Piętno - Natasza Socha

Kup ebooka

25.50 zł
21.68 zł (20,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

ROZ­DZIAŁ

1

Sukienka była nie­bie­ska z głę­bo­kim dekol­tem. Anna wkła­dała ją tylko na spe­cjalne oka­zje, ciu­szek bowiem sporo kosz­to­wał i był mar­kowy. Być może na pierw­szy rzut oka nie było tego widać, ale wystar­czyło dotknąć mate­riału, żeby poznać róż­nicę. To nie była zwy­kła bawełna czy dżer­sej, ale jedwab. Praw­dziwy jedwab, deli­katny jak mgiełka i cudow­nie ukła­da­jący się na ciele. Przy­jem­nie jest cza­sem poczuć odro­binę luk­susu.

Anna dobrała do sukienki czarne czó­łenka i czarne krysz­ta­łowe kora­liki. Kupiła je dawno temu na jar­marku i od tej pory zawsze wkła­dała na więk­sze wyj­ścia. Miała wra­że­nie, że przy­no­szą jej szczę­ście. Była nie­dziela, więc wybie­rała się do kościoła. Nie lubiła tam cho­dzić, nie lubiła kazań księ­dza, ale wie­działa, że mszy nie powinna opusz­czać. Poza tym to było jedno z nie­licz­nych miejsc, gdzie mogła poka­zać szer­szej publicz­no­ści swoje odświętne ubra­nie. Ow­szem, zakra­wało to tro­chę na próż­ność, ale to chyba nie­wielki grzech w porów­na­niu z tymi naprawdę cięż­kimi. Przej­rzała się jesz­cze raz w lustrze, pocią­gnęła usta różową pomadką i stwier­dziła, że jest gotowa do wyj­ścia. Nagle uśmiech­nęła się na widok imie­nia, które wła­śnie wyświe­tliło się w tele­fo­nie.

Ewcia.

- Widzimy się za trzy dni - powie­działa i posłała dziew­czynce kilka buzia­ków.

- Mam dla cie­bie pre­zent.

- Fajny? - spy­tała Anna.

- Nie powiem nic wię­cej, bo to tajem­nica. Ale fajny.

- A zdra­dzisz mi pierw­szą literę?

- B.

- Buty!

- Nie, i nie zga­duj wię­cej! To ma być nie­spo­dzianka.

Anna roze­śmiała się i powie­działa, że w takim razie ona też przy­go­tuje coś tajem­ni­czego.

- A jaka jest pierw­sza litera? - chciała wie­dzieć dziew­czynka.

- T. I też już nic wię­cej nie powiem.

Roz­łą­czyły się, a Anna pomy­ślała, że do przy­go­to­wa­nia wiel­kiego powi­tal­nego tortu zabie­rze się już jutro. Ukręci masę tru­skaw­kową i raz jesz­cze prze­my­śli sprawę ude­ko­ro­wa­nia cia­sta. Ewcia uwiel­biała Kra­inę lodu, więc może na nie­bie­sko? Z mar­ce­pa­no­wym Ola­fem pośrodku, który będzie trzy­mał w dłoni dymiący pucha­rek z lodami. Ten pomysł już od jakie­goś czasu cho­dził jej po gło­wie. Dobrze znowu mieć córkę w domu. Nie widziały się ponad trzy tygo­dnie i to było zde­cy­do­wa­nie za długo. Ruszyła przed sie­bie z uśmie­chem na ustach. Ostat­nio wszystko dobrze się ukła­dało. I życie było cał­kiem zno­śne, nawet dla niej, kobiety po roz­wo­dzie, która nie miała szczę­ścia do face­tów. Z dru­giej strony kto powie­dział, że to oni wła­śnie dają szczę­ście? Są przy­datni, cza­sem cał­kiem przy­jemni, ale czy koniecz­nie nale­żało żyć z nimi na co dzień? Spo­ty­kać się w tej samej łazience, jeść razem śnia­da­nie, a wie­czo­rem kłaść się pod wspólną koł­drą? W końcu była w jakimś sen­sie nie­za­leżna, nawet jeśli cza­sem musiała zaci­skać pasa. Ale i tak było warto.

Zer­k­nęła przez okno. A to kto? Otwo­rzyła drzwi i spy­tała nie­zbyt zachę­ca­ją­cym tonem:

- Co tutaj robisz? Nie mam czasu, idę do kościoła.

Osta­tecz­nie Anna wyszła z domu nieco póź­niej, niż pla­no­wała. Wsia­dła do swo­jej srebr­nej corsy i wzięła kilka głę­bo­kich odde­chów. Nagle stra­ciła humor. Było już po dzie­wią­tej, a ona obie­cała swo­jej przy­ja­ciółce Syl­wii, że pod­je­dzie do niej, żeby pod­lać kwiaty. Syl­wia jesz­cze wczo­raj przy­słała wia­do­mość i przy­po­mniała o pelar­go­niach. I o tym, żeby włą­czyć lodówkę. Była nad morzem i wra­cała dopiero za kilka dni. A przy takim upale wszystko schło w oczach. Zer­k­nęła na zega­rek. Powinna jesz­cze zdą­żyć.

Za kilka dni zaczy­nał się rok szkolny i to był ostatni wolny tydzień. Anna pra­co­wała jako nauczy­cielka angiel­skiego w liceum i cho­ciaż lubiła to zaję­cie, to na waka­cje zawsze cze­kała z utę­sk­nie­niem. Choćby dla­tego, że mogła do woli leżeć na łące i patrzeć w niebo, spo­ty­kać się ze zna­jo­mymi i wra­cać późno do domu, kąpać się w pobli­skiej rzece (cza­sem nago), pić wino bez wścib­skich spoj­rzeń, cza­sem nie robić zupeł­nie nic lub czy­tać do rana. Ale potem przy­cho­dził wrze­sień i świat znowu spro­wa­dzał się do norm i prze­pi­sów, za któ­rymi Anna nie prze­pa­dała, ale któ­rych sta­rała się prze­strze­gać.

Nagle gwał­tow­nie zaha­mo­wała. Ktoś pra­wie wszedł jej pod koła. Zatrzy­mała się i krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem głową, wysia­dła z auta. Już jedno nie­przy­jemne spo­tka­nie zali­czyła dzi­siaj rano. Nie miała ochoty na kolejne.

- Chry­ste, ale mnie wystra­szy­łeś. I co ty tutaj robisz?

Była nie­dziela, godzina dzie­wiąta dwa­dzie­ścia sie­dem. Za trzy­dzie­ści trzy minuty miała roz­po­cząć się msza, na którą Anna wybie­rała się w nie­bie­skiej jedwab­nej sukience i naszyj­niku z czar­nych kora­li­ków.

Tyle że ni­gdy na nią nie dotarła.

* * *

Flo­ren­tyna wła­śnie miała zapa­rzyć her­batę, gdy nagle ręka z różo­wym kub­kiem, po który się­gnęła, zatrzy­mała się w poło­wie drogi. Zasty­gła na chwilę, zupeł­nie jakby na coś cze­kała, i fak­tycz­nie, parę sekund póź­niej zadzwo­niła komórka. Flo­ren­tyna wie­działa, że her­baty już nie wypije, przy­naj­mniej nie teraz.

Nie minęła nawet godzina, a przy­glą­dała się twa­rzy ład­nej, mło­dej kobiety w nie­bie­skiej sukience, z czar­nymi kora­li­kami na szyi. Sie­działa za kie­row­nicą srebr­nej corsy, czę­ściowo leżą­cej w rowie, i patrzyła przed sie­bie, cho­ciaż nie mogła już nic widzieć.

- Kto ją zna­lazł? - Flo­ren­tyna spy­tała poli­cjan­tów, któ­rzy jako pierwsi przy­je­chali na miej­sce.

- Facet na rowe­rze. Mówi, że jej nie zna. Prze­jeż­dżał aku­rat i zoba­czył auto na pobo­czu, a w środku tę kobietę. Kiedy pod­szedł bli­żej, zorien­to­wał się, że ona nie żyje. Wtedy po nas zadzwo­nił i zgło­sił wypa­dek.

- Wypa­dek?

- Tak powie­dział.

Flo­ren­tyna tylko poki­wała głową.

Kobieta miała opuch­niętą twarz, obrzęki, siniaki na szyi i ramio­nach, ślady po popa­rze­niach, a dło­nie owi­nięte różań­cem. Zde­cy­do­wa­nie nie mogło być tu mowy o wypadku. Pół godziny póź­niej potwier­dził to lekarz medy­cyny sądo­wej, któ­remu pro­ku­ra­tor zle­cił doko­na­nie wstęp­nych oglę­dzin. Sam miał doje­chać nieco póź­niej.

- Mor­der­stwo. Udu­sze­nie sznur­kiem lub kablem, do tego rany na gło­wie od sil­nego ude­rze­nia cięż­kim przed­mio­tem. I liczne popa­rze­nia na ciele. Wygląda na to, że była tor­tu­ro­wana przed śmier­cią.

- A potem próba upo­zo­ro­wa­nia wypadku? - spy­tała Flo­ren­tyna.

Lekarz wzru­szył ramio­nami.

- Naj­wy­raź­niej, ale bar­dzo nie­udolna. Na pierw­szy rzut oka widać, że ktoś bar­dzo się posta­rał, żeby wysłać ją na tam­ten świat.

- Wia­domo już, kim była ofiara?

- Nie. Z tego co wiem, nie zna­le­ziono przy niej żad­nych doku­men­tów ani tele­fonu.

Flo­ren­tyna wyjęła komórkę, zadzwo­niła do Mar­cina z docho­dze­niówki i podała mu numery reje­stra­cyjne samo­chodu.

- Jest nie­dziela - pró­bo­wał zapro­te­sto­wać.

- Powiedz to mor­dercy. Może następ­nym razem wybie­rze dzień robo­czy i to sam śro­dek tygo­dnia, żeby ci było wygod­niej. A teraz prze­proś rodzinę, podzię­kuj za pyszny obia­dek i zbie­raj się do roboty, pta­szyno.

Roz­łą­czyła się, zanim powie­dział gło­śno "kurwa". Cho­ciaż i tak się domy­ślała, że musiał soczy­ście zakląć, a potem jesz­cze opi­sać ją jako różowe mon­strum, które nie ma wła­snego życia, więc nie rozu­mie, co ozna­cza dzień wolny.

"Różowe mon­strum". Usły­szała to przy­pad­kiem jakieś dwa tygo­dnie temu, kiedy zja­wiła się w komen­dzie nieco wcze­śniej, niż zapo­wie­działa. Nie wie­działa, kto wymy­ślił to okre­śle­nie, ale się przy­jęło. Nie ruszyło jej to jed­nak, bo tak naprawdę nie­wiele obcho­dziło ją, co inni o niej myślą. Ow­szem, lubiła różowy kolor i miała ku temu swoje powody. Ale czy była mon­strum? Wzru­szyła ramio­nami. Niech im będzie. Widocz­nie taka nazwa pasuje do kogoś, kto jest wyma­ga­jący, nie znosi wymó­wek, ocze­kuje szyb­kich rapor­tów i ma w dupie to, czy jest środa, czy nie­dziela. Kogoś, kto nie cho­dzi z innymi na piwo, nie uśmie­cha się zbyt czę­sto i pew­nie nie ma poczu­cia humoru.

Za to jest świetną poli­cjantką śled­czą, nawet jeśli nosi różowe swe­try i maluje paznok­cie lakie­rem w kolo­rze fuk­sji.

- Cześć - dobie­gło ją z pra­wej strony.

Pro­ku­ra­tor Mączyń­ski, naj­wy­raź­niej też ścią­gnięty z jakiejś nie­dziel­nej imprezy, bo zamiast tra­dy­cyj­nego gar­ni­turu miał na sobie dżinsy i pod­ko­szu­lek z napi­sem "I'm a Thor", pod­szedł do niej i ski­nął głową.

"I'm a Thor"? Serio?

Flo­ren­tyna rzu­ciła mu nieco roz­ba­wione spoj­rze­nie, a on lekko się zmie­szał. Nie dał jed­nak nic po sobie poznać, tylko zmarsz­czył brwi i zaczął stu­dio­wać notatki.

- Wiemy już coś o denatce? - spy­tał.

- Nie, ale to kwe­stia czasu. Na razie możemy usta­lić przy­czynę śmierci. Udu­sze­nie oraz próba upo­zo­ro­wa­nia wypadku, wyjąt­kowo bez­na­dziejna.

- Dobra, idę tam - powie­dział Mączyń­ski.

Flo­ren­tyna tym­cza­sem się­gnęła po wibru­jącą komórkę.

- Samo­chód nale­żał do Anny Klow­czuk, lat trzy­dzie­ści pięć, zamiesz­ka­łej pod Pozna­niem. Mam jej adres i zdję­cie. Wysłać? - spy­tał Mar­cin.

- Tak. I brawo za tempo, kur­czaczku. Jak chcesz, nawet w nie­dzielę potra­fisz dzia­łać bły­ska­wicz­nie. Medalu nie dosta­niesz, ale różową lan­drynkę ow­szem. Jutro na zebra­niu.

Mar­cin zgrzyt­nął zębami i się roz­łą­czył, a chwilę póź­niej Flo­ren­tyna otrzy­mała zdję­cie Klow­czuk. To była ona. Kobieta w samo­cho­dzie, z różań­cem owi­nię­tym wokół dłoni. Tech­nicy jesz­cze zabez­pie­czali ślady, więc musiała pocze­kać, zanim opusz­czą samo­chód i będzie mogła do niego na chwilę wsiąść. Tak zawsze robiła. Zbli­żała się do ofiary na naj­mniej­szą z moż­li­wych odle­gło­ści. Chciała poczuć jej zapach, uchwy­cić ostatni moment, kiedy jesz­cze żyła, cho­ciaż więk­szość jej współ­pra­cow­ni­ków uwa­żała te metody za kom­pletny absurd. Ale Flo­ren­tyna na szczę­ście nie musiała pytać nikogo o zgodę i z niczego się tłu­ma­czyć. Pode­szła bli­żej.

- Maka­bryczny ten róża­niec - ode­zwał się nagle Mączyń­ski.

Jak on w ogóle miał na imię?

- Pew­nie tak wła­śnie miał wyglą­dać. Jak ostrze­że­nie albo znak, albo po pro­stu pod­su­mo­wa­nie tego wszyst­kiego. Nie wiem jesz­cze.

- Ale się dowiesz? - Puścił do niej oko.

Nie zare­ago­wała. Nie lubiła go, bo wyda­wał jej się prze­mą­drzały i butny. Może dla­tego, że był od niej sporo wyż­szy i patrzył z góry. Okej, nie miał innego wyj­ścia, ale i tak okrop­nie ją to dener­wo­wało.

- Zostanę tu jesz­cze. A ty jedź i dokończ swoją rodzinną nie­dzielę, bo ina­czej żona się obrazi. Grill w ogródku czy na bal­ko­nie?

Mączyń­ski nie odpo­wie­dział. Popa­trzył tylko na nią dziw­nie, ale zupeł­nie się tym nie prze­jęła. Chciała zostać sama. Ciało Anny Klow­czuk wła­śnie pako­wano do czar­nego worka, by odwieźć je na szcze­gó­łowe oglę­dziny do Zakładu Medy­cyny Sądo­wej w Pozna­niu. Tech­nicy też powoli koń­czyli swoją pracę. Za chwilę samo­chód miał być odho­lo­wany na par­king poli­cyjny. Flo­ren­tyna odwró­ciła się ple­cami do pro­ku­ra­tora i zamknęła oczy. Potrze­bo­wała ciszy, sku­pie­nia, odcię­cia się od tych wszyst­kich dźwię­ków, które ją ota­czały.

- Pamię­taj, że to ja wydaję pole­ce­nia, co kto ma robić. Nawet jeśli doty­czą one gril­lo­wa­nia - szep­nął jej do ucha Mączyń­ski, a ponie­waż się tego nie spo­dzie­wała, pra­wie pod­sko­czyła.

- Zni­kaj, robaczku. I nie udław się kieł­ba­ską - wyce­dziła przez zęby i zaci­snęła pię­ści.

Naprawdę go nie lubiła.

Kiedy nikt wię­cej jej nie prze­szka­dzał, wsia­dła do samo­chodu na miej­sce pasa­żerki. Oparła głowę o zagłó­wek. Jakie były ostat­nie myśli tej kobiety? Czy znała swo­jego oprawcę? Jak bar­dzo się bała? Czy wsta­jąc rano z łóżka, cokol­wiek prze­czu­wała? Flo­ren­tyna zaci­snęła powieki i pocią­gnęła nosem.

Wyczuła deli­katny zapach goź­dzi­ków i chyba pie­przu. Po chwili wydało się jej, że ten aro­mat jed­nak znik­nął, ale potem znowu zaczął do niej docie­rać. Dotknęła dłońmi kie­row­nicy. Była gorąca od pro­mieni sło­necz­nych. A jed­nak Flo­ren­ty­nie zro­biło się nagle zimno, na jej ciele poja­wiła się gęsia skórka, a koń­cówki pal­ców zesztyw­niały. Czy tak wła­śnie czuła się Anna Klow­czuk w ostat­nich minu­tach życia? I co ozna­czał róża­niec? Wzięła głę­boki oddech i spraw­dziła SMS-a od Mar­cina, który przy­słał jej adres rodzi­ców denatki. Nie lubiła infor­mo­wać bli­skich ofiary o jej śmierci, tyle że ten moment był czę­sto klu­czowy w pro­wa­dze­niu śledz­twa. Pierw­sza reak­cja. Gry­mas twa­rzy. Wyraz oczu. I zacho­wa­nie, które temu towa­rzy­szyło.

Pół godziny póź­niej sta­nęła przed matką zamor­do­wa­nej kobiety i powie­działa, co stało się z jej córką. To zawsze naj­gor­szy moment. Chwila, która pach­niała mokrą zie­mią, była prze­peł­niona jakimś nie­wia­ry­god­nym smut­kiem i krzy­kiem, trwa­ją­cym znacz­nie dłu­żej niż otwar­cie ust.

Marianna Klow­czuk osu­nęła się po ścia­nie na pod­łogę, usia­dła z bez­ład­nie roz­rzu­co­nymi nogami i kiwała się w przód i w tył, nie wyda­jąc z sie­bie żad­nego dźwięku. Jej mąż i syn stali jak ska­mie­niali, patrząc na Flo­ren­tynę i słu­cha­jąc tego, co do nich mówiła. Wyglą­dali tak, jakby nie rozu­mieli ani słowa, jakby wyro­sła mię­dzy nimi dźwię­kosz­czelna ściana, przez którą nie prze­do­sta­wało się abso­lut­nie nic.

- Jest mi ogrom­nie przy­kro - dokoń­czyła Flo­ren­tyna, nie spusz­cza­jąc z nich wzroku.

- Jak to nie żyje? - wychry­piał Andrzej Klow­czuk, a jego syn cały czas doty­kał ręką czoła, ocie­ra­jąc z niego nie­wi­dzialny pot.

- Nie­prawda - ode­zwał się w końcu.

Flo­ren­tyna odcze­kała chwilę. Efekt zamro­że­nia emo­cjo­nal­nego zda­rzał się tak naprawdę nie­mal za każ­dym razem, kiedy infor­mo­wała kogoś o śmierci bli­skiej osoby. Zresztą ona zare­ago­wała podob­nie, kiedy powie­dziano jej, że Miko­łaj nie żyje. Z jed­nej strony rozu­miała, co do niej mówiono, ale z dru­giej - i tak nie wie­rzyła w to, co usły­szała. Dopiero kiedy dotknęła jego ciała w pro­sek­to­rium, dotarło do niej, że to już koniec. I że nie wypiją ni­gdy wię­cej razem kawy.

Zaci­snęła zęby.

- Naprawdę, bar­dzo mi przy­kro - powtó­rzyła.

- O któ­rej godzi­nie? - zapy­tała nagle matka Anny Klow­czuk.

- Dokładną godzinę ustali lekarz, ale z całą pew­no­ścią zda­rzyło się to w godzi­nach poran­nych.

- Nie przy­szła na mszę - wyszep­tała kobieta. - Nie przy­szła na mszę, a prze­cież zawsze przy­cho­dziła.

- Nie zadzwo­niła pani do niej?

- Zadzwo­ni­łam, ale nie ode­brała. A potem zaczę­łam robić obiad i nie zadzwo­ni­łam wię­cej. Może nawet byłam zła? - spy­tała samą sie­bie.

- Zła? - powtó­rzyła Flo­ren­tyna.

- Że nie przy­szła na mszę. A prze­cież zawsze spo­ty­kamy się w kościele. Cho­ciaż może nie zawsze... Może nie... - Scho­wała twarz w dło­niach i znowu zaczęła się kiwać w przód i w tył.

Flo­ren­tyna nabrała powie­trza. Wie­działa, że za chwilę pad­nie naj­waż­niej­sze pyta­nie.

- To był wypa­dek, tak? - Ojciec Anny Klow­czuk popa­trzył na nią pustymi oczami. Nie pła­kał, nie miał na to siły.

- Pań­stwa córka została zamor­do­wana. Naj­praw­do­po­dob­niej udu­szona - odpo­wie­działa szybko i w ostat­niej chwili pod­trzy­mała Mariannę Klow­czuk, która wła­śnie stra­ciła przy­tom­ność.

- Niech pani już idzie - ode­zwał się brat zamor­do­wa­nej Kaje­tan. - Nie odpi­sała mi na wia­do­mość, wie pani? Spy­ta­łem ją, dla­czego nie przy­szła na mszę, ale mi nie odpi­sała. Czy już wtedy nie żyła? Trzeba zna­leźć jej komórkę. Od tego trzeba zacząć. Niech pani już idzie! - Zakrył dłońmi twarz.

Kiedy Flo­ren­tyna wró­ciła do sie­bie, usia­dła na pod­ło­dze w pokoju gościn­nym i zapa­trzyła się w różową ścianę. Naj­bar­dziej opty­mi­styczny punkt w jej miesz­ka­niu, stwo­rzony wła­śnie po to, by zba­lan­so­wać czarne myśli. To był jej pomysł i za każ­dym razem speł­niał swoje zada­nie. Coś w rodzaju odgrom­nika. Roz­ło­żyła na pod­ło­dze kartki i zaczęła robić notatki. Wyzna­czyła zebra­nie na następny dzień na godzinę ósmą. Wie­działa, że pew­nie nikt nie był tym zachwy­cony, ale to nie miało żad­nego zna­cze­nia. Ktoś wykre­ślił Annę Klow­czuk z reje­stru żywych, ktoś, kto pach­niał goź­dzi­kami i pie­przem, i być może dla­tego trzeba było zająć się tym jak naj­szyb­ciej.

Zanim ten aro­mat wypa­ruje z pamięci Flo­ren­tyny.

Tej nocy nie spała dobrze. Wstała nad ranem z dziw­nym obra­zem zako­do­wa­nym w nie­roz­bu­dzo­nej jesz­cze do końca gło­wie. Litera A. Duża, mała, śred­nia. Z zawi­ja­sem, pro­sta, krzywa, koślawa, ide­al­nie wyka­li­gra­fo­wana. A jak Anna.

* * *

Jak zwy­kle nie obyło się bez głu­pich uśmie­chów, pew­nie dla­tego, że więk­szość poli­cjan­tów ubrana była na czarno i Flo­ren­tyna wyglą­dała przy nich tak, jakby zaplą­tała się z innej bajki. Miała na sobie bla­do­ró­żową sukienkę, prze­wią­zaną w pasie czymś w rodzaju kokardy, do tego pan­to­felki w iden­tycz­nym kolo­rze i kol­czyki w kształ­cie pió­rek. Białe.

- Jeśli już każdy wystar­cza­jąco się napa­trzył na mój strój, okre­ślił go w myślach jako kre­tyń­ski i infan­tylny, to pozwól­cie, że powiem wam, co na razie wiem, i roz­dzielę zada­nia - powie­działa z miłym uśmie­chem.

Nawet się nie zmie­szali.

- Anna Klow­czuk, trzy­dzie­ści pięć lat, na wycho­wa­niu miała pię­cio­let­nią córkę, która od trzech tygo­dni prze­by­wała u swo­jego ojca w Lon­dy­nie. Za kilka dni dziecko miało wró­cić do domu. Facet zde­cy­do­wał, że w tej sytu­acji mała zostaje z nim. Wyklu­czamy go też na razie z kręgu podej­rza­nych, fak­tycz­nie sie­dzi w Lon­dy­nie, no chyba że było to zabój­stwo na zle­ce­nie. Klow­czuk była nauczy­cielką angiel­skiego w liceum. Dzi­siaj musimy usta­lić, co nastę­puje: jaka była, czy miała wro­gów, kogoś, komu się nara­ziła, jakie miała układy z rodziną, jak wyglą­dała jej sytu­acja finan­sowa i życie oso­bi­ste. Monika, chcia­ła­bym, żebyś prze­świe­tliła to ostat­nie, Mar­cin zaj­mie się spra­wami zwią­za­nymi ze szkołą i jej zna­jo­mymi z pracy, a... - zawie­siła na moment głos i spoj­rzała na rudego chło­paka z nie­bie­skimi oczami - nie pamię­tam two­jego imie­nia...

- Antek.

- Okej, a Antek ponow­nie prze­słu­cha rowe­rzy­stę, który ją zna­lazł. Facet twier­dzi, że nie zna denatki, ale zapy­ta­ła­bym go o to raz jesz­cze.

- Po co? - zdu­miał się Antek.

- Bo cza­sem pamięć szwan­kuje. Zwłasz­cza ze stra­chu - wyja­śniła ze spo­ko­jem. - Ja pojadę znowu do jej rodziny. Wczo­raj udało mi się wpraw­dzie kilka rze­czy usta­lić, ale to tylko szkic. Matkę denatki zabrało pogo­to­wie, a ojciec i brat nie chcieli wię­cej roz­ma­wiać. Powie­dzia­łam, że wrócę dzi­siaj. Cze­kam na osta­teczne potwier­dze­nie przy­czyny zgonu i wia­do­mo­ści od tech­ni­ków. Musimy stwo­rzyć mapę ludzi, któ­rzy byli powią­zani z Anną Klow­czuk i mieli choćby naj­mniej­szy powód, żeby się jej pozbyć. Bie­rzemy pod uwagę wszystko. Kłót­nię, zazdrość, nie­roz­wią­zane kon­flikty, nawet rodzi­ców dzieci, które miały gor­sze oceny. Wszystko może być wska­zówką.

- A jeśli to była przy­pad­kowa śmierć? - spy­tała Monika.

Flo­ren­tyna smutno się uśmiech­nęła.

- Tego ni­gdy nie wyklu­czam, cho­ciaż w tym wypadku wydaje mi się to mało praw­do­po­dobne. Za dużo sta­rań. A do tego jesz­cze ten róża­niec. A, wła­śnie - przy­po­mniała sobie i ski­nęła głową w stronę Antka. - To rów­nież zada­nie dla cie­bie. Ustal, do kogo nale­żał i gdzie można taki kupić. To wszystko. Zain­te­re­so­wa­nym chcia­ła­bym prze­ka­zać, że w domu mam różową szczo­teczkę do zębów - uśmiech­nęła się sze­roko i podzię­ko­wała za spo­tka­nie.

Nalała zim­nej wody do szklanki i wypiła ją nie­mal jed­nym hau­stem. Koń­cówka upal­nego sierp­nia wszyst­kim dawała się we znaki. Flo­ren­tyna naj­chęt­niej wró­ci­łaby do sie­bie i wyką­pała się w wan­nie peł­nej chłod­nej wody. Sukienka już teraz kle­iła jej się do ple­ców, a była dopiero godzina ósma dwa­dzie­ścia. Chwy­ciła torebkę i klu­czyki do samo­chodu i wyszła z pokoju. Wanna może pocze­kać. Sprawa Anny Klow­czuk nie.