ZAMKNIĘTE DRZWI
Maria energicznie zapukała do drzwi. Odczekała chwilę, lecz jedyną odpowiedzią było głuche echo uderzeń, które rozniosło się po cichym podwórku. Mały domek wydawał się pogrążony w głębokim śnie. Maria ponownie załomotała do drzwi, jednak kiedy dotarło do niej, że jej wysiłki są próżne, cofnęła się o parę kroków i objęła uważnym spojrzeniem skromny budynek.
Dzień był mroźny i świetlisty. Na idealnie niebieskim niebie wyraźnie odznaczała się koronka ciemnych dębowych konarów upstrzonych puszystymi czapami śniegu. Gęsta puchowa pierzynka zalegała także na dachu chaty, gnąc ją ku ziemi, przez co sprawiała ona wrażenie jeszcze mniejszej i dziwnie skulonej, jakby w obronie przed przenikliwym styczniowym chłodem.
Siwa smużka dymu leniwie unosiła się z krzywego komina. Maria pociągnęła nosem, łowiąc przyjemny aromat palonego drewna. Przypomniała sobie letnie popołudnie, kiedy Krystynka stawała przy pieńku za domkiem i siekierką rąbała wysuszone klocki. Och, jakże piękne było to lato, spędzone w skromnej chacie pod lasem, gdzie przez uchylone okienko wpadał do izdebki żywiczny zapach lasu i świeżych ziół porastających łęgi nad strumieniem! Lato smakujące jagodami, rabarbarem i zsiadłym mlekiem, którym polewały gotowane młode ziemniaki. Ileż cudownych chwil spędziła w tym biednym, ale gościnnym domku, odnawiając ilustracje ze starego brulionu Krystyny, ustawiając sztalugę z widokiem na falujące łąki, prowadząc mądre, wypełnione wspomnieniami i tęsknotą pogawędki z gospodynią. Wydawałoby się, że dopiero co mościła sobie wygodne miejsce na ławce pod orzechem, a przecież od tamtej pory upłynęły długie miesiące i tak wiele się wydarzyło - i w jej życiu, i w życiu jej starszej przyjaciółki.
Latem wspólnie odnowiły starą baśń. Później pojawiła się Katarzyna, młodsza siostra, którą los rozdzielił z Krystynką jeszcze we wczesnym dzieciństwie. To skłoniło kocią opiekunkę do podzielenia się z Marią kolejnymi tajemnicami malarki wiosennych łąk. Jesień przyniosła wystawę w bibliotece w Zwaliskach: Maria zaprezentowała pierwszy po długiej przerwie cykl obrazów zainspirowanych pobytem w Granicach, a Krystynka, udostępniając odnowione ilustracje "Malarki wiosennych łąk", wreszcie przedstawiła sąsiadom swą matkę jako niezwykle zdolną i wrażliwą artystkę. Złocisty październik przyniósł Marii nie tylko piękno jesieni, ale i rozkwit nowych uczuć. To, co zakiełkowało pomiędzy malarką a Kacprem Kosińskim, dojrzewało powoli i niespiesznie, dając obojgu chwile pełne ciepła i namiętności. Zdawało się więc, że jesień okaże się zarówno dla Marii, jak i Krystynki serdeczną dobrodziejką. Ale nawet najbardziej słoneczny dzień może przynieść nagłą burzę. Maria odkryła, że intencje młodszej siostry Krystynki nie są do końca uczciwe. Na szczęście zainterweniowała, zanim Katarzyna zdążyła skrzywdzić pełną nadziei i tęsknoty za rodzinnym ciepłem kobietę. A kiedy już myślała, że to, co najgorsze, miała już za sobą, poróżniła się z Kacprem.
Wróciła do domu w poczuciu gorzkiej straty. Niespełnienia i pustki po czymś, co miało szansę pięknie rozkwitnąć, a trwało tak krótko i uschło pod wpływem niechcianych słów. Minęły tygodnie, nim udało się Marii opanować te uczucia, a pomocne okazało się w tym malowanie. Pół roku wcześniej Granice pomogły jej wyleczyć duszę, gdy nie mogła tworzyć, dziś malarstwo wypełniło pustkę po Granicach.
W głębi serca odczuwała jednak ogromną wdzięczność. To był piękny czas, który wydał bogate plony. Odzyskała radość z malowania, a chwile spędzone w Granicach przywróciły jej wiarę w siebie i przypomniały, jak istotne jest łapanie szczęścia w codziennych momentach. A co najważniejsze: znalazła wspaniałych przyjaciół: Ewę, Teresę, Krystynkę oraz pocieszną gromadkę jej czworonożnych podopiecznych. Chętnie wracała do Granic, gdzie zawsze witano ją szerokim uśmiechem. I korzystała z tego skwapliwie, odwiedzając chatę pod lasem, dom weterynarki w Zwaliskach albo market Wisienka. Przy każdej wizycie zachodziła także na cmentarz, na groby Stanisława i Krystyny. Najwięcej czasu spędzała przy tym ostatnim. Czuła, że wiele zawdzięcza malarce wiosennych łąk.
Na szczęście mogła okazać swą wdzięczność, otaczając opieką jej córkę i kochając ją jak najdroższą przyjaciółkę. Ta relacja również była pięknym darem Granic.
Dlatego tu dzisiaj była.
Wystawa w Zwaliskach nie przeszła bez echa i zaowocowała kolejnymi, obiecującymi propozycjami. Nagle Maria stała się cenioną i pożądaną artystką. Zapraszano ją na różne wydarzenia, oferując możliwość wystawienia prac w domach kultury, galeriach czy bibliotekach. Malarka powoli uzupełniała swój terminarz na kolejny rok. Najbardziej cieszyło ją jednak to, że kilka prac znalazło nowych właścicieli, co znacząco podreperowało jej budżet i dodało pewności siebie. W nowy rok weszła zdecydowanym krokiem, z głową pełną świeżych pomysłów oraz wiarą we własne możliwości. Pochłonięta zawodowymi sprawami przez kilka tygodni nie znalazła chwili na wizytę w Granicach. I właśnie wtedy zadzwoniła Ewa Sobczyk.
- Potrzebuję cię - powiedziała bez ogródek.
- Co się stało? - Maria poczuła bolesne ukłucie w piersi. W pierwszej chwili pomyślała o niedawnych problemach małżeńskich Ewy. Czyżby w życiu Bartosza ponownie pojawiła się Iwona? Malarka szybko obliczyła w pamięci i stwierdziła, że ekspedientka powinna wkrótce urodzić. Właściciel marketu Wisienka przyznał się przed żoną do flirtu z dziewczyną, ale stanowczo zaprzeczył, by był ojcem jej dziecka. A jeśli kłamał?
Ewa szybko naprowadziła Marysię na właściwy trop.
- Martwię się o Krystynkę - zdradziła.
- Zachorowała? - zlękła się malarka.
- Fizycznie chyba nic jej nie dolega... - odparła z wahaniem Ewa. - Tak przynajmniej myślę, bo nie widziałam jej od kilku dni. A ty? Rozmawiałaś z nią ostatnio?
- Głupio mi to przyznać, ale nie. Dzwoniłam do niej przed świętami. Planowałyśmy odwiedzić ją z Olą i przy okazji zaprosić do nas na wigilię, ale powiedziała, że wybiera się do siostry. Nie naciskałam, nie chciałam wywierać presji. W Nowy Rok nie udało mi się z nią połączyć, bo miała telefon poza zasięgiem. A potem... Cóż, Ola zjadła na sylwestrowej imprezie nieświeże krewetki i w pierwsze dni nowego roku byłyśmy wycięte z życia. Zupełnie mi umknęło... - Maria westchnęła ciężko. Zaraz jednak wzięła się w karby. - No, ale mów szybko, co się dzieje? Dlaczego się martwisz o Krystynkę?
- Bo coś jest nie tak... Przyszła do marketu zaraz po świętach, aby odebrać zamówione puszki. I była... - Ewa zastanawiała się krótką chwilę. - Jak nie ona. Wiem, Krystynka nigdy nie była duszą towarzystwa. Wciąż przemyka przez wieś jak cichy cień, byle tylko nikomu nie rzucić się w oczy. Do niewielu zagaduje, wiejskim łobuzom schodzi z drogi, no chyba że widzi, że się jakiemuś zwierzęciu dzieje krzywda, wtedy z cichutkiej myszki przemienia się w ryczącego lwa - zaśmiała się Ewa. - Ale zazwyczaj to usta w ciup i oczy w ziemię wlepione. Ostatnio jednak była wyraźnie pogodniejsza, trochę bardziej otwarta, do mnie to i sama z siebie już zagadywała, z tą czy tamtą sąsiadką parę słów zamieniła, a podobno nawet do księdza proboszcza poszła, żeby odprawił mszę świętą za duszę Krystyny. A teraz znowu przyszła przygaszona, smutna jakaś. Twarz jej wychudła i blada się zrobiła jak prześcieradło. Zapytałam ją, jak święta, czy ma dość narąbanego drewna, ale bąknęła coś pod nosem, ani razu nie podnosząc wzroku, tylko te puszki wrzucała szybciutko do plecaka. Widać było, że rozmowa jej przeszkadzała. A jak do drzwi szła, szurała stopami, a ramiona zaokrąglone miała i opuszczone ku ziemi, jakby ktoś uwiesił na nich dwa ciężkie kamienie...
Maria z narastającym niepokojem słuchała słów koleżanki. Poczuła wyrzuty sumienia, że pochłonięta codziennym życiem i zawodowymi sprawami nie znalazła paru godzin na wizytę w Granicach ani chociaż kwadransa na rozmowę telefoniczną. Od kiedy jesienią sprezentowała Krystynce prosty telefon komórkowy, kontakt z mieszkanką domku pod lasem stał się dużo łatwiejszy. Dotąd pogoda dopisywała i Krystynka mogła przesiadywać na ławce pod orzechem, gdzie łapała najlepszy zasięg, rozmawiały więc praktycznie codziennie. Później pogawędki stały się rzadsze. Każda miała swoje sprawy. Maria obrazy i Olę, która z ekscytacją zaliczała kolejne godziny na kursie prawa jazdy. Krystynka stałych podopiecznych rozsianych wokół Granic i Zwalisk.
- Ale dlaczego? - dopytywała głęboko poruszona malarka.
- Nie mam pojęcia, Marysiu. Ale zachowanie Krystynki zaniepokoiło mnie do tego stopnia, że zaraz po pracy pobiegłam do jej domku. Zabrałam nawet kocie przysmaki, aby mieć wiarygodny pretekst do odwiedzin. Pomyślałam, że z dala od sklepu, w znajomym i bezpiecznym miejscu, powie, co ją trapi, ale nawet mi nie chciała otworzyć... W pewnej chwili zauważyłam cień przesuwający się za firanką, przyciągnęłam więc do okna kulawy stołek spod płotu, by wspiąć się na parapet. O mało zębów nie wybiłam, lecz w końcu mi się udało i zastukałam w szybę. Raz, drugi, trzeci. Byłam pewna, że ktoś był w środku. Chyba obserwowała mnie przez firankę i widziała, że z trudem utrzymuję równowagę na tym głupim stołku, bo w końcu uchyliła lekko okienko i zapytała, czego chcę. Wskazałam leżącą na śniegu torbę z kocią karmą, a wtedy podziękowała mi i zamknęła okno. Byłam tak oszołomiona, że jeszcze z pięć minut wisiałam na tym głupim parapecie, chociaż dłonie odpadały mi z mrozu. W drodze do domu przemyślałam sprawę i uznałam, że może po prostu przytrafił jej się gorszy dzień. Każdy z nas ma do takiego prawo, a święta nie dla każdego są czasem odpoczynku i radości. Zdecydowałam, że poczekam parę dni, a jeśli nic się nie zmieni, odwiedzę ją ponownie i tym razem nie pozwolę się spławić.
- I poszłaś - domyśliła się Maria.
- Oczywiście. Właśnie wróciłam, wyobraź sobie, że znowu mi nie otworzyła, tylko przez drzwi krzyknęła z sieni, że wszystko ma i nie chce nikogo widzieć, i mam dać jej święty spokój. Co miałam zrobić? Odeszłam, ale nie mogę sobie miejsca znaleźć, Marysiu. Martwię się o nią. Może gorzej się czuje, w tym wieku, sama rozumiesz. Ona nie jest przyzwyczajona do proszenia o pomoc... Albo ma jakieś kłopoty, albo może jej siostra wymyśliła coś nowego. Pomyślałam, że przed tobą chętniej się otworzy. Mam wrażenie, że twoja wrażliwa, artystyczna dusza ją uspokaja. Przecież zawsze mówi, że widzi w tobie malarkę wiosennych łąk.
Maria nie była tego taka pewna, ale obiecała, że przyjedzie jak najszybciej. Miała już dość dobre rozeznanie w zwyczajach Krystynki i wiedziała, że kobieta czasami potrzebowała odciąć się od reszty świata i zaszyć w swoim małym domku na uboczu. Jakby samotność była dla niej azylem, formą ukojenia, sposobem na znalezienie spokoju w świecie, który często bywał zbyt głośny i natrętny. Ale relacja Ewy zaniepokoiła Marię. Krystynka nieraz wybierała samotność w odpowiedzi na ból, który zadawało jej życie. Jeśli znów wycofała się z kontaktów z życzliwymi jej ludźmi, znaczyło to, że boryka się z czymś poważnym, co wymaga osobistego przepracowania. Dzięki wystawie prac jej matki wielu mieszkańców Granic zrozumiało zachowanie starszej kobiety i zastąpiło niedorzeczne opowieści życzliwością, ale wciąż nie wszyscy ją tam kochali. Wśród nich byli tacy, którym stara dziwaczka była obojętna, jednak nie brakowało też wrogów, którzy nie wahali się rzucać w jej stronę wyzwiskami albo... kamieniami. Może znów spotkała ją jakaś przykrość? Wystawa, jakkolwiek by Krystynce nie pomogła - pomyślała Maria ze smutkiem - wyciągnęła ją też z jej ulubionego cienia i narzuciła widoczność, której starsza kobieta mogła nie chcieć ani potrzebować. A może na stan jej ducha wpłynęły po prostu święta. Może w domu siostry, z jej rodziną, uświadomiła sobie, czego ją pozbawiono?
Nie było chwili do stracenia. Nazajutrz Maria stanęła przed małym domkiem na skraju lasu. Niestrudzenie stukała do drzwi, a następnie nawoływała swoją przyjaciółkę, ale odpowiadało jej tylko echo. Pogrążona w zadumie malarka nie odrywała wzroku od niewielkiego okienka osłoniętego koronkową firanką i zastawionego doniczkami z pelargoniami. Nagle odniosła wrażenie, że zasłonka drgnęła. Zrozumiała, że Krystynka obserwuje ją skryta w głębi pokoju. Wróciła więc do drzwi wejściowych i mocno w nie załomotała.
- To ja, Marysia - krzyknęła. - Ale przecież pani to wie, widziała mnie pani przez okno. Nie wiem, co się stało i dlaczego nie chce mnie pani wpuścić do środka, jednak nie odejdę, póki nie przekonam się, że wszystko jest w porządku. - Zawahała się, a następnie dodała ciszej: - Ale nie jest, prawda? Musiało się wydarzyć coś złego, skoro zaszyła się pani w swoim leśnym azylu... Ewa odeszła, bo nie chciała dodatkowo pani kłopotać, ale ja tego nie zrobię. Usiądę na schodach. Tak, tych oblodzonych, pokrytych śniegiem. I będę tutaj siedzieć dopóty, dopóki nie porozmawia pani ze mną. Najwyżej zamienię się w sopel lodu i będzie mnie pani miała na sumieniu.
Za drzwiami zaszemrało coś cicho. Marii skojarzyło się to z drapaniem psich pazurów. Po chwili usłyszała zachrypnięty szept Krystynki.
- Odejdź, Marysiu. Wracaj do domu.
- Chcę porozmawiać.
- Ale ja ochoty do gadania nie mam. I chcę być sama.
- W takim razie poczekam, aż pani tej ochoty nabierze - odparła twardo malarka.
Nie zamierzała rzucać słów na wiatr. Zeszła ze schodków, pochyliła się i skrajem szalika omiotła ze śniegu najniższy stopień. Na oblodzonym betonie położyła torebkę, a następnie ostrożnie się na niej umościła. W ciszy obserwowała pobielone łąki. Jak sielsko wyglądały przykryte śniegową kołderką wzgórza otaczające wieś! Ale choć widok był iście uroczy, Maria dobrze wiedziała, że w tej śnieżnej krainie życie Krystynki jest dużo trudniejsze. Drogę do wsi stanowiła obecnie jedynie wąska, wytyczona w śniegu ścieżynka. Nie było mowy, by Maria dojechała pod chatę samochodem, musiała zaparkować na poboczu szosy i resztę trasy pokonać pieszo. Kiedy dotarła na podwórko Krystynki, dyszała jak lokomotywa i czuła palący ból we wszystkich mięśniach. A Krystynka przemierzała te szlaki codziennie, nie tylko do wsi, ale także po okolicznych pustostanach, gdzie żyły półdzikie zwierzęta. Świadczyły o tym wydeptane ścieżki. Ciekawe, jak wygląda droga do siedliska?, zastanawiała się Maria. Wyobraziła sobie przysypaną białym puchem łąkę i ciemne oczko stawu wyzierające spomiędzy uschniętych badyli tataraku. Ławka pewnie całkiem zniknęła w zaspach, zamieniła się w kopkę i tylko sikory, wróble albo gile od czasu do czasu przysiądą na niej, by spojrzeć na wodę. A dalej, spośród pobielonych drzew sadu wychyla się dach starego domu. Czy siedlisko doczekało się w końcu powrotu człowieka? Czy Kacper przeniósł się na stałe na wieś, a może zarzucił ten pomysł po wydarzeniach jesieni?
- Wracaj do domu, Marysiu! - Zza drzwi dobiegło niecierpliwe naleganie Krystynki.
- Nigdzie się nie wybieram - oświadczyła.
- I będziesz tak siedzieć i na łąki się gapić, jakbyś niespełna rozumu była?!
Maria uśmiechnęła się pod nosem. Czyli kocia opiekunka jednak podglądała ją przez dziurkę od klucza! Wzruszyła ramionami, pozorując beztroskę.
- Tak. Posiedzę, ile trzeba. Aż mnie w końcu pani wpuści.
- Nie wpuszczę! - burknęła kobieta. - Nie szukam towarzystwa! Chcę...
- Być sama. Wiem - dopowiedziała Maria, odrywając pupę od schodka i obracając się lekko. Cholera, mocno ciągnęło chłodem, nie sposób tak siedzieć i nie nabawić się jakiejś nieciekawej choroby!, pomyślała. - Ale nie chce mi się uwierzyć, że zostawi mnie pani taką zmarzniętą na progu i nie poda chociaż gorącej herbaty! Pieszo ze wsi przyszłam, nóg prawie nie czuję... - zawiesiła żałośnie głos.
- Nikt cię nie prosił...
- Ewa mnie prosiła. Martwiła się o panią.
- Niech się martwi o siebie. I własnego nosa pilnuje. Jak dawniej.
Maria nie odpowiedziała. Ze wzrokiem wbitym w zaśnieżone łęgi w napięciu łowiła uchem najlżejsze szelesty dobiegające z budynku. W końcu drzwi rozwarły się z głośnym skrzypnięciem. Marię owionął podmuch ciepłego powietrza, w którym wyczuła woń palonego drewna, zasmażki i jeszcze ten znajomy zapach starego domu, który chwilami kojarzył jej się z kościołem.
- Możesz wejść i napić się herbaty - mruknęła Krystynka, odsuwając się w głąb sieni. - Ale gadać ochoty nie mam.
- W porządku. Możemy pomilczeć. Chciałabym tylko...
- Herbata - powtórzyła uparcie Krystynka. W półmroku sieni Maria dostrzegła, jak kobieta zadziera podbródek. Jak bardzo przypominała jej teraz Krystynkę sprzed miesięcy, która pomimo niebezpiecznego upadku z piwnicznych schodów i unieruchomionej nogi, na własne życzenie opuściła szpital, by wrócić do Granic, do swoich podopiecznych! - Szkoda strzępić języka - odezwała się nagle. - Był ku temu czas, ale wtedy nikt nie gadał. Ty, Marysiu, też nie. Lepiej było traktować mnie jak głupią!
Maria posłała gospodyni zdumione spojrzenie, ale ta zniknęła już w kuchni, smętnie zwieszając głowę.
W tej chwili do Marii dotarło, co zaszło.
Krystynka spędziła święta w domu siostry. Katarzyna, której z pewnością ciążyło poczucie winy, musiała jej wyznać, co zaplanowała. Że w Granicach zjawiła się nie tylko po to, aby odnaleźć utraconą przed laty starszą siostrę, ale również, aby ukarać ją za gorzkie lata dzieciństwa i krzywdy, jakich ta doznała w domu ludzi, którzy wzięli ją na wychowanie. Kobieta, przeświadczona, że Krystynka sprzedała ją nowym opiekunom, przez lata pielęgnowała głęboki gniew i urazę. Uczucia te przybrały na sile, kiedy przekonała się, że w otoczeniu siostry nie brakuje życzliwych ludzi, a serce Krystynki wypełnia miłość do pokrzywdzonych zwierząt pozostających pod jej opieką. Widok ubóstwa, w jakim żyła kocia opiekunka, okazał się niewystarczającą rekompensatą za ból i poczucie osamotnienia, których ta doświadczała w domu przybranych rodziców. Postanowiła więc pozbawić siostrę wszystkiego, co kochała. Nawet tego rozpadającego się domu i skrawka ziemi, jedynego na całym świecie, gdzie Krystynka mogła być sobą. Zaniepokojona zachowaniem młodszej kobiety Maria postanowiła się z nią rozmówić. Wyjaśniła, że niesłusznie obwinia starszą siostrę o los, który jej zgotowano. O porzucenie. Krystynka nigdy nie zapomniała małej siostrzyczki, którą zabrano po tragicznej śmierci matki. Szukała jej. Wystawała przed drzwiami tych ludzi, dopóki się nie wyprowadzili. A później żyła w przeświadczeniu, że niemowlę trafiło do dobrego domu, pod opiekę zacnych ludzi, którzy zapewnią mu wszystko, co najlepsze. Skąd mogła wiedzieć, że wyleją na dziewczynkę swoje frustracje?
Maria nigdy nie zdradziła Krystynce przebiegu rozmowy z Katarzyną. Uznała, że córki Krystyny powinny szczerze pomówić i opowiedzieć sobie nawzajem, jak wyglądało ich życie przez te wszystkie lata. Najwyraźniej w ostatnich dniach w końcu doszło do rozmowy, jednak nie przebiegła ona spokojnie...
Malarka weszła za Krystynką do ciepłej kuchenki. Kobieta krzątała się przy parzeniu herbaty. Pod blachą wesoło trzaskał ogień, jasne płomienie rzucały pełzające refleksy na krzywe, nieco odymione ściany. Zza drzwi komory dobiegało ciche, lecz natarczywe skrobanie. Marysia domyśliła się, że gospodyni zamknęła w izdebce Puszka, aby poszczekiwaniem i węszeniem przy progu nie zdradził ich przed przyjaciółką, i dostrzegła też, że Krystynka podłapała jej spojrzenie. Bez słowa postawiła kubek z herbatą na stole i podeszła do drzwi komory. Po chwili do stóp Marii dopadł kundelek, domagający się od gościa drapania za uchem i tarmoszenia po grzbiecie.
- Rozmawiała pani z Katarzyną. - Maria zwróciła się w kierunku Krystynki, która w międzyczasie przysiadła przy stole.
- Trzeba było mi powiedzieć, Marysiu. - Kobieta powoli podniosła głowę. - Trzeba było mi powiedzieć, że ta, którą tak ukochałam i za którą wypłakiwałam z tęsknoty oczy, zjawiła się tutaj, aby mi się odpłacić! - wybuchła.
- Nie mogłam - wyszeptała Maria. - Gdybym to zrobiła, pękłoby pani serce.