Pieśń ostatniego minstrela - Walter Scott

Kup ebooka

12.50 zł
9.80 zł (9,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pieśń pierwsza

I.

Umilkł w Branksom gwar biesiady, Do tajemnych komnat gmachu Samotna odeszła Lady. Do komnat, których drzwi potężne czary Tajemniczemi zamknęły słowami: - Słów tych nikt wspomnieć bez strachu, Powtórzyć nie śmie bez kary: - Jezus Marya zmiłuj się nad nami! Nikt oprócz Lady, za żaden skarb ziemny Nie śmiałby wstąpić w ten gmach jéj tajemny,

II.

W biesiadnéj sali gwarliwa drużyna, To stoi kołem przed ogniem komina, To znów pod ręce wzdłuż chodząc pospołu, Ciągnie rozmowy zaczęte u stołu.

Na potrząśnionych gałęźmi kamieniach Śpią psy myśliwe, i w sennych marzeniach W głos gonić zwierza zdają się śród boru, Z Tewiotstonu do Eskedalmoru.

III.

Dwudziestu dziewięciu szlachetnych rycerzy Wciąż w zamku Branksomskim gościło; Dwudziestu dziewięciu, w bogatéj odzieży, Na rozkaz ich paziów służyło; Dwudziestu dziewięciu rycerskiéj młodzieży Rumaki ich w stajniach karmiło; A wszyscy waleczni, ojczyzny nadzieja, A wszyscy są krewni hrabiego Bukleja.

IV.

Dziesięciu z nich w kolej, na pierwszy znak trwogi, Gotowych co chwila do boju lub drogi, Z orężem u pasa, z ostrogą u nogi, W dzień i w nocy nie zrzuca zbroicy; Na swych twardych puklerzach, W nierozpiętych pancerzach, Chwilę ledwo snu dadzą źrenicy; W rękawicach ze stali Za stół nawet siadali, Wino pili przez kratę przyłbicy.

V.

Dziesięciu giermków, wprawionych do broni. Trzyma przed gankiem kopije rycerzy; Trzydzieści zbrojne osiodłanych koni, Dziesięciu w rękach wodzi masztalerzy; Każdy koń z kitą piór strusich u skroni, Za każdém siodłem buzdygan się jeży; Sto innych w stajniach zostaje się w domu. - Taki jest zwyczaj na zamku Branksomu.

VI.

Dla czegóż te konie pod siodłem tak stoją? Dla czego rycerze czuwają pod zbroją? - Czuwają, by w porę brytanów szczekanie, By w porę posłyszeć strażników wołanie; By zdała nad chmurą kurzawy wzniesiony Świętego Jerzego krzyż dojrzeć czerwony; By w porę pośpieszyć i bronić swych właści, Przed Skropem, lub Percym, wsławionym z zdrad tylu, I nie dać się ubiedz Howarda napaści, Z Warkwortu, z Nawortu, z pięknego Karlilu.

VII.

Taki jest zwyczaj na zamku Branksomu. - Mężni rycerze bronią go i strzegą:

Lecz on, pan zamku, wódz Buklejów domu! Miecz jego straszny jak łyskanie gromu, Rdzewieje nad grobem jego! - Rok ledwo upłynął Jak lord Walter zginał, Gdy nie syt krwi bratniéj i mordu, Niezgodę na nowo. Straszliwą, domową, Rozniecił Karr, baron z Cessfordu. Gdy lud z nad granicy Pierzchał ku stolicy, Gdy Edymburg nawet krwią spłynął: Tam w dymach pożogi, Lord Walter bez trwogi, Broniąc swoich, walczył i zginął.

VIII.

O! straszna wojno pychy rodowéj, Wojno sąsiedzkiéj zawiści! Kto cię rozbroi? kto z Kaimowéj Zbrodni twych wodzów oczyści?... Ach! - próżno razem w pielgrzymim stroju, Do miejsc cudownych szli wszędy; Próżno za dusze poległych w boju Wspólne sprawiali obrzędy: Póki w Cessfordzie włada dom Karrów, Buklej w Etryku przewodzi: Póty zawziętość odwiecznych swarów, Z pamięcią rzezi, klęsk i pożarów, Z ojca na syna przechodzi.

IX.

Lud wojowniczy załamywał ręce Nad trumną lorda Waltera; Niewiasty w łzami uroszone wieńce Stroiły grób bohatéra. Lecz łzy ni kwiatu pozostała wdowa Nie uroniła na grobie; Nadzieja pomsty i duma surowa Dodały męztwa w żałobie. Aż gdy wkrąg patrząc na twarze żałośne, Syn mały w domu zawołał: "Pomszczę się ojca, niech tylko podrosnę!" Żal dłużéj kryć się nie zdołał, Łkając go swemi okryła pieszczoty, I łzy jéj wdowie zlały twarz sieroty.

X.

W stroju z rozpaczy starganym, Na wiatr rzuciwszy włos, Nad ojcem swym ukochanym Anna płakała w głos. Lecz prócz żałości dziecinnéj, Był jeszcze powód łez inny: Bojaźń o przyszły los. Serce jéj gore miłością - Przed nimby tylko z ufnością

Odkryła głąb tajemnicy; Lecz twardéj matczynéj duszy, Wié, że ni zmiękczy, ni wzruszy, Prośba ni rozpacz dziewicy. Lord Kranston jéj oblubieniec, Cessfordów był pokrewieniec, Herb jeden na ich sztandarach; A wié, że matka jéj sroga, Wprzód niż ją wydać za wroga, Woli wprzód ujrzéć na marach.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.

Wstęp

Wiatr był północny, droga daleka,

Minstrel był stary, słaby kaleka; Poważne lice, włos jego biały, Widać, że lepsze dni kiedyś znały; Arfę, jedyną jego osłodę, Dźwigało za nim pachole młode. Był to ostatni z szkockich Minstreli, Co ze czcią niegdyś w kraju słynęli, I głosząc dzieła praojców sławnych, Uczyli młodych, iść w ślady dawnych. Lecz się, niestety, wszystko zmieniło! Współbracia jego śpią pod mogiłą; On, biedny tułacz w ojczystéj ziemi, Chciałby już tylko odpocząć z niemi. Bo cóż po życiu, gdy wszystkie jego Młode uroki serce odbiegą? Nie jemu teraz, na rączym koniu, Jak ptak swobodnie hasać po błoniu!

Nie jemu teraz, ach! już nie jemu, Pożądanemu, szanowanemu, W zamkach, na ucztach, śród grona gości, Śpiewać cześć męztwa, urok miłości, I w sercach mężów budząc wzruszenie, Z oczu piękności czerpać natchnienie! W Szkocji teraz wszystko inaczéj: Ani tych biesiad, ni tych słuchaczy! Z starymi ludźmi, zniknęły wszędy Stare zwyczaje, stare obrzędy; Przychodzień, z ciężkiém berłem w prawicy, Na Sztuartowéj zasiadł stolicy; Mroczny fanatyzm, grożąc pochodnią, Pieśń i wesołość mieni być zbrodnią. Wzgardzony śpiewak, płonąc od sromu, Musi iść żebrać z domu do domu, I dla motłochu arfę swą stroić, Którejby dźwiękiem król się mógł poić. Szedł, gdzie z śród cienia dębu i świerku Wznoszą się błyszcząc wieże Newerku. Bard zwrócił ku nim posępne oko, Wspomniał swą przeszłość, westchnął głęboko; Spójrzał dokoła - lecz nigdzie innéj Nie było niższéj strzechy gościnnéj. Drżącym więc krokiem, przez most zwodowy, Szedł ku podwojom bramy zamkowéj, Któréj żelazne rygle i brony Odbiły nieraz szturm rozpędzony, Lecz w któréj zawsze stojąc na straży, Duch gościnności witał nędzarzy.

Księżna przez okno starca ujrzała; Włos jego biały, postać nieśmiała, Wzbudziły litość; - rzekła paziowi, By go z czcią spotkać wyszli domowi. Bo choć tak można, z krwią królów bliska, Znała i ona losu igrzyska, Gdy kochająca, w lat swych zaraniu, Z dziką rozpaczą, przy rusztowaniu Lubego męża, próżno na wroga Wzywała pomsty ludzi i Boga.

Gdy zmordowane wędrowca siły Skromnym posiłkiem nieco ożyły, A widok chętnéj, dworskiéj względności, Wzbudził w nim pamięć lepszéj przeszłości: Z dawno doznaném czuciem wesela, Zapłonął w duszy ogień minstrela. Zaczął więc prawić o przodkach księżny, Co był za rycerz dziad jéj potężny, Jak gromił wrogów, jak w kraju słynął; Jak, świeć mu Panie! ojciec jéj zginął. Dodał, że jeszcze z dawniejszych dziejów Wié różne czyny wielkich Buklejów; I gdyby księżna, przez wzgląd na treści, Chciała posłuchać starca powieści,

Choć dłoń mu skrzepła, choć głos oniemiał, On - i dla czegóż wyznaćby nie miał? - On czuje w sobie dość jeszcze ducha, By śpiew zanócić godny jéj ucha. Chętnie spełniono skromne żądania, Paź go do księżny zawiódł mieszkania. Lecz skoro wstąpił w gmach jéj wspaniały, Gdzie z nią jéj dworskie damy siedziały, Możeby raczéj wolał odmowę; Tak uczuł w sobie wzruszenie nowe, Tak mu się nagłe w myślach zmąciło Wszystko co teraz, co dawniéj było; Że gdy sam w sobie upokorzony, Chciał dobyć z arfy dawne jéj tony, Uczuł, że palce moc swą straciły, Którą nadaje wiara w swe siły. Księżna odgadła co się w nim działo. A więc nie rażąc zbytnią pochwałą, W słowach jednakże miłych dla ucha, Dodała serca, zagrzała ducha, Aż stróny, w które trącał powoli, Zabrzmiały wszystkie w ton jego woli. Wtedy rad z siebie ozwał się śmieléj, Że pomni powieść dawnych minstreli, Któréj już w życiu swém poniżoném Nie miał nadziei śpiewać przed zgonem. Bo nie dla gminu pieśń ta złożona, Lecz dla dam wielkich, dla panów grona; Sam ją przed królem śpiewał za młodu, Na jednéj z świetnych uczt Holyrodu;

Pieśń tę powtórzyć chciałby w téj dobie, Nótę jéj tylko przypomni sobie. I zwolna ręką wodząc po strónach, Coraz to w innych przebiera tonach; I w czole widać walkę z pamięcią, Którém raz po raz wstrząsał z niechęcią. Aż gdy raz wzbudził znajome brzmienia, Twarz zajaśniała blaskiem natchnienia, Duch w oku starca zaiskrzył młody, Dziwny rumieniec oblał jagody, I harmonijny, choć w miarach zmienny, Rozległ się odgłos pieśni wojennnéj. - Miejsce, słuchacze, dola żebraka, Wszystko zniknęło z myśli śpiewaka; Zimna nieufność w sercu zbolałém. Nagle przed wieszczym pierzchła zapałem; I tak, gdy wszyscy wkrąg oniemieli, Nócił ostatni z szkockich Minstreli.