Pieśni bełkotu - Erwin Mortier

-
Proszę czekać

Mama zro­biła mi dzi­siaj od­ku­rza­nie. Myślała, że je­stem me­blem. Może ko­modą albo starą ku­chenką. Prze­je­chała ja­skra­wożółtą szmatką po gu­zi­kach mo­jej ko­szu­li aż pod szyję, za­winęła nią wokół mo­ich uszu, od­ku­rzyła brodę. Po­tem dała mi znak, żebym otwo­rzył usta - wcisnęła do środ­ka ście­reczkę i za­po­mniała o nas.

*

Leży na so­fie przy­kry­tej ple­dem, dziw­nie wyciągnięta na po­dusz­ce. Oj­ciec mówi: Nie po­lep­sza się. Po­chy­lam się nad jej twarzą i py­tam: Wiesz, kim je­stem? Uśmie­cha się, lek­kie wygięcie ust, z których pra­wie zniknęły war­gi.

Skinęła głową. Tak, mówi, wiem.

Jej uśmiech roz­sze­rza się, jak­by pom­po­wał krew do warg i ob­le­kał zęby w dziąsła. Oczy jak cy­no­we mo­ne­ty, za­mglo­ne i nie­dostępne, pod­noszą się między po­wie­ka­mi, które już się nie łuszczą, nie mają wy­prysków i od­zy­skały rzęsy. Za­pad­nięte po­licz­ki za­okrąglają się. Uśmiech jak­by płynął przez członki, wygładzał zmarszcz­ki wcześnie po­sta­rzałego ciała i napełniał tkan­ki roz­bry­kaną radością małej dziew­czyn­ki.

Wsta­je, klasz­cze. Chce tańczyć.

Ma­cha rękami, wzdy­cha, ma w oczach za­chwyt dziec­ka, które do­pie­ro co na­uczyło się cho­dzić i dum­nie spa­ce­ru­je po ścieżkach w ogro­dzie. Na­gle roz­jeżdżają się jej nogi, z tru­dem się pod­no­si - i zno­wu osu­wa, i jesz­cze raz.

Te­raz upa­da w ra­mio­na mo­je­go ojca, chi­chocząc, jak­by za dużo wypiła, po­tem zno­wu tyłem prze­wra­ca się na mnie. Pod­ciągam ją, pod­trzy­mując pod pa­cha­mi. Wierz­ga, szu­ka sto­pa­mi opar­cia, jej po­ty­li­ca prze­ta­cza się po mo­jej pier­si to w jedną, to w drugą stronę, jak o wie­le za duża głowa nie­mowlęcia na luźnych jesz­cze kręgach. Mięśnie, bezwładne stru­ny za­wie­szo­ne na kościach, drżą, sztyw­nieją, słabną, od­dech pojękuje w jej tułowiu, dłoniach, spuch­nięte pal­ce za­ci­skają się wokół mo­jej dłoni. Oj­ciec lek­ko się uśmie­cha, szu­ka krzesła, żeby ją na nim po­sa­dzić.

Budzę się i za­uważam, że we śnie płakałem.

*

Śmierć, która za­siadła przy sto­le, ma na imię mama. Sie­dzi u szczy­tu stołu, w mamy i na­szych ubra­niach, na miej­scu, którego żąda dla sie­bie już od mie­sięcy, z wi­do­kiem na mamę człapiącą od drzwi wejścio­wych do ja­dal­ni. Mama, prze­ziębio­na wro­na, z tą łzą wiszącą na dzio­bie. Na­sze gniaz­do, nie­gdyś ta­kie pulch­ne: zde­for­mo­wa­na klat­ka z rdze­wiejącym me­cha­nicz­nym słowi­kiem.

*

W te usta wpa­try­wałem się Bóg wie jak długo, kie­dy jesz­cze leżałem w kołysce. Te usta gim­na­sty­ko­wały się, pieszcząc, śpie­wając kołysan­ki, szepcząc, i sta­wiały mnie na nogi na śli­skiej ta­fli słów. Te usta ogołacają te­raz jej mowę z liści, roz­bie­rają słowa głoska po głosce, zo­sta­je sa­pa­nie, zgrzy­ta­nie zębami, mla­ska­nie. Cza­sem, kie­dy wy­mam­ro­ce kaszkę z pełnej buzi, ja je­stem tym, który słucha i chu­s­teczką ście­ra jej z bro­dy słowny mus.

*

Za­czy­na się - ale jak coś ta­kie­go się za­czy­na, ja­kie są pierw­sze ozna­ki? Za­czy­na się od słowa "książka", słowa, którego nie może so­bie przy­po­mnieć, kie­dy pew­ne­go dnia w południe stoi przed moim regałem z książkami i pyta, kie­dy ja jesz­cze jedną, wiesz, taką rzecz, czy wkrótce zno­wu jakąś - przykłada do sie­bie wy­pro­sto­wa­ne dłonie, roz­wie­ra je i składa z po­wro­tem. Czy zro­bię jesz­cze jedną, na­piszę, jak się to na­zy­wa. Sztur­cha ojca łokciem. Ty po­wiedz, wiesz, o co cho­dzi.

*

Myślę: po­wi­nie­nem usiąść na­prze­ciw niej, tam, gdzie zwy­kle sie­dzi oj­ciec, wte­dy za­uważy, że ktoś tu jest. Tyl­ko kie­dy zbliżę swoją twarz do jej twa­rzy, wy­da­je mi się, że upo­rczy­wa mgła w jej oczach prze­cie­ra się.

Mówię, tak często ostat­nio to mówię: Po­zna­jesz mnie jesz­cze? Wiesz, kim je­stem?

Kiwa głową, uśmie­cha się, a ja py­tam: Był u cie­bie Marc? Zno­wu kiwa głową. Tak, mówi. Pierw­sze słowo od półtora mie­siąca. A co Marc przy­szedł robić w piątek?

Wzru­sza ra­mio­na­mi. Nie wiem, nie wiem, mówi, wy­krzy­wia twarz i płacze.

Biorę ją za rękę. Dla­cze­go płaczesz? Nie martw się, prze­cież tu je­steśmy. Wte­dy wcho­dzi oj­ciec. Ona podąża za nim wzro­kiem od sza­fy do stołu, ani na chwilę nie spusz­cza go z oka.

Myślę, że wie bar­dzo dużo, mówi oj­ciec.

*

Za­uważam, że piszę po to tyl­ko, aby usłyszeć zda­nia, które bez po­tknięć przepływają przez moją głowę. By słyszeć śpiew ryt­mu, przy­spie­sze­nia, spo­wol­nie­nia, pau­zy. Wy­pusz­czam te słowa po to, aby na chwilę za­wisnąć na myślni­kach - tra­pe­zach składni - w sta­nie nie­ważkości u szczy­tu zda­nia. Cóż za błogość, móc jak tre­so­wa­na małpa w wil­got­nych la­sach tro­pi­kal­nych języka prze­ska­ki­wać z lia­ny na lianę.

*

A może to się zaczęło, kie­dy nie poszła na chór? Wcześniej nie opuściła żad­ne­go czwart­ku. Po­wie­działa, że ma chrypę, wy­siadł jej głos. Może spo­strzegła, że nie po­tra­fi już czy­tać nut - ostat­ni język, ja­kie­go się na­uczyła. Była już cho­ra, kie­dy de­ner­wo­wała się, gdy przy­szliśmy bez za­po­wie­dzi, my - moi bra­cia, sio­stry i ich dzie­ci? Skry­wa­na pa­ni­ka przy kre­den­sie w kuch­ni, kie­dy nie udało jej się na­kryć do stołu. Nagłe wy­bu­chy płaczu, najczęściej po tym, jak na­ska­ki­wała na ojca. Płaczu, który - te­raz to ro­zu­miem - miał przy­kryć co­raz większy de­fi­cyt słów. Wte­dy jed­nak zby­wa­liśmy go śmie­chem. To mi­nie, mówiliśmy. Czy ta me­no­pau­za jesz­cze się nie skończyła?

Ja­kie to uczu­cie, kie­dy wi­dzisz, że ota­czający cię świat tra­ci kon­tu­ry, cała sieć języka i pamięci języka, za­wie­szo­na nad rze­cza­mi tak nie­po­zor­nie, iż do­strze­ga­my ją do­pie­ro, gdy po­ja­wiają się w niej dziu­ry? Czy wszyst­ko za­cho­dzi wte­dy mgłą, czy prze­ciw­nie, wy­ostrza się, kie­dy to, co nie­wy­po­wie­dzia­ne, rośnie w siłę?

*

Stał się jej pamięcią. Kie­dy wcho­dzi, co­raz częściej nie­pew­na, trzy­ma się jesz­cze bliżej nie­go. Jej zda­nia uty­kają w połowie. Kie­dy się za­tnie, spogląda na nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Jeśli nie do­sta­nie szyb­kiej od­po­wie­dzi, nie szczędzi mu wy­rzutów. Na­prawdę wszyst­ko za­po­mi­nasz! - zrzędzi. A do mnie: Nic już nie pamięta. Nie­do­brze.

*

Co mnie u niej naj­bar­dziej ude­rza, co przy­spa­rza mi naj­więcej zmar­twień, to podwójna ci­sza jej obec­ności. Język spa­ko­wał wa­liz­ki i wy­sko­czył za burtę wy­wra­cającego się stat­ku, ale w jej głowie czy wokół niej pa­nu­je jesz­cze inna ci­sza. Nie słyszę już mu­zy­ki jej du­szy; eg­zy­sten­cjal­nej aury wokół niej, wi­brującego suk­na nar­ra­cji i sym­bo­li, przez które spla­tała się ze świa­tem, albo na odwrót, świat spla­tał się z nią.

Bar­dzo sil­nie na mnie od­działuje cały ten sys­tem, pajęczy­na, sieć, która sta­no­wi na­sze by­cie i którą z bra­ku lep­szych określeń wciąż na­zy­wam duszą. To sub­tel­na po­ezja (tra­gizm, piękno, mi­kro­sko­pij­na do­miesz­ka po­twor­ności), jaką nie­sie ze sobą każde kon­kret­ne życie i jaką w taki czy inny sposób po­tra­fi pro­mie­nio­wać, nie odwołując się do słów. Lu­dzie mają swo­je własne echo - trud­no mi to wyjaśnić. Cza­sem słyszę szmer ich ist­nie­nia, strzępy mu­zy­ki - brzmią ład­nie albo i nie, także we mnie dźwięczą ludz­kie fan­fa­ry, raz har­mo­nij­nie, raz ja­zgo­tli­wie.

Ale u niej nie słyszę już pra­wie nic, cza­sem je­den ro­dzaj świ­stu, na który zwróciłem uwagę, kie­dy byłem jesz­cze bar­dzo mały. Pew­nej nocy za­mek stanął w ogniu. Przy­po­mi­nam so­bie, jak pa­trzyłem na mo­rze płomie­ni i kie­dy po­de­szliśmy bliżej, zdzi­wiłem się, że ogień nie roz­prze­strze­nia się w ci­szy. Słyszałem ci­chy świst piekła. Gdzieś w ja­ski­niach ognia i dymu roz­pry­ski­wały się odłamki szkła, słychać było gwizd płonących be­lek, pękały ka­mie­nie i tak da­lej. Coś po­dob­ne­go słyszę te­raz u niej: ci­chy la­ment nie­mal bezgłośnego, wszech­obej­mującego roz­pa­du.

*

Smaży dla niej ja­jecz­nicę, przejęty sta­wia pa­tel­nię na sto­le. Ona spogląda na nie­go nie­za­do­wo­lo­na, sar­kając.

Prze­cież wiesz, że nie lubię ja­jecz­ni­cy. Jem tyl­ko sa­dzo­ne.

Wcześniej na myśl o sa­dzo­nych robiło się jej nie­do­brze. Lubiła tyl­ko ja­jecz­nicę.

Od­sta­wia pa­tel­nię, smaży dwa sa­dzo­ne, sam zja­da ja­jecz­nicę.

Zmie­nia się, mówi.

*

Z każdym dniem cich­nie. Po­trze­ba co­raz więcej łez, by zastąpić słowa, które ule­ciały. Cza­sem po­ru­sza war­ga­mi, drżą jej kąciki ust, wy­da­je z sie­bie krótkie wes­tchnie­nie. Za­pew­ne są jesz­cze myśli, ale nada­wa­ne na fa­lach o in­nej długości, poza zasięgiem mo­jej błony bęben­ko­wej. Przy­po­mi­na mi sta­re ra­dio lam­po­we, ta­kie, ja­kie stały w do­mach na­szych krew­nych. Myślę o szu­mach i świ­stach, o strzępach głosów, kie­dy wskazówka wędro­wała po często­tli­wościach. Cza­sem jak­by była zdru­zgo­ta­na, jak­by jej mózg cze­goś szu­kał: jąka­nie, za­ci­na­nie się, dużo ci­szy.

*

Jej "ja" zni­ka. To "coś", co po­wo­du­je, że jakaś oso­ba tak nie­od­par­cie jest nią samą. Zmie­nia się cały re­per­tu­ar przy­zwy­cza­jeń, sposób mówie­nia, spa­nia, cho­dze­nia, sta­nia. Z cech i za­cho­wań, które u niej roz­po­znaję, i z ta­kich, które są nie­zna­ne i zdu­mie­wające, po­wsta­je nowa mie­sza­ni­na, jak­by w jej cie­le prze­po­czwa­rzała się jakaś pasożyt­ni­cza świa­do­mość.

*

I te popołudnia; sie­dzi­my przy sto­le i sta­ra­my się za­cho­wać cier­pli­wość, kie­dy ona po raz nie wia­do­mo który za­ci­na się na ja­kimś zda­niu. Nie­mal widzę, jak zda­nia po­ty­kają się na jej ustach. Wokół jej dłoni na ob­ru­sie słowne ru­mo­wi­sko, gra­ma­tycz­ne ru­iny.

Tak, o to cho­dzi, mówi za­wsze, kie­dy kończy­my za nią zda­nie, po­dob­nie jak wykańcza się ku­la­we­go ko­nia.

Oj­ciec spogląda na mnie i znacząco ściąga brwi.

To do­pie­ro początek, mówię, kie­dy wy­cho­dzi do łazien­ki. Po­sta­no­wiłem nig­dy nie dawać złudnej na­dziei, ale czuję, jak­bym sie­bie i ojca ciął nożem, zagłębiał ostrze w jego me­lan­cho­lij­nym cie­le.

Popołudnia wypełnio­ne ciszą płynącą w bryłach paku lo­do­we­go, dry­fującą w płatach kry, kie­dy myślę: gdy­bym raz jesz­cze mógł usłyszeć, jak mówi o co­dzien­nych, ba­nal­nych spra­wach.

Chcesz kawy?

Je­steś głodny?

Zjesz z nami wie­czo­rem?

*

A poza tym sta­ra­my się, jak możemy, żeby nie trak­to­wać tej po­wol­nej śmier­ci, która roz­gry­wa się w domu, jako próby - co wca­le nie jest oczy­wi­ste. Ro­zum po­zwa­la mi tyl­ko mieć na­dzieję, że mama nie będzie już mu­siała długo cier­pieć, bo to ta­kie bez­sen­sow­ne. Le­d­wie ma świa­do­mość cza­su, miej­sca, in­nych osób. Pełno­kr­wi­sta ko­bie­ta, która za­wsze lubiła życie i przy­jem­ności, skur­czyła się te­raz i wy­chudła. Su­nie ścieżką do sa­mo­cho­du, z dużym tru­dem otwie­ra drzwi i wsia­da, praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że w tym małym peżoci­ku, tej bla­sza­nej ma­ci­cy, czu­je się bez­piecz­nie.

Pęka mi ser­ce, kie­dy to widzę.

Jed­no­cześnie prze­ni­ka mnie chłód na myśl, że miałoby jej zupełnie nie być, i mar­twię się o ojca, który oka­zu­je te­raz cier­pli­wość i od­da­nie, od­su­wa na później swój smu­tek - wa­lizę, która waży co­raz więcej...

Cza­sem do­tknie mnie nie­czułość lu­dzi, niewątpli­wie nie­za­mie­rzo­na, na przykład kie­dy słyszę, że owszem, jest źle, ale sześćdzie­siąt sześć lat to prze­cież już nie najmłod­szy wiek. Jak­by ist­niał wiek, od którego można kogoś oddać złemu lo­so­wi.

Pi­sze­my wier­sze, czy­li próbu­je­my ułożyć ład­nie brzmiące skar­gi na ka­pry­sy losu i prze­zna­cze­nia, na wystrój uni­wer­sum i nas sa­mych. Ale w wia­do­mym okien­ku nic się nie dzie­je, choć ko­lej­ka cze­kających sta­le się wydłuża - do szy­by przy­kle­jo­na jest kart­ka A4 z in­for­macją: Za­wsze nie­czyn­ne.

*

Przez całe popołudnie robiłem za jej ba­by­sit­te­ra. Była nie­spo­koj­na, chwi­la­mi agre­syw­na. Chciała uciec. Oj­ciec po­szedł na mecz wnuczków. Tyl­ne drzwi mu­siałem za­mknąć na klucz.

Po pew­nym cza­sie uspo­koiła się i wte­dy - nie po­tra­fię tego in­a­czej na­zwać - zaczęliśmy bawić się w dom, ale bez tej fraj­dy, jaką spra­wia to dzie­ciom. Wyszła z łazien­ki ze spodnia­mi taty. Naj­pierw chciała, żebym je włożył, praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że byłbym wte­dy do nie­go po­dob­ny. Później mu­siałem je dla niej złożyć. Poszła z nimi do stołu. Te­raz miałem wy­pra­so­wać poskłada­ne spodnie. Po­tem chciała zmie­nić buty na kap­cie, kap­cie na buty i zno­wu włożyć kap­cie. Na chwilę weszła do łóżka - a ja stałem na podeście schodów i pojękiwałem, cze­kając, aż zno­wu wsta­nie (za­wsze wsta­je, za każdym ra­zem, po kil­ku mi­nu­tach).

Do­pie­ro po mniej więcej dwóch go­dzi­nach zupełnie się wy­ci­szyła. Sie­działa na dole w fo­te­lu i trzęsła się. Za­py­tałem: Zim­no ci?

Kiwnęła głową.

Po­mogłem jej włożyć zro­bio­ny na dru­tach żakiet, po­tem sie­działem obok. Na­cie­rałem jej ple­cy, ona od cza­su do cza­su prze­su­wała grzbie­tem dłoni po moim brzu­chu.

Cza­sem pod­no­siła wzrok, spoglądała na mnie roz­bie­ga­ny­mi ocza­mi. Strasz­nie jest do­strzec w jej źre­ni­cach coś z tej bez­na­dziej­nej wal­ki, która musi to­czyć się w jej głowie; za­ciekły, z góry prze­gra­ny po­je­dy­nek.

*

Sta­le po­wra­cająca myśl: Niech umrze, niech odej­dzie we śnie, który już pra­wie nig­dy nie jest spo­koj­ny, przy­po­mi­na ra­czej ner­wową drzemkę, jak­by na­wet we śnie umy­kał jej sen - jak wszyst­ko inne. Rok temu sie­działa w swo­im fo­te­lu, kie­dy w ra­diu przez cały dzień pusz­cza­li Ba­cha, jak­by bo­ski porządek jego mu­zy­ki miał roz­wikłać wszyst­kie zapętle­nia w jej głowie.

Sie­działa tak cały dzień, położyła na­wet dłoń na głośniku. Po­ka­zy­wała nam, żebyśmy byli ci­cho, bo nie chce, żeby co­kol­wiek uszło jej uwa­dze.

Jak ja wte­dy za­zdrościłem Ba­cho­wi.

Cza­sem śni mi się, że nie żyjesz, że stoję przy two­im cie­le, wy­kar­czo­wa­nym do ostat­nie­go ko­rzon­ka, i nie wiem, czy od­dy­cham z ulgą, czy je­stem przygnębio­ny. Czuję tyl­ko prze­szy­wający ból w klat­ce pier­sio­wej i myślę so­bie: To myto za pra­wo do mo­ich na­ro­dzin, pobór uzgod­nio­ny bez two­je­go ani mo­je­go udziału, kie­dy czter­dzieści czte­ry lata temu wy­padłem z two­je­go łona.

*

Na przyjęciu w ogro­dzie, wśród tych wszyst­kich lu­dzi, w cie­niu, osłonięta od słońca, cho­dziłaś w tę i z po­wro­tem między stołami usta­wio­ny­mi na tra­wie, osa­mot­nio­na, nic nie ro­zu­miejąc. Kie­dy już miałaś dosyć hałasów bawiących się dzie­ci i wrzasków na tram­po­li­nie, weszłaś do domu i utkwiłaś swój błędny wzrok gdzieś za oknem. Wcześniej za­wsze byłaś w cen­trum wy­da­rzeń, te­raz je­steś cie­niem wędrującym po domu. Po południu zasnęłaś na leżaku pod brzozą białą, a my je­dliśmy przy sto­le tuż obok. Wszy­scy spoglądaliśmy od cza­su do cza­su przez ramię, żeby zo­ba­czyć, jak śpisz. Miałaś spo­koj­ny sen.

Ve­er­le pytała parę razy: Czy ona jesz­cze od­dy­cha? An po­wie­działa: To by była piękna śmierć, tak odejść w oto­cze­niu tych wszyst­kich dzie­ci.

*

Po­sta­no­wiłem, że za­cznę sko­wy­tać do­pie­ro wte­dy, kie­dy umrze do końca, wy­sty­gnie i prze­sta­nie od­dy­chać. Noszę w so­bie całe wia­dro bez­kształtne­go bólu, do którego często do­rzu­cam, co się tyl­ko da, za­nim z po­wro­tem przy­kryję je po­krywką. Kie­dyś zo­ba­czy­my, co się z tego wia­dra wy­do­sta­nie i w ja­kiej po­sta­ci, płyn­nej czy gruzłowa­tej. Daj mi łaskę two­je­go ro­ze­zna­nia, gdy przyj­dzie ten mo­ment. Dzi­siaj pi­sa­nie w ogro­dzie, który wokół mnie wręcz eks­plo­do­wał - ja w środ­ku, jak cien­kie dmu­cha­ne szkło, na którym słońce łamie so­bie mlecz­ne zęby. Obłoki sta­rały się upodob­nić do hisz­pańskich wojsk z czasów Alvy, z lan­ca­mi i ha­la­bar­da­mi. Co większe przy­bie­rały kształt cze­kających na zdo­by­cie wa­row­ni z dymiącymi blan­ka­mi - ale był też je­den, który nic so­bie z tego nie robił i wolał uda­wać po ko­lei taczkę, po­kro­wiec na czaj­nik i trójkołowy ro­we­rek.

Mu­siałem dać ta­cie do zro­zu­mie­nia, że po­win­niśmy już myśleć o od­da­niu jej pod stałą opiekę. Zda­je so­bie z tego sprawę, ale z tru­dem przy­cho­dzi mu się do tego przy­znać. Uważa, że to zdra­da, czu­je się win­ny. Dla­te­go roz­ma­wia­liśmy bar­dzo oględnie. Po­dwoiłem czuj­ność i la­wi­ro­wałem między skałami, żeby go nie zra­zić. Jego ki­wa­nie głową, mil­cze­nie, łka­nie. Wnio­sek był jed­nak taki, że wkrótce z jedną z mo­ich sióstr po­jadę do domu opie­ki i wpiszę mamę na listę ocze­kujących. Jest w ta­kim sta­nie, że za kil­ka mie­sięcy opuści swój dom na za­wsze.

Po pierw­szym szo­ku uświa­da­mia so­bie, wraz ze mną, że to nie naj­lep­sze, ale naj­mniej złe roz­wiąza­nie. A mimo wszyst­ko zżerają mnie wy­rzu­ty su­mie­nia. Wy­py­cham mamę z domu, po­nie­waż in­a­czej się nie da. Oj­ciec pojękuje z roz­pa­czy. Ech, milczę, wyglądam przez okno. Jaki piękny nie­bie­ski wieczór. To­po­la biała po­wie­wa na­raz tysiącami sza­ro­zie­lo­nych świstków.

Tyle umie­ra­nia w ostat­nich kil­ku la­tach. Jeżeli w odstępie nie­wie­lu mie­sięcy po raz ko­lej­ny stoi się przy łożu śmier­ci dro­giej oso­by, ser­ce głuchnie. Mu­siałbym wypłukać popiół z porów mo­jej skóry. Chciałbym zno­wu być zwierzęciem z tysiącami rzęsek, drżeć z za­chwy­tu bli­skie­go roz­pa­czy, kie­dy jakiś li­stek zla­tu­je z gałęzi, na wi­dok pa­dającego pro­mie­nia słońca czy w eks­ta­tycz­nej bli­skości jesz­cze nie­zna­ne­go ciała, któremu to­wa­rzy­szy spiżowy odgłos wszyst­kich spla­tających się w nim hi­sto­rii, wszyst­kich obaw i pra­gnień, ja­kie się w nim gnieżdżą i ja­kie chcę od­czy­ty­wać jak al­fa­bet Bra­il­le'a, aż z czy­ste­go nad­mia­ru na kartkę pa­pie­ru tryśnie atra­ment. Bez tego pi­sa­nie przy­cho­dzi mi trud­niej.

*

Być głupim, sa­mo­lub­nym i cie­szyć się do­brym zdro­wiem to trzy wa­run­ki szczęścia, ale gdy brak głupo­ty, wszyst­ko inne nie ma zna­cze­nia (Flau­bert).

*

Dzień po dniu kręci się po domu. Nie usie­dzi w miej­scu na­wet dzie­sięciu mi­nut. Otwie­ra szu­fla­dy, do których od mie­sięcy czy lat nie zaglądała, i upo­rczy­wie cze­goś szu­ka. Spo­ty­kam ją w kuch­ni, kie­dy próbuje za­czerpnąć łyżką sosu z garn­ka, a jed­no­cześnie trzy­ma pod kra­nem szklankę. Jak­by jej ciało jesz­cze po raz ostat­ni sta­rało się za­pa­no­wać nad rze­czy­wi­stością.

Snu­je się po mo­jej pra­cow­ni, przez pół go­dzi­ny wędru­je, trzy­mając mój słownik w ręku, z sa­lo­nu do przed­po­ko­ju, po­tem do ja­dal­ni i kuch­ni, wresz­cie z po­wro­tem do ja­dal­ni. Odkłada słownik na pa­ra­pet, bar­dzo się sta­ra, żeby leżał równo­le­gle do krawędzi, i zo­sta­wia go tam.

*

In­a­czej wy­obrażałem so­bie ich sta­rość. Ze­sta­rze­li­by się za dwa­dzieścia lat, wte­dy role by się odwróciły i to my opie­ko­wa­li­byśmy się nimi. Ale ona na­gle sta­je przed drzwia­mi - ich sta­rość - i ani myśli ustąpić. Czuję ją w ich ubra­niach; oba­wiam się, że nie za­dają so­bie już tru­du co­dzien­nej zmia­ny bie­li­zny - będzie po­trzeb­na do­chodząca po­moc. Jak on miałby so­bie z tym po­ra­dzić? Cały dzień za nim cho­dzi. Na­wet w to­a­le­cie rzad­ko kie­dy jest sam. Upo­rczy­wie się go trzy­ma. Wszędzie i nie­ustan­nie roz­brzmie­wa to jed­no słowo, które jej jesz­cze zo­stało - tato - wy­po­wia­da­ne co­raz bar­dziej za­chryp­niętym głosem.

Czy to w ogóle jest życie? - za­daję so­bie na głos py­ta­nie przy śnia­da­niu. Tak, to jest życie - mówi Lie­ven. I jesz­cze nie wi­dzie­liśmy zakończe­nia.

*

W prze­rwach między pi­sa­niem - pra­cuję od rana do mniej więcej czwar­tej po południu - za­czy­nam się przy­go­to­wy­wać do in­ne­go pożegna­nia: mo­jej bab­ki, mat­ki mo­jej mat­ki. Z jej bar­kiem wciąż nie jest do­brze po tym, jak upadła parę mie­sięcy temu. Co­raz częściej do­sta­je wy­so­kiej gorączki, do­ku­czają jej przeróżne in­fek­cje, a przede wszyst­kim jej umysł jest już gdzieś in­dziej. Wy­da­je się, że stra­ciła po­czu­cie cza­su, nie wie też, gdzie się znaj­du­je. Kie­dy ją ostat­nio wi­działem, zwróciła się do mnie "Jo­zef", imie­niem jej po­ległego pod­czas woj­ny bra­ta. Nic więcej nie po­wie­działa, nie licząc różańca, który od­ma­wia, prze­su­wając pa­cior­ki, kie­dy tyl­ko nie śpi. Zdzi­wiłbym się, gdy­by dociągnęła do Wiel­ka­no­cy.

Kie­dy umrze, będę mu­siał przez parę dni wspo­ma­gać ojca, bo mama mu wie­le nie pomoże. Ona sama re­agu­je spo­koj­nie - co za ulga - na rozwój wy­padków. To wy­ba­wie­nie - po­wie­działa za­ska­kująco trzeźwo, nie za­ci­nając się.

*

Bab­ka umarła w czwar­tek rano, koło dzie­siątej. Kie­dy kil­ka dni wcześniej, w po­nie­działek, wra­całem tram­wa­jem do domu, za­dzwo­nił oj­ciec i po­wie­dział, że szyb­ko słab­nie. Moje sio­stry, bra­cia i ja czu­wa­liśmy przy niej. Cieszę się, że mnie jesz­cze roz­po­znała, choć była zbyt słaba, żeby coś po­wie­dzieć - przemówiła spoj­rze­niem i ścisnęła moją dłoń.

Spokój i po­go­da du­cha, które to­wa­rzy­szyły jej, kie­dy cze­kała na ko­niec swo­je­go życia, były wzru­szające i nie­spo­dzie­wa­nie dawały mi po­cie­sze­nie. Spędziłem te dni, na prze­mian pra­cując nad po­wieścią i będąc przy niej, i kie­dy pisałem tu w ogro­dzie, czułem się w cu­dow­ny sposób za­nu­rzo­ny w ist­nie­niu.

Mama jest zupełnie wytrącona z równo­wa­gi, co nas, o dzi­wo, trochę uspo­ka­ja; choć zda­rzają się dni, kie­dy praw­dzi­wa roz­mo­wa wy­da­je się już nie­możliwa, mama jest bar­dziej "nie­na­ru­szo­na", niż mo­gli­byśmy sądzić.

Po­grzeb po sześciu dniach, których tak na­prawdę nie wypełniał głęboki smu­tek, ra­czej przej­mująca me­lan­cho­lia - zgon w wie­ku osiem­dzie­sięciu dzie­więciu lat to jed­nak nie to samo co śmierć łóżecz­ko­wa. Je­dy­nie po nabożeństwie, na cmen­ta­rzu, kie­dy spusz­czo­na do gro­bu trum­na leżała taka sa­mot­na w ulew­nym desz­czu, na chwilę mnie to prze­rosło.

Leży te­raz z dziad­kiem, co jest ja­kimś po­cie­sze­niem, nie­opo­dal alei biegnącej do zam­ku. Bar­dzo piękna część wsi, w której do­ra­stałem, je­den z tych tak mnie i Lie­ve­no­wi dro­gich kra­jo­brazów.

Po sty­pie jeździ­liśmy trochę po oko­li­cy - lasy Aal­ter i sta­re pola wzdłuż kanału płynącego do Bru­gii. Deszcz spłukał wszy­stek pył mi­nio­nych gorących dni, nad zie­mią uno­siła się nie­bie­ska­wa mgła i wszędzie było tak zie­lo­no. Także na zie­mi mo­ich przodków, gdzie pod wałem ciągnącym się wzdłuż kanału trwa jesz­cze go­spo­dar­stwo, w którym uro­dziła się moja bab­ka. Przez lata nikt tu nie miesz­kał, te­raz dom i obo­ry są re­stau­ro­wa­ne. Po­czułem się le­piej, kie­dy to wszyst­ko zno­wu zo­ba­czyłem. Ostat­nio wpraw­dzie często jeździłem do domu, ale pra­wie wyłącznie do opie­ki nad cho­ry­mi, nie miałem cza­su na długie spa­ce­ry i roz­myśla­nia.

Zo­stały nam pudła, wa­liz­ki i za­wsze zbyt skąpe wia­do­mości w po­rzu­co­nych pa­pie­rach.

*

To przy­cho­dzi samo - mówie­nie, pi­sa­nie. Jed­no słowo pociąga za sobą dru­gie, jed­na ci­sza pęka jak łupi­na ota­czająca drugą. Kie­dy stoję w kuch­ni i kroję wa­rzy­wa, myślę o siecz­ce jej słów i za­sta­na­wiam się: co się tam dzie­je w tej two­jej głowie? Czy cza­sem te wszyst­kie komórki przy­pad­kiem zno­wu za­czy­nają na sie­bie od­działywać i wte­dy na­gle po­ja­wia się samoświa­do­mość? Kim ja je­stem i kim ty je­steś? Kim te­raz dla cie­bie je­stem i kim ty dla mnie je­steś? Nie mogę so­bie przy­po­mnieć cie­bie z cza­su, kie­dy jesz­cze byłaś zdro­wa. Dla­te­go sie­kam tak za­wzięcie tego pora.