbiąc o tym, że
rzucimy nowe światło na to śledztwo? -?zapytał Jönsson.
-?Obiecujemy jedynie, że spróbujemy, i to będzie jasno napisane we
wstępie. Mamy oczywiście cichą nadzieję, że uda nam się ustalić coś, co
pomoże policji pchnąć sprawę do przodu, może nie od razu, ale w przyszłości. Nieważne, jak to ogłosimy, liczy się to, żeby zaangażować
czytelników i żeby odważyli się mówić, musimy wejść z nimi w dialog -
wyjaśnił Strömmen.
-?Sam to wymyśliłeś? -?spytała Britt przesłodzonym tonem, grzebiąc w kieszeniach tuniki, z której wyciągnęła paczkę eukaliptusowych pastylek.
-?Skądże. Nie słyszałaś? To cytat z naszego redakcyjnego stratega. Jak
on się nazywał...
-?Göran.
-?No właśnie, Göran.
Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Świrusy. Czasami brakowało mi ich
towarzystwa, gdy siedziałam sama w redakcji w Järpen, lecz tylko
czasami. Bo choć samotność często dawała mi się we znaki, to jednak
bardziej ceniłam swoją niezależność. Wyprostowałam się. Pośladki
zdrętwiałe od siedzenia i głód nikotynowy dawały o sobie znać. Dość
gadania. W tym momencie zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pojawił
się Thomas Martinsson. Serce mi zadrżało i szybko wyłączyłam dźwięk.
Pewnie właśnie odśnieżał drogi.
-?No to co, bierzemy się do roboty? -?rzuciłam miękko i zaczęłam zbierać
swoje rzeczy.
Strömmen uśmiechnął się tak szeroko, że zobaczyłam snus spływający mu po
zębach. Uwielbiał burczenie starych reporterskich kiszek.
-?Pewnie! Jedziemy z tym koksem. To nie przedszkole.
Frank
20 września 1995
Frank nie spuszczał psa z oczu. Wyżeł niemiecki krótkowłosy biegał
luzem, raz w jedną, raz w drugą stronę, pod wiatr, podążając za
zapachem, przeczesując teren, lecz Frank cały czas kontrolował psa i nie
miało znaczenia, że ufał, iż Troy panuje nad swoimi instynktami.
Przemierzali gęste brzozowe zarośla i mokradła wciągające stopy przy
każdym kroku. W końcu dotarli na bezdrzewny, skalisty płaskowyż, na
którym wiatr szalał bez przeszkód. Słońce powoli wschodziło nad
horyzontem, rozpalając otwartą przestrzeń ogniem. Oczom Franka ukazało
się czerwone, bezkresne morze brusznicy.
Był daleko od swojej rodziny.
Za daleko. Coraz częściej nachodziła go ta myśl.
Na pewno miało to związek z chorobą Feliksa, która całkowicie zmieniła
ich życie. Szokująca diagnoza, ponad dwa i pół roku leczenia. Frank
przez cały ten czas czuł na karku oddech śmierci, która czaiła się
między drzewami za każdym razem, gdy wracali do domu ze szpitala w Östersundzie. Trudno mu było uwierzyć, że syn został uznany za zdrowego,
tak jak nie mógł pojąć tego, że dzisiaj Marit wzięła go do miasta, na
spotkanie z innymi dziećmi, małymi wojownikami, których poznali w szpitalnej sali zabaw dla przewlekle chorych maluchów. Kilka razy musiał
sobie przypominać, że nie są w szpitalu, tylko w bawialni "Dżungla".
Matki zdecydowały, że spotkają się właśnie tam, żeby dzieciaki mogły się
wyszaleć, co dla wielu malców wcale nie było takie oczywiste. Ciekawe,
czy ludzie potrafią to zrozumieć.
Było chwilę po siódmej rano, a Frank planował wrócić do domu najpóźniej
o czternastej. Pies miał tylko trochę potrenować przed zaplanowanym na
ten tydzień polowaniem na cietrzewie. Na szczęście jego teść Arvid mógł
zostać z Julią. Jako jedyny z czworga dziadków pracował w Storlien, na
posterunku celnym, więc spotykali się z nim znacznie częściej niż z pozostałymi. Matka Marit codziennie dojeżdżała pięćdziesiąt kilometrów
do rzeźni w norweskim Mer?ker, a jego rodzice pokonywali w sumie sto
kilometrów między Storlien a Duved, gdzie ojciec uczył prac
technicznych, a matka była asystentką w mieszkaniu wspomaganym. Drogi na
zachód i wschód były wąskie, a zimy często surowe.
Rano Frank i Arvid zamienili parę słów w drzwiach, więc teść wiedział,
że w lodówce jest spaghetti bolognese do odgrzania na obiad. Na
przekąskę były ciastka i owoce, Julia uwielbiała herbatniki w połączeniu
z pokrojonymi jabłkami.
Nagle zobaczył, że Troy stanął jak wryty, a pod jego lśniącą brązową
sierścią napiął się każdy mięsień. Pies wyraźnie dawał mu znać, że
złapał trop. Frank podszedł bliżej, szybko uniósł strzelbę i krzyknął:
"Tak!". Pies rzucił się w pogoń za skulonym cietrzewiem, który wzbił się
w powietrze.
Frank oddał strzał.
W tej samej chwili ptak runął na ziemię, jego okrągłe ciało drżało
jeszcze przez chwilę, zanim zastygło w bezruchu.
-?Dobra robota, tak, brawo -?pochwalił wiernego towarzysza i go
pogłaskał. -?Proszę bardzo, możesz po niego iść!
Kiedy Troy wrócił z cietrzewiem w pysku, Frank zauważył, że pióra ptaka,
ciemnobrązowe z jasnymi plamkami, zaczęły przechodzić w śnieżną biel.
Teraz było też na nich mnóstwo krwi, ponieważ oddał celny strzał, i do
tego z bliska.
Rozejrzał się po okolicy i poniżej wypatrzył osłoniętą od wiatru skałę
porośniętą suchym chrobotkiem reniferowym, na której rozłożył karimatę.
Miał stąd widok na duże jezioro po norweskiej stronie, turkusową plamę
pośród żółto-zielonych terenów rozciągających się ku górom i niebu,
podczas gdy sam siedział w ukryciu. Zdjął plecak i wyjął prowiant,
kiełbasę dla psa i kanapkę z żółtym serem dla siebie. Wodę dla nich obu,
której nabrał do butelek w górskim potoku po drodze, i już nie mógł się
doczekać, by się napić.
Przez chwilę odpoczywali. Pot na jego plecach ostygł. Od czasu do czasu
przez wiatr przebijało się bulgotanie cietrzewi, ale im się nie
spieszyło. Dzisiejsze polowanie nie miało na celu zdobycia mięsa, było
jedynie formą doskonalenia umiejętności. Frank zamknął oczy i wciągnął w płuca intensywny zapach wrzosu oraz bażyny, po czym odpłynął myślami.
Kiedy właśnie zamierzał wstać, kawałek dalej usłyszał wystrzał z broni
śrutowej, a potem kolejny i jeszcze jeden.
Co do diabła?!
Rozległy się pojedyncze słowa w obcym języku, chyba po niemiecku.
Frank szybko poderwał się na równe nogi i na płaskowyżu dostrzegł dwóch
mężczyzn w kamuflażu, niskich, krępych, z podniesionymi i gotowymi do
strzału strzelbami na śrut. Oddali dwa szybkie strzały, jeden po drugim.
Za nimi szedł seter angielski. Kilka razy prawie znalazł się na linii
ognia, zupełnie niewyszkolony do polowania na cietrzewie. To mogło się
źle skończyć.
-?Halo! -?zawołał Frank. -?Hello!
Jeden z mężczyzn odwrócił głowę w jego stronę, uniósł rękę, ale nie
odpowiedział na powitanie i zaczął się zbliżać.
-?Do you have hunting licence?! -?krzyknął Frank.
Zamiast podejść bliżej, jeden z nich zawołał coś do drugiego i obaj
zaczęli się oddalać.
Kłusownicy. Nie pozwoli im uciec.
Ruszył za nimi, a gdy mężczyźni to zauważyli, zaczęli uciekać. W tym
momencie podjął decyzję, by ich ścigać, głównie ze względu na setera.
Nie lubił, gdy zwierzęta były źle traktowane lub narażane na
niebezpieczeństwo. Jeden z mężczyzn przeładował broń i wystrzelił serię
ostrzegawczą, która minęła Franka o kilka metrów i trafiła w karłowatą
brzozę.
Padł na ziemię i ukrył się za kamieniem. Kim są ci ludzie? Zamierzają go
zastrzelić? Zaciśnięta pięść zdradzała jego gniew. Jeśli chcieli oporu,
to go dostaną. Jeśli w czymś był dobry, to właśnie w polowaniu i strzelaniu. Śrutówka stanowiła naturalne przedłużenie jego ciała.
Gdy odważył się znów spojrzeć w górę, zobaczył, że mężczyźni uciekają w dół doliny. Stamtąd nie mogli go już dostrzec. Odczekał chwilę, po czym
pobiegł za nimi, a Troy wiernie podążał u jego boku.
Chrzęst suchych gałęzi pod stopami, sapanie psa.
Nagle zapadła się pod nim ziemia.
Frank runął w mrok, a kamienie poraniły mu ramię. Z gardła wyrwał mu się
niekontrolowany krzyk, gdy zaparło mu dech w piersiach.
Coś twardego wbiło mu się w brzuch i prawie zwymiotował z bólu. Nóż Mora
przytroczony do paska skierował się na zewnątrz, ku górze, po czym
zaklinował się między ścianami szczeliny skalnej. Długi trzonek wykonany
z poroża łosia wbił mu się w ciało tuż przy pępku, a jednocześnie twarda
skała naciskała na niego z drugiej strony.
Był przebity własną bronią, a zarazem to ona powstrzymywała go przed
dalszym spadaniem.
Wąska przestrzeń na wysokości klatki piersiowej zaczynała się pod nim
rozszerzać, a grawitacja ciągnęła go w dół, gdzie panowała ciemność i słychać było szum strumienia. Krew spływała mu po ręce. A może to jakieś
insekty? Nie, nie o tej porze roku. Musiał zedrzeć sobie skórę podczas
upadku, bo czuł pulsujący ból.
Jak wspinacz znalazł kilka półek skalnych, na których mógł oprzeć stopy,
nogi mu drżały, lecz wiedział, że zdoła się utrzymać. Miał siłę, ale nie
potrafił się uwolnić z tego więzienia stworzonego przez naturę.
W końcu dotarło do niego, że coś, co przytrafiało się tylko innym, teraz
stało się i jego udziałem.
Ile to razy wyciągał rannych ludzi z przepaści i jaskiń? Najczęściej
przyjaciel poszkodowanego docierał do najbliższego schroniska i wzywał
pomoc przez telefon. Jego nieobecności nikt długo nie zauważy, a nie
poinformował Arvida ani Marit, dokąd się wybiera, mimo że jedno z najważniejszych górskich przykazań mówi: zawsze informuj o swoich
planach.
Felix i Julia. Miał przed oczami ich twarze. Zimno przenikało go do
szpiku kości. Nie mogę umrzeć w ten sposób - pomyślał. Nie z powodu
kilku kłusowników i na pewno nie teraz. Ojciec nie zostawia swoich
dzieci, zwłaszcza gdy jedno z nich dopiero co dostało drugą szansę na
życie. Tego okrucieństwa nie mógł przyjąć do wiadomości.
Tylko kto go tu znajdzie? W szczelinie, pośród nieprzetartych szlaków?
Po chwili usłyszał, jak Troy krąży wokół otworu i piszczy. Nie był sam.
Ktoś zauważy psa.
Zachowaj spokój i czekaj, to teraz jedyne, co możesz zrobić. Jeśli
zaczniesz panikować, już będzie po tobie.
Vera
Po porannym spotkaniu opuściłam redakcję i ruszyłam do biblioteki, gdzie
przez godzinę wertowałam archiwum medialne. Znalazłam czterdzieści
siedem artykułów, zdigitalizowanych od dziewięćdziesiątego piątego roku
do dziś. Wszystkie dotyczyły "rzezi w Storlien", ale wydrukowałam je bez
wcześniejszego przeczytania, nie chciałam się sugerować odgrzewanymi
newsami. Poza tym główne fakty już dawno utrwaliły mi się w pamięci.
Bibliotekarka zapytała, czy chcę kupić plastikową koszulkę na wydruki.
Zgodziłam się, choć dziesięć koron za taką drobnostkę wydało mi się
przesadą. Inflacja najwyraźniej sięgnęła nawet plastiku, który w tym
kraju był droższy niż złoto.
Z westchnieniem poczłapałam do parku przy kościele po drugiej stronie
ulicy, przedramieniem odgarnęłam śnieg z ławki, usiadłam i zapaliłam
papierosa. Kiedy jeszcze pracowałam w głównej redakcji, fotografowie
często przychodzili tu i ustawiali swoich modeli pod rozłożystymi
brzozami, aby nadać zdjęciom klimat obcowania z naturą. Żółte mury
starego kościoła i bezdomni w tle znikały potem w Photoshopie. Dla
mieszkańców Jämtlandu kontakt z przyrodą i życie na świeżym powietrzu są
niesłychanie ważne. Tak samo jak praktyczne kurtki z membraną, a nie
zielone płaszcze z wełny śmierdzące starą zatęchłą owcą jak mój.
Padał ciężki, mokry śnieg, ulice szybko zrobiły się śliskie i pełne
kolein, a miejski autobus z trudem wspinał się pod niewielką górkę w kierunku R?dhusgatan. Tuż obok parku, gdzie siedziałam, jakaś młoda para
całowała się na przystanku. Szyby wiaty autobusowej były oszronione, ale
ich dostrzegłam. To wydawało się takie proste. Jak im się udało?
Ja i Thomas nie mogliśmy się porozumieć. Od czasu, gdy Claudia Carbajal
wróciła do Argentyny, unikaliśmy rozmów o uczuciach. Tłumiłam emocje,
które się we mnie tak nagle pojawiły, nieustannie zastanawiając się, co
czuje Thomas, ale nie zadawałam pytań. W gruncie rzeczy wiedziałam, co
za tym stoi. Nasza wieloletnia przyjaźń, pełna wspomnień z dzieciństwa,
działała jak mały kawałek papieru pod nogą chwiejącego się stołu,
stabilizowała nasze dotychczasowe role, a ja pragnęłam, żeby Thomas
przewrócił ten stół, abyśmy w końcu mogli zostać parą. Sama nie
potrafiłam zrobić pierwszego kroku, za bardzo bałam się kolejnego
zranienia i rozczarowania. Co by się stało z naszą relacją, gdybym
jednak nie spełniła jego oczekiwań? On też nie miał odwagi przejąć
inicjatywy. Stary kawaler znał się na wielu rzeczach, ale nie na
miłości.
Dygotałam od zimna i zbyt dużej dawki kofeiny. Ile kaw właściwie
wypiłam? Co najmniej pięć.
A może to była presja związana z zadaniem, które mnie czekało? Z jednej
strony czułam motywację i energię do działania, ale z drugiej obciążenie
i stres wynikające z ogromnej odpowiedzialności, którą mi powierzono.
"Rzeź w Storlien" nie była zwykłą sprawą. Żył nią cały kraj. I nawet
jeśli przestała być powszechnie komentowana w mediach z powodu braku
nowych informacji, jej ciężar i tragizm nadal dotykały ludzi i budziły
refleksję.
To skandal, że nikt nie został złapany.
Policja musiała się pogubić już na samym początku.
Szkoda tych dzieci.
Dzieci. Wypierałam je. Wiele osób tak robiło. Istnieje coś głęboko
ludzkiego w chronieniu się przed najgorszym, przed tym, czego nie da się
pojąć ani wyjaśnić.
6 października 1995.
Z pozoru zwyczajny piątek w pozornie zwyczajnej, czteroosobowej
rodzinie. Z tym że w nocy z piątku szóstego października na sobotę
siódmego października troje jej członków zostało brutalnie
zamordowanych.
Nie musiałam przeglądać dokumentów, by przypomnieć sobie tło tamtych
wydarzeń.
Frank prowadził firmę oferującą szeroki zakres usług, od turystyki
łowieckiej po usługi ochroniarskie. Był człowiekiem wszechstronnym, jak
wielu ludzi z gór. Marit chwilowo nie miała pracy, ponieważ ich syn
dopiero co został uznany za zdrowego po leczeniu białaczki. Choroba
dziecka kosztowała ją wiele czasu i wysiłku. Fakt, że do tych okrutnych
zbrodni doszło właśnie wtedy, gdy rodzina walczyła o życie syna, wydawał
się niewiarygodnie okrutny.
A gdzie była wtedy matka? Marit nigdy nie odnaleziono, nikt nie
wiedział, czy poprzedniego wieczoru w ogóle wróciła do domu. Czy żyje,
czy leży gdzieś zamordowana? Mocniej otuliłam się płaszczem.
Jeśli policja przez te wszystkie lata nie rozwiązała tej sprawy, to jak
mnie miałoby się to udać? Zadanie, które mi powierzono, było jak
zdobycie górskiego szczytu i mogłam się tylko modlić do Boga albo do
jakiegoś innego szaleńca, żeby starczyło mi sił. Tak czy owak, trzeba
było zacząć się wspinać. Reorganizacja nieustannie czaiła się za rogiem
i wszyscy pracownicy musieli ciągle udowadniać swoją wartość oraz to, że
zasługują na miejsce w grupie medialno-wydawniczej Bonnier.
Miasto wokół mnie jakby się kuliło, unikając konfrontacji z codziennością i zimą. Nawet bezdomni gdzieś zniknęli, pozostały tylko
ślady po nich -?puste butelki i opakowania po papierosach. Policja
twierdziła, że liczba osób uzależnionych od alkoholu i narkotyków stale
rośnie, być może w tym samym tempie, w jakim miasto się rozrastało.
Östersund przechodziło głęboką transformację. W centrum remontowano
stare podwórka, by zrobić miejsce na modne biura, sklepy przekształcano
w restauracje, a na obrzeżach wyrastały nowe dzielnice. Mimo intensywnej
zabudowy popyt na mieszkania stale przewyższał podaż. Dla kogoś, kto w Jämtlandzie chciał mieszkać w mieście, wybór był tylko jeden.
Musiałam się ogrzać. Gdy wstałam z ławki, biodro było jak zwykle trochę
sztywne, ale mięśnie brzucha, które wyrobiłam sobie po świętach,
trzymały miednicę na miejscu. To był sukces. Za każdym razem, gdy
kładłam się na podłodze, żeby robić ćwiczenia zalecone przez
fizjoterapeutę, cierpiałam katusze. Leżenie na plecach i wymachiwanie
nogami, leżenie na brzuchu na piłce do pilatesu i jednoczesne wyciąganie
jednej ręki i nogi, deska oraz boczne spięcia mięśni brzucha. Straszna
nuda. Najważniejsze było jednak napięcie mięśni wokół pępka.
Poświęcałam więcej czasu na odnalezienie swoich mięśni głębokich brzucha
niż na szukanie sensu życia. Może to właśnie one były odpowiedzią na
wielką zagadkę istnienia. Katta nazywała to luksusowymi problemami.
* * *
W redakcji czekał na mnie wolny pokój. Poranny szczyt już minął, reszta
dziennikarzy goniła za gorącymi newsami w terenie lub przez telefon przy
swoich biurkach. Strömmen nie cierpiał tej drugiej opcji; mawiał, że
dobry dzień to taki, gdy na parkingu nie zostanie ani jeden samochód.
Pominęłam logowanie się do komputera i od razu zabrałam się za próbę
skontaktowania się z Anną-Märtą Strindlund, niegdyś prowadzącą sprawę
"rzezi w Storlien". Wciąż służyła w policji w Östersundzie, co pozwalało
mieć nadzieję, że przechowuje sygnaturę tamtego śledztwa. Akta z tamtych
lat pewnie zbierały kurz w policyjnych archiwach, pożółkłe i zapomniane.
Niewiele dokumentów z tego okresu udało się zdigitalizować.
Ponieważ Strömmenowi nic nie mogło umknąć, pojawił się w drzwiach z długopisem, którym nieznośnie klikał.
-?Zdążysz się spotkać w Östersundzie z przyjaciółkami z dawnych lat? -
zagaił.
Naczelny ciągle martwił się moją samotnością i życzył sobie, żebym
znalazła jakiegoś porządnego faceta, z którym dam radę wytrzymać.
Twierdził, że nie należy mieć zbyt wygórowanych oczekiwań, bo w obliczu
tego, że świat lada moment się skończy, najważniejsze to mieć obok
siebie kogoś życzliwego, kogo można złapać za rękę. Następnie wracał do
domu, zmęczony i nieco aspołeczny, ale dobry dla swojej żony Eivor.
-?Mam tylko dwie takie przyjaciółki i dawno się ze sobą nie
kontaktowałyśmy -?wymamrotałam pod nosem.
Wszystkim moim dalszym znajomym rodziły się wnuki. To, co dla jednych
było słodkim deserem życia, dla nas, bezdzietnych, stało się kolejnym
powodem do wykluczenia.
-?Wpadnij dziś do nas na kolację i zostań na noc. Eivor szykuje kotlety
z sosem kaparowym. Mamy też whisky. Posiedzimy, pogadamy.
-?Dzięki, byłoby świetnie, ale obiecałam Katcie, że pomogę jej
zaplanować wiosenny festyn w ?nn.
-?Ten w kwietniu? Cholera, kiedyś kupiłem na nim ser. Pewnie był
zmrożony, bo rano, gdy już odtajał, w całym domu waliło starym capem.
Tfu, nic już tam nie kupię.
Zaśmiałam się, Strömmen nie znał się na wyszukanych smakach.
-?A co u Katty i Björna? -?zainteresował się.
-?Chyba dobrze. Choć wiadomo, lata lecą.
-?Zastanawiam się, jak długo jeszcze utrzymają takie tempo... Mają na
głowie całe ?nn.
-?Rany, mam wyrzuty sumienia, kiedy tak mówisz.
Strömmen uśmiechnął się przebiegle i przyłożył długopis do brody.
-?Bo jesteś z tych, co to chowają się przed robotą w kiblu?
-?Ha, ha, bardzo śmieszne.
Björn prowadził zajazd w ?nn, który wszyscy nazywali po prostu Chatą.
Katta, mimo że była już na emeryturze, miała na głowie więcej niż
kiedykolwiek. Pomagała zarówno w zajeździe, jak i w swoim dawnym miejscu
pracy, czyli markecie Coop w Storlien. Poza tym malowała swoje
charakterystyczne obrazy, które zdobywały coraz większe uznanie.
Sympatyczna para z ?nn, jak mówił o nich Strömmen, pełniła ponadto
funkcję przewodniczącego i wiceprzewodniczącej rady sołeckiej oraz domu
kultury. Sama robiłam, co mogłam, żeby dołożyć swoją cegiełkę do
działalności tej grupy społeczników, ale nie byłam zbyt zaangażowana.
Zazwyczaj tłumaczyłam się brakiem czasu z powodu pracy, lecz tak
naprawdę chodziło o brak chęci.
-?Dzwoń.
-?Będziesz patrzył, jak wybieram numer?
-?Obserwowanie, jak inni pracują, działa na mnie kojąco.
Wybrałam numer policji. Kolejka była krótka, ale oficer dyżurny
uprzejmie poinformował mnie, że Anna-Märta Strindlund jest chwilowo
nieosiągalna, i nie chciał mi powiedzieć, czy w ogóle ma w tym dniu
służbę. Zrozumiałam aluzję. Świat staje się coraz bardziej zamknięty.
Czyż sama nie musiałam kilka razy odbić karty, zanim weszłam do Fort
Knox, czyli redakcji "Jämtlandsposten". Wszyscy się chronią, co w pracy
dziennikarza oznacza coraz mniejszy dostęp do informacji i utrudniony
kontakt z ludźmi. Dziennikarz już nie dostaje nic za darmo.
Wpisałam nazwisko w Eniro. Nie znalazłam jej prywatnego numeru, za to
adres już tak. Strömmen entuzjastycznie kiwnął głową, gdy wskazałam mu
ulicę.
Dziesięć minut później odśnieżałam samochód i skrobałam szyby. Zimno
przenikało przez rękawiczki, więc ledwo mogłam ruszać zgrabiałymi
palcami. Trzymałam skrobaczkę obiema rękami i używałam naprawdę dużej
siły, bo lód trzymał się jak szkło pancerne. Przeklęta zima!
Potem ruszyłam w kierunku Byvägen na wyspie Frösön6.
Roya
Roya Moradi zgrabnie zmiotła długie brązowe pasma włosów rozrzucone
wokół fotela fryzjerskiego i wrzuciła je do pojemnika na odpady
przeznaczone do spalenia. Klientka pragnęła zmiany, odważnej fryzury,
która odzwierciedli jej decyzję o rozwodzie. Roya zasugerowała cięcie
typu pixie, charakteryzujące się mocno przyciętymi bokami i tyłem głowy,
ale z nieco dłuższą grzywką.
Efekt okazał się znakomity, prawdziwa metamorfoza. Roya zauważyła błysk
w oczach... Amelii? Tak, Amelii. Dziwne, że nie mogła sobie przypomnieć
imienia tej klientki, choć właściwie znała całą historię jej życia.
Wielu klientów otwierało się przed nią, ale jej to nie przeszkadzało.
Lubiła słuchać, czasem doradzić lub podsunąć jakiś pomysł. Analizowanie
życia innych pozwalało jej zapomnieć o własnych problemach. Amelia
wspomniała jej, że po rozwodzie zaczęła już spotykać się z kimś nowym.
Jak to możliwe? Roya od czasu do czasu marzyła o znalezieniu sobie
kogoś, lecz w głębi duszy wiedziała, że prawdopodobnie już nigdy nie
odważy się ponownie wpuścić do swojego życia mężczyzny.
Wyjrzała przez duże okno w salonie. Axelsberg7 tonęła w zimowym, niebieskawym półmroku, sklepy były zamknięte, a główny plac
pusty, nikt nie odpoczywał na betonowych ławkach. Dlaczego niektóre
place pustoszeją, a inne nie? Kilka samotnych dusz przemierzało go w drodze do supermarketu, którego wejście było skąpane w nienaturalnie
ostrym świetle. Ale pomimo pozornego spokoju zagrożenia też były tutaj
obecne. Nie dalej jak wczoraj w Örnsbergu doszło do strzelaniny.
Zaczynała bać się korzystać z metra, obawiała się, że przypadkowo
znajdzie się tam, gdzie właśnie wydarza się coś złego. Ciągle oglądała
się za siebie, chociaż jako kobieta w średnim wieku była automatycznie
mniej narażona na przemoc niż młodsze osoby. Sammy czasem jej opowiadał,
że widział, jak ktoś został napadnięty lub pobity w miejscu, gdzie
niedawno przechodziła.
Dzisiaj salon miał być otwarty do osiemnastej, ale nikt już nie był
zapisany, a o tej porze, przed siedemnastą, rzadko ktoś wpadał bez
rezerwacji. Zamknęła drzwi na klucz, wyłączyła muzykę i rozliczyła kasę.
Gorzej niż wczoraj. Wzdychając, zobaczyła swoje odbicie w dużym lustrze,
zmęczoną twarz po całym dniu pracy w mocnym świetle sufitowych lamp.
Weszła do łazienki, poprawiła szminkę i czarną kredkę pod oczami.
Nałożyła trochę korektora przy nosie, odświeżyła róż na policzkach, po
czym szybko przeczesała palcami czarne włosy sięgające do ramion. Znowu
poczuła się sobą. Nowa bluzka z Zary miała małą, brązową plamkę na
falbance przy biuście, pozostałość po farbie do włosów, którą nakładała
poprzedniej klientce. Musimy zamówić lepsze, szczelniejsze fartuchy, bo
wszystkie dziewczyny niszczą ubrania, a przecież nie mogą pracować w kitlach malarskich -?pomyślała Roya. Lubiła się ładnie ubrać, wyssała to
z mlekiem matki. Bycie czystą i schludną to za mało, wygląd musi
współgrać z wnętrzem, dlatego trzeba o niego dbać. "Kobiecość i żeńska
energia to supermoce, których nie wolno ukrywać ani się ich wypierać" -
mawiała matka. W Szwecji, gdzie kobiecość często uważa się za słabość,
takie słowa były prawie jak bluźnierstwo.
Pozostałe dziewczyny siedziały w pomieszczeniu socjalnym.
-?Jak poszło? -?spytała Lydia z zaciekawieniem. -?Obcinanie takich
długich włosów to zawsze ryzyko.
-?Klientka była bardzo zadowolona -?odparła Roya, siadając na krześle.
Kolana drżały jej ze zmęczenia. Ramiona i kark bolały, gdy sięgała po
ciastko owsiane leżące w kartoniku obok butelki ketchupu i solniczki.
Lata samotnego macierzyństwa dawały jej się we znaki. Kiedy Sammy był
mały, często zostawała po godzinach, żeby dorobić, co nadwerężyło jej
ciało. Za ścianą zaszczekał pies. Czasami właściciel sklepu z wyrobami
tytoniowymi przychodził do pracy ze swoim owczarkiem.
-?Boże, co za ulga -?powiedziała Cicci. -?A tak przy okazji, ile macie
rezerwacji na przyszły tydzień?
-?Sześć, pięć strzyżeń i jedno farbowanie, zaczynam panikować -?odparła
Lydia, która niedawno zdobyła kwalifikacje zawodowe i jeszcze nie
zdążyła zdobyć własnych klientek.
-?Ja to samo. Ludzie nie chcą teraz wydawać pieniędzy na fryzjera.
Wczoraj kupiłam kalafior. Wiecie, ile kosztował? Prawie pięćdziesiąt
koron! Pięćdziesiąt! -?oznajmiła Cicci.
-?Masakra -?dodała Lydia.
Salon Włosy na Medal zawsze dobrze prosperował, nawet podczas pandemii
radził sobie całkiem nieźle. Kiedy restrykcje zostały złagodzone,
szefowa Melissa zaczęła mówić o rozszerzeniu działalności, o makijażu
permanentnym brwi i przedłużaniu paznokci, ale sytuacja zmieniła się
błyskawicznie. Wojna, inflacja, ceny prądu, stopy procentowe.
Nieszczęścia chodziły parami. Trzy osoby zatrudnione na etacie to była
teraz przesada, a Melissa nie pojawiła się w salonie przez cały tydzień.
Roya zastanawiała się, co to oznacza. Pracowała tu najdłużej, lecz może
to nie ona najbardziej potrzebowała tej pracy. Koleżanki wychowywały
małe dzieci i spłacały kredyty hipoteczne.
Roya coraz częściej rozważała odejście i otwarcie własnego salonu, z większym naciskiem na duchowość. Przeszła kursy masażu głowy i reiki,
marzyła o praktykowaniu tych metod. Nie wątpiła, że świat jest na to
gotowy. Wiele klientek miało problemy emocjonalne, borykało się ze
stresem, wypaleniem zawodowym i trudnościami w związkach. Chciała im
pomóc odnaleźć wewnętrzną mądrość i poczuć się lepiej.
Niestety musiała z tym poczekać, ponieważ Sammy z powrotem się do niej
wprowadził i żył z zasiłku na naukę. Być może za rok uzupełni edukację
na poziomie szkoły średniej, co da mu szansę na zatrudnienie. Wyglądało
na to, że lubi Komvux8 i chodzi na zajęcia, przynajmniej tak
mówił. Roya nie lubiła go kontrolować, ale czasami stosowała pewne
sztuczki, by mieć pewność, że syn wstanie i wyjdzie z domu. Na przykład
przygotowywała mu pyszne, sycące śniadanie i go budziła, by potem wsiąść
razem z nim do metra jadącego do centrum.
Muszę przynajmniej odnaleźć swoje szkolne świadectwa -?pomyślała. A co,
jeśli zaginęły gdzieś podczas przeprowadzki po rozwodzie? To byłoby
prawdziwe nieszczęście.
-?Słuchajcie, spróbujcie myśleć pozytywnie -?zasugerowała. -?Słyszałam,
że ludzie zaczęli kupować steki w Ica, bo już ich nie stać na
zagraniczne wyjazdy. Myślę, że podobnie będzie ze wszystkim, co związane
z urodą. Ludzie lubią mieć poczucie, że mogą sobie na coś pozwolić.
-?Serio? -?rzuciła Cicci, biorąc się pod boki i robiąc surową minę. -
Dzieciaki, dzisiaj w nocy będziecie marznąć, bo matka musi sobie usmażyć
stek i pójść do fryzjera.
Wszystkie parsknęły śmiechem.
-?Roya, proszę, mogę się na chwilę wślizgnąć do twojego mózgu? Tylko na
kilka minut! Też chciałabym mieć takie pozytywne synapsy -?oznajmiła
Lydia.
-?Dokładnie! Mózg Royi i twoje kubki smakowe. Wyobraź sobie, jakie
wszystko byłoby pyszne. Fasola, soczewica, kolendra, surowa ryba... Dajcie
mi to! Niestety jestem prawdziwą realistką. Co za nuda.
Royę ogarnęła lekka melancholia. To prawda, że zawsze starała się
patrzeć na życie z optymizmem i lubiła pomagać innym dostrzegać jego
jasne strony, uspokajała ludzi, zapewniając ich, że wszystko się ułoży.
Ale zmieniała się i coraz częściej czuła ucisk w klatce piersiowej.
Lydia dotknęła swojego telefonu starannie opiłowanym i pomalowanym
paznokciem.
-?Będę lecieć. Muszę zawieźć Tindrę na gimnastykę. Odpocznę po śmierci.
A wy jakie macie plany na wieczór? Jak zwykle imprezka?
-?Taa. Nova urządza nocowankę. -?Cicci się skrzywiła.
Roya zjadła ciasteczko. Pięcioletnia córka Cicci kochała konie i zabawy
we fryzjerkę. Gdyby dzieciaki tylko wiedziały, jak szybko mija czas,
może bardziej cieszyłyby się dzieciństwem. Uśmiechnęła się pod nosem,
uświadamiając sobie, że myśli jak osiemdziesięcio-, a nie
czterdziestosześciolatka.
Wyjęła telefon z torebki, żeby sprawdzić, czy Sammy napisał, że jest już
w domu, ale poza reklamą z Kicks nie dostała żadnego nowego SMS-a. Rano
rozmawiali o wspólnym wieczorze z tacos i filmem. Ustalili, że
ktokolwiek wróci pierwszy, zacznie gotować, ale może Sammy zmienił
plany? Znajomi, dziewczyny, impreza? Westchnęła w duchu z powodu tego,
że syn tak często zapomina się odezwać, a ona nie może niczego
zaplanować.
Vera
Ledwo zdążyłam odsunąć palec od dzwonka, gdy drzwi otworzyła Anna-Märta
Strindlund wyciskająca ciemnobrązowe włosy w ręcznik. Miała na sobie
jasnoszary dres i sięgające do kostek, ciepłe kapcie z owczej skóry. Do
pracy zostało jej jeszcze kilka godzin. Zmianowy grafik oraz psychiczne
obciążenia odcisnęły się na jej twarzy o ostrych rysach, miała głębsze
zmarszczki ode mnie. Trochę niechętnie zaprosiła mnie do przedpokoju,
gdzie samotna lampka na komodzie próbowała rozświetlić codzienność.
W samochodzie zastanawiałam się, jak ją podejść, i pomyślałam, że
najlepiej zacząć od zdobycia jej zaufania. Dlatego oczywiście nie
wspomniałam, że na moich wątłych barkach spoczywa odpowiedzialność za
odkrycie szczegółów, które policja mogła przeoczyć, prowadząc śledztwo w sprawie "rzezi w Storlien". Z drugiej strony nie chciałam też sugerować,
że zamierzam się ograniczyć tylko do tego, co opinia publiczna już wie.
-?Chodzi raczej o stworzenie serii reportaży bez sztywnego scenariusza -
powiedziałam nieco wymijająco.
-?Bez sztywnego scenariusza?
-?Dokładnie, ciekawi mnie, dokąd ta historia nas zaprowadzi po
dwudziestu ośmiu latach. Nie mam konkretnego celu, chciałam zacząć od
wywiadów z osobami zaangażowanymi w tę sprawę, ale nie oczekuję od
policji nowych faktów czy informacji. Koniec końców jak zawsze chodzi o to, co się dzieje od momentu popełnienia przestępstwa do wymierzenia
kary.
-?Czyli o co? -?Kobieta zmrużyła podejrzliwie oczy.
-?O ludzi.
To mi otworzyło drzwi.
Z różowego domu z lat trzydziestych rozpościerał się niczym
nieograniczony widok na jezioro Storsjön, lecz jadąc pod górę, głośno
przeklinałam te wszystkie śliskie, oblodzone podjazdy i skrzyżowania na
Frösön, na których trzeba było trzymać auto na półsprzęgle, żeby nie
stoczyło się w dół. Moje zimowe opony nie dawały rady. Thomas ciągle mi
ględził, że powinnam je zmienić, ale wciąż tego nie zrobiłam, chociaż w każdej chwili mogłam podjechać do warsztatu w Järpen, skoro i tak
codziennie byłam w redakcji, a wylądowanie w rowie byłoby nie tylko
upokorzeniem, lecz wręcz katastrofą, bo ktoś musiałby mnie z niego
wyciągnąć.
Anna-Märta zaproponowała mi kawę. Odmówiłam i poprosiłam jedynie o szklankę wody. Zaschło mi w ustach od tych wszystkich pochlebstw.
Anna-Märta hałasowała, buszując w kuchennych szafkach. Masywne dębowe
fronty i czarne kafelki, stylowo i oszczędnie. Kiedy położyłam telefon
na obrusie w paski, kobieta zaprotestowała.
-?Nie, nie chcę być nagrywana.
-?Żaden problem -?powiedziałam i wyciągnęłam pognieciony notes z futerału na aparat.
-?Czyli chcecie się przyjrzeć... Cóż, to raczej nie będzie długa seria
reportaży -?powiedziała chłodno.
-?Tak pani sądzi?
Wiedziałam, że będzie odwrotnie. Bez codziennej presji terminów, tylko
dogłębne drążenie tematu, rany, to brzmiało jak muzyka dla moich uszu.
Pomyślałam, że to idealne warunki do stworzenia dopracowanych tekstów.
-?Oczywiście mogę pani podać numer akt tej sprawy, ale wątpię, czy
prawnicy będą chętni, żeby udostępnić dokumenty. -?Zacisnęła usta. -
Śledztwo w sprawie "rzezi w Storlien" nie zostało jeszcze zakończone,
więc nie możemy ryzykować jego utrudniania. Nie pomogę pani, nawet
anonimowo, większość osób i tak by wiedziała, że to ja -?oświadczyła,
rzucając ręcznik na taboret.
Cóż, nie chcesz, żebym opisała twoją największą porażkę -?pomyślałam.
Może będziesz bardziej skora do współpracy, jeśli odpuszczę sobie te
stare akta?
-?Okej, odpuszczam numer akt.
Znów zacisnęła usta, jakby chciała powiedzieć, że to dobra decyzja.
-?Proszę mi wierzyć, zajrzałam pod każdy kamień w zachodniej części
Jämtlandu. Kosztem snu i rodziny, nawet się rozwiodłam. Uffe obwinia
mnie, że przegapiłam dysleksję Williama. Może to pani zrozumieć? Matki
są obarczane winą za wszystko. -?Rozłożyła ręce. -?Tak czy inaczej,
"rzeź w Storlien" to sprawa, której nie potrafiłam odłożyć na bok,
najgorsza, jaką prowadziłam. Ale byłam wtedy młoda.
-?Rozumiem.
Miała dwadzieścia pięć lat i dopiero co ukończyła szkołę policyjną w Uppsali. Niektórzy policjanci z Östersundu służyli ponad trzydzieści lat
i nie widzieli ani jednego trupa, ale nie ona.
Minęło dużo czasu, zdecydowanie za dużo, zanim w ten chłodny jesienny
poranek służby dotarły do domu Edwallów położonego na odludziu, w gęstym
lesie pod Storlien.
-?Jak można mieszkać na takim pustkowiu? Przecież tam było więcej
skuterów przysypanych śniegiem niż ludzi.
Pytanie retoryczne, na które nie odpowiedziałam, ale doskonale
rozumiałam, dlaczego ktoś wybiera "takie" życie. Dla świętego spokoju.
Samotni ludzie głęboko w lasach lub w górach rzadko czują się samotni.
To najczęściej osoby z zewnątrz tak ich postrzegają.
Pierwsza na miejscu zdarzenia, chwilę po dziewiątej, jak zwykle była
ochotnicza straż pożarna ze Storlien -?jednostka składająca się z dziesięciu mieszkańców miejscowości, ale całodobowo i przez cały rok
obsługiwana przez trzyosobową grupę dyżurną, która wyjeżdżała na
wszystkie wezwania w okolicy -?czy były to pożary, koty w opałach,
samobójstwa, czy poważne wypadki.
-?Szybko się zorientowali, że to miejsce zbrodni -?powiedziała
Anna-Märta, z rezygnacją potrząsając głową. -?Wszyscy byli już martwi,
zimni. To znaczy cała trójka, która została znaleziona.
-?Gdzie ich znaleziono?
Anna-Märta spojrzała na mnie uważnie, jakby chciała ocenić, czy dam radę
usłyszeć dalszą część.
-?Frank został zamordowany w przedpokoju, jego syn Felix zmarł na
piętrze obok swojego pokoju, a córka Julia w swoim łóżku... Dzieci zginęły
od uderzenia w głowę tępą stroną siekiery, według biegłego lekarza
medycyny sądowej stało się to szybko i stosunkowo bezkrwawo. Za to Frank
dostał kilka ciosów siekierą... -?Kobieta sięgnęła przez stół po pudełko z tabletkami przeciwbólowymi i wyjąwszy jedną, popiła ją łykem kawy z kubka ozdobionego rysunkiem Muminka. Przez chwilę potrafiła spojrzeć na
to zdarzenie trochę z dystansu, lecz teraz wyraźnie zamknęła się w sobie, próbując uporządkować wspomnienia. -?Po domu biegały dwa
zdezorientowane psy, roznosząc krew... wszędzie było mnóstwo krwi.
Makabryczny widok. Tyle zła... dlaczego? Widać było, że Frank walczył o życie. Nigdy nie zapomnę jego oczu, było w nim jakieś zdziwienie. Sądzę,
że próbował zrozumieć, co się dzieje, to, że naprawdę umiera.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Lussekatter (szw. dosłownie koty Łucji) -?tradycyjne szwedzkie bułeczki drożdżowe z dodatkiem szafranu, wypiekane na trzynastego grudnia, Dzień św. Łucji. Mają charakterystyczny kształt litery "S", przypominający zwiniętego kota lub jego ogon, stąd skojarzenie z tymi zwierzętami (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
2. Dagens schackruta (szw.) -?codzienna rubryka szachowa w szwedzkiej prasie, zawierająca zadanie do rozwiązania, diagram partii lub analizę szachową. Tego typu sekcje były popularne w gazetach drukowanych, szczególnie w drugiej połowie XX wieku, i stanowiły intelektualną rozrywkę dla czytelników. [wróć]
3. W wielu szwedzkich lokalnych gazetach, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i na wsiach, pojawiają się krótkie relacje z wydarzeń sportowych dla seniorów lub klubów rekreacyjnych, np. wyniki cotygodniowych rozgrywek w bule. [wróć]
4. Coop -?szwedzka sieć supermarketów. [wróć]
5. Plac Stjärntorget jest miejscem upamiętniającym znane osoby (tak jak np. Aleja Gwiazd w Hollywood). Wmurowano na nim kamienie z ich nazwiskami. [wróć]
6. To wyspa i jednocześnie dzielnica Östersundu położona na zachód od centrum. [wróć]
7. Dzielnica Sztokholmu. [wróć]
8. Komvux (szw.) -?skrót od Kommunal vuxenutbildning, czyli gminna edukacja dla dorosłych w Szwecji. To instytucja oferująca kursy i programy edukacyjne na poziomie szkoły średniej dla dorosłych, którzy chcą uzupełnić wykształcenie, zdobyć nowe kwalifikacje lub zmienić ścieżkę zawodową. [wróć]