Pieśni żałobne dla umierających dziewcząt - Cherie Dimaline

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DZIEWCZYNA MARTWA, CHOĆ ŻYWA

Jest taka wytwór­nia fil­mowa, w któ­rej czo­łówce chło­piec sie­dzi na pół­księ­życu i zarzuca wędkę do nieba. Tak wła­śnie się czuję w moim pokoju na pod­da­szu, gdy sie­dzę przy oknie i patrzę na prze­ta­cza­jącą się mgłę, na spa­da­jące liście albo na tumany śniegu wiru­jące pośród nagrob­ków. Czuję się jak mały chło­piec, który wpraw­dzie ma wędkę, ale w łowie­niu ryb jest do dupy.

Czy w nie­bie można zło­wić coś do jedze­nia? Na jaką przy­nętę łapie się gwiazdy? Sta­rzy ludzie mawiają, że gwiazdy były kie­dyś ludźmi, więc może tra­fiłby się przo­dek w tej czerni? Na przy­kład jakaś bab­cia wijąca się na haczyku jak pstrąg?

W moim pokoju jest jak w mojej gło­wie - mydło i powi­dło, wszyst­kiego za dużo, tylko ja wiem co i jak. Wyją­tek sta­nowi pies, który tu sypia i czę­sto pier­dzi, a latem nie­stety bywa słabo z cyr­ku­la­cją powie­trza. Do tego mój mózg koniecz­nie chce, żeby tę prze­strzeń wypeł­niały wzory. Wyko­nuję więc dzia­ła­nia mate­ma­tyczne na cyfrach wyświe­tla­ją­cych się na budziku (12:34 to 1 + 2 = 3, a jak jesz­cze dodać 1, to wycho­dzi 4) i coraz waż­niej­sza jest dla mnie syme­tria. (Co wie­czór doty­kam dwa razy czub­kami palu­chów desek pod­łogi, zanim wcią­gnę się cała do hamaka).

Chcia­ła­bym spy­tać tatę o te wzory. Chcia­ła­bym wie­dzieć, czy może matka za dużo liczyła albo czy kiedy dra­pała się po lewym uchu, to może pod­skór­nie wrzała z gniewu, dopóki nie podra­pała się także po pra­wym uchu, z taką samą siłą. Ale to pew­nie będzie jedna z tych roz­mów ury­wa­ją­cych się znie­nacka, pod­czas któ­rych zamiast mówić, sku­bie brodę i powo­lutku odchyla się w tył, dopóki nie uzna, że już się wymik­so­wał z mojej cichej histe­rii.

Na pod­da­szu nie muszę się przej­mo­wać, że kogoś stre­suję. Tu na górze mogę się popła­kać bez powodu albo z wszyst­kich powo­dów naraz. Mogę przy­glą­dać się sobie w lustrze i czuć się silna i słaba jed­no­cze­śnie. Mogę kupić farbę w skle­pie z rze­czami za dolara, nama­lo­wać magiczne drzwi na boaze­rii i naprawdę wie­rzyć, że o pół­nocy się otwo­rzą. I mogę wsu­nąć dłoń mię­dzy nogi, i roz­my­ślać o cudzych dło­niach, które też mogłyby wywo­łać uczu­cie, że coś mnie tam uci­ska i zara­zem szczy­pie. Tu na górze mam prawo korzy­stać z wszel­kich przy­wi­le­jów szes­na­stego roku życia, rów­nież tych, któ­rych świat nie akcep­tuje, i nie pono­sić narzu­ca­nych przez niego kon­se­kwen­cji.

Mam tu swój gów­niany gra­mo­fon, który ktoś chciał wyrzu­cić, z gło­śni­kiem, co trzesz­czy, jakby muzyka wyle­wała się spod pięty cięż­kiego buciora. Pusz­czam sobie płyty, które odzie­dzi­czy­łam po matce - The Smi­ths, The Cure, Red Hot Chili Pep­pers, Tori Amos. Kiedy nakła­dam je na talerz i naj­pierw prze­la­tują pierw­sze winy­lowe rowki, te mil­czące, przed muzyką, a potem gło­śnik nabiera życia i wydaje pierw­sze trzesz­czące takty, mam wra­że­nie, że gra­mo­fon nie­po­strze­że­nie się roz­mo­dlił.

Matka powinna nawie­dzać te ciche rysy dzie­lące pio­senki na jej pły­tach, wbi­jać wia­do­mo­ści alfa­be­tem Morse'a w trza­ski i łomoty z gło­śnika. Zamiast tego nawie­dza ojca, spływa mu po żebrach, wypeł­nia jego kana­liki łzowe, odciąga go daleko, daleko... Odbiera mu słowa, czy­niąc go w pew­nym sen­sie rów­nie mar­twym jak ona.

I dla­tego, kiedy ojciec ma zły dzień, tak zły, że pra­wie widzę ślady jej pal­ców na jego nad­garst­kach, pusz­czam jej płyty na cały regu­la­tor, z nadzieją, że przy­wa­bię ją tu na górę, z nadzieją, że schwy­tam ją w pułapkę lśnią­cych oko­pów jej hym­nów. Może w prze­rwie mię­dzy jed­nym a dru­gim utwo­rem nauczy się śpie­wać. I tym spo­so­bem, nie mając haczyka, tylko samą przy­nętę, wycią­gnę ją z czerni.

Miesz­ka­łam na cmen­ta­rzu razem z ojcem w domu na końcu alejki bie­gną­cej w prawo od fron­to­wej bramy. Nasze miesz­ka­nie znaj­do­wało się nad biu­rem taty i widać było z niego Par­lia­ment Street, a także pierw­szy plan kwa­tery poło­żo­nej naj­bli­żej kaplicy. Zamiesz­ka­li­śmy tam jesz­cze w cza­sie, z któ­rego nie mam żad­nych wspo­mnień, kiedy ojciec stwier­dził, że cmen­tarz to jedyne miej­sce, gdzie może ist­nieć. Żyć mu się nie chciało, ale umrzeć nie było mu wolno, bo mia­łam tylko jego.

Mój ojciec, Tho­mas Bli­ght, był głów­nym ope­ra­to­rem kre­ma­to­rium na Win­ter­son, jed­nym z naj­star­szych cmen­ta­rzy w mie­ście. Spę­dza­łam z tatą mnó­stwo czasu, prze­mie­rza­jąc razem z nim żwi­rowe ścieżki dzie­lące groby na nieme osie­dla. Ale nawet gdy­by­śmy miesz­kali w jakimś cia­snym miesz­kanku w bloku, gdzie tato mógłby się sta­rać wyna­gra­dzać mi brak matki wła­sno­ręcz­nie kle­co­nymi dom­kami dla lalek i jaskra­wo­ró­żo­wymi ścia­nami, jak robią to inni samotni tatu­sio­wie, nawet gdyby jakimś cudem udało nam się zdo­być milion dola­rów i kupić dom z wła­snym pod­jaz­dem w dziel­nicy Cab­ba­ge­town, to i tak włó­czy­ła­bym się za nim do nie­czyn­nej sta­rej kaplicy i rów­nie zapy­zia­łego budynku, w któ­rym mie­ściło się kre­ma­to­rium.

Już w wieku dzie­wię­ciu lat zauwa­ży­łam, że na innych to działa, jak mówisz im o tru­pach pocho­wa­nych na twoim podwórku, i że na cmen­ta­rzu ludzie nabie­rają ochoty na seks.

Mia­łam sześć lat, gdy po raz pierw­szy zoba­czy­łam, jak ludzie to robią. Sie­dzia­łam aku­rat na mar­mu­ro­wej pły­cie w jed­nym z gro­bow­ców i wyja­da­łam płatki śnia­da­niowe Lucky Charms z pla­sti­ko­wego pojem­nika. Włosy mia­łam wtedy w odcie­niu brud­nego blondu, a nie ciem­no­brą­zowe jak teraz, ale za to były obcięte podob­nie - równo i dość krótko, do ramion, z tą róż­nicą, że nosi­łam też pla­sti­kową opa­skę. I kryło się w nich wię­cej koł­tu­nów i jakichś przy­pad­ko­wych papro­chów, raczej wię­cej niż dzi­siaj.

Gro­bo­wiec Mor­ri­so­nów ma becz­kowe skle­pie­nie i kru­szy się jak igloo ukle­pane z wil­got­nego pia­sku. Wpeł­za­łam tam ukrad­kiem, żeby zjeść obok Mor­ri­sona Miał­czyń­skiego, to zna­czy kocich kostek w tru­mience z pudełka po butach, którą ktoś wci­snął tam kilka lat wcze­śniej. Wszy­scy, kogo­kol­wiek bym spy­tała, twier­dzili, że zwie­rzaka nic nie łączyło z wła­ści­cie­lami gro­bowca. Wsa­dze­nie tu tego kota było aktem sen­ty­men­tal­nego wan­da­li­zmu, o któ­rym tato za nic nie chciał donieść, bo miał sła­bość do cudzej żałoby i do ofiar losu. Nie tylko zosta­wił kota w gro­bowcu, w pudełku owi­nię­tym szczel­nie papie­rem pako­wym, z epi­ta­fium wyma­lo­wa­nym mar­ke­rem "Niech miau­czy w spo­koju", ale także zapo­mniał napra­wić roz­bity zamek, co cynicz­nie wyko­rzy­sty­wa­łam - gro­bo­wiec słu­żył mi za świe­tlicę od pią­tego do dwu­na­stego roku życia, kiedy to Floyd, nasz kon­ser­wa­tor, zajął się wresz­cie zam­kiem. Nie da się ukryć, że byłam maka­bryczna, jak nie­jedno dziecko pozba­wione matki.

Tam­tego ranka na cmen­ta­rzu krę­cili się żałob­nicy z pogrzebu pani Botelli. Sie­dzia­łam w gro­bowcu, jadłam i ryso­wa­łam bez­myśl­nie kre­ski na zapiasz­czo­nej posadzce, prze­ga­nia­jąc pal­cami stóp mrówki, kiedy zauwa­ży­łam męż­czy­znę w spodniach opusz­czo­nych do kostek; ryt­micz­nie ude­rzał w kobietę pochy­loną nad jed­nym z gro­bów, w sukience zadar­tej do pasa, z fla­ko­watą pier­sią dyn­da­jącą nad płytą nagrobną. Od pierw­szego praw­dzi­wego poca­łunku dzie­liło mnie wtedy jesz­cze sie­dem lat, ale mój żołą­dek pod­sko­czył gwał­tow­nie, jakby ze stra­chu przed karą za to, że zro­bi­łam coś okrop­nego. Coś okrop­nego, a przy tym eks­cy­tu­ją­cego. Pod­kra­dłam się do okna i patrzy­łam na nich. I nagle zosta­łam nie­jako przy­ła­pana.

Męż­czy­zna zadarł głowę, a potem obró­cił ją w stronę gro­bowca. Spoj­rze­li­śmy sobie w oczy i mleko, które wła­śnie wypeł­niało mi usta, pocie­kło po dol­nej war­dze jak strużka dymu.

- Jasna dupa! - Pod­sko­czył, odry­wa­jąc się od kobiety, i gwał­tow­nym ruchem pod­cią­gnął swoje ele­ganc­kie spodnie w kratę.

- Co się dzieje, Joe? Coś nie tak?

Scho­wa­łam się prędko, ale ich głosy prze­do­sta­wały się przez szcze­liny w spę­ka­nym murze niczym wiatr o zapa­chu mię­to­wej gumy do żucia.

- Małe dziecko, jak Boga kocham! Małe, kurwa, dziecko! O tam.

- O Boże, mówisz poważ­nie?

- Jak naj­po­waż­niej. Wyglą­dam, jak­bym żar­to­wał?

- I gdzie ono poszło? Jezu, Joey, co za dziecko? Któ­reś z tych od Diany?

- Tam, w tam­tej budzie!

Kobieta zasty­gła w trak­cie aran­żo­wa­nia swo­ich nylo­nów i maj­tek, a potem wes­tchnęła.

- Joey, co ty gadasz? To prze­cież krypta. W środku nie ma żad­nych dzieci, no chyba że mar­twe.

- Nie, Angela, przy­się­gam, że je widzia­łem. Wga­piało się pro­sto we mnie upior­nymi oczami. I usta miało całe, bo ja wiem... jakieś takie upa­prane. Aż mi zwiądł ze stra­chu.

- Masz klasę. - Nie­zbor­nymi ruchami popra­wiła ubra­nie i stertę sztucz­nie skrę­co­nych loków na czubku głowy. Po chwili znowu się ode­zwała, tym razem łagod­niej­szym tonem: - Chodź, dogo­nimy tam­tych. Po pro­stu jesteś zde­ner­wo­wany. W końcu to pogrzeb two­jej matki.

- Ale przy­się­gam, że je widzia­łem...

- Ach, daj już spo­kój. To pew­nie był jakiś ptak.

Ten jej macie­rzyń­ski ton brzmiał jed­nak bez­barw­nie, bo prze­ci­skał się przez gumę do żucia. Kiedy odwa­ży­łam się wysu­nąć głowę, kobieta pro­wa­dziła swo­jego towa­rzy­sza w stronę par­kingu, lekko się kole­biąc w poży­czo­nych pan­to­flach na wyso­kim obca­sie. Na posadzce roz­lała się plama mojego śnia­da­nia.

Nie po raz ostatni było tak namięt­nie na cmen­ta­rzu; ludzie obści­ski­wali się tu pod­czas godzin otwar­cia, nocami nasto­latki prze­ska­ki­wały przez ogro­dze­nie, żeby obma­cy­wać się wśród gro­bów, a mię­dzy pogrze­bami i czu­wa­niami docho­dziło nie­kiedy do kopu­la­cji za kaplicą. Tato twier­dził, że to dla­tego, że żałoba robi z czło­wie­kiem dziwne rze­czy, ale ja wie­dzia­łam, że tak jest, bo ludzie to zasad­ni­czo debile.

W mojej wyobraźni tato miał ponad dwa metry wzro­stu, grał w dru­ży­nie Toronto Maple Leafs i w ogóle nie sypiał, bo nie musiał. Kiedy trzeba było wymie­nić kostkę bru­kową w chod­niku, po pro­stu ją obra­biał cio­sami karate. Nocami, kiedy dar­łam się, że jakiś ohydny potwór bębni gałę­zia­stymi pal­cami w okno w moim pokoju, wyry­wał futrynę, ot tak, a potem odła­my­wał kolejno wszyst­kie palce w obu dło­niach bestii. Następ­nego wie­czoru po kola­cji roz­pa­la­li­śmy za domem ogni­sko z tego nawie­dzo­nego drewna i pie­kli­śmy pianki na paty­kach.

Ale wyobraź­nia to jedno, a życie to coś cał­kiem innego.

Tho­mas Bli­ght był może czło­wie­kiem cichym i nie rzu­cał się w oczy, ale obser­wo­wa­nie go było fascy­nu­jące. Po pierw­sze, sta­wiał kroki jak plą­sa­jąca gazela o mega­dłu­gich koń­czy­nach i do tego machał rękami, jakby to były wio­sła ukryte w ręka­wach. A po dru­gie, jak już coś mówił, to w taki spo­sób, jakby każde następne słowo miało ogo­ło­cić jego konto ban­kowe, więc lepiej było go nie wypo­wia­dać. Nawet moje imię wyma­wiał kom­pak­towo - nie "Wini­fred", tylko "Win".

Foto­gra­fię mamy usta­wił na półce nad komin­kiem jak sta­tu­etkę Oscara; fakt, że kochała go kobieta tak piękna, trak­to­wał jako swoje naj­waż­niej­sze życiowe osią­gnię­cie. Moja bab­cia, Faith Tru­deau, była Mety­ską znad Zatoki Jerzego, gdzie białe pia­ski prze­sy­pują się do zie­lo­nych wód jeziora Huron jak cukrowe skały Dover. Dzia­dek nazy­wał się Zlatko Kal­der i był synem rumuń­skiego Roma, któ­rego rodzina przy­była do Kanady pod­czas ostat­niej wiel­kiej fali migra­cyj­nej w 1970 roku. Poznali się, gdy aku­rat prze­jeż­dżał tam­tędy zde­ze­lo­wa­nym pick-upem, na któ­rym urzą­dził swój obwoźny skle­pik z nostal­gią, sku­pu­jąc i sprze­da­jąc stare rze­czy. Stąd wła­śnie wzięły się moje szare oczy prze­ka­zane mi po nim przez matkę, dar od rumuń­skiej ojczy­zny, któ­rej ni­gdy nie chciało mi się poszu­kać na glo­bu­sie.

Matka Zlatka wtedy już nie żyła, a jego ojciec odłą­czył się od taboru, dla­tego nie było nikogo, kto by opro­te­sto­wał mał­żeń­stwo z out­si­derką. Odbyła się skromna cere­mo­nia w kuchni na ple­ba­nii miej­sco­wego księ­dza (opła­cona zega­rem wydo­by­tym z przy­czepy pick-upa tam­tego ranka) i zostali mał­żeń­stwem. Miesz­kali razem do końca swo­ich dni, wycho­wu­jąc swoją jedyną córkę - moją matkę, Mary Bax Kal­der - w rude­rze na obrze­żach jakiejś mie­ściny.

Tato twier­dził, że mama opo­wie­działa mu wszystko o tam­tym domu, który wyda­wał się jak z bajki, bo był pełen popsu­tych zega­rów, hafto­wa­nych kami­ze­lek, man­kie­tów naszy­wa­nych pacior­kami i moka­sy­nów z kora­li­kami. Dziad­ko­wie pro­wa­dzili lom­bard i czer­pali spore zyski w week­end Święta Kró­lo­wej Wik­to­rii, kiedy tury­ści par­ko­wali jeden przy dru­gim na ich kamie­ni­stym pod­jeź­dzie, bar­dzo chcąc przy­wieźć cząstkę tej zwa­rio­wa­nej chatki do mia­sta. Nie mając poję­cia, jakie wtedy obo­wią­zy­wały stroje, wyobra­ża­łam ich sobie w skó­rza­nych kur­tach i spodniach. (Póź­niej zna­la­złam foto­gra­fię, na któ­rej oboje mieli dłu­gie włosy i wyglą­dali, jakby wła­śnie ścią­gnęli do domu z festi­walu hipi­sów w Wood­stock).

Kiedy mama nauczyła się cho­dzić, towary ze skle­piku stały się jej zabaw­kami. Kawa­łek sta­rej koronki kojąco maso­wał jej spuch­nięte dzią­sła, kiedy ząb­ko­wała; zaśmie­wała się na dźwięk, jaki wyda­wały frag­menty zwie­rzę­cych cza­szek przy ude­rze­niu o brzegi żeliw­nej wanny. Dla­tego Kal­de­ro­wie sprze­da­wali teraz tylko więk­sze meble, mało inte­re­su­jące dla ich córki, nad­ra­bia­jąc utra­cone zyski dzięki talen­towi Faith do file­to­wa­nia ryb.

Rybacy z zatoki pod­rzu­cali skrzy­nie i kosze zdo­by­czy z całego dnia i bab­cia wyko­ny­wała to zada­nie z meto­dyczną pre­cy­zją i wielką dumą, pod­pi­su­jąc się nacię­ciem, które zaczy­nało się od płe­twy grzbie­to­wej i bie­gło aż do tyłka ryby, gdzie prze­obra­żało się w ostry zyg­zak przy­po­mi­na­jący literę Z jak Zlatko. Chcąc nie chcąc, stała się Zor­rem file­to­wa­nia, i to tylko dla­tego, że zna­ko­wała każdą rybę swoją miło­ścią. Kiedy usły­sza­łam tę histo­rię, wyobra­zi­łam ją sobie w skó­rza­nej kur­cie i czar­nej opa­sce na oku.

Wszech­świat oka­zy­wał im życz­li­wość przez następne dzie­więt­na­ście lat i byli szczę­śliwi, deku­jąc się w swo­jej krzy­wej chatce peł­nej skar­bów niczym piraci na wyż­szym pozio­mie byto­wym. A potem, tego lata, gdy moja matka poznała mojego ojca i posta­no­wiła towa­rzy­szyć mu w wypra­wie na daleką pół­noc, Faith i Zlatko zgi­nęli w poża­rze, który pochło­nął ich dom i wszyst­kie świe­ci­dełka jed­nym, pręd­kim hau­stem, jakby z powodu odej­ścia trze­ciego domow­nika stra­cili rów­no­wagę i spa­dli ze skraju świata w otchłań.

Mama unik­nęła pożaru, ale i tak umarła, ponie­waż ja ją zabi­łam. Byłam tylko smut­nym, mikrym nowo­rod­kiem, dla­tego mi wyba­czono, jed­nak tato ni­gdy nie prze­stał opła­ki­wać Mary. Sta­wała się boha­terką wszyst­kich histo­rii opo­wia­da­nych mi przed snem, każda księż­niczka miała jej szare oczy i każdy smok jej tem­pe­ra­ment. Ubie­rano mnie w prze­ro­bione rze­czy z szafy Mary. A kiedy skoń­czy­łam pięt­na­ście lat, paso­wały już na mnie ide­al­nie, bo była chuda i niska tak jak ja, z tą róż­nicą, że włosy spły­wały jej cięż­kim brze­mie­niem na plecy. Mnie ni­gdy nie udało się tak zapu­ścić wło­sów; trzeba by było o nie dbać, a do tego nie mia­łam cier­pli­wo­ści. Każ­dego dnia czu­łam ją w spo­sób znacz­nie się róż­niący od tego, jak odczu­wał ją ojciec: rado­sna reszka kon­tra ponury orzeł.

Rosłam poza macicą mojej matki niczym różowa pąkla. Przez pra­wie całą ciążę rodzice prze­by­wali na kana­dyj­skich Tery­to­riach Pół­nocno-Zachod­nich i w swo­jej wyobraźni byłam wtedy kawał­kiem gumy do żucia, który jakiś nie­chlujny bóg przy­le­pił do jej jelit. Póź­niej, kiedy prze­szłam do szó­stej klasy, zaczę­łam się inte­re­so­wać tymi spra­wami i dowie­dzia­łam się, że gdy­bym umarła, zakli­no­waw­szy się w ciem­nych zaka­mar­kach ciała mojej matki (zamiast zwy­czaj­nie spły­nąć z tego maleń­kiego przy­czółka egzy­sten­cji i stać się ofiarą poro­nie­nia), wtedy to ciało robi­łoby wszystko, żeby sobie ze mną pora­dzić. Jego układ odpor­no­ściowy uznałby mojego trupka za zagro­że­nie i zaczął go oble­piać war­stwami wap­nia i mine­ra­łów; mówiąc w skró­cie: zamie­niłby mnie w litho­pe­diona, czyli kamienne dziecko. Sta­ła­bym się pra­wie posą­giem.

Nie prze­sta­wa­łam jed­nak rosnąć, powo­du­jąc skur­cze i zawsty­dza­jącą nie­zdol­ność do utrzy­ma­nia nawet śla­do­wej ilo­ści sików. Łoży­sko pozba­wione tego dobra, jakim jest miła, mię­ciutka macica, przy­le­piło się do kilku narzą­dów: do jed­nej nerki, frag­mentu jelita i boku prze­pra­co­wa­nego pęche­rza moczo­wego. Po trzy­dzie­stu tygo­dniach matka nie zaczęła rodzić, tylko stra­ciła przy­tom­ność. Oboje z tatą wró­cili już wtedy do Toronto, żebym mogła się uro­dzić w szpi­talu. Tato natych­miast zawiózł mamę na ostry dyżur. Po godzi­nie wyjęto mnie z głę­bo­kiego roz­cię­cia, zakrzy­wio­nego, czer­wo­nego i groź­nego, które wyglą­dało jak dodat­kowe żebro nary­so­wane przez dziecko. A mojej matce obumarł mózg.

- Wła­śnie wró­ci­li­śmy z pół­nocy - opo­wia­dał mi tato, prze­dzie­ra­jąc się przez tę bole­sną histo­rię krót­kimi zda­niami zbu­do­wa­nymi ze sta­ran­nie dobra­nych słów. - Wie­dzie­li­śmy, że tam jesteś, tylko nie wie­dzie­li­śmy, gdzie dokład­nie. Po pro­stu coś zakła­da­li­śmy, rozu­miesz? Nie było czasu na wezwa­nie leka­rza. Wszystko wyda­wało się w porządku. A potem koniec. Jed­nego dnia. Po wszyst­kim. I zosta­li­śmy tylko ty i ja.

Każde słowo było zwa­loną kłodą, którą musiał wywle­kać z pamięci bar­dzo ostroż­nie, bo ina­czej woda mogłaby roz­sa­dzić tamę, a on stra­ciłby kon­trolę.

- Cze­ka­łem trzy dni, zanim pozwo­li­łem im ją odłą­czyć, cze­ka­łem, aż będziesz mogła opu­ścić oddział nowo­rod­ków. Wie­dzia­łem, kiedy kła­dłem cię na jej piersi, że to koniec. Nie ruszała się. Gdyby jesz­cze tam była, toby cię przy­tu­liła, choćby nie wiem co.

Przy­znam, że kiedy byłam młod­sza, naba­wi­łam się obse­sji na punk­cie litho­pe­dio­nów, kamien­nych dzieci, które cza­sami tkwiły nie­wy­kryte w brzu­chu matki do końca jej życia. Czy­ta­łam na ten temat wszystko, co tylko wpa­dło mi w ręce: stare bro­szury medyczne znaj­do­wane w anty­kwa­ria­tach, ency­klo­pe­die w biblio­tece oraz - naj­lep­sze źró­dło naj­więk­szych dzi­wactw - Inter­net. Ta obse­sja wręcz nie pozwa­lała mi żyć, bo stale wymy­śla­łam sce­na­riu­sze i alter­na­tywne zakoń­cze­nia. Na przy­kład co by było, gdy­bym odmó­wiła przyj­ścia na świat? Albo gdy­bym to nie ja zabiła matkę, tylko ona mnie, powle­ka­jąc mój pło­dowy szkie­le­cik twardą sko­rupą i zamie­nia­jąc go w coś podob­nego do ostrygi z kawa­ląt­kiem mięk­kiego mięsa w środku? Pró­bo­wa­łam sobie wyobra­zić, jakby to wyglą­dało, gdy­bym się zamie­niła w zmu­mi­fi­ko­wany płód, nie­ru­chomy jak pień drzewa w mat­czy­nych wnętrz­no­ściach. Czy moje palce zro­słyby się jak u małych syre­nek, któ­rych wize­runki znaj­do­wa­łam w sieci? Czy moje powieki pozo­sta­łyby na zawsze zamknięte jak u szcze­niaka, który ni­gdy nie dorósł? Czy wciąż była­bym tutaj jako maleńki duch nawie­dza­jący szpik i bębenki w uszach żywego mau­zo­leum?

Godzi­nami leża­łam na boku na zbo­czu tego odda­lo­nego pagórka na tyłach naj­star­szej czę­ści Win­ter­son, gdzie jest pocho­wana matka, wyobra­ża­jąc sobie, że powoli otula mnie zwap­nie­nie. Po tym, jak w któ­reś nie­dzielne popo­łu­dnie Floyd omal mnie nie roz­je­chał kosiarką spa­li­nową, posta­no­wi­łam prze­nieść się bli­żej sta­rych, kośla­wych gro­bów, sto­ją­cych jeden obok dru­giego jak krzywe zęby w żuchwie, bo kosiarka nie dałaby rady tam wje­chać, dla­tego mogłam bez­piecz­nie leżeć nie­ru­chomo, skrę­cona w roga­lik na sza­rze­ją­cych nagrob­kach jak pół­księ­życ na tra­wia­stym nie­bie.

Ale to wszystko było przed­tem. A teraz jestem sza­le­nie zajęta, bo robię za ducha.

CZAS ZAMKNIĘCIA

Kilka dni dzie­liło mnie od szes­na­stych uro­dzin i cie­szy­łam się, że koniec, że nie będę wię­cej pięt­na­sto­latką. Za duża pre­sja. Pew­nie z winy Net­flixa uwa­ża­łam się za cho­dzącą porażkę, bo byłam jesz­cze dzie­wicą i ani tro­chę nie wyglą­da­łam jak ide­al­nie zadbana dwu­dzie­sto­pię­cio­latka. Ani też jak uczest­niczka jed­nego z tych pro­gra­mów, w któ­rych laski w moim wieku są umię­śnione i mają ten kla­syczny styl (czer­wone usta i perły w liceum - norma, prawda?). Tam­tego dnia sie­dzia­łam do późna, słu­cha­jąc muzyki, pla­nu­jąc dal­sze życie po skoń­cze­niu szkoły i gła­dząc się po nogach, do tego miej­sca, gdzie zaczy­nały się mię­śnie i krzy­wi­zny bio­der. Dla­tego byłam jesz­cze total­nie zaspana, gdy następ­nego ranka zeszłam na dół na pal­cach tuż przed połu­dniem, wygnana z mojego kokonu przez głód i świa­do­mość, że w kre­den­sie są pop-tarts, moje ulu­bione her­bat­niki.

- Witaj, Wini­fred. Jak się masz, dro­gie dziecko?

Aż pod­sko­czy­łam, bo już się zdą­ży­łam dopa­so­wać do leni­wego, waka­cyj­nego roz­kładu dnia. Pan Fer­gu­son sie­dział w kuchni na jed­nym z dwóch czer­wo­nych krze­seł przy naszym okrą­głym stole. To on kie­ro­wał wszyst­kimi spra­wami w Win­ter­son, od nabo­żeństw w kaplicy po naprawę sprzętu, i ubie­rał się w krzy­kliwy gar­ni­tur w prążki, który wyglą­dałby spoko, gdyby nie to, że prążki były w trzech - ohyd­nych - odcie­niach zie­leni. Miał też kolek­cję pio­no­wych zmarsz­czek żło­bią­cych mu czoło nad brwiami. Kiedy opie­rał rękę na bla­cie stołu, przy któ­rym sku­tecz­nie zała­twiało się różne sprawy, zauwa­ży­łam, że na nogach ma wciąż swoje wyj­ściowe buty, nie­sa­mo­wi­cie duże i bar­dzo lśniące.

- Super. A pan jak się miewa, panie Fer­gu­son?

Rzadko kiedy przy­cho­dził do kre­ma­to­rium albo do biura, a już z pew­no­ścią ni­gdy do naszego miesz­ka­nia znaj­du­ją­cego się nad tym dru­gim, kiedy więc zja­wił się we wto­rek w połu­dnie, od razu nabra­łam podej­rzeń.

- No cóż, długo by opo­wia­dać, nie­praw­daż?

Z wiel­kim wysił­kiem powstrzy­ma­łam się i nie prze­wró­ci­łam oczami. Co kie­ruje ludźmi, że odpo­wia­dają tak pokręt­nie na naj­prost­sze pyta­nia? I kto wcho­dzi do czy­jejś kuchni w butach? I pomy­śleć, że to ja wycho­wy­wa­łam się bez matki. Jezu.

Pan Fer­gu­son wes­tchnął i spu­ścił głowę. Ojciec stał oparty o blat. Z czaj­nika za jego ple­cami jesz­cze uno­siła się para, a z kre­densu zostały wyjęte dwa różne kubki. Wyglą­dało to tak, jakby zabrał się do szy­ko­wa­nia her­baty, ale prze­rwał w poło­wie.

Fer­gu­son ude­rzył roz­po­startą dło­nią w stół i sta­nął na swo­ich kaja­ko­wa­tych sto­pach.

- No to będę się zbie­rał. Zosta­wiam was. Tho­mas? - Wycią­gnął tę samą, lekko zesztyw­niałą dłoń do taty, który przy­jął ją powol­nym, mean­dru­ją­cym ruchem. - Prze­myśl, co ci powie­dzia­łem. Naj­waż­niej­sze to się przy­go­to­wać. Nie wolno tra­cić nadziei, do samego końca.

Tato poki­wał głową, powoli i z namy­słem. Rów­nież powoli i z namy­słem uści­snął dłoń Fer­gu­so­nowi.

- No to do widze­nia, Wini­fred. Bądź grzeczna. Pil­nu­jesz cmen­ta­rza w naszym imie­niu?

Odpo­wie­dzia­łam uśmie­chem, który nie objął moich oczu, bo te wciąż wbi­ja­łam w ojca. Opie­ra­łam się o blat jak kwiat ze zła­maną łodygą.

Pan Fer­gu­son prze­pro­wa­dził swoje ogromne buty przez naszą tycią kuch­nię, każ­dym kro­kiem poko­nu­jąc pół­to­rej płytki z lino­leum. Na końcu nie­jako akro­ba­tycz­nym ruchem wsu­nął się do maleń­kiego kory­ta­rza i zszedł na dół. Usły­sza­łam trzask zamy­ka­ją­cych się za nim drzwi i wresz­cie byłam w sta­nie się poru­szyć.

- Co się dzieje, tato?

Nie odpo­wie­dział od razu. Zamiast tego nalał wrzątku do kub­ków i osło­dził czu­ba­tymi łyżecz­kami cukru. Otwar­łam lodówkę i chwy­ci­łam puszkę z mle­kiem skon­den­so­wa­nym, z dwoma otwo­rami wybi­tymi w wieczku, i poda­łam mu ją. Wie­dzia­łam, że musi upły­nąć kilka minut, zanim mi odpo­wie, więc usia­dłam na krze­śle, które dopiero co oku­po­wał pan Fer­gu­son. Czu­łam gołymi nogami, że sie­dze­nie jest jesz­cze cie­płe. Tato posta­wił kubek przede mną, a potem mnie zadzi­wił, bo wycią­gnął spod stołu dru­gie krze­sło i posta­wił swój kubek obok zeszło­ty­go­dnio­wej gazety. Po chwili sie­dzie­li­śmy naprze­ciwko sie­bie, jak­by­śmy zamie­rzali prze­pro­wa­dzić roz­mowę.

Natych­miast się zanie­po­ko­iłam.

- Co jest? Co się dzieje, tato?

- No więc cmen­tarz nie bar­dzo sobie radzi. W sen­sie biz­ne­so­wym.

Ta sama, dobrze znana wewnętrzna bitwa, żeby zaosz­czę­dzić słów i jed­no­cze­śnie je z sie­bie wyrzu­cać; w danym momen­cie nie było to szcze­gól­nie zachę­ca­jące. W danym momen­cie dener­wo­wa­łam się jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle i usi­ło­wa­łam mu pomóc poprzez zada­wa­nie wła­ści­wych pytań.

- Biz­ne­sowo? Mówisz o zara­bia­niu na kre­ma­to­rium?

Przy­tak­nął, wyraź­nie wdzięczny za pod­po­wiedź i jed­no­cze­śnie ziry­to­wany, że roz­mowa nabiera tempa.

- I w ogóle.

- Ale prze­cież nie mogą zamknąć kre­ma­to­rium, prawda? Ludzie muszą być gdzieś kre­mo­wani.

- Są firmy, które robią to taniej. Fer­gu­son mógłby oszczę­dzić na kosz­tach remon­tów sta­rego kre­ma­to­rium, tego miesz­ka­nia. - Zadarł głowę i omiótł spoj­rze­niem kuch­nię. - I nie musiałby też pła­cić two­jemu sta­rusz­kowi.

- Co? Tato, oni nie dadzą tu rady bez cie­bie! - Z chwili na chwilę zaczę­łam pani­ko­wać i to na maksa.

- To jesz­cze nie jest pewne. Dowiemy się kie­dyś tam. Pod koniec lata.

- Koniec tego lata? Co jest, do cho­lery, tato? Co będzie z nami? A nie mógłby pod­nieść ceny kre­ma­cji? I co z pochów­kami?

- Prze­cież to by nie było w porządku. Nie wolno tak zdzie­rać z ludzi, nie w takich cza­sach.

- Mam to w dupie!

- Nie­prawda.

- A wła­śnie że tak. Każ­cie im pła­cić dwa razy tyle. Ja nie chcę się stąd wypro­wa­dzać!

- Win, wszystko się jakoś roz­wiąże. Ja to roz­wiążę.

Każde słowo było rzeź­bione jed­no­staj­nymi ruchami twa­rzy - usta, policzki i brwi okle­jały samo­gło­ski spół­gło­skami jak gliną. Przy­po­mi­nało to próby poro­zu­mie­wa­nia się pod wodą.

- No i dokąd byśmy poszli? Tu jest nasz dom! To jest dom Klu­chy! Co z nim?

Wska­za­łam pal­cem naszego psa roz­wa­lo­nego na chłod­nych kuchen­nych płyt­kach, bo gorącz­kowo usi­ło­wa­łam powo­łać się na coś wię­cej niż tylko na sie­bie w tej kłótni. Stwór led­wie zastrzygł uchem na dźwięk swo­jego imie­nia.

Klu­cha był mie­szań­cem mopsa i chi­hu­ahuy, któ­rego wozi­li­śmy w meta­lo­wym wózku, bo nam się nie chciało tar­gać jego tłu­stego tyłka na smy­czy. Dosta­łam go w pre­zen­cie na dzie­wiąte uro­dziny od młod­szej sio­stry ojca, hała­śli­wej kobiety o imie­niu Ida. Tak naprawdę to wywo­dził się z sytu­acji typu "porzu­cili go i zwiali", ale wola­łam uwa­żać, że był to gest od serca skąd­inąd ską­pej kobiety. Przed tą wizytą połą­czoną z wrę­cze­niem psa widzia­łam Idę zale­d­wie raz, kiedy spo­tka­li­śmy się z nią na lun­chu w barze z ham­bur­ge­rami przy auto­stra­dzie, bo tato musiał pod­pi­sać jakieś papiery zwią­zane z mająt­kiem ich rodzi­ców.

Uświet­ni­li­śmy wtedy moje uro­dziny sta­rymi fil­mami i cytry­no­wym cia­stem z bezą; musia­łam trzy­mać to cia­sto przez całą noc na bla­cie, żeby beza stward­niała i dało się w nią wsa­dzić świeczki. Kiedy zabrzmiał dzwo­nek, oboje z tatą zeszli­śmy, żeby otwo­rzyć drzwi; ja mia­łam nadzieję, że to listo­nosz z uro­dzi­no­wym pre­zen­tem od kogoś, a tato się bał, że to coś zwią­za­nego z pracą. Wyszło na to, że to ja mia­łam rację. To była Ida, która nie dała się zapro­sić do środka. Spie­szyła się, gnała na zachód, gdzie miała się spo­tkać z jakimś eme­ry­to­wa­nym stra­ża­kiem pozna­nym na Tin­de­rze. Z powodu sil­nej aler­gii nowego narze­czo­nego jej otyły sied­mio­letni kun­del nie mógł jej towa­rzy­szyć w tej podróży.

- No to sobie pomy­śla­łam, kto się lepiej zaj­mie moją Klu­sią niż moja malutka Wini­fred? Wy nie będzie­cie się w naj­bliż­szym cza­sie ni­gdzie włó­czyć, więc psiak będzie tu miał miły dom, wasze towa­rzy­stwo i mnó­stwo miej­sca do bie­ga­nia.

Spoj­rze­li­śmy na to coś u jej stóp, co wska­zy­wała pal­cem, i zoba­czy­li­śmy tłu­ste ciel­sko, które albo spało jak zabite, albo było zabite. Pró­bo­wa­łam sobie wyobra­zić tego psa, jak bie­gnie; nale­żało wąt­pić, czy jego łapy w ogóle pra­cują - wysta­wały z fałd sadła niczym patyki ze zro­go­wa­cia­łymi korze­niami na koń­cach. Pochy­li­łam się, pokle­pa­łam go po jasno­brą­zo­wym łbie i zosta­łam nagro­dzona głę­bo­kim wes­tchnie­niem. Zado­wo­lona, że pies jed­nak żyje, uści­ska­łam Idę, ale nie chciało mi się pytać, dla­czego jej pies płci męskiej wabi się Klu­cha. Nic mnie to nie obcho­dziło. Ida obró­ciła się na obca­sie z zie­lo­nej skóry i poma­sze­ro­wała do swo­jego buicka z pra­cującym sil­ni­kiem, zanim tato zdą­żył się z nią przy­wi­tać. Patrzy­li­śmy, jak znika w oddali niczym kometa z ogo­nem z gumy i żwiru, jak dwa razy wci­ska klak­son i macha upier­ście­nioną dło­nią wysta­wioną za okno. A potem spoj­rze­li­śmy znów na górny scho­dek, na psa, który prze­spał moment poże­gna­nia. Tato wziął go na ręce, po czym stę­ka­jąc i ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem, zaniósł gru­basa na górę do naszego miesz­ka­nia i uło­żył go na kana­pie z obi­ciem w kwiatki.

Byłam prze­szczę­śliwa.

- To moje naj­lep­sze uro­dziny!

Naprawdę tak uwa­ża­łam. Pies nie ruszył się z miej­sca do końca dnia, nawet wtedy, gdy nasa­dzi­łam mu na łeb papie­rową cza­peczkę uro­dzi­nową.

A teraz mie­li­śmy ska­zać go na bez­dom­ność. W mojej gło­wie skwier­czały minia­tu­rowe, ośle­pia­jące eks­plo­zje, jak­bym tam miała starą lampę bły­skową. Ogar­nę­łam sen­ty­men­tal­nym spoj­rze­niem wnę­trze naszej małej, ale sło­necz­nej kuchni, odno­sząc wra­że­nie, że wszystko jest już maź­nięte nie­pew­no­ścią, a może i zagładą.

I oczy­wi­ście oboje wie­dzie­li­śmy, dla­czego ta sytu­acja jest tak kry­tyczna - bo tu prze­cież była mama, to zna­czy jej pro­chy w małej meta­lo­wej urnie pocho­wane nie­opo­dal ele­ganc­kiej wierzby, która w zależ­no­ści od pory roku pła­kała bujną zie­lo­no­ścią albo kościo­tru­pim żalem. Ciotka Roberta też była tu pocho­wana, ale jej grób mogłam odwie­dzać tylko od czasu do czasu i nie czuć się jak dezer­ter, bo z praw­dziwą, żywą wer­sją Roberty obco­wa­łam przez wiele lat. Ale mama? Jak mogli­by­śmy żyć bez niej tuż obok?

Tato wycią­gnął rękę ponad bla­tem stołu i pokle­pał mnie po dłoni.

- Coś wymy­ślimy. Może poje­dziemy na zachód, tam gdzie kie­dyś miesz­kali moi rodzice. - Wstał i zaczął grze­bać w kre­den­sie, szu­ka­jąc cze­goś na obiad. - Spa­ghetti dzi­siaj?

Spa­ghetti? Obiad? Jak on mógł teraz myśleć o jedze­niu? Jak mógł tak zwy­czaj­nie wró­cić do codzien­nych zajęć? Mia­łam wra­że­nie, że zaraz się porzy­gam i że jeśli to zro­bię, to będę rzy­gać ser­cem. Nie ode­zwa­łam się, a on wes­tchnął.

- Mamy za sobą gor­sze rze­czy.

Może on miał. Moje cięż­kie prze­ży­cia zostały pogrze­bane w amne­zji nie­mow­lęc­twa. A teraz sytu­acja zro­biła się kry­tyczna. Całe moje życie było zagro­żone z winy nie­spi­na­ją­cych się budże­tów oraz sta­ru­cha w kra­cia­stych spodniach.

Pró­bo­wa­łam wyobra­zić sobie ojca w praw­dzi­wym świe­cie. I oczyma duszy zoba­czy­łam go ster­czą­cego na rogu jakiejś ulicy; miał długą, smutną brodę prze­ple­cioną sza­rymi, dru­cia­nymi pasem­kami i potrzą­sał puszką, w któ­rej grze­cho­tała smętna garstka drob­nych monet. Ja gra­łam na har­mo­nijce i szu­ra­łam nogami, nie­udol­nie uda­jąc, że tań­czę w takt melo­dii. Klu­cha spał na zim­nym cemen­cie, a na karku miał tabliczkę z napi­sem: "Zbie­ramy na wózek dla mnie". W końcu oczy zaszły mi łzami.

Tato poło­żył mi dłoń na ramie­niu.

- Win, może potrze­bu­jemy zmiany. Każdy jej potrze­buje. - Potrzą­snął mną deli­kat­nie, jakby wybu­dzał mnie z głę­bo­kiego snu. - Może nad­szedł czas, żeby coś zmie­nić.

- Ja nie chcę, żeby aku­rat to było tą zmianą, któ­rej potrze­bu­jemy! - Usły­sza­łam swój głos; pra­wie krzy­cza­łam. - Zmieńmy się w jakiś inny spo­sób: przejdźmy na dietę, wię­cej ćwiczmy, zapiszmy się na zaję­cia z dżudo, nauczmy się czy­tać mapy. Wszystko, tylko nie to.

Wybie­głam z kuchni do dużego pokoju i potem na górę do mojej sypialni. Wdra­pa­łam się do hamaka, o mały włos zapo­mi­na­jąc o tym, że trzeba dotknąć pod­łogi kolejno każ­dym palu­chem - ale jed­nak sobie o tym przy­po­mnia­łam - i obję­łam się ramio­nami. Hamak zawie­szony po sko­sie w naj­dal­szym rogu pokoju, mię­dzy jedną kro­kwią a drugą, zaczął się powoli, mia­rowo koły­sać i od razu poczu­łam się lepiej. Ni­gdy nie mia­łam praw­dzi­wego łóżka, tylko ten hamak z frędz­lami, które były tro­chę postrzę­pione i brudne na koń­cach, ale za to mogłam z niego wyglą­dać przez okno od frontu. Wybła­ga­łam ten hamak, kiedy byłam mała, bo chcia­łam zostać Robin­so­nem Cru­soe - tato, dziwny rodzic, który polega wyłącz­nie na wła­snym zda­niu w kwe­stiach wycho­waw­czych, natych­miast wypra­wił się do sklepu i mi go kupił.

Powie­trze tu na górze było inne i mogłam znowu oddy­chać.

Do pokoju przez pano­ra­miczne okno zaj­mu­jące pra­wie całą fron­tową ścianę wle­wał się snop jasno­żół­tego świa­tła, w któ­rym wiro­wały koty kurzu uno­szące się od pasia­stego dywa­nika; po chwili opa­dały, prze­my­kały po pod­ło­go­wych deskach i osia­dały na pół­kach biblio­teczki, zasta­wio­nych moimi naj­wspa­nial­szymi skar­bami w zakrę­ca­nych sło­ikach. Ten nawyk gro­ma­dze­nia rze­czy odzie­dzi­czy­łam zapewne po dziadku Zlatku. W moim skarbcu mia­łam puste pta­sie gniazdo przy­po­mi­na­jące kształ­tem tor­nado, tyle że minia­tu­rowe i uwite z trawy; maleńką czaszkę kruka; dwie gumki do wło­sów z kora­li­kami zmęt­nia­łymi ze sta­ro­ści, pamiątki po matce; kamyki o jakby zna­jo­mych kształ­tach... Oprócz sło­ików posia­da­łam też kolek­cję komik­sów i kla­sycz­nych powie­ści, które wyszpe­ra­łam ze sto­sów ksią­żek w skle­pie z uży­wa­nymi rze­czami. Pod sko­śnym sufi­tem ozdo­bio­nym ołów­ko­wymi szki­cami gro­bów i gości cmen­ta­rza znaj­do­wało się moje biurko na gię­tych nóż­kach oraz podu­cha ze sztruksu, na któ­rej ukła­da­łam do snu Klu­chę.

Z tą wypro­wadzką to jesz­cze nie było nic pew­nego, ale sprawa wyglą­dała na poważną, skoro pan Fer­gu­son pokwa­pił się do nas z tą infor­ma­cją i skoro ojciec raczył mi o tym powie­dzieć. Lada chwila miał nadejść lipiec i zano­siło się na cze­ka­nie do wrze­śnia, aż spad­nie na nas ostatni cios topora. Wię­cej niż mie­siąc to wiecz­ność, pocie­sza­łam się, że zostało jesz­cze full czasu w zana­drzu, zanim zacznie się tu stop­niowo wci­skać strach. Musiał ist­nieć jakiś spo­sób na pozo­sta­nie na Win­ter­son, bo życie po dru­giej stro­nie żela­znego ogro­dze­nia było okropne - brudne, wrza­skliwe, zmu­sza­jące do decy­zji i w ogóle bru­talne. Tam wszystko przy­tła­czało, a ja byłam za słaba, żeby to udźwi­gnąć.

Wyobra­ża­łam sobie setki spo­so­bów na zaro­bie­nie pie­nię­dzy, poczy­na­jąc od stra­ganu z lemo­niadą przez pracę na pół etatu i wyprze­daże gara­żowe, a koń­cząc na kra­dzie­żach kie­szon­ko­wych. Wszystko wcho­dziło w rachubę, serio. Kiedy na górę przy­szedł tato z tale­rzem spa­ghetti z kawał­kami parówki, czu­łam się już lepiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki