DZIEWCZYNA MARTWA, CHOĆ ŻYWA
Jest taka wytwórnia filmowa, w której czołówce chłopiec siedzi na
półksiężycu i zarzuca wędkę do nieba. Tak właśnie się czuję w moim
pokoju na poddaszu, gdy siedzę przy oknie i patrzę na przetaczającą się
mgłę, na spadające liście albo na tumany śniegu wirujące pośród
nagrobków. Czuję się jak mały chłopiec, który wprawdzie ma wędkę, ale w łowieniu ryb jest do dupy.
Czy w niebie można złowić coś do jedzenia? Na jaką przynętę łapie się
gwiazdy? Starzy ludzie mawiają, że gwiazdy były kiedyś ludźmi, więc może
trafiłby się przodek w tej czerni? Na przykład jakaś babcia wijąca się
na haczyku jak pstrąg?
W moim pokoju jest jak w mojej głowie - mydło i powidło, wszystkiego za
dużo, tylko ja wiem co i jak. Wyjątek stanowi pies, który tu sypia i często pierdzi, a latem niestety bywa słabo z cyrkulacją powietrza. Do
tego mój mózg koniecznie chce, żeby tę przestrzeń wypełniały wzory.
Wykonuję więc działania matematyczne na cyfrach wyświetlających się na
budziku (12:34 to 1 + 2 = 3, a jak jeszcze dodać 1, to wychodzi 4) i coraz ważniejsza jest dla mnie symetria. (Co wieczór dotykam dwa razy
czubkami paluchów desek podłogi, zanim wciągnę się cała do hamaka).
Chciałabym spytać tatę o te wzory. Chciałabym wiedzieć, czy może matka
za dużo liczyła albo czy kiedy drapała się po lewym uchu, to może
podskórnie wrzała z gniewu, dopóki nie podrapała się także po prawym
uchu, z taką samą siłą. Ale to pewnie będzie jedna z tych rozmów
urywających się znienacka, podczas których zamiast mówić, skubie brodę i powolutku odchyla się w tył, dopóki nie uzna, że już się wymiksował z mojej cichej histerii.
Na poddaszu nie muszę się przejmować, że kogoś stresuję. Tu na górze
mogę się popłakać bez powodu albo z wszystkich powodów naraz. Mogę
przyglądać się sobie w lustrze i czuć się silna i słaba jednocześnie.
Mogę kupić farbę w sklepie z rzeczami za dolara, namalować magiczne
drzwi na boazerii i naprawdę wierzyć, że o północy się otworzą. I mogę
wsunąć dłoń między nogi, i rozmyślać o cudzych dłoniach, które też
mogłyby wywołać uczucie, że coś mnie tam uciska i zarazem szczypie. Tu
na górze mam prawo korzystać z wszelkich przywilejów szesnastego roku
życia, również tych, których świat nie akceptuje, i nie ponosić
narzucanych przez niego konsekwencji.
Mam tu swój gówniany gramofon, który ktoś chciał wyrzucić, z głośnikiem,
co trzeszczy, jakby muzyka wylewała się spod pięty ciężkiego buciora.
Puszczam sobie płyty, które odziedziczyłam po matce - The Smiths, The
Cure, Red Hot Chili Peppers, Tori Amos. Kiedy nakładam je na talerz i najpierw przelatują pierwsze winylowe rowki, te milczące, przed muzyką,
a potem głośnik nabiera życia i wydaje pierwsze trzeszczące takty, mam
wrażenie, że gramofon niepostrzeżenie się rozmodlił.
Matka powinna nawiedzać te ciche rysy dzielące piosenki na jej płytach,
wbijać wiadomości alfabetem Morse'a w trzaski i łomoty z głośnika.
Zamiast tego nawiedza ojca, spływa mu po żebrach, wypełnia jego kanaliki
łzowe, odciąga go daleko, daleko... Odbiera mu słowa, czyniąc go w pewnym
sensie równie martwym jak ona.
I dlatego, kiedy ojciec ma zły dzień, tak zły, że prawie widzę ślady jej
palców na jego nadgarstkach, puszczam jej płyty na cały regulator, z nadzieją, że przywabię ją tu na górę, z nadzieją, że schwytam ją w pułapkę lśniących okopów jej hymnów. Może w przerwie między jednym a drugim utworem nauczy się śpiewać. I tym sposobem, nie mając haczyka,
tylko samą przynętę, wyciągnę ją z czerni.
Mieszkałam na cmentarzu razem z ojcem w domu na końcu alejki biegnącej w prawo od frontowej bramy. Nasze mieszkanie znajdowało się nad biurem
taty i widać było z niego Parliament Street, a także pierwszy plan
kwatery położonej najbliżej kaplicy. Zamieszkaliśmy tam jeszcze w czasie, z którego nie mam żadnych wspomnień, kiedy ojciec stwierdził, że
cmentarz to jedyne miejsce, gdzie może istnieć. Żyć mu się nie chciało,
ale umrzeć nie było mu wolno, bo miałam tylko jego.
Mój ojciec, Thomas Blight, był głównym operatorem krematorium na
Winterson, jednym z najstarszych cmentarzy w mieście. Spędzałam z tatą
mnóstwo czasu, przemierzając razem z nim żwirowe ścieżki dzielące groby
na nieme osiedla. Ale nawet gdybyśmy mieszkali w jakimś ciasnym
mieszkanku w bloku, gdzie tato mógłby się starać wynagradzać mi brak
matki własnoręcznie kleconymi domkami dla lalek i jaskraworóżowymi
ścianami, jak robią to inni samotni tatusiowie, nawet gdyby jakimś cudem
udało nam się zdobyć milion dolarów i kupić dom z własnym podjazdem w dzielnicy Cabbagetown, to i tak włóczyłabym się za nim do nieczynnej
starej kaplicy i równie zapyziałego budynku, w którym mieściło się
krematorium.
Już w wieku dziewięciu lat zauważyłam, że na innych to działa, jak
mówisz im o trupach pochowanych na twoim podwórku, i że na cmentarzu
ludzie nabierają ochoty na seks.
Miałam sześć lat, gdy po raz pierwszy zobaczyłam, jak ludzie to robią.
Siedziałam akurat na marmurowej płycie w jednym z grobowców i wyjadałam
płatki śniadaniowe Lucky Charms z plastikowego pojemnika. Włosy miałam
wtedy w odcieniu brudnego blondu, a nie ciemnobrązowe jak teraz, ale za
to były obcięte podobnie - równo i dość krótko, do ramion, z tą różnicą,
że nosiłam też plastikową opaskę. I kryło się w nich więcej kołtunów i jakichś przypadkowych paprochów, raczej więcej niż dzisiaj.
Grobowiec Morrisonów ma beczkowe sklepienie i kruszy się jak igloo
uklepane z wilgotnego piasku. Wpełzałam tam ukradkiem, żeby zjeść obok
Morrisona Miałczyńskiego, to znaczy kocich kostek w trumience z pudełka
po butach, którą ktoś wcisnął tam kilka lat wcześniej. Wszyscy,
kogokolwiek bym spytała, twierdzili, że zwierzaka nic nie łączyło z właścicielami grobowca. Wsadzenie tu tego kota było aktem
sentymentalnego wandalizmu, o którym tato za nic nie chciał donieść, bo
miał słabość do cudzej żałoby i do ofiar losu. Nie tylko zostawił kota w grobowcu, w pudełku owiniętym szczelnie papierem pakowym, z epitafium
wymalowanym markerem "Niech miauczy w spokoju", ale także zapomniał
naprawić rozbity zamek, co cynicznie wykorzystywałam - grobowiec służył
mi za świetlicę od piątego do dwunastego roku życia, kiedy to Floyd,
nasz konserwator, zajął się wreszcie zamkiem. Nie da się ukryć, że byłam
makabryczna, jak niejedno dziecko pozbawione matki.
Tamtego ranka na cmentarzu kręcili się żałobnicy z pogrzebu pani
Botelli. Siedziałam w grobowcu, jadłam i rysowałam bezmyślnie kreski na
zapiaszczonej posadzce, przeganiając palcami stóp mrówki, kiedy
zauważyłam mężczyznę w spodniach opuszczonych do kostek; rytmicznie
uderzał w kobietę pochyloną nad jednym z grobów, w sukience zadartej do
pasa, z flakowatą piersią dyndającą nad płytą nagrobną. Od pierwszego
prawdziwego pocałunku dzieliło mnie wtedy jeszcze siedem lat, ale mój
żołądek podskoczył gwałtownie, jakby ze strachu przed karą za to, że
zrobiłam coś okropnego. Coś okropnego, a przy tym ekscytującego.
Podkradłam się do okna i patrzyłam na nich. I nagle zostałam niejako
przyłapana.
Mężczyzna zadarł głowę, a potem obrócił ją w stronę grobowca.
Spojrzeliśmy sobie w oczy i mleko, które właśnie wypełniało mi usta,
pociekło po dolnej wardze jak strużka dymu.
- Jasna dupa! - Podskoczył, odrywając się od kobiety, i gwałtownym
ruchem podciągnął swoje eleganckie spodnie w kratę.
- Co się dzieje, Joe? Coś nie tak?
Schowałam się prędko, ale ich głosy przedostawały się przez szczeliny w spękanym murze niczym wiatr o zapachu miętowej gumy do żucia.
- Małe dziecko, jak Boga kocham! Małe, kurwa, dziecko! O tam.
- O Boże, mówisz poważnie?
- Jak najpoważniej. Wyglądam, jakbym żartował?
- I gdzie ono poszło? Jezu, Joey, co za dziecko? Któreś z tych od Diany?
- Tam, w tamtej budzie!
Kobieta zastygła w trakcie aranżowania swoich nylonów i majtek, a potem
westchnęła.
- Joey, co ty gadasz? To przecież krypta. W środku nie ma żadnych
dzieci, no chyba że martwe.
- Nie, Angela, przysięgam, że je widziałem. Wgapiało się prosto we mnie
upiornymi oczami. I usta miało całe, bo ja wiem... jakieś takie upaprane.
Aż mi zwiądł ze strachu.
- Masz klasę. - Niezbornymi ruchami poprawiła ubranie i stertę sztucznie
skręconych loków na czubku głowy. Po chwili znowu się odezwała, tym
razem łagodniejszym tonem: - Chodź, dogonimy tamtych. Po prostu jesteś
zdenerwowany. W końcu to pogrzeb twojej matki.
- Ale przysięgam, że je widziałem...
- Ach, daj już spokój. To pewnie był jakiś ptak.
Ten jej macierzyński ton brzmiał jednak bezbarwnie, bo przeciskał się
przez gumę do żucia. Kiedy odważyłam się wysunąć głowę, kobieta
prowadziła swojego towarzysza w stronę parkingu, lekko się kolebiąc w pożyczonych pantoflach na wysokim obcasie. Na posadzce rozlała się plama
mojego śniadania.
Nie po raz ostatni było tak namiętnie na cmentarzu; ludzie obściskiwali
się tu podczas godzin otwarcia, nocami nastolatki przeskakiwały przez
ogrodzenie, żeby obmacywać się wśród grobów, a między pogrzebami i czuwaniami dochodziło niekiedy do kopulacji za kaplicą. Tato twierdził,
że to dlatego, że żałoba robi z człowiekiem dziwne rzeczy, ale ja
wiedziałam, że tak jest, bo ludzie to zasadniczo debile.
W mojej wyobraźni tato miał ponad dwa metry wzrostu, grał w drużynie
Toronto Maple Leafs i w ogóle nie sypiał, bo nie musiał. Kiedy trzeba
było wymienić kostkę brukową w chodniku, po prostu ją obrabiał ciosami
karate. Nocami, kiedy darłam się, że jakiś ohydny potwór bębni
gałęziastymi palcami w okno w moim pokoju, wyrywał futrynę, ot tak, a potem odłamywał kolejno wszystkie palce w obu dłoniach bestii.
Następnego wieczoru po kolacji rozpalaliśmy za domem ognisko z tego
nawiedzonego drewna i piekliśmy pianki na patykach.
Ale wyobraźnia to jedno, a życie to coś całkiem innego.
Thomas Blight był może człowiekiem cichym i nie rzucał się w oczy, ale
obserwowanie go było fascynujące. Po pierwsze, stawiał kroki jak
pląsająca gazela o megadługich kończynach i do tego machał rękami, jakby
to były wiosła ukryte w rękawach. A po drugie, jak już coś mówił, to w taki sposób, jakby każde następne słowo miało ogołocić jego konto
bankowe, więc lepiej było go nie wypowiadać. Nawet moje imię wymawiał
kompaktowo - nie "Winifred", tylko "Win".
Fotografię mamy ustawił na półce nad kominkiem jak statuetkę Oscara;
fakt, że kochała go kobieta tak piękna, traktował jako swoje
najważniejsze życiowe osiągnięcie. Moja babcia, Faith Trudeau, była
Metyską znad Zatoki Jerzego, gdzie białe piaski przesypują się do
zielonych wód jeziora Huron jak cukrowe skały Dover. Dziadek nazywał się
Zlatko Kalder i był synem rumuńskiego Roma, którego rodzina przybyła do
Kanady podczas ostatniej wielkiej fali migracyjnej w 1970 roku. Poznali
się, gdy akurat przejeżdżał tamtędy zdezelowanym pick-upem, na którym
urządził swój obwoźny sklepik z nostalgią, skupując i sprzedając stare
rzeczy. Stąd właśnie wzięły się moje szare oczy przekazane mi po nim
przez matkę, dar od rumuńskiej ojczyzny, której nigdy nie chciało mi się
poszukać na globusie.
Matka Zlatka wtedy już nie żyła, a jego ojciec odłączył się od taboru,
dlatego nie było nikogo, kto by oprotestował małżeństwo z outsiderką.
Odbyła się skromna ceremonia w kuchni na plebanii miejscowego księdza
(opłacona zegarem wydobytym z przyczepy pick-upa tamtego ranka) i zostali małżeństwem. Mieszkali razem do końca swoich dni, wychowując
swoją jedyną córkę - moją matkę, Mary Bax Kalder - w ruderze na
obrzeżach jakiejś mieściny.
Tato twierdził, że mama opowiedziała mu wszystko o tamtym domu, który
wydawał się jak z bajki, bo był pełen popsutych zegarów, haftowanych
kamizelek, mankietów naszywanych paciorkami i mokasynów z koralikami.
Dziadkowie prowadzili lombard i czerpali spore zyski w weekend Święta
Królowej Wiktorii, kiedy turyści parkowali jeden przy drugim na ich
kamienistym podjeździe, bardzo chcąc przywieźć cząstkę tej zwariowanej
chatki do miasta. Nie mając pojęcia, jakie wtedy obowiązywały stroje,
wyobrażałam ich sobie w skórzanych kurtach i spodniach. (Później
znalazłam fotografię, na której oboje mieli długie włosy i wyglądali,
jakby właśnie ściągnęli do domu z festiwalu hipisów w Woodstock).
Kiedy mama nauczyła się chodzić, towary ze sklepiku stały się jej
zabawkami. Kawałek starej koronki kojąco masował jej spuchnięte dziąsła,
kiedy ząbkowała; zaśmiewała się na dźwięk, jaki wydawały fragmenty
zwierzęcych czaszek przy uderzeniu o brzegi żeliwnej wanny. Dlatego
Kalderowie sprzedawali teraz tylko większe meble, mało interesujące dla
ich córki, nadrabiając utracone zyski dzięki talentowi Faith do
filetowania ryb.
Rybacy z zatoki podrzucali skrzynie i kosze zdobyczy z całego dnia i babcia wykonywała to zadanie z metodyczną precyzją i wielką dumą,
podpisując się nacięciem, które zaczynało się od płetwy grzbietowej i biegło aż do tyłka ryby, gdzie przeobrażało się w ostry zygzak
przypominający literę Z jak Zlatko. Chcąc nie chcąc, stała się Zorrem
filetowania, i to tylko dlatego, że znakowała każdą rybę swoją miłością.
Kiedy usłyszałam tę historię, wyobraziłam ją sobie w skórzanej kurcie i czarnej opasce na oku.
Wszechświat okazywał im życzliwość przez następne dziewiętnaście lat i byli szczęśliwi, dekując się w swojej krzywej chatce pełnej skarbów
niczym piraci na wyższym poziomie bytowym. A potem, tego lata, gdy moja
matka poznała mojego ojca i postanowiła towarzyszyć mu w wyprawie na
daleką północ, Faith i Zlatko zginęli w pożarze, który pochłonął ich dom
i wszystkie świecidełka jednym, prędkim haustem, jakby z powodu odejścia
trzeciego domownika stracili równowagę i spadli ze skraju świata w otchłań.
Mama uniknęła pożaru, ale i tak umarła, ponieważ ja ją zabiłam. Byłam
tylko smutnym, mikrym noworodkiem, dlatego mi wybaczono, jednak tato
nigdy nie przestał opłakiwać Mary. Stawała się bohaterką wszystkich
historii opowiadanych mi przed snem, każda księżniczka miała jej szare
oczy i każdy smok jej temperament. Ubierano mnie w przerobione rzeczy z szafy Mary. A kiedy skończyłam piętnaście lat, pasowały już na mnie
idealnie, bo była chuda i niska tak jak ja, z tą różnicą, że włosy
spływały jej ciężkim brzemieniem na plecy. Mnie nigdy nie udało się tak
zapuścić włosów; trzeba by było o nie dbać, a do tego nie miałam
cierpliwości. Każdego dnia czułam ją w sposób znacznie się różniący od
tego, jak odczuwał ją ojciec: radosna reszka kontra ponury orzeł.
Rosłam poza macicą mojej matki niczym różowa pąkla. Przez prawie całą
ciążę rodzice przebywali na kanadyjskich Terytoriach Północno-Zachodnich
i w swojej wyobraźni byłam wtedy kawałkiem gumy do żucia, który jakiś
niechlujny bóg przylepił do jej jelit. Później, kiedy przeszłam do
szóstej klasy, zaczęłam się interesować tymi sprawami i dowiedziałam
się, że gdybym umarła, zaklinowawszy się w ciemnych zakamarkach ciała
mojej matki (zamiast zwyczajnie spłynąć z tego maleńkiego przyczółka
egzystencji i stać się ofiarą poronienia), wtedy to ciało robiłoby
wszystko, żeby sobie ze mną poradzić. Jego układ odpornościowy uznałby
mojego trupka za zagrożenie i zaczął go oblepiać warstwami wapnia i minerałów; mówiąc w skrócie: zamieniłby mnie w lithopediona, czyli
kamienne dziecko. Stałabym się prawie posągiem.
Nie przestawałam jednak rosnąć, powodując skurcze i zawstydzającą
niezdolność do utrzymania nawet śladowej ilości sików. Łożysko
pozbawione tego dobra, jakim jest miła, mięciutka macica, przylepiło się
do kilku narządów: do jednej nerki, fragmentu jelita i boku
przepracowanego pęcherza moczowego. Po trzydziestu tygodniach matka nie
zaczęła rodzić, tylko straciła przytomność. Oboje z tatą wrócili już
wtedy do Toronto, żebym mogła się urodzić w szpitalu. Tato natychmiast
zawiózł mamę na ostry dyżur. Po godzinie wyjęto mnie z głębokiego
rozcięcia, zakrzywionego, czerwonego i groźnego, które wyglądało jak
dodatkowe żebro narysowane przez dziecko. A mojej matce obumarł mózg.
- Właśnie wróciliśmy z północy - opowiadał mi tato, przedzierając się
przez tę bolesną historię krótkimi zdaniami zbudowanymi ze starannie
dobranych słów. - Wiedzieliśmy, że tam jesteś, tylko nie wiedzieliśmy,
gdzie dokładnie. Po prostu coś zakładaliśmy, rozumiesz? Nie było czasu
na wezwanie lekarza. Wszystko wydawało się w porządku. A potem koniec.
Jednego dnia. Po wszystkim. I zostaliśmy tylko ty i ja.
Każde słowo było zwaloną kłodą, którą musiał wywlekać z pamięci bardzo
ostrożnie, bo inaczej woda mogłaby rozsadzić tamę, a on straciłby
kontrolę.
- Czekałem trzy dni, zanim pozwoliłem im ją odłączyć, czekałem, aż
będziesz mogła opuścić oddział noworodków. Wiedziałem, kiedy kładłem cię
na jej piersi, że to koniec. Nie ruszała się. Gdyby jeszcze tam była,
toby cię przytuliła, choćby nie wiem co.
Przyznam, że kiedy byłam młodsza, nabawiłam się obsesji na punkcie
lithopedionów, kamiennych dzieci, które czasami tkwiły niewykryte w brzuchu matki do końca jej życia. Czytałam na ten temat wszystko, co
tylko wpadło mi w ręce: stare broszury medyczne znajdowane w antykwariatach, encyklopedie w bibliotece oraz - najlepsze źródło
największych dziwactw - Internet. Ta obsesja wręcz nie pozwalała mi żyć,
bo stale wymyślałam scenariusze i alternatywne zakończenia. Na przykład
co by było, gdybym odmówiła przyjścia na świat? Albo gdybym to nie ja
zabiła matkę, tylko ona mnie, powlekając mój płodowy szkielecik twardą
skorupą i zamieniając go w coś podobnego do ostrygi z kawalątkiem
miękkiego mięsa w środku? Próbowałam sobie wyobrazić, jakby to
wyglądało, gdybym się zamieniła w zmumifikowany płód, nieruchomy jak
pień drzewa w matczynych wnętrznościach. Czy moje palce zrosłyby się jak
u małych syrenek, których wizerunki znajdowałam w sieci? Czy moje
powieki pozostałyby na zawsze zamknięte jak u szczeniaka, który nigdy
nie dorósł? Czy wciąż byłabym tutaj jako maleńki duch nawiedzający szpik
i bębenki w uszach żywego mauzoleum?
Godzinami leżałam na boku na zboczu tego oddalonego pagórka na tyłach
najstarszej części Winterson, gdzie jest pochowana matka, wyobrażając
sobie, że powoli otula mnie zwapnienie. Po tym, jak w któreś niedzielne
popołudnie Floyd omal mnie nie rozjechał kosiarką spalinową,
postanowiłam przenieść się bliżej starych, koślawych grobów, stojących
jeden obok drugiego jak krzywe zęby w żuchwie, bo kosiarka nie dałaby
rady tam wjechać, dlatego mogłam bezpiecznie leżeć nieruchomo, skręcona
w rogalik na szarzejących nagrobkach jak półksiężyc na trawiastym
niebie.
Ale to wszystko było przedtem. A teraz jestem szalenie zajęta, bo robię
za ducha.
CZAS ZAMKNIĘCIA
Kilka dni dzieliło mnie od szesnastych urodzin i cieszyłam się, że
koniec, że nie będę więcej piętnastolatką. Za duża presja. Pewnie z winy
Netflixa uważałam się za chodzącą porażkę, bo byłam jeszcze dziewicą i ani trochę nie wyglądałam jak idealnie zadbana dwudziestopięciolatka.
Ani też jak uczestniczka jednego z tych programów, w których laski w moim wieku są umięśnione i mają ten klasyczny styl (czerwone usta i perły w liceum - norma, prawda?). Tamtego dnia siedziałam do późna,
słuchając muzyki, planując dalsze życie po skończeniu szkoły i gładząc
się po nogach, do tego miejsca, gdzie zaczynały się mięśnie i krzywizny
bioder. Dlatego byłam jeszcze totalnie zaspana, gdy następnego ranka
zeszłam na dół na palcach tuż przed południem, wygnana z mojego kokonu
przez głód i świadomość, że w kredensie są pop-tarts, moje ulubione
herbatniki.
- Witaj, Winifred. Jak się masz, drogie dziecko?
Aż podskoczyłam, bo już się zdążyłam dopasować do leniwego, wakacyjnego
rozkładu dnia. Pan Ferguson siedział w kuchni na jednym z dwóch
czerwonych krzeseł przy naszym okrągłym stole. To on kierował wszystkimi
sprawami w Winterson, od nabożeństw w kaplicy po naprawę sprzętu, i ubierał się w krzykliwy garnitur w prążki, który wyglądałby spoko, gdyby
nie to, że prążki były w trzech - ohydnych - odcieniach zieleni. Miał
też kolekcję pionowych zmarszczek żłobiących mu czoło nad brwiami. Kiedy
opierał rękę na blacie stołu, przy którym skutecznie załatwiało się
różne sprawy, zauważyłam, że na nogach ma wciąż swoje wyjściowe buty,
niesamowicie duże i bardzo lśniące.
- Super. A pan jak się miewa, panie Ferguson?
Rzadko kiedy przychodził do krematorium albo do biura, a już z pewnością
nigdy do naszego mieszkania znajdującego się nad tym drugim, kiedy więc
zjawił się we wtorek w południe, od razu nabrałam podejrzeń.
- No cóż, długo by opowiadać, nieprawdaż?
Z wielkim wysiłkiem powstrzymałam się i nie przewróciłam oczami. Co
kieruje ludźmi, że odpowiadają tak pokrętnie na najprostsze pytania? I kto wchodzi do czyjejś kuchni w butach? I pomyśleć, że to ja
wychowywałam się bez matki. Jezu.
Pan Ferguson westchnął i spuścił głowę. Ojciec stał oparty o blat. Z czajnika za jego plecami jeszcze unosiła się para, a z kredensu zostały
wyjęte dwa różne kubki. Wyglądało to tak, jakby zabrał się do szykowania
herbaty, ale przerwał w połowie.
Ferguson uderzył rozpostartą dłonią w stół i stanął na swoich
kajakowatych stopach.
- No to będę się zbierał. Zostawiam was. Thomas? - Wyciągnął tę samą,
lekko zesztywniałą dłoń do taty, który przyjął ją powolnym, meandrującym
ruchem. - Przemyśl, co ci powiedziałem. Najważniejsze to się
przygotować. Nie wolno tracić nadziei, do samego końca.
Tato pokiwał głową, powoli i z namysłem. Również powoli i z namysłem
uścisnął dłoń Fergusonowi.
- No to do widzenia, Winifred. Bądź grzeczna. Pilnujesz cmentarza w naszym imieniu?
Odpowiedziałam uśmiechem, który nie objął moich oczu, bo te wciąż
wbijałam w ojca. Opierałam się o blat jak kwiat ze złamaną łodygą.
Pan Ferguson przeprowadził swoje ogromne buty przez naszą tycią kuchnię,
każdym krokiem pokonując półtorej płytki z linoleum. Na końcu niejako
akrobatycznym ruchem wsunął się do maleńkiego korytarza i zszedł na dół.
Usłyszałam trzask zamykających się za nim drzwi i wreszcie byłam w stanie się poruszyć.
- Co się dzieje, tato?
Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego nalał wrzątku do kubków i osłodził czubatymi łyżeczkami cukru. Otwarłam lodówkę i chwyciłam puszkę
z mlekiem skondensowanym, z dwoma otworami wybitymi w wieczku, i podałam
mu ją. Wiedziałam, że musi upłynąć kilka minut, zanim mi odpowie, więc
usiadłam na krześle, które dopiero co okupował pan Ferguson. Czułam
gołymi nogami, że siedzenie jest jeszcze ciepłe. Tato postawił kubek
przede mną, a potem mnie zadziwił, bo wyciągnął spod stołu drugie
krzesło i postawił swój kubek obok zeszłotygodniowej gazety. Po chwili
siedzieliśmy naprzeciwko siebie, jakbyśmy zamierzali przeprowadzić
rozmowę.
Natychmiast się zaniepokoiłam.
- Co jest? Co się dzieje, tato?
- No więc cmentarz nie bardzo sobie radzi. W sensie biznesowym.
Ta sama, dobrze znana wewnętrzna bitwa, żeby zaoszczędzić słów i jednocześnie je z siebie wyrzucać; w danym momencie nie było to
szczególnie zachęcające. W danym momencie denerwowałam się jeszcze
bardziej niż zwykle i usiłowałam mu pomóc poprzez zadawanie właściwych
pytań.
- Biznesowo? Mówisz o zarabianiu na krematorium?
Przytaknął, wyraźnie wdzięczny za podpowiedź i jednocześnie zirytowany,
że rozmowa nabiera tempa.
- I w ogóle.
- Ale przecież nie mogą zamknąć krematorium, prawda? Ludzie muszą być
gdzieś kremowani.
- Są firmy, które robią to taniej. Ferguson mógłby oszczędzić na
kosztach remontów starego krematorium, tego mieszkania. - Zadarł głowę i omiótł spojrzeniem kuchnię. - I nie musiałby też płacić twojemu
staruszkowi.
- Co? Tato, oni nie dadzą tu rady bez ciebie! - Z chwili na chwilę
zaczęłam panikować i to na maksa.
- To jeszcze nie jest pewne. Dowiemy się kiedyś tam. Pod koniec lata.
- Koniec tego lata? Co jest, do cholery, tato? Co będzie z nami? A nie
mógłby podnieść ceny kremacji? I co z pochówkami?
- Przecież to by nie było w porządku. Nie wolno tak zdzierać z ludzi,
nie w takich czasach.
- Mam to w dupie!
- Nieprawda.
- A właśnie że tak. Każcie im płacić dwa razy tyle. Ja nie chcę się stąd
wyprowadzać!
- Win, wszystko się jakoś rozwiąże. Ja to rozwiążę.
Każde słowo było rzeźbione jednostajnymi ruchami twarzy - usta, policzki
i brwi oklejały samogłoski spółgłoskami jak gliną. Przypominało to próby
porozumiewania się pod wodą.
- No i dokąd byśmy poszli? Tu jest nasz dom! To jest dom Kluchy! Co z nim?
Wskazałam palcem naszego psa rozwalonego na chłodnych kuchennych
płytkach, bo gorączkowo usiłowałam powołać się na coś więcej niż tylko
na siebie w tej kłótni. Stwór ledwie zastrzygł uchem na dźwięk swojego
imienia.
Klucha był mieszańcem mopsa i chihuahuy, którego woziliśmy w metalowym
wózku, bo nam się nie chciało targać jego tłustego tyłka na smyczy.
Dostałam go w prezencie na dziewiąte urodziny od młodszej siostry ojca,
hałaśliwej kobiety o imieniu Ida. Tak naprawdę to wywodził się z sytuacji typu "porzucili go i zwiali", ale wolałam uważać, że był to
gest od serca skądinąd skąpej kobiety. Przed tą wizytą połączoną z wręczeniem psa widziałam Idę zaledwie raz, kiedy spotkaliśmy się z nią
na lunchu w barze z hamburgerami przy autostradzie, bo tato musiał
podpisać jakieś papiery związane z majątkiem ich rodziców.
Uświetniliśmy wtedy moje urodziny starymi filmami i cytrynowym ciastem z bezą; musiałam trzymać to ciasto przez całą noc na blacie, żeby beza
stwardniała i dało się w nią wsadzić świeczki. Kiedy zabrzmiał dzwonek,
oboje z tatą zeszliśmy, żeby otworzyć drzwi; ja miałam nadzieję, że to
listonosz z urodzinowym prezentem od kogoś, a tato się bał, że to coś
związanego z pracą. Wyszło na to, że to ja miałam rację. To była Ida,
która nie dała się zaprosić do środka. Spieszyła się, gnała na zachód,
gdzie miała się spotkać z jakimś emerytowanym strażakiem poznanym na
Tinderze. Z powodu silnej alergii nowego narzeczonego jej otyły
siedmioletni kundel nie mógł jej towarzyszyć w tej podróży.
- No to sobie pomyślałam, kto się lepiej zajmie moją Klusią niż moja
malutka Winifred? Wy nie będziecie się w najbliższym czasie nigdzie
włóczyć, więc psiak będzie tu miał miły dom, wasze towarzystwo i mnóstwo
miejsca do biegania.
Spojrzeliśmy na to coś u jej stóp, co wskazywała palcem, i zobaczyliśmy
tłuste cielsko, które albo spało jak zabite, albo było zabite.
Próbowałam sobie wyobrazić tego psa, jak biegnie; należało wątpić, czy
jego łapy w ogóle pracują - wystawały z fałd sadła niczym patyki ze
zrogowaciałymi korzeniami na końcach. Pochyliłam się, poklepałam go po
jasnobrązowym łbie i zostałam nagrodzona głębokim westchnieniem.
Zadowolona, że pies jednak żyje, uściskałam Idę, ale nie chciało mi się
pytać, dlaczego jej pies płci męskiej wabi się Klucha. Nic mnie to nie
obchodziło. Ida obróciła się na obcasie z zielonej skóry i pomaszerowała
do swojego buicka z pracującym silnikiem, zanim tato zdążył się z nią
przywitać. Patrzyliśmy, jak znika w oddali niczym kometa z ogonem z gumy
i żwiru, jak dwa razy wciska klakson i macha upierścienioną dłonią
wystawioną za okno. A potem spojrzeliśmy znów na górny schodek, na psa,
który przespał moment pożegnania. Tato wziął go na ręce, po czym
stękając i uginając się pod ciężarem, zaniósł grubasa na górę do naszego
mieszkania i ułożył go na kanapie z obiciem w kwiatki.
Byłam przeszczęśliwa.
- To moje najlepsze urodziny!
Naprawdę tak uważałam. Pies nie ruszył się z miejsca do końca dnia,
nawet wtedy, gdy nasadziłam mu na łeb papierową czapeczkę urodzinową.
A teraz mieliśmy skazać go na bezdomność. W mojej głowie skwierczały
miniaturowe, oślepiające eksplozje, jakbym tam miała starą lampę
błyskową. Ogarnęłam sentymentalnym spojrzeniem wnętrze naszej małej, ale
słonecznej kuchni, odnosząc wrażenie, że wszystko jest już maźnięte
niepewnością, a może i zagładą.
I oczywiście oboje wiedzieliśmy, dlaczego ta sytuacja jest tak krytyczna
- bo tu przecież była mama, to znaczy jej prochy w małej metalowej urnie
pochowane nieopodal eleganckiej wierzby, która w zależności od pory roku
płakała bujną zielonością albo kościotrupim żalem. Ciotka Roberta też
była tu pochowana, ale jej grób mogłam odwiedzać tylko od czasu do czasu
i nie czuć się jak dezerter, bo z prawdziwą, żywą wersją Roberty
obcowałam przez wiele lat. Ale mama? Jak moglibyśmy żyć bez niej tuż
obok?
Tato wyciągnął rękę ponad blatem stołu i poklepał mnie po dłoni.
- Coś wymyślimy. Może pojedziemy na zachód, tam gdzie kiedyś mieszkali
moi rodzice. - Wstał i zaczął grzebać w kredensie, szukając czegoś na
obiad. - Spaghetti dzisiaj?
Spaghetti? Obiad? Jak on mógł teraz myśleć o jedzeniu? Jak mógł tak
zwyczajnie wrócić do codziennych zajęć? Miałam wrażenie, że zaraz się
porzygam i że jeśli to zrobię, to będę rzygać sercem. Nie odezwałam się,
a on westchnął.
- Mamy za sobą gorsze rzeczy.
Może on miał. Moje ciężkie przeżycia zostały pogrzebane w amnezji
niemowlęctwa. A teraz sytuacja zrobiła się krytyczna. Całe moje życie
było zagrożone z winy niespinających się budżetów oraz starucha w kraciastych spodniach.
Próbowałam wyobrazić sobie ojca w prawdziwym świecie. I oczyma duszy
zobaczyłam go sterczącego na rogu jakiejś ulicy; miał długą, smutną
brodę przeplecioną szarymi, drucianymi pasemkami i potrząsał puszką, w której grzechotała smętna garstka drobnych monet. Ja grałam na
harmonijce i szurałam nogami, nieudolnie udając, że tańczę w takt
melodii. Klucha spał na zimnym cemencie, a na karku miał tabliczkę z napisem: "Zbieramy na wózek dla mnie". W końcu oczy zaszły mi łzami.
Tato położył mi dłoń na ramieniu.
- Win, może potrzebujemy zmiany. Każdy jej potrzebuje. - Potrząsnął mną
delikatnie, jakby wybudzał mnie z głębokiego snu. - Może nadszedł czas,
żeby coś zmienić.
- Ja nie chcę, żeby akurat to było tą zmianą, której potrzebujemy! -
Usłyszałam swój głos; prawie krzyczałam. - Zmieńmy się w jakiś inny
sposób: przejdźmy na dietę, więcej ćwiczmy, zapiszmy się na zajęcia z dżudo, nauczmy się czytać mapy. Wszystko, tylko nie to.
Wybiegłam z kuchni do dużego pokoju i potem na górę do mojej sypialni.
Wdrapałam się do hamaka, o mały włos zapominając o tym, że trzeba
dotknąć podłogi kolejno każdym paluchem - ale jednak sobie o tym
przypomniałam - i objęłam się ramionami. Hamak zawieszony po skosie w najdalszym rogu pokoju, między jedną krokwią a drugą, zaczął się powoli,
miarowo kołysać i od razu poczułam się lepiej. Nigdy nie miałam
prawdziwego łóżka, tylko ten hamak z frędzlami, które były trochę
postrzępione i brudne na końcach, ale za to mogłam z niego wyglądać
przez okno od frontu. Wybłagałam ten hamak, kiedy byłam mała, bo
chciałam zostać Robinsonem Crusoe - tato, dziwny rodzic, który polega
wyłącznie na własnym zdaniu w kwestiach wychowawczych, natychmiast
wyprawił się do sklepu i mi go kupił.
Powietrze tu na górze było inne i mogłam znowu oddychać.
Do pokoju przez panoramiczne okno zajmujące prawie całą frontową ścianę
wlewał się snop jasnożółtego światła, w którym wirowały koty kurzu
unoszące się od pasiastego dywanika; po chwili opadały, przemykały po
podłogowych deskach i osiadały na półkach biblioteczki, zastawionych
moimi najwspanialszymi skarbami w zakręcanych słoikach. Ten nawyk
gromadzenia rzeczy odziedziczyłam zapewne po dziadku Zlatku. W moim
skarbcu miałam puste ptasie gniazdo przypominające kształtem tornado,
tyle że miniaturowe i uwite z trawy; maleńką czaszkę kruka; dwie gumki
do włosów z koralikami zmętniałymi ze starości, pamiątki po matce;
kamyki o jakby znajomych kształtach... Oprócz słoików posiadałam też
kolekcję komiksów i klasycznych powieści, które wyszperałam ze stosów
książek w sklepie z używanymi rzeczami. Pod skośnym sufitem ozdobionym
ołówkowymi szkicami grobów i gości cmentarza znajdowało się moje biurko
na giętych nóżkach oraz poducha ze sztruksu, na której układałam do snu
Kluchę.
Z tą wyprowadzką to jeszcze nie było nic pewnego, ale sprawa wyglądała
na poważną, skoro pan Ferguson pokwapił się do nas z tą informacją i skoro ojciec raczył mi o tym powiedzieć. Lada chwila miał nadejść lipiec
i zanosiło się na czekanie do września, aż spadnie na nas ostatni cios
topora. Więcej niż miesiąc to wieczność, pocieszałam się, że zostało
jeszcze full czasu w zanadrzu, zanim zacznie się tu stopniowo wciskać
strach. Musiał istnieć jakiś sposób na pozostanie na Winterson, bo życie
po drugiej stronie żelaznego ogrodzenia było okropne - brudne,
wrzaskliwe, zmuszające do decyzji i w ogóle brutalne. Tam wszystko
przytłaczało, a ja byłam za słaba, żeby to udźwignąć.
Wyobrażałam sobie setki sposobów na zarobienie pieniędzy, poczynając od
straganu z lemoniadą przez pracę na pół etatu i wyprzedaże garażowe, a kończąc na kradzieżach kieszonkowych. Wszystko wchodziło w rachubę,
serio. Kiedy na górę przyszedł tato z talerzem spaghetti z kawałkami
parówki, czułam się już lepiej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki