1
Siłę zawsze się pożycza, nigdy tworzy.
- Dao'z?, Księga Drogi (Księga cnót), 1.1
Era Elantiańska, cykl 12
Czarny Port, Haak'gong
Upadek Ostatniego Królestwa był faktem. A jednak stąd nadal prezentowało się ono niesamowicie.
Lin zsunęła bambusowy kapelusz na tył głowy i aż rozchyliła usta z przyjemności, gdy chłodna wieczorna bryza musnęła jej jedwabiste czarne
włosy. Kark miała jeszcze mokry od potu (na rynku trzeba się było nieźle
uwijać, żeby coś sprzedać), a plecy wciąż obolałe (Madam Meng porządnie
ją obiła za zwinięcie landrynki z kuchni w herbaciarni), lecz na tę
krótką chwilę - gdy słońce wisiało nad rozmigotanym morzem niczym
dojrzała, nabrzmiała mandarynka - zamarła w podziwie nad pięknem tego
podbitego kraju, który wciąż zachwycał niczym okruchy roztrzaskanego
szkła.
Przed nią rozciągało się w swojej misternej sprzeczności miasto
Haak'gong. Pod wygiętymi okapami świątyni wisiały czerwone lampiony,
które sięgały aż na pokryty szarym gontem dach i wiły się między
pagodami i spowitymi aureolą dziedzińcami nocnych bazarów i wieczornych
targów. Na odległych wzgórzach zbudowali swoje dziwne siedziby z kamienia, szkła i metalu Elantianie, pewnie by móc na Hinów spoglądać z góry jak jacyś bogowie. Linia horyzontu aż jarzyła się od ich
alchemicznego światła, które wylewało się przez witrażowe okna i łukowate marmurowe drzwi.
Lan przewróciła oczami i odwróciła głowę. Wiedziała aż za dobrze, że
opowieści o bogach - wszelkich bogach - to tylko wielka misa parującego
guana. Choć Elantianie usilnie udawali, że było inaczej, Lan miała pełną
świadomość, że gdy zaatakowali Ostatnie Królestwo, chodziło im tylko o jedno: zasoby naturalne. Statki pełne przypraw, złocistych ziaren i zielonych liści herbaty, skrzynie z jedwabiami i aksamitami, żadem i porcelaną, opuszczały Haak'gong każdego dnia i przez Morze Niebiańskiego
Blasku płynęły prosto do Imperium Elantiańskiego.
A smętne resztki trafiały na czarne rynki Haak'gongu.
O tym dzwonie targowisko kipiało życiem. Wzdłuż Szlaku Żadowego tłoczyli
się kupcy z klejnotami, które błyszczały jak światło słoneczne;
przyprawami, które smakowały jak nieznane Lan krainy; i tkaninami, które
lśniły niczym rozgwieżdżone nocne niebo. Serce Haak'gongu biło w rytm
brzęku monet, w jego żyłach płynął handel, a kośćmi były drewniane
stragany. Było to miejsce przetrwania.
Lan przystanęła na samym końcu targu. Starannie zsunęła swój bambusowy
kapelusz zwany d?u'l? na twarz, na wypadek gdyby w okolicy grasowali
jacyś elantiańscy urzędnicy. Za to, co zamierzała zrobić, mogła skończyć
na szubienicy, bo to czekało każdego Hina, który złamał elantiańskie
prawo.
Ukradkiem rozejrzała się dookoła, przeszła przez ulicę i ruszyła w stronę slumsów.
Tu kończyła się iluzja Ostatniego Królestwa, a zaczynały realia
podbitego kraju. Brukowane uliczki - tak starannie zbudowane przez
Elantian po Podboju - ginęły w kurzu i pyle; elegancko odnowione fasady
i lśniące, szklane okna ustępowały walącym się ruderom.
Sklepik znajdował się na rogu zapuszczonego budynku, który straszył
tanimi, odrapanymi i wyblakłymi drewnianymi drzwiami. Papier w oknach
był zatłuszczony i nasiąkły od typowej dla południa wilgoci. Gdy Lan
wchodziła do środka, nad jej głową rozdzwonił się drewniany dzwoneczek.
Zamknęła za sobą drzwi, odcinając się od gwaru zewnętrznego świata.
W środku panował półmrok, a słabe promienie popołudniowego słońca, które
zdołały się tu wedrzeć, rozświetlały kurz tańczący na popękanych
klepkach podłogowych i półkach zapchanych zwojami, książkami i bibelotami. Cały sklep wyglądał jak stary obraz, który wyblakł na
słońcu. Pachniało atramentem i wilgotnym drewnem.
A jednak było to jej ukochane miejsce. Przypominało jej daleką
przeszłość, świat, który przepadł na zawsze.
Życie wymazane z kart historii.
Stary Wei handlował najróżniejszymi towarami, które zostawały na
bazarze, gdy Elantianie już kupili, co chcieli. Staruszek nabywał je
hurtowo, po czym odsprzedawał Hinom z niewielką marżą. Udawało mu się
przy tym nie przyciągać uwagi inspektorów, bo rząd kolonizatorów nie
interesował się towarami z drugiej ręki - o ile oczywiście nie były z metalu.
I dlatego właśnie sklepik stał się ośrodkiem kontrabandy. Towary
wystawiane przez Starego Weia na półkach prezentowały się zupełnie
niewinnie: kłębki wełny, konopi i bawełny, słoje pełne gwiazdek anyżu i liści laurowych, zwoje taniego papieru ze zmielonej suszonej kory. Lecz
gdzieś tam na zapleczu Wei miał dla Lan coś wyjątkowego.
Coś, co mogła przypłacić życiem.
- Dostałam twoją wiadomość - powiedziała.
Chwila ciszy. A potem:
- Tak mi się zdawało, że słyszałem twój srebrzysty głosik. Znów
przyszłaś ściągnąć mi na głowę kłopoty?
Szurając stopami i kaszląc głośno, wyłonił się zza regału. Niegdyś był
nauczycielem w jednej z północno-wschodnich nadmorskich wioseczek.
Potem, przed dwunastoma cyklami, nastąpił elantiański Podbój. Zginęła
cała jego rodzina, stracił wszystko. Udało mu się zbiec do Haak'gongu, a że był piśmienny, mógł się zająć handlem. Nieustanny głód wysuszył jego
drobną postać, tutejsze wilgotne powietrze ściskało mu płuca bezlitosnym
kaszlem. Tyle tylko Lan wiedziała o jego życiu - nie znała nawet jego
prawdziwego imienia, bo tych prawo elantiańskie zakazywało,
zredukowawszy imiona wszystkich Hinów do pojedynczych sylab.
Posłała mu spod d?u'l? swój najsłodszy uśmiech.
- Kłopoty? - powtórzyła, modulując głos do jego północnego dialektu,
znacznie twardszego niż słodki południowy zaśpiew, do którego już
przywykła. Rzadko zresztą mówiła teraz w którymkolwiek z tych dialektów.
- Czy ja kiedyś ściągnęłam ci na głowę jakieś kłopoty, Stary Weiu?
Odchrząknął i obrzucił ją czujnym spojrzeniem.
- Szczęścia też mi raczej nie przynosisz. A jednak wciąż pozwalam ci
wracać.
Pokazała mu język.
- Nie potrafisz się oprzeć mojemu urokowi.
- Ha! - mruknął, słowa z trudem przebijały się przez grubą warstwę
flegmy. - Bogowie jedni wiedzą, co się kryje pod tym twoim urokiem.
- Przecież bogów nie ma, więc jeden problem z głowy.
Lubiła się z nim droczyć na ten temat. Uparcie trwał w czci dla bogów z hińskiego panteonu, zwłaszcza Boga Bogactw. Nieraz powtarzał jej, że w dzieciństwie zawsze się do niego modlił. A wtedy Lan wytykała mu, że ten
cały Bóg Bogactw musi mieć niezłe poczucie humoru, skoro w zamian
nagrodził go takim zapyziałym sklepikiem parającym się kontrabandą.
- Są, są - odparł Stary Wei. Lan wzniosła oczy ku sufitowi i wymówiła
razem z handlarzem słowa, które słyszała już setki razy: - Są starzy
bogowie i nowi bogowie, dobrzy bogowie i kapryśni bogowie, a najpotężniejsi spośród nich są Czterej Bogowie Demony.
Lan wolała nie wierzyć, że jej los może spoczywać w rękach jakichś
staruchów na niebie - choćby nie wiedzieć jak potężni rzekomo byli.
- Jak tam sobie chcesz, Stary Weiu - odpowiedziała, pochylając się nad
blatem i podpierając głowę rękami.
Staruszek zarzęził kilka razy, po czym spytał:
- Znów byłaś na bazarze? W herbaciarni was nie karmią czy co?
Oboje doskonale znali odpowiedź na to pytanie. Madam Meng prowadziła
herbaciarnię żelazną ręką, a pieśniarki traktowała jak cenną menażerię.
Dawała im do jedzenia tylko tyle, by były apetyczne i ponętne, ale nigdy
tyle, by miały pełne brzuchy albo - bogowie brońcie - by się roztyły lub
rozleniwiły.
- Podoba mi się tu - stwierdziła Lan i taka była prawda. To tu, gdzie
uwijała się jak inne przekupki, a zarobiona moneta wędrowała do jej
własnej kieszeni, Lan czuła pewną namiastkę kontroli nad życiem, posmak
wolności i wolnej woli, choćby i tymczasowy. - Poza tym wpadam, żeby się
z tobą zobaczyć - dodała uroczo.
Posłał jej chytre spojrzenie, potem syknął i pomachał jej palcem przed
nosem.
- Nie próbuj mnie tu brać na słodkie słówka, y?'tou - burknął i schylił
się do szafek pod ladą.
Y?'tou. Dziewczynko. Tak do niej mówił, odkąd tylko ją znalazł,
wychudłą sierotę żebrzącą na ulicach Haak'gongu. Zabrał ją do jedynego
znanego mu miejsca, które gotowe było przyjąć dziewczynę bez imienia,
bez reputacji - do herbaciarni Madam Meng. Tam podpisała kontrakt, który
ledwo zdołała przeczytać, a który zdawał się wydłużać i wydłużać, im
ciężej pracowała.
A jednak uratował jej życie. Znalazł pracę, zapewnił dach nad głową.
Taka życzliwość właściwie się nie zdarzała w tych ciężkich czasach.
Uśmiechnęła się do zgorzkniałego staruszka.
- Ja? Gdzieżbym śmiała.
Zaczął gderać, ale właściwie tylko zaniósł się kaszlem, a Lan uśmiech
zamarł na ustach. Zimy na południu kraju nie były tak lodowate jak na
północnym wschodzie, gdzie dorastała. Były za to tak mokre, że wilgoć
zdawała się przenikać do kości, stawów i płuc.
Lan rozejrzała się po zagraconym starym sklepiku, po uginających się pod
ciężarem towarów półkach. Dziś, w przeddzień wielkich uroczystości z okazji dwunastego cyklu od elantiańskiego Podboju, w mieście zaostrzono
środki bezpieczeństwa, a pierwsze, czego ludzie zaczynali wtedy unikać,
to sklep z nielegalnymi towarami. Lan też nie powinna tu długo zabawić.
Zaraz na ulicach będzie pełno patroli, a w oczach żołdaków samotna
pieśniarka wprost prosi się o kłopoty.
- Znów płuca dają ci się we znaki? - spytała, wodząc palcem po małej,
szklanej figurce smoka na ladzie, pewnie wytargowanej od kogoś z ludów
zamieszkujących na Szlaku Żadowym po drugiej stronie Pustyni
Emarańskiej. Hinowie nie znali szkła aż do czasów Środkowego Królestwa,
kiedy to cesarz J?n - Złoty Cesarz - wytyczył oficjalne szlaki handlowe
sięgające na zachodzie aż po legendarne pustynie Masyrii.
- No - mruknął sklepikarz i się wzdrygnął. Z rękawa wyjął coś, co było
pewnie kiedyś piękną jedwabną chusteczką, i otarł usta. Tkanina była
mokra i zszarzała od brudu. - Ceny żeń-szenia oczywiście skoczyły, jak
tylko durne Elantiany się połapały, że ten korzonek ma właściwości
lecznicze. Ale żyję sobie z tymi kośćmi od urodzenia i jakoś na razie
mnie nie zabiły, więc nie będziemy się martwić.
Lan zabębniła palcami o drewniany blat wytarty przez mnóstwo dłoni tych,
którzy byli tu przed nią. Żeby przetrwać w skolonizowanym kraju, trzeba
było znać przede wszystkim jedną prostą sztuczkę: nie okazywać uczuć,
nie przejmować się. Każdy napotkany Hin miał swoje łzawe historyjki: o rodzinie wyrżniętej podczas Podboju, o splądrowanym domu albo i gorzej.
Przejmować się oznaczało pozwolić, by pękła niezbędna do przetrwania
zbroja.
Zamiast tego Lan zadała pytanie, które męczyło ją cały dzień:
- No i co tam dla mnie masz?
Stary Wei najpierw obdarzył ją szczerbatym uśmiechem, po czym zniknął za
ladą. Lan poczuła, jak przyspiesza jej puls; odruchowo przycisnęła palce
do miejsca po wewnętrznej stronie lewego nadgarstka.
Tu, wyciśniętą w ciele, ścięgnach i krwi, miała bliznę, którą widziała
tylko ona - idealne koło wokół nieznanego jej znaku najpewniej
reprezentującego jakieś słowo z hińskiego. Eleganckie muśnięcia zdawały
się tworzyć coś w rodzaju kwiatu o wyraźnym pąku, liściach i łodydze.
Z tych osiemnastu cykli, które udało jej się dotąd przeżyć, dwanaście
spędziła na szukaniu informacji o tym właśnie znaku. Była to bowiem
jedyna wskazówka, jaką zostawiła jej matka tuż przed śmiercią. Wciąż
czuła żar matczynych palców na ręce, pamiętała czerwoną ranę na jej
piersi, a potem już tylko oślepiającą biel. Wytworne, lakowane meble ich
gabinetu pociemniałe od krwi, powietrze wypełnione gorzkim zapachem
topionego metalu... i czegoś jeszcze. Czegoś pradawnego... niemożliwego.
- Proszę. Sądzę, że ci się spodoba.
Zamrugała, obraz zniknął, a spomiędzy zakurzonych regałów wyłonił się
Stary Wei i położył na blacie między nimi jakiś zwój. Lan wstrzymała
oddech i rozwinęła pergamin. Był wytarty, lecz wystarczyło rzucić nań
okiem, żeby widzieć, że jest inny - tani papier z konopi, szmat czy
sieci rybackich, który przeważał ostatnimi czasy, nigdy nie był tak
gładki. To był prawdziwy pergamin, może nawet welin, zwęglony na
brzegach, wyblakły ze starości. Tak bardzo znajomy materiał, wspomnienie
minionego świata.
Choć bardzo zniszczony, wciąż zachwycał śladami utraconej świetności.
Lan chłonęła wzrokiem sylwetki Czterech Bogów Demonów, którzy trwali na
stanowiskach w rogach arkusza, ledwie widoczni, lecz wciąż obecni. Smok,
feniks, tygrys, żółw - wszyscy czterej zamarli w czasie bogowie zwracali
się ku środkowi zwoju. Górny margines i te po bokach ozdobione były
wirami chmur. A w środku... otoczony niemal idealnym kołem ten jeden
symbol - rozkwitający delikatną równowagą pisma Hin. Wciąż tak dla niej
tajemniczy. Serce skoczyło jej do gardła, gdy pochylała się nad nim z zapartym tchem.
- Tak myślałem, że się ucieszysz - stwierdził Stary Wei. Przyglądał jej
się uważnie, oczy lśniły mu już na myśl o udanej transakcji. - Nie
uwierzysz, skąd go mam.
Prawie go nie słyszała. Puls dudnił jej w uszach, gdy sunęła palcami po
liniach, po każdym fragmencie znaku. W myślach porównywała go do
symbolu, który znała na pamięć, tak że rozpoznałaby go we śnie.
Ekscytacja prysła, gdy jej palce zawahały się nad jedną z linii. Nie...
nie. Za krótka, brakowało też kropki, ukośnik nie tam, gdzie trzeba...
Niby drobiazgi, a jednak...
To nie ten.
Opadły jej ramiona, z ust wyrwało się westchnienie. Niezdarnie wykręciła
nadgarstek, palec dokończył luźne koło symbolu.
I wtedy to się stało.
Powietrze w sklepie zadrżało, a Lan poczuła, jakby coś w niej
zaskoczyło, po czym jakiś niewidzialny prąd wymknął się przez jej palce
na zewnątrz. Wyładowanie statyczne w zimie.
Pół sekundy później było po wszystkim, zupełnie jakby tylko jej się
zdawało. Znów zamrugała. Stary Wei przyglądał się jej z zaciśniętymi
ustami.
- I? - rzucił niecierpliwie, pochylając się nad blatem.
Najwyraźniej nic nie poczuł. Lan dotknęła skroni opuszkami palców. To
nic. Pewnie chwilowe rozkojarzenie, złudzenie, po prostu zmysły zawodzą
ją z głodu i zmęczenia.
- Trochę inny - powiedziała, tłumiąc rozczarowanie rozlewające się na
cały brzuch.
Była tak blisko... a jednak nie.
- Czyli nie tego szukasz - mruknął Stary Wei. Odchrząknął. - Ale to
zawsze jakiś początek. Spójrz tutaj... sylabariusz chyba w tym samym
stylu, co u ciebie... te same krzywe i kreski... ale moją uwagę zwróciło to
zewnętrzne koło. - Stuknął dwoma zrogowaciałymi paluchami w pergamin. -
Jak dotąd widywaliśmy tylko koła, które stanowiły ozdobę wokół symbolu.
A tu, widzisz, jak elementy znaku zlewają się z kołem? Widać, że to
jedno pociągnięcie pędzla, tu wyraźnie mamy początek, a tu koniec.
Pozwoliła mu nawijać, choć jej umysł już rozsypał się z rozpaczy na myśl
o tym, że może nigdy nie zrozumie, co się tak właściwie stało tamtego
dnia, gdy umarła jej matka i upadło Ostatnie Królestwo. Że być może się
nie dowie, jak to możliwe, że matka wyciągnęła dłoń, palce drżące,
śliskie od krwi, i gołą ręką wypaliła coś w ciele Lan. Coś, co
utrzymało się na skórze przez te wszystkie cykle w postaci znaku
widocznego tylko dla oczu jej córki.
To wspomnienie istniało gdzieś na granicy snu i wyobraźni - jak słaba
iskra nadziei na coś, co nie powinno być nawet możliwe.
- ...słuchasz w ogóle, co do ciebie mówię?
Zamrugała, przeszłość rozwiała się niczym dym.
Stary Wei patrzył na nią karcącym wzrokiem.
- Mówię właśnie - ciągnął głosem urażonego nauczyciela, którego wykład
uczeń puszcza mimo uszu - że to zwój ze starego świątynnego domu księgi
i podobno pochodzi z jednej ze Stu Szkół Praktykowania. Wiem natomiast,
że praktycy korzystali z zupełnie innego systemu pisma.
Na to słowo zamarła. Praktycy.
Ułożyła usta w uśmiech i pochyliła się nad blatem, podpierając się na
jednym łokciu.
- Głowę daję, że napisali to sami praktycy do spółki z y?o'mó'gu?'guai,
którym zaprzedali swoje dusze - zadrwiła, a staruszkowi zrzedła mina.
- "Nie wywołuj demona nierozważnymi słowy!" - syknął, oglądając się za
siebie, jakby jakiś demon miał zaraz wyskoczyć na nich zza regału z suszonymi jagodami goji. - Jeszcze ściągniesz na mój sklep nieszczęście
tymi bluźnierstwami!
Lan przewróciła oczami. Stary Wei pochodził ze wsi, gdzie ludzie byli
bardziej przesądni niż w miastach. Powtarzali sobie niestworzone
historie o ghulach, które jakoby nawiedzały osady położone w sosnowych i bambusowych lasach, o demonach pożerających w nocy dusze niemowląt.
Dawniej Lan wzdrygała się na takie opowieści, może nawet była przez nie
ostrożniejsza, unikała mroku. Teraz jednak wiedziała aż za dobrze, że na
tym świecie są gorsze rzeczy.
- Nie bądź zabobonny, Stary Weiu - rzuciła lekko.
Sklepikarz pochylił się tak bardzo, że widziała teraz plamy od herbaty
na jego zębach.
- Cesarz Smok może i zakazał takich tematów, gdy zakładał Ostatnie
Królestwo, ale ja wiem swoje. Pamiętam opowieści, które moi dziadowie
usłyszeli od swoich dziadów. Znam historie o pradawnych zakonach
praktykujących magię i sztuki walki, ludziach chodzących po rzekach i jeziorach Pierwszego i Środkowego Królestwa, zmagających się ze złem,
walczących o sprawiedliwość na tym świecie. Nawet gdy cesarze Środkowego
Królestwa próbowali przejąć kontrolę nad praktykowaniem, nie potrafili
ukryć dowodów i śladów praktyki wypływających w całej naszej krainie.
Ksiąg zapisanych znakami nie do odczytania, świątyń i skarbców pełnych
przedmiotów o niewyjaśnionych właściwościach. Praktykowanie magii zawsze
było częścią naszej historii, y?'tou.
Stary Wei był zagorzałym wyznawcą mitów o bohaterach, których nazywano w Hinach praktykami, a którzy jakoby chodzili po wodzie, przelatywali
ponad górami, władali magią i pokonywali demony. Może zresztą robili to
wszystko... kiedyś, dawno, dawno temu.
- I gdzie oni wszyscy się podziali? Jakoś nie pędzą nam na ratunek
przed... tym. - Lan machnęła ręką na drzwi i znajdujące się za nimi
zrujnowane ulice. A gdy staruszek się zawahał, jej usta wykrzywiły się
drwiąco. - Nawet jeśli rzeczywiście kiedyś istnieli, było to pewnie całe
wieki i dynastie temu. Wszyscy ci twoi herosi i praktycy już dawno nie
żyją. - Jej głos złagodniał. - Nie zostało już dla nas bohaterów na tym
świecie, Stary Weiu.
Przyjaciel posłał jej przeszywające spojrzenie.
- I naprawdę w to wierzysz? - spytał. - Bo skoro tak, to powiedz mi,
dlaczego zachodzisz tu do mnie co tydzień w poszukiwaniu znaczenia
dziwnego znaku, który tylko ty widzisz.
Jego słowa wbiły się w jej serce niczym nóż, trafiając w ten ostatni
skrawek nadziei, do której usiłowała się nie przyznawać i której nigdy
nie odważyła się wyrazić: że wbrew temu, co sobie mówiła, to, co
widziała w dniu śmierci matki... było czymś w rodzaju magii.
A blizna na nadgarstku skrywała jakąś wskazówkę - jedyną wskazówkę na
temat prawdy i tamtego dnia.
- Bo to pozwala mi trzymać się nadziei, że jeszcze coś mam. Coś więcej
niż to życie.
Kłęby kurzu zawirowały, czerwone i pomarańczowe w promieniach
zachodzącego słońca, jakby były gasnącymi węgielkami z ogniska. Lan
położyła dłoń na pergaminie. Może zdoła wyczytać coś z tych
niezrozumiałych muśnięć, które składały się na tajemniczy znak. W końcu
przez dwanaście cykli i tak nie znalazła nic lepszego.
- Wezmę go - powiedziała. - Wezmę ten zwój.
Stary sklepikarz zamrugał, wyraźnie zaskoczony taką zmianą.
- A. - Postukał w pergamin. - Ale będziesz ostrożna, co, y?'tou? Tyle
się słyszy o znakach wyciśniętych przez ciemne, demoniczne moce.
Cokolwiek tam masz w tej bliźnie... cóż, miejmy nadzieję, że uczynił to
ktoś, kto kierował się szlachetnymi pobudkami.
- Zabobony - prychnęła Lan.
- Wszystkie zabobony skądś się biorą - mruknął złowieszczo sklepikarz,
po czym wyciągnął palce. - A teraz zobaczmy zapłatę. Na tym świecie nie
ma nic za darmo. Mam czynsz do opłacenia, jedzenie do kupienia.
Zawahała się tylko chwilę. Potem pochyliła się nad ladą, odsunęła na bok
małą saszetkę sproszkowanych ziół, które odważał sobie Stary Wei, i położyła na blacie wytartą konopną sakiewkę. Brzęk metalu.
Dłonie staruszka od razu rzuciły się w niej szperać.
Gdy ujrzał zawartość, zrobił wielkie oczy.
- Do Dziesięciu Piekieł, y?'tou - szepnął i przysunął bliżej stary,
papierowy lampion. W świetle płomienia błysnęła smukła srebrna łyżeczka.
Na jej widok Lan poczuła w sercu ukłucie tęsknoty. Było to wspaniałe
znalezisko. Ktoś wyrzucił ją niechcący wraz z potłuczonymi naczyniami.
Lan znalazła ją w zaułku za herbaciarnią. Miała nadzieję, że ją sprzeda
i dzięki temu będzie mogła wykupić sobie księżyc czy dwa z kontraktu
wiążącego ją z herbaciarnią. Łyżeczka warta była niezłą sumkę, bo metal
- każdy jego rodzaj - należał do rzadkości. Pierwsze, co zrobili
Elantianie, to przejęli monopol na metal w całym Ostatnim Królestwie.
Złoto, srebro, miedź, żelazo, cyna - wszystko to było teraz ogromnie
cenne, a mała srebrna łyżeczka stanowiła prawdziwy skarb, bo poza takimi
drobiazgami Elantianie zagarnęli właściwie cały metal w kraju. Lan
domyślała się, że te kilka smętnych łyżeczek, monet czy sztuk biżuterii
już sobie odpuścili, bo z takiej odrobiny metalu nikt nie zdołałby
zbudować żadnej broni dla ruchu oporu. Srebrna łyżeczka raczej nie
doprowadzi do rewolucji.
Wiedziała dobrze, co się działo z całym tym metalem. Trafiał w ręce
elantiańskich magów. Ponoć metal pozwalał im kanalizować magię. W to
akurat potrafiła uwierzyć. Na własne oczy widziała, jak przerażającą
mocą władali. Ostatnie Królestwo zmietli z powierzchni ziemi dosłownie
gołymi rękami.
M?mę zamordowali, nawet jej nie dotykając.
- Nie zdołałabym jej sprzedać - skłamała. - Nikt już nie chce brać
niczego metalowego, a poza tym, gdyby złapał mnie jakiś Elantianin,
byłoby z tego więcej kłopotu, niż to warte. Że już nie wspomnę o tym, że
Madam Meng obdarłaby mnie ze skóry, gdyby się dowiedziała, że ją
rąbnęłam. Kup sobie za nią trochę żeń-szenia na te twoje stare płuca,
dobrze? Aż mnie uszy bolą od słuchania, jak kaszlesz.
- Aha - bąknął Stary Wei, wpatrując się w srebrną łyżeczkę, jakby była
co najmniej z żadu. Nawet nie tknął reszty proponowanej przez nią
zapłaty: sakiewki z dziesięcioma miedzianymi monetami, które zarobiła
dziś na rynku. - Posiadanie wszelkiego metalu rzeczywiście zrobiło się
ryzykowne... Lepiej zostaw to u mnie... - Jego wzrok nagle znów się
wyostrzył, usta rozciągnęły się w uśmiechu. Pochylił się do Lan i szepnął: - Myślę, że następnym razem będę miał dla ciebie coś naprawdę
dobrego. Moje źródło skontaktowało mnie z hińskim dworakiem, który
szuka... - Urwał, zrobił raptowny wdech, jego wzrok momentalnie przesunął
się na papierowe okienka, otwarte, żeby do środka wpadała wieczorna
bryza. - Anioły - syknął, przechodząc na elantiański.
To słowo wystarczyło, by jej żyły zalał strach. Tak nazywano potocznie
elantiańskich żołnierzy, którzy oficjalnie znani byli jako Białe Anioły.
Lan odwróciła się natychmiast. W ramie okiennej sklepu Starego Weia
ujrzała coś, co sprawiło, że żółć podeszła jej do gardła. Błysk srebra,
zbroja iskrząca się jakby od szronu, połysk biało-złotego godła
przedstawiającego koronę i skrzydła...
Nie było czasu do namysłu. Musiała działać.
Posłała sklepikarzowi spłoszone spojrzenie, ale Stary Wei miał już
kamienny wyraz twarzy, usta stanowczo zaciśnięte. Chwycił jej rękę, gdy
sięgała po zwój.
- Zostaw to tutaj, y?'tou... Lepiej, żeby cię nie złapali z czymś takim w wigilię Dwunastego Cyklu. Wróć po to, gdy będzie bezpieczniej. A teraz
idź!
Zwój i srebrna łyżeczka zniknęły z blatu tak nagle, jakby zapadły się
pod ziemię.
Zsunęła d?u'l? na oczy i w tej samej chwili zadźwięczał dzwonek nad
wejściem, jego dźwięk nagle tak złowrogi.
Powietrze zastygło. Na podłogę padły długie, ciemne cienie.
Lan ruszyła w stronę drzwi, wdzięczna w duchu za ten utkany z konopi
kapelusz i luźne szaty, tania odzież, która skrywała jej postać.
Pracowała w herbaciarni dość długo, by wiedzieć, co Elantianie potrafią
zrobić hińskim dziewczynom.
- Niech cię strzegą Czterej Bogowie - usłyszała jeszcze szept staruszka.
Było to stare hińskie powiedzenie, które opierało się na
przeświadczeniu, że nad tą krainą i jej ludem czuwają Czterej Bogowie
Demony.
Lecz Lan wiedziała z całą pewnością, że na tym świecie nie ma bogów.
Są tylko potwory w ludzkiej postaci.
Tym razem było ich dwóch. Żołnierze byli krzepcy i w pełnej zbroi, która
szczękała przy każdym kroku, gdy mijali Lan. Odruchowo rzuciła okiem na
ich nadgarstki - i natychmiast odetchnęła. Były nagie, nie połyskiwały
na nich metalowe bransolety tak ciasne, jakby wrosły już w ciało. A zatem nie były to ręce mogące wezwać ogień i krew jednym skinieniem
bladego palca.
Zwykli żołnierze.
Jeden z nich przystanął, gdy ich wymijała. Była już ledwie kilka kroków
od drzwi, na twarzy czuła chłodne wieczorne powietrze. Jej serce
zadrżało niczym królik pod spojrzeniem orła.
Dłoń Anioła była szybka, błyskawicznie zacisnęła się na jej nadgarstku.
A wtedy w jej piersi znów wykiełkowało ziarno strachu.
- Popatrz, Maximilianie - rzucił żołnierz. Drugą ręką uniósł rondo jej
d?u'l?. Lan spojrzała w jego zielone jak letni dzień oczy i nie
potrafiła pojąć, jak można sprawić, by ten kolor wydawał się tak
okrutny. Jego twarz mogłaby być równie dobrze wykuta z marmuru. Do
złudzenia przypominała oblicza elantiańskich stróżów, które lubili sobie
umieszczać nad drzwiami i w kościołach; była równie przystojna i nieludzka. - Kto by się spodziewał, że w takim miejscu można znaleźć
taki wspaniały okaz pchły.
Umiała mówić po elantiańsku - w herbaciarni nie miała wyjścia, musiała
się nauczyć - a jednak dźwięk tego języka nieodmiennie mroził jej krew w żyłach. Jego słowa były długie i gładkie, tak odmienne od ostro ciętych
słów mowy hińskiej, która na papierze zdawała się lekka jak dotyk ważki.
Elantianie mówili nieśpiesznym bełkotem ludzi pijanych władzą.
Lan zamarła, nie śmiąc nawet oddychać.
- Zostaw to teraz, Donnaronie! - zawołał do niego przez ramię drugi
żołnierz. Był w połowie drogi do lady, za którą Stary Wei kłaniał się
nisko i kiwał głową ze służalczym uśmiechem. - Obowiązki wzywają. Potem
będzie czas na przyjemności.
Donnaron sunął wzrokiem po twarzy Lan, po jej szyi i niżej, a dziewczyna
poczuła wstręt i niepokój. Miała ochotę wydrapać mu te jego młodzieńcze
zielone oczy.
Anioł posłał jej szeroki uśmiech.
- Wielka szkoda. Ale nic się nie martw, śliczny kwiatuszku. Tak łatwo
nie odpuszczam. - Mocniej zacisnął palce na jej nadgarstku, jakby coś
jej obiecując czy grożąc, po czym wreszcie puścił.
Zatoczyła się przed siebie. Już była jedną nogą na dworze, już trzymała
dłoń na klamce, ale się zawahała.
Obejrzała się.
W świetle zachodzącego słońca sylwetka staruszka zdawała się niepokojąco
mała między górującymi nad nim Elantianami. Jakby był ledwie cieniem.
Wzrok jego kaprawych oczu przesunął się na nią na moment i zobaczyła, że
bardzo dyskretnie kiwa jej głową. Idź już, y?'tou.
Lan wypadła na zewnątrz. Biegiem dotarła aż do murów wyznaczających
granicę targowiska. Przed nią rozpościerała się ciemność Zatoki Wiatrów
Południowych, której wody skrzyły się karmazynem rozświetlone ostatnimi
promieniami ginącego w falach słońca. Ostry, słony wiatr smagał
drewniane molo i zawodził w starych kamiennych murach Haak'gongu, jakby
chciał zbudzić tę krainę ze snu.
Taka wolność i siła - jak one w ogóle smakowały? Może pewnego dnia Lan
się dowie. Być może kiedyś będzie stać ją na coś więcej niż podarowanie
cienkiej srebrnej łyżeczki i ucieczkę, gdy do drzwi zapuka
niebezpieczeństwo.
Uniosła twarz do niebios i oddychała chwilę, rozmasowując sobie
nadgarstek w miejscu, gdzie chwycił ją żołnierz, jakby chciała
wyszorować wspomnienie jego palców z umysłu. Oto noc zimowego
przesilenia, minęło dwanaście cykli od elantiańskiego Podboju. Najwyżsi
urzędnicy zwycięzców zbierali się na uroczystościach, więc to oczywiste,
że rząd zwiększył nadzór i patrole w największych hińskich miastach.
Haak'gong był tak zwanym Fortem Południowym, ważnym ośrodkiem handlu na
terenie elantiańskich kolonii. Przewyższała go jedynie Niebiańska
Stolica, Ti?n'j?ng... czy też raczej, jak należało teraz o niej mówić:
Alessanderburg.
Dwunasty cykl, pomyślała. Bogowie, minęło już tyle czasu?
Wystarczyło przymknąć powieki, a znów stawały jej przed oczami tamte
chwile, gdy świat się skończył.
Śnieg sypiący jak popiół.
Wiatr świszczący w bambusach.
I unoszący się ku niebu dźwięk lutni.
Kiedyś miała imię nadane przez matkę. Lián'ér. Oznaczało "lotos", czyli
kwiat, który potrafi wykwitnąć wprost z błota niczym światło jaśniejące
w mroku.
Odebrali jej to.
Kiedyś miała dom. Z dziedzińcem, zielonymi wierzbami płaczącymi nad
stawami, płatkami kwitnącej wiśni opadającymi na kamienne ścieżki i werandami wychodzącymi na bujny ogród.
Odebrali jej to.
I miała matkę, która ją kochała; przekazywała jej opowieści, sonety i pieśni; cierpliwie uczyła ją kaligrafii, ruchów pędzla tak delikatnych
na pergaminie. Matczyne palce splecione z jej palcami - w tych dłoniach
mieścił się jej cały świat.
Odebrali jej i matkę.
Ze wspomnień wyrwał ją długi, donośny dźwięk dzwonów obwieszczających
zmierzch. Jej oczy otworzyły się natychmiast i znów widziała przed sobą
puste, samotne morze pobrzmiewające echem tego, co utraciła. Może by tak
postała dłużej na tej krawędzi świata i usiłowała zrozumieć sens tego
wszystkiego - jak to się stało, że sprawy potoczyły się tak źle; jak to
możliwe, że została z niczym, jeśli nie liczyć wspomnień i tej dziwnej
blizny, którą widziała tylko ona. Lecz donośne bicie dzwonów niosło się
aż pod niebiosa, a ją dopadła rzeczywistość. Doskwierały jej głód i zmęczenie, a do tego zaraz się spóźni na wieczorne przedstawienie w herbaciarni.
A jednak tamten zwój był mimo wszystko obiecujący. Znów musnęła dłonią
lewy nadgarstek, każdy element tego tajemniczego znaku tak wyraźny w jej
umyśle.
Następnym razem, powiedziała sobie, jak już mówiła mnóstwo razy przez
ostatnie dwanaście cykli. Następnym razem znajdę wiadomość, którą dla
mnie zostawiłaś, M?mo.
Póki co nasunęła mocniej d?u'l? i otrzepała rękawy z kurzu.
Czas wrócić do herbaciarni.
Spłacić kontrakt.
Czas służyć Elantianom.
W podbitym państwie, żeby wygrać, trzeba przede wszystkim przetrwać. Nie
oglądając się już więcej za siebie, spojrzała na barwne ulice Haak'gongu
i ruszyła zboczem wzgórza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki