Piętno nocy. Daję ci wieczność akt 5 - Agata Suchocka

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

Patrzył na tele­fon, jakby nie bar­dzo wie­dział, do czego służy.

Na wyświe­tla­czu migo­tała wia­do­mość i cho­ciaż prze­czy­tał ją wie­lo­krot­nie, nie docie­rało do niego zna­cze­nie tej poda­nej na zimno infor­ma­cji. Ow­szem, rozu­miał poje­dyn­cze słowa, ale całość nie miała naj­mniej­szego sensu.

A podobno nadawca jest taki nad­wraż­liwy! Tho­mas już dawno prze­ko­nał się, że nie należy mu ufać. Autor i współ­winny naj­więk­szego prze­kła­ma­nia obec­nego stu­le­cia, które odbiło się gło­śnym echem wśród ich pobra­tym­ców, z pew­no­ścią nie jest osobą godną zaufa­nia. A fakt, że Tho­mas jest od niego nie­mal cał­ko­wi­cie zależny, mocno uwie­rał go w to, co każdy męż­czy­zna ma roz­ro­śnięte - w ego.

Jeśli to żart, to bar­dzo nie­smaczny. Jeśli to kolejny prze­kręt, to wyjąt­kowo mało wyra­fi­no­wany. Tho­mas wie­dział jed­nak, że to nie żart ani prze­kręt, że to cho­lerna prawda i nic tego nie zmieni, nie­ważne, jak długo będzie pró­bo­wał się okła­my­wać.

Może wystar­czy ska­so­wać ten ese­mes i uda­wać, że ni­gdy go nie odczy­tał?

Wia­do­mość prze­ka­zano w spo­sób typowy dla Arma­gnaca: krótki, tre­ściwy komu­ni­kat i oczy­wi­ście pre­ten­sjo­nalne tytu­ło­wa­nie odbiorcy peł­nym imie­niem i nazwi­skiem. Treść za każ­dym razem sta­no­wiła sprawę dru­go­rzędną, liczyło się tylko to, by odbiorca był świa­domy, że Arma­gnac wie, zawsze wie pierw­szy i zawsze jest naj­le­piej poin­for­mo­wany. Pra­co­wał na pozy­cję samca alfa przez pół­tora wieku i wła­śnie w chwi­lach takich jak ta przy­po­mi­nał, kto sie­dzi na naj­wyż­szej grzę­dzie.

Kogu­cik, psia jego mać! Pie­przony kro­gu­lec! Tho­mas ni­gdy w życiu przy kimś tak by go nie nazwał, ale im bar­dziej go pozna­wał, tym bar­dziej był prze­ko­nany o jego prze­bie­gło­ści. Pokrę­cił głową, gdy przy­po­mniał sobie, że Arma­gnac jest jego pra­sz­czu­rem. Co to w ogóle za dzi­waczne słowo... Fizycz­nie są do sie­bie podobni jak dwie kro­ple wody, a prze­cież wszyst­kim innym się róż­nią.

Tym razem nie cho­dziło o jakąś drob­nostkę, lecz o sprawę życia, i to życia nie tylko Tho­masa, ale i wszyst­kich sko­li­ga­co­nych z nim osób. Oraz tych, które aku­rat rościły sobie prawo do wygod­nego roz­pie­ra­nia się w samym śro­deczku jego nowej egzy­sten­cji, tej, którą jak dotąd nie do końca nawet poznał. W tym momen­cie w jego umy­śle roz­bły­sła twarz Lothara z wyry­so­wa­nym na ustach cha­rak­te­ry­stycz­nym, kpiar­skim uśmiesz­kiem. Skrzy­pek albo pęk­nie ze śmie­chu, albo się wściek­nie, gdy usły­szy tę nowinę. Tho­mas nie wie­dział, co gor­sze.

Po raz kolejny prze­biegł wzro­kiem po zdaw­ko­wym, ale jakże wymow­nym komu­ni­ka­cie. Nie mógł przy­wyk­nąć do tego, że patrząc na wyświe­tlacz, dostrzega każdy pik­sel, mru­ga­jący wście­kle jak maleńki stro­bo­skop. Przez moment jego umysł jakby się zawie­sił, nie myślał o niczym, sku­pia­jąc się na feerii mikro­sko­pij­nych świa­te­łek, aż ponow­nie zło­żyły się w treść, która prze­są­dzała o jego dal­szym życiu.

Odło­żył tele­fon na sto­lik i po chwili waha­nia się­gnął po leżącą na nim złotą papie­ro­śnicę, irra­cjo­nal­nie wście­kły na Lothara za to, iż każe mu się zaj­mo­wać takimi bzdu­rami jak prze­kła­da­nie papie­ro­sów z paczek! Ostat­nimi czasy jego obse­sja utrzy­my­wa­nia porządku stała się nie­zno­śna. Od momentu powrotu z Nowego Orle­anu skrzy­pek zda­wał się dzi­wa­czeć coraz bar­dziej, każ­dej nocy wpro­wa­dza­jąc w ich wspólne życie coraz to nowe fana­be­rie. Dom zaczął przy­po­mi­nać wik­to­riań­ską rezy­den­cję z cza­sów, w któ­rych miesz­kał w nim z Arma­gna­kiem i Hun­ting­to­nem. Antyki pamię­ta­jące fin de si?cle zagra­cały prze­strzeń, która wyglą­dała już jak muzeum, jak zabyt­kowy dwo­rek, otwarty dla zwie­dza­ją­cych za odry­wane z rolki bile­ciki. Może i oni mogliby sobie w ten spo­sób doro­bić?

Co za bzdura!

Mają do dys­po­zy­cji sumy, któ­rych nie są w sta­nie wydać, wła­śnie za sprawą Arma­gnaca i jego cza­ro­dziej­skich nie­malże umie­jęt­no­ści pomna­ża­nia pie­nię­dzy, któ­rymi szczo­drze dzieli się z rodziną i przy­ja­ciółmi. Czy ktoś tak hojny i lojalny mógłby okła­mać wła­snego potomka w tak istot­nej spra­wie?

Czy ktoś, kto prze­ko­nał wła­snego kochanka o swo­jej śmierci, mógłby okła­mać...? No jasne, że mógłby. Może Arma­gnac znowu urzą­dza sobie jakieś gierki, znowu coś knuje, znu­dzony wiecz­no­ścią. Rzuca kość głod­nym psom i obser­wuje, jak o nią wal­czą. Jego przo­dek ma sady­styczne zapędy, o tym Tho­mas prze­ko­nał się już nie raz, ale nie sądził, że jest zdolny do wyży­wa­nia się na wła­snej rodzi­nie. Czy w przy­padku łow­ców więzy krwi mają jakie­kol­wiek zna­cze­nie? Nie, chyba już nie. A może jed­nak tak, skoro Arma­gnac żyje w komu­nie z wła­sną babką, Blan­che Avoy.

Tho­mas potarł czoło dło­nią, jakby bolała go głowa. Wolałby nie być z nimi spo­krew­niony, ale prze­cież rodziny nikt sobie nie wybiera. Został potwo­rem w trze­cim poko­le­niu i w jego życiu nie ma teraz miej­sca na coś takiego. Na coś, o czym wła­śnie poin­for­mo­wał go Arma­gnac.

Męż­czy­zna wstał, z wolna pod­szedł do uchy­lo­nych, prze­szklo­nych drzwi i wyszedł na bal­kon, wypusz­cza­jąc z ust chmurę dymu, która na moment spra­wiła, że księ­życ zamie­nił się w ską­pane w sce­nicz­nej mgle oko spo­tli­ghtu. Arma­gnac i jego kno­wa­nia były w tym momen­cie jego naj­mniej­szym zmar­twie­niem. Wszystko wska­zy­wało na to, że za kilka mie­sięcy będzie miał na gło­wie coś zupeł­nie innego.

To nie tak miało wyglą­dać! Zamie­rzał prze­cież uwol­nić się od prze­szło­ści, roz­po­cząć nowe życie u boku zadu­rzo­nego w nim Lothara, a tym­cza­sem prze­szłość nagle zwa­liła się na niego, jed­no­cze­śnie deter­mi­nu­jąc przy­szłość. Jesz­cze wczo­raj cudow­nie bez­tro­ski, z głową pełną wizji mija­ją­cych leni­wie dekad, upły­wa­ją­cych na niczym nie­zmą­co­nych łóż­ko­wych har­cach, nagle sta­nął w obli­czu wyzwa­nia, któ­rego zupeł­nie się nie spo­dzie­wał. Naj­więk­szą iro­nią było to, że sam tutaj zawi­nił. No, nie sam, bo do tanga trzeba dwojga. Teraz miał ponieść kon­se­kwen­cje swo­jej głu­poty, non­sza­lan­cji i nie­uwagi. Jak długo przyj­dzie mu pła­cić za grze­chy prze­szło­ści? Prze­cież to może się cią­gnąć przez całe poko­le­nia! Gdy kilka mie­sięcy temu świet­nie się bawił, będąc pew­nym, że to ostat­nie chwile jego życia, nie myślał ani o kon­se­kwen­cjach, ani o bez­pie­czeń­stwie. A że był głupi, to nie ule­gało naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści.

Jak on o tym powie Lotha­rowi?

Wypa­lił do końca, zwy­cza­jowo posłał nie­do­pa­łek w dół pstryk­nię­ciem pal­ców, wie­dząc, że Lothar się wściek­nie, jeśli znaj­dzie go na tra­wie. Chwi­lami trudno mu było uwie­rzyć w to, iż spie­rali się o takie głu­poty jak zaśmie­ca­nie ogrodu, w któ­rym pra­wie ni­gdy nie prze­by­wali, ale za to pła­cili bajoń­skie sumy za jego utrzy­ma­nie. W końcu i tak nie mieli na co wyda­wać tych wszyst­kich pom­po­wa­nych w ich konta ban­kowe pie­nię­dzy. W garażu drze­mały trzy samo­chody; kolek­cja instru­men­tów led­wie mie­ściła się w gablo­tach. W salo­nie obok for­te­pianu, na któ­rym nie­gdyś gry­wał Arma­gnac, sta­nął sie­dem­na­sto­wieczny kla­we­syn, wart tyle, ile naj­droż­sze z ich aut. Rów­nie dobrze Tho­mas mógł pła­cić komuś nie­do­rzeczną sumę za łaże­nie za dnia po ogro­dzie i zbie­ra­nie jego nie­do­pał­ków.

Wszedł z powro­tem do pokoju, opadł ciężko na sofę i ponow­nie się­gnął po tele­fon, modląc się w duchu o to, by infor­ma­cji już w nim nie było.

Jesz­cze raz prze­czy­tał wia­do­mość od Arma­gnaca, swo­jego pra­pra­dziada, która brzmiała:

Trzy­mam rękę na pul­sie. Melissa jest w ciąży. Zosta­niesz ojcem, Tho­ma­sie Gre­en­bo­urgh.

Rozdział I

I

- Coś ty powie­dział?

Słowa zawi­sły w powie­trzu jak obło­czek dymu, za któ­rym Tho­mas scho­wał się, gdy prze­ka­zy­wał Lotha­rowi "rado­sną nowinę". Sta­rał się zacho­wać zimną krew, jed­nak uno­szona do ust dłoń drżała nie­znacz­nie.

Wszyst­kiego się spo­dzie­wał: furii, wście­kło­ści, wybu­chu kpią­cego śmie­chu, może nawet bija­tyki, ale nie tak lodo­wa­tego tonu. Lothar patrzył na niego i jedy­nym, co zmie­niało się w jego twa­rzy, były czarne oczy. Zwę­żały się stop­niowo, aż w końcu stały się wąskimi szpar­kami, któ­rych wyrazu nie był w sta­nie odczy­tać. Jak szcze­liny w masce.

- Dosta­łem wia­do­mość od Arma­gnaca. - Tho­mas zdu­sił nie­do­pa­łek w krysz­ta­ło­wej popiel­niczce i wstał, odwra­ca­jąc się pro­fi­lem do roz­mówcy. Nie był w sta­nie na niego patrzeć, jak dzie­ciak, który coś zbroił i usi­łuje się nie­zdar­nie tłu­ma­czyć. - Melissa zgło­siła się do szpi­tala na bada­nia pre­na­talne i wska­zała mnie jako ojca dziecka. - Sta­rał się uspo­koić, ale jego głos drżał. Odchrząk­nął w zwi­niętą pięść, ale nie­wiele to pomo­gło, jego głos wciąż brzmiał tak, jakby coś utknęło mu w gar­dle. - To ten sam szpi­tal, w któ­rym się leczy­łem. Arma­gnac uzy­skał dostęp do całej mojej doku­men­ta­cji medycz­nej, zanim udał się do Calais, żeby mnie rato­wać, dla­tego gdy w kar­to­tece znowu poja­wiło się nazwi­sko Gre­en­bo­urgh, natych­miast go o tym poin­for­mo­wano.

Oczy­wi­ście, że Arma­gnac uzy­skał dostęp, oczy­wi­ście, że wie­dział o wszyst­kim, co wią­zało się z Tho­ma­sem Gre­en­bo­ur­ghiem, jego pra­pra­wnu­kiem. Arma­gnac stał się pod­stępną, węszącą czuj­nie bestią, która przez ponad stu­le­cie śle­dziła każdy krok swo­jej pro­ge­ni­tury. Jakże mógł pozo­stać nie­świa­do­mym faktu, że oto kolejny owoc lędźwi klanu Jar­di­neux ma zostać wydany na świat, ku jego ucie­sze i zapew­nie­niu mu zaję­cia przez kolejne dekady?

Lothar mil­czał, wciąż patrząc na chło­paka z nie­prze­nik­nio­nym wyra­zem twa­rzy, co zaczy­nało Tho­masa nie­po­koić i iry­to­wać. Obli­cze skrzypka przy­po­mi­nało kar­na­wa­łową wenecką maskę.

- Skąd pew­ność, że to twoje dziecko? - syk­nął w końcu, a na jego zaci­śnię­tych ustach poja­wił się kpiar­ski uśmie­szek. - Jeśli twoja luba pro­wa­dziła się rów­nie cno­tli­wie co ty, to możesz mieć spore wąt­pli­wo­ści!

Tho­mas zaci­snął zęby; rozej­rzał się za papie­ro­śnicą, czu­jąc potrzebę zaję­cia czymś rąk, choćby po to, by nie dosko­czyć do Lothara i nie wymie­rzyć mu ciosu pro­sto w szczękę. A może po pro­stu miał ochotę czymś w niego rzu­cić. Ostat­nimi czasy chyba za dużo palił. Zaśmiał się w duchu, uświa­do­miw­szy sobie, że czło­wiek w nim wciąż jesz­cze docho­dzi do głosu, szcze­gól­nie wów­czas, gdy naj­mniej się tego spo­dziewa. Albo w stre­su­ją­cych sytu­acjach, a infor­mo­wa­nie obec­nego kochanka o tym, że spo­dziewa się dziecka z poprzed­nią kochanką, nie­wąt­pli­wie było stre­su­jące. Pale­nie prze­cież nie może mu już zaszko­dzić, o ile w ogóle może mu zaszko­dzić cokol­wiek. Na przy­kład kłót­nia czy bójka z Lotha­rem, a tych ostat­nimi czasy zda­rzało się coraz wię­cej. Tym razem powód nie był tak błahy jak pil­no­wa­nie zawar­to­ści papie­ro­śnicy czy zaśmie­ca­nie petami ogrodu.

Tho­mas zatrza­snął złote pude­łeczko, ale nie przy­ło­żył papie­rosa do ust. Potarł twarz wolną dło­nią.

- Naprawdę muszę na to odpo­wia­dać?

Nie, Tho­mas nie musiał na to odpo­wia­dać. Prze­cież Arma­gnac upew­nił się, że to jego dziecko.

W samo­lo­cie, pod­czas tam­tego feral­nego lotu nad oce­anem, w mózgu Tho­masa pękł guz. Póź­niej, na pro­mie, Lothar i Arma­gnac bawili się w chi­rur­gów, usi­łu­jąc ura­to­wać dzie­cia­kowi życie. Z pew­no­ścią gdzieś, choćby na igle, którą Arma­gnac wbił w poty­licę chło­paka, zacho­wał się jego ludzki mate­riał gene­tyczny. Szczwany lis mon­sieur Jar­di­neux nie wytarł jej po pro­stu o spodnie ani nie cisnął za burtę po para­me­dycz­nych zabie­gach. Skoro przez pół­tora wieku radził sobie bez trudu z iden­ty­fi­ka­cją swo­ich potom­ków, w dzi­siej­szych cza­sach zapewne wyko­nał kilka tele­fo­nów, prze­słał mate­riał do labo­ra­to­rium i już wie­dział. Obaj wcale by się nie zdzi­wili, gdyby się oka­zało, że Arma­gnac Jar­di­neux jest wła­ści­cie­lem jakie­goś taj­nego labo­ra­to­rium. Spo­dzie­wać się można po nim naprawdę wszyst­kiego.

- Co my teraz zro­bimy? - spy­tał w końcu Tho­mas.

- Co my zro­bimy? - Skrzy­pek uniósł brwi. - A co ja mam z tym wspól­nego?

Te słowa zabo­lały jak poli­czek. A więc to tak ma wyglą­dać! Spla­ta­nie się w bestię o dwóch grzbie­tach jest jak naj­bar­dziej po myśli Lothara, ale wspar­cie kochanka w kry­zy­so­wej sytu­acji, jaką nie­wąt­pli­wie sta­nowi rychłe zosta­nie ojcem, nie mie­ści się w jego pla­nie wspól­nego życia.

- Myśla­łem, że w obec­nej sytu­acji... że ty i ja...

- Co "ty i ja"? To nie ja zro­bi­łem dzie­ciaka byle komu!

Tho­mas zaci­snął szczęki.

- I kto to mówi? - wark­nął. - Zapo­mnia­łeś o Mag­gie Mac­Low­ley?

- O kim? - Lothar wciąż patrzył na niego zimno, ale prze­błysk z prze­szło­ści, jakaś wizja pal­ców wplą­ta­nych w rude loki prze­bie­gła przez jego umysł niby wyła­do­wa­nie elek­tryczne. - To było wieki temu! Poza tym to mogło być rów­nie dobrze dziecko Arma­gnaca! Albo kogo­kol­wiek innego! - rzu­cił ostro.

Tamta pusz­czal­ska dziew­czyna od dawna spo­czy­wała w gro­bie. Stała się tylko wid­mo­wym wspo­mnie­niem, być może nieco inten­syw­niej­szym niż inne, przy­wo­łu­ją­cym na usta tęskny uśmie­szek i powo­du­ją­cym lek­kie drgnię­cie w roz­porku, jed­nak zale­d­wie wspo­mnie­niem. Dziecko, które on albo Arma­gnac zasiali w niej pół­tora wieku wcze­śniej, na ich szczę­ście ni­gdy się nie uro­dziło. Gdyby tak się stało, dziew­czynę skre­ślono by z socjety. To, że sama się skre­śliła i pozwo­liła zamknąć w klasz­to­rze, nie miało teraz naj­mniej­szego zna­cze­nia.

Wra­ca­nie do minio­nych wyda­rzeń, szcze­gól­nie takich, które Tho­mas znał jedy­nie z kart pamięt­nika przodka, wydało się skrzyp­kowi wyjąt­kowo despe­rac­kim zagra­niem. A nawet jeśli te zda­rze­nia miały jakąś styczną, nie był skłonny tego przy­znać.

- Oczy­wi­ście, że mogło. - Tho­mas uniósł ze stołu tele­fon. - Ale rów­nie dobrze mogło być twoje! - dokoń­czył.

- Nie masz poję­cia, o czym mówisz! - Lothar zrzu­cił w końcu maskę obo­jęt­no­ści i pochy­lił się w stronę Tho­masa, kon­ty­nu­ując coraz bar­dziej jado­wi­tym tonem: - Mag­gie Mac­Low­ley była naj­więk­szą pusz­czal­ską Lon­dynu! Prze­cho­dziła z rąk do rąk i uży­wała sobie z każ­dym, kto tylko ski­nął! Jej dziecko miało z dzie­się­ciu ojców! - skon­klu­do­wał, nieco pogar­dza­jąc sobą za to, że prze­ina­cza fakty. Czy teraz jed­nak fakty sprzed lat miały jaką­kol­wiek war­tość?

- Świ­nia z cie­bie, Lothar, słowo daję... - zacmo­kał Tho­mas z dez­apro­batą.

- Ze mnie? - Skrzy­pek par­sk­nął. - Naprawdę ci się wydaje, że nasze ówcze­sne życie i ówcze­sne hulanki wyglą­dały tak, jak to opi­sał Arma­gnac? I że był on w tym wszyst­kim tak nie­winny, zma­ni­pu­lo­wany i bez­wolny, jak to przed­sta­wił kwie­ci­stym języ­kiem?

- A jak wyglą­dały?

- Tho­mas, ależ ty jesteś naiwny! - Teraz już Lothar śmiał się na całego. - A jak wyglą­dały twoje imprezy z kum­plami, co? Myślisz, że w wik­to­riań­skiej Anglii wyglą­dały ina­czej? Dokład­nie tak samo, tylko nie było Insta­grama, żeby to udo­ku­men­to­wać. Cały ten pamięt­ni­czek Arma­gnaca to polu­kro­wana, posy­pana bro­ka­tem, uro­man­ty­zo­wana i ugrzecz­niona wer­sja poczy­nań dwóch mło­do­cia­nych, zde­ge­ne­ro­wa­nych do cna cwa­niacz­ków, któ­rym się wyda­wało, że są bez­karni, bo mają pie­nią­dze i wpływy.

- Więc opo­wiedz mi, jak było naprawdę! - Gniew Tho­masa gdzieś ule­ciał, a w jego miej­scu poja­wiła się nie­zdrowa cie­ka­wość.

Lothar nachmu­rzył się, wes­tchnął bole­śnie, ale jed­no­cze­śnie jakby tęsk­nie.

- Brudno, Tho­mas, było naprawdę brudno... - zaczął cicho. - Nie ist­niała dla nas żadna świę­tość i żadna war­tość. Szar­ga­li­śmy honor tych wszyst­kich naiw­nych panie­nek, ufnie pada­ją­cych w nasze ramiona, a dla wcho­dzą­cych w doro­słość mło­dzie­niasz­ków byli­śmy naj­gor­szymi moż­li­wymi mode­lami do naśla­do­wa­nia.

Wystar­czy, wię­cej Tho­mas nie musi wie­dzieć. Lothar nie zamie­rzał wda­wać się w szcze­góły.

- Arma­gnac opi­sał to zupeł­nie ina­czej...

- A co niby miał napi­sać? Opo­wie­dzieć o tym, jak Jame­son wywle­kał nas z pod­łych szyn­ków i bur­deli? Wypi­sać w rów­nej kolum­nie sumy, które prze­gra­li­śmy w karty? W tych jego ckli­wych wyzna­niach cho­dziło prze­cież o to, by mnie prze­pro­sić, zanim zada mi osta­teczny cios, a nie o to, żeby mi przy­po­mnieć, jak wyko­py­wa­łem za drzwi pół­na­gich chłyst­ków albo zatrza­ski­wa­łem je przed nosami spła­ka­nym dziew­czę­tom, które przeze mnie stra­ciły szanse na dobre mariaże. Łama­li­śmy im życie i uwa­ża­li­śmy, że to świetna zabawa! Tak wła­śnie stało się z Mag­gie, ale aku­rat w jej przy­padku przy­czyną zguby mógł być kto­kol­wiek inny.

Tho­mas spu­ścił wzrok.

- Chciał­byś, żeby wszystko wyglą­dało tak różowo, jak to opi­sał Arma­gnac, prawda? Żebym ci powie­dział, że moja śmier­telna mło­dość przy­po­mi­nała ckliwe powie­ści­dło dla kur domo­wych. Ale tak nie było i już to wiesz, bo wszystko ci opowie­działem i nie zamie­rzam się powta­rzać. Arma­gnac celowo się ide­ali­zo­wał, pew­nie dla­tego, że chciał zosta­wić po sobie dobre wra­że­nie. Teraz pozory są dla niego wszyst­kim. Zapo­mnia­łeś, skąd się wywo­dzi? Kim tak naprawdę jest? To syn cho­ler­nego plan­ta­tora, Tho­mas, otwórz oczy!

- Co przez to rozu­miesz? - zapy­tał chło­pak, ale prze­cież wie­dział.

- A jak ci się wydaje? Jak wyglą­dało Połu­dnie w przeded­niu wojny sece­syj­nej? Jak pie­przone Prze­mi­nęło z wia­trem? Może Arma­gnac ma na sumie­niu tylko te małe grzeszki, z któ­rych tyle razy spo­wia­dał mi się po pijaku... Kop­nię­cie chłopca sta­jen­nego, ude­rze­nie w czarną twarz poko­jowca, przy­dy­ba­nie nie­let­niej służki gdzieś w spi­żarni. A może i o wiele więk­sze. Może to nie jego ojciec trzy­mał pejcz, któ­rego rze­mie­nie prze­ci­nały skórę nie­wol­nicy, co? Pamię­tasz ten frag­ment jego zapi­sków? I uwagę o tym, że to on miał ochotę prze­dzierz­gnąć się w oprawcę? - Lothar prych­nął z pogardą. - Wielki mi ary­sto­krata, arty­sta, psia jego mać! Arma­gnac wcale nie był lep­szy ode mnie, pozo­wał tylko na takiego. O wiel­kiej opiu­mo­wej fajce wod­nej, którą co dwa dni nabi­jała przy­cho­dząca do jego miesz­ka­nia zasu­szona Chinka, też nie napi­sał, co? Leżał potem uja­rany w trupa, beł­ko­tał bez ładu i składu, i wierz mi, nasłu­cha­łem się wów­czas o prze­róż­nych okrop­no­ściach, jakich się dopu­ścił jesz­cze w Ame­ryce, jako nasto­letni gów­niarz. Napi­sał tylko o chla­niu, bo to takie roman­tyczne! Jak on tam zaczął ten swój smętny pamięt­ni­czek...? Ach tak: "Nie­na­wi­dzi­łem alko­holu". - Lothar zaśmiał się dono­śnie. - Dobre sobie! Tego, że przez całą swoją byt­ność w Lon­dy­nie w zasa­dzie nie trzeź­wiał, na pewno nie prze­oczy­łeś pod­czas lek­tury. Pił na umór, by zagłu­szyć sumie­nie!

- A ty? - wtrą­cił Tho­mas.

- Co ja?

- Nie piłeś razem z nim?

Lothar par­sk­nął nie­cier­pli­wie.

- Oczy­wi­ście, że piłem! Robi­łem to wszystko razem z nim, ale przy­naj­mniej póź­niej nie uda­wa­łem, że to się nie wyda­rzyło. Nie wypie­ram się swo­jej prze­szło­ści. Tym­cza­sem Arma­gnac wypo­le­ro­wał się na glanc, owi­nął w złoty papie­rek i w takiej grzecz­nej, lśnią­cej wer­sji zapre­zen­to­wał ci się w Ame­ryce. Gdy­byś poskro­bał paznok­ciem, pod tą gładką, błysz­czącą war­stwą poja­wi­łyby się smoła i opary siarki!

Od czego zaczęła się ta roz­mowa i jakim cudem teraz zamie­niła się w tyradę o przy­wa­rach Arma­gnaca?

- Chyba tro­chę prze­sa­dzasz, Lothar.

- Prze­sa­dzam? - Skrzy­pek z poli­to­wa­niem poki­wał głową. - Żyłem z nim przez pra­wie dwie­ście lat! Naprawdę myślisz, że przez dwa wieki nie pozna­łem jego praw­dzi­wej natury? Nie zdzi­wiło cię to, jak szybko zachły­snął się zabi­ja­niem po prze­pro­wa­dze­niu? Ta jego obse­sja wol­no­ści, o któ­rej tyle razy wspo­mi­nał... Poczuł się naprawdę wolny dopiero wów­czas, gdy zro­zu­miał, że może bez­kar­nie mor­do­wać! Opi­sał to jed­nak jako udrękę i eks­tazę, a jakże. Prze­cież nie może przy­znać się do tego, że dopiero teraz jest naprawdę sobą: bez­dusz­nym, zim­nym potwo­rem, nad­uży­wa­ją­cym swo­ich pie­nię­dzy i wpły­wów, by roz­po­rzą­dzać ludźmi. Dokład­nie tak, jak robi to teraz z tobą! Powi­nien prze­mil­czeć tę ciążę albo posta­rać się, by prze­stała być pro­ble­mem! Usu­nię­cie nie­chcia­nego dziecka razem z noszą­cym je łonem to prze­cież dla niego żaden pro­blem! Hun­ting­ton nie­źle go wyczuł, poznał swój swego! - Lothar zapa­lał się coraz bar­dziej, pra­wie już krzy­czał. - Przy­po­mnij mi łaska­wie, ile czasu spę­dzi­łeś z nim w posia­dło­ści Jar­di­neux? Kilka nocy? - Wstał i zaczął gesty­ku­lo­wać prze­sad­nie, kon­ty­nu­ując z emfazą: - Prze­sia­dy­wa­li­ście w ogro­dzie, wsłu­chu­jąc się w szum fon­tanny, a on kładł ci do głowy te lukro­wane bzdury na swój temat! Cho­lerny kłamca i mąci­ciel! A już kła­mać to on potrafi, wiem to naj­le­piej! I aktor rów­nież z niego świetny, w końcu przez pięć­dzie­siąt lat uda­wał przede mną kogoś, kim nie jest. Rola godna Oscara, to nie ulega wąt­pli­wo­ści. Nabra­łem się na to, że boi się świata, że gaśnie, że... - Lothar prze­rwał pełen pasji mono­log, łapiąc jakby z tru­dem powie­trze. Wście­kłość krą­żyła w jego żyłach jak kwas. - Jest dokład­nie taki sam, jak Hun­ting­ton! Są sie­bie warci! Prze­klęty klan Jar­di­neux! Naj­pierw Arma­gnac i jego sfin­go­wane samo­bój­stwo, potem Blan­che i jej cudowne zmar­twych­wsta­nie, a teraz ty i twój bękart!

Tho­mas żach­nął się, zry­wa­jąc się z miej­sca. Zaci­snął dło­nie w pię­ści.

- Mówisz o moim dziecku, Mintze! - wark­nął.

No pro­szę, jaki hardy! Tho­mas po raz pierw­szy w życiu zwró­cił się do Lothara po nazwi­sku, a w jego gło­sie zabrzmiała groźba.

- Ja pier­dolę, Tho­mas, ty tak na serio? - Lothar uniósł brwi i wydął usta, a po chwili na jego war­gach znowu zatań­czył kpiar­ski uśmie­szek. - Porzu­ci­łeś tę swoją dzier­latkę i ocho­czo wsko­czy­łeś do mojego łóżka, pamię­tasz? Teraz będziesz zgry­wał tatuśka? Wszyst­kich was pogięło!

- Polecę do Nowego Orle­anu i zorien­tuję się w sytu­acji. A ty może byś się nieco ogar­nął, co? Wypo­mi­nasz to, co zro­bili ci Arma­gnac i Blan­che, i wyży­wasz się na mnie, ale to nie ja odpo­wia­dam za ich czyny!

- Ale za wła­sne odpo­wia­dasz! I wła­śnie przez twoje poczy­na­nia teraz się kłó­cimy!

- Ja się nie kłócę! - Tho­mas opadł z powro­tem na sofę. - Dla­czego masz do mnie pre­ten­sje o coś, co się wyda­rzyło, zanim cię pozna­łem? To naprawdę nie fair! Ile czasu jeste­śmy razem? Pół roku? Mam wra­że­nie, że minęła chwila, a my już chcemy znik­nąć nawza­jem ze swo­jego życia i tylko szu­kamy ku temu pre­tek­stu!

Lothar spoj­rzał na niego zimno, a bole­sną prawdę zawartą w tych sło­wach odczuł jak nie­spo­dzie­wany poli­czek.

- Chcesz, żebym znik­nął z two­jego życia? - syk­nął, ale w jego ostrym tonie pobrzmie­wał nie­po­kój. Słowa Tho­masa prze­szyły jego serce lodową igłą.

Czy naprawdę tak jest? Czy rze­czy­wi­ście nie są w sta­nie ze sobą żyć? Lothar wciąż zapa­trzony w prze­szłość, a Tho­mas pełen złud­nych wyobra­żeń na temat ich rela­cji.

- Naprawdę przed­ło­żysz tamtą dziew­czynę i dziecko, któ­rego prze­cież wcale nie musisz uzna­wać, ponad mnie? - zapy­tał w końcu Lothar i zdał sobie sprawę, że zabrzmiało to jak kwe­stia z nisko­bu­dże­to­wej tele­no­weli. - Kim ja dla cie­bie jestem, co? Przy­god­nym kocha­siem, który ci dogo­dził i uświa­do­mił, że tak naprawdę wolisz chłop­ców? Mam naprawdę ci przy­po­mnieć, że tylko dzięki mnie jesz­cze żyjesz?

- Oj, stary, to jest naprawdę słabe! - Teraz to Tho­mas się wściekł. - Czego ocze­ku­jesz? Że z wdzięcz­no­ści zostanę tu z tobą, będę ci przy­gry­wał na for­te­pia­nie i dla uroz­ma­ice­nia od czasu do czasu robił loda?

Ta roz­mowa zmie­rzała w bar­dzo złym kie­runku. Lothar pokrę­cił na wszyst­kie strony głową, jakby zesztyw­niał mu kark, powstrzy­mu­jąc się przed rzu­ce­niem się na Tho­masa z pię­ściami. Zamiast tego syk­nął:

- Nie ukry­wam, że świet­nie ci idą obie te rze­czy, ale sądzi­łem, że łączy nas coś wię­cej.

Czy łączy? Chyba w tym momen­cie żaden z nich nie był w sta­nie tego stwier­dzić.

- Wiesz, o czym opo­wia­dał mi Arma­gnac wtedy w ogro­dzie, w posia­dło­ści Jar­di­neux? - ode­zwał się Tho­mas już o wiele łagod­niej. - Mówił o waszej ostat­niej roz­mo­wie w tym domu. O tej, pod­czas któ­rej stwier­dzi­łeś, że jest dla Hun­ting­tona tylko pro­tezą zastę­pu­jącą Blan­che.

Lothar zaci­snął szczęki, za most­kiem poczuł mro­wie­nie nie­po­koju. Już wie­dział, o co teraz Tho­mas zapyta.

- Powiedz mi, Lothar... - Chło­pak pod­szedł do niego i sta­nął bar­dzo bli­sko, zaglą­da­jąc mu głę­boko w oczy. - Czy ja jestem tylko pro­tezą, która zastę­puje Arma­gnaca? Kogo widzisz, patrząc na mnie? - Mie­rzyli się pozor­nie spo­koj­nymi spoj­rze­niami. - Widzisz mnie czy jed­nak cią­gle jego?

Lothar mimo­wol­nie wes­tchnął, nie był w sta­nie odpo­wie­dzieć, nie chciał.

- Spo­sób, w jaki o nim mówisz, ten ogień, ta pasja... Ja nie sły­szę oskar­żeń i wście­kło­ści. Sły­szę tylko tęsk­notę - pod­su­mo­wał Tho­mas smutno. - Być może gdyby Arma­gnac naprawdę umarł, mie­li­by­śmy jakąś szansę. Ty go cią­gle kochasz, Lothar, nie waż się zaprze­czać, bo czego jak czego, ale kłamstw od cie­bie nie chcę. Wolę naj­bo­le­śniej­szą prawdę. Cza­sami myślę, że wtedy, na pro­mie, gdy już wie­dzia­łeś, że Arma­gnac jed­nak żyje... Może obaj powin­ni­ście byli pozwo­lić mi wów­czas umrzeć.

- Prze­stań! - Lothar wszedł mu w słowo. - Co to za pier­do­le­nie?

- To nie jest żadne pier­do­le­nie i dobrze o tym wiesz. Zawsze będziesz mnie do niego porów­ny­wał. A ja zawsze będę czuł jego oddech na ple­cach. Jeśli to się nie zmieni, jeśli o nim nie zapo­mnisz, nie pozwo­lisz mu odejść, nie ma dla nas przy­szło­ści.

- Nie myślisz tak! - krzyk­nął Lothar bar­dziej histe­rycz­nie, niż zamie­rzał.

- Tak wła­śnie myślę i dobrze wiesz, że to prawda. Gdy byli­śmy w Sta­nach... To nie z Hun­ting­to­nem powi­nie­neś był wów­czas roz­ma­wiać, ale z Arma­gna­kiem. Wszy­scy trzej powin­ni­ście poroz­ma­wiać, dokład­nie tak, jak zasu­ge­ro­wano ci to w Wied­niu. Zde­cy­do­wać raz na zawsze, który co dla któ­rego zna­czy, kto kogo nie­na­wi­dzi, kto kogo kocha, kto ma o co pre­ten­sje. Nie będę twoim wor­kiem tre­nin­go­wym tylko dla­tego, że nie potra­fisz sobie pora­dzić z wcze­śniej­szymi rela­cjami.

To zabrzmiało jak cytat z coachin­go­wego pla­katu w pocze­kalni przy­chodni pro­wa­dzą­cej tera­pię dla par.

- Dobra, zamknij się już! - Lothar potarł czoło dło­nią; poczuł się jak boha­ter jakie­goś para­do­ku­mentu. - Leć sobie do tej pie­przo­nej Ame­ryki, ale mnie do tego nie mie­szaj! Mówiąc szcze­rze, nie obcho­dzi mnie, jak to zała­twisz. Ja po pro­stu urwał­bym tej two­jej panience głowę i w ten spo­sób pozbył się pro­blemu, więc może lepiej zostanę tutaj, bo coś czuję, że takie roz­wią­za­nie sprawy nie spodo­ba­łoby się ani tobie, ani Arma­gna­cowi. Pocze­kam, co z tego wynik­nie, mam cały cho­lerny czas tego świata! Powiedz mi tylko jedno na odchodne. - Na moment zawie­sił głos. Chyba nie chciał zada­wać tego pyta­nia, ale i tak to zro­bił. - Czy naprawdę chcesz, żebym znik­nął z two­jego życia?

- Nie chcę. - W kontrze do tych słów Tho­mas odsu­nął się powoli, uno­sząc dłoń, w któ­rej kur­czowo ści­skał komórkę, jakby chciał się nią osło­nić. - To ja zniknę, przy­naj­mniej na jakiś czas. Polecę do Ame­ryki ogar­nąć tę chryję z dziec­kiem, bo coś mi się widzi, że ty mi w tym nie pomo­żesz. Za bar­dzo jesteś zapa­trzony we wspólną prze­szłość z Arma­gna­kiem, żeby pomóc mi tu i teraz - dokoń­czył, wybie­ra­jąc numer. - Pod­staw­cie odrzu­to­wiec jutro o zmroku. Lot do Nowego Orle­anu. Tho­mas Gre­en­bo­urgh - rzu­cił do tele­fonu bez­na­mięt­nie, odwra­ca­jąc się tyłem do roz­mówcy. - Oczy­wi­ście, że cho­dzi o pie­przony odrzu­to­wiec Arma­gnaca, a czyj niby? - wark­nął, gdy ktoś po dru­giej stro­nie popro­sił o umó­wione hasło. - Prze­cież nie dzwo­nię pod ten numer, żeby zamó­wić pizzę!

Tego, że Arma­gnac mu pomoże, i do tego zady­ry­guje całą sprawą po swo­jemu, Tho­mas był pewien, ale nie powie­dział tego gło­śno.

No i już, po roz­mo­wie. Nie było nawet tak źle, jak pia­ni­sta się spo­dzie­wał. Nie ucier­piały żadne meble, nikt nie dostał po pysku. Bio­rąc pod uwagę to, co działo się mię­dzy nimi ostat­nimi czasy, kon­wer­sa­cja prze­bie­gła wyjąt­kowo kul­tu­ral­nie.

Lothar bez słowa patrzył na chło­paka, który mio­tał się wście­kle po pokoju, spra­wia­jąc wra­że­nie, że cze­goś szuka. Po chwili Tho­mas zatrzy­mał się i spoj­rzał na towa­rzy­sza wiel­kimi, smut­nymi oczyma, spoj­rze­niem, które ukłuło skrzypka w samo serce. Zbyt dobrze znał te oczy, zbyt wiele bólu przy­nio­sły mu wła­śnie takie ura­żone spoj­rze­nia. Nie zamie­rzał pozwo­lić Tho­masowi podejść się tak łatwo. Oni obaj są wil­kami, a udają pokrzyw­dzone szcze­nięta. Pra­dzia­dek i pra­wnu­czek, w mordę!

- Może Arma­gnac i Blan­che okażą wię­cej zro­zu­mie­nia... - zaczął Tho­mas, ale Lothar prze­rwał mu, uno­sząc w górę obie ręce, jakby chciał się zasło­nić przed jego sło­wami.

Nie miał naj­mniej­szej ochoty na dal­sze sen­ty­men­talne wycieczki czy inne emo­cjo­nalne zagrywki. Prze­żył to raz i wystar­czyło. Dał się podejść Arma­gna­cowi, nabrał się na to spoj­rze­nie skar­co­nego szcze­niaka. Nie zamie­rzał pozwo­lić Tho­ma­sowi na sto­so­wa­nie podob­nych ckli­wych sztu­czek. Tho­mas jęczał, jakby nie usły­szał wszyst­kiego, co skrzy­pek przed chwilą opo­wie­dział mu o Arma­gnacu. A może po pro­stu nie chciał tego usły­szeć.

- Oczy­wi­ście, że tak! Bab­cia i wnu­sio z pie­kła rodem! - prych­nął skrzy­pek. - Prze­cież śle­dze­nie losów rodziny to ich spe­cjal­ność! Cie­kawe, co na to powie Hun­ting­ton? Pew­nie już zaciera ręce i nie może się docze­kać, aż dziecko doro­śnie, aby i ono mogło stać się czę­ścią jego kolek­cji!

Lothar nie pamię­tał, kiedy ostat­nio był rów­nie wście­kły. Chyba wów­czas, gdy sta­nął oko w oko z Hun­ting­to­nem pod kate­drą, prze­ko­nany, że jego men­tor przy­był do Nowego Orle­anu po to, by porwać w swe szpony Tho­masa. Nic takiego się nie wyda­rzyło; Hun­ting­ton odszedł, pozwa­la­jąc Lotha­rowi zagar­nąć Tho­masa Gre­en­bo­ur­gha dla sie­bie. Jed­nak co noc Lothar miał wra­że­nie, że zimne, zie­lone oczy obser­wują każdy ich krok. Czuł lodo­wate spoj­rze­nie Hun­ting­tona na swoim obna­żo­nym ciele, gdy się kochali. Nie mógł tego znieść, tej fan­to­mo­wej obec­no­ści lorda w ich życiu, tej samej, którą odczu­wał nie­mal dwa wieki wcze­śniej, kiedy uwo­dził Arma­gnaca.

I wła­śnie dziś Arma­gnac, ten zdrajca, krzy­wo­przy­sięzca i oszust, który wytarł swoje ele­ganc­kie buty w serce Lothara, przy­niósł wieść nisz­czącą wszystko, co przez ostat­nie mie­siące udało się im zbu­do­wać.

Tho­mas ner­wowo prze­cze­sał włosy dło­nią i rzu­cił skrzyp­kowi wście­kłe spoj­rze­nie.

- Wycho­dzę! - syk­nął, po czym ruszył w stronę drzwi.

- Nie, to ja wycho­dzę! - Lothar był szyb­szy, zerwał się z miej­sca i dopadł wyj­ścia. - Skoro ty bie­rzesz samo­lot, to ja zabie­ram samo­chód! Jadę do dziew­czyn!

Gdy za Lotha­rem trza­snęły drzwi, Tho­mas wes­tchnął zre­zy­gno­wany, po czym ciężko opadł na fotel.

Kłó­cili się jak stare mał­żeń­stwo, każdy chciał, żeby jego było na wierz­chu. Lothar nie musiał prze­cież infor­mo­wać go o tym, że zabiera auto. Mieli trzy. Może to i lepiej. Co z oczu, to z serca. Teraz Tho­mas może zająć się praw­dzi­wym pro­ble­mem, a nie fochami kochanka.

Przed oczyma wyobraźni sta­nął mu okrą­gły stół, przy któ­rym Arma­gnac, Blan­che i on sam pla­nują całe życie nie­na­ro­dzo­nego jesz­cze dziecka. Jest dokład­nie taki, jak jego przod­ko­wie, genów nie można było ani wyskro­bać, ani zma­zać ich prze­pro­wa­dze­niem. Teraz, gdy pierw­szy szok minął, odczuł coś na kształt eks­cy­ta­cji.

Po chwili usły­szał wście­kłe buk­so­wa­nie kół na żwi­rze pod­jazdu i ryk sil­nika, stop­niowo cich­nący w oddali. Odpro­wa­dzało go uja­da­nie psa, tego samego, który odzy­wał się zawsze w prze­ło­mo­wych momen­tach ich wspól­nego życia, jak jakiś ogar pie­kielny, zwia­stu­jący tylko to, co naj­gor­sze. Chło­pak zdał sobie sprawę z tego, iż przez wszyst­kie te mie­siące nawet nie prze­spa­ce­ro­wał się po oko­licy, nie znał sąsia­dów ani tym bar­dziej ich psów. Sie­dział zamknięty w domu jak księż­niczka w wieży, strze­żona przez bia­ło­wło­sego potwora.

To prze­cież nie Lothar trzy­mał go na uwięzi, prawda? To Tho­mas zde­cy­do­wał, że spę­dzą te mie­siące wła­śnie w ten spo­sób, z dala od ludzi, z dala od świata, bez­pieczni i ano­ni­mowi wśród czte­rech ścian, pogrą­żeni w sobie nawza­jem. Świat jed­nak zapu­kał w końcu do ich drzwi, w zasa­dzie zabęb­nił w nie pię­ściami.

Naj­wi­docz­niej taka seklu­zja nie słu­żyła żad­nemu z nich.

Osta­tecz­nie nie poszło aż tak źle, jak Tho­mas się spo­dzie­wał. Można rzec, że była to zale­d­wie sprzeczka.

Ponow­nie zapa­lił i wypu­ścił smugę dymu pod sufit. Obser­wo­wał sinawe pasma zwi­ja­jące się cha­otycz­nie w sto­ją­cym powie­trzu. Nikt mu nie będzie mówił, żeby nie palił w domu. Może strze­py­wać popiół na dywan i wywa­lić do ogrodu tyle petów, ile zapra­gnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki