Pieśń na mroczne czasy. Inspektor Rebus. Tom 23 - Ian Rankin

Kup ebooka

37.00 zł
29.60 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Siobhan Clarke przeszła przez opustoszałe mieszkanie. Nie było puste, tylko uszło z niego życie. Wzdłuż całego korytarza stały kartony, jeden za drugim. Drzwi do szafek kuchennych były pootwierane, podobnie jak te na klatkę schodową. Okno w dużej sypialni zostawili otwarte, żeby przewietrzyć pokoje. Bez mebli i krążącego po nim niespokojnie Johna Rebusa mieszkanie wydawało się oczywiście większe. Pod sufitem wisiały gołe żarówki. Część zasłon została, dywany również; wczoraj Clarke wszystkie odkurzyła. Przyjrzała się kartonom w przedpokoju. Wiedziała, co zawierają, bo każdy własnoręcznie opisała: książki, płyty, osobiste papiery, notatki ze śledztw.

Notatki ze śledztw - wypełniony był nimi cały jeden pokój. Śledztw, które John Rebus prowadził i rozwiązał lub których nie rozwiązał, a także innych, którymi interesował się, by zająć się czymś na emeryturze. Usłyszała kroki na schodach. Jeden z tragarzy skinął jej głową i uśmiechnął się, podnosząc kolejne pudło. Wychodząc za nim na klatkę schodową, minęła jego kolegę.

- Już kończymy - rzucił, wydymając policzki. Był cały spocony i miała nadzieję, że się nie przedźwigał. Miał grubo powyżej pięćdziesiątki, a pudło było bardzo ciężkie. Edynburskie kamienice dawały wszystkim w kość.

Clarke też cieszyła się, że nie będzie musiała wspinać się na drugie piętro.

Drzwi wejściowe do kamienicy były zablokowane kawałkiem grubej tektury - oderwanym, jak się domyślała, od jednego z kartonów. Pierwszy z tragarzy dotarł na chodnik, po czym skręcił dwa razy w lewo i wszedł przez furtkę na malutkie podwórko - które kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, było pewnie ogródkiem - a potem przez kolejne otwarte drzwi do mieszkania na parterze.

- Do salonu? - zapytał.

- Do salonu - potwierdziła Siobhan Clarke.

Kiedy tam weszli, John Rebus stał odwrócony plecami i patrzył na fabrycznie nowe regały, kupione w poprzedni weekend w Ikei. Tamta wyprawa - a także awantury w trakcie składania półek - wystawiła ich przyjaźń na o wiele cięższą próbę niż którekolwiek ze śledztw, które razem prowadzili. Teraz odwrócił się i zmierzył chmurnym spojrzeniem kartonowe pudło.

- Kolejne książki?

- Kolejne książki.

- Skąd one się, do diabła, biorą? Zrobiliśmy przecież kilkanaście kursów do Armii Zbawienia.

- Musisz wziąć pod uwagę, że to mieszkanie jest znacznie mniejsze od starego. - Clarke przykucnęła, by uśmiechnąć się do psa, Brilla.

- Pójdą do pokoju gościnnego - mruknął Rebus.

- Mówiłam ci, żebyś wyrzucił notatki z dawnych śledztw.

- To są wrażliwe dokumenty, Siobhan.

Tragarz wyszedł z salonu.

- Niektóre są tak stare, że spisano je na pergaminie - powiedziała Clarke, po czym dotknęła grzbietu jednej z książek, które Rebus zdążył ustawić na półce. - Nie wiedziałam, że jesteś fanem Reachera.

- Muszę się czasem oderwać od całej tej filozofii i języków starożytnych.

Przyjrzała się półkom.

- Nie ułożysz ich w porządku alfabetycznym? - spytała.

- Nie starczyłoby na to życia.

- A co z płytami?

- To samo.

- Więc jak uda ci się cokolwiek znaleźć?

- Nie bój się, znajdę.

Clarke cofnęła się o dwa kroki i obróciła na pięcie.

- Podoba mi się - przyznała.

Tapety zostały usunięte, ściany i sufit na nowo odmalowano, Rebus nie pozwolił jednak ruszać starych listew przypodłogowych i okiennych ram. Ciężkie zasłony z dawnego salonu pasowały do prawie identycznego wykuszowego okna w nowym. Fotel, sofę i wieżę stereo ustawiono tak, jak chciał. Stół jadalniany trzeba było oddać - zabrakło dla niego miejsca. Zastąpił go nowoczesny rozkładany, również kupiony w Ikei. Kuchnia w stylu kambuza była wąska. Łazienka także, ale była długa i całkowicie Rebusowi wystarczała. Nie chciał słyszeć o żadnej przebudowie. "Może później", powiedział. W ciągu ostatnich kilku tygodni to były jego standardowe słowa. Zmusiło go to do pozbycia się wielu gratów. Większą część ostatnich dwóch tygodni zajęło odchudzanie biblioteki i płytoteki, a Clarke i tak widziała, jak podkrada to czy tamto z kartonów przeznaczonych dla Armii Zbawienia. Uderzyło ją, jak niewiele rodzinnych pamiątek ma Rebus, czegoś, co stanowiłoby jego "dziedzictwo": żadnych przedmiotów, które należały do jego rodziców, bardzo niewiele fotografii byłej żony i córki. Wcześniej zasugerowała, by skontaktował się z córką i poprosił, żeby pomogła mu w przeprowadzce.

- Dam sobie radę - usłyszała.

Wzięła więc tydzień urlopu i wynajęła niewielką furgonetkę, która wystarczyła na wyprawy do Ikei, Armii Zbawienia i na wysypisko.

- Sztukateria jest taka sama jak w twoim starym mieszkaniu - zauważyła, przyglądając się sufitowi.

- Jeszcze zrobimy z ciebie porządną detektyw - odparł, kładąc kolejne książki na półce. - Ale zanim udzielę ci następnej lekcji, napijmy się herbaty, którą zrobisz...

W kuchni były drzwi, przez które wychodziło się do ogródka z ozdobnym ogrodzeniem. Clarke wypuściła tam psa i nalała wody do czajnika. Otwierając kuchenne szafki, zauważyła, że Rebus poprzestawiał wszystko, co rozpakowała poprzedniego dnia, najwyraźniej preferował jakiś inny system: garnki, patelnie i produkty sypkie niżej, naczynia stołowe wyżej. Przełożył nawet sztućce z jednej szuflady do drugiej. Wrzuciła saszetki do dwóch kubków i wyjęła z lodówki mleko. Lodówka i pralka były stare, z mieszkania na drugim piętrze. Żadna tu nie pasowała i wystawały poza szafki. Gdyby stały w jej kuchni, stale obijałaby się o nie kolanem albo palcem u nogi. Mówiła mu, że nie pasują i powinien je wymienić. "Może później", usłyszała.

Dwaj tragarze nie poprosili o herbatę - napędzały ich napoje gazowane i e-papierosy. Poza tym prawie już skończyli. Usłyszała, że przynieśli kolejne pudła.

- Do salonu? - zapytał jeden z nich.

- Jeśli musicie - odparł Rebus.

- Jeszcze tylko jeden kurs. Będzie pan pewnie chciał zamknąć za nami drzwi.

- Zatrzaśnijcie je po prostu, wychodząc.

- Nie chce pan po raz ostatni rozejrzeć się w starym mieszkaniu?

- Mam odczyty liczników, czego więcej mi trzeba?

Tragarz pewnie nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Niosąc kubki, Clarke zobaczyła, jak wychodzi z mieszkania.

- To czterdzieści lat twojego życia, John - powiedziała, podając mu herbatę.

- Świeży start. Klucze dostanie agent kupującego. Poczta jest przekierowana. - Rebus chyba zastanawiał się, czy o czymś nie zapomniał. - Miałem cholerne szczęście, że to mieszkanie akurat się zwolniło. Pani Mackay mieszkała tutaj prawie tak samo długo jak ja. U syna w Australii będzie miała zapewnioną opiekę na starość.

- Podczas gdy ty nie dajesz rady przejść nawet stu kroków.

Rebus zmierzył ją surowym spojrzeniem.

- Jeszcze cię zaskoczę - mruknął i wskazał palcem sufit. - Myślałaś, że wyniosą mnie stamtąd w dębowej jesionce.

- Wszyscy są tacy weseli, kiedy zmieniają mieszkanie?

- Może zapomniałaś, dlaczego to robię?

Nie, nie zapomniała. COPD. Przewlekła obturacyjna choroba płuc. Wspinanie się po stromych schodach było coraz trudniejsze. Więc kiedy w ogródku na dole pojawił się napis NA SPRZEDAŻ...

- Poza tym - dodał Rebus - te dwa piętra to była istna katorga dla Brilla i jego małych nóżek. - Zaczął rozglądać się za psem.

- Jest w ogrodzie - wyjaśniła Clarke.

Wyszli na zewnątrz drzwiami od kuchni. Brillo obwąchiwał trawnik, merdając ogonem.

- Już się zadomowił - skomentowała.

- Być może nie będzie to takie łatwe dla jego pana. - Rebus zerknął na okna otaczających ich kamienic i unikając kontaktu wzrokowego z Clarke, głośno westchnął. - Powinnaś wrócić jutro do pracy. Powiedz Sutherlandowi, że nie potrzebujesz całego tygodnia urlopu.

- Trzeba rozpakować twoje rzeczy.

- A ty masz do rozwiązania sprawę zabójstwa. A skoro o tym mowa... Są jakieś nowe wieści?

Clarke pokręciła głową.

- Graham skompletował już zespół. Wątpię, żeby moja obecność zrobiła jakąś różnicę.

- Na pewno zrobi - odparł Rebus. - Jestem chyba w stanie wyjąć rzeczy z kartonów i stwierdzić, że nie mam ich gdzie włożyć.

Uśmiechnęli się do siebie i w tej samej chwili do mieszkania weszli tragarze. Zniknęli w salonie i kilka sekund później pojawili się z powrotem.

- To by było na tyle - powiedział starszy z nich.

Rebus podszedł do niego, wyciągając z kieszeni banknoty. Clarke popatrzyła na Brilla, który podbiegł bliżej i zerkając na nią wyczekująco, siadł na tyłku.

- Obiecujesz, że będziesz się nim opiekował? - zapytała.

Pies przechylił łeb, jakby zastanawiał się, co ma odpowiedzieć.

II

Siobhan Clarke mieszkała po drugiej stronie miasta, na pierwszym piętrze kamienicy przy Broughton Street. Od kilku miesięcy rozważała wyprowadzkę. Nadinspektor Graham Sutherland, choć przewyższał ją rangą, przeobraził się z okazjonalnego kolegi w regularnego kochanka. Prowadził jeden z Niezależnych Zespołów Dochodzeniowych, mieszkał w Glasgow i prosił, żeby się do niego wprowadziła.

- Muszę się nad tym zastanowić - odparła. Odwiedziła go w Glasgow kilka razy, ale tylko raz tam przenocowała. Choć był po rozwodzie, w mieszkaniu wyczuwało się obecność byłej żony i Clarke wątpiła, by pomyślał o kupnie nowego łóżka.

- Może wolałabyś zamieszkać w centrum miasta? - zaproponował, lecz robił to bez większego entuzjazmu.

Wysyłając jej linki do znalezionych w sieci ofert nieruchomości, opatrywał je nagłówkiem Do twojej wiadomości. Jedna z nich nawet jej się spodobała. Nic mu nie mówiąc, pojechała do Glasgow, zaparkowała przed budynkiem i przespacerowała się po okolicy, żeby ją lepiej poznać. Jest okej, powiedziała sobie. Mogłaby tu zamieszkać.

A potem wróciła do domu.

Tego wieczoru Rebus właściwie wyprosił ją ze swojego mieszkania. Zaproponowała, żeby zamówili curry w jego ulubionej knajpie, ale pokazał jej drzwi.

- Odpuść sobie - rzucił. - Powiedz swojemu chłopakowi, żeby przyjął cię z powrotem do zespołu.

Zerknęła na wyświetlacz telefonu. Zbliżała się ósma i Sutherland nie odpowiedział na żaden z jej esemesów, więc włożyła kurtkę, zabrała kluczyki i zeszła na dół. Do komisariatu w Leith nie jechało się długo - właściwie mogła tam dojść na piechotę. W połowie drogi zatrzymała się przy sklepie, żeby zrobić małe zakupy. A potem zaparkowała przy Leith Links, wcisnęła dzwonek przy drzwiach komisariatu, wspięła się po imponujących marmurowych schodach na pierwsze piętro i weszła do pokoju NZD, Niezależnego Zespołu Dochodzeniowego. Znad komputerów uniosły się głowy i zobaczyła znajome twarze.

- Nie jesteś na wakacjach? - zapytała detektyw posterunkowa Christine Esson.

- Dlatego właśnie przywiozłam wam prezenty. - Clarke wyjęła z torby solone orzeszki, chipsy, brownie i butelkowaną wodę.

- To lepsze od pocztówki - rzucił detektyw posterunkowy Ronnie Ogilvie, wyprzedzając Esson w biegu do przysmaków.

- Szef pojechał do domu? - zapytała Clarke.

- Odprawa w Wielkim Domu. - Esson wróciła za swoje biurko z tym, co udało jej się zwinąć.

Clarke ruszyła za nią i zerknęła na ekran jej komputera.

- A reszta ekipy?

- Masz przed sobą nocną zmianę.

- Jak idzie śledztwo?

- Jesteś na wakacjach - przypomniała jej Esson. - Jak poszła przeprowadzka?

- A jak myślisz? - Clarke popatrzyła na ścianę za plecami Esson. Wisiała na niej pokryta filcem duża korkowa tablica z przypiętymi zdjęciami ofiary i miejsca zbrodni, mapami, szczegółami sekcji zwłok oraz grafikiem dyżurów. Jej nazwisko było przekreślone. Oczywiście kiedy tylko udało jej się wziąć urlop w czasie zastoju, natychmiast wyskoczyła duża sprawa. Próbowała przekonać nadinspektora, że może przesunąć urlop na później, ale się uparł. "John cię potrzebuje... nigdy tego nie powie, może nawet tego nie wie, lecz taka jest prawda".

- Jest na nas wywierana presja z zewnątrz - powiedział Ronnie Ogilvie z ustami pełnymi chipsów.

- Bo ofiara była bogata?

- Gość był bogaty i ustosunkowany - uściśliła Esson. - Jego ojciec, Ahmad, jest wart kwadryliony, ale przebywa podobno w areszcie domowym gdzieś w Arabii Saudyjskiej.

- Podobno?

- Saudyjczycy nie są zbyt rozmowni. Informacje mamy z organizacji pozarządowej.

Clarke przyjrzała się zdjęciom na ścianie. Salman bin Mahmoud był przystojnym mężczyzną w wieku dwudziestu trzech lat. Jeździł astonem martinem i mieszkał w trzypiętrowej georgiańskiej rezydencji przy jednej z najelegantszych ulic w edynburskim New Town. Krótkie czarne włosy, schludna bródka. Brązowe oczy. Na zdjęciach uśmiecha się, ale się nie śmieje.

- Nie każdy student dostaje na urodziny astona martina DB jedenaście - skomentowała.

- Ani nie mieszka w domu z pięcioma przestronnymi sypialniami. - Esson stanęła obok niej. - Najzabawniejsze jest to, że w ogóle tu nie studiował. - Clarke uniosła brew. - Zapisał się na kurs w szkole biznesu w Londynie i tak się składa, że wynajmował penthouse w Bayswater.

- Więc co go wiąże z Edynburgiem? - zapytała Clarke.

Esson i Ogilvie wymienili spojrzenia.

- Ty jej powiedz - mruknął Ogilvie, otwierając butelkę z wodą.

- James Bond - odparła posłusznie Esson. - Miał fioła na punkcie Jamesa Bonda, zwłaszcza filmów o nim, głównie tych wczesnych.

- Z Seanem Connerym?

- Naszym wielkim edynburczykiem. - Esson pokiwała głową. - W obu miejscach zamieszkania jest podobno mnóstwo pamiątek po Seanie.

- To tłumaczy, dlaczego miał astona martina, ale nie odpowiada na główne pytanie: co takiego bogaty saudyjski student z obsesją na punkcie Jamesa Bonda robił o jedenastej w letnią noc na parkingu przy składzie dywanów na Seafield Road?

- Z kimś się spotykał - zasugerował Ogilvie.

- Z kimś, kto dźgnął go nożem i zostawił, żeby wykrwawił się na śmierć - dodała Esson.

- Ale nie obrabował go i nie odjechał nawet jego superdrogim autem. - Clarke skrzyżowała ręce na piersiach. - Mamy coś ciekawego z monitoringu?

- Aston martin pojawia się wiele razy. Od Heriot Row do Seafield Road. I raczej nie zatrzymywał się po drodze.

- Po drodze jest Salamander Street... miejsce, w którym są oferowane usługi seksualne... - Clarke zadumała się.

- Sprawdzamy to.

- Czy zwłoki odbierze matka ofiary?

- Wszystkim ma się zająć ambasada... Na ile dobrze czytam między wierszami, to Saudyjczycy chyba nie chcą, żeby matka wyjechała z kraju.

Clarke spojrzała na Esson.

- To znaczy?

- Pewnie boją się, że nie wróci. - Esson wzruszyła ramionami.

- Co takiego zrobił ojciec, że go przyskrzynili?

- Kto to może wiedzieć? Rodzina mieszka w prowincji Hidżaz. Trochę poczytałam i wiem, że w areszcie domowym przebywa zdecydowanie tylko Ahmad. Tam na ogół chodzi o korupcję, co oznacza, że podpadł po prostu komuś z panującej rodziny. Niektórzy płacą wysokie grzywny i są uwalniani, ale Ahmad nie poszedł chyba na taki układ.

- Zawsze chodzi o pieniądze, prawda?

- Nie zawsze, ale bardzo często.

Ktoś za nimi odchrząknął. Kiedy się odwrócili, w drzwiach stał nadinspektor Graham Sutherland z rękami w kieszeniach spodni grafitowego garnituru.

- Mam chyba zwidy - powiedział. - Bo przysiągłbym, że jesteś dopiero w połowie bardzo ci potrzebnego urlopu.

- Przyniosłam prezenty. - Clarke wskazała głową biurko.

- W szkockiej policji nie ma miejsca na łapówki, detektyw inspektor Clarke. Czy mogę wezwać cię na dywanik do mojego gabinetu? - Sutherland ruszył w stronę drzwi w drugim końcu sali, otworzył je i dał znak Clarke, żeby weszła za nim do ciasnego pomieszczenia bez okien.

- Posłuchaj - zaczęła, zamykając za sobą drzwi, lecz Sutherland podniósł dłoń i zasiadł za biurkiem.

- Chociaż może ci się to wydać szokujące, radzimy sobie świetnie bez ciebie, Siobhan. Mam wszystkie środki, jakich potrzebuję, i czek in blanco, gdybym potrzebował więcej.

- Ale przeprowadzka jest już prawie zakończona.

- To świetnie... możesz przez kilka dni poleżeć do góry brzuchem.

- A jeśli nie chcę leżeć do góry brzuchem?

Sutherland zmrużył oczy, ale nic nie powiedział. Clarke podniosła ręce w geście kapitulacji.

- Powiedz szczerze: jak wam idzie?

- Przydałby się wyraźny motyw. A ci ze znajomych ofiary, z którymi udało nam się pogadać, nie są zbyt rozmowni.

- Boją się czegoś?

Nadinspektor wzruszył ramionami i pogładził dłonią burgundowy krawat. Niedawno skończył pięćdziesiąt lat i już niedługo mógł przejść na emeryturę, ale nadal był dumny ze swojej smukłej sylwetki i gęstych włosów, które według niepotwierdzonych pogłosek były częściowo doczepiane.

- Pomaga nam londyńska policja... sprawdzają jego tamtejsze kontakty. Wygląda na to, że rzadko widywano go na wykładach. Zdecydowanie wolał nocne kluby i wyścigi konne. - Sutherland nagle przerwał. - Choć nic z tego nie powinno cię interesować. Jak się miewa John? - zapytał, zmieniając lekko pozycję za biurkiem.

- Twierdzi, że da sobie radę. Wolałby, żebym wróciła do pracy, gdzie będę użyteczna i produktywna.

- Tak mówisz? - Uśmiechnął się półgębkiem.

Clarke poczuła, że przegrywa tę batalię.

- Zobaczymy się później? - rzuciła.

- Chcesz, żebym wylądował na kanapie?

- Nie będę chyba taka okrutna.

- W takim razie może zaryzykuję.

- Kupiłam dodatkowe jedzenie, gdybyś się jednak zdecydował.

Skinął głową.

- Dasz mi jeszcze godzinkę albo dwie? - spytał.

- Uważaj, żebyś się nie wypalił, Graham.

- Jeśli tak się stanie, będą potrzebowali na moje miejsce kogoś świeżego i wypoczętego. Wiesz może, kto mógłby mnie zastąpić?

- Zastanowię się nad tym, nadinspektorze Sutherland...

III

Rebus musiał lekko pociągnąć za smycz Brilla, który po wieczornym spacerze po Meadows chciał skręcić w stronę głównego wejścia do kamienicy.

- Obaj musimy się do tego przyzwyczaić - mruknął, otwierając furtkę. - Ale wierz mi, po pewnym czasie można przywyknąć prawie do wszystkiego. - Udało mu się nie spojrzeć w stronę okna bez zasłon w swoim dawnym salonie.

Wchodząc do nowego mieszkania, poczuł przebijającą przez zapach świeżej farby niewyraźną woń: ledwo wyczuwalny ślad poprzedniej lokatorki. To nie były perfumy, ale mieszanka tego, kim była i jakie prowadziła życie. Na wypadek gdyby zawiodło przekierowanie poczty, miał zapisany na kartce nowy adres pani Mackay w Australii. Taką samą informację zostawił w starym mieszkaniu. Podejrzewał, że ktoś kupił je, żeby wynajmować studentom - nie byłoby to niespodzianką. Marchmont zawsze cieszył się wśród nich popularnością: uniwersytet był tuż obok, po drugiej stronie Meadows. Dawniej tylko kilka razy skarżył się na głośne młodzieżowe imprezy, a od dobrych kilku lat nigdy się nie odbywały. Czy studenci byli teraz ulepieni z innej gliny? Mniej niesforni, bardziej pracowici?

Wchodząc do salonu i omijając kartony, zdał sobie sprawę, że komputer jest jeszcze nierozpakowany. Nie paliło się, internet mieli mu założyć dopiero za kilka dni. Na sugestię Siobhan zaczął któregoś wieczoru sporządzać listę osób, które powinien zawiadomić o zmianie miejsca zamieszkania. Zajęła niecałą połowę kartki... A właśnie! Gdzie się zawieruszyła? Słyszał, jak Brillo zajada w kuchni suchą karmę i pije wodę z miski. Sam nie zawracał sobie głowy kolacją; ostatnio nigdy nie miał apetytu. W kuchni było parę piw, a w niszy przy oknie kilka mocniejszych trunków. Wśród nich dwie butelki niezłych single malt, ale tak naprawdę nie miał na nie ochoty. Muzyka jednak to co innego - powinien wybrać coś specjalnego. Pamiętał, jak wieki temu sprowadził się z Rhoną do mieszkania na górze. Miał wtedy gramofon. Puścił na nim drugi album Rolling Stonesów, po czym złapał Rhonę i wirował z nią po całym rozległym, jak mu się wtedy wydawało, pokoju.

Dopiero później ściany zaczęły się do siebie zbliżać.

Spoglądając na grzbiety płyt, zobaczył, że ułożono je w innym porządku niż na górze. Nie żeby tamten był sensowniejszy, chodziło po prostu o to, że Rebus wiedział, gdzie znajdzie to, czego chce posłuchać. Zamiast Stonesów zdecydował się na Vana Morrisona.

- Nadajesz się - mruknął pod nosem.

Opuściwszy igłę na winyl, cofnął się. Płyta przeskoczyła. Spojrzał na podłogę: zawiniła luźna klepka. Przycisnął ją stopą, ale sytuacja się powtórzyła. Rebus pogroził palcem podłodze.

- Mam cię na swojej liście - ostrzegł i stąpając ostrożnie, wrócił do fotela.

Niedługo potem Brillo zwinął się w kłębek przy jego stopach. Rebus przyrzekł sobie wcześniej, że przed pójściem spać rozpakuje jeszcze kilka pudeł, lecz teraz zdał sobie sprawę, że nie ma pośpiechu. Gdy zadzwonił telefon, zerknął na wyświetlacz, zanim odebrał. Deborah Quant. Zapytał ją kiedyś, czy są parą. Odparła, że są przyjaciółmi bez zobowiązań - i to pasowało chyba obojgu.

- Cześć, Deb.

- Zadomawiasz się?

- Myślałem, że wpadniesz, żeby się rozejrzeć.

- Miałam dziś ostry zapieprz, głównie dzięki ludziom od ciebie.

- Jestem już od dawna na emeryturze, Deb. - Rebus na chwilę przerwał. - Domyślam się, że chodzi o tego saudyjskiego studenta?

- Policja i prokuratura nie wierzą chyba, że potrafię ustalić przyczynę śmierci.

- Sądzisz, że wywierana jest na nich presja?

- Z każdej strony... przez władze w Edynburgu i w Londynie, a na dodatek przez naszych przyjaciół w mediach. Poza tym islamskie pogrzeby odbywają się na ogół w ciągu dwóch albo trzech dni od śmierci, więc ambasada nalega, żeby było to możliwe i tym razem.

- To, że nie można zachować zwłok, żeby je później zbadać, jest bardzo korzystne dla zabójcy.

- Tłumaczyłam im to dobitnie, lecz nic nie wskórałam.

- Więc masz pełne ręce roboty, tak? Rozumiem, że nie znalazłaś niczego, co odbiegałoby od normy?

- Nóż z wąskim ostrzem o długości od dziesięciu do piętnastu centymetrów.

- Zabójca znał się na rzeczy.

- Dźgnął ofiarę w szyję, a nie w pierś czy brzuch. Nie wiem, co to może oznaczać, ale to nie należy do moich zadań. Kąt cięcia wskazuje, że dokonał go ktoś podobnego wzrostu jak ofiara, prawdopodobnie praworęczny. Rozumiem, że rozmawiałeś o tej sprawie z Siobhan.

- Bardzo chce się włączyć w to śledztwo.

- Ale jest również lojalną przyjaciółką.

- Powiedziałem jej, że dam sobie radę.

- Więc gdzie jesteś w tej chwili?

- W fotelu w salonie, z Brillem u stóp.

- I masz zainstalowaną wieżę stereo, więc wszystko jest w najlepszym porządku.

- Zobaczymy się jutro?

- Postaram się.

- Za ciężko pracujesz - stwierdził i usłyszał jej śmiech.

- Wiesz chyba, że ty nie powinieneś?

- Być może ze względu na moje płuca.

- Spróbuj spędzić bez nich choć jeden dzień, John. Podrap ode mnie Brilla za uszami. Niedługo się spotkamy.

- Dobranoc - powiedział i Deb się rozłączyła.

Mieszkała niecałe półtora kilometra od niego, w nowoczesnym budynku, w którym królował minimalizm. Nie gromadziła rzeczy, bo nie miała ich gdzie trzymać. Nie było u niej tradycyjnej edynburskiej szafy ani składziku pod schodami, żadnych zakamarków i schowków. Wyłącznie proste, czyste linie, które wykluczały zbieractwo. Taki sam był jej gabinet w prosektorium - żadne akta nie zagrzały długo miejsca na biurku Deborah Quant.

Rebus pomyślał ponownie o książkach, których nigdy nie przeczyta, ale bez których - jak mu się zdawało - nie mógł żyć, o płytach, których nie chciał się pozbyć, choć wysłuchał ich raz albo dwa w ciągu dekady, o pudłach z aktami spraw, które wydawały się z nim zrośnięte niczym dodatkowa kończyna. Dlaczego miałby je wyrzucać, skoro miał pokój gościnny, w którym nigdy nie przenocował żaden gość? Jego rodzina składała się wyłącznie z córki i wnuczki, a one nigdy nie zostały na noc. Dlatego pozbył się starego łóżka i zastąpił je dwuosobową sofą, dzięki czemu miał więcej miejsca na półki, walizkę, z której pewnie nigdy nie skorzysta, oraz drugi gramofon, ten, który włączył, kiedy tamtej nocy tańczył z Rhoną. Nie działał już, ale Rebus miał nadzieję, że znajdzie kogoś, kto go naprawi. Wpisze to na listę spraw do załatwienia.

Wchodząc do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę, przyjrzał się sterownikowi centralnego ogrzewania. Pani Mackay zostawiła mu instrukcję, lecz wydawał się dość prosty w obsłudze.

"Rachunki za ogrzewanie nie są zbyt wysokie", zapewniła go. Zawsze jednak wolała cieplej się ubrać, niż przesunąć gałkę termostatu o jedną kreskę. Ciekawe, czy zabrała do Australii te dziesiątki swetrów i szali. Mógł się założyć, że tak.

Kiedy zagotowała się woda, przeszedł do sypialni. Po wstawieniu podwójnego łóżka oraz jego starej szafy i komody nie zostało tam dużo miejsca. Siobhan, która pomogła mu posłać łóżko, musiała kilkakrotnie przeganiać z niego Brilla.

- Chyba nie śpi razem z tobą? - zapytała.

- Oczywiście, że nie - skłamał.

Pies obserwował go teraz z przedpokoju. Rebus zerknął na zegarek.

- Już niedługo - powiedział. - Tylko jeden kubek herbaty i być może jeszcze jedna płyta.

Zastanawiał się, ile razy obudzi się w nocy i nie będzie wiedział, jak trafić do łazienki. Może powinien zostawić światło w przedpokoju?

- Albo przestać żłopać tę cholerną herbatę - mruknął, wracając do kuchni.

IV

Ale to nie ucisk pęcherza wyrwał go ze snu o piątej rano, lecz dzwonek telefonu. Szukając po omacku komórki i włącznika lampki nocnej, Rebus zbudził Brilla. Nie widział dobrze ekranu, ale i tak przycisnął telefon do ucha.

- Tato? - usłyszał naglący głos córki, Samanthy.

- Co się stało? - zapytał, siadając. Z każdą sekundą był coraz bardziej wybudzony.

- Twój stacjonarny telefon... odłączyli go.

- Miałem zamiar ci o tym powiedzieć...

- O czym?

- Nie dzwonisz z powodu wyłączenia mojego stacjonarnego telefonu. Coś się stało Carrie?

- Wszystko u niej w porządku.

- Więc co? Nic ci nie jest?

- Chodzi o Keitha.

Jej partnera, ojca Carrie. Rebus przełknął ślinę.

- Co się wydarzyło? - zapytał i usłyszał, jak Samantha cicho płacze.

- Odszedł - odparła łamiącym się głosem.

- Sukinsyn...

- Nie w tym sensie. W każdym razie tak mi się wydaje. - Pociągnęła nosem. - To znaczy nie mam pojęcia. Zniknął. Nie ma go od dwóch dni.

- W domu wszystko było w porządku?

- Nie gorzej niż zwykle.

- Ale nie sądzisz, że po prostu... sam nie wiem... poszedł gdzieś w tango?

- On nie jest taki.

- Zgłosiłaś jego zaginięcie?

- Przysyłają kogoś, żeby ze mną pogadał.

- Powiedzieli ci, że dwa dni to za mało?

- Tak. Ale na jego telefonie od razu włącza się poczta głosowa.

- I nie zabrał ze sobą jakiejś torby?

- Nie. Mamy wspólne konto w banku. Sprawdziłam je online i okazało się, że nic nie kupił ani nie podjął żadnych pieniędzy. Jego samochód stoi w zatoczce przy kościele.

Rebus pamiętał to miejsce - pięć minut spacerem od jej domu. Zaparkował tam kiedyś, żeby obejrzeć widok. Samantha mieszkała na skraju wioski Naver, na dzikim północnym wybrzeżu, dwanaście kilometrów na wschód od Tongue. Wiatr kołysał saabem, kiedy Rebus w nim siedział.

- Miał jakieś problemy w pracy? - zapytał. - Kłopoty finansowe?

- Dowiedział się, że z kimś się spotykam - wyrzuciła z siebie.

- No tak - mruknął.

- Ale ta sprawa jest już zakończona. Na dobre. Nie dlatego odszedł. Jestem tego pewna. Zabrałby swoje rzeczy. Kluczyk był w stacyjce... Zaparkował tak blisko domu... to zupełnie bez sensu. Widzisz w tym jakiś sens? Nie mogę spać, ciągle się nad tym zastanawiam. Boję się, że policja uzna, że maczałam w tym palce.

Rebus przez chwilę milczał.

- Dlaczego mieliby dojść do takiego wniosku, Samantho?

- Bo wszyscy tutaj wiedzą, że mieliśmy trudny okres. I wiedzą o mnie i o Jessie.

- To ten facet, z którym się spotykałaś? Czy Keith nie próbował się z nim rozmówić?

- Nie wiem. Ale to na pewno nie ma nic wspólnego z Jessem. Naprawdę.

- Najprawdopodobniej Keith się odnajdzie... tak podpowiada mi doświadczenie.

- Mam złe przeczucia, tato.

- Mogę być u ciebie przed lunchem. O której godzinie przyjeżdża policja, żeby z tobą porozmawiać?

- Nie powiedzieli. - Samantha wzięła głęboki oddech. - Uprzedziłam ich, że muszę zawieźć Carrie do szkoły.

- Wszystko będzie dobrze, Sammy, obiecuję. - Sammy, tak właśnie się do niej zwracał, dopóki nie uznała, że jest na to zbyt dorosła. Tym razem przynajmniej go nie poprawiła.

- Dziękuję - szepnęła tak cicho, że prawie jej nie usłyszał.

Rozdział 1

Siobhan Clarke obudził esemes od Rebusa. Uznała, że przeczyta go dopiero po wypiciu kawy. Było kilka minut po siódmej i Graham Sutherland już wyszedł. Zastanawiała się, czy nie powinno jej wyprowadzać z równowagi to, że potrafił niepostrzeżenie ubierać się i znikać.

Mógł mi przynajmniej zrobić kawę...

Nadal w piżamie, poczłapała z powrotem do sypialni, niosąc w obu rękach kubek. Postawiła go na szafce nocnej i wzięła telefon.

Wielka prośba. Zajmij się dzisiaj Brillem. Klucz pod cegiełką obok frontowych drzwi. Pogadamy później.

- Co jest, do diabła, grane? - Siadła na skraju wciąż ciepłego łóżka i wybrała numer Rebusa.

- Prowadzę - ostrzegł ją. - I nie chcę dostać mandatu. - Jego stary saab nie miał zestawu głośnomówiącego. Słyszała warkot silnika.

- Gdzie się pali?

- U Samanthy. Zniknął jej partner.

- Jedziesz do Tongue?

- Niezupełnie. Kilka lat temu przeprowadzili się do sąsiedniej wioski.

- I sądzisz, że twój przerdzewiały rzęch da sobie radę?

- Zastanawiałem się, czy nie poprosić cię o pożyczenie astry.

- Dlaczego tego nie zrobiłeś?

- Była piąta rano. Nie miałem pewności, czy mi podziękujesz.

- Zadałabym przy okazji kilka pytań.

- To też. Brillo nie wymaga wiele zachodu. Wyprowadź go tylko na spacer i leć błagać, żeby przyjęli cię z powrotem do zespołu.

- Nie chcesz, żebym rozpakowała kartony?

- Wszystko już zrobione.

- Kłamca.

- Nie waż się grzebać bez pozwolenia w moich rzeczach.

- Myślisz, że nie będzie cię tylko jeden dzień?

- Zaginieni prawie zawsze w końcu się odnajdują.

- Gdzie teraz jesteś?

- Na południe od Pitlochry.

- Na budzącej postrach A dziewięć? - zapytała Clarke. - Jak się czuje Samantha?

- A ty jak byś się czuła?

- Od jak dawna go nie ma?

- Od dwóch dni.

- Ryzyko samobójcze?

- Niezbyt duże.

- To znaczy? - Clarke podniosła kubek do ust.

- Samantha mówi, że widywała się z kimś innym.

- O!

- Nie spakował swoich rzeczy, zostawił samochód blisko domu, nie użył karty debetowej.

- Może chce ją nastraszyć?

- Jeśli tak, to zasłużył na klapsa.

- Od ciebie czy od niej?

- Pogadamy później. Wiesz, gdzie jest karma Brilla?

- Wiedziałam, dopóki nie przearanżowałeś kuchni.

- Dobrze jest stawiać czoło wyzwaniom - odparł Rebus i zakończył rozmowę, nim zdążyła zaripostować.

Minęła dziesiąta, zanim weszła do sali NZD. Trwała tam ożywiona praca: Graham Sutherland nachylał się nad biurkiem Christine Esson, która pokazywała mu coś na ekranie komputera. Na widok Clarke przerwał rozmowę i ruszył w jej stronę.

- Najwyraźniej nie potrafię sprawić, byś trzymała się od nas z daleka, inspektor Clarke - powiedział, stanął przed nią i skrzyżował ręce na piersi.

Wzruszając ramionami, posłała mu rozbrajający, jak jej się zdawało, uśmiech.

- John wyjechał z miasta. Nie mam po prostu nic do roboty.

- Jak już mówiłem, mamy tutaj komplet - odparł, wskazując dłonią biurka.

Clarke znała ich wszystkich: Esson i Ogilviego; detektywów sierżantów Tess Leighton i George'a Gamble'a oraz kolejnego detektywa posterunkowego, Phila Yeatsa. Pracowała z nimi już wcześniej, w zespole prowadzonym przez Sutherlanda. Wszyscy wiedzieli o relacjach łączących ją z szefem. Tylko Gamble wbijał jej z tego powodu szpile.

- Nie widzę tu żadnego detektywa inspektora - mruknęła.

- Poza mną.

Clarke odwróciła się w stronę drzwi, przez które wszedł właśnie Malcolm Fox z plikiem papierów.

- Wszędzie cię pełno, Malcolm - rzuciła.

- Sprawą zainteresował się Wydział Poważnych Przestępstw - wyjaśnił Sutherland tonem wskazującym na to, że nie jest tym zbyt zachwycony. - Wypożyczyli nam na czas śledztwa inspektora Foxa.

- Pewnie po to, żeby codziennie informował starszyznę - skomentowała zgryźliwie.

- Przede wszystkim jestem graczem zespołowym, Siobhan. Dobrze o tym wiesz.

Clarke nie mogła nie zerknąć na Tess Leighton. Spojrzenie, jakie posłała jej koleżanka, dawało jasno do zrozumienia, że jej związek z Foxem nie przetrwał próby czasu.

- Mimo to mogę się przydać, nadinspektorze - nie dawała za wygraną Clarke. - Wiesz, że mogę.

Sutherland przez chwilę się zastanawiał.

- Ale będziesz musiała siedzieć przy jednym biurku z Malcolmem - odparł w końcu.

Clarke domyślała się, o co chodzi. Skoro Fox ma ich pilnować i informować szefostwo, ona będzie pilnowała jego i informowała Sutherlanda.

Malcolm Fox miał chyba zamiar zaprotestować, w końcu jednak wzruszył z rezygnacją ramionami.

- Mnie to nie przeszkadza - oznajmił. - Priorytetem jest ujęcie zabójcy.

On i Clarke patrzyli, jak Sutherland wycofuje się do swojego gabinetu.

- Witaj na pokładzie - powiedział Fox, unosząc dłoń.

Spiorunowała go wzrokiem.

- To moje miasto i mój statek. To ty jesteś tu pasażerem. - Usłyszała, jak Leighton tłumi parsknięcie śmiechu.

Fox oblał się rumieńcem.

- Ta sama dawna Siobhan - wycedził w końcu. - Mało urokliwa, zawsze gotowa się odgryźć. Prawie jakby brała przykład ze swojego mistrza. A skoro o nim mowa...

- Zdążył się już przeprowadzić.

- I dobrze się czuje? To znaczy nie gorzej niż zwykle?

- Zadzwoń do niego i sam spytaj.

- Przestałem już próbować.

Clarke rozejrzała się za wolnym krzesłem.

- Może mają jakieś w biurze. - Fox wskazał wzrokiem korytarz. - Jeśli chcesz, mogę przynieść.

Pokiwała głową.

- A ty tymczasem zrób nam herbaty - dodał i wyszedł, nim zdążyła go usadzić.

Podeszła do czajnika, sprawdziła poziom wody i włączyła go.

- Zrzucamy się na mleko i herbatę w saszetkach - mruknął George Gamble zza biurka. - Po pięć funtów.

- Ja też mówię ci dzień dobry, George.

Był chyba w tym samym garniturze co zawsze: trzyczęściowy, w krzykliwą kratę. I nadal miał rozczochrane włosy, plamistą cerę i wylewający się znad paska brzuch. Siedząca naprzeciwko niego Tess Leighton wyglądała w porównaniu z nim jak zjawa: smukła, blada, z zapadniętymi oczami. Każde było na swój sposób dobrym detektywem, nawet jeśli Gamble wydawał się liczyć dni, jakie pozostały mu do emerytury. Clarke pracowała z nimi dotąd tylko raz i była bardziej zaprzyjaźniona z Esson i Ogilviem, którzy wywodzili się z jej zespołu przy Gayfield Square. Detektyw posterunkowy Phil Yeats był dwudziestokilkuletnim blondynem specjalizującym się w robieniu dokładnie tego, co mu kazano: ani trochę więcej, ani trochę mniej.

Esson podeszła do niej z kubkiem po dolewkę.

- Co się stało? - zapytała półgłosem.

- John wyjechał na północ zobaczyć się z córką.

- Zostawiając cię z całym tym bajzlem.

- Przeprowadzka jest już właściwie skończona. Trzeba tylko rozpakować kilka kartonów.

- Znalazłaś coś ciekawego w starym mieszkaniu?

- Żadnych pornosów ani nieboszczyków. Ale okazało się, że lubi książki z Jackiem Reacherem.

- Ja jestem raczej fanką Karin Slaughter. Gdyby cię to interesowało, oboje przyjeżdżają wkrótce do Edynburga...

- Kiedy dokładnie miałaś mi zamiar powiedzieć o Foxie, Christine? - przerwała jej Clarke.

- Co tu jest do opowiadania? Z tego, co wiedziałam, wzięłaś urlop.

- A kiedy wpadłam tu wczoraj po południu?

- Pomyślałam, że może cię to trochę zirytować.

- Nie jestem zirytowana... lubię po prostu wiedzieć, co jest grane.

Esson wydęła na chwilę wargi.

- Nie widziałaś się przypadkiem dziś w nocy z nadinspektorem Sutherlandem?

Clarke zmierzyła ją ostrym spojrzeniem.

- A jeśli nawet, to co?

- On też, jak widać, nie puścił pary... domyślam się, że z tego samego powodu. Nie chcieliśmy po prostu, żebyś się spinała. Inspektor Fox działa na ludzi w ten sposób.

Woda się zagotowała. Nalewając ją, Clarke uniosła czajnik zbyt wysoko i wrzątek wylał się z pierwszego kubka. Zaklęła pod nosem.

- Krótka przerwa najwyraźniej świetnie ci zrobiła - droczyła się z nią dalej Esson, patrząc, jak Fox wnosi do środka coś, co wyglądało jak krzesło z pokoju przesłuchań.

Clarke, ignorując ją, skończyła robić herbatę i zaniosła dwa kubki na biurko Foxa. Właśnie przesuwał na jedną stronę swoje rzeczy - laptop, papiery i ładowarkę do telefonu - robiąc to z całą delikatnością, na jaką był w stanie się zdobyć mężczyzna jego rozmiarów. Clarke starała się wygodnie rozsiąść na krześle. Fox podniósł kubek, jakby wznosił toast.

- Więc w jakim jesteśmy punkcie? - zapytała.

- Po pierwsze, traktujemy to jako zabójstwo - odparł. - Nie znaleziono dotąd broni i żadnych użytecznych nagrań z monitoringu, ale nadal szukamy. Ofiarą był zagraniczny student, a ostatnio odnotowano na nich kilka ataków.

- Tak?

- W większości w St Andrews... bogate dzieciaki napadane przez miejscowych debili. Doszło do paru incydentów na obrzeżach Meadows. Studenci zorganizowali się i żaden nie włóczy się tam teraz samotnie po nocy. Jest i czynnik rasowy: brexit doprowadził do wzrostu liczby ataków, w większości werbalnych, lecz czasami również fizycznych.

- W Edynburgu?

- Mamy tylko kilka doniesień. Ale parę tygodni temu został napadnięty jeden z przyjaciół naszej ofiary.

- To ciekawe.

- Niedaleko domu Salmana. Nie widzimy oczywistego związku, lecz tamta sprawa jest na naszym radarze.

- Co możemy powiedzieć o stylu życia Salmana? Wiem, że lubił Jamesa Bonda, i niewiele poza tym.

- On ewidentnie wzorował się na Bondzie. - Fox pokazał jej kilka fotografii na ekranie laptopa. - To z jego mediów społecznościowych. Nocne kluby i szampan. Aston martin, którym jeździ po Edynburgu, to nowy model, ale w Londynie ma klasycznego DB pięć.

- Czy picie alkoholu jest w porządku? Zakładam, że jest praktykującym muzułmaninem...

- Tu obowiązują ich najwyraźniej inne zasady.

Clarke przyglądała się kolejnym zdjęciom Salmana bin Mahmouda, ubranego w szyte na miarę nieskazitelne garnitury i obejmującego coraz to nowe olśniewające dziewczyny w klubach i na imprezach sportowych.

- Zauważyłaś pewnie, że preferuje martini - odezwał się Fox.

- A co z narkotykami? - zapytała, kiedy przywołał na ekran kolejną serię zdjęć.

- Na razie nic o tym nie wiemy. - Fox wskazał jedną z fotografii. - Ta tutaj to córka posła konserwatystów. A ta jest przedstawicielką szkockiej arystokracji, lady Isabella Meiklejohn. Do jej tatusia należy duża część Flow Country.

- Czego?

- Hrabstw Caithness i Sutherland. To w większości torfowiska.

- Te panny wyglądają jak supermodelki.

- Ciekawe, co takiego widzą w egzotycznym milionerze? - zapytał i doczekał się od Clarke skrzywienia ust, które można było od biedy uznać za uśmiech.

- Jak bogaty był Salman?

- Tak naprawdę tego nie wiemy. Jego ojciec od pewnego czasu przebywa w areszcie domowym, ale pieniądze chyba dalej płyną. Życia w takim stylu nie da się prowadzić długo na kredyt. Przypięliśmy zdjęcia jego edynburskiej siedziby do tablicy. - Fox skinął dłonią w stronę tablicy. - A Policja Metropolitalna przysłała nam obrazki londyńskiego gniazdka Salmana. Oba miejsca robią wrażenie.

- Przed zabójstwem ani razu nie wszedł w zatarg z prawem? Sąsiedzi nie skarżyli się na głośne imprezy, nie przekraczał szybkości na ulicach New Town?

- Kilka niezapłaconych mandatów za parkowanie. Nie lubił zostawiać astona daleko od domu, dlatego często parkował na żółtej linii.

- Dzięki czemu straż miejska miała żniwa.

Fox pokiwał głową. Nie miał już więcej fotografii do pokazania.

Clarke odchyliła się na oparcie krzesła. Nie było zbyt wygodne... uznała, że będzie musiała zabrać z domu poduszkę.

- Więc co twoim zdaniem się wydarzyło? - zapytała.

- Wszystko sprowadza się do miejsca. Seafield Road o tak późnej porze oznacza, że albo wybierał się w podróż na południe, albo z kimś się umówił.

Pokiwała głową.

- Żaden z jego znajomych nie mieszka w tej okolicy?

- Żaden z tych, których zidentyfikowaliśmy.

- Może chciał się z kimś ścigać. Wiemy, że zdarza się to w nocy w Edynburgu, zwłaszcza na przedmieściach. Gdybym miała taką brykę, też by mnie kusiło.

- Bierzemy pod uwagę hipotezę nieudanej napaści oraz kradzieży samochodu. Aston został sprawdzony: są w nim tylko odciski palców właściciela. Prawie pełen bak i żadnych usterek mechanicznych.

- Zatem nie zjechał z drogi, bo coś wysiadło. - Clarke ponownie pokiwała głową. - Macie rejestr połączeń telefonicznych?

- Zażądaliśmy pełnych danych. Wygląda na to, że ostatnią osobą, do której zadzwonił, był jego przyjaciel... ten, którego niedawno pobito. Twierdzi, że nie rozmawiali o niczym istotnym... tylko o planach na weekend i takich tam.

- Kiedy to było?

- Parę godzin przed zabójstwem.

- Rozmawiałeś z tym przyjacielem?

- Ja osobiście? - Fox pokręcił głową. - Przyjechałem tu całkiem niedawno.

Clarke spojrzała mu prosto w oczy.

- Po co cię tu przysłali, Malcolm?

Wzruszył ramionami.

- To jest poważne przestępstwo, Siobhan.

- Ale dlaczego tu jesteś?

- Ponieważ nalegały na to pewne osoby.

- Masz na myśli naszych politycznych mocodawców?

- Mamy tu międzynarodowe uwarunkowania. W momencie, kiedy wychodzimy z Unii...

- Potrzebujemy jak najwięcej partnerów handlowych... w tym również autorytarnych reżimów? - domyśliła się Clarke. - Ale władcy Arabii Saudyjskiej nie pałają raczej sympatią do ojca ofiary, więc skąd te naciski?

- Naprawdę nie mogę tego zdradzić.

- Co jest dyplomatycznym sposobem powiedzenia mi, żebym tego nie drążyła? - Clarke przechyliła głowę. - Czy w trakcie tego śledztwa będziemy walili głową w mur, Malcolm? Trafiali na ludzi, z którymi nie będzie wolno nam porozmawiać, i na informacje, które nie mogą być ujawnione?

- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. - Fox uniósł kubek do ust. - Ale coś mi mówi, że ty pokonasz wszystkie przeszkody... prawie jakbyś nauczyła się tego od...

Pogroziła mu palcem.

- Wszystko, czego nauczył mnie John Rebus, od dawna nie ma już zastosowania. Podobnie jak on.

Miała nadzieję, że w jej głosie zabrzmiała pewność siebie. Bo tak naprawdę wcale nie była o tym przekonana.

Rozdział 2

Rebus zapomniał już, jak długo się tam jedzie. Odległość wynosiła czterysta kilometrów i przysiągłby, że kiedyś pokonywał ją w mniej niż cztery godziny. Tego dnia jednak zapowiadało się na pięć, z jednym krótkim przystankiem, żeby napić się kawy, zatankować saaba i poklepać go po masce na znak, że docenia jego starania. Ruch nie był zbyt duży: trochę ciężarówek, kamperów i w kilku miejscach roboty drogowe. Przebudowa A9 na dwupasmówkę była w toku i miała pewnie trwać długo po tym, jak on ruszy bezkolizyjną autostradą do nieba. Nie pomyślał, żeby cokolwiek zabrać. W samochodzie była tylko jedna płyta CD: kompilacja, którą zrobiła dla niego Siobhan. Pieśni na mroczne czasy, napisała na płycie czarnym flamastrem. Zapytał, co ma oznaczać ten tytuł.

- Część utworów ma dać ci do myślenia - odpowiedziała. - Część ma cię uspokoić, a część jest do tańca.

- Do tańca?

- No dobrze, do pokiwania głową.

Mieszanka była rzeczywiście różnorodna. Jeden z utworów brzmiał jak teleportowany z lat siedemdziesiątych funk. Zaraz po nim był minimalistyczny kawałek Briana Eno. Leonard Cohen śpiewał o miłości i stracie, inny zespół o postbrexitowej Anglii. Był tam również Black Sabbath z Changes.

Miło, że o tym pomyślałaś, Siobhan...

Na stacji benzynowej dodał do zakupów pastę i szczoteczkę do zębów i zapytał kasjerkę, czy nadal sprzedają płyty CD.

- Wszystko jest teraz na Bluetootha - odparła.

- Mam nadzieję, że szczoteczka nie - mruknął.

Deszcz zaczął padać jeszcze przed Tain i towarzyszył mu do Altnaharry i dalej, na pięćdziesięciokilometrowym odcinku jednopasmówki, gdzie nie było na szczęście innych pojazdów. Szczypały go oczy i bolały ramiona, pośladki i kręgosłup. Przystanąwszy na chwilę, by opróżnić pęcherz, wziął kilka głębokich wdechów, starając się docenić piękno otaczającej go przyrody. Strome szczyty, szkliste jeziora, wrzosy i śpiew ptaków. Myśli o Samancie nie pozwalały mu jednak rozkoszować się widokami. Jej matka, Rhona, zmarła przed kilku laty. W pogrzebie, który odbył się w podlondyńskiej miejscowości, wzięło udział niewiele osób. Samantha dorastała w jego mieszkaniu przy Arden Street, a potem przeniosła się do matki do Londynu. Następnie wróciła do Edynburga, do pracy, i w końcu osiadła z Keithem w Tongue. Carrie przyszła na świat dzięki in vitro - rzutem na taśmę, jak to określiła Samantha. Później przenieśli się kilka kilometrów dalej, do nowoczesnego małego domu, dzięki czemu płacili mniej za ogrzewanie. Rebus spotkał się z Keithem tylko parę razy; wolał odwiedzać córkę, kiedy jej partner był w pracy. Keith rzadko też towarzyszył jej i Carrie podczas ich nielicznych wypadów do Edynburga.

Czy Rebus znał w ogóle jego nazwisko? Samantha musiała je wymienić. Pewnie wpadło jednym i wypadło drugim uchem. Wyglądało na to, że ciężko harował, starając się utrzymać rodzinę. Z tego, co wiedział Rebus, pracował ostatnio przy likwidacji starej elektrowni jądrowej w Dounreay. W poprzednim roku doszło tam do wycieku i Rebus dzwonił, by dowiedzieć się, czy Keithowi nic się nie stało. Córka zapewniła go, że wszystkie testy dały wynik negatywny.

"Więc nadal potrzebujesz lampki?", zażartował Rebus.

Dounreay nie leżało właściwie blisko Naver. Trzeba było jechać jakieś czterdzieści pięć minut. Zapytał kiedyś Samanthę, dlaczego nie przeprowadzili się bliżej pracy Keitha. Z powodu Carrie, usłyszał. Chodziła do dobrej szkoły i miała tam koleżanki. Kiedy położyło się to na szali, długi dojazd nie miał znaczenia.

Poczciwy stary Keith. Więc dlaczego Samantha spotykała się z innym?

Przejeżdżając przez Tongue, wyłączył wycieraczki. Zza wału chmur wyjrzało słońce. Morze, kiedy je dojrzał, było błyszczące i spokojne. Wiatr ucichł. Za Tongue jednopasmówka odbiła w głąb lądu i na jakiś czas stracił z oczu morze. W końcu dotarł do Naver i przejechał przez całą wioskę. Mijając dom Samanthy, szukał wzrokiem radiowozu, ale go nie było. Kościół był kilkaset metrów dalej, zatoczka parkingowa tuż przy nim. Stało tam granatowe volvo XC90 Keitha.

Rebus zatrzymał się za nim, wysiadł i rozprostował kości. Ze stacyjki volva wyjęto kluczyk i zamknięto drzwi. Zajrzał do środka, ale nie zobaczył nic niezwykłego. Jeszcze raz ocenił odległość do domu córki. Kilka minut spacerem? Wątpił, żeby działał tu na szerszą skalę transport publiczny, ale po drugiej stronie drogi był przystanek autobusowy. Może Keith poprosił, żeby ktoś go podwiózł, albo wezwał taksówkę. Może kumple z Dounreay zabrali go na popijawę do Thurso, a on obudził się po wszystkim i zawstydzony tym, co zrobił, zaległ na kilka dni w hotelu albo czyimś pokoju gościnnym i zbierał się na odwagę, żeby przyznać się do winy.

Samantha przecież się przyznała, prawda?

A może nie? Czy powiedziała o romansie Keithowi, czy też sam go odkrył? Rebus zerknął na podjeżdżający samochód. Nie był to radiowóz, ale zwykły ford mondeo, i tak wiedział jednak, że jest z policji. To, że auto nie było oznakowane, oznaczało dochodzeniówkę, więc nie zdziwiło go wcale, że stanęło tuż za saabem, blokując połowę drogi. Kierowca włączył światła awaryjne i wysiadł, zostawiając otwarte drzwi i silnik na chodzie.

- Mogę panu w czymś pomóc? - zapytał tonem, który sugerował, że obecność Rebusa wymaga wyjaśnienia. Zbliżał się do trzydziestki, krótkie czarne włosy siwiały mu już na skroniach. Gładko ogolony, z kwadratową szczęką, rumianymi policzkami i szerokimi barami. W innych okolicznościach Rebus mógłby go wziąć za farmera.

- Przyjechał pan przesłuchać moją córkę - powiedział. - Dlatego tu jestem.

Mężczyzna odchylił się lekko do tyłu, jakby chciał mu się lepiej przyjrzeć.

- Więc to pan jest John Rebus?

Rebus starał się ukryć zaskoczenie.

- Dzięki internetowi wszystko jest teraz łatwiejsze - wyjaśnił policjant. - Wrzuciłem nazwisko pańskiej córki i od razu pan wyskoczył.

- Powinien się pan interesować jej partnerem.

- Interesuje mnie wszystko, proszę pana. - Facet wyciągnął do Rebusa dłoń. - Jestem detektywem sierżantem, przyjechałem aż z Inverness.

- Czyli z daleka.

- Inni przyjechali z jeszcze odleglejszych miejsc.

Rebus uścisnął jego dłoń.

- Czy detektyw sierżant ma jakieś nazwisko?

- Robin Creasey.

- I wie pan, że byłem kiedyś śledczym?

- Ale teraz jest pan wyłącznie cywilem.

- Chce pan powiedzieć, żebym się w to nie mieszał?

- Oczywiście, że jest pan zamieszany, jako członek rodziny. Ale jeśli okaże się, że sprawą musi zająć się policja...

- To już nie będzie moja sprawa? - domyślił się Rebus.

- Właśnie. - Creasey zerknął na samochód Rebusa. - Dopiero pan przyjechał, prawda? Czuję ciepło przegrzanego silnika.

- Być może tym również będę musiał się zająć.

Creasey uśmiechnął się szeroko.

- W takim razie spotkajmy się z pańską córką - powiedział, ale w połowie drogi do mondeo zatrzymał się i rozejrzał dokoła. - Dziwne miejsce, żeby zostawić samochód, prawda? Ciekawe, czy w ogóle chodził do kościoła...

Samantha przez całe przesłuchanie obgryzała paznokcie. W salonie panował totalny bałagan, będący w większości dziełem Carrie. Rebus wątpił, czy córka w ogóle to dostrzegała. To samo było w kuchni: w zlewie piętrzyły się wczorajsze naczynia, na stole zostały resztki śniadania. Zrobił im obojgu herbatę. Samantha siedziała na krześle, Creasey na sofie. Pytania, które zadawał, były krótkie, ale celne. Jakieś problemy w pracy? W domu? Czy tego rodzaju zachowanie było nietypowe? Czy Samantha może mu dać numer telefonu Keitha, a także jego znajomych i rodziny? Rebus dowiedział się, że Keith nazywał się Grant i że jego rodzice nie żyją. Miał siostrę w Kanadzie, ale nie utrzymywali bliskich stosunków. Czy kiedykolwiek wychodził, żeby kąpać się w morzu? W pobliżu była przecież plaża. Nie, bo nie umiał pływać.

- Nie utopił się - dodała zdecydowanym tonem Samantha.

Próbowała się do niego oczywiście dodzwonić i chciała wiedzieć, czy może skorzystał z karty debetowej? Nie skorzystał. Dlaczego, jej zdaniem, zostawił samochód w zatoczce? W odpowiedzi pokręciła głową i zaczęła obgryzać drugi paznokieć. Rebus zauważył, jak dużo jest w pokoju oprawionych w ramki fotografii, w większości zrobionych w szkole i przedstawiających Carrie, ale również zdjęć z wakacji, na których wszyscy uśmiechali się do obiektywu. W świetle flesza Samantha wydawała się zmęczona, jej długie potargane włosy przetykane były nitkami siwizny. Straciła chyba sporo na wadze: miała wychudłą twarz i luźną skórę na szyi.

- Powinnaś mu powiedzieć - zwrócił się do niej Rebus, kiedy rozmowa dobiegała końca. Zmierzyła go ostrym spojrzeniem. - I tak się tego dowie, jeśli jest tak staranny, jak się wydaje.

Creasey, nie spiesząc się, spoglądał to na ojca, to na córkę. Samantha utkwiła wzrok w drewnianej podłodze.

- Spotykałam się przez jakiś czas z innym mężczyzną. To się już skończyło, ale Keith się dowiedział. Trudno jest utrzymać coś w sekrecie w takiej dziurze.

- Jak dawno temu to było?

- Parę miesięcy.

- Ten mężczyzna... Był jego przyjacielem?

Samantha pokręciła głową.

- Prowadzi komunę. Tak to się chyba nazywa. Keith i ja byliśmy ciekawi i któregoś dnia ich odwiedziliśmy. Keith już tam nie wrócił, za to ja tak.

- Więc zna tego mężczyznę?

- Nazywa się Jess Hawkins. Z tego, co wiem, spotkali się tylko raz i ograniczyło się to do szybkiego uścisku dłoni.

- Czy kiedy pani partner dowiedział się, nie szukał pana Hawkinsa?

- Powiedziałam mu, żeby tego nie robił. Czymkolwiek to było, jest już skończone.

- Jak się dowiedział? - zapytał Rebus. - Ty mu powiedziałaś?

Ponownie pokręciła głową.

- List. Oczywiście anonim.

- Autorem był ktoś z wioski?

Samantha wzruszyła ramionami.

- Nadal go masz?

- Nie.

- Widywała się pani później z panem Hawkinsem? - zapytał Creasey.

Po dłuższej chwili pokiwała głową.

- Owszem, w szerszym gronie.

- Doceniam, że podzieliła się pani tą informacją. Muszę zapytać, czy pani zdaniem mogło to mieć coś wspólnego z zaginięciem pani partnera?

- Nie sądzę.

- Ale musiało mieć jakiś wpływ na wasz związek?

Samantha spiorunowała wzrokiem policjanta.

- Nie pamiętam, żebym zamawiała wizytę u doradcy małżeńskiego.

Creasey uniósł pojednawczo dłoń.

- To mogłoby po prostu wyjaśniać jego postępowanie. Powiedzmy, że chciał gdzieś wyjechać, żeby rozjaśniło mu się w głowie, żeby wszystko przemyśleć.

- Miał na to kilka miesięcy - zauważył Rebus.

- Mogło go to coraz bardziej gnębić - odparł Creasey. Rebus zauważył, że nawet nie tknął swojej herbaty. Kubek nadal stał na podłodze na ceramicznej podkładce. - Rozumiem, że sytuacja nie była łatwa. Czy zamknął się w sobie, czy jest raczej typem, który reaguje agresją?

Samantha parsknęła śmiechem.

- Keith nigdy nie podniósł na mnie ręki.

- Rozmawialiście? Próbowaliście to naprawić?

- Kiedy był w domu.

- Nie było go ostatnio w domu częściej niż zwykle?

- Miał znajomych z kółka. Spotykał się z nimi pewnie częściej niż ze mną i z Carrie.

- Co to za kółko?

- Zajmują się lokalną historią. Przy drodze do Tongue mieścił się kiedyś obóz jeniecki. Badają jego historię, prowadzą wykopaliska. Chcą nawet... to niewydarzony pomysł... zrobić z niego atrakcję turystyczną.

- Może nie aż tak niewydarzony... jesteście w końcu na szlaku North Coast pięćset. Odwiedza was sporo ludzi.

- W większości pędząc sportowymi samochodami - odparła niechętnie.

Creasey spojrzał na Rebusa.

- North Coast pięćset to szlak, który stał się popularny wśród zmotoryzowanych turystów - wyjaśnił.

- Wiem - odparł Rebus. - Może i mieszkam na dalekim południu, ale wieści czasami się rozchodzą.

Detektyw sierżant postanowił zignorować jego drwiący ton i popatrzył ponownie na Samanthę.

- Co pani zdaniem przytrafiło się Keithowi? - zapytał.

- Na pewno coś mu się przytrafiło.

- A konkretniej?

- Może wypadek? - Wzruszyła ramionami i zerknęła na telefon. - Niedługo muszę już iść po Carrie.

Rebus spojrzał na zegarek i uświadomił sobie, że córka trochę przesadza: zajęcia w szkole powinny się skończyć dopiero za godzinę albo dwie. Zauważył, że Creasey doszedł do tego samego wniosku, mimo to pokiwał głową.

- W takim razie jeszcze tylko jedno pytanie: kiedy po raz ostatni widziała pani partnera albo z nim rozmawiała?

- Trzy dni temu wieczorem. Po kolacji powiedział, że wychodzi.

- Nie mówił dokąd?

- Nie.

- Odniosła pani wrażenie, że wszystko jest w porządku?

Samantha pokiwała powoli głową.

- W takim razie na tym dziś skończymy. - Creasey wstał z sofy i podał jej wizytówkę. - Wypełnię zgłoszenie o zaginięciu, ale gdyby się odnalazł albo cokolwiek uległo zmianie... - Samantha ponownie kiwnęła głową. - Ma pani kluczyki do volva? Chętnie zajrzałbym do środka. Kiedy skończę, wrzucę je pani przez otwór na listy.

- Niech je pan położy na stoliku przy drzwiach.

Creasey wyciągnął do niej rękę.

- Ludzie prawie zawsze wracają - powiedział.

Uścisnęła jego dłoń, nie robiąc wrażenia w najmniejszym stopniu przekonanej.

Rebus wstał i zaproponował, że odprowadzi detektywa. Creasey zabrał kluczyki do samochodu, Rebus otworzył drzwi. Gdy wyszli na zewnątrz, zamykając drzwi, upewnił się, czy otworzy je bez klucza.

- Sądzi pan, że nie ma czym się martwić? - zapytał.

- Jeszcze na to za wcześnie. Gdyby pana córka nie wspomniała o romansie, a ja dowiedziałbym się o nim później, zacząłbym się zastanawiać, czego jeszcze mi nie mówi. - Creasey przerwał i przez chwilę wpatrywał się w Rebusa. - Wiem, że nie było jej lekko. Miała dwanaście lat, kiedy porwał ją ten świr, prawda? Bo żywił do pana potworną urazę.

- To było przed trzydziestu laty.

- A potem ten wypadek. Przez jakiś czas poruszała się na wózku inwalidzkim. Nadal widać, że lekko kuleje.

- Gramy w jakąś policyjną wersję Top Trumps?

- Czy Top Trumps nie pojawiło się, kiedy był pan za stary, żeby w to grać?

- Zapomina pan, że mam wnuczkę... a także córkę, która wbrew pańskim insynuacjom wyrosła na idealnie zrównoważoną osobę.

- Nie spotkałem wielu osób, które są "idealnie zrównoważone", panie Rebus.

- Niech pan sprawdzi volvo, wraca do domu i wypełni zgłoszenie.

- A co pan zamierza tu tymczasem robić?

- Pomóc córce najlepiej, jak potrafię. - Rebus otworzył drzwi i wszedł do domu.

Rozdział 3

Doprowadzili do porządku kuchnię i salon. Samantha co kilka minut sprawdzała, czy nie przyszedł esemes od Keitha.

- Więc tamtego dnia nic nie odbiegało od normy? - zapytał Rebus.

- Nie.

- Keith wrócił z pracy, zjadł kolację, a potem wyszedł?

- Nie słuchałeś, kiedy mówiłam o tym detektywowi?

- Po prostu układam sobie to wszystko w głowie. Kiedy zaczęłaś się martwić?

- Przypuszczam, że przed pójściem spać.

- Przypuszczasz?

- Wysłałam mu wiadomość. - Pomachała komórką przed nosem ojca. - Sam zobacz, jeśli mi nie wierzysz.

- Oczywiście, że ci wierzę.

- Nie odnoszę takiego wrażenia. - Samantha ponownie sprawdziła, która jest godzina. - Ale teraz już naprawdę muszę jechać po Carrie.

- Creasey wie - mruknął Rebus.

Samantha spiorunowała go wzrokiem.

- Co takiego wie?

- Że skłamałaś, żeby się go pozbyć.

- Nie zniosłabym tego ani chwili dłużej. - Ściągnęła płaszcz z oparcia krzesła i zaczęła go wkładać. - Idziesz?

- Czy Keith trzymał tu jakieś materiały na temat tego obozu jenieckiego?

- W garażu.

- Mogę się tam pokręcić?

- Nie krępuj się. Garaż nie jest zamknięty. W domu też nie musisz zamykać drzwi na klucz.

- Kiedyś było tak wszędzie - rzucił Rebus.

- Fajne, bezpieczne miejsce, żeby wychować dzieci - powiedziała chyba sama do siebie, a potem owinęła szyję długim szalikiem i ruszyła do drzwi.

Po jej wyjściu przez jakiś czas szwendał się po domu. W sypialni nie było szafek nocnych, tylko dwa identyczne stoliczki. Na tym po jej stronie leżały nożyczki do paznokci, zużyty blister po ibuprofenie, ładowarka i radiobudzik. Na drugim - monografia o futbolu, iPad, słuchawki. Tablet wymagał hasła. Na ekranie było jedno ze zdjęć, które widział oprawione w ramki w salonie: wakacje na plaży, ojciec i córka, sfotografowani prawdopodobnie przez Samanthę. Miał ochotę sprawdzić zawartość komody i wbudowanej szafy, ale zdołał się powstrzymać.

Pokój Carrie był feerią kolorów i zabawek; wśród nich zauważył tę, którą kupił jej na ósme urodziny. W domu były poza tym wyłącznie łazienka i pomieszczenie gospodarcze, włożył więc płaszcz i ruszył do garażu. Na półkach leżały tam narzędzia i zwoje drutu i kabli. Pośrodku, w miejscu, gdzie powinien być samochód, ustawiono na kozłach duży stół, a przy nim stało składane drewniane krzesło. Rebus usiadł na nim i zaczął przeglądać sterty papierów, książek, zeszytów, planów oraz skserowanych fotografii.

Obóz 1033 nazywano również Borgie, od rzeki, która przez niego przepływała. Rebus odniósł wrażenie, że w zależności od okresu drugiej wojny światowej więziono tu jeńców różnych kategorii, poczynając od "obcych elementów", od dawna przebywających w Wielkiej Brytanii, po wziętych do niewoli niemieckich żołnierzy. Keith był bardzo skrupulatny. Rebus zobaczył w garażu książki o historii obozów koncentracyjnych oraz konkretnych obozach w Szkocji i gdzie indziej. Zamawiał je u antykwariuszy - na podłodze walały się tekturowe opakowania. Według Rebusa musiało to świadczyć o nagłej potrzebie, gorliwości - może Keith chciał dzięki temu przestać myśleć o tym, co zrobiła Samantha? Zatracić się, zanurzyć w czymś innym. Ręcznie spisana lista zawierała książki i oficjalne dokumenty, do których miał jeszcze zamiar dotrzeć. Podkreślił dwa razy słowa Biblioteka Narodowa?

Rebus wiedział, że może tu spędzić wiele godzin i niekoniecznie dowie się czegoś, co pomogłoby w sprawie. Ale temat go zaciekawił. Jeżeli obóz Borgie był obozem numer 1033, oznaczało to, że na Wyspach Brytyjskich funkcjonowały co najmniej 1032 podobne do niego miejsca. Dlaczego nic o tym nie wiedział? Wśród książek znalazł monografię kolejnego szkockiego obozu o nazwie Watten, nieopodal Wick. Całkiem niedaleko stąd. Była również ulotka poświęcona obozowi Cultybraggen, obok Comrie, który zachował się praktycznie w nienaruszonym stanie i stał się atrakcją turystyczną. Rebus zorientował się, że Keith - albo ktoś inny - zaczął już obliczać, ile kosztowałoby zrobienie czegoś podobnego z Obozem 1033. Wychodziło, że co najmniej kilkaset tysięcy funtów. Ten, kto to policzył, dodał do sumy obrazek zafrasowanej buźki.

Pod dom podjechał samochód. Rebus słyszał, że przez pół minuty stoi z pracującym silnikiem, a potem odjeżdża. Kiedy wrócił z garażu do domu, nie zdziwiło go, że w przedpokoju leżą kluczyki do volva. Podniósł je, wyszedł, zamknął za sobą drzwi i postanowił przejść się do zatoczki. Wiał porywisty wiatr, więc Rebus żałował, że nie ma na głowie kapelusza, choć zdawał sobie sprawę, że musiałby go przez cały czas przytrzymywać. Otworzył volvo, siadł za kierownicą i zatrzasnął drzwi, by ochronić się przed żywiołami. Kiedy przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik od razu zaskoczył. Radio było nastawione na Radio Scotland, ale sygnał był za słaby.

Nawigacja nie oferowała wielu wskazówek; nie został wyznaczony żaden cel podróży. W tej okolicy lepiej było samemu wyznaczyć trasę, niż liczyć, że zrobi to za ciebie technologia. Na dowód tego Rebus zobaczył atlas drogowy wsunięty w boczną kieszeń od strony pasażera. Nie mogąc go dosięgnąć, zostawił silnik na chodzie, obszedł samochód, wsiadł od strony pasażera i szybko zdał sobie sprawę, że fotel jest mokry. Wysiadł i pomacał go ręką. Zdecydowanie mokry. Zabrał atlas i szybko go przeglądał, koncentrując się na stronach przedstawiających najbliższą okolicę. Nic nie zostało zakreślone ani zaznaczone. Nachylając się do środka, podniósł środkowy podłokietnik. Przestrzeń pod nim była pusta, jeśli nie liczyć paru opakowań po batonach i listków gumy do żucia. Keith nie palił, ale w rozmowie z Creaseyem Samantha przyznała, że lubił czasem wybrać się do pubu z kumplami z pracy. Mogli spotykać się tutaj w Naver, ale także gdzieś dalej, na przykład w Thurso. Jazda pod wpływem alkoholu była jednak wykluczona - zawsze wracał taksówką albo podwoził go niepijący kolega.

W schowku w desce rozdzielczej nie było nic poza książką wozu i rachunkami z warsztatu. Rebus zamknął drzwi od strony pasażera, po czym sprawdził tylne siedzenia i bagażnik; znalazł w nim zabłoconą pelerynę z kapturem, grube wełniane skarpety oraz sfatygowane górskie buty. Domyślał się, że to zestaw, który Keith wkładał, wybierając się do Obozu 1033.

Usiadł ponownie w fotelu kierowcy i przez dłuższą chwilę przyglądał się przez przednią szybę wzgórzom. Krajobraz był tutaj bardziej zielony niż w pobliskim Tongue, mniej surowy i skalisty. Wiedział z poprzednich odwiedzin, że po drugiej stronie kościelnego cmentarza zaczynają się wydmy prowadzące do długiego odcinka łukowatej plaży. Samantha chyba kiedyś mówiła mu, że Keith dorastał w Dundee, ale ma rodzinne powiązania z tymi terenami: letnie wakacje z krewnymi, miłe wspomnienia. Rebus zastanawiał się, czy nie zostawić kluczyka w stacyjce, na wypadek gdyby Keith wrócił. Ale Samantha najwyraźniej chciała mieć go w domu, więc wyjął kluczyk ze stacyjki i schował do kieszeni po tym, jak zamknął samochód.

Kiedy wrócił do domu, córki nadal nie było, więc wsiadł do saaba i pojechał do centrum wioski. Był tam pub The Glen, sklep, który pełnił również funkcję poczty i kafejki, oraz zakład garncarski. Po zaparkowaniu przed The Glen pierwszą osobą, którą zobaczył, był Creasey. Rozmawiał przed sklepem z kilkoma miejscowymi. Rebus wiedział, że detektyw robi to, co on sam zamierzał. Zbiera informacje. Wszedł do pubu i podszedł do baru. Poza barmanką w lokalu nie było nikogo. Zerknęła w jego stronę.

- Pański kumpel właśnie stąd wyszedł - powiedziała.

- Co mnie zdradziło?

- Poznaję gliniarza na pierwszy rzut oka. Powiem panu, co ode mnie usłyszał. - Barmanka popatrzyła mu prosto w oczy, opierając dłonie o kontuar. - Keith nie szukał kłopotów. Jeśli chodzi o alkohol, wiedział, kiedy skończyć.

- Więc był stałym klientem?

- Siedział tam ze swoim kółkiem historycznym. - Wskazała narożny stolik. - Dwa piwa dla każdego i na tym koniec.

- To ta grupa, która zajmowała się obozem Borgie?

Barmanka przyjrzała mu się uważniej.

- Pański kumpel nie znał tej nazwy.

- Ale podała mu ją pani?

- A teraz zastanawiam się, jak to się stało, że pan ją zna, a on nie. Wychodzi na to, że wyciągnęłam pochopne wnioski.

- Jestem John Rebus. Samantha jest moją córką.

- Był pan policjantem - powiedziała, kiwając głową.

- Więc niewiele się pani pomyliła.

- Dobrze wiedzieć, że nie oszukał mnie instynkt. Tamten gliniarz pytał o Samanthę. Czy przychodziła tu z Keithem, czy dobrze się między nimi układało.

- Wolno spytać, co pani odpowiedziała?

- Opieka nad dzieckiem może narazić związek na szwank. Dalekie dojazdy Keitha oznaczają, że nie ma go na ogół w domu.

- A kiedy nie jest w pracy, ma swój obóz.

- Był pan tam? - zapytała. Rebus pokręcił głową. - Jeńcy nie mieli lekko: sroga zima i wiecznie zawodzący wiatr. Mimo to po wojnie kilku zostało i związało się z miejscowymi laskami.

- Mam wrażenie, jakby mówiła o tym pani z własnego doświadczenia.

- Jednym z nich jest mój ojciec.

- Nie jest pani aż taka stara.

Przewróciła oczami, ale chyba jej pochlebił.

- Jestem dzieckiem z drugiego małżeństwa. Jego pierwsza żona zmarła. Miał prawie pięćdziesiąt lat, kiedy przyszłam na świat. Zmienił nazwisko z Kolln na Collins. Dał mi na imię May: po miesiącu, w którym się urodziłam. Gdyby mnie pan pytał, świadczy to o braku wyobraźni.

- Nadal żyje?

- Skończył dziewięćdziesiąt lat, ale dobrze się trzyma.

- Miło cię poznać, May. - Rebus uścisnął jej rękę nad barem. Była więc o dziesięć lat starsza, niż myślał: surowy klimat nie odcisnął piętna na jej rysach. Sięgające ramion ciemne włosy, twarz, która prawie nie potrzebowała makijażu. Zachowywała się z typową u barmanów i barmanek bezpośredniością. - O co jeszcze pytał detektyw sierżant Creasey? - zagadnął.

Zamiast odpowiedzieć, zaproponowała mu drinka.

- Żebym nie musiała pić do lustra - wyjaśniła.

Kiedy pokręcił głową, nalała sobie lemoniady i ukroiła plasterek cytryny.

- Jesteśmy tutaj wyrafinowani - mruknęła, wrzucając go do szklanki.

Przez chwilę popijała w zadumie. Rebus domyślał się, że zastanawia się, co powiedzieć.

- Zapytał, czy znam historię Samanthy - przyznała wreszcie. - Co mnie zaskoczyło. W końcu to nie ona dała nogę. Tymczasem historia Keitha w ogóle go nie interesowała.

- Prawie jakby ją o coś podejrzewał? - rzucił Rebus.

- Nie dałam się w to wciągnąć. Plotki i tak rozchodzą się bez niczyjej pomocy.

- Zapytał, co twoim zdaniem mogło się przytrafić Keithowi?

May pokiwała powoli głową, wpatrując się w szklankę.

- Ludzie odchodzą z najróżniejszych powodów. Sama też nieraz miałam taki zamiar.

- Więc co cię tu trzyma? Ojciec?

- Być może... lub ten sam powód, dla którego ludzie tu w ogóle przyjeżdżają: żeby odwrócić się plecami do gówna, które dzieje się gdzie indziej. Dlatego właśnie włączam to ustrojstwo - wskazała zamontowany wysoko nad drzwiami telewizor - tylko kiedy domaga się tego któryś z klientów.

Rebus zauważył wiszące obok w ramkach fotografie. Przedstawiały Johna Lennona i Yoko Ono.

- Właśnie słuchałem ich w samochodzie - powiedział.

- Co jakiś czas trafiają tu ich fani.

- Dlaczego?

- Lennon kiedyś tu przyjeżdżał. To znaczy... tak naprawdę do Durness. Na wakacje, kiedy był chłopcem. No a potem był ten wypadek.

Rebus podszedł do telewizora. Jedno ze zdjęć przedstawiało samochód z rozbitą maską.

- Przywiózł tu Yoko, żeby pokazać jej miejsca, gdzie dorastał - wyjaśniła May Collins. - Wypadli z szosy i wylądowali w szpitalu w Golspie.

- Nie sądzę, żebym o tym wiedział.

- To moja lokalna historia.

Rebus popatrzył na barmankę.

- Czy ludzie z kółka Keitha wypytywali cię kiedykolwiek o ojca?

- Są bardzo skrupulatni - odparła i uważniej mu się przyjrzała. - Ty też, jak na emeryta.

- Wiesz dobrze, że w tym przypadku nim nie jestem.

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

- Jesteś rodzicem. A to znaczy, że to dla ciebie sprawa osobista.

- Dlatego jeśli wpadnie ci do głowy coś, co może mi pomóc... - Zapisał numer swojej komórki na podkładce pod piwo i przesunął w stronę May. - Byłbym ci naprawdę wdzięczny. Kiedy następnym razem tu wpadnę, postawię nam obojgu drinka.

Pomachała do niego podstawką.

- Nie zapominaj, jaka to dziura. Nie muszę dzwonić... wystarczy, że wyjdę przed pub i cię zawołam.

Na zewnątrz nie było śladu po Creaseyu. Uliczka była zupełnie pusta. Rebus przeszedł ją całą i wsiadł do saaba. Kiedy jednak przekręcił kluczyk w stacyjce, nic się nie stało. Spróbował ponownie, wciskając pedał gazu. W odpowiedzi usłyszał pojedyncze kliknięcie. Wysiadł, otworzył maskę i przez chwilę wpatrywał się w silnik.

- Kogo ty chcesz oszukać? - mruknął pod nosem, po czym zatrzasnął maskę i ruszył z powrotem do The Glen.

- Tak szybko? - zdziwiła się May Collins.

- Nie odpalił mi samochód. Jest tu gdzieś warsztat, do którego można zadzwonić?

- Jest warsztat w Tongue, ale w takich sprawach zwracamy się na ogół do Jessa Hawkinsa... - May zobaczyła grymas na twarzy Rebusa. - Więc wiesz o Jessie? Nie byłam pewna.

- To ten facet z komuny?

- Mają tam fachowców od wszystkiego. W tym także kogoś, kto zna się na autach. Mam do nich zadzwonić?

- Używają telefonów?

- To nie są jacyś amisze - odparła z uśmiechem.

- Więc kim są?

- Pamiętasz, co mówiłam o powodach, dla których ludzie tu trafiają?

- O gównie, które dzieje się gdzie indziej?

- Potrzebują nowego startu. I chcą ratować planetę. Mam do nich zadzwonić?

Rebus rozważył swoje możliwości i pokiwał głową. Ale kiedy wybrała numer, nikt nie odebrał.

- Spróbujemy ponownie za godzinę - zasugerowała. - Możesz tu posiedzieć z drinkiem i gazetą.

Pokręcił głową.

- Jeśli nie masz nic przeciwko, wolałbym zostawić tu kluczyk do samochodu. Gdybyście mnie potrzebowali, będę u Samanthy.

- Mogę cię podwieźć.

- I zamknąć pub? - Rebus pokręcił głową. - Wbrew pozorom wciąż mam sprawne nogi.

- Więc zobaczę cię na wieczornym joggingu?

- Zawsze wolałem biegać rano. - Rebus pomachał jej na pożegnanie, po czym zabrał z niezamkniętego saaba szczoteczkę i pastę do zębów i schował je do kieszeni.

Półleżał na sofie - i prawdopodobnie przysypiał - kiedy Carrie weszła do środka i zostawiając za sobą kurtkę, plecak i buty, wpadła do salonu. Na jego widok stanęła jak wryta. Rebus spojrzał na Samanthę.

- Nie byłam pewna, czy cię jeszcze zastanę - mruknęła, próbując wyjaśnić, dlaczego jego obecność tak bardzo zaskoczyła dziewczynkę.

- Cześć, Carrie - powiedział, otwierając szeroko ramiona.

Jego wnuczka ruszyła naprzód jak do ataku i oparła głowę o jego ramię, gdy ją objął i pocałował w czubek głowy. Miała krótko obcięte blond włosy, okrągłą buzię i dociekliwy wzrok.

- Jesteś coraz bardziej podobna do mamy - powiedział.

- Mama ma siwe włosy - zaprotestowała Carrie.

- Miałem na myśli, kiedy była w twoim wieku.

Carrie wbiła w niego wzrok.

- Pokażesz mi zdjęcie?

- Twojej mamy? - Udał, że klepie się po kieszeniach. - Nie mam go przy sobie.

- Masz telefon.

- Dziadek nie trzyma zdjęć w telefonie - wyjaśniła Samantha, podeszła do córki i zmierzwiła jej włosy.

- Dlaczego?

- Chodź, dam ci mleko i herbatnika. - Popychając Carrie w stronę kuchni, Samantha zerknęła na ojca. - Chcesz coś zjeść? Zostajesz na kolację?

- Padł mi samochód.

- Zastanawiałam się, gdzie się podział.

- W wiosce powiedzieli, że najlepiej poszukać pomocy u Jessa Hawkinsa.

Samantha nie skomentowała tego. Rebus wstał i ruszył za nią do kuchni.

- To chyba prawda - odezwała się, nalewając mleko. Carrie usiadła za stołem i zajęła się czymś, co było chyba jej iPadem. - To znaczy... będzie tam ktoś, kto może pomóc.

- Gdzie on mieszka?

- Przy drodze do Tongue.

- Więc gdzieś w pobliżu Obozu Tysiąc Trzydziestego Trzeciego?

- Właściwie tuż obok.

- Przyjrzałem się rzeczom zgromadzonym w garażu.

- Więc przyznasz chyba, że Keith miał na punkcie tego obozu prawdziwą obsesję. - Samantha zerknęła na swój telefon i schowała go do kieszeni: nadal żadnej wiadomości.

- Gdzie jest tato? - zapytała Carrie.

- Pracuje - odpowiedziała Samantha.

- Zawsze pracuje - poskarżyła się dziewczynka. - Kiedy dorosnę, nigdy nie będę pracować.

- To mi się podoba - mruknął Rebus. - Gdzie tu jest najbliższy pensjonat? - zwrócił się do córki.

- Możesz tu nocować - odparła, kładąc na stole talerzyk z herbatnikami.

- Nie masz dość miejsca.

- Mamy sofę. Chcesz, żeby dziadek z nami został, prawda, Carrie?

Dziewczynka podniosła wzrok, ale w tym momencie całą jej uwagę przykuwał iPad i Rebus nie usłyszał, co wymamrotała w odpowiedzi.

- Kiedy Carrie pójdzie spać, będziemy mogli nadrobić trochę zaległości - dodała Samantha. - I może mi powiesz, dlaczego nie masz już telefonu stacjonarnego. Zastanawiałam się nad tym i doszłam do wniosku, że być może się przeprowadziłeś. - Wbiła w niego wzrok i zaczekała, aż pokiwa głową. - Przeprowadziłeś się i mnie o tym nie poinformowałeś. - W jej głosie nie było emocji, ale zobaczył ją w jej oczach.

- To stało się wczoraj - wyjaśnił. - Miałem do ciebie dziś zadzwonić.

- To przez te schody, tak? Nie możesz już chodzić po schodach.

Carrie podniosła wzrok.

- Dlaczego?

- Zrobiłem się trochę zgrzybiały.

- To znaczy, że umrzesz? - W jej głosie słychać było bardziej ciekawość niż obawę.

- Nie tak prędko.

- Tato spędza dużo czasu z martwymi ludźmi.

Samantha próbowała się roześmiać.

- To nieprawda, Carrie.

- W garażu. - Dziewczynka wskazała ręką zewnętrzny świat. - Te zdjęcia i nazwiska... Oni prawie wszyscy są już martwi.

Samantha podskoczyła, słysząc dzwonek telefonu, i od razu oklapła, widząc na wyświetlaczu nazwisko.

- To mama Jenny - powiedziała.

Carrie pomachała ręką, jakby Jenny mogła ją widzieć. Samantha wyszła z kuchni. Przedmiotem dyskusji były chyba przygotowania do wspólnej zabawy dziewczynek.

- Ja też muszę zadzwonić - poinformował wnuczkę Rebus, po czym sprawdził zasięg: jedna kreska powinna wystarczyć. Samantha była w salonie, więc stanął w holu i wybrał numer, zastanawiając się, jak Siobhan Clarke zareaguje na wieści, które miał jej do przekazania.

Rozdział 4

- Więc kiedy wrócisz? - Przyciskając telefon do ucha, Siobhan Clarke obserwowała Brilla, który dziesięć metrów dalej obwąchiwał trawę.

Pies nagle przykucnął i dała znak Foxowi, by wziął od niej czarną plastikową torebkę. Otworzył szerzej oczy, za co zgromiła go wzrokiem.

Na Meadows panował relatywnie duży ruch: kilka rozpalonych grilli, od których musieli odganiać Brilla; zaimprowizowany mecz piłki nożnej; biegacze i rowerzyści, małe dzieci trzymane przez rodziców za lejce.

- Nie możesz po prostu wypożyczyć samochodu? - zapytała, śledząc wzrokiem Foxa, który przykucnął, zrobił to, co trzeba było zrobić, poszukał wzrokiem najbliższego kosza na śmieci i ruszył w jego stronę.

Brillo wrócił tymczasem do śledzenia niewidzialnego tropu.

- Chryste, John... - Clarke westchnęła głośno.

Kiedy Fox wrócił do niej, rozmowa dobiegła końca.

- Zostaje tam? - zapytał.

- Padł mu samochód.

- Z jego córką wszystko w porządku?

- Jej partner dał nogę. Jest tam chyba zupełnie sama, jeśli nie liczyć córki.

- Więc co robimy z psem?

Clarke uśmiechnęła się niewyraźnie, wdzięczna za użycie liczby mnogiej.

- Powinnam go chyba odwieźć do domu.

- Po tym, jak pogadamy z przyjacielem ofiary?

Pokiwała głową.

- Później pojadę i zabiorę Brilla do siebie. - Uderzyła się dłońmi po udach i pies podbiegł. Przypięła mu smycz do obroży i wszyscy troje ruszyli do Marchmont Road. Kiedy skręcili w Arden Street, Brillo zawahał się przy drzwiach na klatkę, ale potem ruszył z rezygnacją do furtki prowadzącej do małego ogródka. Clarke otworzyła drzwi. Gdy sprawdzała w kuchni miski z wodą i jedzeniem, Fox wszedł do salonu i wyjął z pudła kilka siedmiocalowych singli.

- W większości to archeologia - stwierdził.

- John chce, żeby wyryć mu to na grobie: Słuchał stron B.

Fox uśmiechnął się i rozejrzał po pokoju.

- Dziwnie to wygląda... te same rzeczy, inna aranżacja. Wspominał, że chce kupić mały dom...

- Podobny do twojego?

- Mówił, że to główny powód, dla którego nie może się na to zdecydować.

- Ciekawe, o co mu chodziło.

Fox schował płyty do pudła.

- Myślę, że chciał mi po prostu dokuczyć. Wiesz, jaki jest. - Otrzepał dłonie, jakby chciał się z nich pozbyć kurzu. Zobaczył, że Clarke zerka na telefon. - Czas na nas? Pies może tu zostać sam?

- Powiedziałam, że po niego wrócę. Chyba że ty to zrobisz.

- Nie mam podejścia do zwierząt.

- Ja też nie.

Od strony drzwi dobiegło prychnięcie. Brillo siedział tam z przechylonym łbem.

- Najwyraźniej wyczuwa kłamcę z daleka - powiedział z uśmiechem Fox. - Chodźmy więc zobaczyć, jak w dzisiejszych czasach wygląda fundusz powierniczy.

Circus Lane jest jedną z najbardziej malowniczych i dlatego najczęściej fotografowanych uliczek Edynburga. Mieściły się tu niegdyś stajnie i kwatery dla służby, którą zatrudniano w pobliskich rezydencjach. Odrestaurowane starannie budynki, ze zdobiącymi fasady kwietnymi aranżacjami, należały teraz do najbardziej poszukiwanych w mieście. Clarke określiłaby niegdyś nawierzchnię ulicy jako brukowaną, lecz teraz wiedziała lepiej: to była kostka, bardziej podobna do cegieł niż do kocich łbów.

Giovanni Morelli mieszkał w połowie ulicy. Clarke i Fox spodziewali się go zastać w środku, ale stał w progu domu. Nie miał marynarki, lecz modny szal, który zawiązał na szyi nad białym T-shirtem i żółtym swetrem w serek.

- Pan Morelli? - uznała za konieczne zapytać Clarke.

Młody człowiek skinął głową. Miał gęste ciemne włosy, które wcześniej przeczesał dłonią, i popołudniowy zarost na policzkach. Kobieta w krótkiej zamszowej kurtce, dżinsach i botkach, która stała obok, była od niego kilkanaście centymetrów wyższa i miała szersze ramiona. Gęste słomkowe blond włosy założyła za uszy. Kiedy zaciągnęła się papierosem, Clarke mogła przyjrzeć się jej wypielęgnowanym paznokciom.

- Issy złożyła mi wizytę - wyjaśnił Morelli. - Nie lubię zapachu dymu, więc...

- Dziękujemy, że zgodził się pan z nami spotkać - powiedział Fox, po czym przedstawił Clarke i siebie.

- Stoimy tu na ulicy jak jacyś menele - warknęła kobieta o imieniu Issy. - Ile czasu to zajmie? Wybieramy się na imprezę.

- Lady Isabella Meiklejohn? - domyśliła się Clarke.

To, że została rozpoznana, tylko na sekundę zbiło Meiklejohn z tropu. Miała około dwudziestu pięciu lat, nieskazitelną cerę i perłowe zęby.

- Na początek powinniśmy powiedzieć, że bardzo państwu współczujemy - odezwał się Fox. - Naszym priorytetem, jak państwo wiecie, jest dokładne ustalenie tego, co się wydarzyło.

- I wrobienie w to Giovanniego? - mruknęła Meiklejohn, rzucając niedopałek na ziemię i przydeptując go obcasem.

- Proszę cię, Issy... - Morelli położył delikatnie palce na jej ramieniu.

Na chwilę ujęła jego dłoń.

- Według jednej z teorii - kontynuował Fox - ataki na pana i pana Salmana mogły być ze sobą powiązane. Napastnikiem mógł być ktoś żywiący do was urazę. - Meiklejohn przewróciła oczami, ale Fox zignorował to. - Do napaści doszło tutaj, prawda?

Morelli pokiwał głową, wskazując miejsce oddalone od nich zaledwie o kilka metrów.

- Wracałem do domu.

- Od kogo?

- Od Salmana.

- Jak daleko stąd mieszkał? Kilka minut spacerem?

Morelli ponownie kiwnął głową.

- To było o północy albo kilka minut po. Napastnik prawdopodobnie był sam. Oberwałem z tyłu. W głowę. - Dotknął palcami potylicy. - Upadłem. Uderzył mnie chyba jeszcze raz.

- Pięścią czy...?

- W szpitalu uznali, że mógł użyć jakiegoś narzędzia.

- Był pan ubrany tak jak dzisiaj?

- W kurtkę. O tak późnej porze było trochę chłodniej.

- W kurtkę z kapturem?

- Owszem. Powiedzieli, że kaptur osłabił siłę uderzeń.

Meiklejohn ostentacyjnie czytała i wysyłała esemesy.

- Pojechała pani, zdaje się, z panem Morellim do szpitala? - zwróciła się do niej Clarke.

- Pytano mnie o to wiele razy - odparła Meiklejohn. - To znaczy, że macie to w aktach i cholernie dobrze wiecie, że z nim pojechałam.

- Jest pani tylko znajomą?

Dziewczyna podniosła w końcu wzrok i spojrzała Clarke prosto w oczy.

- Tak.

- A z panem bin Mahmoudem?

- Również. - Dziewczyna ponownie zerknęła na komórkę. - Wiemy przecież, że to wszystko przez brexit. Coraz więcej jest ataków na cudzoziemców.

- W tej okolicy niewielu jest fanów brexitu - zauważył Fox.

- Tak pan sądzi? W mojej rodzinie jest ich bardzo wielu.

- Mieszkają gdzieś tutaj?

- W Londynie i w hrabstwie Sutherland. - Meiklejohn spojrzała na Morellego. - Spóźnimy się.

- Jeśli jesteście tacy zdesperowani, za rogiem jest bar - rzuciła Clarke.

- Spotykamy się ze znajomymi przy Cowgate.

Clarke uniosła lekko brew.

- W Devil's Dram?

Dziewczyna pokręciła głową.

- W klubie Jenever.

- To nie zajmie już dużo czasu - zapewnił ją Fox.

Morelli dotknął dłoni przyjaciółki.

- Weź taksówkę. Zaraz do ciebie dołączę.

- I mam cię zostawić samego z dwójką gliniarzy? - odparła, krzywiąc się. - Nie ma mowy. Naprawdę wydaje się panu, że stuknięcie Gia w głowę jest w jakiś sposób związane z zamordowaniem z zimną krwią Salmana?

- A pani jak się wydaje?

- Wydaje mi się, że słyszę brzęk brzytwy, której chwytają się gliniarze niepotrafiący zaparkować tyłka na bidecie.

- Ma pani zapewne większe od nas doświadczenie z bidetami - przyznała ostrzejszym tonem Clarke.

Fox zasygnalizował Morellemu, że ma kolejne pytanie.

- Osoba, która pana zaatakowała... Nie wie pan, jakiego była wzrostu, płci, w jakim wieku?

Włoch wzruszył ramionami.

- Sprawca w ogóle się nie odezwał ani nic panu nie zabrał?

Kolejne wzruszenie ramionami.

- Czyli przestępstwo z nienawiści - podsumowała Meiklejohn.

- W przypadku przestępstw na tle rasowym sprawcy najczęściej wyżywają się zarówno werbalnie, jak i fizycznie - zauważył Fox. - Chcą, żeby ofiara wiedziała, dlaczego jej się to przytrafiło.

Dziewczyna zbyła tę uwagę wzruszeniem ramion.

- Jak poznała się wasza trójka? - zapytała Clarke, żeby wypełnić czymś milczenie.

- Na przyjęciu - odparł Morelli.

- U pana bin Mahmouda?

Włoch pokręcił głową.

- U naszego wspólnego znajomego w St Andrews.

- Oboje tu studiujecie? - Clarke patrzyła, jak Meiklejohn i Morelli kiwają głowami. - Literaturę angielską?

Kolejne kiwnięcia.

- Podczas gdy pan bin Mahmoud studiował biznes w Londynie...

- Ale i tak należał do naszej paczki - zaznaczyła Meiklejohn.

- To rodzaj kręgu towarzyskiego?

- Rodzaj social network - dopowiedziała z uśmiechem dziewczyna, jakby podobało jej się to określenie.

- Pamiętam ten film - rzucił Morelli.

- Ja też. - Clarke pokiwała głową. - Banda bogatych uprzywilejowanych bubków wbijała sobie noże w plecy.

Młody człowiek zmarszczył czoło.

- Zupełnie nie tak to zapamiętałem...

Clarke zaparkowała vauxhalla astrę przy St Stephen Street. Kiedy mijali pub Bailie, Fox zapytał, czy nie ma ochoty tam zajrzeć.

- Nie tutaj - odparła. - Poza tym nie zapominaj, że mam pod opieką psa. Podrzucę cię do twojego samochodu.

- Dowiedzieliśmy się czegoś od tych dwojga?

- A jak sądzisz?

- Pytam ciebie.

- Zauważyłam. - Clarke otworzyła astrę, wsiadła i zapięła pasy. Fox zrobił to samo. - Nie sprawiali wrażenia wstrząśniętych ani pogrążonych w smutku.

- Dowód zblazowania klasy wyższej?

- Albo tego, że w ich świecie można znać ludzi, ale nie nawiązywać z nimi bliższych więzi. Salman bin Mahmoud był zamożny, przystojny i wysoko urodzony. Jestem pewna, że dla kogoś pokroju Salmana i Giovanniego lady Isabella jest kimś tak samo egzotycznym jak cała ta trójka dla ciebie i dla mnie.

- To na pewno jest inny świat. - Fox przez chwilę milczał. - Morelli ma podobną budowę ciała i karnację co nasza ofiara ...

- Ale bin Mahmoud miał brodę.

- Powiedzmy, że ktoś śledził Morellego w drodze od Salmana. Byli za nim, a on miał naciągnięty kaptur.

- Przypadek mylnej identyfikacji?

- Cicha ciemna alejka. Wymarzone miejsce na napaść.

Uruchamiając silnik i wyjeżdżając z ciasnego miejsca parkingowego, Clarke zastanawiała się nad tym.

- Nie wydaje mi się też, żebyś sprawiedliwie oceniła ten film - dodał Fox.

- Mnie też się tak wydaje - przyznała z uśmiechem. - Ale tylko to przyszło mi w tamtym momencie do głowy.

- To i bidet - odparł Fox, odwzajemniając jej uśmiech.

Rozdział 5

Po przywiezieniu Brilla i jego rzeczy do swojego mieszkania Clarke usiadła na chwilę na sofie, podczas gdy pies badał nowe otoczenie. Wydawał się jednocześnie zaintrygowany i trochę zasmucony; tęsknił oczywiście za swoim panem i być może obawiał się, że będzie odtąd wędrował z miejsca na miejsce. Clarke zjadła resztki z lodówki i wypiła pół szklanki miętowej herbaty, po czym włożyła ponownie płaszcz i ruszyła ku drzwiom. Brillo próbował jej towarzyszyć. Stojąc na klatce schodowej, słuchała przez chwilę jego szczekania, a potem otworzyła z powrotem drzwi.

- Skoro nalegasz - mruknęła, biorąc go na ręce.

W samochodzie zachowywał się grzecznie; merdał ogonem, przyciskając łapy do szyby od strony pasażera i obserwując mijane sklepy, bary, restauracje, a także przechodniów. Cel podróży Clarke mieścił się dość blisko. Wysiadając, zostawiła uchyloną na trzy centymetry szybę i powiedziała psu "Zostań, mały". Taki układ najwyraźniej odpowiadał Brillowi.

Znajdowała się tuż przy wschodnim skraju Cowgate. W weekendowe noce często dochodziło tu do bijatyk i innych incydentów, ale weekend jeszcze się nie zaczął i było dość wcześnie. Tak czy inaczej, przed większością lokali widać było jednego albo dwóch bramkarzy gotowych stawić czoło niepożądanym gościom lub kłopotom. Clarke wygooglowała klub Jenever i okazało się, że jej domysły były słuszne. Jeszcze kilka miesięcy temu mieścił się tutaj nocny klub o nazwie Devil's Dram, specjalizujący się w drogich gatunkach whisky, zawyżonych rachunkach, nocnych didżejskich popisach i tańcach. Wyglądało na to, że choć whisky ustąpiła miejsca ginowi, zewnętrzna fasada pozostała z grubsza ta sama.

Przechodząc przez ulicę, nie mogła się powstrzymać, by nie zerknąć w lewo, w stronę anonimowego budynku prosektorium. Ci, którzy tam pracowali, nazywali je "martwym punktem" miasta, a mimo to życie wszędzie wokół tętniło intensywnością - przynajmniej jeśli sądzić po łomocie dochodzącym z wnętrza klubu, gdy bramkarz w garniturze otworzył przed nią drzwi. Zanim zdążyła wejść do środka, ktoś położył rękę na jej ramieniu.

- Zabawne, że tu się spotykamy. - Obróciła się i zobaczyła przed sobą uśmiechniętą twarz Malcolma Foxa. - Byłem już gotów postawić na tobie kreskę.

Zamiast wejść do środka, oboje odsunęli się na bok.

- No dobrze, jestem pod wrażeniem - przyznała Clarke, pilnując, by w jej głosie nie zabrzmiało nic poza tym.

- To było chyba wtedy, kiedy zaproponowałem ci drinka, a ty odpowiedziałaś "Nie tutaj". Zdałem sobie sprawę, że masz na myśli jakieś inne miejsce... a ponieważ padła wcześniej nazwa Devil's Dram...

- Grozi ci, że staniesz się w tym dobry.

- Ale chodzi o coś więcej, prawda?

Clarke zastanawiała się przez chwilę, nim odpowiedziała.

- Meiklejohn nie była, jak byś to powiedział, na haju, ale coś wzięła. Moim zdaniem kokainę.

- Prawdę mówiąc, nie zauważyłem tego. - Fox chyba miał o to do siebie pretensję.

- Pewnie widziałam w życiu więcej kokainistów niż ty.

- To prawda, że prowadzę ascetyczne życie. Ale potrafię dodać dwa do dwóch, więc wiem, że nie przyszłaś tutaj, by mieć na oku Giovanniego i Issy... którzy swoją drogą jeszcze się nie pojawili.

Clarke wbiła w niego wzrok.

- Byłeś tu przez cały czas?

- Nie miałem innych planów. Ale nie mylę się, prawda? Devil's Dram należał niegdyś do niejakiego Morrisa Geralda Cafferty'ego i tylko dlatego, że zmieniły się trendy w konsumpcji alkoholu, nie ma powodu sądzić, że nie pociąga dalej za sznurki.

- Co jeszcze wiemy o Caffertym?

- Że prawdopodobnie nadal kontroluje dużą część miejscowego handlu niedozwolonymi substancjami.

- Czyli wiesz tyle samo co ja. Ale dziwne, że jeszcze ich tu nie ma. Można było odnieść wrażenie, że się spieszą.

- Prawie jakby chcieli się nas pozbyć. Więc jaki jest plan, inspektor Clarke?

- Szybki drink pod koniec długiego dnia - odparła, wzruszając ramionami.

- Jasne, Cafferty na pewno w to uwierzy. - Fox wyciągnął do niej dłoń. Clarke spojrzała na nią. - Dobrze jest móc znów z tobą pracować, Siobhan.

- Wzajemnie - odparła w końcu, wymieniając z nim uścisk dłoni. A kiedy Fox chciał cofnąć rękę, mocniej ją ścisnęła. - A skoro już się zakumplowaliśmy, powiedz mi, dlaczego w Gartcosh tak się tym interesują.

Wpatrywała się bacznie w Foxa, który toczył wewnętrzną walkę. W końcu pokiwał głową i przeszedł kilka kroków chodnikiem.

- Zwrócił się do nas z prośbą Wydział Specjalny w Londynie - wyjaśnił półgłosem. - Zastanawiają się, czy nie było w to zaangażowane państwo. To znaczy Saudyjczycy. Choć nie odbyło się to raczej w ich stylu.

- W tym sensie, że nie poćwiartowali go i nie wywieźli w walizce? - Clarke puściła jego dłoń. - A ty jak uważasz?

- Za wcześnie, żeby wyciągać jakieś wnioski.

- To miałaby być wiadomość dla jego ojca?

Fox wzruszył tylko ramionami.

- Jesteś na bieżąco.

- Wie o tym reszta zespołu?

- Wydział Specjalny uważa, że lepiej tego nie nagłaśniać.

- Dlaczego?

- Gdybym był wielkoduszny, powiedziałbym, że chcą, żebyśmy mieli otwarty umysł.

- A gdybyś przypadkiem nie był?

- Nie chcą, żeby Saudyjczycy pomyśleli, że ich podejrzewamy. Mogłoby to narazić na szwank nasze drogocenne stosunki handlowe.

- Im mniej ludzi wie, tym mniejsze ryzyko przecieku. - Clarke pokiwała ze zrozumieniem głową. - Więcej niczego przede mną nie ukrywaj, Malcolm - ostrzegła.

- Rozumiem, że powiesz o tym nadinspektorowi?

- Jest jakiś powód, dla którego nie powinnam tego robić?

- To twoja decyzja, Siobhan.

- Moja decyzja - potwierdziła, ruszając w stronę pilnujących wejścia bramkarzy.

Zdecydowali, że najpierw skontrolują toalety, sprawdzą, czy nikt nie wciąga kreski. W głównej sali było dość głośno. Nad parkietem wisiały podświetlane z dołu lustrzane kule. Didżej kołysał się niespiesznie przed kilkoma laptopami, ludzie tańczyli. Wieczór był młody, lokal dopiero do połowy pełny, ale generował sporo hałasu i potu. Barmani popisywali się, przyrządzając na wyścigi koktajle.

Była tam antresola, na którą wchodziło się po przezroczystych schodach, i podziemia, gdzie prawie na pewno było trochę ciszej.

Clarke znała dobrze to miejsce, ale odkąd zmieniło nazwę, nigdy tu nie była. Tandetny okultystyczny wystrój Devil's Dram zastąpiły pseudowiktoriańskie kotary, kinkiety udające gazowe latarnie oraz boazeria z ciemnego drewna. Pchnęła drzwi do damskiej toalety i zaczęła udawać, że przegląda się w długim lustrze nad rzędem umywalek. Zamknięta była tylko jedna kabina. Kobieta, która w końcu z niej wyszła, stanęła obok Clarke; poprawiała jedną ręką włosy, a w drugiej trzymała komórkę.

- Coś słabo tu dzisiaj - mruknęła Clarke.

- Bywało ciekawiej.

Drzwi toalety otworzyły się i do środka weszła kolejna młoda kobieta, stukając ośmiocentymetrowymi obcasami. Zmierzyła nieufnym spojrzeniem Clarke, oceniając krytycznie niezbyt modny strój i podeszły wiek jego właścicielki. Clarke zdała sobie sprawę, że owszem, mogłaby być matką każdej z nich.

- Gary to skończony kutas - powiedziała nowo przybyła, która wbijając wzrok w telefon, zmierzała do kabiny.

- Gary? - Clarke popatrzyła na stojącą obok niej dziewczynę, ale ta wzruszyła tylko ramionami, obciągnęła krótką lśniącą sukienkę, przejrzała się po raz ostatni w lustrze i wyszła.

Głos dobiegający z kabiny odbijał się głośnym echem - lista przywar Gary'ego okazała się dość długa. Clarke rozejrzała się po raz ostatni, szukając wzrokiem śladów białego proszku, i wyszła na zewnątrz. Przy drzwiach czekał na nią wielki posępny facet. Zerkając w stronę męskiej toalety, zobaczyła, że Fox ma podobną asystę.

- Szef chce z panią pomówić - usłyszała.

- Wcale się nie dziwię - odparła. Popatrzyła na Foxa i widząc, że ten wzrusza ramionami, pozwoliła poprowadzić się w ślad za nim i jego opiekunem po parkiecie i schodach na antresolę, gdzie na narożnej małej kanapie siedział wygolony na łyso zwalisty Morris Gerald Cafferty.

- Miałem wrażenie, że to wy - odezwał się z uśmiechem, dając znak, by oboje usiedli.

Miejsca na kanapie było dosyć, ale Clarke czuła przy nodze udo Foxa.

- Podać wam coś do picia? - spytał Duży Ger.

- Nie trzeba - odparł Fox.

Cafferty odprawił machnięciem dłoni dwóch bramkarzy i skupił uwagę na dwójce gości.

- Wchodzicie do klubu, ale nie macie ochoty się napić. Rozumiem, że jesteście nadal na służbie?

- Zmienił pan to miejsce - rzuciła lekkim tonem Clarke.

Wskazał ręką stojący przed nim pękaty kieliszek.

- Dzisiaj strzałem w dziesiątkę jest gin. Tani i szybki w destylacji. Wystarczy dolać toniku... a dolewają go wszyscy... i trudno nie osiągnąć wysokiego zysku.

- Zmiana wystroju też chyba niewiele kosztowała - skomentowała Clarke, z satysfakcją obserwując, jak Cafferty stara się ukryć irytację.

- Zajmujecie się zabójstwem tego arabskiego studenta? - spytał.

- Zgadł pan - odparł Fox.

- Sprawa musi mieć wysoki priorytet, skoro przyniosło pana tu z samego Gartcosh. Wciąż w Wydziale Poważnych Przestępstw, inspektorze?

Fox pokiwał głową.

- Inspektor Clarke pewnie nie może przeboleć, że dostał pan awans, który należał się jej.

- Salman i jego znajomi byli tu stałymi klientami? - zapytała Clarke, nie dając się zbić z tropu.

- Pojawili się parę razy - przyznał Duży Ger. - Urządziłem w podziemiach strefę dla VIP-ów. Jeśli was polubię, dostaniecie małe czarne karty, z którymi będziecie mogli tam wejść.

- Nie miał pan przypadkiem z nim jakiejś scysji?

- Z księciem? - Cafferty uśmiechnął się, tak absurdalne wydało mu się to przypuszczenie.

- Nie wydaje mi się, żeby był księciem - wtrącił Fox.

- Ale lubił, kiedy go tak nazywałem. - Cafferty zmienił pozycję na kanapie. - Sprawdziłem go w internecie, przeczytałem informacje o jego ojcu. Polityka to bagno, prawda? Źródło całego zła - stwierdził z błyskiem w oku.

Clarke zastanawiała się, ku czemu zmierza.

- Słyszałem - ciągnął - że stała się pani ekspertem od przeprowadzek, pani inspektor. Niech pani pamięta: zawsze trzeba zginać kolana. Jak podoba się Rebusowi jego emeryckie mieszkanko?

- Czy Salman i jego świta coś od pana kupowali? - zapytała.

Cafferty otworzył szerzej oczy z udawanym przerażeniem.

- Czyżby zarzucała mi pani handel narkotykami? Zanim się obejrzę, wyjdzie na jaw, że zadźgałem młodego arabskiego studenta z powodu nieudanej transakcji. - Prychnął lekceważąco. - Widzę, że bystrzacy w dochodzeniówce mają jak zwykle do dyspozycji tępe narzędzia. A skoro mowa o narzędziach, to dalej grzejesz łóżko swojemu szefowi, Siobhan? Biurowe romanse rzadko się dobrze kończą. Wystarczy spojrzeć na obecnego tu Malcolma i... - Strzelił palcami i zmarszczył czoło. - Mam jej imię na końcu języka.

- Nie przyszliśmy tu na pogawędki - oświadczyła Clarke, wstając z kanapy. - Powiedziano nam, że spotkamy u pana dwójkę znajomych ofiary. Mamy do nich jeszcze kilka pytań. Będziemy mogli sprawdzić tę pańską strefę dla VIP-ów?

- Nie krępujcie się. Właściwie nawet nalegam, żebyście tam zeszli. Na pozłacanym stoliku przy barze znajdziecie żyletki i zwinięte pięćdziesiątki. Może nawet coś bardziej egzotycznego, jeśli zgadniecie tajne hasło... - Duży Ger, rechocząc, patrzył, jak się oddalają.

Idąc w dół po schodach, Fox nie mógł się nie obejrzeć.

- Starzeje się - szepnął do Clarke. - Ten połysk na twarzy nie wyglądał najzdrowiej.

- Może testuje towar.

- Nie zrobiłby tego, prawda?

- Nie - przyznała Clarke.

- Kto twoim zdaniem przekazuje mu te wszystkie informacje na nasz temat?

- To może być ktokolwiek. Pokaż mi komisariat, który nie przecieka jak durszlak.

- Święta racja.

Dotarli do kolejnych schodów prowadzących na dół. Strzegł ich bramkarz lepszego sortu, stojący ze splecionymi z przodu dłońmi przy czarnym aksamitnym sznurze. Na ich widok odpiął sznur od słupka.

- Powinniśmy chyba okazać kartę - mruknęła Clarke.

- Stróżów prawa to nie dotyczy - odparł mężczyzna głosem dobiegającym jakby z głębokich czeluści.

Clarke i Fox zeszli na dół. Światło było tu nieco jaśniejsze, muzyka - cichsza. Olśniewająca kobieta obsługująca mały bar nie robiła raczej wrażenia przepracowanej. Wszystkie stoliki dokoła były puste.

- Nie ma nawet zwiniętej piątki - szepnął Fox.

Za sklepionym wejściem znajdował się nieodnowiony ceglany korytarz. Clarke wyczuła niewyraźny zapach wilgoci. Wiedziała, że w tym rejonie starego miasta jest wiele takich podziemnych piwnic i korytarzy. Po obu stronach mieściły się dyskretne salki, w których mogli się bawić posiadacze czarnych kart. Każde z pomieszczeń było zasłonięte czerwoną kotarą. Zamiast elektrycznych lampek paliły się prawdziwe świece. Preferowanym alkoholem był szampan w wiaderku. I chociaż obowiązywał chyba zakaz palenia, kilka osób paliło e-papierosy. Mijając jedną z salek, Clarke spostrzegła Meiklejohn i Morellego. Najwyraźniej dopiero przyszli i zdejmowali płaszcze, witając się z trzema popijającymi już tam osobami. Żadna z nich nie podniosła wzroku, kiedy detektywi je mijali. Clarke dała znak Foxowi, żeby zawrócili, ale i tym razem grupka nie zwróciła na nich uwagi.

Zatrzymali się na chwilę przy barze.

- Wiesz, kto to był? - zapytała Clarke.

- Nie mam jeszcze sklerozy.

- Nie chodzi mi o tę nabzdyczoną sukę i włoskiego ogiera. Mówię o facecie z dwiema modelkami.

- Nie miałem szansy się przyjrzeć...

- Nazywa się Stewart Scoular. Był członkiem szkockiego parlamentu, dopóki Szkocka Partia Narodowa nie wyrzuciła go ze swoich szeregów. Poszło o jakieś rasistowskie komentarze, które opublikował online. Później przedzierzgnął się dyskretnie w dewelopera.

- Rozumiem.

Hostessa zapytała, czy chcą się czegoś napić. Na koszt firmy.

- Jesteśmy na służbie - odparł Fox i patrzył, jak uśmiech spełza jej z twarzy.

Clarke wchodziła już z powrotem po schodach. Wyszedł razem z nią na Cowgate.

- Dlatego miał ten błysk w oku - powiedziała.

- Cafferty?

Pokiwała głową zamyślona.

- Kiedy mówił o polityce, wiedział cholernie dobrze, że znajdziemy na dole Stewarta Scoulara. Tak jakby dawał nam współrzędne na swoim GPS-ie.

- Dlatego tak nalegał, żebyśmy sprawdzili strefę VIP-ów?

Clarke ponownie pokiwała głową.

- Co ty knujesz, Cafferty? - mruknęła.

- To, że bogaty deweloper zna ludzi pokroju Meiklejohn i Morellego, nie jest chyba czymś niezwykłym?

Przez chwilę się zastanawiała.

- Jest pewnie z piętnaście lat od nich starszy, ale nie, nie ma w tym nic niezwykłego.

- A zatem... - Fox przerwał i wyprostował ramiona, widząc spojrzenie, jakie mu posłała. - Chcesz przez to powiedzieć, że twoja intuicja jest lepsza od mojej? Może dlatego awans należał się bardziej tobie niż mnie?

- Znasz Cafferty'ego. Jeśli uda mu się wbić pomiędzy nas klin, na pewno to zrobi. Temu miała służyć ta tania zagrywka.

- Ale uważasz, że chciał ci coś zasugerować tą uwagą na temat polityki?

- Jestem tego prawie pewna.

- Choć nie wiesz, co to mogło być.

Clarke pokręciła głową.

- I co to dla nas oznacza? - spytał Fox.

- Oznacza, że wracamy do domu. Mam tylko nadzieję, że nikt nie ukradł Brilla.

- Zostawiłaś go w samochodzie? Johnowi chyba by się to nie spodobało.

- W takim razie powinien chyba ruszyć dupę i tu wrócić, nie sądzisz?

- Jestem pewien, że nad tym pracuje.

Wbiła w niego wzrok.

- Jesteś pewien? - zdziwiła się.

- Niezupełnie - przyznał Fox, podnosząc dłonie w geście kapitulacji.

Pojawił się kelner i zamienił pusty kieliszek Cafferty'ego na pełny. W środku była lemoniada, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. Duży Ger chciał, by klienci uważali, że jest fanem produktu, który oferował. Dawniej, kiedy sprzedawał whisky, niezłą imitacją był sok jabłkowy. Teraz, trzymając w ręce iPada, odtwarzał po wielokroć zapis z kamer monitoringu. Nie wiedział na pewno, czy Clarke zauważyła Scoulara, ale uznał, że to całkiem prawdopodobne. Gdyby chodziło tylko o Foxa, tego misiowatego fajtłapę, sytuacja wyglądałaby inaczej.

- To ciekawe - mruknął pod nosem, przybliżając i oddalając obraz i sprawdzając zapisy z różnych kamer. Wyperfumowaną lady Isabellę i jej towarzysza o oliwkowej cerze dzieliły od Clarke i Foxa niecałe trzy metry, a mimo to detektywi nie podeszli do nich. To oznaczało, że Clarke kłamała, mówiąc, że chcą im zadać kilka dodatkowych pytań. Wizyta była zatem czymś w rodzaju rekonesansu. Oczywiście. Czyżby oboje musieli nagle równocześnie skorzystać z toalety? Szukali narkotyków.

Cafferty uśmiechnął się leciutko.

- Powinnaś była zostać na darmowego drinka, Shiv. - Oceniał, że w ciągu kilku następnych minut lady Isabella sięgnie do torebki i wyciągnie małą paczuszkę, której zawartością będzie chciała się podzielić ze znajomymi. Nie wszyscy skorzystają z zaproszenia: Scoular na przykład nie lubił niczego wciągać do nosa. Ale Cafferty miał sporo nagrań innych osób, w tym również nieszczęsnego Salmana bin Mahmouda. Może żadne z nich nie okaże się przydatne, ale przecież nigdy nie wiadomo, prawda? Tymczasem powinien do nich pójść i złożyć kondolencje. Czyż dopiero co nie stracili przyjaciela i ten wieczór nie był czymś w rodzaju stypy? Być może nawet zdoła ich zapytać o to, co najbardziej nie dawało mu spokoju: co takiego młody książę robił w zakazanej części miasta, daleko od swojego georgiańskiego domu i jego udogodnień? Czy było coś, co Cafferty przegapił na tych długich godzinach nagrań?

Kiedy będzie następnym razem unowocześniał system, na pewno zadba o to, by rejestrował również dźwięk; na razie jednak z całą powagą, na jaką było go stać, wstał i wziął do ręki drinka.