Prolog
- Powinniśmy wracać - nalegał Gared, kiedy las zaczął pogrążać się w mroku. - Dzicy nie żyją.
- Czyżbyś bał się zmarłych? - spytał ser Waymar Royce z cieniem uśmiechu na ustach.
Gared nie dał się sprowokować. Był mężczyzną w sile wieku, skończył pięćdziesiąt lat i widział już niejedno paniątko; większość z nich przychodziła i odchodziła.
- Zmarli to zmarli - oświadczył. - Nic nam do nich.
- Czy oni rzeczywiście nie żyją? - dopytywał się Royce. - Jakie mamy dowody?
- Will ich widział - powiedział Gared. - Jeśli on twierdzi, że oni nie żyją, to ja mu wierzę.
Will domyślał się już wcześniej, że prędzej czy później wciągną go do swojej kłótni. Pragnął jednak, by nastąpiło to później.
- Moja matka opowiadała mi, że zmarli nie mają głosu - wtrącił.
- Moja niańka mówiła to samo, Will - odpowiedział Royce. - Nie wierz w nic, co ci opowiadają przy piersi. Istnieją rzeczy, których można się nauczyć nawet od zmarłych. - Jego głos odbił się echem w pogrążającym się w mroku lesie.
- Przed nami długa droga - zauważył Gared. - Osiem dni, może dziewięć, a już zapada noc.
Ser Waymar zerknął na niego obojętnie.
- Codziennie zapada mniej więcej o tej samej porze. Gared, czyżbyś bał się ciemności?
Will widział ściągnięte usta Gareda i błyski gniewu w jego oczach schowanych pod czarnym kapturem grubego płaszcza. Od czterdziestu lat Gared służył w Nocnej Straży i nie przywykł, by traktowano go lekceważąco. Ale nie tylko o to chodziło. Will wyczuwał jeszcze coś pod zranioną dumą starca. Można było to wyczuć niemal namacalnie; nerwowe napięcie graniczące ze strachem.
Will podzielał ten niepokój. Od czterech lat służył na Murze. Kiedy po raz pierwszy wysłano go na zewnątrz, w jednej chwili przypomniał sobie wszystkie dawne opowieści, że aż go zemdliło. Później wydawało mu się to śmieszne. Teraz miał już za sobą ze sto wypraw i niestraszne mu było ciemne odludzie. W ten sposób południowcy nazywali nawiedzany las.
Tak było aż do dzisiaj, ponieważ tego wieczoru było inaczej. Opadająca na las ciemność sprawiała, że czuł dreszcz na całym ciele. Przez dziewięć dni jechali na północ, potem na północny zachód i znowu na północ. Oddalali się coraz bardziej od Muru w pogoni za bandą dzikich grabieżców. Każdy kolejny dzień stawał się bardziej nieznośny od poprzedniego. Dzisiejszy okazał się najgorszy ze wszystkich. Liście szeleściły niczym żywe stworzenia, poruszane wiejącym z północy zimnym wiatrem. Przez cały dzień Will miał wrażenie, że coś ich obserwuje, coś zimnego i nieustępliwego, co z pewnością nie darzyło go sympatią. Gared podzielał jego odczucia. Will pragnął, by jak najszybciej popędzili i schronili się za bezpiecznym Murem, lecz nie mógł tego powiedzieć swojemu dowódcy.
A już na pewno nie takiemu dowódcy.
Ser Waymar Royce był najmłodszym synem starego rodu posiadającego zbyt wielu przodków. Był przystojnym, osiemnastoletnim mężczyzną o szarych oczach i niezwykle szczupłej sylwetce. Rycerz patrzył z góry ze swojego czarnego rumaka na Willa i Gareda, którzy jechali na drobniejszych koniach. Ubrany był w czarne skórzane buty, czarne wełniane spodnie, czarne rękawice z kreciej skóry i wspaniałe okrycie, które stanowiła czarna lśniąca kolczuga nałożona na warstwy czarnej wełny i garbowanej skóry. Ser Waymar służył w Nocnej Straży od niespełna pół roku, lecz nie można było powiedzieć, że nie przygotował się do swojego zajęcia. Przynajmniej jeśli chodzi o stroje.
Szczególnego blasku dodawało mu jego futro z soboli: czarne jak noc, grube i miękkie niczym grzech. "Założę się, że sam je wszystkie pozabijał - mówił wcześniej Gared do swoich towarzyszy przy winie. - Pewnie poukręcał im łby nasz dzielny wojownik". Roześmiali się razem z nim.
Trudno jest przyjmować rozkazy od człowieka, z którego śmiejesz się za jego plecami, pomyślał Will, dygocąc na grzbiecie swojego konia. Gared pewnie czuł to samo.
- Mormont powiedział, że mamy ich wytropić, i tak zrobiliśmy - odezwał się głośno Gared. - Nie żyją. Nie będą nas więcej niepokoić. Przed nami ciężka droga. Nie podoba mi się ta pogoda. Jeśli spadnie śnieg, powrotna podróż może potrwać nawet i dwa tygodnie, a śnieg to najmniejsze zło, jakiego należy oczekiwać. Mój panie, czy widziałeś kiedyś lodową burzę?
Młody rycerz wydawał się nie zwracać na niego uwagi. Wpatrywał się w zmrok z miną na wpół znudzoną, na wpół roztargnioną, dobrze znaną jego podwładnym. Will jeździł z nim wystarczająco długo, by nauczyć się, że w takiej chwili lepiej mu nie przerywać.
- Will, opowiedz mi jeszcze raz, co widziałeś. Dokładnie, niczego nie opuszczaj.
Przed wstąpieniem do Nocnej Straży Will był myśliwym. A dokładniej mówiąc, kłusownikiem. Wolni Mallistera przyłapali go na gorącym uczynku w lesie swojego pana, jak ściągał skórę z kozła, tak więc miał do wyboru: przywdziać czarny strój albo stracić rękę. Nikt nie potrafił poruszać się po lesie równie cicho jak Will, o czym szybko przekonali się jego czarni bracia.
- Obóz znajduje się dwie mile stąd, tuż za wzgórzem, nad strumieniem - powiedział Will. - Podkradłem się najbliżej, jak tylko mogłem. Jest ich ośmioro, mężczyźni i kobiety. Dzieci nie widziałem. Postawili szałas przy skale. Śnieg prawie całkiem go przykrył, ale ja zauważyłem. Nie palili ognia, lecz wyraźnie widziałem wykopany dół. Nikt się nie poruszył. Długo ich obserwowałem. Żywi nie wytrzymaliby tak długo, nie poruszając się.
- Widziałeś krew?
- Nie - przyznał Will.
- A jakąś broń?
- Miecze i łuki. Jeden z nich miał topór. Wyglądał na ciężki, z podwójnym ostrzem. Okrutna broń. Leżał na ziemi, tuż przy jego ręce.
- Zwróciłeś uwagę na ułożenie ciał?
Will wzruszył ramionami.
- Dwoje z nich siedzi pod skałą, a pozostali leżą na ziemi. Jak zabici.
- Albo pogrążeni we śnie - zauważył Royce.
- Zabici - upierał się Will. - Na drzewie, wśród gałęzi, dostrzegłem kobietę. Pewnie stała na straży. - Uśmiechnął się słabo. - Pilnowałem się, żeby mnie nie zobaczyła. Ona także się nie poruszała. - Nie potrafił opanować drżenia.
- Masz dreszcze? - spytał Royce.
- Trochę - mruknął Will. - To z zimna, panie.
Młody rycerz zwrócił się w stronę siwego zbrojnego. Ścięte mrozem liście zaszeptały dookoła, a rumak Royce'a skoczył niespokojnie.
- Gared, jak myślisz, co ich mogło zabić? - spytał obojętnym głosem ser Waymar. Otulił się szczelniej swoim długim czarnym futrem.
- Chłód - odpowiedział Gared zdecydowanym głosem. - Zeszłej i poprzedniej zimy, kiedy byłem jeszcze prawie chłopcem, widziałem, jak ludzie zamarzali z zimna. Ludzie opowiadają o zaspach głębokich na czterdzieści stóp i o wiejącym z północy lodowatym wietrze, lecz prawdziwym wrogiem jest chłód. Skrada się ciszej niż Will; najpierw trzęsiesz się, dzwonisz zębami i tupiesz, marząc o grzanym winie i miłym ognisku. Potem chłód przenika cię, wypełnia twoje ciało i nie masz już siły z nim walczyć. Łatwiej jest po prostu usiąść albo położyć się spać. Podobno na końcu nie czujesz bólu. Słabniesz i ogarnia cię senność; wszystko zamazuje się i czujesz, jakbyś tonął w morzu ciepłego mleka. Ogarnia cię błogi spokój.
- Cóż za wymowność - zauważył ser Waymar. - Nie podejrzewałem cię o coś takiego.
- Paniczyku, ja zaznałem podobnego chłodu. - Gared ściągnął z głowy kaptur, odkrywając okaleczone miejsca, w których kiedyś miał uszy. - Uszy, trzy palce u nóg i mały palec lewej dłoni. Miałem szczęście. Mój brat zamarzł na warcie z uśmiechem na ustach.
Ser Waymar wzruszył ramionami.
- Powinieneś się cieplej ubierać, Gared.
Gared rzucił młodemu rycerzowi gniewne spojrzenie, a blizny wokół otworów po uszach, które obciął mu maester Aemon, zaogniły się od gniewu.
- Zobaczymy, jak ciepło się ubierzesz, kiedy przyjdzie zima. - Nasunął na głowę kaptur i wtulił głowę między ramiona, pogrążając się w ponurym milczeniu.
- Skoro Gared twierdzi, że to zimno... - zaczął Will.
- Will, pełniłeś warty w zeszłym tygodniu?
- Tak, panie. - Przecież nie było tygodnia, żeby nie wychodził na kilkanaście cholernych wart. Do czego on zmierzał?
- Jaki był wtedy Mur?
- Wilgotny, kapało - odpowiedział Will, marszcząc czoło. Teraz zrozumiał, o co chodzi rycerzowi. - Nie mogli zamarznąć, skoro Mur płakał. Nie było jeszcze aż tak zimno.
Royce mu przytaknął.
- Bystry chłopak. W zeszłym tygodniu mieliśmy trochę przymrozków, trochę też popadał śnieg, ale z pewnością nie nadeszły jeszcze mrozy, które by zabiły ośmioro dorosłych ludzi. Ludzi ubranych w skóry i futra, mających schronienie i możliwość rozpalenia ogniska. - Rycerz uśmiechał się pewny siebie. - Will, zaprowadź nas tam. Chcę zobaczyć tych nieżywych na własne oczy.
Teraz już nie było rady. Został wydany rozkaz, a honor nakazywał go wypełnić.
Will jechał na przedzie; jego kudłaty, drobny wierzchowiec stąpał ostrożnie przez splątane zarośla. Poprzedniej nocy spadł niewielki śnieg i przykrył kamienie, korzenie i zagłębienia czyhające na nieostrożnych jeźdźców. Za nim podążał ser Waymar Royce na swoim ogromnym czarnym rumaku, który prychał niecierpliwie. Nie był to najlepszy koń na pościg, tylko kto powie o tym paniątku. Za nim jechał Gared. Stary żołnierz mruczał do siebie pod nosem w czasie jazdy.
Zapadał coraz większy zmrok. Bezchmurne niebo przybrało kolor ciemnej purpury, barwę starego siniaka, a potem sczerniało. Ukazały się pierwsze gwiazdy, półksiężyc. Źródła światła, które ucieszyły Willa.
- Możemy jechać szybciej - powiedział Royce, kiedy ujrzeli całą tarczę księżyca.
- Nie na tym koniu - odparł Will. Strach sprawiał, że stawał się zuchwały. - Może pojedziesz przodem, mój panie.
Ser Waymar Royce nie raczył odpowiedzieć.
Gdzieś w głębi lasu rozległo się wycie wilka.
Will zatrzymał konia pod wykrzywionym starym grabem i zsiadł z niego.
- Dlaczego się zatrzymujesz? - spytał ser Waymar.
- Lepiej będzie, jeśli dalej pójdziemy pieszo. To już za tamtym wzgórzem.
Royce siedział przez chwilę nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w dal. Zimny wiatr zaszeptał w koronach drzew. Jego obszerne czarne futro z soboli poruszyło się, jakby ożyło na moment.
- Coś mi się tutaj nie podoba - mruknął Gared.
Młody rycerz posłał mu szyderczy uśmiech.
- Niby co?
- Nie czujesz? - spytał Gared. - Posłuchaj ciemności.
Will domyślał się, o co chodzi Garedowi. W ciągu czterech lat służby w Nocnej Straży nie bał się tak bardzo ani razu. Co to było?
- Wiatr. Szeleszczące liście. Wilk. Gared, czego boisz się najbardziej? - Nie doczekawszy się odpowiedzi, Royce zsunął się zgrabnie z siodła. Przywiązał mocno wierzchowca do gałęzi zwieszającego się konaru z dala od pozostałych koni i wyciągnął z pochwy długi miecz. Na rękojeści zalśniły klejnoty, a promienie księżycowego blasku ześliznęły się po jego ostrzu. Wspaniały miecz, wykuty w zamkowej kuźni, nowy, sądząc z wyglądu. Will podejrzewał, że jeszcze nigdy nikt nie zamachnął się nim w porywie gniewu.
- Drzewa rosną tutaj bardzo gęsto - ostrzegł go Will. - Twój miecz, panie, może się zaplątać. Lepszy będzie nóż.
- Jeśli będę potrzebował rady, zwrócę się do ciebie - odpowiedział młody lord. - Gared, zostań tutaj i pilnuj koni.
Gared zsiadając z konia, rzekł:
- Zajmę się ogniskiem.
- Jaki z ciebie stary głupiec! Jeśli w lesie czają się wrogowie, to ogień jest ostatnią rzeczą, jakiej nam trzeba.
- Istnieją wrogowie, których można odpędzić ogniem - powiedział Gared. - Niedźwiedzie, wilki i... inne istoty.
- Żadnego ognia. - Ser Waymar zacisnął usta.
Kaptur skrywał twarz Gareda, lecz mimo to Will dostrzegł błysk w jego oczach, kiedy ten spojrzał na rycerza. Przez moment obawiał się, że starzec sięgnie po broń. Był to krótki, brzydki miecz z rękojeścią zniszczoną od potu i ostrzem wyszczerbionym od licznych walk, lecz Will nie miał wątpliwości, co by się stało z paniątkiem, gdyby Gared wyciągnął go z pochwy.
- Żadnego ognia - mruknął Gared, wbijając wzrok w ziemię.
Royce przyjął to za wystarczający dowód uległości i odwrócił się do Willa.
- Prowadź.
Ruszyli przez zarośla, a potem w górę zbocza, aż dotarli na jego grzbiet, skąd wcześniej Will obserwował obcych, ukryty pod drzewem strażniczym. Ziemia pod cienką warstwą śniegu była wilgotna i śliska, pełna zdradliwych korzeni i kamieni. Will wspinał się bezszelestnie. Za to z tyłu dochodziło ciche pobrzękiwanie kolczugi młodego lorda, szelest liści i ściszone przekleństwa, kiedy gałęzie czepiały się jego miecza i futrzanego okrycia.
Bez trudu odnalazł ogromne drzewo strażnicze, którego gałęzie zwieszały się prawie do samej ziemi. Will podczołgał się na brzuchu po śniegu i błocie i spojrzał na pustą polanę.
Serce w jego piersi zamarło. Przez moment nie miał odwagi oddychać. Blask księżyca ukazywał wyraźnie całą scenę: popiół w palenisku, przykryty śniegiem szałas, ogromny głaz i mały, na wpół zamarznięty strumień. Nic się nie zmieniło.
Zniknęły tylko ciała. Wszystkie.
- Bogowie! - Usłyszał za sobą. Miecz przeciął gałąź, kiedy ser Waymar Royce dotarł na grzbiet wzgórza. Stanął obok drzewa; z mieczem w dłoni oraz w spływającym z ramion i łopoczącym na wietrze futrze tworzył niezwykle malowniczą postać, doskonale widoczną na tle rozgwieżdżonego nieba.
- Na dół! - syknął Will. - Coś tu jest nie tak.
Royce nawet nie drgnął. Spojrzawszy na pustą polankę, roześmiał się.
- Will, zdaje się, że twoi zmarli zwinęli obóz.
Will chciał mu odpowiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu, nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. To niemożliwe. Przesuwał wzrokiem po opuszczonym obozowisku i zatrzymał go na toporze. Ogromny berdysz o podwójnym ostrzu leżał dokładnie w tym samym miejscu, w którym go widział wcześniej. Bardzo cenna broń...
- Wstawaj, Will - rozkazał ser Waymar. - Tam nikogo nie ma. Przestań się chować po krzakach. - Will wykonał niechętnie rozkaz. Ser Waymar obrzucił go spojrzeniem pełnym dezaprobaty. - Nie mam zamiaru wracać do Czarnego Zamku z mojej pierwszej wyprawy jako pokonany. Znajdziemy tych ludzi. - Rozejrzał się dookoła. - Na drzewo. Szybko. Szukaj ognia.
Will odwrócił się bez słowa. Nie było sensu się sprzeciwiać. Wiatr wiał coraz mocniej. Czuł jego przenikliwe zimno. Podszedł do ogromnego, szarozielonego drzewa i zaczął się na nie wspinać. Niebawem ręce miał lepkie od żywicy. Zniknął wśród igieł. Strach wypełniał mu żołądek, niczym nie strawiony posiłek. Szeptem odmówił modlitwę do bezimiennych bogów lasu i wysunął z pochwy swój sztylet. Wspinał się, trzymając go w zębach. Smak zimnego żelaza w ustach dodał mu trochę otuchy.
Nagle z dołu dobiegło wołanie młodego rycerza.
- Kto tam? - Jego głos zabrzmiał niepewnie. Will zamarł w bezruchu, nasłuchując i wytężając wzrok.
Las odpowiedział szelestem liści, szumem lodowatej wody strumienia, pohukiwaniem sowy.
Inni nie wydali najmniejszego dźwięku.
Kątem oka Will dostrzegł jakiś ruch. Blade postacie przemykające przez las. Odwrócił głowę i zdążył zauważyć w ciemności biały cień. Tylko przez krótką chwilę. Gałęzie drzew poruszyły się łagodnie, drapiąc się nawzajem drewnianymi palcami. Will otworzył usta, by ostrzec młodego rycerza, lecz słowa jakby zamarły w jego gardle. Może się mylił. Może to był tylko ptak, odbicie na śniegu, gra księżycowego światła? Nie był pewien, co widział.
- Will, gdzie jesteś? - zawołał ser Waymar. - Widzisz coś? - Obracał się powoli, zaniepokojony, z mieczem w dłoni. Pewnie już ich wyczuł, podobnie jak Will. Nikogo jednak nie było widać. - Odpowiedz mi! Dlaczego zrobiło się tak zimno!
Rzeczywiście ogarnął ich straszny chłód. Will przycisnął twarz do pnia, drżąc. Czuł na policzku lepką i słodką żywicę.
Z ciemności lasu wyłonił się cień. Stanął naprzeciwko Royce'a. Wysoki, chudy i twardy jak stare kości, o skórze białej jak mleko. Kiedy się poruszał, wydawało się, że jego zbroja zmienia kolor; w jednej chwili była biała jak śnieg, w następnej ciemna jak cień, upstrzona cętkami szarozielonej barwy drzew, które migotały nieustannie niczym światło księżyca na wodzie.
Will usłyszał, jak ser Waymar Royce wypuszcza z sykiem powietrze.
- Nie zbliżaj się - rzucił ostrzegawczo młody rycerz. Jego głos załamał się, jak głos chłopca. Odrzucił do tyłu poły czarnego futra, by uwolnić ramię, i ujął miecz w obie dłonie. Wiatr zamarł. Panowało przenikliwe zimno.
Inny bezszelestnie zrobił krok do przodu. Will dostrzegł w jego ręku miecz, jakiego jeszcze nigdy nie widział. Z pewnością nie został wykuty ze stali znanej człowiekowi. Niemal przezroczyste ostrze ożywało w blasku księżyca; oglądany z boku, krystaliczny miecz pozostawał prawie niewidoczny. Wokół jego krawędzi igrało niebieskawe migotanie, upiorny blask. Will wyczuwał, że miecz jest ostrzejszy od brzytwy.
Ser Waymar stanął dzielnie do walki.
- A zatem zatańcz ze mną. - Uniósł broń nad głowę. Jego dłonie drżały, może pod ciężarem oręża, a może z zimna. W tej chwili Will pomyślał, że młody rycerz nie jest już chłopcem, lecz mężczyzną, jednym z Nocnej Straży.
Inny zatrzymał się. Will zobaczył jego oczy: niebieskie, lecz niebieskie taką głębią, jakiej nie znajdzie się w oczach ludzkiej istoty. Ich błękit płonął niczym lód. Oczy Innego spoczęły na uniesionym w górę drżącym mieczu, obserwowały ślizgające się po nim zimne światło księżyca. W Willa wstąpiła otucha, lecz tylko na krótką chwilę.
Wynurzali się z ciemności bezszelestnie. Najpierw dwóch, potem trzech... czterech... pięciu... Być może ser Waymar poczuł towarzyszący im chłód, lecz nie widział ich, nie słyszał. Will powinien ostrzec dowódcę. To było jego obowiązkiem. I jego wyrokiem, gdyby go spełnił. Zadrżał i przywarł mocniej do drzewa.
Blady miecz przeciął powietrze.
Stalowe ostrze ser Waymara wyszło mu naprzeciw. Spotkały się, lecz nie rozległ się dźwięk uderzenia metalu o metal; jedynie ledwie słyszalny, wysoki odgłos podobny do przepełnionego bólem krzyku zwierzęcia. Royce odparował cios, potem następny i odskoczył w tył. Kolejne cięcia i znowu musiał się wycofać. Postacie z tyłu stały nieruchomo i przyglądały się, pozbawione twarzy, milczące, a ich migocące zbroje sprawiały, że pozostawały prawie niewidoczne. Czekały.
Pojedynek toczył się nieprzerwanie i miecze nacierały na siebie co chwilę, Will zaś miał ochotę zatkać uszy za każdym razem, kiedy rozlegał się dziwny, zawodzący zgrzyt. Teraz ser Waymar dyszał ciężko, wyczerpany, a pot z jego czoła parował w blasku księżyca. Ostrze jego miecza pokrywał szron. Inny tańczył ze swoim jasnoniebieskim promieniem.
Wreszcie Royce zasłonił się o sekundę za późno. Blade ostrze przedarło się przez kolczugę pod jego ramieniem. Młody lord krzyknął z bólu. Spomiędzy pierścieni kolczugi wypłynęła krew. Parowała w zimnym powietrzu, a jej czerwone krople wydawały się czerwone jak ogień, kiedy dotykały śniegu. Ser Waymar potarł dłonią swój bok. Rękawica z kreciej skóry ociekała krwią.
Inny powiedział coś w obcym języku, nie znanym Willowi. Jego głos zabrzmiał jak trzask lodu na jeziorze; niewątpliwie była to jakaś drwina.
Ser Waymar poczuł przypływ wściekłości.
- Za Roberta! - zawołał i skoczył do przodu; uniósłszy pokryty szronem miecz, zadał cios z boku. Inny zasłonił się niedbałym ruchem.
Kiedy oba miecze spotkały się, stalowe ostrze pękło.
Nocną ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk spotęgowany echem, a długi miecz rozsypał się na setki kawałków, które leciały niczym deszcz igieł. Krzycząc okropnie, Royce opadł na kolana i zakrył oczy. Krew tryskała spomiędzy jego palców.
Przyglądający się podeszli bliżej, jakby na dany znak. W śmiertelnej ciszy miecze wznosiły się i opadały. Zimna rzeź. Blade ostrza przechodziły przez kolczugę, jakby to był jedwab. Will zamknął oczy. Z dołu dochodziły głosy i śmiech ostry jak sople lodu.
Kiedy po długim czasie odważył się wreszcie otworzyć oczy, na polanie nie było nikogo.
Wciąż siedział na drzewie, bojąc się oddychać, a księżyc przemykał powoli po czarnym niebie. Wreszcie, zdrętwiały, zszedł na ziemię.
Ciało Royce'a spoczywało na śniegu, twarzą do ziemi, z jednym ramieniem odrzuconym w bok. Na jego grubym, czarnym futrze z soboli widniały liczne przecięcia. Kiedy tak leżał, widać było wyraźnie, jaki był młody. Zaledwie chłopiec.
Nieopodal znalazł to, co zostało z miecza: kawałek metalu rozerwany i skręcony niczym drzewo uderzone piorunem. Przyklęknął, rozglądając się ostrożnie, i podniósł metal. To będzie jego dowód. Gared wszystko zrozumie, a jeśli nie on, to ten Stary Niedźwiedź, Mormont, i maester Aemon. Czy Gared czeka jeszcze przy koniach? Musi się spieszyć.
Podniósł się. Nad nim stał ser Waymar Royce.
Z jego wspaniałej szaty pozostały strzępy, tak samo jak z twarzy. Odłamek miecza przebił mu lewe oko. Prawe było nadal otwarte. Jego źrenica płonęła niebieskim blaskiem. Oko patrzyło. Will wypuścił z dłoni okruch metalu. Zamknął oczy i zaczął się modlić. Długie, zgrabne palce musnęły jego policzek i zacisnęły się na jego gardle. Schowane były w rękawicach z delikatnej kreciej skórki, lepkiej od krwi, lecz przeraźliwie zimnej.
BRAN
Ranek był pogodny, lecz zimny, co zwiastowało koniec lata. Wyruszyli o świcie, by zobaczyć egzekucję. Bran, ogromnie podniecony, był jednym z dwudziestu, którzy się na nią udawali. Po raz pierwszy uznano, że jest już na tyle dorosły, by pojechać z panem ojcem i braćmi i obserwować, jak wymierza się sprawiedliwość. Był to siódmy rok życia Brana, a dziewiąty rok lata.
Mężczyznę wyprowadzono już wcześniej przed ogrodzenie niewielkiego grodu wśród wzgórz. Robb sądził, że jest to dziki, zaprzysiężony Mance'owi Rayderowi, Królowi za Murem. Na samą myśl o tym Bran poczuł gęsią skórkę. Przypomniał sobie opowieści Starej Niani. Od niej dowiedział się, że dzicy są okrutni, kradną, mordują i handlują ludźmi. Zadawali się z olbrzymami i wampirami, nocą porywali dziewczynki i pili krew z wypolerowanych rogów. A ich kobiety w czasie Długiej Nocy sypiały z Innymi i rodziły na wpół ludzkie istoty.
Mężczyzna, którego ujrzeli, przywiązany mocno do muru w oczekiwaniu na egzekucję, okazał się jednak stary i wychudzony, niewiele wyższy od Robba. Stracił na mrozie uszy i palec, a ubrany był na czarno, podobnie jak bracia z Nocnej Straży, tyle tylko, że jego odzienie było brudne i postrzępione.
Para z ludzkich i końskich oddechów mieszała się w zimnym powietrzu poranka, kiedy pan ojciec rozkazał odwiązać mężczyznę i przywlec przed ich oblicza. Robb i Jon siedzieli nieruchomo na grzbietach swoich koni ustawionych po obu stronach kuca Brana, który starał się, by wyglądać na więcej niż siedem lat, i udawał, że taki widok nie jest mu obcy. Delikatny powiew wiatru poruszył bramą grodu. Nad ich głowami zatrzepotał proporzec rodu Starków z Winterfell: szary wilkor pędzący przez śnieżnobiałe pole.
Ojciec Brana siedział nieruchomo na koniu, a jego długie brązowe włosy powiewały na wietrze. Miał trzydzieści dwa lata, lecz postarzała go krótko przystrzyżona broda przetykana siwizną. Tego dnia w jego oczach czaiło się ponure spojrzenie, a on sam ani trochę nie przypominał człowieka, który opowiada wieczorem przy ogniu o Erze Herosów i dzieciach lasu. Jakby zdjął maskę ojca, pomyślał Bran, i założył maskę lorda Starka z Winterfell.
W chłodzie poranka zadawano pytania i padały odpowiedzi, lecz później Bran niewiele pamiętał z tego, co zostało powiedziane. Wreszcie pan ojciec wydał rozkaz i dwaj strażnicy przyciągnęli obdartego mężczyznę do pnia grabu na środku placu. Położyli mu głowę na twardym, czarnym pieńku. Lord Eddard Stark zsiadł z konia, a jego podopieczny, Theon Greyjoy, przyniósł jego miecz, Lód. Ów ostrze miał szerokie jak dłoń mężczyzny, a długością przewyższał nawet wzrost Robba. Wykute z valyriańskiej stali za pomocą magii, było ciemne jak dym i bez jakiejkolwiek szczerby.
Ojciec zdjął rękawiczki i podał je Jory'emu Casselowi, kapitanowi gwardii przybocznej. Ujął Lód w obie ręce i przemówił:
- W imieniu Roberta z Rodu Baratheonów, Pierwszego Tego Imienia, Króla Andalów, Rhoynarów oraz Pierwszych Ludzi, wyrokiem Eddarda z Rodu Starków, Lorda Winterfell i Namiestnika Północy skazuję cię na śmierć. - Po tych słowach uniósł miecz wysoko nad głowę.
Jon Snow, brat bękart Brana, przysunął się do niego.
- Trzymaj mocno kuca - szepnął. - I nie odwracaj się. Ojciec zauważy, jeśli się odwrócisz.
Bran trzymał mocno kuca i nie odwrócił się.
Ojciec pozbawił skazańca głowy jednym pewnym cięciem. Krew trysnęła na śnieg, czerwona jak letnie wino. Jeden z koni stanął dęba i trzeba było go mocno trzymać, by się nie spłoszył. Bran nie mógł oderwać oczu od krwi. Patrzył, jak śnieg wokół pnia pije ją łapczywie, zmieniając barwę.
Odcięta głowa odbiła się od korzenia i zatrzymała dopiero tuż przy nogach Greyjoya. Theon był chudym, ciemnowłosym młodzieńcem w wieku dziewiętnastu lat, którego wszystko śmieszyło. Teraz także roześmiał się i kopnął głowę.
- Błazen - mruknął Jon na tyle cicho, by nie usłyszał tego Greyjoy. Położył dłoń na ramieniu Brana, a ten spojrzał na przyrodniego brata. - Dobrze się spisałeś - przemówił Jon z powagą. Jon miał czternaście lat i już nieraz patrzył, jak wymierzano sprawiedliwość.
Kiedy wyruszyli w długą powrotnę drogę do Winterfell, jakby się ochłodziło, chociaż ustał wiatr, a słońce stało wyżej na niebie. Bran i jego bracia jechali daleko z przodu przed całą grupą; jego kuc z trudem nadążał za końmi.
- Dezerter umarł dzielnie - oznajmił Robb. Był rosłym młodzieńcem, który z każdym dniem stawał się większy. Z karnacji podobny do matki: jasna cera, rudawobrązowe włosy i niebieskie oczy Tullych z Riverrun. - Przynajmniej nie okazał się tchórzem.
- Nie - powiedział cicho Jon Snow. - To nie była odwaga. On był śmiertelnie przerażony. Widziałem to w jego oczach. - Oczy Jona były szare, prawie czarne, lecz były to oczy, przed którymi nic się nie ukryło. Jon miał tyle lat, co Robb. Wcale nie byli do siebie podobni. Jon był smukły i ciemnowłosy, Robb muskularny i jasnowłosy; Jon zwinny i pełen gracji, jego przyrodni brat zaś silny i szybki.
Robb nie wydawał się zdziwiony.
- Niech Inni wydrapią mu oczy - zaklął. - Umarł dzielnie. Ścigamy się do mostu?
- Zgoda - odparł Jon i ścisnął piętami boki konia. Robb zaklął i popędził za nim galopem, pokrzykiwał i śmiał się głośno, tymczasem Jon jechał w milczeniu, skupiony. Ich konie wyrzucały kopytami w górę tumany śnieżnego pyłu.
Bran nie próbował ich gonić. Jego kuc nie miał szans z końmi. Jechał wolno, nie przestając myśleć o oczach skazanego mężczyzny, które przedtem zobaczył. Niebawem śmiech Robba umilkł i las znowu pogrążył się w ciszy.
Zamyślony, nie usłyszał, kiedy ojciec i jego świta go dogonili.
- Dobrze się czujesz, Bran? - spytał ojciec, który nieoczekiwanie znalazł się u jego boku.
- Tak, ojcze - odpowiedział. Spojrzał w górę. Jego pan ojciec, owinięty w futra i skóry, patrzył na niego ze swojego ogromnego rumaka niczym olbrzym. - Robb twierdzi, że tamten człowiek umarł dzielnie, ale Jon uważa, że się bał.
- A co ty myślisz? - zainteresował się ojciec.
Bran zastanowił się.
- Czy można okazać dzielność, bojąc się jednocześnie?
- Tylko wtedy można być naprawdę dzielnym - oświadczył ojciec. - Czy rozumiesz, dlaczego to zrobiłem?
- To był dziki - stwierdził Bran. - A dzicy porywają kobiety i sprzedają je Innym.
Jego pan ojciec uśmiechnął się.
- Znowu słuchałeś opowieści Starej Niani. W rzeczywistości ten człowiek złamał przysięgę, zdezerterował z Nocnej Straży. Nie ma ludzi bardziej niebezpiecznych. Dezerter dobrze wie, że jego los jest przesądzony, jeśli da się złapać, dlatego nie cofnie się przed nawet najpodlejszą zbrodnią. Ale mnie nie o to chodziło. Nie pytałem cię, dlaczego on zginął, lecz dlaczego ja muszę robić to osobiście.
Bran nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
- Król Robert ma kata - rzekł niepewnie.
- Tak - przyznał ojciec. - Podobnie jak jego poprzednicy, Targaryenowie. Lecz my postępujemy według starszych zwyczajów. W żyłach Starków wciąż płynie krew Pierwszych Ludzi. Wierzymy, że ten, kto wydaje wyrok, sam powinien go wykonać. Jeśli chcesz odebrać komuś życie, powinieneś spojrzeć mu w oczy i wysłuchać jego ostatnich słów. Jesteś mu to winien. Kiedy nie masz odwagi tego uczynić, skąd możesz wiedzieć, że ten człowiek zasługuje na śmierć?
Któregoś dnia ty, Bran, zostaniesz chorążym Robba, będziesz zasiadał we własnej twierdzy i sam wymierzał sprawiedliwość. Gdy nadejdzie ta chwila, musisz pamiętać, żeby nie stała się ona dla ciebie przyjemną, lecz też nie wolno ci odwracać wzroku. Władca, który chowa się za płatnym katem, szybko zapomina, czym jest śmierć.
W tym momencie na grzbiecie wzgórza pojawił się Jon. Machając ręką, krzyczał:
- Ojcze, Bran, chodźcie szybko, zobaczcie, co znalazł Robb! - W następnej chwili już zniknął za wzgórzem.
Podjechał do nich Jory.
- Jakieś kłopoty, panie?
- Bez wątpienia - odparł pan ojciec. - Zobaczmy, co tam znowu nabroili moi synowie. - Ruszył kłusem, a Jory, Bran i pozostali pojechali za nim.
Znaleźli Robba na północnym brzegu rzeki. Jon siedział jeszcze na koniu obok niego. Na koniec lata spadły obfite śniegi, dlatego Robb stał w zaspie po kolana z odrzuconym kapturem, tak że słońce odbijało się od jego jasnych włosów. Trzymał coś na rękach. Obaj rozmawiali podnieconymi i ściszonymi głosami.
Jeźdźcy zbliżali się do młodzieńców ostrożnie przez zaspy, starając się wybierać równą drogę na niepewnym gruncie. Pierwsi dotarli do nich Jory Cassel i Theon Greyjoy. Greyjoy jechał, śmiejąc się i żartując. Bran usłyszał, jak tamten wypuszcza z sykiem powietrze.
- Bogowie! - zawołał, próbując utrzymać równowagę na koniu, kiedy sięgnął po miecz.
Jory trzymał już swój w dłoni.
- Robb, odsuń się od tego! - zawołał, a jego koń stanął dęba.
Młodzieniec uśmiechnął się tylko i spojrzał sponad tego, co trzymał na rękach.
- Ona już nic ci nie zrobi, Jory - powiedział. - Zdechła.
Bran czuł rozpierającą go ciekawość. Chętnie pognałby do przodu na swoim kucu, lecz ojciec kazał im zsiąść z koni jeszcze przy moście i dalej pójść pieszo. Bran zeskoczył na ziemię i pognał do przodu. Teraz także Jon, Jory i Theon zdążyli już zsiąść z koni.
- Na siedem piekieł, co to jest? - odezwał się Greyjoy.
- Wilk - rzekł Robb.
- Odmieniec - odpowiedział Greyjoy. - Popatrz, jaki jest duży.
Bran czuł, jak mocno bije mu serce, kiedy przebrnął przez zaspę sięgającą mu do pasa i stanął u boku brata.
Ujrzał ogromną, ciemną postać, martwą i na wpół zagrzebaną w zakrwawionym śniegu. W szarej, kudłatej sierści lśnił lód, a nad zdechłym zwierzęciem unosił się słaby odór zepsucia. Bran dostrzegł robaki pełzające po oczach i pożółkłe zęby w pysku. Największe jednak wrażenie zrobiły na nim rozmiary zwierzęcia. Wilk był większy od jego kuca, dwukrotnie większy od największego ogara z psiarni jego ojca.
- To nie jest odmieniec - oznajmił Jon spokojnie. - To jest wilkor. One są większe od wilków.
- Nie widywano ich od dwustu lat na południe od Muru - wtrącił Theon Greyjoy.
- Teraz jednak widzę - odparł Jon.
Bran oderwał wzrok od potwora i wtedy dokładniej przyjrzał się temu, co Robb trzyma na rękach. Wydał okrzyk radości i podszedł bliżej. Szczenię przypominało kulkę z szaroczarnego futra. Oczy miało jeszcze zamknięte. Popiskując smutno, macało pyskiem ślepo po piersi Robba w poszukiwaniu mleka. Bran niepewnie wyciągnął rękę.
- Śmiało - zachęcił go Robb. - Możesz go dotknąć.
Bran pogłaskał szybko szczenię i odwrócił się do Jona, który powiedział:
- Trzymaj. - Jego przyrodni brat podał mu drugie szczenię. - Jest ich pięć. - Bran usiadł na ziemi i przytulił wilczka do twarzy. Poczuł miękkość i ciepło jego sierści.
- Wilkory w królestwie po tylu latach - mruknął Hullen, koniuszy. - To mi się nie podoba.
- To znak - stwierdził Jory.
Ich ojciec zachmurzył się.
- Jory, to tylko zdechłe zwierzę - powiedział, choć sam wydawał się zatroskany. Kiedy obchodził wilka, śnieg zaskrzypiał pod jego butami. - Czy wiadomo, co ją zabiło?
- Ma coś wbite w gardło - odezwał się Robb, dumny, że potrafi odpowiedzieć, zanim jeszcze spytał go ojciec. - Tam, pod samą szczęką.
Lord Eddard przyklęknął i wsunął dłoń pod łeb zwierzęcia. Potem szarpnął i podniósł rękę wysoko, tak by wszyscy zobaczyli. Trzymał w niej kawałek rogu, oderwaną rosochę umazaną krwią.
Stojący dookoła zamilkli. Patrzyli na rogi z niepokojem i żaden nie śmiał się odezwać. Nawet Bran wyczuwał ich strach, choć nie rozumiał, czego się boją.
Ojciec odrzucił róg i wytarł dłonie o śnieg.
- Dziwi mnie, że przeżyła na tyle długo, żeby się oszczenić - orzekł. Jego słowa przerwały krąg milczenia.
- Może nie przeżyła - powątpiewał Jory. - Słyszałem... może wilczyca zdechła, zanim urodziły się szczenięta.
- Zrodzone z martwych - wtrącił ktoś. - Jeszcze gorzej.
- Nieważne - rzucił Hullen. - One też niedługo zdechną.
Okrzyk rozpaczy zamarł w gardle Brana.
- Im szybciej, tym lepiej - wtrącił Theon Greyjoy, wyciągając miecz. - Bran, dawaj tutaj tę bestię.
Szczenię przytuliło się do niego, jakby rozumiało ludzkie słowa.
- Nie! - zawołał gwałtownie Bran. - On jest mój!
- Odłóż miecz, Greyjoy - rozkazał Robb. Przez moment wydawało się, że przemawia jak ojciec, jak lord, którym kiedyś miał zostać. - Zatrzymamy te szczeniaki.
- Chłopcze, nie możesz tego zrobić - rzekł Harwin, syn Hullena.
- Okażemy serce, zabijając je - dodał Hullen.
Bran spojrzał na pana ojca, spodziewając się pomocy, lecz napotkał tylko jego nachmurzone oblicze.
- Synu, Hullen ma rację. Lepiej zadać im szybką śmierć, niż pozwolić, by zdychały powoli z zimna i głodu.
- Nie! - Odwrócił głowę, czując napływające do oczu łzy. Nie chciał płakać w obecności ojca.
Robb także nie chciał ustąpić.
- W zeszłym tygodniu oszczeniła się ruda suka ser Rodrika - powiedział. - Przeżyły tylko dwa szczeniaki, więc będzie miała dość mleka.
- Rozerwie je na strzępy, gdy tylko spróbują się przystawić.
- Lordzie Stark - odezwał się Jon. Ten oficjalny ton wywołał zdziwienie. Bran wpatrywał się w niego pełen nadziei. - Znaleźliśmy pięć szczeniaków - kontynuował Jon. - Trzy samce i dwie samice.
- I co z tego, Jonie?
- Ty masz pięcioro dzieci z prawego łoża. Trzech synów i dwie córki. Ta wilczyca jest jakby symbolem twojego Rodu. Los zesłał te szczenięta twoim dzieciom, panie.
Bran zauważył zmianę na twarzy ojca, dostrzegł też spojrzenia, jakie wymienili między sobą stojący dookoła mężczyźni. Poczuł ogromną miłość do Jona. Pomimo swoich siedmiu lat dobrze zrozumiał, czego dokonał jego brat. Liczba zwierząt i ludzi zgadzała się tylko dlatego, że Jon nie wymienił samego siebie. Wspomniał o dziewczynkach, nawet o małym Rickonie, lecz nie wymienił bękarta noszącego nazwisko Snow, nazwisko zwyczajowo nadawane ludziom na północy, którzy mieli pecha urodzić się bezimiennie.
Ojciec szybko zrozumiał.
- A zatem, Jonie, nie chcesz szczenięcia dla siebie? - spytał łagodnie.
- Wilkor widnieje na sztandarze rodu Starków - zauważył Jon. - Ja nie noszę ich nazwiska, ojcze.
Pan ojciec przyglądał mu się uważnie. Robb natychmiast wykorzystał chwilę milczenia.
- Ojcze, sam się zajmę szczeniakiem - wtrącił. - Namoczę ręcznik ciepłym mlekiem i dam mu do ssania.
- Ja też! - krzyknął Bran.
Lord długo mierzył uważnym spojrzeniem swoich synów.
- Łatwo powiedzieć, ale trudniej zrobić. Nie pozwolę, żebyście zawracali głowę służbie. Jeśli chcecie zatrzymać szczeniaki, sami musicie je karmić. Jasne? - Bran przytaknął mu gorliwie. Szczeniak poruszył się i polizał jego policzek ciepłym językiem. - Sami je też wytresujecie - dodał ojciec. - Wy i nikt inny. Obiecuję, że nikt z psiarni nie dotknie nawet palcem tych potworów. Niech was bogowie mają w opiece, jeśli zaniedbacie swoje zwierzęta, odniesiecie się do nich brutalnie albo źle je wytresujecie. To nie są jakieś tam kundle, które będą żebrać o jedzenie i uciekną przed kopniakiem. Wilkor urwie ci rękę z taką samą łatwością, z jaką pies rozrywa szczura. Czy wciąż chcecie je zatrzymać?
- Tak, ojcze - potwierdził Bran.
- Tak - powtórzył jak echo Robb.
- Szczeniaki mogą zdechnąć bez względu na to, jak bardzo będziecie się starali.
- Nie zdechną - zapewnił go Robb. - Nie pozwolimy im zdechnąć.
- A zatem zatrzymaj je, Jory. Desmond, zabierz pozostałe. Czas wracać do Winterfell.
Dopiero kiedy wsiedli na konie, Bran pozwolił sobie zakosztować słodkiego smaku zwycięstwa. Jechał ze szczeniakiem wciśniętym głęboko i bezpiecznie pod ubranie. Zastanawiał się, jak go nazwać.
Kiedy wjechali na most, Jon gwałtownie zatrzymał konia.
- O co chodzi, Jon? - spytał pan ojciec.
- Nie słyszycie?
Bran słyszał wycie wiatru w konarach drzew, stukot końskich kopyt na drewnianym moście i popiskiwania głodnego szczeniaka, lecz Jon nasłuchiwał czegoś jeszcze.
- Tam - powiedział Jon i pogalopował z powrotem przez most. Patrzyli, jak zsiada z konia w pobliżu zdechłej wilczycy i przyklęka. W następnej chwili wracał już do nich uśmiechnięty. - Pewnie odłączył się od pozostałych - uznał Jon.
- Albo został odpędzony - dodał Eddard Stark, spoglądając na szóstego szczeniaka. Ten był zupełnie biały, a oczy miał czerwone jak krew skazańca, który został stracony tego ranka. Bran zauważył zdziwiony, że tylko ten jeden szczeniak otwiera już oczy.
- Albinos - zauważył Theon Greyjoy z wymuszonym uśmiechem na ustach. - Zdechnie jeszcze przed tamtymi.
Jon Snow rzucił chłodne spojrzenie podopiecznemu ojca.
- Nie sądzę, Greyjoy - oznajmił. - On należy do mnie.
CATELYN
Catelyn nigdy nie lubiła tego bożego gaju.
Sama należała do rodu Tullych, który pochodził z Riverrun, położonego daleko na południu, nad Czerwonych Widłami. Tam bożym gajem był ogród, jasny i rozległy, gdzie strzeliste sekwoje rzucały cień na szemrzące strumyki, a w powietrzu przesyconym wonią kwiatów rozbrzmiewały nieustannie ptasie śpiewy.
Bogowie Winterfell mieli dla siebie inny obszar. Było to mroczne, pierwotne miejsce, trzy akry starego lasu, nie tkniętego od dziesięciu tysięcy lat, kiedy budowano wokół niego ponury zamek. Tutaj rosły uparte drzewa strażnicze, uzbrojone w szarozielone igły, potężne dęby oraz graby równie stare jak cała ta ziemia. Ogromne pnie wyrastały tuż obok siebie, a ich splątane konary tworzyły szczelny baldachim, w ziemi zaś wiły się skłębione korzenie. Było to miejsce pogrążone w cieniu i głębokiej ciszy, a zamieszkujący je bogowie nie posiadali imion.
Wiedziała, że tutaj znajdzie męża tego wieczoru. Zawsze kiedy wymierzał sprawiedliwość, potem szukał spokoju w bożym gaju.
Catelyn została namaszczona i otrzymała imię w blasku tęczy, której światło wypełniało Wielki Sept w Riverrun. Ona należała do Wiary, podobnie jak jej ojciec, dziad i pradziad. Jej bogowie posiadali imiona, znała ich twarze równie dobrze jak twarze swoich rodziców. Wielbili bogów wonią kadzidła, kolorami tęcz, które wysyłał siedmioboczny kryształ, i śpiewami. W domu Tullych, podobnie jak w innych wielkich domach, także mieli boży gaj, lecz stanowił on raczej miejsce spacerów, gdzie chodziło się poczytać lub odpocząć na słońcu. Miejscem modlitwy był sept.
Specjalnie dla niej Ned kazał wybudować mały sept, gdzie mogła śpiewać siedmiu twarzom boga. W żyłach Starków płynęła krew Pierwszych Ludzi, a jego bogami pozostali starzy, bezimienni bogowie o nieznanych twarzach, bogowie zielonych lasów, które zamieszkiwali wraz z zaginionymi dziećmi lasu.
Pośrodku gaju, nad małym stawem wypełnionym zimną i czarną wodą, rosło pradawne czardrzewo. Drzewo serce, jak nazwał je Ned. Korę miało białą jak kość, a jego ciemnoczerwone liście przypominały tysiące zakrwawionych dłoni. W pniu wyrzeźbiono twarz, twarz pociągłą i zamyśloną; głęboko wycięte oczy, czerwone od wyschniętych soków, sprawiały wrażenie czujnie obserwujących. Stare to były oczy, starsze od samego Winterfell. Podobno widziały, jak Brandon Budowniczy położył pierwszy kamień, a potem przyglądały się, jak rosły granitowe mury zamku. Podobno to dzieci lasu rzeźbiły twarze na drzewach w zamierzchłych czasach, jeszcze przed nadejściem Pierwszych Ludzi, którzy przybyli przez wąskie morze.
Na południu ostatnie czardrzewa zostały wycięte albo wypalone tysiąc lat temu, z wyjątkiem Wyspy Twarzy, na której zieloni ludzie czuwali w milczeniu. Tutaj wszystko było inne. Tutaj każdy zamek ma swój boży gaj, każdy boży gaj ma swoje drzewo serce, a każde drzewo serce ma swoją twarz.
Catelyn znalazła męża pod czardrzewem, na kamieniu porośniętym mchem. Ułożył miecz, Lód, na kolanach i obmywał jego głownię wodą czarną jak noc. Warstwy próchnicy nagromadzone przez tysiące lat tłumiły odgłos jej kroków, lecz czerwone oczy drzewa wydawały się pilnie ją śledzić.
- Ned - przemówiła cicho. Podniósł głowę i spojrzał na nią.
- Catelyn - powiedział. Mówił głosem jakby nieobecnym i bardzo oficjalnym. - Gdzie są dzieci?
Zawsze o nie pytał.
- W kuchni. Sprzeczają się o imiona swoich wilczych szczeniąt. - Rozłożyła płaszcz na ziemi i usiadła na brzegu stawu, opierając się plecami o drzewo. Czuła na sobie jego oczy, lecz starała się nie zwracać na to uwagi. - Arya już pokochała swojego, Sansa też jest oczarowana, za to Rickon jest niepewny.
- Boi się? - spytał Ned.
- Trochę - przyznała. - Ma dopiero trzy lata.
Ned zmarszczył brwi.
- Musi nauczyć się stawiać czoło obawom. Będzie coraz starszy. A poza tym nadchodzi zima.
- Tak - rzekła Catelyn. Na dźwięk tych słów poczuła dreszcz, jak zawsze kiedy je słyszała. Była to dewiza Starków. Wszystkie wielkie rody posiadały rodzinne zawołanie, swojego rodzaju modlitwę, w której wielbiono honor i chwałę, składano przysięgę lojalności, wiary i odwagi. Wszystkie, tylko nie ród Starków. Nadchodzi zima, tak brzmiała ich dewiza. Nie po raz pierwszy pomyślała, jak dziwni są mieszkańcy północy.
- Tamten człowiek umarł dzielnie, muszę mu to przyznać - oświadczył Ned. W dłoni trzymał kawałek skóry namoczonej oliwą. Przeciągnął nim wolno po ciemnym ostrzu, aż zalśniło. - Bran także spisał się dzielnie. Byłabyś z niego dumna.
- Zawsze jestem dumna z Brana - odparła Catelyn, patrząc, jak wyciera ostrze. Widziała niemal jego pulsujące wnętrze, które długo nabierało kształtu w kuźni. Catelyn nie lubiła mieczy, lecz musiała przyznać, że Lód stanowił przykład wyjątkowo pięknego oręża. Wykuto go w Valyrii, w czasach kiedy kowale kuli metal za pomocą młotów i zaklęć. Liczył już sobie czterysta lat, a pozostał tak samo ostry jak pierwszego dnia. Jego imię było jeszcze starsze, pochodziło z Ery Herosów, kiedy Starkowie byli królami północy.
- Już czwarty tego roku - oznajmił ponuro Ned. - Biedaczyna był na wpół szalony. Coś przepełniło go strachem tak bardzo, że moje słowa nie docierały do niego. - Westchnął. - Ben pisze, że w Nocnej Straży nie ma już nawet tysiąca ludzi. I to nie tylko z powodu dezercji. Tracą też ludzi w czasie wypadów.
- Przez dzikich? - spytała.
- Tylko przez nich? - Ned uniósł miecz i powiódł wzrokiem wzdłuż chłodnego ostrza. - Przyjdzie wreszcie taki dzień, kiedy nie będę miał wyboru. Będę zmuszony wznieść chorągwie i pojechać na północ, by zmierzyć się z Królem za Murem.
- Za Murem? - Catelyn zadrżała na myśl o tym.
Ned zauważył niepokój na jej twarzy.
- Mance Raydera raczej nie powinniśmy się obawiać.
- Za Murem mieszkają mroczne istoty. - Obejrzała się, zerkając na drzewo serce, na jego bladą korę i czerwone oczy; wydawało się, że drzewo, zadumane, obserwuje ich, słucha, i myśli.
Uśmiechnął się łagodnie.
- Słuchasz za dużo opowieści Starej Niani. Inni umarli tak samo jak dzieci lasu, nie ma ich tutaj już od ośmiu tysięcy lat. Maester Luwin twierdzi nawet, że nigdy ich nie było. Nikt z żyjących ich nie widział.
- Tak jak do dzisiejszego ranka nikt nie widział wilkora - zauważyła Catelyn.
- Powinienem już wiedzieć, że nie należy się sprzeczać z kimś z rodu Tullych - odpowiedział, uśmiechając się smutno. Wsunął Lód do pochwy. - Ale przecież nie przyszłaś tutaj, żeby opowiadać mi bajeczki. Wiem, że nie przepadasz za tym miejscem. O co chodzi, pani?
Catelyn wzięła męża za rękę.
- Mój panie, otrzymaliśmy smutne wieści. Nie chciałam cię smucić, zanim się nie oczyścisz. - Nie wiedziała, jak zrobić to delikatniej, więc przekazała mu wiadomość jednym tchem: - Tak mi przykro, kochany. Jon Arryn nie żyje.
Poszukał spojrzeniem jej oczu. Spodziewała się tego, a mimo to bardzo ją uderzyło, widząc, jak ciężko to przyjął. Jako chłopiec, Ned dostał się pod opiekę Rodu z Orlego Gniazda, a bezdzietny lord Arryn stał się jego drugim ojcem, jego, a także jego towarzysza, Roberta Baratheona. Kiedy szalony król Aerys II Targaryen zażądał ich głów, lord Orlego Gniazda wolał wznieść chorągiew z księżycem i sokołem, niż pozwolić, żeby skrzywdzono tych, których obiecał chronić.
Pewnego dnia, przed czternastoma laty, jego drugi ojciec został także bratem, kiedy razem stanęli w sepcie Riverrun, by poślubić dwie siostry, córki lorda Hostera Tully'ego.
- Jon... - Westchnął. - Czy to pewna wiadomość?
- Potwierdzona królewską pieczęcią. Robert napisał list własnoręcznie. Zatrzymałam go dla ciebie. Pisze, że lord Arryn odszedł szybko. Nawet maester Pycelle nie potrafił mu pomóc. Podał mu tylko makowe mleko, żeby Jon nie cierpiał długo.
- Niewielka to łaska - odparł. Widziała głęboki smutek na jego twarzy, a mimo to pomyślał o niej. - A twoja siostra? - spytał. - I chłopak Jona? Co o nich pisze?
- Wiem tylko, że mają się dobrze i wrócili do Orlego Gniazda - powiedziała Catelyn. - Szkoda, że nie pojechali raczej do Riverrun. Orle Gniazdo leży wysoko i na odludziu, a poza tym to dom jej męża. Każdy kamień będzie Lysie go przypominał. Znam moją siostrę. Jej potrzeba pociechy rodziny i przyjaciół.
- Twój stryj czeka w Dolinie Arrynów, prawda? Słyszałem, że Król pasował go na Pierwszego Rycerza Bramy.
Catelyn przytaknęła mu.
- Brynden zrobi wszystko, co w jego mocy, by ją pocieszyć, ją i chłopca, lecz...
- Jedź do niej - odezwał się Ned. - Zabierz dzieci. Niech wypełnią ich dom śmiechem i hałasem. Jej chłopak potrzebuje towarzystwa innych dzieci. Lysa nie powinna pozostawać sama w cierpieniu.
- Gdybym tylko mogła to uczynić - oświadczyła Catelyn. - List zawiera też inne wieści. Król przyjeżdża do Winterfell, chce się spotkać z tobą.
Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego znaczenie jej słów, lecz wtedy jego oblicze wyraźnie się rozpromieniło.
- Robert przyjeżdża? - Kiedy skinęła głową, jego twarz rozjaśnił uśmiech.
Catelyn żałowała, że nie może podzielać radości męża, ale słyszała, o czym szeptano na dziedzińcach: martwy wilkor znaleziony w śniegu, złamany róg w jego gardle. Pomimo coraz większego strachu zmusiła się do uśmiechu, patrząc na mężczyznę, którego kochała, a który nie wierzył w znaki.
- Wiedziałam, że się ucieszysz - powiedziała. - Powinniśmy posłać wiadomość na Mur, do twojego brata.
- Oczywiście - odparł. - Ben z pewnością zechce nam towarzyszyć. Każę maesterowi Luwinowi posłać najszybszego ptaka. - Ned podniósł się i pomógł jej wstać. - A niech mnie, ile to lat minęło? I nic więcej w liście? Pisze przynajmniej, ilu ludzi z nim przyjedzie?
- Przypuszczam, że ze stu rycerzy, każdy ze swoją świtą, i co najmniej pięćdziesięciu wolnych. Będzie też z nimi Cersei wraz z dziećmi.
- Pewnie ze względu na nich Robert nie będzie się spieszył - zauważył. - I dobrze. Przynajmniej zdążymy się przygotować.
- Przyjeżdżają też bracia Królowej - dodała.
Ned skrzywił się. Catelyn wiedziała, że jej mąż nie darzy rodziny królewskiej wielką miłością. Ród Lannisterów z Casterly Rock przyłączył się do Roberta dość późno, właściwie kiedy jego zwycięstwo było już przesądzone. Król Robert nigdy im tego nie wybaczył.
- No cóż, jeśli ceną za towarzystwo Roberta ma być plaga Lannisterów, niech i tak będzie. A zatem zanosi się, że Robert przywiezie ze sobą połowę dworu.
- Tam, dokąd Król zdąża, podążają i jego poddani.
- Z radością zobaczę jego dzieci. Najmłodsze było jeszcze przy piersi, kiedy widziałem je po raz ostatni. Teraz chłopak ma chyba z pięć lat, prawda?
- Książę Tommen ma siedem lat - wyjaśniła. - Jest w wieku Brana. Proszę cię, Ned, trzymaj język za zębami. Kobieta Lannisterów jest naszą Królową, mówią też, że z każdym rokiem staje się coraz bardziej dumna.
Ned uścisnął jej dłoń.
- Ale nie obejdzie się bez uczty z muzyką. Robert z pewnością zechce zapolować. Wyślę Jory'ego na południe z gwardią honorową, aby przywitali go na królewskim trakcie i poprowadzili do nas. Bogowie, jak my ich wyżywimy? Powiadasz, że już są w drodze? A niech go, złoiłbym tę jego królewską skórę.
DAENERYS
Jej brat uniósł suknię wysoko, by mogła się jej przyjrzeć.
- Piękna. Dotknij tylko. Śmiało. Zobacz, jaki materiał. - Dany dotknęła tkaniny. Była tak miękka, że wydawało się, iż płynie między palcami jak woda. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek miała na sobie suknię z równie wspaniałej tkaniny. Fakt ten przerażał ją. Odsunęła dłoń.
- Naprawdę należy do mnie?
- Podarunek od magistra Illyria - rzekł Viserys, uśmiechając się. Tego wieczoru był w doskonałym nastroju. - Jej kolor podkreśli fiolet twoich oczu, do tego złote ozdoby, drogie kamienie. Tak obiecał Illyrio. Dzisiejszego wieczoru musisz wyglądać jak księżniczka.
Księżniczka, pomyślała Dany. Już zapomniała, co znaczy być księżniczką. A może nigdy nie wiedziała.
- Dlaczego jest dla nas taki hojny? - spytała. - Czego chce w zamian? - Od ponad pół roku mieszkali w domu magistra rozpieszczani przez jego służbę. Dany miała trzynaście lat. Była wystarczająco dorosła, żeby wiedzieć, że takie podarunki mają swoją cenę w wolnym mieście Pentos.
- Illyrio nie jest głupcem - odezwał się Viserys. Był chudym, dwudziestoletnim młodzieńcem, którego dłonie wciąż błądziły nerwowo, a w jego liliowych oczach migotały gorączkowe iskierki. - Magister dobrze wie, że nie zapomnę o przyjaciołach, kiedy zasiądę na tronie.
Dany nic nie odpowiedziała. Magister Illyrio zajmował się handlem przyprawami korzennymi, smoczą kością oraz innymi, mniej szlachetnymi towarami. Podobno miał przyjaciół we wszystkich Dziewięciu Wolnych Miastach, a nawet jeszcze dalej, w Vaes Dothrak czy w legendarnych krainach za Morzem Nefrytowym. Mówiono też, że nie ma dla niego przyjaciela, którego by nie sprzedał z uśmiechem na ustach za odpowiednią cenę. Dany uważnie słuchała, co mówią ludzie na ulicach, ale wiedziała, że nie należy wypytywać brata, który tka swoją sieć z marzeń. Dobrze znała jego gniew. Sam Viserys mawiał, że rozgniewać go, to jak obudzić smoka.
Jej brat powiesił suknię przy drzwiach.
- Illyrio przyśle niewolnice, pomogą ci w kąpieli. Tylko żebyś skutecznie usunęła smród stajni. Khal Drogo ma mnóstwo koni, lecz dzisiejszego wieczoru będzie się rozglądał za innego rodzaju wierzchowcem. - Przyjrzał się Dany uważnie. - Wciąż się garbisz. Stań prosto. - Odciągnął jej ramiona do tyłu. - Niech zobaczę twoją kobiecą sylwetkę. - Przesunął dłonią po jej kwitnących dopiero piersiach i uszczypnął ją lekko w sutkę. - Nie zawiedź mnie dzisiaj, bo pożałujesz. Chyba nie chcesz obudzić smoka, prawda? - Uszczypnął mocniej, tak że poczuła ból mimo grubej tuniki. - Prawda? - powtórzył.
- Nie - odparła potulnie.
Viserys uśmiechnął się.
- Dobrze. - Dotknął jej włosów, niemal czule. - Kiedy będą spisywać historię moich rządów, kochana siostro, napiszę, że wszystko zaczęło się dzisiejszej nocy.
Po jego wyjściu Dany podeszła do okna i popatrzyła tęsknie na wody zatoki. Widziała ciemne kontury przysadzistych ceglanych wież miasta Pentos na tle zachodzącego słońca. Słyszała śpiewy czerwonych kapłanów, którzy rozpalali nocne ognie, a także krzyki obszarpanych dzieci, bawiących się za murami posiadłości. Przez chwilę żałowała, że nie może być z nimi, biegać boso do utraty tchu, odziana w łachmany, bez przeszłości i przyszłości, bez perspektywy uczt w pałacu khala Drogo.
Gdzieś jeszcze za zachodzącym słońcem, za wąskim morzem, znajdowała się kraina zielonych wzgórz, kwiecistych łąk i rwących rzek, gdzie wśród błękitnoszarych gór wyrastały wieże z ciemnego kamienia i gdzie rycerze spod różnych chorągwi potykali się w turniejach. Dothrakowie nazywali tę krainę Rhaesh Andahli, ziemią Andalów. Mieszkańcy Wolnych Miast nazywali ich kraj Westeros albo Królestwem Zachodzącego Słońca. Jej brat zaś używał prostszej nazwy. "Nasza ziemia", mówił po prostu. W jego ustach słowa te brzmiały prawie jak modlitwa. Jakby wierzył, że bogowie usłyszą go, jeśli tylko będzie je powtarzał wystarczająco często. "Nasza", mawiał, "nasze dziedzictwo. Odebrana nam podstępem, lecz wciąż nasza, na zawsze nasza. Nie wolno kraść niczego smokowi, o nie. Smok nie zapomina".
Może smok pamiętał, ale nie Dany. Nigdy nie widziała ziemi za wąskim morzem, którą jej brat uważał za ich własność. Wszystkie miejsca, o których opowiadał, ich nazwy - Casterly Rock, Orle Gniazdo, Wysogród, Dolina Arrynów, Dorne, Wyspa Twarzy - były tylko słowami. Viserys miał osiem lat, kiedy opuścili Królewską Przystań, uciekając przez nadciągającymi wojskami Uzurpatora, lecz Daenerys była jeszcze wtedy w łonie matki.
Brat tak często opowiadał Dany o tamtej ziemi, że czasem potrafiła sobie wyobrazić pewne sceny. Widziała blask księżycowych promieni migocących na czarnych żaglach w czasie ucieczki nocą na Smoczą Skałę. Jej brat Rhaegar walczył z Uzurpatorem w krwawych wodach Tridentu i zginął za kobietę, którą kochał. Potem psy Uzurpatora, jak Viserys nazywał lorda Lannistera i Starka, splądrowały Królewską Przystań. Księżniczka Elia z Dorne błagała o litość, kiedy odebrano jej od piersi potomka Rhaegara i zabito go na jej oczach. Wypolerowane czaszki ostatnich smoków patrzyły pustymi oczyma w sali tronowej, jak Królobójca złotym mieczem otwiera gardło ich ojca.
Dany urodziła się na Smoczej Skale dziewięć księżyców po ich ucieczce, w czasie letniego sztormu, który niemal zburzył umieszczoną na wyspie twierdzę. Podobno była to straszna burza. Zmiotła targaryeńskie statki, ciskając w spienione wody wąskiego morza kamienne bloki, zerwane z przedmurzy. Jej matka umarła w czasie porodu, czego Viserys nigdy jej nie wybaczył.
Smoczej Skały także nie pamiętała. Uciekli, zanim brat Uzurpatora i jego ludzie wyruszyli na dopiero co zbudowanych statkach. Wtedy w posiadaniu rodziny Dany pozostała już tylko Smocza Skała - odwieczna siedziba rodu. Jednak nie na długo. Uknuto spisek, na mocy którego mieli zostać sprzedani Uzurpatorowi, lecz którejś nocy ser Willem Darry wraz z czterema wiernymi mu ludźmi wdarli się do pokoi dziecinnych i wykradli ich razem z niańką. Uciekli na statku pod osłoną nocy i schronili się bezpiecznie na wybrzeżu Braavos.
Jak przez mgłę pamiętała ser Willema: ogromny jak niedźwiedź, prawie ślepy i siwy, grzmiał, wydając polecenia ze swojego łóżka, w którym leżał złożony chorobą. Słudzy bali się go jak ognia, lecz on zawsze był miły dla Dany. Nazywał ją "małą księżniczką", czasem zwracał się do niej "moja pani". Dłonie miał miękkie, jakby pokryte starą skórą. Nigdy nie opuszczał łóżka, dlatego jego komnatę wypełniał nieustannie gorący, wilgotny i słodkawy smród choroby. Wtedy mieszkali w Braavos. Miała tam swój pokój, a przed jej oknem rosło drzewo cytrynowe. Po śmierci ser Willema służba rozkradła pieniądze, jakie im pozostały, i niedługo potem musieli opuścić ogromny dom. Dany płakała, kiedy zamknęły się za nimi na zawsze czerwone drzwi.
Od tamtej pory wciąż wędrowali, z Braavos do Myr, z Myr do Tyrosh i dalej do Qohoru, Volantis i Lys, nigdzie nie zatrzymywali się na długo. Jej brat nie pozwalał na to. Wciąż powtarzał, że zbiry Uzurpatora depczą im po piętach, chociaż Dany nigdy nie widziała żadnego.
Początkowo kupcy korzenni, archonci i magnaci handlowi chętnie widzieli pod swoim dachem ostatnich z rodu Targaryenów, lecz w miarę upływu lat - Uzurpator wciąż zasiadał na Żelaznym Tronie - coraz częściej zamykano przed nimi drzwi, a ich życie stawało się jeszcze bardziej podłe. Wreszcie zmuszeni byli sprzedać ostatnie majętności, a teraz pozbyli się nawet monety z korony ich matki. W ciemnych zakamarkach Pentos jej brata nazywano "żebraczym królem". Dany nie chciała wiedzieć, co mówiono o niej.
"Kochana siostrzyczko, kiedyś odzyskamy to wszystko - zwykł mawiać Viserys. Czasem jego ręce drżały, kiedy o tym mówił. - Klejnoty, jedwabie, Smoczą Skałę, Królewską Przystań i Siedem Królestw, odzyskamy wszystko, co nam zabrano". Viserys żył w oczekiwaniu na ten dzień. Daenerys zaś pragnęła jedynie ogromnego domu z czerwonymi drzwiami i drzewem cytrynowym za oknem oraz dzieciństwa, którego nie pamiętała.
Ktoś cicho zapukał do drzwi.
- Wejść - powiedziała Dany, odwracając się od okna. Weszły służące Illyria. Skłoniły się i zaczęły przygotowywać kąpiel. Były niewolnicami i stanowiły podarunek od jednego z licznych dothrackich przyjaciół kupca. W wolnym mieście Pentos nie istniało niewolnictwo, niemniej jednak służące były niewolnicami. Stara kobieta, drobna i siwa, nie odzywała się, za to jasnowłosa i niebieskooka szesnastoletnia dziewczyna nie przestawała mówić.
Napełniły balię gorącą wodą z kuchni i dodały do niej pachnących olejków. Dziewczyna ściągnęła z Dany tunikę z surowej bawełny i pomogła jej wejść do balii. Woda okazała się bardzo gorąca, lecz Daenerys nawet nie drgnęła. Było jej przyjemnie. Poczuła się czysta. Brat zawsze jej powtarzał, że dla kobiety z rodu Targaryenów woda nigdy nie jest za gorąca. "Nasz ród jest rodem smoka - mawiał. - Mamy ogień w żyłach".
Staruszka w milczeniu umyła jej długie, bladosrebrzyste włosy i rozczesała je delikatnie. Dziewczyna wyszorowała plecy i stopy Dany, powtarzając, jakie spotkało ją szczęście.
- Drogo jest tak bogaty, że nawet jego niewolnicy noszą złote obroże. W jego khalasarze jeździ sto tysięcy ludzi, a w jego pałacu w Vaes Dothrak znajduje się dwieście pokoi z drzwiami ze srebra. - Mówiła bez końca, jak przystojny jest sam khal, jaki wysoki i dziki, nieustraszony w bitwie, niezrównany jeździec i łucznik. Daenerys milczała przez cały czas. Dotąd sądziła, że kiedy osiągnie odpowiedni wiek, poślubi Viserysa. Od wieków, odkąd Aegon Zdobywca wziął sobie za żonę swoją siostrę Rhaenys, Targaryenowie poślubiali własne siostry. Viserys powtarzał jej wielokrotnie, że linia rodowa musi pozostać czysta, że w ich żyłach płynie królewska krew, złocista krew pradawnej Valyrii, smocza krew. Smoki nie łączyły się z dzikimi zwierzętami, a Targaryenowie nie mieszali swojej krwi z krwią pomniejszych rodów. Teraz jednak Viserys postanowił sprzedać ją obcemu, barbarzyńcy.
Kiedy służące już ją umyły, pomogły jej wyjść z balii i wytarły do sucha. Dziewczyna czesała włosy Dany, tak że zalśniły niczym strumień roztopionego srebra, podczas gdy staruszka natarła ją wonnymi perfumami z dothrackich równin: odrobinę na każdym nadgarstku, za uszami, sutki piersi i wreszcie między nogami. Podano jej skąpą bieliznę, którą przysłał Illyrio, a potem włożyła szatę z jedwabiu w kolorze ciemnej śliwy dla podkreślenia fioletu jej oczu. Dziewczyna wsunęła na stopy Daenerys pozłacane sandały, a staruszka wpięła jej we włosy tiarę i nałożyła na nadgarstki złote bransolety wysadzane ametystami. Wreszcie nałożono jej naszyjnik, cały ze złota, ciężki, ozdobiony glifami z czasów dawnej Valyrii.
- Teraz wyglądasz jak księżniczka - odezwała się młoda służąca, kiedy skończyły ją ubierać. Dany zerknęła na swoje odbicie w lustrze w srebrnej ramie, które przysłał roztropny Illyrio. Księżniczka, pomyślała, lecz zaraz przypomniała sobie, co powiedziała dziewczyna o bogactwie khala Drogo, że nawet jego służący nosili złote naszyjniki. Poczuła nagle dreszcz, a jej nagie ramiona pokryła gęsia skórka.
Brat czekał w chłodnym holu wejściowym. Siedział na brzegu basenu, wodząc palcami po powierzchni wody. Wstał, kiedy weszła, i przyjrzał się jej uważnie.
- Stań tam - zwrócił się do niej. - Odwróć się. Tak. Dobrze. Wyglądasz...
- Jak królowa - skończył za niego magister Illyrio, wchodząc przez sklepione wejście.
Jak na tak potężnego mężczyznę, poruszał się z zadziwiającą lekkością. Kiedy szedł, zwały tłuszczu na jego ciele podskakiwały pod luźną jedwabną szatą w kolorze płomieni. Na każdym jego palcu lśnił kamień szlachetny, a rozszczepioną, żółtawą brodę tak mocno miał naoliwioną, że lśniła, jakby była ze szczerego złota.
- Księżniczko Daenerys, niech Pan Światła obsypie cię swoimi łaskami w ten najszczęśliwszy dzień - powiedział kupiec, ujmując jej dłoń. Skłonił głowę i błysnął poprzez brodę krzywymi i pożółkłymi zębami. - Istne objawienie, tak bym ją nazwał, Wasza Miłość - zwrócił się do jej brata. - Drogo będzie zachwycony.
- Jest za chuda - uznał Viserys. Włosy, tak samo srebrzyste jak włosy siostry, nosił związane z tyłu i spięte broszą ze smoczej kości. Surowe spojrzenie oczu podkreślało twarde rysy jego szczupłej twarzy. Oparł dłoń na rękojeści miecza, który pożyczył mu Illyrio, i zapytał: - Jesteś pewien, że khal Drogo lubi takie młode kobiety?
- W niej płynie odpowiednia krew. Ona jest wystarczająco dorosła dla khala - powtórzył Illyrio to, co mówił mu już wielokrotnie. - Spójrz na nią. Te srebrzystozłote włosy, te fioletowe oczy... bez wątpienia ma w sobie krew Valyrian, a do tego ma szlachetne urodzenie, córka dawnego króla, siostra nowego, bez wątpienia zrobi wrażenie na Drogo. - Puścił jej dłoń, a Daenerys poczuła, że drży.
- Mam nadzieję - odpowiedział jej brat bez przekonania. - Dzikusy mają dziwne gusta. Chłopcy, konie, owce...
- Lepiej nie wspominaj o tym w obecności khala Drogo - doradził Illyrio.
W ciemnych oczach Viserysa błysnęły iskierki gniewu.
- Bierzesz mnie za głupca?
Kupiec skłonił się lekko.
- Biorę cię za króla. Królowie zapominają czasem o ostrożności zwykłych ludzi. Wybacz, jeśli poczułeś się urażony. - Odwrócił się i klaśnięciem dał znak służącym.
Jechali ciemnymi ulicami w misternie rzeźbionym palankinie Illyria. Drogę oświetlało im dwóch służących, którzy szli przed nimi z lampami oliwnymi z jasnoniebieskimi szybkami. Tuzin silnych mężczyzn dźwigało na ramionach lektykę. Dany czuła smród bladego ciała Illyria, który przebijał się przez silny zapach perfum.
Jej brat nic nie czuł, siedział rozwalony na poduszkach obok niej. Myślami był daleko, po drugiej stronie wąskiego morza.
- Nie będziemy potrzebowali całego khalasaru - stwierdził Viserys. Jego palce pląsały po rękojeści pożyczonego miecza. Dany wiedziała, że nigdy nie użył żadnego miecza. - Wystarczy dziesięć tysięcy. Tak, wystarczy mi dziesięć tysięcy dothrackich wyjców, żeby zmieść Siedem Królestw. Lud z pewnością powstanie i zechce wspomóc prawowitego Króla. Tyrell, Redwyne, Darry, Greyjoy, wszyscy oni darzą Uzurpatora takimi samymi uczuciami jak ja. Dornijczycy nie mogą się doczekać, kiedy pomszczą Elię i jej dzieci. Lud też pójdzie za mną. Oni czekają na swojego Króla. - Spojrzał na Illyria pytającym wzrokiem. - Prawda?
- To są twoi ludzie i kochają cię - zapewnił go kupiec Illyrio. - W całym królestwie ludzie potajemnie wznoszą toasty za twoje zdrowie, a kobiety wyszywają chorągwie ze smokiem, i trzymają je na dzień twojego powrotu. - Wzruszył ogromnymi ramionami. - Tak przynajmniej mówią moi wysłannicy.
Dany nie miała swoich wysłanników ani żadnej innej możliwości dowiedzenia się, co myślą lub robią za wąskim morzem, lecz nie ufała słodkim zapewnieniom Illyria, tak samo jak nie wierzyła we wszystko, co o nim mówiono. Ale jej brat przytakiwał kupcowi gorliwie.
- Własnymi rękoma zabiję Uzurpatora - zapewniał ten, który nigdy nikogo nie zabił. - Tak samo jak on zabił mojego brata Rhaegara. Zabiję też Lannistera, Królobójcę, za to, co zrobił mojemu ojcu.
- Tak będzie najlepiej - przyznał Illyrio. Dany dostrzegła cień uśmiechu na jego ustach, którego jej brat oczywiście nie zauważył. Kiwając głową, Viserys odsunął zasłonę i utkwił wzrok w ciemności. Dany dobrze wiedziała, że po raz kolejny toczy bitwę nad Tridentem.
Dziewięć wież pałacu khala Drogo wznosiło się nad wodami zatoki, blady bluszcz spowijał grube, ceglane mury. Illyrio wyjaśnił im, że khal otrzymał go od kupców z Pentos. Wolne Miasta zawsze pozostawały hojne wobec panów końskich plemion.
- Nie boimy się tych barbarzyńców - opowiadał im Illyrio z uśmiechem na ustach. - Pan Światła zachowałby nasze miasta, nawet gdyby przyszło i milion Dothraków, tak przynajmniej utrzymują czerwoni kapłani... ale po co kusić los, kiedy ta przyjaźń niewiele kosztuje?
Ich palankin zatrzymał się przy bramie. Jeden ze strażników odsunął gwałtownie zasłonę. Skórę miał miedzianą, a oczy w kształcie migdałów, jak typowy Dothrak, lecz na jego twarzy nie było cienia zarostu, a na głowie miał hełm z brązu, noszony przez Nieskalanych. Obrzucił ich chłodnym spojrzeniem. Kupiec Illyrio warknął coś w jego ojczystym, chropowatym języku, a strażnik odpowiedział tak samo burkliwym tonem i dał znak, że mogą jechać.
Dany zauważyła, że dłoń brata spoczywa zaciśnięta na rękojeści pożyczonego miecza. Wyraz jego twarzy mówił jej, że on boi się tak samo jak ona.
- Grubiański eunuch - mruknął Viserys, kiedy niewolnicy podnieśli ich palankin i ruszyli do pałacu.
Kupiec Illyrio natychmiast pospieszył ze słodkim wyjaśnieniem.
- Na dzisiejszą ucztę przybywa wielu ważnych gości. Tacy ludzie mają wrogów. Khal musi chronić swoich gości, ciebie przede wszystkim, Wasza Miłość. Nie watpię, że Uzurpator dobrze by zapłacił za twoją głowę.
- O, tak - odparł ponuro Viserys. - Próbował ją dostać, zapewniam cię, Illyrio. Jego zbiry wciąż idą za nami. Jestem ostatnim smokiem i dopóki ja żyję, on nie będzie spał spokojnie.
Palankin zwolnił i zatrzymał się. Zasłony rozsunęły się i jeden z niewolników podał rękę Daenerys, by pomóc jej wysiąść. Zauważyła, że ma naszyjnik ze zwykłego brązu. Za nią wysiadł brat z dłonią wciąż zaciśniętą na rękojeści miecza. Dwóch silnych niewolników musiało pomóc kupcowi podnieść się.
Wnętrze pałacu wypełniała ciężka woń korzeni, słodkich cytryn i cynamonu. Poprowadzono ich przez salę wejściową, w której mozaika z kolorowego szkła przedstawiała Zagładę Valyrii. Na ścianach wisiały oliwne latarnie z żelaza. Eunuch stojący pod łukowatym wejściem obrośniętym kamiennym bluszczem ogłosił śpiewnym tonem ich przybycie.
- Viserys z Rodu Targaryenów, Trzeci Tego Imienia - zawołał wysokim, słodkim głosem - Król Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, Pan Siedmiu Królestw i Protektor Całego Państwa. Jego siostra, Daenerys Zrodzona w Burzy, Księżniczka ze Smoczej Skały. Jego szacowny gospodarz, Illyrio Mopatis, Magister z Wolnego Miasta Pentos.
Minęli eunucha i weszli na dziedziniec otoczony kolumnami także obrośniętymi bladym bluszczem. W blasku księżyca jego liście połyskiwały odcieniami kości i srebra. Wśród gości znajdowało się wielu Dothraków - ogromni mężczyźni o miedzianej skórze i opadających brodach ściągniętych metalowymi pierścieniami; długie, czarne włosy nacierali mocno oliwą i zaplatali w warkocze, które obwieszali dzwoneczkami. Ale byli też wśród nich najemni zbóje z Pentos, Myr i Tyrosh, czerwony kapłan grubszy nawet od Illyria, włochaci mieszkańcy Portu Ibben oraz dostojnicy z Wysp Letnich o skórze koloru hebanu. Daenerys przyglądała się im z zainteresowaniem, lecz z przerażeniem stwierdziła, że jest tu jedyną kobietą.
- Ci trzej to bracia krwi Drogo. - Usłyszała szept Illyria. - Obok kolumny stoi khal Moro z synem Rhogoro. Ten z zieloną brodą to brat Archonta z Tyrosh, a za nim ser Jorah Mormont.
Imię ostatniego przyciągnęło uwagę Daenerys.
- Rycerz?
- A jakże. - Poprzez brodę Illyria przecisnął się uśmiech. - Namaszczony siedmioma olejami przez samego Wielkiego Septona.
- Co on tutaj robi? - spytała.
- Uzurpator chciał jego głowy - wyjaśnił Illyrio. - Chodziło o jakiś drobny afront. Mormont sprzedał kłusowników handlarzowi niewolników z Tyrosh, zamiast oddać ich ludziom z Nocnej Straży. Co za absurdalne prawo. Człowiek powinien móc robić ze swoją własnością co mu się podoba.
- Chciałbym porozmawiać z ser Jorahem przed końcem wieczoru - powiedział jej brat. Dany przyglądała się rycerzowi zaciekawiona. Był łysiejącym mężczyzną, który z pewnością ukończył czterdzieści lat, lecz trzymał się dobrze. Jego strój wykonany był głównie z wełny i skóry, a nie z jedwabiu i bawełny, jak odzienia pozostałych. Miał na sobie ciemnozieloną bluzę, na której widniał czarny niedźwiedź stojący na tylnych łapach.
Wciąż przyglądała się dziwnemu przybyszowi z rodzinnych stron, których nigdy nie widziała, kiedy nagle poczuła na ramieniu wilgotną dłoń Illyria.
- Spójrz tam, słodka księżniczko - szepnął. - Oto khal we własnej osobie.
Dany miała ochotę odwrócić się i uciec, lecz jej brat nie spuszczał z niej oczu. Dobrze wiedziała, że obudzi smoka, jeśli go rozgniewa. Dlatego natychmiast odwróciła się i spojrzała na mężczyznę, który - jak wierzył Viserys - jeszcze tego wieczoru poprosi ją o rękę.
Pomyślała, że młoda niewolnica mówiła prawdę. Khal Drogo był o głowę wyższy od pozostałych mężczyzn, a mimo to poruszał się z gracją, jak pantera z menażerii Illyria. Okazał się młodszy, niż się spodziewała, nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Jego skóra błyszczała jak wypolerowana miedź, a spiżowe i złote obręcze spinały jego gęste wąsy.
- Muszę złożyć ukłony - powiedział kupiec. - Zaczekajcie tutaj. Przyprowadzę go do was.
Illyrio odszedł, kołysząc się na nogach, podczas gdy jej brat ujął ją za ramię, ściskając mocno palcami.
- Widzisz ten warkocz, słodka siostro? - Warkocz Drogo, czarny jak noc, ciężki od wonnych olejków. Obwieszony był dzwoneczkami, które podzwaniały delikatnie, kiedy się poruszał. Sięgał daleko poniżej pasa, nawet poniżej pośladków, a jego koniec ocierał mu się o tył ud. - Widzisz, jaki jest długi? - spytał Viserys. - Kiedy Dothrak zostaje pokonany w bitwie, obcina swój warkocz, co ma symbolizować jego hańbę, żeby dowiedział się o niej cały świat. Nikt dotąd nie pokonał khala Drogo. Jest jakby wcieleniem Aegona, Pana Smoków, a ty zostaniesz jego królową.
Dany spojrzała na khala Drogo. Twarz miał dziką i okrutną, oczy zimne i ciemne jak onyks. Jej brat ranił ją czasem, kiedy budziła smoka, lecz jego nie bała się tym samym strachem, jaki wzbudzał w niej człowiek, na którego teraz patrzyła.
- Nie chcę być jego królową. - Usłyszała swój własny, cienki głos. - Proszę, proszę, Viserysie. Nie chcę. Chcę wrócić do domu.
- Do domu! - Mówił ściszonym głosem, lecz i tak wyczuła w jego słowach wściekłość. Pociągnął ją w cień, wpijając jej mocno palce w ramię. - Jak mamy wrócić do domu? - spytał, a na myśli miał Królewską Przystań, Smoczą Skałę i całe utracone królestwo.
Dany miała na myśli pokoje w domu Illyria, a nie ich prawdziwy dom, lecz brat nie chciał jej słuchać. Nie tam był jego dom. I nawet nie ogromny dom z czerwonymi drzwiami. Palce Viserysa wpijały się coraz głębiej w jej ramię, domagając się odpowiedzi.
- Nie wiem... - przemówiła wreszcie załamującym się głosem. Łzy napłynęły jej do oczu.
- Ale ja wiem - rzucił gniewnie. - Wrócimy do domu z armią, słodka siostro. Z armią khala Drogo, tylko w ten sposób. A jeśli z tego powodu będziesz musiała go poślubić i pójść z nim do łóżka, to tak zrobisz. - Uśmiechnął się do niej. - Pozwoliłbym całemu jego khalasarowi przerżnąć cię, gdyby trzeba było, słodka siostro, pozwoliłbym na to czterdziestu tysiącom jego ludzi, a nawet ich koniom, gdybym za to miał otrzymać moją armię. Ciesz się, że masz tylko jednego Drogo. Z czasem może nawet go polubisz. A teraz otrzyj łzy. Idzie tutaj z Illyriem, a ty nie będziesz płakała.
Dany odwróciła się, żeby się przekonać, czy mówi prawdę. Rzeczywiście, Illyrio, uśmiechnięty i zgięty w pół, prowadził do nich khala Drogo. Starła dłonią łzy, które nie zdążyły jeszcze opaść.
- Uśmiechnij się - szepnął nerwowo Viserys, opuszczając dłoń na rękojeść miecza. - I wyprostuj się. Niech zobaczy, że masz piersi, chociaż tylko bogowie wiedzą, jakie marne.
Daenerys uśmiechnęła się i wyprostowała.
EDDARD
Goście płynęli przez zamkową bramę rzeką złota, srebra i wypolerowanej stali. Trzystu ludzi, kwiat rycerstwa, zaprzysiężone miecze, a także wolni. Nad ich głowami powiewał tuzin złocistych sztandarów, które łopotały na północnym wietrze, a na każdym widniał jeleń w koronie, herb rodu Baratheonów.
Ned znał wielu spośród rycerzy. Oto nadjechał ser Jaime Lannister o włosach jasnych jak kute złoto, a za nim Sandor Clegane z twarzą straszliwie poparzoną. Wysoki chłopiec obok niego mu siał być następcą tronu, a pokurczony, mały człowieczek za nimi, to z pewnością Krasnal, Tyrion Lannister.
Ned rozpoznawał wielu, a mimo to ogromny mężczyzna, jadący na czele kolumny w towarzystwie dwóch rycerzy odzianych w śnieżnobiałe płaszcze Gwardii Królewskiej, wydawał mu się prawie obcy... dopóki nie zeskoczył raźno ze swojego rumaka i nie zagrzmiał znanym już głosem, obejmując Neda miażdżącym uściskiem.
- Bogowie, jak dobrze zobaczyć znowu tę twoją zmarzniętą twarz. - Król przyjrzał się uważnie Nedowi i roześmiał się. - Nie zmieniłeś się ani trochę.
Ned chciałby móc powiedzieć to samo o gościu. Minęło czternaście lat odkąd jechali razem, żeby zdobyć tron, a Lord Końca Burzy był wtedy gładko ogolonym, bystrookim i muskularnym mężczyzną. Mierzył sześć i pół stopy, górując nad większością mężczyzn, a kiedy jeszcze wdział zbroję i ogromny hełm z rogami, wyglądał jak olbrzym. Siłą także dorównywał olbrzymom, dlatego jego bronią stał się nabijany ćwiekami młot bojowy, który Ned z trudem podnosił. W tamtych czasach zapach skóry i krwi przenikał ciało przyszłego monarchy niczym woń perfum.
Teraz była to rzeczywiście woń perfum, a obwód jego talii dorównywał wzrostowi. Ned ostatni raz widział Króla siedem lat temu, w czasie rebelii Balona Greyjoya, kiedy to jeleń i wilkor połączyły się, by definitywnie ukrócić pretensje samozwańczego Króla z Wysp Żelaznych. Od tamtej nocy, kiedy stali obok siebie w podbitym grodzie Greyjoya, gdzie Robert przyjął kapitulację pokonanego lorda, a Ned przyjął jego syna, Theona, jako podopiecznego i zakładnika, Król przytył co najmniej o osiem kamieni. Sztywna i czarna broda zakrywała podwójny podbródek i obwisłe policzki, lecz nic nie mogło zakryć jego brzucha i podkrążonych oczu.
Teraz Robert nie tylko był przyjacielem Neda, ale i jego Królem, dlatego Lord Stark przywitał władcę krótko:
- Wasza Miłość. Winterfell jest twoje.
Pozostali goście także zsiadali już z koni, po które przychodzili stajenni. Królowa, Cersei Lannister, weszła z młodszymi dziećmi przez bramę pieszo. Dom na kołach, którym podróżowali - ogromna, dębowa karoca o dwóch poziomach ciągnięta przez czterdzieści koni - okazał się zbyt szeroki i nie mógł przejechać przez zamkową bramę. Ned przyklęknął w śniegu, by ucałować pierścień Królowej, podczas gdy Robert uściskał serdecznie Catelyn. Potem obie strony przyprowadziły i przedstawiły dzieci.
Jeszcze dobrze nie skończyły się formalne powitania, kiedy Król zwrócił się do gospodarza:
- Zaprowadź mnie do krypty, Eddardzie. Złożę uszanowanie.
Ned bardzo się ucieszył, że Król wciąż ją pamiętał po tylu latach. Rozkazał przynieść latarnię. Nic więcej nie trzeba było mówić. Królowa próbowała protestować: jechali przez cały dzień, wszyscy byli zmęczeni i zziębnięci i z pewnością zechcą się najpierw odświeżyć, zmarli mogą poczekać. Wystarczyło jedno spojrzenie Roberta, żeby zamilkła. Jej brat bliźniak, Jaime, ujął ją pod ramię.
Razem zeszli do krypty, Ned i jego Król, którego ledwo rozpoznał. Kręte kamienne schody były bardzo wąskie, dlatego Ned szedł pierwszy z latarnią.
- Już zaczynałem się martwić, że nigdy nie dotrzemy do Winterfell - użalał się Robert, idąc w dół za Nedem. - Słuchając tego, co mówią o moich Siedmiu Królestwach na południu, człowiek zapomina, że twoja część jest tak duża jak pozostałe sześć.
- Ufam, że miałeś dobrą podróż, Wasza Miłość?
Robert prychnął.
- Bagna, pola i lasy, a do tego na północ od Przesmyku ani jednej godziwej karczmy. Jeszcze nie widziałem takiego pustkowia. Gdzie się podziali twoi ludzie?
- Może byli zbyt nieśmiali, żeby wyjść ci na spotkanie - zażartował Ned. Czuł chłód wiejący od dołu, zimny oddech z wnętrza ziemi. - Rzadki to widok oglądać Króla na północy.
Robert znowu prychnął.
- Raczej chowali się pod śniegiem. Śnieg, Ned! - Król opierał się ręką o ścianę, schodząc powoli.
- Śnieg późnym latem nie jest tutaj niczym niezwykłym - wyjaśnił Ned. - Mam nadzieję, że nie dał ci się bardzo we znaki. Zwykle nie ma go dużo o tej porze.
- Niech Inni porwą twój śnieg - zaklął Robert. - W takim razie jak tu wygląda zimą? Wolę nie myśleć.
- Zimy są ciężkie - przyznał Ned. - Ale Starkowie przetrwają. Zawsze dają sobie radę.
- Musisz przyjechać na południe - powiedział Robert. - Powinieneś zakosztować lata, zanim odejdzie. W Wysogrodzie mamy pola złocistych róż, które ciągną się aż po horyzont. Owoce są tak dojrzałe, że eksplodują w ustach, melony, brzoskwinie, śliwki, ach, nigdy nie zakosztowałeś podobnej słodyczy. Przywiozłem trochę owoców, więc sam się przekonasz. Nawet w Końcu Burzy, przy wietrze wiejącym od zatoki, dni są tak upalne, że ledwo się ruszasz. Powinieneś też zobaczyć miasta, Ned! Wszędzie kwiaty, targi pełne żywności, wino tak tanie i dobre, że można się tym wszystkim upić, wdychając tylko powietrze. Wszyscy są grubi, pijani i bogaci. - Roześmiał się i poklepał swój wydatny brzuch. - A dziewczyny, Ned! - dodał i otworzył szerzej oczy. - Mówię ci, w upale kobiety zapominają o skromności. Kąpią się nago w rzece, tuż pod oknami zamku. Nawet na ulicach jest za gorąco na futra czy wełniane ubrania, więc ubierają krótkie szatki, jedwabne, jeśli je stać, albo bawełniane, ale to nie ma znaczenia, kiedy się pocą i ubranie przylega do ich ciała. Wtedy wyglądają, jakby chodziły nago. - Król roześmiał się uradowany.
Robert Baratheon zawsze należał do ludzi o ogromnych apetytach, którzy wiedzą, jak korzystać z przyjemności. W tym względzie Eddard Stark stanowił jego przeciwieństwo, ale od razu zauważył, że Król płaci cenę za swoje przyjemności. Robert dyszał ciężko, a twarz miał czerwoną, kiedy dotarli wreszcie na sam dół i weszli w ciemność krypty.
- Wasza Miłość - przemówił Ned z szacunkiem. Zatoczył latarnią łuk. Cienie poruszyły się i zniknęły. Migocące światło ślizgało się po kamiennej podłodze i ocierało o granitowe kolumny, które, po dwie obok siebie, odchodziły w ciemność. Pomiędzy nimi, pod ścianą, siedzieli zmarli na kamiennych tronach, plecami zwróceni do grobowców, gdzie złożono ich śmiertelne szczątki. - Ona spoczywa na końcu, u boku ojca i Brandona.
Poszedł pierwszy między rzędami kolumn, a Robert ruszył za nim w milczeniu, drżąc w podziemnym chłodzie. Tutaj, w dole, zawsze panował chłód. Szli między grobami członków Rodu Starków, a ich kroki odbijały się echem od sklepienia. Przyglądali im się kolejni panowie Winterfell. Ich podobizny wyrzeźbiono w kamieniach, które zamykały ich grobowce. Siedzieli w rzędach, a kamienne oczy posągów patrzyły w wieczną ciemność. Każdemu towarzyszył wilkor, zwinięty wokół jego stóp. Przesuwające się cienie sprawiały, że kamienne postacie wydawały się poruszać, kiedy mijali je goście ze świata żywych.
Zgodnie z pradawnym zwyczajem na kolanach kolejnych panów Winterfell spoczywał miecz, który miał sprawić, że mściwe duchy pozostawały w swoich grobach. Najstarsze miecze dawno już zjadła rdza, tak że widniały zaledwie jako rudawe plamy w miejscach, gdzie metal dotykał kamienia. Ned zastanawiał się, czy to znaczy, że teraz duchy mogły swobodnie błądzić po zamku. Miał nadzieję, że nie. Pierwsi panowie Winterfell byli surowymi ludźmi, podobnie jak ich ziemia. Przez całe wieki, zanim przez morze przybyli Władcy Smoków, nazywali się Królami Północy i nigdy nie składali przysięgi posłuszeństwa wobec człowieka.
Wreszcie Ned zatrzymał się i uniósł latarnię. Krypta ciągnęła się jeszcze dalej w ciemność, lecz kolejne groby były puste i otwarte, czarne dziury, oczekujące na swoich zmarłych, na niego i jego dzieci. Ned nie lubił o tym myśleć.
- Tutaj - powiedział tylko.
Robert przyklęknął i pochylił głowę w milczeniu.
Miał przed sobą trzy grobowce. Lord Rickard Stark, ojciec Neda, był mężczyzną o pociągłej, surowej twarzy. Kamieniarz znał go bardzo dobrze. Siedział z prostotą i godnością, z dłonią zaciśniętą na rękojeści miecza, chociaż w życiu miecze go zawiodły. W mniejszych grobach po obu stronach spoczywały jego dzieci.
Brandon zmarł w wieku dwudziestu lat, uduszony z rozkazu szalonego króla Aerysa Targaryena, na kilka dni przed dniem, w którym miał poślubić Catelyn Tully z Riverrun. Ojciec musiał pa trzeć, jak umiera syn. To Brandon urodził się, żeby wstąpić na tron, był najstarszy.
Lyanna miała zaledwie szesnaście lat, panna o niespotykanej urodzie. Ned kochał ją całym sercem. Robert uwielbiał ją jeszcze bardziej. Miała zostać jego żoną.
- Była piękniejsza - przemówił Król po długiej chwili milczenia. Błądził spojrzeniem po twarzy Lyanny, jakby wierzył, że siłą woli przywróci ją do życia. Wreszcie podniósł się niezgrabnie. - A niech to, Ned. Musiałeś ją pochować w takim miejscu? - Mówił głosem zdławionym smutkiem. - Zasłużyła na coś więcej niż ciemność...
- Należała do Starków z Winterfell - odpowiedział spokojnie Ned. - Tu jest jej miejsce.
- Powinna spoczywać gdzieś na wzgórzu, pod drzewem owocowym, gdzie świeci słońce, płyną chmury i pada deszcz, który ją obmywa.
- Byłem przy niej w chwili śmierci - przypomniał Ned Królowi. - Pragnęła wrócić do domu i spocząć obok Brandona i ojca. - Niekiedy wciąż jeszcze słyszał jej słowa. "Obiecaj mi - mówiła, płacząc w pokoju przesyconym zapachem krwi i róż. - Obiecaj mi, Ned". Gorączka pozbawiła ją sił, dlatego mówiła ledwo słyszalnym szeptem, lecz kiedy obiecał spełnić jej prośbę, strach z oczu jego siostry ustąpił. Ned pamiętał, jak się wtedy uśmiechnęła, jak mocno ścisnęła mu dłoń, zanim wypuściła nić życia - z dłoni Lyanny wysypały się płatki róży, czarne i martwe. Potem już nic nie pamiętał. Odnaleziono go uczepionego jej ciała, milczącego i pogrążonego w smutku. Howland Reed, mały wyspiarz, rozłączył ich dłonie, lecz tego Ned już nie pamiętał. - Przynoszę jej kwiaty, kiedy tylko mogę - powiedział. - Lyanna bardzo... bardzo je lubiła.
Król dotknął jej policzka, muskając palcami surowy kamień, jakby dotykał twarzy żywej kobiety.
- Ślubowałem, że zabiję Rhaegara za to, co jej zrobił.
- I tak się stało - przypomniał mu Ned.
- Tylko raz - odparł Robert z goryczą.
Przybyli do brodu rzeki Trident, kiedy wokół szalała bitwa. Robert ze swym ogromnym młotem, w hełmie z rogami, natomiast targaryeński książę w czarnej zbroi. Na jego napierśniku widniał rodowy herb, trzygłowy smok, ozdobiony rubinami, które w blasku słońca migotały jak płomyki ognia. Czerwone wody Tridentu kipiały wokół kopyt ich wierzchowców, kiedy objeżdżali się i zadawali ciosy raz po raz, aż wreszcie druzgocący młot Roberta dosięgnął smoka i piersi, którą skrywał. Kiedy Ned dotarł na miejsce walki, Rhaegar leżał martwy w wodzie, a żołnierze obu armii brodzili w kotłującej się wodzie w poszukiwaniu rubinów, które posypały się ze zbroi pokonanego.
- W snach zabijam go co noc - wyznał Robert. - I tysiąc śmierci byłoby za małą karą.
Ned nic nie odpowiedział. Dopiero po dłuższej chwili odezwał się:
- Wasza Miłość, powinniśmy wracać. Twoja żona czeka.
- Niech Inni porwą moją żonę - mruknął ponuro Robert, lecz odwrócił się i ruszył ciężko z powrotem. - A jak jeszcze raz usłyszę "Waszą Miłość", to każę twoją głowę nadziać na pal. Między nami jest coś więcej niż tylko to.
- Nie zapomniałem - rzekł spokojnie Ned. Kiedy Król nic nie odpowiedział, dodał: - Opowiedz mi o Jonie.
Robert pokręcił głową.
- Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś pogrążył się w chorobie tak szybko. W dzień imienia mojego syna zorganizowaliśmy turniej. Gdybyś go wtedy widział, pomyślałbyś, że będzie żył wiecznie. A dwa tygodnie później już nie żył. Choroba strawiła mu wnętrzności niczym ogień. Wypaliła go. - Zatrzymał się przy jednym z filarów, przed grobem któregoś z dawno zmarłych Starków. - Kochałem staruszka.
- Obaj go kochaliśmy. - Ned zamilkł na moment. - Catelyn martwi się o siostrę. Jak Lysa znosi cierpienie?
Robert skrzywił się.
- Prawdę mówiąc, nie najlepiej - przyznał. - Wydaje mi się, że śmierć Jona zaćmiła jej umysł. Zabrała chłopaka do Orlego Gniazda. Wbrew moim życzeniom. Zamierzałem oddać go pod opiekę Tywinowi Lannisterowi w Casterly Rock. Jon nie miał braci ani innych synów. Nie chciałem, żeby dzieciaka wychowywały kobiety.
Ned prędzej powierzyłby dziecko żmii niż lordowi Tywinowi, lecz nie powiedział tego głośno. Niektóre stare rany nigdy się do końca nie zabliźniają i krwawią przy najmniejszym nawet zadrapaniu.
- No cóż, żona utraciła męża - odezwał się ostrożnie. - Może jako matka obawiała się utracić syna. Chłopak jest jeszcze mały.
- Chorowity sześciolatek, Lord Orlego Gniazda, bogowie, miejcie litość - zaklął Król. - Lord Tywin nigdy przedtem nie brał wychowanka. Lysa powinna czuć się zaszczycona moją propozycją. Lannisterowie to wielki i wspaniały ród. Nie chciała o niczym słyszeć. Uciekła pod osłoną nocy, bez słowa, bez pytania. Cersei wściekła się. - Westchnął. - Chłopak jest moim imiennikiem, wiedziałeś o tym? Robert Arryn. Ślubowałem opiekować się nim. Ale jak mam to robić, kiedy matka go wykrada?
- Ja go wezmę pod opiekę, jeśli sobie tego życzysz - zaoferował Ned. - Lysa powinna na to przystać. Dawniej przyjaźniły się z Catelyn, tak więc będzie tu chyba mile widziana.
- Jesteś wspaniałomyślny, mój przyjacielu - odparł Król. - Ale za późno. Lord Tywin wyraził już zgodę. Uczynilibyśmy mu duży afront, oddając chłopaka komu innemu.
- Bardziej obchodzi mnie los siostrzeńca niż duma Lannistera - odpowiedział Ned.
- Dlatego że nie śpisz z kobietą z rodu Lannisterów. - Robert roześmiał się, a jego śmiech zagrzechotał na ścianach grobowców i uleciał pod sklepienie. Pośród gęstwiny jego długiej, czarnej brody błysnęły białe zęby. - Ach, Ned - rzekł. - Wciąż jesteś zbyt poważny. - Objął Neda masywnym ramieniem. - Miałem zamiar odłożyć tę rozmowę na później, ale widzę, że nie ma takiej potrzeby. Chodź. - Ruszyli między kolumnami. Wydawało się, że ślepe kamienne oczy śledzą ich nieustannie. Król wciąż obejmował Neda. - Pewnie zastanawiałeś się, dlaczego wreszcie po tak długim czasie zdecydowałem się przyjechać do Winterfell.
Ned snuł pewne domysły, lecz nie wspomniał o nich.
- Oczywiście, żeby nacieszyć się towarzystwem starego przyjaciela - rzucił wesoło. - Jest jeszcze Mur. Musisz go zobaczyć, Wasza Miłość, przejść się po jego blankach i porozmawiać z załogą. Dzisiejsza Nocna Straż to zaledwie cień tego, co było niegdyś. Benjen twierdzi...
- Zdążysz mi opowiedzieć, co mówi twój brat - przerwał mu Robert. - Mur stoi od... od ilu lat, ośmiu tysięcy? Może poczekać jeszcze kilka dni. Mam ważniejsze sprawy do załatwienia. Żyjemy w trudnych czasach. Potrzebuję dobrych ludzi. Takich jak Jon Arryn. Piastował godność Lorda Orlego Gniazda, Namiestnika Wschodu, a także Królewskiego Namiestnika. Niełatwo będzie go zastąpić.
- Jego syn... - zaczął Ned.
- Jego syn odziedziczy tytuł Lorda Orlego Gniazda - wtrącił Robert stanowczym głosem. - I nic poza tym.
Słowa te zaskoczyły Neda. Zatrzymał się i spojrzał na Króla.
- Arrynowie zawsze piastowali urząd Namiestnika Wschodu. Ten tytuł przynależy do ich domu - powiedział mimowolnie.
- Może kiedy dorośnie, przywróci mu się tę godność - odparł Robert. - Ja muszę myśleć o najbliższej przyszłości. Sześcioletni chłopiec nie może być przywódcą w wojnie, Ned.
- W czasie pokoju urząd ten jest sprawowany właściwie symbolicznie. Niech go zatrzyma. By uczcić jego ojca, jeśli nawet nie dla niego samego. Tyle chyba należy się Jonowi za jego służbę.
Król nie wyglądał na zadowolonego. Zdjął rękę z ramienia Neda.
- Jon swoją służbą wypełniał tylko obowiązek wobec władcy. Co nie znaczy, Ned, że nie jestem mu wdzięczny. Lecz syn to nie ojciec. Chłopiec nie potrafi utrzymać wschodu. - Po chwili dodał łagodniejszym tonem. - Skończmy już z tym. Mamy coś ważniejszego do omówienia i nie chcę się z tobą spierać. - Chwycił Neda za łokieć. - Ned, ja potrzebuję ciebie.
- Jestem na twoje rozkazy, Wasza Miłość. - Wiedział, że musi wypowiedzieć te słowa, i tak uczynił, ale domyślał się, co może jeszcze usłyszeć.
Robert jakby go nie słuchał.
- Wszystkie te lata, które spędziliśmy w Orlim Gnieździe... bogowie, to były dobre czasy. Ned, chcę, żebyś wrócił do mnie. Chcę, żebyś był w Królewskiej Przystani, a nie tutaj, na końcu świata, gdzie nie ma z ciebie żadnego pożytku. - Robert popatrzył w ciemność; jego zamyślone oblicze przez moment przypominało melancholijną twarz Starków. - Przysięgam ci, o wiele trudniej jest siedzieć na tronie, niż go zdobywać. Wydawanie praw to żmudna praca, podobnie jak liczenie miedziaków. Do tego jeszcze ludzie... tłumy ludzi. Siedzę na tym cholernym żelaznym tronie i wysłuchuję ich narzekań, aż mi drętwieje tyłek, i rozum także. Wszyscy czegoś chcą, pieniędzy, ziemi albo sprawiedliwości. A te ich kłamstwa... lordowie i damy z zamku nie są lepsi. Żyję wśród pochlebców i głupców. Mówię ci, Ned, można oszaleć. Połowa z nich nie ma odwagi powiedzieć prawdy, a druga w ogóle jej nie dostrzega. Czasem w nocy myślę sobie, że powinniśmy byli przegrać nad Tridentem. Ach, nie, niezupełnie, ale...
- Rozumiem - oznajmił Ned.
Robert spojrzał na niego.
- Myślę, że tak. I jesteś jedynym, mój przyjacielu. - Uśmiechnął się. - Lordzie Eddardzie Stark, mam zamiar mianować cię Królewskim Namiestnikiem.
Ned przyklęknął na jedno kolano. Nie czuł się zaskoczony propozycją. Czy mógł być inny powód, dla którego Robert odbył tak daleką podróż? Królewski Namiestnik był drugą co do ważności osobą w Siedmiu Królestwach. Przemawiał głosem Króla, dowodził jego wojskami i pisał królewskie prawa. Czasem też zasiadał na Żelaznym Tronie, z którego wymierzał sprawiedliwość w imię Króla, kiedy ten był nieobecny lub chory. Robert proponował mu odpowiedzialność tak wielką jak całe królestwo.
Była to ostatnia rzecz, jakiej pragnął.
- Wasza Miłość - rzekł. - Nie jestem godzien takiego zaszczytu.
Robert jęknął, udając zniecierpliwienie.
- Gdybym chciał obsypywać cię zaszczytami, pozwoliłbym ci odejść na spoczynek. Mam zamiar zaprząc cię do kierowania królestwem i dowodzenia moimi wojskami w czasie wojen, kiedy ja będę powoli schodził do grobu zajęty jedzeniem, piciem i rozrywkami. - Pogładził swój brzuch zadowolony. - Znasz to powiedzenie o Królu i jego Namiestniku?
Ned znał je.
- Co Król wymarzy - powiedział - jego Namiestnik zbuduje.
- Kiedyś przygwoździłem do łóżka dziewuchę jakiegoś rybaka, a ona przedstawiła mi bardziej dosadną wersję tego powiedzenia, która krąży wśród biedoty. Oni mówią, że Król je, a Namiestnik zbiera gówno. - Robert ryknął śmiechem, odrzuciwszy w tył głowę. Echo popłynęło w ciemność, a zmarli z Winterfell wydawali się patrzeć wzrokiem zimnym i pełnym niechęci... Wreszcie śmiech ucichł. Ned wciąż klęczał ze wzrokiem wzniesionym do góry. - A niech cię, Ned - rzucił żałośnie Król. - Mógłbyś przynajmniej spróbować rozweselić mnie uśmiechem.
- Powiadają, że zimą jest tutaj tak zimno, iż śmiech zamarza ludziom w gardle i ich dusi - odparł Ned spokojnie. - Może dlatego Starkowie mają tak mało poczucia humoru.
- Jedź ze mną na południe, a przypomnę ci, jak się śmiać - obiecał Król. - Pomogłeś mi zdobyć ten cholerny tron, teraz pomóż mi go utrzymać. Naszym przeznaczeniem jest panować wspólnie. Bylibyśmy braćmi, gdyby żyła Lyanna, związani uczuciem i więzami krwi. Jeszcze nie jest za późno. Ja mam syna. Ty masz córkę. Mój Joff i twoja Sansa połączą nasze rody, tak jak mogła to kiedyś zrobić Lyanna.
Ta propozycja zaskoczyła Neda.
- Sansa ma dopiero jedenaście lat.
Robert machnął dłonią niecierpliwie.
- Wystarczająco dużo na zaręczyny. Z małżeństwem można poczekać kilka lat. - Król uśmiechnął się. - A teraz wstań i powiedz, że się zgadzasz.
- Nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności, Wasza Miłość - odparł Ned. Zawahał się. - Takie niespodziewane zaszczyty. Czy mogę się zastanowić? Porozmawiać z żoną...
- Oczywiście, powiedz Catelyn, prześpij się z tym. - Król wyciągnął ramię i, chwyciwszy Neda za rękę, przyciągnął go mocno do siebie. - Tylko nie każ mi czekać zbyt długo. Nie należę do najcierpliwszych.
Przez chwilę Eddard Stark poczuł ogarniające go złe przeczucie. Tutaj było jego miejsce, tu, na północy. Spojrzał na otaczające ich kamienne postacie i wziął głęboki oddech w chłodnej ciszy krypty. Czuł spojrzenia zmarłych. Wiedział, że słuchają. I że nadchodzi zima.
JON
Bywały chwile - niezbyt często - kiedy Jon Snow cieszył się, że jest bękartem. Gdy po raz kolejny napełnił swój puchar winem, pomyślał, że to jest właśnie jeden z takich dni.
Usiadł wygodnie na ławie między młodymi giermkami i pociągnął łyk letniego wina. Uśmiechnął się, czując w ustach jego słodki, owocowy smak.
Wielką Komnatę Winterfell wypełniał dym i zapach pieczonego mięsa oraz świeżo upieczonego chleba. Chorągwie zasłaniały ściany z szarego kamienia. Białe, złociste, karmazynowe: wilkor Starków, jeleń z koroną Baratheonów i lew Lannisterów. Bard nucił balladę, lecz w tym końcu sali jego głos zagłuszał ryk ognia, brzęk naczyń i stłumione głosy rozmów podchmielonych biesiadników.
Mijała czwarta godzina uczty powitalnej wydanej na cześć Króla. Bracia i siostry Jona zostali posadzeni razem z królewskimi dziećmi, pod wzniesioną platformą, gdzie lord i lady Stark podejmowali Króla i Królową. W tak wyjątkowym dniu pan ojciec niewątpliwie pozwolił dzieciom wypić puchar wina, lecz nie więcej. Jon zaś na swoim miejscu mógł raczyć się nim bez umiaru.
I tak też czynił ku uciesze siedzących dookoła młodzieńców, którzy ciągle go zachęcali, gdy tylko opróżniał swój kielich. Jon chciwie słuchał ich opowieści o bitwach, napotkanych dziewczynach i polowaniach. Bez wątpienia wolał ich towarzystwo niż wspólny posiłek z potomkami Króla. Swoją ciekawość zaspokoił już na samym początku uczty, kiedy wchodzili do sali. Cała procesja przechodziła tuż obok jego ławy, więc miał okazję dobrze im się przyjrzeć.
Pierwszy pojawił się jego pan ojciec, który prowadził Królową. Nic nie przesadzili ci, co wysławiali jej urodę. W długich, złocistych włosach lśniła wysadzana kamieniami tiara, a zdobiące ją szmaragdy idealnie współgrały z jej zielonymi oczami. Lord Eddard pomógł Królowej wejść po schodach na podwyższenie i poprowadził ją na miejsce, lecz ona nawet na niego nie spojrzała. Jon choć miał dopiero czternaście lat, nie dał się nabrać na jej uśmiech.
Za nimi kroczył sam król Robert, a na jego ramieniu wspierała się lady Stark. Król zupełnie rozczarował Jona. Wcześniej ojciec często o nim opowiadał: niezrównany Robert Baratheon, demon znad Tridentu, najzacieklejszy wojownik w całym królestwie, olbrzym wśród książąt. Tymczasem Jon ujrzał opasłego mężczyznę o czerwonej twarzy porośniętej brodą, mocno spoconego pod jedwabną szatą. Sprawiał wrażenie, jakby był nieco podchmielony.
Potem szły dzieci. Mały Rickon, pierwszy, starał się iść z godnością i dostojeństwem, na jakie stać było trzyletniego chłopca. Jon musiał go popchnąć, kiedy malec zatrzymał się i patrzył dookoła zaciekawiony. Tuż za nim paradował Robb w szarej, wełnianej szacie z białym lamowaniem - były to barwy Starków. Prowadził księżniczkę Myrcellę, niespełna ośmioletnią dziewczynkę o złocistych, kręconych włosach, które, upięte pod siatką zdobioną klejnotami, kaskadą opadały jej na ramiona. Jon zauważył, że zerknęła nieśmiało i uśmiechnęła się do Robba, kiedy szli między stołami. Stwierdził, że księżniczka wygląda głupio. Robb nawet tego nie zauważył, i uśmiechał się jak idiota.
Jego przyrodnie siostry prowadziły królewskich synów. Arya dostała za towarzysza młodego, pulchnego Tommena, który miał jasne, dłuższe od niej włosy. Starsza od niej Sansa wiodła następcę tronu, Joffreya Baratheona. Choć miał dopiero dwanaście lat i był młodszy od Jona czy Robba, okazał się od nich wyższy, co Jon zauważył ze zgrozą. Książę Joffrey miał jasne włosy jak siostry i ciemnozielone oczy po matce. Gęste, jasne loki opadały na jego złoty łańcuch i wysoki aksamitny kołnierz. Sansa szła rozpromieniona, najwyraźniej zadowolona z asysty, za to Joffrey, jak zauważył Jon, wydął usta, obrzucając znudzonym czy wręcz pogardliwym spojrzeniem Wielką Komnatę Winterfell.
Jon zwrócił baczniejszą uwagę na następną parę: byli to bracia Królowej, Lannisterowie z Casterly Rock. Lew i Krasnal, których nie sposób było pomylić. Ser Jaime Lannister był bratem bliźniakiem Królowej Cersei: wysoki o złocistych włosach, błyszczących, zielonych oczach i uśmiechu, który potrafił ciąć jak nóż. Ubrany był w karmazynowe jedwabie, wysokie, czarne buty i czarny płaszcz z satyny. Z przodu jego bluzy ryczał wyzywająco lew wyszywany złocistą nicią, herb jego rodu. Głośno mówiono o nim Lew Lennisterów, za plecami zaś nazywano go "Królobójcą".
Jon nie mógł oderwać od niego wzroku. Tak powinien wyglądać król, pomyślał, kiedy mijał go książę.
Dopiero po dłuższej chwili skierował wzrok na drugiego z braci: szedł kaczkowatym chodem, schowany częściowo za bratem. Tyrion Lannister, najmłodszy potomek lorda Tywina i jak dotąd najbrzydszy. Bogowie poskąpili mu wszystkiego, czym obdarowali Cersei i Jaime'a. Był karłem o połowę niższym od swojego brata. Przebierał szybko krótkimi nogami, starając się dotrzymać mu kroku. Głowę miał za dużą w stosunku do reszty ciała, wydatne brwi, a twarz płaską i surową. Spod grzywki rzadkich, niemal białych włosów, spoglądało jedno zielone i jedno czarne oko. Jon przyglądał mu się zafascynowany.
Ostatni wszedł stryj Jona, Benjen Stark z Nocnej Straży, a z nim podopieczny Eddarda Starka, młody Theon Greyjoy. Przechodząc, Benjen posłał Jonowi ciepły uśmiech, z kolei Theon zupełnie go zignorował, ale dla Jona nie było to nic nowego. Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca, wzniesiono toasty, złożono podziękowania i rozpoczęła się uczta.
Wtedy Jon zaczął pić i nie przestał aż do chwili obecnej.
Poczuł, że coś otarło się o jego nogę pod stołem. Jon ujrzał wpatrzone w siebie czerwone oczy.
- Znowu głodny? - spytał. Na środku stołu leżała jeszcze połowa kurczaka w miodzie. Jon wyciągnął rękę, żeby oderwać nogę, ale w ostatniej chwili nadział na nóż całą połowę i opuścił ją na podłogę. Duch rzucił się na mięso łapczywie, nie wydając najmniejszego odgłosu. Jego braciom i siostrom zabroniono przyprowadzać na ucztę swoje wilkory, lecz w tej części sali aż roiło się od kundli, tak więc nikt nie zwrócił uwagi na jego szczeniaka. Pomyślał, że i w tym względzie dopisało mu szczęście.
Jon przetarł mocno oczy, przeklinając dym. Pociągnął długi łyk wina i przyglądał się, jak wilkor pożera kurczaka.
Inne psy kluczyły między stołami, snując się za służącymi. Czarna suka o skośnych, żółtych oczach wyczuła kurczaka. Zatrzymała się i wpełzła pod ławkę, by podkraść część łupu szczeniaka. Jon obserwował oba psy. Suka warknęła cicho i przysunęła się jeszcze bliżej. Duch podniósł łeb w milczeniu i wbił w nią spojrzenie czerwonych oczu. Suka kłapnęła zębami wyzywająco. Była trzykrotnie większa od szczeniaka. Duch nie poruszył się. Stojąc nad swoją zdobyczą, otworzył pysk i wyszczerzył kły. Suka najeżyła się, ponownie szczeknęła, lecz nie podeszła bliżej. Odwróciła się i odeszła z opuszczonym ogonem. Odchodząc, kłapnęła jeszcze raz zębami, próbując ratować honor. Duch powrócił do swojego kurczaka.
Jon uśmiechnął się i sięgnął pod stół, żeby potarmosić jego białe, kudłate futro. Wilkor spojrzał na niego i chwycił delikatnie zębami za dłoń chłopca, po czym wrócił do jedzenia.
- Czy to jeden z tych wilkorów, o których tyle słyszałem? - rozległ się znajomy głos.
Jon podniósł wzrok, uradowany, i w tej samej chwili stryj Ben położył dłoń na jego głowie i potarmosił mu włosy, podobnie jak on przed chwilą poczochrał sierść swojego szczeniaka.
- Tak - odpowiedział. - Nazywa się Duch.
Jeden z giermków przerwał sprośną opowieść, i zrobił miejsce przy stole dla brata swojego pana. Benjen Stark siadł okrakiem na ławie i wyjął kielich z dłoni Jona.
- Letnie wino - powiedział, pociągnąwszy długi łyk. - Nie ma słodszego trunku. Jon, ile już wypiłeś? - Jon uśmiechnął się. Ben Stark zaśmiał się. - Tego się obawiałem. No cóż, ja byłem chyba jeszcze młodszy, kiedy pierwszy raz się upiłem. - Z półmiska na stole wziął pieczoną cebulę ociekającą gęstym sosem i ugryzł duży kęs. Rozległo się głośne chrupnięcie.
Stryj Jona miał twarz o ostrych, surowych rysach niczym górska turnia, lecz w jego niebieskoszarych oczach nieustannie czaiły się iskierki wesołości. Ubierał się na czarno, jak przystało na człowieka Nocnej Straży. Tego wieczoru był to bogaty, czarny aksamit, wysokie, skórzane buty i szeroki pas ze srebrną klamrą. Na jego piersi spoczywał ciężki srebrny łańcuch. Benjen przyglądał się Duchowi, jedząc z zadowoleniem cebulę.
- Bardzo spokojny wilkor - zauważył.
- Jest inny niż tamte - wyjaśnił Jon. - Nigdy się nie odzywa. Dlatego nazwałem go Duch. I jeszcze dlatego, że jest biały. Tamte są ciemne, szare albo czarne.
- Za Murem wciąż można spotkać wilkory. Słyszymy je w czasie wypadów. - Benjen Stark spojrzał uważniej na Jona. - Zwykle jadasz przy stole z braćmi, prawda?
- Przeważnie - odparł Jon obojętnym głosem. - Ale dzisiaj lady Stark uznała, że królewska rodzina mogłaby się obrazić, gdyby przy ich stole posadzono bękarta.
- Rozumiem. - Stryj zerknął przez ramię na stół ustawiony na podwyższeniu w drugim końcu sali. - Mój brat nie wydaje się dzisiaj w nastroju do zabawy.
Jon także to zauważył. Bękart musiał nauczyć się dostrzegać wiele rzeczy, rozpoznawać prawdę skrywaną za spojrzeniami. Jego ojciec zachowywał się po dworsku, lecz Jon dostrzegał napięcie w jego twarzy, jakiego dawno nie widział. Eddard Stark siedział, prawie się nie odzywając, z nieobecnym spojrzeniem utkwionym w dal. Król, oddalony od niego o dwa miejsca, pił dużo przez cały wieczór. Jego twarz, schowana częściowo za ogromną czarną brodą, płonęła rumieńcem. Wznosił coraz to nowe toasty, reagował głośnym śmiechem na każdy dowcip i rzucał się na kolejne potrawy, jakby umierał z głodu. Siedząca obok niego Królowa przypominała lodową rzeźbę.
- Królowa także nie jest w nastroju - zauważył Jon cichym głosem. - Po południu ojciec zabrał Króla do krypty, a ona nie chciała, żeby tam szedł.
Benjen spojrzał badawczo na Jona.
- Niewiele się przed tobą ukryje, co, Jon? Potrzeba nam takich na Murze.
Jon wyprostował się.
- Robb sprawnie posługuje się kopią, ale ja lepiej władam mieczem. A Hullen mówi, że doskonale trzymam się na koniu.
- Godne uwagi osiągnięcia.
- Zabierz mnie ze sobą, kiedy będziesz wracał na Mur - powiedział niepodziewanie Jon. - Ojciec pozwoli, jeśli go poprosisz.
Stryj Benjen przyglądał mu się uważnie.
- Jon, Mur to trudne miejsce dla chłopca.
- Jestem już prawie mężczyzną - zaprotestował Jon. - W następny dzień mojego imienia skończę piętnaście lat, a poza tym maester Luwin mówi, że bękarty dorastają szybciej.
- W to nie wątpię - odparł Benjen, tłumiąc uśmiech. Podniósł ze stołu kielich Jona, napełnił go winem i pociągnął długi łyk.
- Daeron Targaryen miał tylko czternaście lat, kiedy podbił Dorne - rzekł Jon. Młody Smok był jednym z jego ulubionych bohaterów.
- Ale batalia trwała całe lato - zauważył stryj. - Twój młody Król stracił pięć tysięcy ludzi, zanim podbił Dorne, i dodatkowe dwadzieścia tysięcy, próbując je utrzymać. Ktoś powinien był mu powiedzieć, że wojna to nie zabawa. - Benjen napił się wina. - A ponadto - dodał, ocierając usta - Daeron Targaryen miał zaledwie osiemnaście lat, kiedy umarł. Może zapomniałeś o tym?
- Niczego nie zapominam - odparł dumnie Jon. Wino dodawało mu śmiałości. Starał się siedzieć prosto, żeby wyglądać na jeszcze wyższego. - Stryju, chcę służyć w Nocnej Straży.
Długo się nad tym zastanawiał, leżąc nocami w łóżku, obok braci pogrążonych we śnie. Robb odziedziczy kiedyś Winterfell, stanie na czele wielkiej armii jako Namiestnik Północy. Bran i Rickon zostaną jego chorążymi i obejmą dowództwo twierdz w jego imieniu. Siostry, Arya i Sansa, poślubią potomków wielkich rodów i pojadą do zamków na południu. A na co mógł liczyć bękart?
- Jon, nie wiesz, o co prosisz. Nocna Straż to zaprzysiężeni ludzie. My nie mamy rodzin. Żaden z nas nigdy nie zostanie ojcem. Naszą żoną jest służba, a kochanką honor.
- Bękart także posiada honor - odparł Jon. - Jestem gotowy do złożenia waszej przysięgi.
- Masz dopiero czternaście lat - przypomniał mu Benjen. - Nie jesteś mężczyzną. Nie miałeś jeszcze kobiety i nie wiesz, czego musiałbyś się wyrzec.
- Nie dbam o to! - zaperzył się Jon.
- Może by i tak było, gdybyś wiedział, co masz do stracenia - rzekł Benjen. - Nie wyrywałbyś się wtedy tak ochoczo, synu.
Jon poczuł wzbierający w nim gniew.
- Nie jestem twoim synem!
Benjen Stark podniósł się.
- Tym większa szkoda. - Położył dłoń na ramieniu Jona. - Przyjdź do mnie, jak już spłodzisz kilka bękartów. Zobaczymy, co powiesz wtedy.
Jon zadrżał.
- Nigdy nie spłodzę bękarta - wycedził. - Nigdy! - Wyrzucił z siebie to słowo niczym żmija jad. Nagle uświadomił sobie, że siedzący przy stole umilkli i patrzą na niego. Czując napływające do oczu łzy, wstał ciężko. - Proszę mi wybaczyć - powiedział. Odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, zanim ktokolwiek zauważył, że płacze. Okazało się, że wypił więcej wina, niż zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ nogi mu się poplątały i runął w bok, wpadając na służącą, i wytrącił jej z rąk dzban z winem. Rozległy się śmiechy, a Jon poczuł na policzkach gorące łzy. Ktoś usiłował go podtrzymać, lecz on wyrwał się i poszedł w stronę drzwi. Duch nie odstępował go ani na krok i razem wyszli w ciemną noc.
Na pustym dziedzińcu panowała cisza. Wysoko, na blankach wewnętrznego muru, stał samotny strażnik owinięty szczelnie płaszczem. Wyglądał na zmarzniętego i znudzonego, lecz Jon chętnie by się z nim zamienił. Cały zamek tonął w ciemności i wydawał się opuszczony. Jon widział kiedyś opuszczony gród, przerażające miejsce, w którym poza wiatrem nic się nie poruszało, a kamienie milczały złowrogo, skrywając tajemnice ludzi, którzy tam kiedyś mieszkali. Tej nocy Winterfell przypominało mu tamto miejsce.
Przez otwarte okna za jego plecami sączyła się muzyka i śpiewy. Jon nie miał ochoty ich słuchać. Otarł łzy rękawem koszuli, zły, że pozwolił sobie na płacz, i ruszył przed siebie.
- Chłopcze. - Usłyszał czyjś głos. Jon odwrócił się. Tyrion Lannister niczym chimera siedział na kamiennej półce, nad drzwiami prowadzącymi do wielkiego holu. Karzeł przyglądał mu się uśmiechnięty. - Czy ten zwierzak to wilk?
- Wilkor - wyjaśnił Jon. - Nazywa się Duch. - Patrzył w górę na karła, zaciekawiony, zapominając o swojej udręce. - Co ty tam robisz? Dlaczego nie jesteś na przyjęciu?
- W środku jest za gorąco i za głośno, a poza tym wypiłem za dużo wina - odpowiedział karzeł. - Już dawno przekonałem się, że niegrzecznie jest rzygać na własnego brata. Czy mogę obejrzeć z bliska twojego wilka?
Jon zawahał się na moment, lecz po chwili skinął głową powoli.
- Sam zejdziesz czy mam przynieść drabinę?
- Daj spokój - odparł karzeł. Odepchnął się z półki i skoczył w dół. Jon otworzył usta i patrzył oniemiały, jak Tyrion Lannister opada zwinięty w kłębek, ląduje na rękach i odbija się do tyłu, by ostatecznie stanąć na nogach.
Duch cofnął się niepewnie.
Karzeł wybuchnął śmiechem i otrzepał z kurzu ubranie.
- Zdaje się, że przestraszyłem twojego wilka. Wybacz.
- On się nie przestraszył - zaprzeczył Jon. Przyklęknął i zawołał: - Chodź tutaj, Duchu. No, chodź. - Szczeniak przybliżył się i przysunął pysk do twarzy Jona, nie spuszczając wzroku z Tyriona Lannistera. Kiedy karzeł wyciągnął ramię, by go pogłaskać, wilk cofnął się i wyszczerzył kły.
- Nieśmiały, co? - zauważył Lannister.
- Siadaj, Duch - rozkazał Jon. - Dobrze, spokój. - Spojrzał w górę na karła. - Teraz możesz go pogłaskać. Nie ruszy się, dopóki mu nie powiem. Tak go nauczyłem.
- Widzę - orzekł Lannister. Potarmosił śnieżnobiałe futro między uszami Ducha i powiedział: - Dobry wilk.
- Gdyby mnie tu nie było, rozerwałby ci gardło - oznajmił Jon. Nie była to w pełni prawda, lecz wierzył, że tak będzie.
- W takim razie nie oddalaj się zbytnio - zażartował karzeł. Przechylił swoją za dużą głowę i popatrzył uważnie na Jona oczami o różnych kolorach. - Jestem Tyrion Lannister.
- Wiem - oświadczył Jon, wstając. Teraz był większy od karła, co wprawiło go w zakłopotanie.
- Ty jesteś bękartem Neda Starka, zgadza się? - Jon poczuł ogarniający go chłód. Zacisnął mocno usta i nic nie odpowiedział. - Czy cię obraziłem? - spytał Lannister. - Przepraszam. Nikt nie oczekuje uprzejmości od karłów. Dzięki całym pokoleniom brykających głupców ubranych w pstrokate ubrania nie muszę dbać o strój i mogę wygadywać, co mi się tylko spodoba. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - A zatem jesteś tym bękartem.
- Lord Eddard Stark jest moim ojcem - odezwał się Jon dobitnym głosem.
Lannister przyglądał się jego twarzy.
- Tak - powiedział. - Bez wątpienia. Masz więcej rysów ludzi z północy niż twoi bracia.
- Przyrodni bracia - poprawił Jon. Ucieszyły go słowa karła, lecz nie chciał się z tym zdradzić.
- Pozwól, bękarcie, że dam ci pewną radę - mówił dalej Lannister. - Nigdy nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo świat na pewno o tym nie zapomni. Uczyń z tego swoją siłę, a wtedy przestanie to być twoim słabym punktem. Zrób z tego swoją zbroję, a nikt nie użyje tego przeciwko tobie.
W tym momencie Jon nie miał ochoty wysłuchiwać niczyich rad.
- Co ty możesz wiedzieć o tym, jak to jest być bękartem?
- W oczach ojców wszystkie karły są bękartami.
- Przecież jesteś prawdziwym synem matki z Lannisterów.
- Czyżby? - odparł karzeł, uśmiechając się ponuro. - Powiedz to mojemu panu ojcu. Moja matka umarła, wydając mnie na świat, dlatego on nigdy nie miał pewności.
- Ja nawet nie znam swojej matki - wyznał Jon.
- Bez wątpienia była to kobieta. Przeważnie są to kobiety. - Uśmiechnął się smutno do Jona. - I zapamiętaj coś jeszcze, chłopcze. Wszystkie karły mogą być bękartami, lecz nie wszystkie bękarty muszą być karłami. - Po tych słowach odwrócił się i wrócił na ucztę, pogwizdując. Kiedy otwierał drzwi, jego długi cień padł na podłogę dziedzińca, a Tyrion Lannister, przez krótką chwilę, wydawał się ogromny jak król.
CATELYN
Ze wszystkich pokoi Wielkiej Wieży zamku Winterfell najcieplejsza była komnata sypialna Catelyn.
Zamek wzniesiono w miejscu, gdzie wybijały gorące źródła, dlatego ich gorące wody płynęły przez jego ściany niczym krew w ludzkim ciele, dzięki czemu ogrzewały kamienne hole, wypełniały wilgotnym ciepłem cieplarniane ogrody i nie pozwalały ziemi zamarznąć.
Kąpiel Catelyn była zawsze parująca i gorąca, a ściany jej komnaty ciepłe w dotyku. Ciepło przypominało jej Riverrun, słoneczne dni spędzone z Lysą i Edmurem, lecz Ned nigdy go nie polubił. Wciąż powtarzał, że Starkowie zostali stworzeni dla zimna, ona zaś śmiała się wtedy i odpowiadała, że w takim razie postawili swój zamek w niewłaściwym miejscu.
Tak więc, kiedy skończyli, Ned zsunął się z niej i wyszedł z łóżka, jak miał w zwyczaju robić. Przeszedł przez pokój, odsunął ogromne, ciężkie zasłony i zaczął otwierać kolejno wysokie i wąskie okna, wpuszczając do komnaty nocne powietrze.
Wiatr zawirował wokół niego, gdy stał tak wpatrzony w ciemność, nagi, z pustymi rękoma. Catelyn naciągnęła futro aż po szyję i spoglądała na męża. Teraz wydawał jej się mniejszy, słabszy, jak młodzieniec, którego poślubiła w sepcie w Riverrun czternaście długich lat temu. W lędźwiach wciąż czuła jeszcze ból od jego natarczywych pchnięć, lecz był to przyjemny ból. Czuła w sobie nasienie i modliła się, żeby powstało z niego życie. Od urodzin Rickona minęły już trzy lata. Nie była za stara i mogła dać Nedowi jeszcze jednego syna.
- Odmówię mu - rzekł Ned, odwróciwszy się do niej. Patrzył nieprzytomnym spojrzeniem, a w jego głosie zabrzmiała niepewność.
Catelyn usiadła w łóżku.
- Nie możesz. Nie wolno ci.
- Mam dość obowiązków na północy i nie pragnę zostać Namiestnikiem Roberta.
- On tego nie zrozumie. Teraz jest Królem, a królowie to nie to samo, co zwykli ludzie. Jeśli nie zechcesz mu służyć, zacznie się zastanawiać dlaczego i prędzej czy później nabierze podejrzeń, że nie jesteś mu przychylny. Nie dostrzegasz niebezpieczeństwa, jakie mógłbyś na nas sprowadzić?
Ned potrząsnął głową niedowierzająco.
- Robert nigdy by nie skrzywdził ani mnie, ani nikogo z mojej rodziny. Byliśmy sobie bliżsi niż bracia. On darzy mnie miłością. Jeśli mu odmówię, wścieknie się i przeklnie mnie, lecz nie minie tydzień, a będziemy się śmiać z tego. Ja go znam!
- Znałeś innego człowieka - oświadczyła. - Król jest kimś innym. - Catelyn przypomniała sobie martwego wilkora znalezionego w śniegu z gardłem przebitym rogiem. Chciała mu to uzmysłowić. - Mój panie, dla Króla duma jest wszystkim. Robert przebył daleką drogę, by osobiście obdarzyć cię tym ogromnym zaszczytem, a tobie nie wolno rzucać mu go w twarz.
- Zaszczytem? - Ned roześmiał się gorzko.
- W jego mniemaniu - wyjaśniła.
- A w twoim?
- Także w moim - odparła, teraz już rozzłoszczona. Dlaczego tego nie widział? - Jak inaczej można to potraktować? Chce, żeby nasza córka poślubiła jego syna. Sansa może zostać kiedyś królową. Jej synowie może będę rządzili od Muru aż po góry Dorne. Co w tym złego?
- Bogowie, Catelyn, Sansa ma dopiero jedenaście lat - zaperzył się Ned. - A Joffrey... Joffrey jest...
- ...następcą tronu - skończyła za niego. - Ja miałam zaledwie dwanaście lat, kiedy mój ojciec obiecał mnie twojemu bratu, Brandonowi.
Ned skrzywił się.
- Brandon. Tak, Brandon wiedziałby, co zrobić. Zawsze wiedział. Wszystko to było przeznaczone dla niego. Ty, Winterfell, wszystko. On urodził się na Namiestnika i ojca przyszłych królowych. Ja nigdy nie prosiłem o ten puchar.
- Może i nie - powiedziała Catelyn - ale Brandon nie żyje, a ty otrzymałeś puchar i musisz z niego pić, czy chcesz tego czy nie.
Ned znowu odwrócił się do okna. Stał wpatrzony w ciemność, może patrzył na księżyc, może na gwiazdy albo na strażników strzegących murów.
Catelyn zamilkła, widząc jak cierpi. Eddard Stark poślubił ją w miejsce Brandona, zgodnie z tradycją, lecz cień jego zmarłego brata wciąż pozostawał między nimi, podobnie jak ten drugi, cień kobiety, której imienia nie chciał wyjawić, a która urodziła mu bękarta.
Miała już podejść do niego, kiedy rozległo się pukanie, głośne i nieoczekiwane. Ned odwrócił się, marszcząc czoło.
- Co tam?
Zza drzwi dobiegł głos Desmonda:
- Mój panie, przybył maester Luwin i prosi o pilne posłuchanie.
- Mówiłeś mu, że nie kazałem nikogo wpuszczać?
- Tak, panie, lecz on nalega.
- Dobrze. Wpuść go.
Ned podszedł do szafy i włożył ciężką szatę. Catelyn poczuła nagle przenikliwy chłód. Usiadła w łóżku i podciągnęła futro pod brodę.
- Może zamkniemy okna - zaproponowała.
Ned skinął głową zamyślony. W tej samej chwili pojawił się maester Luwin. Był drobnym mężczyzną o ziemistej cerze. Jego bystre, szare oczy potrafiły dużo zauważyć. Te włosy, które mu jeszcze zostały, pokryła siwizna. Ubrany był w szarą szatę z wełny, obszytą białym futrem, barwy Starków. Wnętrza obszernych rękawów skrywały kieszenie, do których Luwin wsadzał zawsze różne przedmioty, książki, wiadomości, zabawki dla dzieci i różne dziwne rzeczy. Catelyn dziwiła się często, że on w ogóle jest w stanie unieść ręce.
Maester czekał w milczeniu, dopóki nie zamknięto za nim drzwi.
- Mój panie - zwrócił się do Neda. - Wybacz, że zakłócam twój odpoczynek. Zostawiono u mnie wiadomość.
Ned spojrzał na niego rozzłoszczony.
- Zostawiono? Kto zostawił? Posłaniec? Nikt mnie nie informował.
- Nie było żadnego posłańca, mój panie. Jedynie rzeźbiona, drewniana szkatułka, pozostawiona na stole w obserwatorium w czasie, kiedy się zdrzemnąłem. Moi służący nie widzieli nikogo, lecz musiał to być ktoś z królewskiej świty. Nie mieliśmy innych gości z południa.
- Szkatułka, powiadasz? - powiedziała Catelyn.
- W jej wnętrzu znalazłem wspaniałą lupę do mojego obserwatorium. Można sądzić, że pochodzi z Myr. Nie ma lepszych nad mistrzów z Myr.
Ned zmarszczył brwi. Catelyn wiedziała, że nie interesują go podobne rzeczy.
- Lupa - powtórzył. - A co to ma wspólnego ze mną?
- I ja zadałem sobie podobne pytanie? - odparł maester Luwin. - Stwierdziłem, że musi tu chodzić o coś więcej.
Catelyn zadrżała pod grubym futrem.
- Lupa to instrument, który pomaga nam lepiej coś zobaczyć.
- Właśnie. - Luwin przesunął palcami po ciężkim kołnierzu szaty swojego zakonu; szyję starca oplatał ciężki łańcuch, każde jego ogniwo wykuto z innego metalu.
Po raz kolejny Catelyn poczuła dreszcz strachu.
- Cóż takiego mielibyśmy ujrzeć wyraźniej?
- Również się nad tym zastanawiałem. - Maester Luwin wyciągnął z rękawa ciasno zwinięty papier. - Prawdziwą wiadomość znalazłem ukrytą pod podwójnym dnem, kiedy rozłożyłem szkatułkę, lecz nie jest ona przeznaczona dla mnie.
- A zatem daj mi ją. - Ned wyciągnął rękę.
Luwin pozostał na miejscu.
- Wybacz, panie. Wybacz, ale wiadomość nie jest dla ciebie. Jest przeznaczona dla oczu lady Catelyn, i tylko dla niej. Czy wolno mi się zbliżyć?
Catelyn skinęła głową. Maester położył rulon na stole przy łóżku. Widniała na nim pieczęć z niebieskiego wosku. Luwin skłonił się i zaczął się wycofywać.
- Zostań - rozkazał Ned surowym tonem. Spojrzał na Catelyn. - O co chodzi? Moja pani, ty drżysz.
- Chyba tak - przyznała. Wyciągnęła ramię i drżącą dłonią podniosła ze stołu list. Futro opadło, odsłaniając jej nagie ciało. W niebieskim wosku wyciśnięto sokoła na tle księżyca w pełni. Pieczęć rodu Arrynów. - Od Lysy. - Catelyn spojrzała na męża. - Ta wiadomość nie ucieszy nas - powiedziała. - Niesie ze sobą smutek. Czuję to.
Ned zachmurzył się.
- Otwórz list.
Catelyn złamała pieczęć. Jej oczy przesuwały się po kolejnych słowach. Początkowo nic nie rozumiała. Dopiero po chwili przypomniała sobie.
- Lysa nie chciała ryzykować. W dzieciństwie posługiwałyśmy się nam tylko znanym, wymyślonym językiem.
- Potrafisz to odczytać?
- Tak.
- A zatem powiedz nam, co pisze.
- Może powinienem odejść - odezwał się maester Luwin.
- Nie - powstrzymała go Catelyn. - Będziemy potrzebowali twojej rady. - Odrzuciła futro i wyszła z łóżka. Idąc przez zimny pokój, miała wrażenie, że znalazła się w grobowcu.
Maester Luwin spuścił wzrok. Nawet Ned wyglądał na zaskoczonego.
- Co ty robisz? - spytał.
- Rozpalam ogień - odpowiedziała Catelyn. Założywszy szlafrok, przyklęknęła nad wygasłym paleniskiem.
- Może maester Luwin... - zaczął Ned.
- Maester Luwin odbierał wszystkie moje dzieci - oświadczyła Catelyn. - Nie czas teraz na fałszywą skromność. - Wsunęła papier pod drobniejsze drzazgi i położyła na nich większy kawałek drewna.
Ned podszedł do niej i postawił ją na nogi. Jej twarz znalazła się tuż przy jego.
- Moja pani, powiedz mi! Co to za wiadomość?
Czuł pod palcami napięte ciało Catelyn.
- Ostrzeżenie - powiedziała cicho. - Jeśli mamy na tyle rozumu, żeby go wysłuchać.
Nie spuszczał oczu z jej twarzy.
- Mów.
- Lysa pisze, że Jon Arryn został zamordowany.
Zaciskał mocno palce na ramionach Catelyn.
- Przez kogo?
- Przez Lannisterów - oznajmiła. - Przez Królową.
Ned zwolnił uścisk. Na jej skórze pozostały głębokie, czerwone ślady.
- Bogowie - wyszeptał ochrypłym głosem. - Twoja siostra jest przepełniona bólem. Nie wie, co mówi.
- Wie - odparła Catelyn. - Owszem, Lysa jest impulsywna, ale ta wiadomość została dobrze zaplanowana i sprytnie ukryta. Zdawała sobie sprawę, że zginie, gdyby ten list dostał się w niepowołane ręce. Musiała kierować się czymś więcej niż tylko podejrzeniem, skoro tak bardzo ryzykowała. - Catelyn spojrzała na męża. - Teraz nie mamy już wyboru. Musisz zostać Królewskim Namiestnikiem. Musisz pojechać z nim na południe i dowiedzieć się prawdy.
W tej samej chwili zorientowała się, że Ned pomyślał coś zupełnie innego.
- Jedyne prawdy, jakie znam, są tutaj. Południe to siedlisko żmij, do którego nie chcę wchodzić.
Luwin pociągnął za swój łańcuch w miejscu, w którym otarł mu delikatną skórę na szyi.
- Mój panie, Królewski Namiestnik posiada ogromną władzę. Władzę, dzięki której pozna prawdę o śmierci lorda Arryna i wymierzy sprawiedliwość jego zabójcom. Pozwoli mu ona także stanąć w obronie lady Arryn i jej syna, jeśli najgorsze okaże się prawdą.
Ned rozejrzał się bezradnie po komnacie. Catelyn była z nim całym sercem, lecz wiedziała, że w tej chwili nie wolno jej wziąć go w ramiona. Najpierw zwycięstwo, dla dobra dzieci.
- Twierdzisz, że kochasz Roberta jak brata. Zostawiłbyś brata otoczonego Lannisterami?
- Niech was porwą Inni - zaklął pod nosem. Odwrócił się i podszedł do okna. Catelyn milczała, podobnie jak i maester. Czekali cierpliwie, tymczasem Eddard Stark żegnał się w milczeniu z ukochanym domem. Kiedy ponownie zwrócił się do nich, mówił zmęczonym, smutnym głosem, a w kącikach jego oczu zalśniły wilgotne iskierki. - Mój ojciec pojechał raz na południe, wezwany przez Króla. Nigdy nie powrócił do domu.
- Inne czasy. Inny Król - wtrącił maester Luwin.
- Tak - powiedział Ned ponuro. Usiadł na krześle przy palenisku. - Catelyn, ty zostaniesz w Winterfell.
Jego słowa smagnęły ją niczym powiew zimnego wiatru.
- Nie - odpowiedziała zaniepokojona. Czy tak miała zostać ukarana? Nigdy już nie ujrzeć jego twarzy, nie poczuć jego uścisku?
- Tak - orzekł Ned stanowczo. - Będziesz w moim imieniu sprawować rządy na północy. W Winterfell zawsze pozostaje ktoś ze Starków. Robb ma czternaście lat. Niedługo będzie dorosłym mężczyzną. Musi nauczyć się rządzić, a mnie nie będzie, żeby mu wszystko pokazać. Niech uczestniczy w naradach. Niech będzie gotów, kiedy nadejdzie jego czas.
- Niebawem, jeśli bogowie pozwolą - mruknął maester Luwin.
- Maesterze Luwinie, ufam tobie jak bratu. Służ mojej żonie radą we wszystkich sprawach, dużych i małych. Naucz mojego syna wszystkiego, czego powinien się nauczyć. Nadchodzi zima.
Luwin skłonił głowę z powagą. Długą chwilę nikt się nie odzywał, aż dopiero Catelyn zebrała się na odwagę, by zadać pytanie, którego najbardziej się obawiała.
- A co z pozostałymi dziećmi?
Ned wysunął ramiona i przyciągnął ją ku sobie, tak że ich twarze znalazły się naprzeciw siebie.
- Rickon jest mały - oznajmił łagodnie. - Powinien zostać z tobą i Robbem. Pozostałe dzieci pojadą ze mną.
- Nie zniosę tego - oświadczyła, drżąc.
- Tak trzeba - stwierdził. - Sansa musi wyjść za Joffreya. Teraz nie mam co do tego wątpliwości, a więc nie wolno nam dawać im jakichkolwiek podejrzeń co do naszego oddania. Ponadto nadszedł czas, żeby Arya poznała dworskie życie południa. Za kilka lat będzie mogła szukać męża.
Sansa zabłyśnie na południu, pomyślała Catelyn, a Arya bez wątpienia potrzebuje ogłady. Z bólem w sercu pogodziła się z ich odejściem. Ale nie Bran, tylko nie on. Nigdy.
- Dobrze - powiedziała. - Ned, proszę jednak, ze względu na miłość, jaką mnie darzysz, niech Bran zostanie w Winterfell. On ma dopiero siedem lat.
- Ja miałem osiem lat, kiedy ojciec wysłał mnie pod opiekę do Orlego Gniazda - odparł Ned. - Ser Rodrik twierdzi, że książę Joffrey i Robb nie darzą się zbyt gorącym uczuciem. To nie jest zdrowe. Może Bran ułatwi ich pojednanie. Jest słodkim chłopcem, wesołym i da się lubić. Niech rośnie z królewskimi synami, niech za przyjaźni się z nimi, tak jak ja zaprzyjaźniłem się z Robertem. Zwiększy to tylko bezpieczeństwo naszego rodu.
Miał rację. Catelyn zdawała sobie z tego sprawę, lecz wcale przez to mniej nie cierpiała. Miała utracić całą czwórkę: Neda, obie dziewczynki i słodkiego, kochanego Brana. Pozostaną jej tylko Robb i Rickon. Już czuła się samotna. Winterfell było takie ogromne.
- Przynajmniej pilnuj, żeby trzymał się z daleka od murów - odezwała się odważnie. - Wiesz, jak Bran lubi się wspinać.
Ned scałował jej łzy, zanim zdążyły spłynąć po policzkach.
- Dziękuję ci, moja pani - rzekł szeptem. - Wiem, jak ci ciężko.
- A co z Jonem Snow, mój panie? - wtrącił maester Luwin.
Catelyn znieruchomiała na dźwięk tego imienia. Ned wyczuł jej gniew i odsunął się.
Wielu mężczyzn płodziło bękarty. Catelyn dojrzewała, posiadając już tę wiedzę. Nie zdziwiła się więc, kiedy w pierwszym roku ich małżeństwa dowiedziała się, że Ned spłodził syna z jakąś dziewczyną spotkaną przypadkowo w czasie jednej z wypraw. Rozumiała to, miał swoje potrzeby, cały rok spędzili oddaleni od siebie, on na wojnie, na południu, ona bezpieczna w zamku swojego ojca w Riverrun. Większą uwagę poświęcała Robbowi, którego wtedy nosiła jeszcze przy piersi, niż mężowi, którego ledwie znała. Rozumiała, że mężczyzna potrzebuje pociech między kolejnymi bitwami. Nie wątpiła też, że zajmie się dzieckiem, gdyby zdarzyło mu się je spłodzić.
On jednak posunął się dalej. Starkowie różnili się od innych. Ned zabrał swojego bękarta do domu i na oczach całej północy nazwał go "synem". Kiedy wojny wreszcie się skończyły i Catelyn zjechała do Winterfell, Jon i jego mamka zdążyli się już zadomowić.
Dla niej był to bolesny cios. Ned zaledwie wspomniał o matce dziecka, lecz w zamku nic się nie ukryło i niebawem Catelyn coraz częściej słyszała strzępy rozmów służących, które powtarzały opowieści swoich mężów, żołnierzy. Padło imię ser Arthura Dayne'a, zwanego Mieczem Poranka, najokrutniejszego z siedmiu rycerzy straży króla Aerysa. Opowiadano, że młody lord pokonał rycerza w pojedynku. Szeptano też, jak potem Ned zawiózł miecz ser Arthura do jego młodej i pięknej siostry, która czekała w zamku zwanym Starfall, położonym na brzegu Morza Letniego. Lady Ashara Dayne, wysoka i urodziwa, o przenikliwych fioletowych oczach. Dwa tygodnie Catelyn zbierała się na odwagę, aż wreszcie którejś nocy, kiedy leżeli w łóżku, spojrzała mężowi prosto w oczy i poprosiła, żeby wyznał jej prawdę.
Był to jeden jedyny raz, kiedy przestraszyła się Neda. "Nigdy nie pytaj mnie o Jona - odpowiedział jej wtedy lodowatym głosem. - Niech ci wystarczy, że w jego żyłach płynie moja krew. Dowiem się, od kogo usłyszałaś to imię, moja pani". Obiecała mu, że więcej nie będzie pytać. Od tamtego dnia plotki ustały i nikt więcej nie wymówił w Winterfell imienia Ashary Dayne.
Bez wątpienia kochał bardzo matkę chłopca, gdyż nie chciał słuchać próśb Catelyn, by go odesłać. Tej jednej rzeczy nigdy mu nie wybaczyła. Swojego męża pokochała całym sercem, ale nie potrafiła wzbudzić w sobie podobnego uczucia wobec Jona. Wybaczyłaby Nedowi i tuzin bękartów, gdyby tylko pozostawił ich gdzieś daleko. Jon był jednak z nimi, rósł i coraz bardziej przypominał Neda, bardziej niż którekolwiek z dzieci, które mu urodziła. Fakt ten pogłębiał jej ranę.
- Jon musi odejść - powiedziała teraz.
- On i Robb są sobie bliscy - odezwał się Ned. - Miałem nadzieję...
- On nie może zostać tutaj... - przerwała mu Catelyn. - Jest twoim synem, nie moim. Nie chcę go tutaj. - Wiedziała, jak ranią go jej słowa, choć są prawdziwe. Pozostawiony w Winterfell, chłopiec nie miałby lekkiego życia.
Ned spojrzał na nią pełnym udręki wzrokiem.
- Wiesz, że nie mogę go zabrać na południe. Nie ma dla niego miejsca na tamtejszym dworze. Chłopak z nazwiskiem bękarta... rozumiesz, jak by to wyglądało. Będą go unikać.
Catelyn postanowiła pozostać nieugięta wobec prośby męża, której głośno nie wypowiedział.
- Mówią, że twój przyjaciel Robert sam spłodził z tuzin bękartów.
- Lecz żadnego z nich nie widziano na dworze! - warknął Ned. - Kobieta Lannisterów zadbała o to. Catelyn, jak możesz być tak okrutna? To tylko chłopiec. On...
Czuł wzbierającą w nim złość. Zamierzał mówić dalej, lecz przerwał mu maester Luwin.
- Istnieje inne rozwiązanie - przemówił cicho. - Niedawno był u mnie twój brat, panie, Benjen. Przychodził w sprawie Jona. Zdaje się, że chłopiec myśli przywdziać czarny strój.
Ned spojrzał na niego zdumiony.
- Chce wstąpić do Nocnej Straży? - Catelyn milczała. Niech Ned przetrawi tę wiadomość. W tej chwili gotowa była ucałować maestera. Rozwiązanie wydało jej się idealne. Benjen Stark był Zaprzysiężonym Bratem. Traktowałby Jona jak syna, którego nigdy nie będzie miał. Kiedyś chłopiec także złoży przysięgę. Dzięki temu nie spłodzi synów, którzy mogliby konkurować o Winterfell z wnukami Catelyn.
- Mój panie, służba na Murze to wielki zaszczyt - powiedział maester Luwin.
- Tak, nawet bękart może zajść wysoko, służąc na Murze - zauważył Ned. Mówił udręczonym głosem. - Jon jest taki młody. Gdyby poprosił o to już jako mężczyzna... ale on ma dopiero czternaście lat...
- Ciężkie poświęcenie - przyznał maester Luwin. - Ale nastały ciężkie czasy. Twoja droga, panie, podobnie jak droga twojej pani, wcale nie wydaje się łatwiejsza.
Catelyn pomyślała o trójce dzieci, z którymi miała się rozstać. Niełatwo było jej zachować milczenie.
Ned odwrócił się do okna zamyślony. Wreszcie westchnął i zwrócił się do maestera Luwina.
- Dobrze. Tak chyba będzie najlepiej. Pomówię z Benem.
- Kiedy powiemy Jonowi? - spytał maester.
- W stosownej chwili. Najpierw trzeba poczynić przygotowania, a to zajmie nam przynajmniej dwa tygodnie. Niech Jon nacieszy się tymi ostatnimi dniami. Wkrótce skończy się lato, a z nim i jego dzieciństwo. Kiedy nadejdzie czas, sam mu to oznajmię.
ARYA
Arya spojrzała na swój ścieg - wciąż był krzywy.
Zmarszczyła czoło przygnębiona i spojrzała na swoją siostrę, Sansę, która siedziała z pozostałymi dziewczętami. Ścieg Sansy był zawsze idealny. Wszyscy tak twierdzili. "Robótki Sansy są równie śliczne jak ona sama - powiedziała kiedyś do jej matki septa Mordane. - Ma takie delikatne dłonie. - A kiedy lady Catelyn spytała o Aryę, septa prychnęła tylko. - Arya ma ręce kowala".
Arya zerknęła ukradkiem w drugi koniec pokoju w obawie, że septa Mordane może odgadnąć jej myśli, lecz tego dnia septa nie zwracała na nią większej uwagi. Siedziała z księżniczką Myrcellą rozanielona. Nieczęsto zdarzało się, żeby septa dostąpiła zaszczytu instruowania królewskiej córki w sprawach kobiecych robótek. Zdaniem Aryi ścieg Myrcelli także nie był idealnie prosty, lecz zachowanie septy całkowicie temu przeczyło.
Ponownie spojrzała na swoją robótkę, zastanawiając się, czy nie dałoby się jej jakoś naprawić, lecz westchnęła tylko i odłożyła igłę. Popatrzyła ponuro na siostrę. Sansa szyła, szczebiocąc wesoło. U jej stóp siedziała córka ser Rodrika. Beth Cassel łapczywie wsłuchiwała się w każde słowo Sansy, której Jeyne Poole szeptała coś do ucha.
- O czym rozmawiacie? - spytała Arya.
Jeyne rzuciła jej trochę przestraszone spojrzenie i zachichotała. Sansa wyglądała na speszoną. Beth zarumieniła się. Żadna nie odpowiedziała.
- Rozmawiałyśmy o księciu - powiedziała wreszcie Sansa słodkim głosikiem.
Arya wiedziała, którego księcia jej siostra ma na myśli. Oczywiście chodziło o Joffreya. Tego wysokiego i przystojnego. Sansa siedziała obok niego w czasie uczty. Aryę posadzono obok tego małego, grubego.
- Twoja siostra podoba się Joffreyowi - zdradziła szeptem Jeyne, dumna, jakby sama miała w tym jakiś udział. Była córką zarządcy z Winterfell oraz najlepszą przyjaciółką Sansy. - Wyznał jej, że jest bardzo piękna.
- On się z nią ożeni - oznajmiła mała Beth rozmarzonym głosem, kołysząc się. - Wtedy Sansa zostanie Królową całego Królestwa.
Sansa posiadała na tyle skromności, by się zarumienić, a rumieniła się ślicznie. Wszystko robiła ślicznie, pomyślała Arya przygnębiona.
- Beth, nie powinnaś zmyślać. - Sansa skarciła młodszą dziewczynkę, muskając dłonią jej włosy, by tym złagodzić surowy ton swojego głosu. Spojrzała na Aryę. - A ty, siostro, co myślisz o księciu Joffie? Jest bardzo szarmancki, nie sądzisz?
- Jon mówi, że on wygląda jak dziewczyna - prychnęła Arya.
Sansa westchnęła nad robótką.
- Biedny Jon - odezwała się. - Jest zazdrosny, ponieważ jest bękartem.
- Jest naszym bratem - odparła Arya zbyt głośno. Jej głos przeciął popołudniową ciszę komnaty.
Septa Mordane podniosła wzrok. Miała chudą twarz, przenikliwe oczy i wąskie, niemal pozbawione warg usta, jakby stworzone do grymasu, który właśnie na nich się pojawił.
- O czym rozmawiacie, dziewczynki?
- O naszym przyrodnim bracie - odrzekła tym razem Sansa; mówiła cicho, lecz dobitnie. - Uśmiechnęła się do septy. - Razem z Aryą mówiłyśmy właśnie, jak bardzo się cieszymy, że jest z nami dzisiaj Księżniczka - dodała.
Septa Mordane skinęła głową.
- Doprawdy, wielki to dla nas honor. - Księżniczka Myrcella uśmiechnęła się niepewnie. - Arya, czemu odłożyłaś igłę? - spytała septa. Wstała i ruszyła przez pokój, szeleszcząc sztywną suknią. - Pokaż mi swój ścieg.
Arya miała ochotę wrzasnąć.
- Proszę - powiedziała i pokazała swój materiał.
Septa popatrzyła uważnie.
- Arya, Arya. - W jej głosie wyczuwało się naganę. - To nie wystarczy, nie wystarczy. - Teraz wszyscy na nią patrzyli. Nie mogła tego znieść. Sansa była zbyt dobrze wychowana, żeby śmiać się w chwili zakłopotania siostry, lecz zrobiła to w jej imieniu Jeyne. Nawet księżniczka Myrcella spojrzała na nią z politowaniem. Arya poczuła napływające łzy. Zerwała się z krzesła i ruszyła szybko w stronę drzwi. - Arya, wracaj tutaj! - zawołała za nią septa Mordane. - Ani kroku dalej! Pani matka usłyszy o tym. I to w obecności Księżniczki! Wszystkim nam przynosisz wstyd!
Arya zatrzymała się przy drzwiach i odwróciła się, przygryzając wargę. Po jej policzkach płynęły łzy. Zdobyła się jeszcze na sztywny ukłon w kierunku Myrcelli.
- Za pozwoleniem, pani.
Myrcella zamrugała gwałtownie i spojrzała na pozostałych zdezorientowana. Za to septa Mordane nie miała wątpliwości, co powiedzieć.
- Arya, a dokąd to?
Arya rzuciła jej nienawistne spojrzenie.
- Muszę podkuć konia - odezwała się słodkim głosem i poczuła ogromną satysfakcję, widząc przerażoną twarz septy. Potem odwróciła się na pięcie i wybiegła pędem.
Czuła się pokrzywdzona. Sansa miała wszystko. Była o rok starsza od niej i Arya odnosiła wrażenie, że dla niej już nic nie zostało. Często tak właśnie się czuła. Sansa potrafiła wyszywać, śpiewać i tańczyć. Pisała wiersze. Znała się na strojach. Potrafiła grać na harfie i dzwonkach. I była piękna. Sansa odziedziczyła wysokie kości policzkowe po matce oraz gęste kasztanowe włosy Tullych. Arya zaś odziedziczyła urodę pana ojca. Włosy miała brązowe i matowe, twarz pociągłą, długą i poważną. Jeyne nazywała ją Arya o Końskim Pysku i rżała, kiedy ją mijała. Tylko w jeździe konnej Arya przewyższała swoją siostrę. No i jeszcze lepiej potrafiła zarządzać domem. Sansa nigdy nie miała głowy do liczb. Jeśli miała wyjść za Joffa, to będzie musiała postarać się o dobrego zarządcę, myślała Arya.
Nymeria czekała na nią w wartowni na dole, przy schodach. Przybiegła do Aryi, gdy tylko ją ujrzała. Arya uśmiechnęła się. Wiedziała, że jej szczeniak ją kocha, może tylko on jeden. Wszędzie z nim chodziła. Nymeria spała w jej pokoju, przy łóżku. Gdyby tylko matka pozwoliła, Arya chętnie zabrałaby wilczycę do komnaty, gdzie uczyły się wyszywać. Niechby wtedy septa Mordane spróbowała narzekać na jej ściegi.
Nymeria chwyciła delikatnie w zęby dłoń Aryi, kiedy ją odwiązywała. Wilczyca miała żółte oczy. W blasku słońca lśniły jak złote monety. Arya nazwała ją imieniem wojowniczej królowej z Rhoyne, która poprowadziła swój lud przez wąskie morze. Oczywiście, wywołało to wielki skandal. Sansa nazwała swojego szczeniaka Dama. Arya skrzywiła się i przytuliła swoją wilczycę. Zachichotała, kiedy Nymeria polizała ją w ucho.
Septa Mordane z pewnością zdążyła już zawiadomić panią matkę. Jeśli pójdzie do swojego pokoju, znajdą ją tam, a na to nie miała ochoty. Pomyślała o czymś przyjemniejszym. Chłopcy ćwiczyli na dziedzińcu. Chciała zobaczyć, jak Robb kładzie na plecy wytwornego księcia Joffreya.
- Chodź - powiedziała do Nymerii. Wstała i pobiegły razem. Na krytym moście, między zbrojownią a Wielką Wieżą, znajdowało się okno, z którego rozpościerał się widok na cały dziedziniec. Tam właśnie się udała.
Kiedy przybiegły zdyszane, Arya ujrzała Jona siedzącego na parapecie z jedną nogą podciągniętą pod brodę. Wydawał się ich nie zauważać, zaabsorbowany tym, co dzieje się na dziedzińcu, dopóki jego biały wilk nie poruszył się, żeby wyjść im na spotkanie. Nymeria zbliżyła się ostrożnie. Duch, już teraz większy od pozostałych szczeniaków, obwąchał ją, chwycił delikatnie zębami za ucho i usiadł.
Jon spojrzał na Aryę uważnie.
- Mała siostrzyczko, czy nie powinnaś teraz uczyć się prostego ściegu?
Arya skrzywiła się.
- Chciałam zobaczyć, jak walczą.
- No, to chodź. - Uśmiechnął się.
Arya wspięła się na parapet i usiadła obok niego. Z dołu dochodziły głuche uderzenia i postękiwania.
Ku swemu rozczarowaniu zobaczyła, że ćwiczą młodsi chłopcy. Bran był tak grubo ubrany, że wydawało się, iż owinięto go w pierzynę, książę Tommen zaś, pulchny nawet bez ubrania, stał się dosłownie okrągły. Sapiąc, zadawali sobie nawzajem ciosy drewnianymi mieczami pod czujnym okiem starego zbrojmistrza, ser Rodrika Cassela. Był to ogromny mężczyzna o imponujących bokobrodach. Stojący dookoła mężczyźni i chłopcy zachęcali walczących. Głos Robba wybijał się ponad głosy pozostałych. Dostrzegła obok niego Theona Greyjoya. Ubrany w czarny kubrak ozdobiony złocistym krakenem, godłem jego rodu, przyglądał się walce z wyrazem pogardy na twarzy. Obaj przeciwnicy chwiali się na nogach. Arya domyśliła się, że walczą już od dłuższego czasu.
- Trochę bardziej wyczerpujące niż robótki - zauważył Jon.
- Ale też bardziej zabawne niż robótki - odpowiedziała Arya. Zawsze byli ze sobą blisko. Oboje odziedziczyli rysy ojca. Tylko oni. Robb, Sansa, Bran, a nawet mały Rickon, mieli urodę Tullych - uśmiechnięte twarze i ogniste włosy. Jeszcze jako mała dziewczynka Arya obawiała się, że jej wygląd świadczy o tym, że i ona jest bękartem. Tylko Jonowi wyjawiła te obawy i właśnie on ją uspokoił.
- Dlaczego nie jesteś tam z nimi? - spytała.
Uśmiechnął się słabo.
- Bękartom nie wolno obijać młodych książąt - odpowiedział. - Wszelkie siniaki na ich ciele muszą zostać zadane mieczem prawowicie urodzonych.
- Och. - Arya zmieszała się. Powinna była się domyślić. Po raz kolejny tego dnia doszła do wniosku, że nie ma sprawiedliwości w życiu.
Przyglądała się, jak jej mały brat atakuje Tommena.
- Potrafiłabym się bić tak samo dobrze jak Bran - oświadczyła. - On ma dopiero siedem lat, a ja dziewięć.
Jon obrzucił ją spojrzeniem przepełnionym mądrością czternastolatka.
- Jesteś za chuda - orzekł. Pomacał jej mięsień ramienia i westchnął, kręcąc głową. - Pewnie nawet byś nie uniosła miecza, mała siostrzyczko. A gdybyś miała się nim zamachnąć... - Arya wyrwała ramię i rzuciła mu gniewne spojrzenie. Jon poczochrał jej włosy. Patrzyli, jak Bran i Tommen okrążają się nawzajem. - Widzisz księcia Joffreya? - spytał Jon.
Nie zauważyła go dotychczas, lecz kiedy rozejrzała się uważniej, zobaczyła, że stoi bardziej z tyłu, w cieniu wielkiego muru, otoczony ludźmi, których nie znała. Byli to młodzieńcy w strojach o barwach Lannisterów i Baratheonów. Wśród nich znajdowało się też kilku starszych mężczyzn, rycerzy zapewne, jak domyślała się Arya.
- Spójrz na herb na jego opończy - podpowiedział Jon. Arya przyjrzała się uważniej. Na książęcej opończy widniała wyszyta pięknie tarcza. Podzielono ją na pół i na jednej połowie umieszczono królewskiego jelenia w koronie, na drugiej zaś lwa Lannisterów. - Lannisterowie są dumni - zauważył Jon. - Nie wystarcza im herb królewski. Stawia obok niego ród swojej matki, jakby były sobie równe.
- Kobieta też jest ważna! - zaprotestowała Arya.
Jon zachichotał.
- Może powinnaś zrobić to samo, mała siostrzyczko. Połącz Tullych i Starków na swoim herbie.
- Wilk z rybą w pysku? - Roześmiała się. - Głupio by to wyglądało. A poza tym, po co dziewczynie herb, jeśli nie potrafi walczyć?
Jon wzruszył ramionami.
- Dziewczyny dostają herby, lecz nie dostają mieczy. Bękartom daje się miecze, ale nie herby. Tak już jest, mała siostrzyczko, lecz nie ja wymyśliłem te zasady.
Na dziedzińcu rozległ się krzyk. Kiedy spojrzeli w dół, książę Tommen przebierał rękoma i nogami, próbując bezskutecznie się podnieść. Wyglądał jak przewrócony na plecy żółw. Bran stał nad nim z podniesionym mieczem, gotowy przyłożyć mu, gdy tylko się podniesie. Przyglądający się wybuchnęli śmiechem.
- Dość! - zawołał ser Rodrik. Podał Księciu rękę i pociągnął go do góry. - Dobra robota. Lew, Donnis, pomóżcie im się rozebrać. - Rozejrzał się. - Książę Joffreyu, Robb, jeszcze jedna runda?
Robb, spocony jeszcze po poprzedniej walce, ruszył ochoczo.
- Chętnie.
Joffrey wyszedł z cienia, posłuszny wezwaniu Rodrika. Jego włosy zalśniły niczym lite złoto. Wyglądał na znudzonego.
- Ser Rodriku, to dobre dla dzieci.
Theon Greyjoy zaśmiał się, co bardziej przypominało krótkie szczeknięcie.
- Przecież jesteście dziećmi - rzucił z przekąsem.
- Robb może tak - powiedział Joffrey. - Ale ja jestem Księciem i mam już dość okładania Starków mieczem zabawką.
- Jak dotąd dostałeś więcej razów, niż udało ci się zadać - powiedział Robb. - Boisz się?
Książę Joffrey spojrzał na niego.
- Och, drżę przerażony - odparł. - Jesteś o tyle ode mnie starszy. - Kilku spośród Lannisterów wybuchnęło śmiechem.
Jon zmarszczył brwi, przyglądając się całej scenie.
- Naprawdę, Joffrey to takie małe gówno - powiedział do Aryi.
Ser Rodrik skubał swoje siwe bokobrody zamyślony.
- Co sugerujesz? - zwrócił się do Księcia.
- Ostre miecze.
- Dobrze - odpowiedział natychmiast Robb. - Będziesz żałował!
Zbrojmistrz położył dłoń na ramieniu Robba, by go uspokoić.
- Ostre miecze są zbyt niebezpieczne, ale pozwolę wam pojedynkować się mieczami turniejowymi o przytępionych ostrzach.
Joffrey nic nie odpowiedział, lecz jeden z mężczyzn - nie znany Aryi rycerz o czarnych włosach i twarzy pokrytej bliznami po oparzeniach - wysunął się przed Joffreya.
- Mówisz do swojego Księcia. Kim ty jesteś, ser, by mu rozkazywać?
- Jestem zbrojmistrzem Winterfell, Clegane, i lepiej o tym nie zapominaj.
Mężczyzna z bliznami na twarzy spojrzał na Robba.
- Ile masz lat, chłopcze?
- Czternaście - odpowiedział Robb.
- Ja po raz pierwszy zabiłem człowieka w wieku dwunastu lat. Domyślasz się z pewnością, że nie zrobiłem tego tępym mieczem.
Arya zauważyła, jak Robb się najeżył. Jego duma została zraniona. Odwrócił się do ser Rodrika.
- Pozwól mi. Pokonam go.
- Pokonaj go mieczem turniejowym - odparł ser Rodrik.
Joffrey wzruszył ramionami.
- Stark, przyjdź do mnie, jak trochę dorośniesz. Tylko żebyś nie był za stary. - Lannisterowie wybuchnęli śmiechem.
Przekleństwa Robba odbiły się echem od ścian dziedzińca. Arya zakryła usta przerażona. Theon Greyjoy chwycił Robba za ramię, by go odciągnąć od Księcia. Ser Rodrik skubał wąsy zakłopotany.
Joffrey udał, że ziewa, i zwrócił się do młodszego brata.
- Chodź, Tommen - powiedział. - Koniec zabawy. Niech się dzieci dalej bawią same.
Lannisterowie znowu wybuchnęli śmiechem, a Robb cisnął kolejne przekleństwa. Twarz ser Rodrika poczerwieniała z wściekłości pod siwymi bokobrodami. Theon przytrzymywał Robba w żelaznym uścisku, dopóki Książę i jego ludzie nie odeszli na bezpieczną odległość.
Jon patrzył, jak odchodzą, a Arya przyglądała się Jonowi. Twarz miał nieruchomą jak staw w sercu bożego gaju. Wreszcie zeskoczył z parapetu.
- Koniec przedstawienia - powiedział. Pochylił się i podrapał Ducha za uchem. Biały wilk podniósł się i otarł łeb o jego nogę. - Lepiej biegnij do swojego pokoju, mała siostrzyczko. Septa Mordane pewnie cię już szuka. Im szybciej cię znajdzie, tym łagodniejszą dostaniesz karę. Będziesz szyła przez całą zimę. Kiedy nadejdą wiosenne roztopy, znajdą twoje ciało z igłą w zamarzniętej dłoni.
Żart Jona wcale nie wydał się jej śmieszny.
- Nienawidzę szycia! - wycedziła przez zęby. - To niesprawiedliwe!
- Nic nie jest sprawiedliwe - powiedział Jon. Poczochrał jej włosy i odszedł ze swoim wilkiem. Nymeria ruszyła za nimi, lecz po chwili zatrzymała się i zawróciła.
Poszła niechętnie w przeciwnym kierunku.
Sprawy przybrały gorszy obrót, niż przewidywał Jon. W jej pokoju czekała septa Mordane. Septa Mordane oraz jej matka.
BRAN
Polowanie rozpoczęło się o świcie. Król zażyczył sobie dzika na wieczorną ucztę. Książę Joffrey pojechał z ojcem, tak więc i Robb mógł dołączyć do myśliwych. Pojechał z nimi także stryj Benjen, Jory, Theon Greyjoy, ser Rodrik, a nawet zabawny, mały brat Królowej. W końcu było to ostatnie polowanie. Rankiem, następnego dnia mieli wyruszyć na południe.
Bran został z Jonem, dziewczynkami i Rickonem. Tylko że Rickon był jeszcze mały, dziewczynki były dziewczynkami, a Jon i jego wilk gdzieś zniknęli. Bran nie szukał go zbyt gorliwie. Wydawało mu się, że Jon jest na niego zły. Co więcej, w tych dniach Jon wydawał się zły na wszystkich dookoła. Bran nie wiedział dlaczego. Jon miał pojechać z wujem Benem na Mur i wstąpić do Nocnej Straży. Branowi wydawało się to prawie tak samo ciekawe, jak wyprawa na południe. A przecież to Robb miał zostać w zamku, a nie Jon.
Bran nie mógł się doczekać, kiedy wyjadą. Miał pojechać królewskim traktem na własnym koniu, na koniu, a nie na kucu. Jego ojciec zostanie Królewskim Namiestnikiem, a oni wszyscy zamieszkają w czerwonym zamku w Królewskiej Przystani, w zamku zbudowanym przez Władców Smoków. Stara Niania opowiadała, że są tam duchy, a także lochy, w których dokonywano okropnych rzeczy i w których wisiały na ścianach smocze głowy. Bran czuł dreszcz na samą myśl o podobnych rzeczach, lecz nie bał się. Dlaczego miałby się bać? Będzie z nim ojciec, a także jego rycerze.
Bran także miał zostać rycerzem, jednym z Gwardii Królewskiej. Stara Niania mówiła, że należą do niej najznakomitsze miecze w całym królestwie. Było ich tylko siedmiu, nosili białe zbroje, nie mieli żon ani dzieci i służyli tylko Królowi. Bran znał wszystkie opowieści o rycerzach z Gwardii Królewskiej. Ich imiona brzmiały dla niego równie słodko jak najpiękniejsza melodia. Serwyn od Zwierciadlanej Tarczy. Ser Ryam Redwyne. Książę Aemon, Smoczy Rycerz. Bracia bliźniacy, ser Erryk i ser Arryk, którzy pozabijali się nawzajem dawno temu, w czasie wojny zwanej Tańcem Smoków, gdy brat walczył przeciw siostrze. Biały Byk, Gerold Hightower. Ser Arthur Dayne, Miecz Poranka. Barristan Śmiały.
Dwóch spośród rycerzy Gwardii Królewskiej przybyło z królem Robertem. Bran przyglądał im się wtedy zafascynowany, lecz nigdy nie ośmielił się odezwać do nich. Ser Boros był łysym mężczyzną z obwisłą twarzą, ser Meryn zaś miał oczy schowane pod opadającymi powiekami i brodę koloru rdzy. Ser Jaime Lannister bardziej przypominał rycerzy z opowieści. On także należał do Gwardii Królewskiej, lecz Robb powiedział, że ser Jaime zabił wcześniej starego, szalonego Króla i nie powinien się już liczyć. Najznakomitszym spośród żyjących rycerzy pozostawał ser Barristan Selmy, zwany Barristanem Śmiałym, dowódca Gwardii Królewskiej. Ojciec obiecał, że spotkają się z ser Barristanem, kiedy przyjadą do Królewskiej Przystani. Tak więc Bran zaznaczał dni na murze, nie mogąc się doczekać, kiedy wyruszą. Miał zobaczyć świat, o którym dotąd mógł tylko marzyć, i rozpocząć życie, o jakim mu się nie śniło.
Tymczasem nadszedł ostatni dzień i Bran nieoczekiwanie poczuł się zagubiony. Dotąd Winterfell było jego jedynym domem. Ojciec polecił mu pożegnać się tego dnia, co próbował uczynić. Kiedy myśliwi wyjechali, ruszył przez zamek ze swoim wilkiem, by odwiedzić tych wszystkich, których miał tutaj zostawić: Starą Nianię, Gage'a, kucharza, Mikkena z kuźni, Hodora, chłopaka stajennego, który wciąż się uśmiechał, zajmował się jego kucem i nigdy nic nie mówił, poza jednym słowem "Hodor", człowieka ze szklanych ogrodów, który dał mu jeżyn...