Kansas CityMissouri
Jestem układem nerwowym wprawianym w ruch przez duchy i rymy.
Słowa dźwięczą dlatego, że słychać, jak skowyczą w nich duchy.
Nie przyszło mi do głowy, że to może ostatni raz
Kosztowałem twego słodkiego oddechu,
I gdy pomyślę, jak krzątasz się po domu, przez chwilę
czuję w piersi
Przeszywającą tęsknotę pełną bólu.
Tymczasem przejeżdżamy granicę stanu Missouri,
Zatrzymujemy autobus na poboczu i wysiadamy,
I w wolno zapadającym zmierzchu pełzniemy na brzuchu,
Niczym węże, przez niskie trawy prerii.
Odgrywamy rzeź, jaką sprawił bizonom William
"Buffalo Bill" Cody,
Potem wszystkie kampanie przeciwko Indianom łącznie
z bitwą pod Coon Creek.
Tego samego wieczoru próbuję dodzwonić się do ciebie linią
transatlantycką
Z hotelu Intercontinental w Kansas City, ale nie odbierasz,
Więc słyszę tylko rymowankę dzwonków telefonu.
Nagrywam jakąś niezborną, pozbawioną ciała wiadomość.
Szła mniej więcej tak:
Na prerii mej nieobecności stoisz jak bizon wielki niczym góra.
Jesteś smutkiem więźnia, który wrócił do domu z niewoli.
Łzą na rękawie kurtki z jeleniej skóry.
Odbierz telefon
Odbierz
Maluję na czerwono prerię, głupek kompletny i tłuk.
Obsiadły mnie muchy. Śmierć oddechem w kark mi dmucha.
Gościem w trasie jestem, który kryjówki szuka.
Tym, co ożenił się i zbiegł, miast leżeć u twych stóp.
Odbierz telefon
Odbierz
Jestem zimny trup.
Łykam tabletkę i idę spać.
*
Nakrywam się z głową, pod kołdrą przykładam do ucha torbę na pawia, potrząsam. Grzechoczą insygnia dziewięciu Muz - pulpit do pisania, zwój pergaminu, flet, strzała miłości, maska tragiczna, harfa, lira, maska komiczna, globus i cyrkiel.
Gdy znów dzwonię do domu, a ty nie odbierasz, słyszę, jak ciepła krew z mojej szyi, od której odcięto głowę, wycieka na autostradę, tworząc kałużę.
Słyszę, jak przerażone serce chłopca dostraja się do rytmu pociągu pędzącego w jego stronę.
Słyszę szepty, użalania się i knowania wykrwawionych ludzi. Poznaję te głosy, towarzyszyły mi kiedyś w dalekiej przeszłości.
Dziewięć nagich Muz śpi spokojnie na mojej piersi, w poczuciu dobrze dziś wykonanej roboty.
Oddycham spokojnie, gdy aniołowie unoszą mnie na skrzydłach.
Śpię i niosą mnie przez łagodny, purpurowy pejzaż północnoamerykańskiego snu - gdzie wśród tego wszystkiego, co się stanie i nie odstanie, mimowolnie dostrzegam nasz następny ruch, który wykonamy z najlepszym dla siebie pożytkiem.
LouisvilleKentucky
Pierwszy krok musisz uczynić sam.
Niepewnie ruszam w stronę krawędzi świata.
Cała Północna Ameryka rozciąga się przede mną jak
rozerwana torba na pawia pełna rzygowin.
Dziewięć Muz-małolatek perfumuje oddech, który ma nieść
pokrzepienie.
Dziewięć aniołów rozpościera skrzydła, by mnie stąd unieść.
Nieście mnie, nieście na swych białych skrzydłach aż do
Louisville, Kentucky,
Gdzie, jedząc kurczaka, przekroczę wielką rzekę Ohio
Słynnym mostem Czterech Miast, którym dzisiaj chodzą
Tylko piesi i jeżdżą rowerzyści, No i bardzo dobrze!
A gdy na moście pochylę się nad poręczą, gapiąc się w wodę,
Ujrzę ciemnoskórą dziewczynę w tyci-tyci minispódniczce
w barwach amerykańskiej flagi.
Otworzę wtedy moją torbę na pawia i powiem:
No i bardzo dobrze! Wskakuj!
A nawiasem mówiąc, tego rodzaju sprawy zawsze kończą się
dla mnie dość kiepsko.
Dziewczyna w tyci-tyci minispódniczce z amerykańską flagą
wychyla się za barierę.
Wzbudza powszechną sympatię, bowiem pojawia się
wzruszające przeczucie,
że pod spodem nosi zapewne odpowiednio dobrane
minimajteczki.
Oczywiście, wejdzie to do mojej pieśni torby na pawia!
Może podnieść się raban, ale nic mnie to nie wzrusza!
Sam noszę kuloodporną kamizelkę z amerykańską flagą!
Ta kamizelka to właściwie torba na pawia,
A torba na pawia to długa, rozlewna pieśń miłosna,
To zaś łączy się z balladą "Chłopak rzeźnika",
Którą zamyka wers: Niech wie cały świat, że umarłem z miłości.
Dziewczyna stawia jedną bosą stopę na poręczy mostu.
Potem staje na barierce.
Uważaj na siebie - mówię, a dziewczyna odwraca się
i pozdrawia mnie z uśmiechem.
Żona słyszała kiedyś balladę "Chłopak rzeźnika"
w tak pięknym wykonaniu, że aż się popłakała.
Dziewczyna zdjęła swoją kurtkę-kamizelkę, zamknęła oczy,
wygląda, jakby umierała.
Jestem małym bożkiem z terakoty, drżę na postumencie,
Wciąga mnie wielka bezdnia dźwięku.
Spójrz, na jakież to skrzętnie opakowane znalezisko
natknął się mały gliniany bożek!
Bezkształtna sterta młodych czarnych kości
Związana sznureczkiem tych tyci majteczek.
Ktoś napisał, że najlepsze rzeczy mam już za sobą.
Tylko gdzie ja to czytałem? Obracam się, ale fruwającej
dziewczyny już nie ma.
*
Następnego ranka stoję w hallu hotelu Muzeum Sztuki XXI Wieku w Louisville, nie mogę oderwać wzroku od umieszczonej tuż obok recepcji terakotowej rzeźby nagich, ustawionych gęsiego dzieci, dzieła artystki Judy Fox. Coś, co faktycznie warto zobaczyć, gdy się wymeldowujesz z hotelu. Ci dziecięcy bohaterowie to mali bogowie wypaleni słońcem. Zamknięci w pokojach ról, jakie kazano im odgrywać, przyciskają buzie do okien. Przyjrzyj się im, jak tkwią na chwiejnych postumentach! Przyjrzyj się, jak stoją na krawędzi swych dziecięcych istnień, z ciałami wypalonymi, dojrzewającymi, jak się gotują, by skoczyć! Przyjrzyj się dobrze! Przyjrzyj!
*
Nieco później wchodzimy po kolei do autobusu, nasz manager odlicza głowy, my zaś trzymamy papierowe kubki z kawą, i gdy autobus skręca w Main Street, nagle zaczyna się letnia ulewa i ktoś nastawia "Kentucky Rain" Presleya, a gdy mijamy wlot ulicy prowadzącej do rzeki Ohio, widzę, jak pod mostem Czterech Miast ludzie ze służb ratunkowych ubrani w czarne kurtki i szpiczaste czapki wyciągają coś z chłostanej deszczem rzeki.