2
Na południu, w królestwie Judy
Król Hiskiasz powoli prowadził swojego dziadka, który wspierał się na jego ramieniu. Schodzili w dół miasta, od pałacu. Powietrze wokół nich wypełniał łoskot żaren i dym rozpalanych od wczesnego ranka palenisk. Przypominał on Hiskiaszowi inny poranny spacer z dziadkiem - sprzed laty. Wydawało się to tak odległe, jakby w innym życiu. Ale gdy tylko znów spotkał się z Zachariaszem, więzy miłości między nimi odnowiły się tak szybko, jakby żaden upływ czasu nie nastąpił.
Zbliżali się do Bramy Wodnej. Szaty Hiskiasza falowały na wietrze, szare niebo zapowiadało deszcz.
- Na pewno nie chcesz wrócić? - zapytał dziadka. - Chyba odmawianie modlitw za miastem to nie jest teraz najlepszy pomysł.
- Na pewno nie chcę. Nie zapominaj, że po oczyszczeniu świątyni będziemy się modlić na dworze każdego ranka, bez względu na pogodę. Nawet gdyby trafiła się śnieżyca.
- To już naprawdę jest poświęcenie - zaśmiał się król, przyjmując ukłon strażników, gdy przechodzili przez bramę. Za nią zaczynało się strome zejście.
Hiskiaszowi wydawało się, że Zachariasz nic a nic się nie zmienił. Oczywiście posunął się w latach, wolniej się poruszał, jego niegdyś szare włosy i broda pobielały. A on, Hiskiasz, był teraz niemal o głowę wyższy od dziadka. Ale rysy twarzy starca, którą Hiskiasz tak kochał, były wciąż tak samo szlachetne, pełne godności i łagodne, a zielone oczy wciąż mądre i dowcipne. Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie tego, że kiedyś wyobrażał sobie Jahwe na wzór Zachariasza.
- Może tu? - zapytał, gdy doszli do rosnącego na tarasach zbocza gaju oliwnego w pobliżu źródła Gichon. Drzewa ochroniłyby ich przed zimnymi porywami wiatru.
- Doskonałe miejsce - westchnął z zadowoleniem Zachariasz, siadając, by odpocząć, na niskim murku okalającym ogród.
Patrzył wokół, jakby pierwszy raz w życiu widział drzewa. Hiskiaszowi zrobiło się przykro na myśl o tym, jak długo dziadek był uwięziony. Dobrze, że mimo wszechobecnej wilgoci przyszli tutaj.
- Wiesz, synu, nie bez powodu chciałem się pomodlić poza miastem - wyjaśnił Zachariasz. - Gdy jesteśmy przez cały dzień otoczeni tym, co sami stworzyliśmy, zbyt łatwo przychodzi nam przekonanie, że wiele znaczymy - dodał, zrywając srebrno-zielony liść drzewa oliwnego, który następnie zaczął obracać między palcami. - Ale zobacz. Czy umiemy wytworzyć coś tak doskonałego i delikatnego, jak ten liść, lub tak solidnego i trwałego, jak te góry?
- Góry otaczają Jeruzalem - wyrecytował Hiskiasz - tak, jak Jahwe otacza swój lud i teraz, i na wieki.
- O... pamiętasz jeszcze?
- Jak mógłbym zapomnieć? Recytowałeś mi ten werset każdego ranka, otwierając okiennice. A dziś rano właśnie o tym myślałem, patrząc na mgłę. Gór nie było widać.
- Ale wiesz, że są na swoim miejscu, tak jak Jahwe zawsze otacza nasz lud, nawet gdy grzech i bałwochwalstwo Go przesłoniły.
Hiskiasz schylił się po jeden z dziesiątek leżących wokół na ziemi kamyków i zaczął go machinalnie przerzucać z ręki do ręki.
- Kocham ten smutny, mały kraj, jego skały i wszystko... Chciałbym, by znów przypominał ziemię mlekiem i miodem płynącą, jaką znali nasi przodkowie.
- Jeśli będziesz wierny Bogu, z czasem wysłucha On twoich modlitw.
- Twoje zaufanie do Boga, w porównaniu do mojego drobnego ziarenka wiary, wydaje się takie... takie nieograniczone. Boję się, że mojej wiary nie wystarczy, zwłaszcza biorąc pod uwagę doniosłość czekających mnie zadań. Oprócz usunięcia bałwochwalstwa chcę odzyskać wszystkie ziemie, do których mam prawo, ziemie, które mój ojciec utracił na rzecz Filistynów i Ammonitów. Potrzebujemy gruntów ornych, takich jak Szefela, i miast, które jak Bet Szemesz strzegą przełęczy wiodących do Jerozolimy i dostępu do szlaku nadmorskiego. Potrzebujemy twierdz w Negebie i Arabie. I Elatu, naszego portu nad Morzem Czerwonym. Te ziemie należały kiedyś do moich przodków - oświadczył na koniec, rzucając kamień w stronę źródła Gichon. - I prawnie należą się mnie.
- Przypominasz mi, synu, króla Ozjasza. Za jego panowania kraj rozkwitał. Nie tylko dlatego, że miał on, jak i ty, wielkie marzenia. Ale dlatego, że miłował Boga. Z Bogiem możesz wszystko. Dosłownie wszystko.
- No to dlaczego jego panowanie tak źle się skończyło? Co tam się stało?
- Zamiast wdzięczności, jego sukcesy wzbudziły w nim pychę. Inni królowie chwalili go za osiągnięcia, a Ozjasz uznał to za swoją zasługę, zamiast oddać chwałę Bogu. - Zachariasz zamilkł na chwilę. - Widziałem trzech królów przed tobą. Wszystkich Bóg poddawał próbie, i wszyscy zawiedli. Modlę się za ciebie, byś zachował siłę na czas próby. Ozjasza zniszczyła pycha. Jego syna, Jotama, pokonało rozgoryczenie, a twojego ojca strach. Gdyby złożyli swoją ufność w Jahwe, jakże inną ty byś miał sytuację.
Potrzeba działania, wprowadzania jak najszybciej zmian nie dawała Hiskiaszowi spokoju.
- Potrzebuję twojej mądrości i doświadczenia - rzekł do Zachariasza. - Chciałbym, żebyś na miejsce Uriasza został...
- Nie przyjmę posady zarządcy pałacowego.
Obcesowa odmowa rozczarowała Hiskiasza. I zbiła z tropu. Zakładał, że Zachariasz będzie gotów mu pomóc w każdy możliwy sposób.
- Ale... ale dlaczego nie? Jesteś mi potrzebny. Byłeś już zarządcą, masz doświadczenie...
- Jestem lewitą i nauczycielem Tory. Pomogę ci w zakresie reform religijnych, ale nie będę uczestniczył w rządzeniu krajem.
- Ależ jesteś mi potrzebny. Jak cię przekonać?
- Nie przekonasz. Nigdy więcej nie przyjmę rządowej posady.
Hiskiasz westchnął ze zniecierpliwieniem:
- Nie znam nikogo o takich kwalifikacjach, jak twoje. Lepiej się znasz na rządzeniu królestwem niż cały mój dwór razem wzięty.
- Pochlebia mi to, ale na pewno przesadzasz.
- Ale w świątyni będziesz posługiwał, prawda?
- Jestem na to już za stary. W wieku pięćdziesięciu lat lewici przechodzą w stan spoczynku. A ja dobiegam siedemdziesiątki.
- Dziadku, proszę. Nie ma tylu lewitów, żeby podołali wszystkim zadaniom. A kapłanów jest jeszcze mniej. Mam nadzieję, że gdy przeprowadzimy reformy, część spośród młodszych powróci do posługi, ale ludzi trzeba będzie przeszkolić i...
- I chcesz w związku z tym na jakiś czas przywrócić do posługi takiego sędziwego lewitę, jak ja?
- Tak. Wrócisz? Przynajmniej w ten sposób mi pomóż. Proszę...
Zachariasz westchnął ciężko, spoglądając na wznoszące się wysoko ponad nimi mury świątyni.
- Ostatni raz miałem na sobie szaty lewity w dniu, gdy powstrzymałem twojego ojca przed złożeniem ofiary na asyryjskim ołtarzu. W dniu, gdy stałem się więźniem. Pamiętasz, co ci powiedziałem wtedy, gdy widziałeś mnie w szatach?
- Nie... Przepraszam...
- Bardzo mnie prosiłeś, żebym wrócił, jak tylko skończę posługę w świątyni, i uczył cię dalej o Jahwe. Powiedziałem ci, że mogę się trochę spóźnić, ale że na pewno przyjdę. Cóż, spóźniłem się znacznie bardziej, niż mógłbym sobie wyobrazić - mówił, kładąc dłoń na ramieniu Hiskiasza - ale dotrzymam obietnicy i będę cię uczył o prawach Jahwe. I będę asystował w świątyni, dopóki młodsi nie zostaną przeszkoleni na tyle, by mnie zastąpić.
- Kiedy chcesz zacząć? Świątynia jest naprawdę w złym stanie.
- To prawda. Tak jak kazałeś, rozpoczęliśmy już oczyszczanie. Następnym krokiem będzie sformowanie oddziałów kapłańskich i lewickich tak, jak wyznaczył je król Dawid, oraz namaszczenie nowego arcykapłana. Oczywiście, lud będzie musiał nas wspomóc wymaganą dziesięciną świątynną.
- Wydam rozkazy. I dołożę ze skarbu królewskiego, ile będę mógł. A konstrukcja świątyni? Nie potrzebuje renowacji?
- Potrzebuje, i znam chyba człowieka, który mógłby nam pomóc. Syn mojego przyjaciela, Chilkiasza, szkolił się na inżyniera. Chilkiasz jest jednym z niewielu sprawiedliwych mężów, jakich znam. Jestem pewien, że nauczył również Eliakima, swego syna, przestrzegania Bożych praw.
- Dobrze. Poślę po niego, by nadzorował budowę. Ale przypomniałeś mi o kolejnym problemie. - Hiskiasz pogładził brodę. - Najtrudniejszym obecnie dla mnie zadaniem jest zorientowanie się, komu mogę zaufać. Uriasz zapewne nie był jedynym człowiekiem, który chciałby przejąć kontrolę nad królestwem.
- To prawda. Nagła zmiana u steru władzy to zawsze niebezpieczny moment. Musisz przyjąć zdecydowaną postawę do czasu, gdy twoja władza będzie dostatecznie wzmocniona.
- Administracja mojego ojca była bardzo skorumpowana - od najwyższych oficjeli po najniższych urzędników. Trudno się dziwić, że prorok Micheasz tak mocno potępiał przywódców Judy. W każdym razie wezwałem dziś na spotkanie wszystkich doradców ojca. Zamierzam obwieścić im, że postanowiłem dokonać reorganizacji królestwa w zgodzie z prawem Mojżeszowym.
- Skoro tak, przygotuj się lepiej, synu, na zaciekłą walkę o władzę. Niektórzy chętnie nawrócą się do Bożego prawa, ale z pewnością większość ludzi, którzy za Achaza mieli jakieś wpływy, sprzeciwi ci się. Jeśli nie otwarcie, to za twoimi plecami.
- Rozumiem. Jak jednak mam się przygotować na coś takiego?
- Módl się. - Zachariasz uniósł założony na ramiona szal modlitewny, po czym okrył nim głowę. - I pozwól Panu, by to On był twoją mocą. Pamiętaj Hiskiaszu, Pan nie DAJE ci mocy. On JEST twoją mocą. Gdy otaczają cię wrogowie, nie licz na umocnienia wykonane ludzką ręką - dodał, wskazując na mury miasta wznoszące się nad urwiskiem ponad nimi - ani na siłę armii. Zaufaj Bogu.
Hiskiasz skinął głową. Wiedział jednak, że daleko mu do takiego zrozumienia i takiej silnej wiary.
- Może odmówimy dziś jedną z modlitw króla Dawida? - spytał Zachariasz, wstając. - Dawid napisał ją, gdy był nękany przez wrogów, którzy chcieli go zniszczyć.
Hiskiasz również wstał i okrył głowę szalem. Zamknął oczy i słuchał nieznanych sobie słów, recytowanych przez dziadka, przysięgając sobie, że kiedyś będzie je znał, że nauczy się ich na pamięć i uwierzy w zawartą w nich obietnicę.
"Wyrwij mnie, mój Boże, od moich nieprzyjaciół, chroń mnie od powstających na mnie! Wyrwij mnie od złoczyńców i od mężów krwawych mię wybaw! A ja opiewać będę Twą potęgę i rankiem będę się weselić z Twojej łaskawości, bo stałeś się dla mnie warownią i ucieczką w dniu mego ucisku".
----
Gdy Merab, służebna, weszła do sypialni, Chefsiba zamknęła oczy i udała, że śpi.
- Jeszcze nie wstałaś, pani? - zapytała służąca, odsuwając cieniutkie zasłonki, jakie otaczały jej łóżko. - Śniadanie gotowe.
- Przynieś mi je tutaj, Merab - przytulona do poduszek Chefsiba nawet się nie poruszyła. - Chcę zjeść je u siebie, sama.
- Nie, pani. Nie możesz się tu ciągle chować. Jesteś żoną króla. Inne są jedynie nałożnicami.
- Ale nie chcę z nimi jeść. A one na pewno nie chcą jeść ze mną.
- Czego one chcą, to nie ma znaczenia. Twoja pozycja jest wyższa niż ich i muszą robić to, co każesz.
- Merab, one nawet mnie nie szanują. Wiedzą, że Hiskiasz nie posyłał po mnie, odkąd minął tydzień po ślubie. Kpią sobie ze mnie.
- Żadnych wymówek, pani. Chodź. - Wypchnęła ją z łóżka i postawiła na nogi. Stań wobec nich twarzą w twarz. Upomnij się o swoje. Nie pozwól, żeby uczyniły cię więźniem w twoim pałacu.
Gdy Merab pomagała jej się ubrać i prowadziła korytarzem do sali jadalnej, Chefsiba czuła mdłości ze strachu. Nałożnice Hiskiasza siedziały już wokół niskiego stołu i zaczęły jeść bez niej. Uniósłszy podbródek, jakby jej nic nie obchodziło, przygotowała się na zwykłe docinki. Gdy okazały jej zupełną obojętność, zaczęła się zastanawiać, czy ta zabawa je już zmęczyła, czy też właśnie to była jej najnowsza odsłona.
Jadła szybko, chcąc jak najprędzej wrócić do siebie. Prawie już kończyła, gdy do sali wbiegł szambelan skrzydła dla kobiet. Stanąwszy, wziął się pod boki i taksował je wzrokiem, jakby zastanawiał się, którą wybrać. Eunuch był mężczyzną o okrągłych, pełnych kształtach. Jego blade ciało przypominało Chefsibie zaczynione ciasto rosnące w dzieży. Gdy nałożnice go zauważyły, rozmowy ucichły.
- Muszę wziąć ze sobą jedną z was - oświadczył. - Król Achaz zawsze w taki wilgotny, zimny dzień, jak dzisiaj, chciał, żeby nałożnica ogrzała jego komnaty. I teraz, gdy żałoba się już skończyła, nowy król na pewno też będzie tego pragnął.
- Weź mnie - jedna z kobiet machnęła ręką. - Ja chętnie pójdę.
- Pani, jesteś jego żoną - szepnęła Merab, szturchając Chefsibę. - Powiedz mu, że ty pójdziesz.
Chefsiba ociągała się, obawiając się kolejnej odmowy, choć bardzo pragnęła być z mężem. Gdy nie zareagowała, zainterweniowała szybko sama Merab:
- Pójdzie z tobą żona króla, panie.
- Ona? - Eunuch spojrzał drwiąco na Chefsibę. - To ostatnia kobieta, którą król mógłby wybrać.
- Jak śmiesz! - krzyknęła, wstając z niejakim trudem. Była wściekła, wydawało się, że jest gotowa go uderzyć. Eunuch zignorował ją jednak i obróciwszy się, zaczął obserwować nałożnice. Zastanawiał się przez chwilę, po czym wskazał na dziewczynę, która się wcześniej zgłosiła.
- Dobrze. Ty. Ale szybko. Król może w każdej chwili wrócić do pałacu.
- Jak śmiesz obrażać moją panią? - Twarz Merab była czerwona ze złości. Ruszyła za eunuchem, który wyprowadzał wybraną nałożnicę. Chefsiba słyszała, jak Merab beszta go całą drogę przez korytarz.
- Oj, kochana, biedna, mała Chefsiba - odezwała się jedna z pozostałych.
- Jak myślicie, dlaczego jej nie wybrał? - zapytała inna, a reszta wybuchnęła śmiechem.
Chefsiba, nie chcąc pozwolić nieprzyjaciółkom na obserwowanie jej bólu, wstała i wybiegła z sali. Ale bardziej bolesna niż ich drwiny, niż świadomość bycia niekochaną była myśl, że jej mąż za chwilę będzie trzymał w ramionach konkubinę zamiast niej. Może nigdy nie będzie już kochana, przytulana. Pobiegła korytarzem w dal, by nikt jej nie usłyszał, oparła czoło o zimną ścianę i zapłakała.
- Coś się stało?
Chefsiba odwróciła się, zaskoczona, słysząc męski głos. Tuż przed nią stał książę Godoliasz. Nie powinno go tu być. Mężczyznom nie było wolno wchodzić do królewskiego haremu. Oparł się jednak o ścianę obok niej swobodnie, jakby był tu stałym bywalcem.
- Ty jesteś żoną Hiskiasza, mojego brata, prawda?
- Tak, panie. Jestem... - Ledwo mogła wydobyć z siebie słowa. - Jestem jego żoną.
Dostrzegała niewielkie podobieństwo między Hiskiaszem a jego młodszym bratem. Książę był znacznie niższy i podobnie jak Achaz, krępej budowy ciała. Widziała go na uczcie weselnej, wydawał jej się zdemoralizowany i arogancki. Jedyne podobieństwo do brata, jakie u niego zauważyła, to kędzierzawe, ciemne włosy i szeroko rozstawione, brązowe oczy.
- No to, siostrzyczko, nie wyglądasz na zbyt szczęśliwą. Nie cieszysz się, że poślubiłaś króla Judy?
Przysunął się bliżej, jego zuchwałość wytrąciła ją z równowagi. Cofnęła się.
- Muszę... iść.
- Czekaj... - Godoliasz chwycił ją za nadgarstek. Ciepło jego dłoni wydawało się spalać jej ciało. Nie trzymał jej mocno, ale czuła się bezsilna, nie mogła się ruszyć. Uśmiechnął się, przypominając jej tym mgliście Hiskiasza. - Proszę, Chefsibo, nie uciekaj. Chcę tylko porozmawiać.
- Nie możemy rozmawiać. Nawet nie wolno ci tu być.
Godoliasz wzruszył obojętnie ramionami i oparł drugą rękę o ścianę obok niej. Nie mogła już uciec.
- Nie puszczę cię, póki mi nie powiesz, co jest nie tak.
- Nic... Ja...
- To dlaczego płakałaś? Czy mój brat cię skrzywdził?
- Nie. To inni.
- Powiedz - poprosił, ocierając jej policzki z łez. Jego czuły gest pogłębił jej poczucie osamotnienia.
- Inne kobiety... wyśmiewają mnie, bo król zawsze woli je... ode...
- Co? Od ciebie? - Godoliasz nieco mocniej ścisnął jej nadgarstek. - Ale dlaczego? Przecież to absurdalne.
- Ja nie wiem dlaczego. Żeby mi choć powiedział, czym go uraziłam, to mogłabym spróbować się zmienić albo...
- Nawet tak nie mów. Niemożliwe, żeby to była twoja wina. Słuchaj. Mój brat podejmuje ostatnio mnóstwo głupich decyzji. Wierz mi. Ale proszę, nie myśl, że to przez ciebie. Na pewno nie.
Ocierał jej łzy, ale kolejne spływały na ich miejsce.
- Wiem, co czujesz - powiedział łagodnie. Na chwilę jego arogancja gdzieś znikła, a Chefsiba spostrzegła u niego niepewność. Przymknął oczy, zdawał się być rozżalony. - Gdy mój ojciec został królem, wyznaczył swojego młodszego brata na najwyższe po sobie stanowisko w państwie. Do tego mianował go dowódcą wojsk. Gdyby było jak należy, to ja powinienem zostać po Uriaszu zarządcą pałacowym. Albo co najmniej naczelnym wodzem w miejsce Jonadaba. Ale Hiskiasz mnie ignoruje tak samo, jak ignoruje ciebie, a wybiera innych. Widzisz więc, Chefsibo, że wiem, co czujesz.
Był ledwie o kilka cali od niej. Chefsiba wyobraziła sobie, jak teraz jej mąż obejmuje nałożnicę, i po jej policzku spłynęła kolejna łza.
- Oboje tak siedzimy bezradnie całymi dniami - ciągnął Godoliasz - czekamy... mamy nadzieję. Może dziś po mnie pośle. Może jutro. Ale nigdy nie posyła.
Chefsiba skinęła głową. Książę rzeczywiście ją rozumiał, a ona była poruszona jego niedolą. Gdy spojrzała w jego oczy, puścił jej nadgarstek i splótł swoje palce z jej palcami.
- Jesteś taka piękna, Chefsibo - szepnął. - Niewiarygodnie piękna. Mój brat jest chyba ślepy. Ja nigdy bym cię tak nie traktował. Nigdy.
Samotność, pragnienie czułości i bycia kochaną wydawały się jej już nie do zniesienia. Wyciągnął ramiona, w których mogła znaleźć pociechę i otuchę, i zanim zrozumiała, co się dzieje, objął ją. Poczuła na plechach ciepło jego rąk.
- Już dobrze - szeptał, gdy płakała w jego ramię. - Rozumiem. Rozumiem.
Miała ledwie mglistą świadomość, że to nie Hiskiasz ją trzyma w ramionach, lecz jej brat.
- Co tu się dzieje?! Co TY tu robisz?!
Gniewny głos eunucha zaskoczył Chefsibę. Szybko uwolniła się z ramion Godoliasza. Gdy zdała sobie sprawę, że pozwoliła, by inny mężczyzna ją obejmował, o mało nie zemdlała ze strachu. Oboje z księciem zostaną ukamienowani.
Ale Godoliasz szybko przybrał swą zwykłą, arogancką postawę.
- Chcę wiedzieć, kto odpowiada za królewski harem! - oświadczył, obracając się w stronę eunucha, który przez chwilę był wyraźnie wstrząśnięty złością księcia.
- Eee... Ja.
- A zatem chcę wiedzieć, co takiego zrobiłeś mojej bratowej! Znalazłem ją tu zanoszącą się od łez. Chcę wiedzieć czemu!
Eunuch nie był pewien, czy powinien się postawić Godoliaszowi, czy grzecznie odpowiadać.
- Nie wiem, co ją zmartwiło - odpowiedział w końcu. - Jej zapytaj.
Obydwaj spojrzeli na Chefsibę. Była tak przerażona, że nie mogła mówić.
- Już... już dobrze... naprawdę... ja... - I nie wiedząc, co począć, obróciła się i uciekła do swojej komnaty. Ale nawet przez zamknięte drzwi słyszała krzyki eunucha i Godoliasza, który odważnie jej bronił. Była przerażona tym, co zrobiła.
W końcu wszystko ucichło. Czekała wystraszona, zastanawiając się, co z nią będzie. Po co narobiła takiego głupstwa? Jak Godoliasz zwabił ją w swoje objęcia? Miała ochotę wczołgać się gdzieś i schować.
Eunuch nagle wpadł do komnaty z twarzą czerwoną z wściekłości.
- Masz pojęcie, co zrobiłaś? Nie pozwolę ci wystawiać króla do wiatru!
Skuliła się, pewna, że zacznie ją bić.
- Rozmawialiśmy tylko...
- Ty diablico!
- Książę jest moim szwagrem i...
- Słuchaj mnie, i to uważnie. - Złapał ją za ramiona i potrząsnął. - Należysz do króla Judy. Żadnemu innemu mężczyźnie nie wolno cię tknąć! NIGDY! Każdy, kto to robi, dopuszcza się aktu zdrady, bezpośrednio kwestionuje władzę króla. Książę Godoliasz niczego tak nie pragnie, jak tego, by strącić brata z tronu. I tobą też się chętnie posłuży w tym celu!
Chefsiba wiedziała, że eunuch ma rację. Kręciło się jej w głowie.
- Jeśli jeszcze raz postąpisz tak głupio, zostaniesz stracona!
Szarpnął nią brutalnie raz jeszcze i wyszedł.
Długo stała, jakby wrosła w podłogę. Ramiona bolały ją od uścisku eunucha. W końcu, potykając się, podeszła do okna z widokiem na dziedziniec pałacu i otworzyła okiennice. Do komnaty napłynęło zimne, wilgotne powietrze. Skuliła się i zaczęła rozcierać obolałe ramiona. Wspomniała objęcie silnych rąk Godoliasza, otuchę, jaką czuła, będąc oparta na jego szerokim torsie, dotyk jego brody w jej włosach. Gdy zdała sobie sprawę, że być może już nigdy mężczyzna nie weźmie jej w ramiona, ogarnęła ją rozpacz. Opadła na stojące przy oknie krzesło i poddała się smutkowi.
Po chwili uświadomiła sobie, że z dziedzińca dochodzi do niej dźwięk głosów i ruchu. Wyjrzała i zobaczyła Hiskiasza, który rozmawiał z jakimś białobrodym starcem. Mówili zbyt cicho, by słyszała poszczególne słowa. Patrzyła na męża, rozmawiającego i gestykulującego dużymi, silnymi rękami. Pragnęła go zawołać, ale jej krtań była ściśnięta od płaczu. Hiskiasz uścisnął starszego mężczyznę i zniknął w skrzydle, w którym znajdowały się jego komnaty. Nałożnica już na niego czeka.
Chefsiba miała zaledwie dwadzieścia lat i wiedziała, że przez resztę życia będzie więźniarką Hiskiasza. On jej nie chce, a nikt inny nie może jej mieć. Będzie musiała żyć tu samotnie, aż do śmierci i nie ma już na to rady.
Za oknem, na dziedzińcu majaczyła zegarowa wieża Achaza. Większość dni spędzi, obserwując cień przesuwający się powoli najpierw w górę, potem w dół, po gładkich, kamiennych schodach. Ale dziś niebo zasnute było chmurami. Nie było cienia. Chefsiba poczuła się, jakby na zawsze zamarzła w czasie.
-----
Z porannej modlitwy odmówionej z dziadkiem Hiskiasz wrócił bardziej zmartwiony niż pocieszony. Rozmyślał o politycznych intrygach i spiskach, a jego nastrój odpowiadał tej ponurej szarości na dworze. Gdy wszedł do swoich komnat, ku swemu zaskoczeniu stwierdził, że czeka tam na niego jedna z nałożnic.
- Chyba zmarzłeś, panie - szepnęła, biegnąc mu w ramiona. - Usiądź przy kominku i pozwól, że cię rozgrzeję.
Hiskiasz wciąż nie był przyzwyczajony do tak ogromnej atencji, ale podobało mu się to. Nałożnica ta była jedną z jego ulubionych. Dziarska, atrakcyjna dziewczyna mogła stanowić pożądaną odmianę w tym frasunku. Z przyjemnością wdychając zapach jej perfum, pozwolił, by przyprowadziła go bliżej paleniska.
- Miła niespodzianka - powiedział. - Nie przypominam sobie, bym po ciebie posyłał.
- Szambelan pomyślał, że mógłbyś chcieć, by ktoś pomógł ci się rozgrzać - powiedziała, obejmując jego dłoń swoimi i głaszcząc delikatnie.
- On? rzeczywiście?
- Tak. Król Achaz zawsze tak lubił.
Na wspomnienie Achaza Hiskiasz poczuł, jak rodzące się dopiero pożądanie znika. Przypomniał sobie liczne nałożnice kręcące się wokół ojca. Napełniło go to odrazą. Achaz przez większość czasu zajmował się pogonią za przyjemnościami, a lud popadał w nędzę i chaos. Odsunął się od niej.
- Coś źle zrobiłam? - zapytała z obawą.
- Powiedz szambelanowi, że nie jestem jak Achaz. Jesteś teraz wolna, dopóki cię nie wezwę.
Zobaczył po wyrazie jej twarzy, że zranił jej uczucia, ale skłoniła się nisko i bez słowa opuściła komnatę.
Gdy drzwi zamknęły się za nią, niepokój powrócił. Przez chwilę Hiskiasz żałował pochopnej decyzji. Miał jednak co robić - musiał przygotować się do konferencji z doradcami. Zadzwonił po sługi.