5.
Pub nazywał się "The Bells" i serwował najlepsze piwo na świecie. Tak przynajmniej myślał Peter Coy, szef agencji skupiającej najbardziej szalonych agentów literackich w Zjednoczonym Królestwie. Dochodziła godzina dziesiąta. Na zewnątrz wiał ostry wiatr i siąpił drobny deszcz. Typowa jesienna pogoda. Po czwartym kuflu Coy poczuł, że jego nogi robią się miękkie. Pora była najwyższa, aby zakończyć wizytę, zamówić taksówkę i udać się spać do domu. Tego wieczoru jednak dyskusja potoczyła się tak interesująco, że agent celowo zwlekał z podjęciem decyzji. Henry Mikesz, potomek węgierskich emigrantów, przyjaciel Coya i znawca wszystkich możliwych sztuczek, jakich imali się w swojej pracy agenci literaccy, również miał już dobrze w czubie. Trzecim kompanem przy stoliku był Richard Prince, młody specjalista od marketingu w prężnym wydawnictwie Sandra Books. Coy lubił go mimo dużej różnicy wieku. Uważał, że kontakt z tym młodym człowiekiem zbliżał go do lepszego wyczuwania potrzeb rynku. Poza tym obaj z Mikeszem dobrze się bawili soczystym językiem Prince'a i rzadko spotykaną u wydawców zapalczywością.
- Mam w zanadrzu coś bardzo niezwykłego. - zaczął ostrożnie Coy. - Pewien Polak napisał powieść, która, jak twierdzi, jest genialna.
- Każdy tak mówi - wtrącił Prince, opierając się mocniej na łokciach. - Każdy pieprzony pisarz uważa, ze jego książki są najlepsze i trzeba je sprzedać w nieograniczonym nakładzie... Ta banda dupków nawet nie wie, ile nam zawdzięcza.
- Nie zaprzeczysz jednak, że zdarzają się prawdziwe talenty - odezwał się znad kufla Mikesz.
- Oczywiście - zaśmiał się głośno Prince. - Oczywiście, że są... Wtedy zarabiamy na nich forsę i kupujemy sobie najdroższe samochody. Co jest takiego wyjątkowego w tym Polaku? Facet pisze o śmiertelnym onanizmie wśród księży czy o kolekcjonerach zasuszonych, azjatyckich łechtaczek? Co?
Henry Mikesz zaśmiał się jak stary satyr i pociągnął kolejny łyk piwa. Głowa Coya chwiała się lekko na boki, a oczy mrugały coraz szybciej. Żaden z nich nie miał wątpliwości, że tego wieczora mocno przesadzili. Skoro jednak tak się stało, nie mieli zamiaru rezygnować. Teraz mogli być już tylko mniej lub bardziej pijani. Nie robiło im to różnicy.
- Widzicie, czytam książki od ponad czterdziestu lat - zaczął refleksyjnie Coy. - Przeczytałem może kilkadziesiąt tysięcy maszynopisów i zaledwie kilka razy miałem poczucie, że trafiłem na coś wyjątkowego. Dzisiaj myślę, że literatura tylko wtedy jest coś warta, kiedy po prostu nami wstrząsa... Kiedy jest inteligentna, zabawna lub odważna, kiedy pozwala zapominać lub sprawia nam przyjemność. Wszystko inne przypomina plagiaty w ramach gatunku.
- Co ci się tak spodobało w tym Polaku? - nieco ironicznie odezwał się Mikesz. - Nie chciał ci przypadkiem za darmo pomalować domu? Oni podobno kradną dla Rosjan samochody.
- On pisze tak, jakby patrzył na świat oczami każdego z nas - kontynuował niewzruszony Coy. - Nie boi się żadnych porównań, a jego przekleństwa są jak poezja... Poza tym patrzy na wszystko z cholernie wielu punktów widzenia. W dodatku Albert Mitchell doskonale go przetłumaczył.
- Nie rozumiem cię, Peter - ożywił się Prince. - Przecież o tym wszystkim możesz sobie przeczytać w każdym liczącym się tygodniku literackim. Za każdym razem tak samo, tylko trochę inaczej. Gdyby ktoś zestawił te wszystkie recenzje, te slogany wymyślane przez nas dla szmalu, wtedy okazałoby się, że od kilkuset lat jest to ten sam bełkot...
Mikesz obudził się. Rozejrzał po pubie, zmrużył oczy jakby chciał przez kłęby dymu dostrzec znajomych, po czym opadł luźno na oparcie krzesła. Jego broda oparła się o piersi. Zaczął prawie szeptem:
- I masz rację, i jej nie masz... Interes musi się kręcić. Wiadomo, że dobra literatura powstaje rzadko. My jesteśmy od tego, żeby wmówić ludziom, że powstaje prawie codziennie... Biznes, biznes jest odpowiedzią na twoje wątpliwości, Richardzie. A poza tym ja lubię czytać książki...
- Wspaniałe jest to, że facet nie ma żadnych wątpliwości... - powiedział na wpół do siebie Coy.
- Grafomani też nie mają - rzucił cierpko Prince. - Poza tym, kto będzie czytał jakiegoś Polaka? Zwariowałeś? Jak go sprzedać? Napisać na okładce, że na śniadanie posuwa kurę, którą potem zjada na obiad? Przecież taki gość kojarzy się z jakimś pieprzonym prowincjonalnym zadupiem. Człowieku, ty chyba straciłeś wyczucie sytuacji...
- Powiedziałeś, że facet na śniadanie bzyka kurę, którą potem zjada na obiad? - Głos Petera Coya stracił pijacką miękkość i znów był głęboki i zdecydowany. - Jesteś rzeczywiście świetny, Prince... Wymyśl coś jeszcze w tym guście. Ludzie to kupią. Na poważnie...
Henry Mikesz zamówił palcami kolejną kolejkę piwa. Kelner uśmiechnął się i dał znak, że w ciągu trzydziestu sekund piwo znajdzie się na stoliku. Tylko wybrani mogli liczyć na takie przywileje. Mikesz i Coy znali właściciela jeszcze ze szkoły. Przed trzydziestu paru laty, zaraz po otwarciu "The Bells", byli tutaj pierwszymi gośćmi. Ich zdjęcie wisiało na ścianie na honorowym miejscu.
- Dobra - zaśmiał się podniecony Prince. - Może ty rzeczywiście wiesz, co robisz... Taki brak smaku może się spodobać. A gdybyśmy napisali, że jest dzieckiem polskiej hrabiny zgwałconej przez rosyjskiego niedźwiedzia?
Mikesz i Coy wymienili tylko zamglone spojrzenia. Prince rozgrzewał się:
- Wiem, wy pieprzone pedały, wiem, o co wam chodzi! Chcecie go sprzedać w odwrotnym kierunku... Słuchajcie, możemy napisać, że facet je tylko kartofle i pije szampana. Od urodzenia. Sulikowski... Szampański kartofel... Co wy na to?
- W Polsce? Szampana? Wegetarianin? Chyba przesadziłeś. - sceptycznie stwierdził Mikesz.
- Czyżby? - zreflektował się Prince. - Napiszemy, że je wyłącznie kury i pije wodę z jakiejś polskiej rzeki... No, jaka tam jest rzeka? Czy tam w ogóle jest jakaś pieprzona rzeka?
Mina Coya musiała wyglądać nieciekawe, ponieważ Prince szybko zaczął mówić dalej:
- Mniejsza o nazwę. Znajdziemy w słowniku. Dobra... Syn zgwałconej przez niedźwiedzia hrabiny, je tylko kury, które osobiście rano wydupczył, i popija wodą z ich głównej rzeki... Teraz coś o zainteresowaniach. Powiedzmy, że z pasją fotografuje łydki kobiet w wieku dwudziestu lat. Fotografuje tylko te, które urodziły się w październiku... Na cześć rewolucji październikowej. No, jak wam się to podoba?
- Niezłe - pochwalił z lekkim bełkotem Coy. - Kontynuuj... Niezłe...
- Mam! - Prince aż podskoczył na krześle. - Poza pisarstwem facet ma zainteresowania naukowe. Opracowuje audiowizualny katalog pierdnięć. Powiedzmy, że w jego taśmotece znajdują się już nagrania kilkuset rodzajów pierdnięć. W ten sposób ustala związki pomiędzy jakością żarcia a sposobem pierdzenia. Gość nie rozstaje się z dyktafonem... Genialne, co?
- Pytanie, czy on się na to zgodzi. - Mikesz wyraził wątpliwość, wstając z trudem od stolika.
- Dla miliona dolarów można chyba mieć nowy image, prawda? - dodał bez przekonania Coy.
Wszyscy trzej opuścili pub i odjechali wezwanymi specjalnie dla nich taksówkami. Dochodziła godzina pierwsza w nocy.