Pieśni bełkotu - Erwin Mortier

Reflow text when sidebars are open.
Mama zrobiła mi dzisiaj odkurzanie. Myślała, że jestem meblem. Może komodą albo starą kuchenką. Przejechała jaskrawożółtą szmatką po guzikach mojej koszuli aż pod szyję, zawinęła nią wokół moich uszu, odkurzyła brodę. Potem dała mi znak, żebym otworzył usta - wcisnęła do środka ściereczkę i zapomniała o nas.
*
Leży na sofie przykrytej pledem, dziwnie wyciągnięta na poduszce. Ojciec mówi: Nie polepsza się. Pochylam się nad jej twarzą i pytam: Wiesz, kim jestem? Uśmiecha się, lekkie wygięcie ust, z których prawie zniknęły wargi.
Skinęła głową. Tak, mówi, wiem.
Jej uśmiech rozszerza się, jakby pompował krew do warg i oblekał zęby w dziąsła. Oczy jak cynowe monety, zamglone i niedostępne, podnoszą się między powiekami, które już się nie łuszczą, nie mają wyprysków i odzyskały rzęsy. Zapadnięte policzki zaokrąglają się. Uśmiech jakby płynął przez członki, wygładzał zmarszczki wcześnie postarzałego ciała i napełniał tkanki rozbrykaną radością małej dziewczynki.
Wstaje, klaszcze. Chce tańczyć.
Macha rękami, wzdycha, ma w oczach zachwyt dziecka, które dopiero co nauczyło się chodzić i dumnie spaceruje po ścieżkach w ogrodzie. Nagle rozjeżdżają się jej nogi, z trudem się podnosi - i znowu osuwa, i jeszcze raz.
Teraz upada w ramiona mojego ojca, chichocząc, jakby za dużo wypiła, potem znowu tyłem przewraca się na mnie. Podciągam ją, podtrzymując pod pachami. Wierzga, szuka stopami oparcia, jej potylica przetacza się po mojej piersi to w jedną, to w drugą stronę, jak o wiele za duża głowa niemowlęcia na luźnych jeszcze kręgach. Mięśnie, bezwładne struny zawieszone na kościach, drżą, sztywnieją, słabną, oddech pojękuje w jej tułowiu, dłoniach, spuchnięte palce zaciskają się wokół mojej dłoni. Ojciec lekko się uśmiecha, szuka krzesła, żeby ją na nim posadzić.
Budzę się i zauważam, że we śnie płakałem.
*
Śmierć, która zasiadła przy stole, ma na imię mama. Siedzi u szczytu stołu, w mamy i naszych ubraniach, na miejscu, którego żąda dla siebie już od miesięcy, z widokiem na mamę człapiącą od drzwi wejściowych do jadalni. Mama, przeziębiona wrona, z tą łzą wiszącą na dziobie. Nasze gniazdo, niegdyś takie pulchne: zdeformowana klatka z rdzewiejącym mechanicznym słowikiem.
*
W te usta wpatrywałem się Bóg wie jak długo, kiedy jeszcze leżałem w kołysce. Te usta gimnastykowały się, pieszcząc, śpiewając kołysanki, szepcząc, i stawiały mnie na nogi na śliskiej tafli słów. Te usta ogołacają teraz jej mowę z liści, rozbierają słowa głoska po głosce, zostaje sapanie, zgrzytanie zębami, mlaskanie. Czasem, kiedy wymamroce kaszkę z pełnej buzi, ja jestem tym, który słucha i chusteczką ściera jej z brody słowny mus.
*
Zaczyna się - ale jak coś takiego się zaczyna, jakie są pierwsze oznaki? Zaczyna się od słowa "książka", słowa, którego nie może sobie przypomnieć, kiedy pewnego dnia w południe stoi przed moim regałem z książkami i pyta, kiedy ja jeszcze jedną, wiesz, taką rzecz, czy wkrótce znowu jakąś - przykłada do siebie wyprostowane dłonie, rozwiera je i składa z powrotem. Czy zrobię jeszcze jedną, napiszę, jak się to nazywa. Szturcha ojca łokciem. Ty powiedz, wiesz, o co chodzi.
*
Myślę: powinienem usiąść naprzeciw niej, tam, gdzie zwykle siedzi ojciec, wtedy zauważy, że ktoś tu jest. Tylko kiedy zbliżę swoją twarz do jej twarzy, wydaje mi się, że uporczywa mgła w jej oczach przeciera się.
Mówię, tak często ostatnio to mówię: Poznajesz mnie jeszcze? Wiesz, kim jestem?
Kiwa głową, uśmiecha się, a ja pytam: Był u ciebie Marc? Znowu kiwa głową. Tak, mówi. Pierwsze słowo od półtora miesiąca. A co Marc przyszedł robić w piątek?
Wzrusza ramionami. Nie wiem, nie wiem, mówi, wykrzywia twarz i płacze.
Biorę ją za rękę. Dlaczego płaczesz? Nie martw się, przecież tu jesteśmy. Wtedy wchodzi ojciec. Ona podąża za nim wzrokiem od szafy do stołu, ani na chwilę nie spuszcza go z oka.
Myślę, że wie bardzo dużo, mówi ojciec.
*
Zauważam, że piszę po to tylko, aby usłyszeć zdania, które bez potknięć przepływają przez moją głowę. By słyszeć śpiew rytmu, przyspieszenia, spowolnienia, pauzy. Wypuszczam te słowa po to, aby na chwilę zawisnąć na myślnikach - trapezach składni - w stanie nieważkości u szczytu zdania. Cóż za błogość, móc jak tresowana małpa w wilgotnych lasach tropikalnych języka przeskakiwać z liany na lianę.
*
A może to się zaczęło, kiedy nie poszła na chór? Wcześniej nie opuściła żadnego czwartku. Powiedziała, że ma chrypę, wysiadł jej głos. Może spostrzegła, że nie potrafi już czytać nut - ostatni język, jakiego się nauczyła. Była już chora, kiedy denerwowała się, gdy przyszliśmy bez zapowiedzi, my - moi bracia, siostry i ich dzieci? Skrywana panika przy kredensie w kuchni, kiedy nie udało jej się nakryć do stołu. Nagłe wybuchy płaczu, najczęściej po tym, jak naskakiwała na ojca. Płaczu, który - teraz to rozumiem - miał przykryć coraz większy deficyt słów. Wtedy jednak zbywaliśmy go śmiechem. To minie, mówiliśmy. Czy ta menopauza jeszcze się nie skończyła?
Jakie to uczucie, kiedy widzisz, że otaczający cię świat traci kontury, cała sieć języka i pamięci języka, zawieszona nad rzeczami tak niepozornie, iż dostrzegamy ją dopiero, gdy pojawiają się w niej dziury? Czy wszystko zachodzi wtedy mgłą, czy przeciwnie, wyostrza się, kiedy to, co niewypowiedziane, rośnie w siłę?
*
Stał się jej pamięcią. Kiedy wchodzi, coraz częściej niepewna, trzyma się jeszcze bliżej niego. Jej zdania utykają w połowie. Kiedy się zatnie, spogląda na niego szeroko otwartymi oczami. Jeśli nie dostanie szybkiej odpowiedzi, nie szczędzi mu wyrzutów. Naprawdę wszystko zapominasz! - zrzędzi. A do mnie: Nic już nie pamięta. Niedobrze.
*
Co mnie u niej najbardziej uderza, co przysparza mi najwięcej zmartwień, to podwójna cisza jej obecności. Język spakował walizki i wyskoczył za burtę wywracającego się statku, ale w jej głowie czy wokół niej panuje jeszcze inna cisza. Nie słyszę już muzyki jej duszy; egzystencjalnej aury wokół niej, wibrującego sukna narracji i symboli, przez które splatała się ze światem, albo na odwrót, świat splatał się z nią.
Bardzo silnie na mnie oddziałuje cały ten system, pajęczyna, sieć, która stanowi nasze bycie i którą z braku lepszych określeń wciąż nazywam duszą. To subtelna poezja (tragizm, piękno, mikroskopijna domieszka potworności), jaką niesie ze sobą każde konkretne życie i jaką w taki czy inny sposób potrafi promieniować, nie odwołując się do słów. Ludzie mają swoje własne echo - trudno mi to wyjaśnić. Czasem słyszę szmer ich istnienia, strzępy muzyki - brzmią ładnie albo i nie, także we mnie dźwięczą ludzkie fanfary, raz harmonijnie, raz jazgotliwie.
Ale u niej nie słyszę już prawie nic, czasem jeden rodzaj świstu, na który zwróciłem uwagę, kiedy byłem jeszcze bardzo mały. Pewnej nocy zamek stanął w ogniu. Przypominam sobie, jak patrzyłem na morze płomieni i kiedy podeszliśmy bliżej, zdziwiłem się, że ogień nie rozprzestrzenia się w ciszy. Słyszałem cichy świst piekła. Gdzieś w jaskiniach ognia i dymu rozpryskiwały się odłamki szkła, słychać było gwizd płonących belek, pękały kamienie i tak dalej. Coś podobnego słyszę teraz u niej: cichy lament niemal bezgłośnego, wszechobejmującego rozpadu.
*
Smaży dla niej jajecznicę, przejęty stawia patelnię na stole. Ona spogląda na niego niezadowolona, sarkając.
Przecież wiesz, że nie lubię jajecznicy. Jem tylko sadzone.
Wcześniej na myśl o sadzonych robiło się jej niedobrze. Lubiła tylko jajecznicę.
Odstawia patelnię, smaży dwa sadzone, sam zjada jajecznicę.
Zmienia się, mówi.
*
Z każdym dniem cichnie. Potrzeba coraz więcej łez, by zastąpić słowa, które uleciały. Czasem porusza wargami, drżą jej kąciki ust, wydaje z siebie krótkie westchnienie. Zapewne są jeszcze myśli, ale nadawane na falach o innej długości, poza zasięgiem mojej błony bębenkowej. Przypomina mi stare radio lampowe, takie, jakie stały w domach naszych krewnych. Myślę o szumach i świstach, o strzępach głosów, kiedy wskazówka wędrowała po częstotliwościach. Czasem jakby była zdruzgotana, jakby jej mózg czegoś szukał: jąkanie, zacinanie się, dużo ciszy.
*
Jej "ja" znika. To "coś", co powoduje, że jakaś osoba tak nieodparcie jest nią samą. Zmienia się cały repertuar przyzwyczajeń, sposób mówienia, spania, chodzenia, stania. Z cech i zachowań, które u niej rozpoznaję, i z takich, które są nieznane i zdumiewające, powstaje nowa mieszanina, jakby w jej ciele przepoczwarzała się jakaś pasożytnicza świadomość.
*
I te popołudnia; siedzimy przy stole i staramy się zachować cierpliwość, kiedy ona po raz nie wiadomo który zacina się na jakimś zdaniu. Niemal widzę, jak zdania potykają się na jej ustach. Wokół jej dłoni na obrusie słowne rumowisko, gramatyczne ruiny.
Tak, o to chodzi, mówi zawsze, kiedy kończymy za nią zdanie, podobnie jak wykańcza się kulawego konia.
Ojciec spogląda na mnie i znacząco ściąga brwi.
To dopiero początek, mówię, kiedy wychodzi do łazienki. Postanowiłem nigdy nie dawać złudnej nadziei, ale czuję, jakbym siebie i ojca ciął nożem, zagłębiał ostrze w jego melancholijnym ciele.
Popołudnia wypełnione ciszą płynącą w bryłach paku lodowego, dryfującą w płatach kry, kiedy myślę: gdybym raz jeszcze mógł usłyszeć, jak mówi o codziennych, banalnych sprawach.
Chcesz kawy?
Jesteś głodny?
Zjesz z nami wieczorem?
*
A poza tym staramy się, jak możemy, żeby nie traktować tej powolnej śmierci, która rozgrywa się w domu, jako próby - co wcale nie jest oczywiste. Rozum pozwala mi tylko mieć nadzieję, że mama nie będzie już musiała długo cierpieć, bo to takie bezsensowne. Ledwie ma świadomość czasu, miejsca, innych osób. Pełnokrwista kobieta, która zawsze lubiła życie i przyjemności, skurczyła się teraz i wychudła. Sunie ścieżką do samochodu, z dużym trudem otwiera drzwi i wsiada, prawdopodobnie dlatego, że w tym małym peżociku, tej blaszanej macicy, czuje się bezpiecznie.
Pęka mi serce, kiedy to widzę.
Jednocześnie przenika mnie chłód na myśl, że miałoby jej zupełnie nie być, i martwię się o ojca, który okazuje teraz cierpliwość i oddanie, odsuwa na później swój smutek - walizę, która waży coraz więcej...
Czasem dotknie mnie nieczułość ludzi, niewątpliwie niezamierzona, na przykład kiedy słyszę, że owszem, jest źle, ale sześćdziesiąt sześć lat to przecież już nie najmłodszy wiek. Jakby istniał wiek, od którego można kogoś oddać złemu losowi.
Piszemy wiersze, czyli próbujemy ułożyć ładnie brzmiące skargi na kaprysy losu i przeznaczenia, na wystrój uniwersum i nas samych. Ale w wiadomym okienku nic się nie dzieje, choć kolejka czekających stale się wydłuża - do szyby przyklejona jest kartka A4 z informacją: Zawsze nieczynne.
*
Przez całe popołudnie robiłem za jej babysittera. Była niespokojna, chwilami agresywna. Chciała uciec. Ojciec poszedł na mecz wnuczków. Tylne drzwi musiałem zamknąć na klucz.
Po pewnym czasie uspokoiła się i wtedy - nie potrafię tego inaczej nazwać - zaczęliśmy bawić się w dom, ale bez tej frajdy, jaką sprawia to dzieciom. Wyszła z łazienki ze spodniami taty. Najpierw chciała, żebym je włożył, prawdopodobnie dlatego, że byłbym wtedy do niego podobny. Później musiałem je dla niej złożyć. Poszła z nimi do stołu. Teraz miałem wyprasować poskładane spodnie. Potem chciała zmienić buty na kapcie, kapcie na buty i znowu włożyć kapcie. Na chwilę weszła do łóżka - a ja stałem na podeście schodów i pojękiwałem, czekając, aż znowu wstanie (zawsze wstaje, za każdym razem, po kilku minutach).
Dopiero po mniej więcej dwóch godzinach zupełnie się wyciszyła. Siedziała na dole w fotelu i trzęsła się. Zapytałem: Zimno ci?
Kiwnęła głową.
Pomogłem jej włożyć zrobiony na drutach żakiet, potem siedziałem obok. Nacierałem jej plecy, ona od czasu do czasu przesuwała grzbietem dłoni po moim brzuchu.
Czasem podnosiła wzrok, spoglądała na mnie rozbieganymi oczami. Strasznie jest dostrzec w jej źrenicach coś z tej beznadziejnej walki, która musi toczyć się w jej głowie; zaciekły, z góry przegrany pojedynek.
*
Stale powracająca myśl: Niech umrze, niech odejdzie we śnie, który już prawie nigdy nie jest spokojny, przypomina raczej nerwową drzemkę, jakby nawet we śnie umykał jej sen - jak wszystko inne. Rok temu siedziała w swoim fotelu, kiedy w radiu przez cały dzień puszczali Bacha, jakby boski porządek jego muzyki miał rozwikłać wszystkie zapętlenia w jej głowie.
Siedziała tak cały dzień, położyła nawet dłoń na głośniku. Pokazywała nam, żebyśmy byli cicho, bo nie chce, żeby cokolwiek uszło jej uwadze.
Jak ja wtedy zazdrościłem Bachowi.
Czasem śni mi się, że nie żyjesz, że stoję przy twoim ciele, wykarczowanym do ostatniego korzonka, i nie wiem, czy oddycham z ulgą, czy jestem przygnębiony. Czuję tylko przeszywający ból w klatce piersiowej i myślę sobie: To myto za prawo do moich narodzin, pobór uzgodniony bez twojego ani mojego udziału, kiedy czterdzieści cztery lata temu wypadłem z twojego łona.
*
Na przyjęciu w ogrodzie, wśród tych wszystkich ludzi, w cieniu, osłonięta od słońca, chodziłaś w tę i z powrotem między stołami ustawionymi na trawie, osamotniona, nic nie rozumiejąc. Kiedy już miałaś dosyć hałasów bawiących się dzieci i wrzasków na trampolinie, weszłaś do domu i utkwiłaś swój błędny wzrok gdzieś za oknem. Wcześniej zawsze byłaś w centrum wydarzeń, teraz jesteś cieniem wędrującym po domu. Po południu zasnęłaś na leżaku pod brzozą białą, a my jedliśmy przy stole tuż obok. Wszyscy spoglądaliśmy od czasu do czasu przez ramię, żeby zobaczyć, jak śpisz. Miałaś spokojny sen.
Veerle pytała parę razy: Czy ona jeszcze oddycha? An powiedziała: To by była piękna śmierć, tak odejść w otoczeniu tych wszystkich dzieci.
*
Postanowiłem, że zacznę skowytać dopiero wtedy, kiedy umrze do końca, wystygnie i przestanie oddychać. Noszę w sobie całe wiadro bezkształtnego bólu, do którego często dorzucam, co się tylko da, zanim z powrotem przykryję je pokrywką. Kiedyś zobaczymy, co się z tego wiadra wydostanie i w jakiej postaci, płynnej czy gruzłowatej. Daj mi łaskę twojego rozeznania, gdy przyjdzie ten moment. Dzisiaj pisanie w ogrodzie, który wokół mnie wręcz eksplodował - ja w środku, jak cienkie dmuchane szkło, na którym słońce łamie sobie mleczne zęby. Obłoki starały się upodobnić do hiszpańskich wojsk z czasów Alvy, z lancami i halabardami. Co większe przybierały kształt czekających na zdobycie warowni z dymiącymi blankami - ale był też jeden, który nic sobie z tego nie robił i wolał udawać po kolei taczkę, pokrowiec na czajnik i trójkołowy rowerek.
Musiałem dać tacie do zrozumienia, że powinniśmy już myśleć o oddaniu jej pod stałą opiekę. Zdaje sobie z tego sprawę, ale z trudem przychodzi mu się do tego przyznać. Uważa, że to zdrada, czuje się winny. Dlatego rozmawialiśmy bardzo oględnie. Podwoiłem czujność i lawirowałem między skałami, żeby go nie zrazić. Jego kiwanie głową, milczenie, łkanie. Wniosek był jednak taki, że wkrótce z jedną z moich sióstr pojadę do domu opieki i wpiszę mamę na listę oczekujących. Jest w takim stanie, że za kilka miesięcy opuści swój dom na zawsze.
Po pierwszym szoku uświadamia sobie, wraz ze mną, że to nie najlepsze, ale najmniej złe rozwiązanie. A mimo wszystko zżerają mnie wyrzuty sumienia. Wypycham mamę z domu, ponieważ inaczej się nie da. Ojciec pojękuje z rozpaczy. Ech, milczę, wyglądam przez okno. Jaki piękny niebieski wieczór. Topola biała powiewa naraz tysiącami szarozielonych świstków.
Tyle umierania w ostatnich kilku latach. Jeżeli w odstępie niewielu miesięcy po raz kolejny stoi się przy łożu śmierci drogiej osoby, serce głuchnie. Musiałbym wypłukać popiół z porów mojej skóry. Chciałbym znowu być zwierzęciem z tysiącami rzęsek, drżeć z zachwytu bliskiego rozpaczy, kiedy jakiś listek zlatuje z gałęzi, na widok padającego promienia słońca czy w ekstatycznej bliskości jeszcze nieznanego ciała, któremu towarzyszy spiżowy odgłos wszystkich splatających się w nim historii, wszystkich obaw i pragnień, jakie się w nim gnieżdżą i jakie chcę odczytywać jak alfabet Braille'a, aż z czystego nadmiaru na kartkę papieru tryśnie atrament. Bez tego pisanie przychodzi mi trudniej.
*
Być głupim, samolubnym i cieszyć się dobrym zdrowiem to trzy warunki szczęścia, ale gdy brak głupoty, wszystko inne nie ma znaczenia (Flaubert).
*
Dzień po dniu kręci się po domu. Nie usiedzi w miejscu nawet dziesięciu minut. Otwiera szuflady, do których od miesięcy czy lat nie zaglądała, i uporczywie czegoś szuka. Spotykam ją w kuchni, kiedy próbuje zaczerpnąć łyżką sosu z garnka, a jednocześnie trzyma pod kranem szklankę. Jakby jej ciało jeszcze po raz ostatni starało się zapanować nad rzeczywistością.
Snuje się po mojej pracowni, przez pół godziny wędruje, trzymając mój słownik w ręku, z salonu do przedpokoju, potem do jadalni i kuchni, wreszcie z powrotem do jadalni. Odkłada słownik na parapet, bardzo się stara, żeby leżał równolegle do krawędzi, i zostawia go tam.
*
Inaczej wyobrażałem sobie ich starość. Zestarzeliby się za dwadzieścia lat, wtedy role by się odwróciły i to my opiekowalibyśmy się nimi. Ale ona nagle staje przed drzwiami - ich starość - i ani myśli ustąpić. Czuję ją w ich ubraniach; obawiam się, że nie zadają sobie już trudu codziennej zmiany bielizny - będzie potrzebna dochodząca pomoc. Jak on miałby sobie z tym poradzić? Cały dzień za nim chodzi. Nawet w toalecie rzadko kiedy jest sam. Uporczywie się go trzyma. Wszędzie i nieustannie rozbrzmiewa to jedno słowo, które jej jeszcze zostało - tato - wypowiadane coraz bardziej zachrypniętym głosem.
Czy to w ogóle jest życie? - zadaję sobie na głos pytanie przy śniadaniu. Tak, to jest życie - mówi Lieven. I jeszcze nie widzieliśmy zakończenia.
*
W przerwach między pisaniem - pracuję od rana do mniej więcej czwartej po południu - zaczynam się przygotowywać do innego pożegnania: mojej babki, matki mojej matki. Z jej barkiem wciąż nie jest dobrze po tym, jak upadła parę miesięcy temu. Coraz częściej dostaje wysokiej gorączki, dokuczają jej przeróżne infekcje, a przede wszystkim jej umysł jest już gdzieś indziej. Wydaje się, że straciła poczucie czasu, nie wie też, gdzie się znajduje. Kiedy ją ostatnio widziałem, zwróciła się do mnie "Jozef", imieniem jej poległego podczas wojny brata. Nic więcej nie powiedziała, nie licząc różańca, który odmawia, przesuwając paciorki, kiedy tylko nie śpi. Zdziwiłbym się, gdyby dociągnęła do Wielkanocy.
Kiedy umrze, będę musiał przez parę dni wspomagać ojca, bo mama mu wiele nie pomoże. Ona sama reaguje spokojnie - co za ulga - na rozwój wypadków. To wybawienie - powiedziała zaskakująco trzeźwo, nie zacinając się.
*
Babka umarła w czwartek rano, koło dziesiątej. Kiedy kilka dni wcześniej, w poniedziałek, wracałem tramwajem do domu, zadzwonił ojciec i powiedział, że szybko słabnie. Moje siostry, bracia i ja czuwaliśmy przy niej. Cieszę się, że mnie jeszcze rozpoznała, choć była zbyt słaba, żeby coś powiedzieć - przemówiła spojrzeniem i ścisnęła moją dłoń.
Spokój i pogoda ducha, które towarzyszyły jej, kiedy czekała na koniec swojego życia, były wzruszające i niespodziewanie dawały mi pocieszenie. Spędziłem te dni, na przemian pracując nad powieścią i będąc przy niej, i kiedy pisałem tu w ogrodzie, czułem się w cudowny sposób zanurzony w istnieniu.
Mama jest zupełnie wytrącona z równowagi, co nas, o dziwo, trochę uspokaja; choć zdarzają się dni, kiedy prawdziwa rozmowa wydaje się już niemożliwa, mama jest bardziej "nienaruszona", niż moglibyśmy sądzić.
Pogrzeb po sześciu dniach, których tak naprawdę nie wypełniał głęboki smutek, raczej przejmująca melancholia - zgon w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat to jednak nie to samo co śmierć łóżeczkowa. Jedynie po nabożeństwie, na cmentarzu, kiedy spuszczona do grobu trumna leżała taka samotna w ulewnym deszczu, na chwilę mnie to przerosło.
Leży teraz z dziadkiem, co jest jakimś pocieszeniem, nieopodal alei biegnącej do zamku. Bardzo piękna część wsi, w której dorastałem, jeden z tych tak mnie i Lievenowi drogich krajobrazów.
Po stypie jeździliśmy trochę po okolicy - lasy Aalter i stare pola wzdłuż kanału płynącego do Brugii. Deszcz spłukał wszystek pył minionych gorących dni, nad ziemią unosiła się niebieskawa mgła i wszędzie było tak zielono. Także na ziemi moich przodków, gdzie pod wałem ciągnącym się wzdłuż kanału trwa jeszcze gospodarstwo, w którym urodziła się moja babka. Przez lata nikt tu nie mieszkał, teraz dom i obory są restaurowane. Poczułem się lepiej, kiedy to wszystko znowu zobaczyłem. Ostatnio wprawdzie często jeździłem do domu, ale prawie wyłącznie do opieki nad chorymi, nie miałem czasu na długie spacery i rozmyślania.
Zostały nam pudła, walizki i zawsze zbyt skąpe wiadomości w porzuconych papierach.
*
To przychodzi samo - mówienie, pisanie. Jedno słowo pociąga za sobą drugie, jedna cisza pęka jak łupina otaczająca drugą. Kiedy stoję w kuchni i kroję warzywa, myślę o sieczce jej słów i zastanawiam się: co się tam dzieje w tej twojej głowie? Czy czasem te wszystkie komórki przypadkiem znowu zaczynają na siebie oddziaływać i wtedy nagle pojawia się samoświadomość? Kim ja jestem i kim ty jesteś? Kim teraz dla ciebie jestem i kim ty dla mnie jesteś? Nie mogę sobie przypomnieć ciebie z czasu, kiedy jeszcze byłaś zdrowa. Dlatego siekam tak zawzięcie tego pora.