Pieśń o poranku - Paullina Simons

Reflow text when sidebars are open.
Piątkowy wieczór (prawie) jak każdy inny
- To niemal wyłącznie pustynie i wyschnięte koryta strumieni - mówił Doug, relacjonując Jaredowi upalne przeżycia w australijskim buszu - ale kiedy deszcz pada w odległości pięciuset mil, nagle w wyschniętych jeziorach, na ich słonych dnach pojawia się woda głęboka na dwadzieścia stóp. Taki potop nie zdarza się jednak często. A poza tym szybko wyparowuje. Jedyną stałą rzeczą jest ziemia, sucha i wypalona.
- Hmm - mruknął Jared, niecierpliwie stukając palcami w blat biurka. Chciał dalej rozmawiać o zmianie miotacza drużyny Yankees, ale Doug wrócił niedawno z wyprawy do australijskiego buszu i od tygodni nalegał, by Jared wysłuchał wszystkiego.
Jared miał za sobą pracowite popołudnie spędzone na spotkaniach dotyczących kapitalizacji przed długim weekendem Dnia Pamięci, a o wpół do czwartej jego asystentka Sheila przekazała mu wiadomość, że dzwoniła Emily i chce, żeby natychmiast do niej oddzwonił. Miał zamiar zaraz to zrobić, ale musiał porozmawiać z Tokio o możliwym bankructwie jednego z ich oddziałów, potem z Hongkongiem, a na koniec, jak zwykle w piątek, pogawędzić z Dougiem. Wreszcie za piętnaście piąta telefon zadzwonił jeszcze raz.
- Tato!
- Przepraszam, Em. Jestem zawalony robotą. Co się dzieje? - Skinął na Douga, żeby nie wychodził, chciał jeszcze coś dodać o fatalnych perspektywach miotaczy w parszywym sezonie Yankees.
- Dzieje się to - powiedziała z naciskiem Emily - że mam dziś o piątej mecz siatkówki, a mamy nie ma w domu i nie może mnie zawieźć.
- Kiedy jest ten mecz? - Jared nadal trzymał w powietrzu rękę z wyciągniętym palcem wskazującym.
- Za piętnaście minut - sprecyzowała Emily, najwyraźniej przez zaciśnięte zęby. - Czy wspominałam, że mama nie może mnie zawieźć?
- A gdzie ona jest? - Jared machał do Douga, żeby zaczekał.
- Tato? Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Nie wiem, gdzie ona jest. Dzwonię do ciebie od wpół do czwartej!
- Mama na pewno zaraz wróci. Czy jest z nią Michelangelo?
- Tak myślałam, ale Tara przed chwilą przyprowadziła go do domu.
- Jaka Tara?
Emily wzięła głęboki oddech.
- Nasza sąsiadka, mieszka dwa domy dalej. Od siedmiu lat.
- A, tak.
- Michelangelo był się pobawić u Jen i Jess. Teraz wszyscy jesteśmy w domu z wyjątkiem mamy. Nie wiem, czy już o tym wspominałam, ale za piętnaście minut mam MECZ!
Uniesiony palec Jareda nadal mówił Dougowi: "chwileczkę".
- Zadzwoń do niej na komórkę.
- Myślisz, że nie dzwoniłam już pięć tysięcy razy, zanim zadzwoniłam do ciebie? Aż w końcu Asher znalazł telefon dzwoniący na toaletce w sypialni.
- Nie zabrała komórki? - Jared opuścił palec i wbił wzrok w biurko zamiast w siedzącego swobodnie Douga Granta.
- Zgadza się.
- Jak daleko mogła pojechać? - zastanawiał się Jared. - Wiesz, że mama nigdy nie nosi ze sobą gotówki.
- Tato!
- W porządku. - Pokręcił głową. - Zaraz wychodzę. Będę w domu za pół godziny.
- Tato! Muszę tam być za piętnaście minut!
- Zadzwoń do koleżanki z drużyny. Nie może cię zawieźć inna mama?
- Inna mama?
- To poczekaj w domu. Nie mogę się tam teleportować, Emily. Albo poczekasz na mnie, albo zadzwoń do kogoś innego. - Jared nie znał imienia żadnej koleżanki swojej córki. - Mama na pewno zaraz wróci.
- Skąd? Oba jej samochody stoją na podjeździe! - Emily ze zdwojoną siłą przycisnęła guzik "talk" na bezprzewodowym telefonie.
Jared wstał.
- Przepraszam, Douglas. Dokończymy innym razem.
- Wszystko w porządku?
- Tak. - Westchnął. - Melodramat. Nastolatki. Wszystko musi się dziać w ich czasie. - Odsunął gazety i schował laptopa do skórzanej torby, razem z trzema rocznymi raportami, na wypadek gdyby miał w domu czas popracować podczas trzech wolnych dni. - Larissa nie wróciła do domu, żeby zawieźć Emily na mecz, więc mamy poważny kryzys.
- Nie mogę się już doczekać, kiedy moje maluchy staną się zwariowanymi nastolatkami - powiedział Doug, który miał dwie małe córeczki.
- Nie chcę, żebyś miał ostatnie słowo. Bez odpowiednich zmienników już po Yankees. Kiedy przyjedziecie w poniedziałek na grilla, wyjaśnię ci to dokładnie. Możesz przywieźć deser. - Jared uśmiechnął się od ucha do ucha. - I kostiumy kąpielowe dla Kate i dziewczynek. Podgrzewamy basen.
- Z przyjemnością, stary - powiedział Doug z lekkim australijskim akcentem. - Wiesz, że nic nie sprawia mi większej przyjemności niż uświadamianie ci, że mylisz się co do Yankees. Starzeją się! Mają za dużo kontuzji! Nie potrafią uderzać! Ale nic z tego nie będzie. Wyjeżdżamy z żoną na weekend. To nasza piąta rocznica. - Doug uniósł brwi. - Do Atlantic City.
- Świetnie. - Jared skinął głową. - Bawcie się dobrze. Tylko trzymaj się z dala od stolików.
- Nie martw się, Kate będzie miała na mnie oko. Nie znosi hazardu. Będzie super, jeśli dostanę godzinkę na blackjacka. A tak przy okazji, zauważyłem, że Jan, nasza biedna zastępczyni sekretarza, ostatnio czuje się znacznie lepiej. Co jej powiedziałeś? Wygląda na to, że codziennie jest trzeźwa.
Jared wzruszył ramionami. Ostatnią udaną rozmowę odbył z Jan przed wieloma miesiącami. Ale nie mógł teraz o tym rozmawiać, musiał pędzić.
Uścisnęli sobie dłonie i życzyli miłego weekendu. Jared powiedział, że zobaczą się we wtorkowy ranek.
Po czterdziestu pięciu pełnych frustracji minutach Jared wszedł do domu. Emily nie pojechała na mecz i siedziała zapłakana przy stole w kuchni. Asher oglądał telewizję w salonie na dole, a Michelangelo kolorował coś na podłodze obok psa. Kiedy Jared przyjrzał się lepiej, zauważył, że jego młodszy syn nie koloruje obok psa, lecz psa. Zabrał mu flamastry (czy można je zmyć?) i poklepał Emily po plecach.
Odsunęła się gwałtownie jak dziki koń.
- Nie dotykaj mnie! Gdzie jest mama?
- Nie wiem - odparł Jared. - W tej chwili wróciłem. Nie wściekaj się na mnie. Bardzo mi przykro, że nie zdążyłaś na mecz.
- Powinieneś do mnie oddzwonić, tato. Tyle razy do ciebie dzwoniłam.
- Byłem w pracy. Zajęty. - Jared poczuł ukłucie winy. Rzeczywiście był w pracy i przez większość czasu był zajęty, ale tak naprawdę mógł się do niej odezwać godzinę wcześniej. To Larissa zajmowała się sprawami domowymi, on nigdy nie musiał się nimi przejmować.
Zadzwonił do Maggie.
- Nie ma jej u mnie - powiedziała. - Nie widziałam jej od wtorku. Może jest z Bo? Albo z Evelyn? Zadzwoń do mojego męża. Pracuje dziś do późna. Bada materializm, nieśmiertelność czy coś takiego. Również w piątkowy wieczór - dodała lekko drwiącym tonem. - Może jest w teatrze. Premiera Świętej Joanny jest w przyszłym tygodniu. Mają próby codziennie.
- Materializm i nieśmiertelność, czy to nie to samo? - zażartował Jared i odłożył słuchawkę.
- Nie widziałem twojej żony, stary - powiedział Ezra, gdy Jared się do niego dodzwonił. - Nie przyszła dzisiaj na próbę. Co jest niepokojące, bo nie tylko mamy w przyszłym tygodniu premierę, ale zagraliśmy dziś całość bez epilogu, czego sobie wyraźnie życzyła, i nie przyszła tego zobaczyć. Co się mogło stać?
- Dzwoniła?
- Nie. Może wyjechała.
- Tak, z kimś, kto ma samochód.
- Dziwne - powiedział Ezra. - Dwa dni temu jadłem z nią lunch i choć wyglądała super, zauważyłem, że strasznie schudła.
- Tak sądzisz? - Jared stracił zainteresowanie rozmową. - Stale zaprzecza.
- Jasne. Stale pyta: "Komu wierzysz, mnie czy swoim kłamliwym oczom?". - Ezra jęknął. - Posłuchaj, Lar i Maggie jadą jutro po piwo na poniedziałkową imprezę, ale my nadal jesteśmy umówieni na wieczór?
- Jasne, czemu nie. Ale najpierw muszę ją znaleźć.
- Chyba wyparowała - zaśmiał się Ezra. - Rozpłynęła się na naszych oczach.
- Do jutra stary. Nie mogła przecież aż tyle schudnąć.
Jared zadzwonił do Bo, która rozmawiała z Larissą przed tygodniem.
W końcu dodzwonił się do Evelyn.
- Kąpię naraz piątkę dzieci - powiedziała. - Nie mogę ich na długo zostawić. Co się dzieje?
Nie miała żadnych wieści od Larissy od czasu jej kolacji urodzinowej przed miesiącem. To zaskoczyło Jareda. Larissa zawsze była w bliskich kontaktach z Evelyn, przyjaciółką z college'u.
Szósta godzina przeszła w siódmą.
Dzieci były głodne. Jared zamówił pizzę i siedział z nimi w kuchni, gdy jadły. Z jakiegoś powodu sam nie miał apetytu. Wreszcie poszedł na górę, żeby się przebrać, włożył szorty i podkoszulek, otworzył łazienkę, potem garderobę. Wszystko było starannie poukładane. Na łóżku, nadal w workach z pralni, leżało siedem jego białych koszul; z paragonu wynikało, że odebrała je rano. W domu panowała cisza. Raz jeszcze zajrzał do szafy Larissy. Ku własnemu zdziwieniu otworzył też jej kasetkę z biżuterią. Czego szukał? Miała wiele pięknych drobiazgów. Pokręcił się po sypialni. Łóżko było starannie zaścielone, wygładzone po szpitalnemu, ubrania wisiały w szafie, buty leżały w pudełkach, książki stały na półkach. Znalazł też brylantowe kolczyki, które dał jej na piętnastą rocznicę ślubu. Uwielbiała je i zakładała na każde większe wyjście. Wszystko było na miejscu.
Wszystko z wyjątkiem Larissy.
1
Co przywożą pociągi
Pewnego słonecznego popołudnia, kiedy opadły już wszystkie liście i ziemia zamarzła, punktualnie za kwadrans pierwsza przy betonowym peronie dworca kolejowego w Summit zatrzymał się lśniący stalowo-niebieski pociąg, otworzyły się drzwi i wysiadła grupka pasażerów.
Tory kolejowe biegną przez Summit, wijąc się niczym rzeka Passaic. Budynek stacji wzniesiony z cegły jest dobrze utrzymany przez dobrze sytuowanych ludzi w dobrze sytuowanym mieście. Bilety kupuje się w małym biurze, którego parapety zdobią czerwone kwiaty, gdzie zza szyby i grubych okularów patrzy kobieta, która chciała odejść na emeryturę przed dziesięcioma laty i która z powagą sprzedaje ci bilet w jedną stronę do Venice lub powrotny do Piermont, gdy chcesz odwiedzić samotną matkę.
Trzeba pokonać czterdzieści betonowych stopni, by wejść na peron, przy którym zatrzymuje się pociąg i na kilka minut otwiera drzwi. Ani pociągu, ani torów nie widać z drogi. Najwyraźniej taki był zamysł projektantów. Być może mieli na uwadze, by w mieście liczącym dwadzieścia tysięcy mieszkańców co dwadzieścia minut nie zamierał ruch. Innym powodem mogło być to, że tory kolejowe, w przeciwieństwie do rzeki, nie zostały uznane przez architektów i inżynierów za dość estetyczne i celowo ukryto je za ulicą, by były niewidoczne dla miasta, z wyjątkiem małego czarno-białego znaku RR przy Maple Street, wskazującego kierunek. Można było przeżyć całe życie w Summit w stanie New Jersey i nawet nie wiedzieć, że znajduje się tam stacja kolejowa, z której odjeżdżają i na którą przyjeżdżają ludzie.
A jednak ludzie przyjeżdżali, codziennie i tego dnia również.
Dziś z pociągu wysiedli sympatyczna kobieta z wózkiem dziecięcym, dwiema torbami i małą dziewczynką, ciągnąca walizkę na kółkach starsza pani, na którą w napięciu czekał siwy, poważny mąż, jakby zaniepokojony jej przyjazdem, i młody chłopak ze zniszczoną torbą, w skórzanej kurtce i czapeczce baseballowej.
Ruszył peronem, stukając podkutymi butami, rozejrzał się, zmrużył oczy, zsunął okulary słoneczne i zagwizdał na konduktora, by ten otworzył ogromny przedział bagażowy, z którego następnie wyprowadził motocykl.
- Niezła maszyna - powiedział konduktor, zasuwając drzwi. - Jak ogier. Ale dlaczego pan go przewoził, skoro mógł nim pan jechać?
- Ukradliby go w pięć sekund. - Chłopak uśmiechnął się. - A mnie by obrabowali i zabili. - Uśmiechał się krzywo, miał zmierzwione włosy i kilkudniowy zarost.
- Z czego by pana obrabowali? - mruknął konduktor. - Skoro już zabraliby panu motocykl, czego jeszcze mogliby chcieć?
- Musieliby mnie zabić, żeby zabrać mi motocykl.
- Ach tak. - Konduktor wzruszył ramionami. - Ale myślałem, że jedzie pan do Maplewood.
- Bo jadę. To nie tutaj?
- Nie. Jest pan w Summit. Nie słyszał pan, jak wołałem?
- Nie. Spałem. Cholera. - Chłopak uśmiechnął się niespecjalnie zmartwiony. - Jak daleko stąd do Maplewood?
- Sześć mil. Chce pan wsiąść z powrotem?
Chłopak pokręcił głową.
- Albo dwie minuty na tym, jeśli jeździ pan szybko - rzekł konduktor z zazdrością i dotknął daszka czapki. - Wsiadać!
Pociąg powoli odjechał.
Motocyklista został na peronie, wdychając mroźne powietrze. Jedną rękę oparł na motocyklu, torbę położył między nogami. Był głodny. Chciało mu się pić. Postanowił pojeździć po mieście przez kilka minut, coś zjeść, odpocząć, a potem ruszyć do Maplewood. Byłoby lepiej, gdyby przyjechał wiosną, jak planował. Ale niech tam. Losie, wszyscy przed tobą klękają.
Na ulicę dostał się windą. Kiedy pojeździł po sennym cichym Summit i nie znalazł żadnego miejsca, w którym chciałby się zatrzymać, poszukał ulicy, gdzie mógłby się trochę rozpędzić. Było naprawdę zimno, zdecydowanie zbyt zimno jak dla niego, ale cieszył się, że jest wolny. Miał ochotę na kanapkę. Na Route 124 w kilka sekund rozpędził się do siedemdziesięciu mil, zanim światło zmieniło się na czerwone, i już był poza Summit, w innym pozbawionym drzew mieście. "Witamy w Madison". Zobaczył duży supermarket, pusty parking. "Wielkie otwarcie", głosiła tablica. "Apteka dla zmotoryzowanych, Starbucks, codziennie świeże sushi". To jest to, pomyślał. Porcja surowego tuńczyka nie będzie tak dobra jak tuńczyk z Maui, ale wystarczy. Porcja, może dwie, pięć minut na siodełku w słońcu na pustym parkingu. Zbyt długo siedział w pociągach. Potrzebował powietrza.
2
Che
Nigdy nie jesteśmy sami ani przez chwilę. Czasem duma każe nam się oszukiwać, że tak jest. Jednak Che ponad wszystko pragnęła dziecka. Żeby już nigdy nie zaznać samotności. Liczyła, że dzięki urodzeniu dziecka rozpocznie nowe życie, ale wyglądało na to, że nigdy do tego nie dojdzie. I nie chodziło wcale o zegar biologiczny. Problemem był partner.
Na południowych przedmieściach Manili, na gęsto zaludnionym przesmyku pomiędzy dwiema zatokami z ciepłą wodą na skraju pola ryżowego w Para?aque niedaleko Moonwalk, w krytej strzechą chacie stojącej pośród tysiąca podobnych chat, pod koniec długiego popołudnia, kiedy liście palm ociekały wodą z monsunowego deszczu, który zalał chaty i błotniste drogi i sprawił, że wyjście z domu stanowiło problem, przy oknie i lustrze siedziała przy biurku drobniutka Filipinka ubrana w turystyczne buty, wojskowe kalesony i różowy szalik. Miała pomalowane na czerwono usta, liczne tatuaże, a czarne włosy z siwymi pasemkami upięła wysoko. Trzymając w palcach papierosa, z którego sypał się popiół, pisała list.
Kochana Larisso!
Moja jedyna prawdziwa przyjaciółko, proszę przyjedź odwiedzić swoją starą najlepszą przyjaciółkę Che. Nauczę Cię, jak robić pudding ryżowy i paszteciki. Poczęstuję Cię świetnym tanim winem. Przedstawię Ci ojca Emilia i Lorenza, jeśli nadal będziemy razem, Boże dopomóż. Nie mogę uwierzyć, że ostatni raz widziałam Cię, jeszcze zanim zaszłaś w ciążę. Podoba mi się ostatnie zdjęcie, które mi przesłałaś, choć uważam, że nie masz racji. Twój synek wcale nie wygląda jak aniołek. Ma szelmowski błysk w oku. Wygląda, jakby rządził w domu. A aniołowie nie wyglądają jak władcy. Coś o tym wiem. Lorenzo też tak wygląda, a na pewno nie jest aniołem.
Che nie wspomniała, że do napisania tego podszytego lekkim niepokojem, choć pozornie niewinnego listu skłoniły ją wydarzenia minionej nocy. Obudziła się ze straszliwego koszmaru, w którym zobaczyła, jak Larissa w żółtej sukience powoli odchodzi, a ona biegnie za nią, wołając Larisso, Larisso... Wreszcie zdyszana dogoniła jasnowłosą przyjaciółkę i chwyciła ją za ramię. Larissa odwróciła się. Jej twarz była pobladła i pomarszczona jak u nieżywego ptaka nielota. Che krzyknęła, a wtedy Larissa przemówiła, nie swoim głosem, lecz głosem zmarłej obcej osoby.
- Che, a jeśli wszystko w twoim życiu zamieniło się w popiół?
Che mogła tylko potrząsnąć głową.
- Wszystko - powtórzyła Larissa. - Każda dobra rzecz, każda straszna po prostu spłonęły do cna?
Nie - powiedziała bezgłośnie Che.
- Jeśli nic już nie zostało?
To niemożliwe, chciała powiedzieć Che. Zawsze coś zostaje. Wyciągnęła rękę. Jak zwykle.
Ale Larissa, która przypominała w dotyku miękki, wilgotny piasek, rozsypała się i zamieniła w kupkę czarnych trocin.
Che krzyknęła - we śnie, na jawie. Długo nie mogła zasnąć i dlatego dziś była wykończona. Nic w poprzednim liście Larissy nie wskazywało, że jej życie nie jest jak zwykle radosne. Sen zupełnie do tego nie pasował. Ale Che nie mogła o nim zapomnieć.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich młody smagły Filipińczyk z ręką opartą na biodrze. Podobnie jak ona miał na sobie zarówno eleganckie ubrania, jak i łachmany. Otaczała go aura dzikości.
- Co robisz? - zapytał. - Spóźnimy się. Zaczynamy za pół godziny.
- Zaraz przyjdę - odparła Che, przenosząc wzrok z jego zamyślonej twarzy na biały papier w różyczki. Dziś przypadało Święto Objawienia, więc protestowali. Jako zawodowi protestujący wychodzili na ulice w każde ważne święto i każdy wolny dzień, podczas każdej międzynarodowej wizyty i w reakcji na najdrobniejszy szczegół polityki rządu, na każdą zmianę w politycznym klimacie, a nawet na zachowanie status quo. Zatrudniała ich firma wynajmująca protestujących. Kiedy tylko organizowano demonstrację, która potrzebowała większej liczby uczestników, malowali transparenty, a potem maszerowali ulicami i krzyczeli. "Nigdy więcej wojny!", "Rozdział kościoła i państwa!", "Precz z amerykańskimi bazami!", "Nigdy więcej krwi za ropę!", "Zielono dziś i każdego dnia!", "Precz z futrami!", "Wojna to zło!", "Łamanie pikiet to zło!", "Precz z nowymi podatkami!".
Che otrzymywała za to skromną zapłatę. Ale też niewiele potrzebowała. Kiedy były jej potrzebne dodatkowe fundusze, pracowała dla ojca Emilia. Zakonnice hodowały owoce i warzywa, a ona sprzedawała je rankami na targu w Para?aque, wykrzykując: "Brzoskwinie! Dojrzałe, pyszne! Gruszki! Świeże sukulenty! Pomidory, prosto z krzaka! Świeże mango!". Che świetnie krzyczała, dojrzała i prosto z krzaka, zawsze świeża.
Amiga, dziękuję za karton słoików nutelli, który mi przysłałaś. Nie ma w niej nic organicznego, prawda? Wystarczy mi na długo. Jak ciasteczka oreo. Najbardziej tęsknię za Tobą i nutellą. Możesz mi przesłać w pudełku kawałek siebie? Przepraszam, że list jest taki krótki. Za pół godziny zaczynamy demonstrację "Bóg umarł!". Lorenzo już czeka.
Kiedy napisała jego imię, Lorenzo, przebiegła przez nią fala gorąca, od środka mózgu przez płuca, serce i tułów, do miejsca, z którego rodzą się dzieci, innym ludziom, ale oczywiście nie jej.
- Che!
Jakże był uroczy, gdy ją wołał. Nie używał jej imienia, Claire, które brzmiałoby zbyt konwencjonalnie, lecz Che, nonkonformistycznego skrótu jej nazwiska Cherengue.
- Już idę. Tylko... - zamyśliła się. - Jeszcze jedno słowo. Jedno zdanie, Lorenzo. Poczekaj. - W końcu jak długo na ciebie czekałam? Bardzo długo, prawda?
Może przyjedziesz pewnego dnia. Wiem, że trudno Ci zostawić dzieci. Możesz im powiedzieć, że to w słusznej sprawie. Wiedzą, jak bardzo ich mama lubi beznadziejne sprawy, im bardziej beznadziejne, tym lepiej.
Nie martw się o mnie. Wiesz, że mam zwariowaną pracę, ale te doniesienia o niebezpieczeństwie i przemocy to tylko plotki. Podobnie jak ty wiodę życie, jakie sobie wybrałam (no, prawie). Mała demonstracja przeciwko Bogu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Bóg mi wybaczy, prawda? On wie, co noszę w sercu. W zeszłym tygodniu poszłam na demonstrację prowojenną. A działacze antywojenni nas podpalili. Naprawdę podpalili. Wylali na ulicę benzynę i zapalili zapałkę. Ale nic mi się nie stało, nie mam ani zadrapania. Dobry Jezu. To nie praca, to Lorenzo mnie podnieca. Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście, nie musząc myśleć o tym całym g...! W szkole średniej miałyśmy obsesję na tym punkcie. Jak to się stało, że ty masz męża i troje dzieci, a ja nadal mam obsesję? Żyjesz długo i szczęśliwie, Larisso, a czy dla mnie sprawa jest już beznadziejna?
- Już idę, Lorenzo!
Che wybiegła z sypialni. Ależ te dzwony biją! Jak można ich nie słyszeć? Biją tak głośno jak dzwony Notre Dame. Dzwony zbliżającego się niemacierzyństwa.
3
Maggie i Ezra
- Nie sądzisz, Maggie - powiedział Ezra, gdy DeSwannowie przygotowywali się rankiem do nowego dnia - że to dążenie do nieśmiertelności jest trochę kompulsywne? Nieposkromione? Trochę jak choroba umysłowa? Myślisz, że Larissa się tym przejmuje?
Powiedział to, gdy Maggie poinformowała go, że na dodatek do swoich licznych zainteresowań postanowiła się zapisać na zajęcia plastyczne.
- O czym ty mówisz, Ezra? Nie chodzi o nieśmiertelność, lecz o zabawę. - Prychnęła. - Żebym umiała nauczyć moje dzieci malować. - Nie chodziło jej wcale o własnego syna, który miał piętnaście lat, lecz o przedszkolaki, które uczyła rankami trzy razy w tygodniu w przykościelnej szkółce.
Ezra pokręcił głową.
- Dzięki Bogu, że próbujesz zniszczyć dzieci innych ludzi. Larissa nie zawraca sobie głowy tęsknotą za tym, co niemożliwe.
- Skąd wiesz? Powiedziałeś chyba, że wszyscy pragniemy niemożliwego? Zdecyduj się. - Przeczesała wilgotne kręcone włosy.
Ezra nadal walczył z muszką.
- To, co ja robię, jest o wiele bardziej zabawne - powiedział. - Czytam. Próbuję zrozumieć, jak działa wszechświat. - Nie dalej jak w zeszłym tygodniu został szefem wydziału anglistyki w Pingry, prywatnej szkole w Short Hills, gdy poprzedni szef przeszedł w końcu na emeryturę w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat.
- Jesteś najbardziej nieszczęśliwym sukinsynem, jakiego znam - powiedziała Maggie. - Dlaczego u licha miałabym chcieć być taka jak ty?
- Kiedy już zrozumiem, będę szczęśliwy.
- Powiedz mi, profesorze mądralo, czy całe to czytanie przyniosło ci coś dobrego? Jesteś już szczęśliwy?
- Kto to może wiedzieć? Czym w ogóle jest szczęście?
Maggie się roześmiała.
- Widzisz, w przeciwieństwie do ciebie już wierzę w moją nieśmiertelność. Chcę tylko, żeby ciało trochę się zabawiło. Wolisz, żebym malowała czy żebym wzięła sobie kochanka?
Ezra spojrzał na nią rozbawiony.
- Moim zdaniem to fałszywy wybór, pani DeSwann - powiedział. - Ale dość już. Oczywiście rób, co chcesz. - Zmienił temat. - Wiedziałaś, że gdyby w atomie wodoru znajdował się jeden ładunek ujemny mniej, nie istniałoby nic, co znamy? Ani my, ani wszechświat, ani galaktyki, nic.
- Uhm - mruknęła Maggie, poprawiając kołnierzyk jego koszuli; było dopiero wpół do ósmej rano, a on już wyglądał nieporządnie. Jego brązowe koszule nigdy nie pasowały do ciemnoszarych marynarek i często nosił rdzawe lub zielone spodnie, które nie pasowały do niczego. Był tak bardzo ekscentryczny, że nie mogła uwierzyć, że są razem. Jednak Larissa perwersyjnie go uwielbiała i uważała, że Maggie dobrze wyszła za mąż, więc chyba warto było go przy sobie trzymać. A może Larissa uważała, że to Ezra dobrze się ożenił?
- Nawiasem mówiąc - powiedział Ezra - muszę porozmawiać z Larissą o bardzo ważnej sprawie.
- Dla ciebie każda drobnostka jest bardzo ważna.
- Tak. Ale to... - Zbył ją machnięciem ręki. - Denise odchodzi na urlop macierzyński tuż po premierze Otella. I nie będziemy mieć nikogo, kto mógłby wyreżyserować naszą sztukę na wiosnę. Mam nadzieję, że Larissa będzie zainteresowana.
- Nie wiem. Kiedyś może tak. Teraz nie wiem.
Wyglądał na zaskoczonego.
- Myślałem, że będzie zachwycona. Wydaje mi się, że na to czekała.
- Wydaje ci się, że czekała? - Maggie zaśmiała się lekko.
- Poza tym już ją poleciłem dyrektorowi.
- Nie rozmawiając z nią wcześniej? - Karcąco poklepała męża po głowie.
- Teatr jest jej życiem.
- Był.
- Nie wiesz wszystkiego, Margaret. Grubo się mylisz - powiedział, ale wyglądał na skołowanego, jakby odmowa Larissy była ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewał. - Na pewno się zgodzi. I będzie świetna.
- W porównaniu z Denise świetny byłby nawet nasz kot. To była straszna katastrofa. Powinna reżyserować Tragedię "Posejdona". - Maggie potrząsnęła głową i coś sobie przypomniała. - Skoro już mowa o katastrofach, mamy dziś przyjęcie z lodami. Tyle tylko, że trójka moich dzieci jest uczulona na masło orzechowe i wczoraj dostałam liściki z zapytaniem, czy lody waniliowe robione są z oleju arachidowego. Odwróć się do mnie. - Poprawiła ogniście czerwoną muszkę, do której Ezra włożył koszulę w kolorze czerwonego wina i zielone spodnie.
- Rodzice zadają niewłaściwe pytania - powiedział donośnie.
- Oczywiście! - zaśmiała się Maggie i pocałowała go w policzek. - Jeśli lody waniliowe miałyby jeden elektron mniej, nie byłoby nas tutaj, prawda? Nie powinni więc pytać o olej arachidowy. Chodzi przecież o istnienie czegoś tak pysznego jak lody waniliowe.
- Ach - oburzył się Ezra. - Szydzisz ze mnie. - Spojrzał na nią z błyskiem w oku.
- Nie szydzę. Żartuję.
- Możesz ich zupełnie zbić z tropu stwierdzeniem, że lody waniliowe robi się nie z oleju arachidowego, lecz z masła orzechowego. - Wybuchnęli śmiechem. - Powiedz im też, że jeśli bogowie nie zwracają na nas uwagi, możemy odpłacić im tym samym. Jeśli nieśmiertelność to bzdura, mamy o jedno zmartwienie mniej. Maluj, nie maluj. Czytaj, nie czytaj. Reżyseruj sztuki na wiosnę. Lody waniliowe, masło orzechowe. Wszystko w porządku, skarbie. Rób, co chcesz, nie myśląc o konsekwencjach. Powiedz to swoim zaniepokojonym matkom. Ja też to powiem Larissie. Nauczyłem się tego od Epikura. Idziemy. Już jesteśmy spóźnieni.
- Jak zwykle. Powinieneś podziękować Bogu, że zdecydowałam się na malowanie, a nie na grę na pianinie - powiedziała Maggie, biorąc torebkę i ruszając na dół. - Pam w nagły i niewyjaśniony sposób zapragnęła uczyć się grać na pianinie w wieku czterdziestu pięciu lat. Kosztowało to jej męża trzydzieści tysięcy dolarów (na razie) za instrument, który nie rani jej delikatnych uszu. Ale Ezra, oświeć mnie proszę... - Maggie wsiadła do ich starego subaru i przekręciła kluczyk w stacyjce, podczas gdy mąż pochylił się do okna, by pocałować ją na pożegnanie. - Jeśli mimo wszystko nie jesteśmy bogom obojętni?
4
Jared
Jared wszedł do biura, gdzie jak zwykle powitał go kryzys. Niby czemu miałoby być inaczej? Był przecież poniedziałek. We środy i czwartki, a nawet we wtorki nie było żadnych kryzysów. Jedynie tuż przed weekendem, by trochę zatruć atmosferę, i tuż po, by do wszystkich dotarło, że nikt nie chce wracać do pracy. W ten szczególny poniedziałek Jan stawiła się na porannym zebraniu, pachnąc bynajmniej nie podwójną latte.
Fakt, że Jan o dziewiątej trzydzieści w poniedziałek okazała się niezdolna do pracy, to jedno, ale Jared musiał prowadzić zebranie analityków, na którym stawiła się nie tylko Jan, ale i piętnaście trzeźwych osób. A Jan, agresywna, nietaktowna i głośna, przekrzykiwała pozostałych.
Po szybko przerwanym zebraniu Jared wezwał ją do swojego biura. Jego gabinet w głównej siedzibie firmy w Newark szczycił się wspaniałym widokiem na Nowy Jork z ogromnych okien od podłogi do sufitu. Niestety widok zawsze znajdował się za jego plecami i Jared pozwalał sobie podziwiać imponującą panoramę Wielkiego Jabłka tylko wtedy, gdy dzwonił do Larissy. Odwracał wówczas fotel i gawędził z nią, marząc o niedzielnym brunchu w hotelu Plaza, o skrzypku i pianiście grających nokturny Chopina. Sama myśl o muzyce sączącej się do jego uszu sprawiała, że miał ochotę na ostrygi i gofry. Potrząsnął głową, by uwolnić się od muzyki i żony.
- Jan - zaczął. - Nie zamierzam cię oskarżać, więc nie będziesz musiała niczemu zaprzeczać. Już raz to przerabialiśmy i firma wykazała się wielką wyrozumiałością. Dwa razy zapłaciła za terapię odwykową, trzy razy cię ostrzegała i cztery razy dała ci czas na próbę. Nie muszę ci przypominać, że ten czwarty raz trwa. Co oznacza, że jeśli przyłapią cię na piciu w pracy jeszcze raz, zostaniesz natychmiast zwolniona. Nie będzie żadnych ostrzeżeń, spotkań ani terapii.
- Ale ja nie piję w pracy - zaprotestowała Jan. - Nie wiem, o czym mówisz.
Była samotną matką dwóch synów, kobietą po trzydziestce, prawie dobrze ubraną, jeśli nie dostrzegało się postrzępionych brzegów niestarannie wsuniętej za pasek bluzki, rozpiętego paseczka przy bucie, nieumytych rano włosów. Przedstawiała dość żałosny widok, jej oddech śmierdział w jego eleganckim biurze, a jednak twierdziła, że nie pije w pracy.
- O nic cię nie oskarżam - powiedział Jared. - Ale jeśli ja to czuję, czują to także inni, w tym Larry Fredoso, dyrektor zarządzający. Jeśli ja widzę, że nie zachowujesz się normalnie w poniedziałek rano, inni też to widzą.
Patrzyli na siebie bez wrogości, z rezygnacją.
Jared zniżył głos.
- Ja to czuję.
- Nie jadłam dziś rano żadnych węglowodanów - powiedziała nagle Jan. - Dlatego mam nieświeży oddech.
- Twój oddech nie jest nieświeży! Śmierdzi wódką.
- To na pewno coldrex - mruknęła. - Ostatnio nie czułam się dobrze. Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Rzeczywiście nie czuła się dobrze. Była spięta, podenerwowana, głośna, wysilała się, żeby cokolwiek usłyszeć i zrozumieć, wychodziła dużo wcześniej bez słowa wytłumaczenia.
- Znaków jest wiele - powiedział Jared. - Nie będzie więcej szans. - Zawiesił głos. - Chcę ci pomóc utrzymać pracę. Dla twoich dzieci. Na kim jeszcze mogą polegać? Mają tylko ciebie.
- Zgadza się - warknęła. - Mają tylko mnie.
- Dlatego odpowiedzialność jest znacznie większa, nie mniejsza, gdyż spoczywa wyłącznie na twoich barkach.
Jan mruknęła coś, czego nie dosłyszał, co zabrzmiało mniej więcej jak zbyt wiele odpowiedzialności na jej słabych barkach, a potem zapytała, czy ma odejść. Nie wiedział, co ma na myśli. Odejść na zawsze? Czy tylko wyjść z jego biura? Odwrócił się do okna, by nie widzieć, jak wychodzi. Siedział tak kilka minut, po czym zadzwonił do domu. Chciał porozmawiać z matką swoich dzieci.
Telefon dzwonił i dzwonił.
5
Żona Jareda
Nie chcę czuć ani bólu, ani przerażenia, pomyślała, opierając dłonie na zimnej szybie. To imperatyw mojej egzystencji: ani, ani.
W dniu, w którym skończyło się życie Larissy, ona nawet o tym nie wiedziała. W tym dniu miała na sobie spodnie od dresu. Nie żadne eleganckie, welurowe z atłasowymi wstawkami, może z małą aplikacją w kształcie serduszka w okolicy pośladków, obszytą srebrną nitką i wysadzaną małymi kryształkami, która sprawia, że pupa mężatki wygląda jak pośladki młodej dziewczyny: dziewczęco, a nie matronowato. Nie. Miała na sobie szare spodnie, które powinna była wyrzucić dziesięć lat temu, postrzępione na dole, workowate, wytarte, kupione w college'u, gdzie albo nosi się spodnie od dresu, albo jest się nagim i uprawia seks.
Dwa miesiące temu, przed Świętem Dziękczynienia, padał śnieg. Lodowata wata spadała z nieba, rujnując jej plany rowerowej przejażdżki, spaceru, pieszej wyprawy do sklepu. Zimowe płaszcze były schowane głęboko na strychu razem z rękawiczkami, czapkami i zimowymi kaloszami.
Ale suka była szczęśliwa. Galopowała jak uradowana bestia, trzymając w zębach pluszowego kota Emily, zabłoconego i podartego.
Śnieg w listopadzie. Nie wróżyło to dobrze zimie w położonym w głębi lądu Summit. To była jedna z wad mieszkania tutaj. Czasami z nieba spadał lód i trwało to aż do końca marca. Nowojorczycy mieli szczęście - mieszkali bliżej wody. Woda łagodziła wszystko.
A kiedy mieszkała z mężem w niedalekim Hoboken, z dwójką małych dzieci, starym samochodem bez tłumika i jedną niewielką wypłatą, nie padało? Śnieg walił, jakby mieszkali w dziewiątym kręgu piekła. I nie mieli pieniędzy. Śnieg nie pada tylko na zamożnych, Larisso, mruknęła pod nosem, kuśtykając do składziku po pudła na książki. I w zasadzie lepiej tkwić na polu golfowym w bufoniastym Summit niż w czynszówce w Hoboken. Wykorzystała aplikator do taśmy klejącej Jareda, by zamknąć pół tuzina pudeł z książkami, a potem pokuśtykała do półek w sypialni, spoglądając w okna.
Przycisnęła twarz do zamarzniętej szyby, stojąc tyłem do cichego domu. Codziennie z nieba spadała jakaś odmiana marznącego deszczu. Wczoraj pocieplało i wszystko zamieniło się w breję, a dziś powiał lodowaty wiatr, temperatura spadła do minus sześciu stopni, zamieniając ulice w lodowisko. Ufryzowana blondynka w wiadomościach o szóstej przewidywała, że odczuwalna temperatura spadnie do minus dwunastu stopni. Nie najlepiej dla mokrych twarzy. A twarz Larissy za każdym razem, gdy wychodziła z domu, była mokra, bo z jakiegoś powodu, gdy tylko chłodne słońce sięgało jej oczu, zaczynała płakać.
* * *
Dzieci z trudem zwlekały się z łóżek. Tak było niemal każdego ranka. O siódmej Jared był już na nogach, golił się, brał prysznic i pełen energii nucił coś pod nosem. Taki radosny. Do diabła z nim. Larissa otworzyła drzwi do sypialni dzieci, kazała im wstawać, zeszła na dół, wyjęła miski na płatki śniadaniowe, wypuściła psa, który wypadł na zimno pełen radosnego oczekiwania, co przyniesie dzień. Wszyscy powinni być psami. Ale dzieci Larissy, zwykle spektakularnie mało spostrzegawcze, narzekały, że za oknem jest ponuro i zimno, i nie chciały wyjść z ciepłych łóżek. Larissa prawie pozwoliła im zostać w domu. Jeden dzień, co za różnica? Co ich ominie? Masa atomowa magnezu? Podział władzy? Będą miały szczęście, jeśli uda im się tego nauczyć. Asher przez całą siódmą klasę uczył się historii Ameryki i nie przeczytał ani słowa z konstytucji. Ani słowa. Nie potrafił powiedzieć, co to takiego skała Plymouth ani pielgrzymi. Albo "Mayflower".
Ach tak. Emily miała konkurs wiedzy o nauce, Asher projekt z gliny związany ze starożytnym Egiptem, a Michelangelo ukochane zajęcia plastyczne. W końcu przekonała ich, żeby wstali, marząc o tym, by zakopać się w pościeli, gdy wyjdą do szkoły.
Czy wszystko byłoby inaczej, gdyby pozwoliła dzieciom przeczekać w domu paskudny dzień? Nawet niezbadane atomy poruszające się po swoich ścieżkach we wszechświecie od czasu do czasu w niewyjaśniony i dowolny sposób zbaczały z toru. Czy pozwolenie dzieciom, by zostały w domu, byłoby przerwaniem ścieżki atomu? A może było nim wysłanie ich do szkoły? Nikt nie mógł tego wiedzieć.
Przez następne czterdzieści minut w domu rozbrzmiewała litania próśb. "Asher, zabierz okulary z łazienki". "Em, nie zapomnij o wiolonczeli". "Michelangelo, wypij mleko". "Asher, uczesz się". "Em, nie wiem, gdzie są twoje buty. Pewnie tam, gdzie je zostawiłaś". "Michelangelo, wypij mleko. Musimy już iść". "Asher, zabierz piramidę. Tak, tę rzecz, nad którą pracowaliśmy przez cały weekend". Nazwali go Asher, bo znaczyło to "szczęśliwy". Łagodny chłopak wyglądał zupełnie jak matka, wysoki i szczupły, o spokojnym spojrzeniu.
- Asher, zjedz jogurt.
- Nie znoszę jogurtu, mamo. Jest obrzydliwy.
- Od kiedy? Kiedyś go uwielbiałeś.
- Tak, i ssałem kciuk. Wszystko się zmienia, mamo.
- Nie, nie możesz zjeść ciastka. Weź sos jabłkowy. Emily, włóż inną parę butów. Masz przecież jedną czy dwie. - Emily była podobna do ojca, ale miała okrągłą twarz i loki. - Michelangelo! Dokończ płatki. - Złamali zasadę i poczęli najmłodszego syna z tajemniczą grzywą kręconych jasnych włosów i najgorszym charakterem z możliwych. - Riot! Przestań skakać!
Jareda już dawno nie było. Dwoje starszych dzieci biegło przez wiatr długą wąską ulicą, by złapać szkolny autobus na rogu Bellevue i Summit. Był to trzyminutowy olimpijski sprint, na który zostawiali sobie dokładnie dziewięćdziesiąt sekund. Jak powiedziała wcześniej, wyjście do szkoły było cudem, może wcale nie takim małym. Larissa pokuśtykała podjazdem, za nią tuptał Michelangelo z plecakiem na książki, lecz bez szalika i rękawiczek (z powodu ich braku zostanie uznana za złą matkę w poczekalni dla rodziców, do której nie zaglądała). Podwiozła go półtorej mili do Lincoln, zaparkowała i szła, kulejąc, z jego zimną dłonią w swojej.
Strażnik na przejściu dla pieszych zapytał ją jak noga.
- Już lepiej?
- Tak, dziękuję - odparła, choć wcale tak nie było.
Szczęście w nieszczęściu, że to była lewa noga, bo inaczej nie mogłaby prowadzić.
Michelangelo spóźnił się tylko dziesięć minut.
- O, dzień dobry, Michael. Miło, że wpadłeś - powiedział przechodzący dyrektor, a chłopczyk odwrócił się, uśmiechnął szelmowsko do bladej machającej ręką matki i popędził korytarzem, mimo że nie wolno tam było biegać.
Właśnie wtedy, w godzinach pomiędzy przysięgą na wierność sztandarowi, na którą się spóźnili, a popołudniowymi zakupami, Larissa stała ze świeżo sklejonymi pudłami na książki niedaleko okien, przy których robiła makijaż. Po czterech tygodniach noga nadal ją bolała, gdy zbyt długo się na niej opierała. Okna sypialni znajdowały się od frontu i za wysokimi pozbawionymi liści dębami widziała wzgórza pola golfowego, a za nimi autostradę i centrum handlowe. Jakie to praktyczne: piękno i użyteczność, natura i dzieło człowieka. Larissa oparła dłoń na zimnej szybie, by poczuć życie na zewnątrz.
Odchodząc od okna, spojrzała na książki. Stały świeżo odkurzone, błyskając grzbietami. Ernestina była taka dokładna. Przez trzy godziny razem ze swoją ekipą pucowała dom do czysta. Muy limpio. Książki nigdy nie były zakurzone. Nigdy nie widniała na nich ani jedna plamka.
Nie miały też oślich uszu.
Larissa miała w domu czterdzieści półek z książkami, nie licząc tych należących do dzieci i męża. Jedna na każdy rok jej życia. Na dwudziestu czterech znajdowały się książki, które już przeczytała. Pozostałe szesnaście...
Cztery półki w sypialni mieściły książki, które zamierzała przeczytać. W końcu musiała podzielić je na kategorie, stworzyć hierarchię ważności, niczym kasty w Indiach, żeby lepiej się zorientować, w jakim porządku ich nie czytać. Była więc sekcja literatury faktu, podzielona na wspomnienia, tematy ogólne, religię i filozofię. Sekcja komercyjnej beletrystyki, której wystarczy na następne dwa lata. I jeszcze sekcja poważnej beletrystyki w twardych okładkach, której nie zamierzała czytać przez następne trzy lata. Minęło już cztery czy pięć lat od chwili, gdy dotknęła którejś z książek na tych półkach. Kupowała książki i katalogowała je jak sprawna bibliotekarka, w nadziei, że kiedyś znajdzie czas. Dom był nieskazitelnie czysty, dzieci w szkole, mąż wychodził dziś na kolację, miał czyste białe koszule, każdy projekt będzie zrealizowany na czas, w każdej szufladzie panował porządek. Jak uda jej się znaleźć czas, by otworzyć Sto lat samotności, wydanie krytyczne Lolity, Pieśń kata?
Na plus Larissy trzeba jeszcze zapisać, że w domu nie było szuflad z "różnościami". Łóżko było zaścielone jak prezydenckie łoże w apartamencie w hotelu Ritz-Carlton. Wszystkie pięć łóżek. Jak marzenie.
Książki straciły już nadzieję, że zostaną przeczytane. Jared, który uważał, że jest bardzo zabawny, nazwał je "lista nielektur". Jedyne, które próbowała czytać, to te dostarczane w pudełku UPS do czerwonych frontowych drzwi. Dziękowała Dominikowi, kurierowi, spoglądała nad jego głową na pole golfowe za wąską ulicą i dębami, na wypielęgnowane trawniki przypominające dolinę, a potem zatrzaskiwała drzwi, otwierała kartonowe pudło i sprawnie wyjmowała jego zawartość, tak by nie zakłócić porządku. Najpierw kładła książkę po swojej stronie łóżka, gdzie miała niewielkie szanse, by zwrócić na siebie uwagę. Jeśli spadła z łóżka na bieżnię domową, jej szanse poważnie malały, ponieważ na kołowrocie nowo przybyłe książki przykrywały magazyny plotkarskie, ,,People" i ,,Entertainment Weekly" (ten drugi krył jednak w sobie mnóstwo słów), zużyte płatki kosmetyczne i brudne staniki, koszule i skarpetki, kardigany, często kolczyki, czasami słuchawki, trzy pary, i wydrukowane z internetu bzdury dotyczące ostatniej ważnej imprezy. Udawała, że może je przeczytać, leżąc pod kołdrą Ralpha Laurena. Jej strona łóżka była jedynym miejscem w domu, w którym panował chaos.
Dziś więc Larissa zdecydowanie zajęła się ostatnim nieuporządkowanym elementem swojego uporządkowanego życia. Książka po książce, półka po półce przesuwała się od góry do dołu i wkładała książki do pudeł, które przekaże Sklepowi Charytatywnemu Świętego Pawła w Summit.
Czytała Władcę much Williama Goldinga? Dzięki książkom mogę stać się kimś innym, pomyślała. Nie potrzebowała o tym czytać, Władcę much miała w domu codziennie. Czytając książki, chciała znaleźć się jak najdalej od samej siebie.
Strach przed lataniem Eriki Jong? Nie, za dużo seksu. To tylko ją rozwścieczy, niepotrzebnie rozpali.
Birdsong Sebastaina Faulksa? Miłość! Pierwsza wojna światowa! Nic nie wiedziała o tej drugiej - idealnie. Była trochę za bardzo oddalona w czasie. Niechętnie wrzuciła książkę do pudła, wspominając z ukłuciem żalu, że przede wszystkim dlatego ją kupiła - żeby poczytać o czymś, o czym nic nie wiedziała.
Lonesome Dove? Zbyt teksańska. Kiedyś chciała ją przeczytać. Ale kiedyś chciała przeczytać wszystko.
Pani Dalloway Virginii Woolf? Zaraz, tę czytała! Skąd się tu wzięła? Tak, była niemal pewna, że ją czytała. Była w niej jedna linijka, do której stale wracała. Czytała ją raz po raz, aż wbiła się jej w pamięć. Ale dzisiaj, kiedy siedziała na podłodze i przerzucała kartki, nie potrafiła sobie przypomnieć, nawet czego dotyczyła ta linijka, nie mówiąc już o słowach. Pamiętała tylko, że miała znaczenie, a teraz nie mogła sobie przypomnieć ani jednego słowa. Zdegustowana wrzuciła książkę do pudła, a potem kciukiem pamięci przesunęła po Jestem legendą Richarda Mathesona. Jared uwielbiał tę książkę, gdy był młody (młodszy).
Zadzwonił telefon, nie odebrała. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Dwóch mężczyzn przywiozło zmywarkę do naczyń. Musiała zostawić na wpół ukończone zajęcie i siedzieć przy instalatorze Chrisie i jego milczącym towarzyszu, którzy potrząsali głowami na widok jej szafek kuchennych i powiedzieli, że zmywarka nie wejdzie na miejsce bez oderwania kawałka podłogi.
- Ale jesteśmy specjalistami od wszystkiego - powiedział z uśmiechem potężny Chris. - Znamy się na robocie.
Uśmiechnęła się blado.
Nie chciała dziś wychodzić. Pokuśtykała do piwnicy i otworzyła zamrażarkę, by sprawdzić, czy nie znajdzie tam zapomnianego kawałka mięsa, który mogłaby rozmrozić. Może zjedzą dziś wieczór coś wegetariańskiego, na przykład fettuccine Alfredo. Z kawałkami bekonu. To znaczy prawie wegetariańskiego, jeśli nie liczyć wędzonej wieprzowiny. Mogłaby zamaskować brak jedzenia chlebem czosnkowym, ale nie miała chleba. Ani czosnku. Ani bekonu.
Dziewięcioprogramowa zmywarka z nierdzewnej stali ze specjalnym cyklem płukania i podgrzewanym suszeniem przyjechała w południe. Kiedy monterzy wyszli - nie zniszczywszy podłogi - była prawie pierwsza. Planowała wziąć przed wyjściem prysznic, ale teraz nie miała na to czasu. Musiała odebrać Michelangela ze szkoły za dwadzieścia trzecia. Poza tym, żeby mogła wziąć prysznic, Jared musiał owijać jej nogę w gipsie plastikową torbą. Nie sądziła, by proszenie Chrisa i jego kumpla, speców od wszystkiego, żeby pomogli nagiej kobiecie ze złamaną nogą wejść do kabiny, było rewelacyjnym pomysłem. Nie kwalifikowało się też jako wszystko, od czego byli specami.
Choć prawdę mówiąc, gdyby miała wybór, wolałaby wziąć prysznic w asyście dwóch nieogolonych obcych mężczyzn niż wejść do supermarketu King's nieumyta i nieumalowana.
6
Stary dobry targ King's
Dzieci i mąż muszą coś zjeść. Dzieci! Co z dziećmi? King's był oblężony. Wydawało się, że cała populacja Summit postanowiła zaatakować malutki parking za supermarketem; dwadzieścia tysięcy samochodów próbowało się zmieścić na dwustu miejscach. Tylko ona potrafiła to dokładnie obliczyć. Siedziała przez trzy sekundy, czekając, by skręcić w prawo w betonowe szaleństwo, gdzie każdy cadillac escalade trąbił na każdego range rovera, każda kobieta przez opuszczoną szybę wrzeszczała na drugą: "Wyjeżdża pani?".
Larissa wyłączyła migacz i zmieniła zdanie. Znajdzie inny supermarket. Wyobraziła sobie, jak powala ją na ziemię szalona dama w futrze jeżdżąca zielonym hummerem.
Problem polegał na tym, że nie wiedziała, dokąd jechać, bo zawsze robiła zakupy w King's przy Main Street. Znajdował się siedem minut drogi od jej domu, dwie pary świateł i skręt w prawo, i mogła tam znaleźć wszystko, czego potrzebowała. Brak związanych z zakupami kłopotów był bardzo ważny. Larissa zawsze się starała, by jej życie było wolne od wszelkich kłopotów, dlatego też gips na nodze kładł się na nim cieniem. Czy złamana noga była atomem, który wypadł z kursu?
Postanowiła pojechać Main Street do Madison, następnego małego miasteczka, by tam znaleźć supermarket. To tylko trzynaście minut drogi.
W zeszłym tygodniu podczas lunchu w Neiman's Café Maggie zapytała:
- Gdybyś mogła być jakąkolwiek osobą na świecie, kim byś była?
Larissa odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Na zawsze czy tylko na jakiś czas?
- Czy to ważne?
- Tak - odparła Larissa. - Bo jeśli tylko na jakiś czas, to chciałabym być setką różnych osób. Jeśli na zawsze, to nikim. Nie chciałabym żyć na zawsze życiem innej osoby.
Resztę radosnego lunchu spędziły na zastanawianiu się, kim chciałyby zostać. Kimś innym niż my, postanowiła Larissa, bo chciałaby sprawdzić, jak to jest żyć życiem możliwie najdalszym od mojego, a Maggie z szelmowskim błyskiem w oku powiedziała:
- Larisso, ty przecież żyjesz życiem jak najdalszym od swojego.
Maggie miała rację. Summit już było życiem innej osoby, myślała Larissa, jadąc powoli. W poszukiwaniu supermarketu gapiła się na małe sklepiki w dzielnicy biznesowej. Mogłaby bez trudu stać się zawodowym protestującym jak Che, mogłaby pojechać na Filipiny. Larissa bardzo oddaliła się od siebie samej. Może dlatego nie czytała.
Och, te wymówki. Było ich tyle co kropli deszczu.
Zapytała Jareda, czy chciałby być kimś innym, a on bez wahania odparł, że Robertem Neville'em w Jestem legendą. Larissa pomyślała, że to bardzo dziwne.
- Zupełnie sam na świecie - wyjaśnił Jared - próbuje jakoś przetrwać w nadziei, że uda mu się dożyć następnego dnia, bo złe rzeczy, które chcą ci wyssać duszę, pojawiają się nocą. Chciałbym być łowcą wampirów. I nosić srebro w kieszeni. Tylko przez jeden dzień. - A potem odtańczył w sypialni szalony taniec w samej bieliźnie.
Po lewej stronie Larissa wypatrzyła tablicę "Wielkie otwarcie" przy Super Stop&Shop. Uśmiechnęła się (bo Asher nazywał tę sieć Duper Shop&Stop) i włączyła migacz, czekając cierpliwie, aż przejadą samochody z drugiej strony.
Parking był duży i pusty. Zaparkowała przy iglakach w donicach. Przez wyrwę w płocie zobaczyła mały cmentarz. Wysokie granitowe nagrobki były rozmieszczone bezładnie na podmokłym gruncie, czarne na białym. Kiedy wyjmowała kluczyk ze stacyjki, brała torebkę i wysiadała z lśniącego cadillaca escalade, przypomniała sobie! Nie cały, nie sens, ale samo sedno cytatu z Pani Dalloway. Coś o czwartku, piątku i sobocie, a potem: "...że życie musi się skończyć! Nikt nie będzie wiedział, jak ona bardzo je kochała"3.
7
Cmentarzyska
Potrzebowała tylko kilku rzeczy, dlaczego więc trzydzieści minut później nadal snuła się po sklepie? Dziś po szkole Asher ma wizytę u ortodonty i lekcję gitary. A Emily lekcję wiolonczeli i śpiewu. Jak mogła pozwolić, by ostatnie kilka minut popołudnia zostało wessane pomiędzy półki z mąką tortową, przyprawy cajun i nowe kości dla Riot, ser mozzarella i nowy jogurt probiotyczny, bez którego najwyraźniej nie mogła żyć? Pracowały tylko trzy kasjerki, jedna akurat zaczynała albo kończyła przerwę, czyli była okropnie powolna. Larissa czuła, że puchnie jej kostka. Nie mogła się nawet zmusić, by uśmiechnąć się do mającej problemy z czasem kasjerki, która wyglądała na dwanaście lat i sama niewiele się uśmiechała.
- Chce pani dokonać wypłaty?
- Słucham? - rzuciła Larissa przez zaciśnięte zęby.
- Czy chce pani dokonać wypłaty?
- Nie, dziękuję. - Chciałabym odzyskać trzydzieści minut mojego życia, może to pani załatwić?
Pełne pięćdziesiąt minut po przejściu przez automatyczne drzwi Stop&Shop wyszła przez nie, opierając się o wózek z zakupami. Było zimno, miała rozpiętą kurtkę, a przykrótki dres - choć pasował idealnie do gipsu - odsłaniał jej drugą kostkę. Zapomniała o szaliku i rękawiczkach. Co by się stało, gdybym przyłożyła wilgotny język do metalowej rączki wózka, pomyślała, popychając go wolno przez parking. A gdyby przymarzł? Robiły to z Che, gdy były dziećmi. Wizja siebie samej - prawie czterdziestoletniej, kulejącej, przemarzniętej do szpiku kości, w rozpiętej kurtce, za cienkiej bluzce, z sześcioma siatkami pełnymi zakupów w mroźny styczniowy dzień z językiem przymarzniętym do metalowej rączki - doprowadziła Larissę do śmiechu.
Z kurzymi łapkami, które pozostały jako wspomnienie tego śmiechu, przeszła obok młodego chłopaka, który siedział na lśniącym motocyklu i wkładał kask. Cały był motocyklem. Brązowa skórzana kurtka, dżinsy, czarne buty. Kask był metalicznie srebrny, nie pasował do pomarańczowo-czarnego motocykla. Chłopak uśmiechnął się do niej.
- Co jest takie zabawne? - zapytał.
Larissa rozejrzała się w poszukiwaniu samochodu. Zmieszana swoimi idiotycznymi myślami i mdłym uśmiechem, próbowała pokryć to wzruszeniem ramion i grymasem mówiącym "Och, nic takiego", który przeszedł w uprzejme skinienie głowy.
- Bardzo jest pani dzielna - powiedział chłopak - chodząc tak z nogą w gipsie. Mogę pomóc?
- Nie, dam sobie radę. - Odwróciła oczy, bo zwykle starała się unikać przedłużonego kontaktu wzrokowego z obcymi mężczyznami, zwłaszcza na motorach, w dżinsach, wysokich butach i lśniących kaskach. - Ale dziękuję.
Zsiadł z motoru i podszedł do niej.
- Jak długo w gipsie?
- Prawie cztery tygodnie.
- Złamała pani nogę w okolicy Bożego Narodzenia? - Zagwizdał. - A to pech. Jak to się stało? Na nartach?
- Na nartach? Nie. Nie jeżdżę na nartach. Ja tylko... to głupie. - Nadal na niego nie patrzyła, ale zwolniła kroku. Nie zatrzymała się, tylko zwolniła. - To kostka. Potknęłam się, wychodząc od fryzjera.
Wybuchnął śmiechem.
- Potknęła się pani, wychodząc od fryzjera? Śmieszne.
- Wtedy tak nie uważałam.
- Ma pani rację... Ale można się z tego pośmiać.
- Naprawdę? - odparła niezobowiązująco, marząc, by pochuchać w zmarznięte dłonie. - Nie dlatego... - Przed oczami znów stanęła jej wizja języka przymarzniętego do metalowej rączki wózka. Boże! Zatrzymała się.
- Zauważyłem jedną rzecz dotyczącą kobiet - zaczął zabawnie oficjalnym tonem. - Jest oparta na latach bacznej obserwacji...
- Latach! - mruknęła Larissa, zwracając uwagę, jak bardzo jest młody. - Czyżby?
Zaśmiał się swobodnie.
- Tak. Dorastałem z matką, babką i dwiema starszymi siostrami. Jak więc mówiłem, po latach obserwacji doszedłem do wniosku, że kobiety bardzo dbają o włosy.
Larissa zapomniała na moment, jak bardzo jest jej zimno.
- Niemożliwe.
Chłopak nie dał się podpuścić.
- Nawet w supermarkecie w parszywe poniedziałkowe popołudnie włosy kobiet są zadbane znacznie bardziej niż jakikolwiek inny element ich wyglądu. - Mówił o tym, jakby czytał poezję, jakby to była jego filozofia życiowa, a Larissa chciała tylko zapiąć kurtkę, żeby nie zauważył wystrzępionego dresu. Mówił o włosach tak, jak Ezra opowiadał o metafizycznej rzeczywistości duszy.
- Są zawsze czyste - ciągnął chłopak - wystylizowane z użyciem pianki albo żelu. Kobiety myślą o włosach. Żadna nie wychodzi w pustym domu spod prysznica i po prostu nie wyciera ich ręcznikiem.
- Co pan powiedział? - Zmrużyła oczy. W pustym domu? - Pan też nie?
Jego włosy sterczały we wszystkich kierunkach. Zdjął kask, żeby pokazać jej dziwaczną głowę, a jego rzadkie brązowoblond włosy powiewały we wszystkich kierunkach.
- Ja jestem wyjątkiem - odparł wesoło. - Ale kobiety myślą o włosach bardziej niż o czymkolwiek innym, zgodzi się pani ze mną, prawda?
- Nie zgadzam się.
- Nie? Nie myśli pani, co w nie wpiąć, jak je podkręcić, zagęścić, ułożyć, nadać im kształt? Jak je upiąć, zapleść? - Wskazał starszą kobietę popychającą wózek obok nich w mroźnym powietrzu. - Proszę spojrzeć. Narzuciła zamiast płaszcza dywanik z baraniej skóry, na nogach ma trzewiki męża, ale jej włosy są nieskazitelnie ułożone i lśniące! Zero makijażu, ale włosy są idealne. Wygląda jak wilkołak.
Wilkołak? Larissa patrzyła na niego, zastanawiając się, w którym miejscu powinna się obrazić, a w którym roześmiać. Miał takie wesołe oczy. Najwyraźniej był przekonany, że jest bardzo mądry.
- To nie była krytyka - zapewnił ją - lecz komplement. Włosy rządzą światem.
Dobra, pobawi się trochę w ten lodowaty poniedziałek. Czemu nie?
- Włosy i buty.
- Tak jest! - zgodził się ochoczo. - Na wszystko pośrodku nie ma sensu marnować ani czasu, ani pieniędzy.
To była prawda. Czy kogokolwiek obchodziło, że wydała dwadzieścia siedem dolarów na mascarę Chanel zamiast sześciu na Maybelline?
Nie odezwała się, mrużyła tylko oczy w słońcu. Chłopak włożył kask. W ciągu kilku sekund milczenia myśli Larissy błądziły pomiędzy włosami i butami, mascarą i dżinsami. Między paskami i naszyjnikami dostrzegła jeszcze jedną rzecz, którą zauważali zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Pewnie trzecią po włosach i butach.
Rowek między piersiami.
- Zdradzę pani mały sekret - powiedział chłopak. - Mężczyźni nigdy nie patrzą na buty.
- Niektórzy mężczyźni.
- Na pewno nie hetero.
Roześmiała się.
- Więc nie buty, lecz włosy?
- Tak. Na włosy patrzymy.
I na piersi. Miała nadzieję, że w blasku słońca chłopak nie zauważy wyrazu jej oczu. Milczał jednak - w ten charakterystyczny sposób, w jaki ludzie milczą, gdy myślą o czymś, czego nie mogą powiedzieć.
- Biżuteria? - szukała innych rzeczy.
- Jeśli błyszczy, uwodzi, to tak.
Uwodzi! Teraz ona milczała w ten charakterystyczny sposób, w jaki ludzie milczą, gdy myślą o czymś, czego nie mogą powiedzieć.
Pochylił się w jej stronę. Larissa odsunęła się i popchnęła wózek.
- Miłego dnia!
- Na pewno nie potrzebuje pani pomocy? - Zbliżył się i położył rękę na wózku. Czy wolno mu było to zrobić? Czy to nie było tak, jakby położył dłoń na brzuchu ciężarnej kobiety? Czy to nie było wbrew jakiejś głupiej zakupowej etykiecie? - Pomogę pani włożyć do samochodu zgrzewkę coli. Daleko pani stoi?
- Nie, nie. - To była reakcja na chęć pomocy, nie na pytanie o odległość.
Nie słuchał jej jednak i już popychał wózek, a ona szła powoli obok niego. Zanim znalazła odpowiedni guzik na pilocie do samochodu, przebiegła jej przez głowę myśl: Czy on nie jest groźny? A jeśli jest jednym z tych... Nie wiem. Czyż nie nasłuchała się o nich? O mężczyznach, którzy porywali dziewczyny z parkingów?
I co z nimi robili?
Ale on nie był mężczyzną.
A ona nie była dziewczyną.
Wyglądał dość egzotycznie, z lekko skośnymi oczami i wysoko zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Jednocześnie słodko i niechlujnie. Zresztą kto by ją porwał z parkingu? I - co ważniejsze - po co?
I jeszcze ważniejsze - jak by się poczuła, będąc porwaną?
I czy to było pytanie retoryczne?
Jak to się stało, że te wszystkie myśli, wrażenia, obawy, niepokoje, reakcje przebiegały jej przez głowę w ułamku sekundy, jak sen, który zdaje się trwać godzinami, ale tak naprawdę mija tylko kilka sekund, zanim zadzwoni budzik? Po co tyle myśleć?
I czy to było pytanie retoryczne?
Podniosła klapę bagażnika, a on gwizdnął i powiedział:
- Niezła fura. Wypasiona.
Jakby mógł to wiedzieć.
Załadował zakupy do luksusowego pojazdu w dwadzieścia sekund. Zatrzaskując klapę, uśmiechnął się.
- Teraz wszystko w porządku?
- Oczywiście.
Wcześniej też było w porządku, ale nie chciała tego powiedzieć. Zabrzmiałoby niegrzecznie.
Zaczął iść powoli w stronę motocykla.
- Miłego dnia. I proszę się trzymać z dala od fryzjerów - poradził. - Wcale ich pani nie potrzebuje.
Kiedy Larissa dojechała do domu, zostawiła zakupy w samochodzie razem z torebką, wpadła do środka przez tylne drzwi i szybko pokuśtykała do dużego lustra w holu.
Przyjrzała się swojemu odbiciu. Była ubrana w zieloną parkę, szare spodnie od dresu kupione w college'u i podarty brązowy podkoszulek. Na twarzy nie miała ani śladu makijażu, a niemyte od wczoraj włosy nie widziały szczotki od dwóch godzin. Usta spierzchnięte od mrozu, a policzki lekko zaróżowione i pokryte plamami.
O co mu mogło chodzić? Stała przed lustrem przez długą chwilę, po czym nagle otrząsnęła się i wybiegła z domu jak Quasimodo, by odebrać ze szkoły najmłodsze dziecko.
8
Dziewięćdziesiąt dziewięć czerwonych balonów
Michelangelo robił wyklejanki do szkoły, chrupał cheerios, serowe sznurki i ciasteczko, popijając wszystko mlekiem i poprawiając miseczką owoców, a Larissa kręciła się po kuchni i zaglądała do zamrażarki, uświadomiwszy sobie zbyt późno, że jednak nie kupiła mięsa. Teraz szukała mielonej wołowiny, którą mogłaby szybko rozmrozić i zrobić zapiekankę lub tartę. Może mogłaby zostawić Michelangela z dwójką starszych dzieci, powinny wrócić do domu lada chwila...
I wróciły. Trzasnęły tylne drzwi, na podłogę poleciały plecaki i buty. Dzieci wpadły do kuchni, otworzyły lodówkę i...
- W tym domu nie ma nic do jedzenia - powiedziała Emily, zatrzaskując drzwi. - Mamo, musimy iść. W zeszłym tygodniu prawie spóźniłam się na lekcję i nie chcę się znowu prawie spóźnić.
- W porządku, kochanie - odparła Larissa. - Pospieszę się z obiadem, żebyś znów się prawie nie spóźniła.
Najpierw lekcja wiolonczeli. Potem karate Michelangela i gitara Ashera. Poniedziałki zawsze były zwariowane.
- W przyszłym tygodniu zaczynają się treningi na bieżni - zawołał Asher. - Zapiszę się.
- Przed czy po karate? Przed próbą orkiestry czy po?
- Z jednym i drugim, mamo.
- Przed wizytą u ortodonty o piątej dziś po południu czy po?
- Z wizytą, mamo.
Ezra zadzwonił, gdy nie było jej w domu, powiedział, że musi z nią porozmawiać, a kiedy oddzwoniła, jego z kolei nie było i Maggie bardzo tajemniczo oświadczyła, że Ezra porozmawia z nią w sobotę przy kolacji.
Kiedy do domu wrócił Jared, spojrzał na nią i rzucił żartem:
- Ależ kochanie, nie musisz się dla mnie tak odstawiać.
Jej twarz bez makijażu i brak uśmiechu nie powstrzymały go jednak przed pocałunkiem, połaskotaniem jej, przed zjedzeniem zapiekanki z wołowiną, wyniesieniem śmieci, przygotowaniem plakatu o walce z chuligaństwem dla Ashera i od spojrzenia na osiem zaklejonych pudeł stojących przy ścianie sypialni.
- No proszę - powiedział. - Co ty tu wyprawiałaś? Dlatego przez cały dzień nie odbierałaś telefonu?
A potem zapadła noc i zasnęli wszyscy z wyjątkiem Larissy, która siedziała w łóżku z magazynem "People" na kolanach, patrząc na spokojnie śpiącego męża, łowcę wampirów. W jej głowie wirowała karuzela słów: "Życie musi się skończyć! Nikt nie będzie wiedział, jak ona bardzo je kochała".
3 Virginia Woolf, Pani Dalloway, tłum. Krystyna Tarnowska.