Rozdział 2
Pierwszym, co zobaczył Gret Orin, gdy wróciła mu przytomność, była broń, którą uderzył go nieznajomy na równinie: metalowa kula zawieszona na skórzanym pasku. A dokładnie - jej trzy komplety.
Orin gwałtownie wciągnął haust powietrza. Kule natychmiast się zakołysały. Graf otworzył szerzej powieki i ujrzał nad kulami trzy pary rąk oraz trzy pary oczu. A jeszcze wyżej skalne sklepienie, ściany jaskini.
Ludzie, otaczający go kołem, wyglądali, jakby na coś czekali. Orin szybko przesuwał wzrok z jednego na drugiego. Który pierwszy uderzy? Jak się obronić? Jeden cios taką kulą może pogruchotać kończyny... Albo rozbić czaszkę - co już na nim wypróbowano, na równinie. Wraz ze wspomnieniem napłynął silny ból w prawej skroni. Orin aż jęknął.
Co teraz? Nie wolno dać im pretekstu do bicia! Przecież oni tylko na to czekają - żeby przekonać się, czy będzie sprawiał kłopoty...
Nie będę sprawiał kłopotów, przysiągł w myślach Orin. Żadnych!
Nieznajomi, tak jakby go usłyszeli, wymienili spojrzenia. Cofnęli się o krok, i jeden dał więźniowi znak, żeby wstał.
Graf ostrożnie przesunął palcami po głowie. Na skroni znajdowało się coś wilgotnego. Dotyk sprawił taki ból, aż zamigotało mu przed oczami. Przekręcił się na bok, chcąc choć na moment przyłożyć czoło do zimnego kamienia. Nim zdążył to zrobić, poczuł ponaglające kopnięcie w plecy. Ból w głowie natychmiast zelżał i Orin bez ociągania podniósł się na nogi.
Rozejrzał się. Znajdował się w niewielkiej grocie, zawalonej rupieciami. W kącie paliło się niewielkie ognisko. Po jednej stronie leżał stos szmat, po drugiej sterta kamieni. Były tu jeszcze walające się po ziemi sakwy o długiej, wąskiej szyjce, jakieś metalowe przedmioty nieznanego przeznaczenia, pręty i rurki. Orin miał wrażenie, że gdzieś widział już podobny bałagan.
- Ściągaj to.
Metalowa kula uderzyła go lekko w rękaw. Bez zastanowienia pochylił się i ściągnął z pleców skórę, którą dała mu mklinka.
- I buty.
Zmarszczył brwi, ale nie odważył się zaprotestować.
Ci tutaj, spostrzegł, ubrani byli prawie zwyczajnie: w ciemne kaftany uszyte z kawałków brązowawej skóry. Nie mieli na głowach ptasich łbów ani długich ni to płaszczy, ni to pancerzy. A więc tamto to był ich rynsztunek bojowy, zrozumiał graf. W głowie mignęły pytania: stąd ci ludzie się tu wzięli, co tu robią i czego od niego chcą? No i - gdzie właściwie jest? Ostatnim, co widział, były iriusze.
Nieznajomi, tak samo jak ci na równinie, mieli zmącone spojrzenia. Jeden grzebał w stosie z żelastwem.
Nagle Orin zdał sobie sprawę z czegoś innego. Był sam! Eria zniknął, nie ma też Horda, którego... który...
Odwrócił wzrok. I nagle zamrugał.
Skały, które go otaczały, na pierwszy rzut oka przypominały grafit. Materia była jednak na wpół przezroczysta, przez co - jak nigdzie na świecie - kamienie odsłaniały swoje wnętrzności. Skalna tkanka układała się w fałdy, coraz ciemniejsze i coraz mniej wyraźne.
Wewnątrz fałd znajdowało się drugie dziwo - srebrzyste nici, które albo oddalały się i ginęły gdzieś w głębi gór, albo zbliżały do powierzchni i przemieniały w nabrzmiałe, wywalone na zewnątrz zgrubienia o niebieskawym odcieniu. Wstęgi niekiedy się łączyły, niekiedy krzyżowały, tworząc jaśniejsze węzły. Te świeciły niczym gwiazdy, czym głębiej w skale, tym słabsze i bardziej rozmyte. W ogóle ściany, a nawet cały sufit trochę przypominały niebo - ale tylko trochę, bo niebo, myślał Gret Orin zadzierając głowę, niebo jest przecież płaskie. To zaś, co miał nad sobą, było nocnym sklepieniem, któremu dodano trzeci wymiar, i być może - pomyślał jeszcze - tak właśnie wyglądałyby gwiazdy, gdyby połączyć je ze sobą świecącymi nićmi i gdyby znaleźć się między nimi.
- Masz.
Chwycił odruchowo to, co rzucono w jego stronę, jeden przedmiot, potem drugi.
Były to kolejno - metalowy róg o długiej, zwężającej się, zagiętej przy samym uchyłku końcówce, do którego przymocowano parę skórzanych pasków, oraz sakwa z długą szyjką, jedna z tych, które leżały na ziemi.
- I jeszcze to.
Nieznajomy podał mu niezbyt gruby zwój liny, która okazała się nieproporcjonalnie ciężka. Orin przesunął po niej palcami i zrozumiał, dlaczego: upleciona była nie z roślinnych włókien, ale ze ostrych, tnących palce nitek. Na jej końcu znajdowało się metalowe okucie z zatrzaskiem. Dotknął go i wyczuł rdzę.
Strach wrócił natychmiast - zaczął się już domyślać, co z nim zrobią. Okucie było w sam raz do zaczepienia na kostkę. Choć nigdy nie był nad Morzem Suriańskim i nie widział galerników ani galer, to jednak, zdaje się, stosowano tam właśnie takie narzędzia.
- Przodem.
Jeden z ludzi północy odrzucił głowę na bok. Orin spojrzał w tamtym kierunku i dostrzegł ciemny otwór korytarza.
Ledwie zagłębił się w tunelu, usłyszał za plecami kroki. Eskorta szła za nim.
Korytarz, przypominający ten z Seren, opadał szybko w dół. Raz po raz skręcał, krzyżując się z innymi tunelami. Na każdym skrzyżowaniu Orin zatrzymywał się, czekając, aż nieznajomi wskażą mu dalszą drogę.
Ciemności tylko z rzadka rozświetlały wątłe płomyki kaganków. Mimo to pan na Omorgu radził sobie nieźle - ostatni miesiąc sprawił, że jego wzrok nawykł do mroku. Strach, który odczuwał, poprawiał ostrość widzenia. Tylko ból, słabnący powoli, utrudniał koncentrację.
Na trzeciej krzyżówce Orin na tyle przyszedł do siebie, że zaczął liczyć zakręty. Odruchowo wypatrywał też jakichkolwiek punktów orientacyjnych. Uświadomił sobie, że ma tylko jedną szansę, by poznać drogę wiodącą z groty, gdzie się ocknął. Podziemne korytarze tworzyły prawdziwy labirynt - jeśli teraz go nie zapamięta, nigdy nie wydostanie się na zewnątrz.
Lęk, niczym mdłości, podpełzał do gardła.
Szli już kilkanaście minut, kiedy korytarz skręcił gwałtownie, a potem - przeciwnie niż do tej pory - podniósł się. Orin poczuł, że ma teraz pod nogami gładkie stopnie. Wspiął się po nich powoli. Nie spieszyło mu się zobaczyć, co ma przed sobą.
Ledwie stanął na górze, usłyszał szepty i szmery.
Przed nim otwierała się jaskinia. W półmroku widział wyraźnie jedynie jej początek, ale rozlewała się tak szeroko, że domyślił się, iż jest olbrzymia. Oświetlały ją, jak wszystko tutaj, kaganki. Światełka drżały blisko i w oddali. W ich słabym świetle Orin dostrzegł, że grota została podziurawiona niczym jama greszki. Pełno w niej było ciemnych zagłębień i dołów.
W każdym dole zaś uwijał się czarniawy stwór. Poczwary te podrygiwały, a ich ruchy wyglądały tak, jakby wydłubywały coś ze skał. Orin przyjrzał się najbliższej i pod warstwą szmat dostrzegł ludzki kształt. Podniósł głowę i poparzył na następnego stwora. To również był skulony, pochylony do ziemi człowiek.
Nagle wzrok Orina uciekł w prawo. Przy wejściu, niczym posąg strzegący przejścia, wisiał ludzki szkielet. Miał wykręcone do góry ręce, nadgarstki krępowały mu sznury zaczepione o sterczący wysoko hak. Szkielet, rozciągnięty jak cięciwa łuku, pokrywały skrawki łachmanów.
Po drugiej stronie otworu znajdował się taki sam szkielet, tylko nieco młodszy. Wskazywała na to obecność szczura, który czepiając się szmat, wisiał na klatce piersiowej nieboszczyka.
Orin dotknął ręką czoła. Poczuł wilgoć na palcach.
Jeden z nieznajomych, niosący pochodnię, wyminął go i gestem kazał iść za sobą. Między dołami wiły się wąziutkie ścieżki. Wstąpili na najbliższą. Dróżka na zmianę obniżała się i wznosiła. Kilkakrotnie odrywały się od niej strome wejścia do jam. Orin spostrzegł, że żaden z ludzi, którzy znajdowali się w środku, nawet nie spojrzał w ich stronę. Najwyraźniej ich zjawienie się nie było niczym wyjątkowym.
W pobliżu ściany groty dróżka zakręciła i gwałtownie opadła w dół. Nieznajomy zatrzymał się i odsunął na bok. Gestem wskazał Orinowi, by go wyminął. Graf postąpił dwa kroki i spostrzegł, że ścieżka ginęła we wnętrzu kolejnej jamy, w przeciwieństwie do pozostałych - pustej.
Zejść tam? Do tego grobu dla żywych?
Orin zacisnął palce. Zatrzymał się i spojrzał na nieznajomego. Ten kilkakrotnie kiwnął głową. Pan na Omorgu udał, że nie wie, czego się od niego żąda. Wzruszył ramionami. Jednocześnie obserwował prawą rękę wroga, która zaciskała się na skórzanym pasie zakończonym kulą.
Widząc, że jeniec się nie porusza, ręka lekko się podniosła.
Na dróżce rozległy się kolejne kroki. Zbliżał się do nich drugi strażnik.
Protesty ani przeciąganie tego, co nieuchronne, nie mają sensu, pojął graf. Zrobił krok w stronę dołu.
- Stój.
Nieznajomy, kręcąc głową, tak jakby dziwił się jego tępocie, wyjął mu z rąk linę. Zamachnął się i rozwinął ją. Następnie tak szybko, że Orin nie zdążył nawet drgnąć, pochylił się i założył mu okucie na kostkę. Trzaśnięcie odbiło się echem od ścian jaskini.
- Teraz.
Pan na Omorgu posłusznie zagłębił się w kotle z czernią. Średnica jamy nie przekraczała kilkunastu stóp. Ściany wydawały się pionowe. Orin wyprostował się - krawędzie sięgały mu do ramion. Otaczały go niemal zupełne ciemności.
Nieznajomy wszedł za nim do dołu, a drugi przykucnął na górze, świecąc pochodnią. Orin odsunął się przezornie na bok.
Na środku jamy tkwiło wbite w ziemię metalowe kółko. Lina zaś kończyła się drugim, mniejszym zatrzaskiem. Kolejny trzask odbił się od ścian dołu i jaskini. Nie patrząc już na niewolnika, nieznajomy wyszedł z dołu.
- Do jutra sakwa ma być pełna - powiedział jeszcze ten, który trzymał pochodnię. - Lepiej żebyś zdążył, zanim wypali się światło.
Na krawędzi jamy zapłonął kaganek.
Minęła chwila. Pan na Omorgu stał bez ruchu. Dopiero po jakiejś minucie popatrzył na sakwę, którą, razem ze szpiczastym przedmiotem, cały czas trzymał w rękach.
Pełna?
Odłożył oba przedmioty na najwyższy schodek. Choć wiedział, że jest unieruchomiony, pociągnął za linę. Następnie bezwiednie zatoczył krąg, próbując przebić wzrokiem mrok.
Tymczasem strażnik z pochodnią odsunął się.
- Zaczekaj - Orin znalazł się przy samej krawędzi. Nagle wróciła mu wybita treklą przytomność umysłu - Co ja mam tu robić?
Nieznajomy przykucnął obok, świecąc mu w oczy pochodnią. Nim więzień zdążył się domyślić, co go czeka, dostał w twarz. Zatoczył się na nogach.
- Od tej pory siedzisz cicho. Chyba że ktoś cię zapyta. Rozumiesz?
Pulsowanie w głowie wróciło, zwielokrotnione. Tym razem jednak można było przycisnąć rękę do policzka i skroni, ugłaskać ból.
- Rozumiesz?
- Tak.
Blask światła przygasł. Kiedy Orin z trudem otworzył oczy, zobaczył już tylko plecy nieznajomych. Dotknął skroni i syknął. Podniósł palce do oczu, dostrzegł coś czarnego. Krew.
- Powiedz nowemu, jak ma pracować - usłyszał.
***
Nagle w oddali ktoś krzyknął. Tak głośno, że brudne powietrze aż zawibrowało.
Graf przysunął się do brzegu jamy. Spostrzegł, że obaj strażnicy stoją obok jednego z dołów. Rzucili chrapliwie kilka słów. Odpowiedział im wrzask. Strażnicy wskoczyli do środka.
Krzyk wzniósł się o ton wyżej, po czym rozpłynął w charkocie. Orin zauważył, że nie tylko on wygląda na zewnątrz. Kilka, potem kilkanaście kroków, po prawej i lewej, z jam takich jak jego, podnosiły się głowy. Szmery i syki przycichły.
- Puszczajcie!
Świst, uderzenie.
- Nie!
Świst.
- Na chwilę!
W głosie, poza rozpaczą i złością, było jeszcze coś, jakaś zaskakująca nuta. Orin wsłuchiwał się w nią chciwie, jednocześnie czując, że chwieje się na nogach. To niemożliwe, nieprawdopodobne, ale... zna przecież...
- Nie, wyjdę!
W dole, skąd krzyczano, coś się poruszyło. Orin dostrzegł najpierw rękę, macającą z trudem przed sobą, potem drugą. Następnie ukazała się głowa, tak ciasno obwinięta szmatami, że wydawała się bez twarzy. Wreszcie na zewnątrz wychyliła się reszta ciała. Było ono skurczone, złamane, z ciągnącymi się płasko nogami.
Wydobywszy się z jamy, człowiek zaczął pełznąć przed siebie. Powoli, z wyraźnym trudem wyciągał na przemian prawą i lewą rękę. Następnie przerzucał ciało do przodu i w ten sposób przesuwał się o pół kroku. Strażnicy, którzy wyszli za nim z dołu, stali obok, kontrolując każdy jego ruch. W rękach mieli trekle - trzymali je w taki sposób, że łatwo było poznać, iż używali ich przed chwilą.
Tymczasem niewolnik pokonywał kolejne metry. Dopiero teraz, gdy był już na zewnątrz i gdy oświetliło go słabe światło kaganków, można było przyjrzeć się dokładnie jego dłoniom. Z prawej szerokim strumieniem lała się krew. Lewa, sucha, straszyła jeszcze bardziej - pokryty na przemian bliznami i świeżymi strupami kikut nie miał ani jednego palca.
- Ty! To ty!
Głos cichł i podnosił się, na przemian słabł i wzmacniał, to prawie niknąc, to wibrując z ogromną siłą.
Owinięta szmatami twarz była coraz bliżej kaganka, który strażnik postawił obok dołu Greta Orina. Ten stał nieporuszony. Dopiero teraz uświadomił sobie, że tamten czołgał się w jego kierunku. Pomału, szarpnięcie za szarpnięciem zbliżał się, bełkocząc kolejne niezrozumiałe słowa.
- Proszę! Tylko o to!
Już tylko kilka kroków dzieliło ich od siebie. Dookoła rozpłynął się zapach krwi. Mimo to Orin zdołał wreszcie odetchnąć. Zrobił to z najwyższym trudem. Serce łomotało, tak jakby chciało wyskoczyć z piersi, głowa ciążyła. Nie odrywał wzroku od wykrzywionej twarzy.
Nieznajomi podnieśli ręce. Metalowe kule zakołysały się w powietrzu. Orin instynktownie pochylił się. Jego twarz znalazła się blisko kaganka.
Świst, trekle spadły, chrupnęły kości.
- Ach! A więc jest...
Jeden ze strażników wziął kolejny zamach. Tym razem metalowa kula trafiła prosto w owiniętą szmatami głowę.
Zapadła cisza.
Orin poczuł na rękach ciepłą ciecz. Wzdrygnął się. Jego wzrok powędrował za światłem. Pogruchotaną twarz trudno było rozpoznać. Jednak dzięki temu, że zsunęły się z niej szmaty, widać było nieruchome, okrągłe niebieskie oczy otoczone wianuszkiem zmarszczek i krost.
Jeden ze strażników warknął coś chrapliwie. Wszystkie głowy, które wychyliły się z dołów i wraz z Orinem śledziły całą scenę, zniknęły.
Nieznajomi pochylili się i chwycili trupa za nogi. Pociągnęli go za sobą. Żaden nie spojrzał na pozostawionego w jamie więźnia.
Rozbita głowa oddalała się powoli, stukając o kamienie. Mimo to Orin nie przestawał na nią patrzeć. Myślał, że to przecież niemożliwe, zupełnie nieprawdopodobne, a jednak...
A jednak twarz nieboszczyka była znajoma.