Pieśń. Księga IV Pellinoru - Alison Croggon

Reflow text when sidebars are open.
Pasterz zbierał drwa na opał niedaleko starego Gościńca Pellinorskiego, gdy jego uwagę przyciągnął dziwny widok. Jeździec odziany w czerń, dosiadający wspaniałego karego rumaka jechał szybko zapomnianym traktem - wyraźna drobna postać w bladych promieniach zimowego słońca.
Sama obecność kogoś obcego była już czymś niezwykłym. Od czasu splądrowania Szkoły Pellinoru dziesięć lat wcześniej i złych lat, które po nim nastąpiły, niewielu podróżnych odwiedzało te strony. Dni, w których bardowie i kupcy przybywali tłumnie do Pellinoru, a droga mieniła się kolorami ich wspaniałych strojów i pieśni, odeszły bez śladu i teraz zdawały się jedynie legendą. Lecz to nie widok nieznajomego, nawet przyodzianego w tak złowieszczy strój, sprawił, że starzec przycisnął do piersi wiązkę chrustu i wycofał się ostrożnie za gęste krzaki jeżyn, z lękiem kreśląc w powietrzu znak chroniący przed złym okiem. Wzrok wbijał w bestię towarzyszącą jeźdźcowi: wielkiego białego psa. Jeśli faktycznie był to pies. Z pewnością nie przypominał żadnego, jakiego pasterz oglądał. Wyższy od cielaka, zdawał się jeszcze większy dzięki grubemu zimowemu futru, nastroszonemu wokół głowy niczym kryza. Bez trudu dotrzymywał kroku koniowi, biegnąc lekko, a każdy ruch uwypuklał silne mięśnie barków i łap. Gdyby nie towarzystwo jeźdźca, starzec uznałby go za wilka, nigdy jednak nie słyszał o wilku biegającym z koniem.
Gdy dziwaczna trójca zbliżyła się, serce pasterza ogarnął chłód i mężczyzna przykucnął za krzakami. Trzęsły mu się ręce. Jego oczy nie były już tak dobre jak kiedyś, ale potrafił rozpoznać wilka. Zaczął żałować, że zapuścił się tak blisko gościńca, nawet w tak piękny dzień, i nagle przypomniał sobie wszystkie pogłoski o niesamowitych wydarzeniach, złych stworach i mrocznych czarnoksiężnikach. Gdyby coś mu się stało, żona nigdy by się nie dowiedziała i pozostałaby zupełnie sama. Pasterz pochylił się jeszcze niżej w nadziei, że go nie zauważą; słysząc coraz bliższy tętent kopyt, wstrzymał oddech. Ku jego zgrozie wierzchowiec zwolnił kroku i w końcu przystanął.
- Gdzie on jest, Maerad? - W mroźnym powietrzu wyraźnie zabrzmiał męski głos, choć przemawiał cicho.
Mimo przerażenia starzec słuchał oszołomiony. Do kogo zwracał się nieznajomy? Nie zauważył nikogo innego; czyżby, jak to mają ponoć w zwyczaju czarni magowie, rozmawiał z duchami powietrza? Pasterz znów wstrzymał oddech, ściskając wiązkę chrustu tak mocno, że zbielały mu kostki.
- Uważasz, że tam?
Pasterz usłyszał, jak jeździec zeskakuje z konia i rusza w jego stronę. W panice wypuścił drwa; runęły na ziemię z trzaskiem, który w jego uszach wydawał się głośny jak grzmot. Odwrócił się, by uciec, ale potknął się o kępę trawy i upadł. Kiedy dźwignął się na czworaki, odkrył, że naprzeciw niego stoi wilk, i jęknął ze zgrozy. Instynktownie ukrył twarz w dłoniach, by nie oglądać własnej śmierci.
Wbrew oczekiwaniom nie poczuł jednak zębów wilka zaciskających się na szyi. Zamiast tego nieznajomy przemówił do niego. Z początku pasterz był zbyt przerażony, by zrozumieć jego słowa.
- Błagam o wybaczenie - mówił obcy. - Przysięgam na Światło, że nie żywimy wobec ciebie złych zamiarów.
Powoli pasterz oderwał dłonie od twarzy. Nie dostrzegł ani śladu wilka. Natomiast nieznajomy pochylał się nad nim i podawał rękę. Pomógł staremu wstać i delikatnie otrzepał jego kapotę. Potem w milczeniu pozbierał chrust i ostrożnie ułożył w objęciach pasterza. Starzec odzyskał oddech. Nieznajomy wyglądał łagodnie, lecz było w nim coś jeszcze, pewien wdzięk, który kojarzył się z lepszymi czasami. Od bardzo dawna jemu podobni nie odwiedzali tych stron.
Pasterz z powagą podziękował nieznajomemu, w oficjalny sposób, w jaki kiedyś przemówiłby do barda, który uleczył go albo odprawił wiosenny rytuał nad zbiorami. Tamten spojrzał na niego ostro.
- Od wielu lat nie widziałem tu barda - rzekł starzec.
Teraz, kiedy strach minął, zapragnął rozmowy.
- Nie mieliśmy powodu tu przybywać - odparł nieznajomy.
Spojrzeli sobie w oczy i obaj jednocześnie odwrócili wzrok, jakby odczytali w twarzy drugiego smutek, którego woleli nie nazywać.
- Czy to znaczy, że Szkoła Pellinoru powróci? Czy bardowie znów się zjawią? Bard zawahał się.
- Nie wiem - przyznał.
Pasterz podrzucił lekko chrust, który zaczynał mu ciążyć.
- Mam nadzieję, że tak - powiedział w końcu. - Bez nich jest bardzo trudno.
Zimy są ciężkie, jagnięta przychodzą na świat chore i wszystko idzie nie tak.
- Owszem - przytaknął bard. - Bardzo wiele, i nie tylko tutaj. To złe czasy dla wielu ludzi.
Pasterz pokiwał głową i ze smutkiem pociągnął nosem. Lecz nieznajomy uniósł rękę i na moment dotknął jego czoła; przez chwilę starzec odnosił wrażenie, że rozkwitło na nim łagodne słońce, wlewając złociste ciepło we wszystkie zakamarki ciała.
- Niechaj Światło oświetla ci drogę - rzekł bard.
- I tobie - odparł jak należy pasterz.
Patrzył, jak nieznajomy odchodzi do swego konia, który stał cierpliwie na gościńcu, czekając na jeźdźca. Biały wilk przysiadł obok; wydawał się nie groźniejszy od wielkiego szczeniaka. Bard wskoczył na siodło, uniósł na pożegnanie dłoń i odjechał. Dopiero wtedy starzec zorientował się, że nie spytał go nawet o imię.
Nie czekał, aż jeździec zniknie w dali. Żona z pewnością się już niecierpliwiła. Ciepło dotyku barda wciąż krążyło mu w żyłach i maszerując do domu, zanucił starą piosenkę. Stąpał lekko; po raz pierwszy, odkąd pamiętał, w jego sercu przebudziła się nadzieja.
Przez ciebie biedny staruszek o mało nie umarł ze strachu, Maerad. - Bard zerknął na wilczycę.
- Nie chciałam tego, Cadvanie - odparła wilczyca w Mowie. Jakiś czas milczała, po czym dodała: - Faktycznie pachniał strachem. Ale gdyby zamierzał nas zaatakować, też by się bał...
- Zapewne. Dobrze jest zachować czujność, ale i tak mamy szczęście, że jego serce wytrzymało. - Cadvan wzruszył ramionami. - W sumie nie stało się nic złego. Mam nadzieję. Martwi mnie jednak fakt, iż przeniknął wzrokiem nasz woal ułudy i ukrył się przed nami. Powinien był zobaczyć tylko pustą drogę. Wiesz, że zorientował się, iż jestem bardem?
- Słyszałam. Czyżby miał Dar?
- Niewielki - wyjaśnił Cadvan. - Nie Dar barda, lecz dość, by obdarzyć go odrobiną bardowskiego wzroku. Zapewne dobrze sobie radzi ze zwierzętami. Pewnie ma najzdrowsze stado w okolicy. Albo miał kiedyś, gdy był to ludny i bogaty region. Dziś jazda tą drogą przytłacza mi serce, Maerad.
Westchnął i spojrzał przed siebie ponad wzgórza. Dopiero niedawno minęło przesilenie i mimo słońca nie widać było oznak wiosny. Głusza podbijała dawne ludzkie siedziby, bezlistne krzaki i chaszcze porastały niegdysiejsze otoczone kamiennymi murkami pola.
We trójkę podróżowali szybko, a tymczasem słońce osiągnęło zenit krótkiego dnia i zaczęło opadać w stronę horyzontu. Od czasu do czasu mijali opuszczoną farmę, raz przejechali przez pustą wieś; drzwi zwisały tam z zawiasów, a garnki pozostawione wiele lat temu przy zarośniętych ścieżkach teraz rdzewiały w błocie.
Głusza nie wydawała się już Maerad pusta, krajobraz niedotknięty ludzką ręką nabrał nowych znaczeń. Tu jednak ziemie nie były oswojone ani dzikie. Wydawały się po prostu opuszczone, smutne, niesamowite. Jej nos wyłapał zapach dawnych czarów - zdarzyło się tu zło, zło, które przegnało ludzi z ich domów. Może nadal ukrywało się pośród walących się budynków i zarośniętych sadów, obserwując ich ukradkiem, czekając, aż zapadną cienie, by wzrosnąć w siłę. Na tę myśl sierść zjeżyła się jej na grzbiecie i mimowolnie warknęła.
- Nie podoba mi się tutaj - rzekła, zwracając się wprost do umysłu Cadvana.
- Ani mnie - odparł Cadvan. On też przemawiał do jej myśli, wcześniejsze słowa uznał za zbyt głośne. - Czuć tu śmiercią.
Darsor, wierzchowiec Cadvana, najwyraźniej się z tym zgadzał; choć milczał, przyśpieszył kroku, galopując miarowo. Biegli dalej w milczeniu, Maerad cały czas zachowywała czujność. O zachodzie słońca niebo się zachmurzyło, a z ziemi zaczęła powstawać gęsta mgła, tłumiąca jej zmysł węchu. To przeszkadzało jej bardziej niż ciemność; polegała na swym nosie o wiele bardziej niż na oczach.
Nie zatrzymali się, póki nie zrobiło się zbyt ciemno, by móc się posuwać dalej. Cadvan znalazł gęsty zagajnik, w którym mógł odrobiną magii z łatwością zamaskować ogień. Rozsiodłał Darsora i roztarł jego szorstką sierść. Maerad patrzyła, jak pracuje, jej oczy płonęły. Zjadła dzień wcześniej i nie była głodna, lecz kiedy Cadvan przyrządził sobie posiłek i jadł, do ust napłynęła jej ślinka. Zerknął na nią.
- Powinnaś powiedzieć, jeśli masz na coś ochotę - rzekł.
Maerad z lekką urazą odwróciła głowę. Nie poprosi; to on powinien ją poczęstować. Cadvan zaśmiał się.
- Przysięgam, Maerad, z każdym dniem zachowujesz się bardziej jak prawdziwy wilk. Nie zawsze pamiętam wilczą etykietę. Chciałabyś kawałek?
Maerad patrzyła ponad nim, nie zwracając na niego uwagi, wzruszył więc ramionami i dokończył posiłek. Gdy wyczyścił kociołek, znów zerknął na wilczycę. Leżała na brzuchu na skraju kręgu światła, masywny łeb ułożyła na łapach i śledziła każdy jego ruch. Poruszyła uszami w przód i w tył, poza tym jednak nie zdradzała żadnych oznak niepokoju.
- Martwię się, że jeśli zbyt długo pozostaniesz wilkiem, zapomnisz, że jesteś człowiekiem - powiedział Cadvan. - Nie wiem nic o tych mocach. Czy kiedykolwiek obawiasz się, że zapomnisz, jak znów stać się Maerad?
W odpowiedzi uniosła uszy, ale milczała. Jej wzrok zwrócił się do wewnątrz, gdy rozważała słowa Cadvana. Już od tygodnia podróżowała w postaci wilka.
Zdolność przemiany stanowiła część jej Daru, moc Żywiołowców leżącą poza zakresem umiejętności bardów i wiedziała, że Cadvanowi nie do końca się to podoba. Jej ludzkie ja wciąż żyło obecne wewnątrz niej, ale istotnie im dłużej pozostawała w postaci wilka, tym dalsze się wydawało, jak niegdysiejszy sen. Nie śmiała jednak zamienić się w młodą dziewczynę, nie tak blisko gór.
- Wątpię, bym zapomniała - odparła wreszcie. - Ale nawet jeśli, teraz nie mogę się zmienić. Król Zimy od razu by mnie odnalazł.
Cadvan przytaknął; zdawało się, że chce powiedzieć coś jeszcze, ale się powstrzymał. Zamiast tego spytał Maerad, czy zechce objąć pierwszą wartę. Podróżowali bez wytchnienia, od kiedy w dzień przesilenia zimowego opuścili wypalone zgliszcza Pellinoru, kierując się na południe do schronienia w Szkole Innailu, i wszystko bolało go ze zmęczenia. Opatulił się płaszczem i grubym kocem dla ochrony przed nocnym mrozem, po czym natychmiast zasnął.
Maerad też była zmęczona, ale nie nieprzyjemnie, i w ogóle nie czuła chłodu. Zdawała się drzemać, lecz bynajmniej nie spała; jej wyostrzone zmysły rejestrowały najdrobniejszy ruch gałązki, najlżejszą zmianę prądów powietrza. Myślała o Arkanie, Królu Zimy, Żywiołowcu, który schwytał ją i więził w swej górskiej fortecy i od którego tak niedawno uciekła. Nie odważyła się przybrać z powrotem ludzkiej postaci nie dlatego, że bała się Arkana, choć się bała, lecz ponieważ nie ufała samej sobie. Myśl o nim otwierała w niej pustkę, mieszaninę strachu i pożądania. Gdyby Arkan wymówił jej imię, pomyślała z pogardą, nawet teraz odwróciłaby się i pobiegła do niego. Nie rozumiała go - wykraczał tak dalece poza jej pojmowanie, jak i same góry - nawet go nie lubiła, lecz coś wewnątrz niej płonęło, coś, czego nie mogła opanować ani ignorować. Być może owo pożądanie to krew Elidhu krążąca w jej żyłach, reagująca na jednego ze swoich; może lęk wywodził się z jej ludzkiego ja. W tym momencie poruszyła się niecierpliwie. Myśli o różnych aspektach jej osoby zawsze mieszały jej w głowie.
Prościej było pozostać wilkiem.
Mijała noc. Maerad wyczuła nadchodzący deszcz, może już następnego dnia. Chmury wisiały ciężko na niebie, nieprzeniknionej czerni nie rozjaśniał księżyc ani gwiazdy. Dogasające ognisko dawało niewiele światła, nawet ono ukazywało tylko kłęby mgły zbierające się między pniami drzew - ale wzrok był tylko jednym ze zmysłów Maerad. Usłyszała odległe hukanie sowy i miękki szelest jej skrzydeł, gdy opadła na małe nocne stworzenie, które pisnęło raz jeden i umilkło. Lekki wiatr przeciskał się przez nagie gałęzie, grzechocząc martwymi zimowymi liśćmi, które wciąż nie opadły. Słyszała ciche oddechy Cadvana i Darsora, który poruszył się we śnie, poza tym jednak nic. Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku, ją jednak ogarniał coraz większy niepokój. W końcu wstała i zaczęła krążyć bezszelestnie po gaju, unosząc pysk, kosztując powietrze.
Nie było niczego, co mogłaby wyczuć, usłyszeć, zobaczyć, ale sierść nadal jeżyła się jej na grzbiecie. Jakiś inny zmysł ogłosił alarm. Krążyła nerwowo tam i z powrotem i obudziła Darsora, który opuścił głowę, zrównując się z nią nosem, i wydmuchnął obok powietrze.
- Coś nie tak? - spytał.
- Tak. Nie. - Teraz zjeżyła się już cała. - Tak, ale nie wiem co.
Darsor uniósł łeb i powęszył, po jego skórze przebiegł dreszcz.
- Ktoś się zbliża - oznajmił. - Ktoś dobrze osłonięty. Musisz obudzić mojego przyjaciela.
Maerad trąciła nosem Cadvana, który ocknął się natychmiast, z włosami potarganymi od snu, i sięgnął po miecz.
- O co chodzi?
- Nie wiem - odparła Maerad. - Darsor mówi, że ktoś tu jest. Ktoś osłonięty.
Cadvan zdążył już wstać; Darsor znał się na tym.
Z jego bezruchu i napięcia Maerad wywnioskowała, że Cadvan nasłuchuje swymi uszami barda. Poczuła nagłą irytację - wyostrzeniu wilczych instynktów towarzyszyło osłabienie innych zmysłów. Cadvan wyczuwał działanie magii bądź obecność Mroku, zdolności Maerad były w tej kwestii mocno ograniczone.
- Sądzisz, że to Próżny? - Na tę myśl w oczach Maerad zapłonął czerwony blask; Próżni byli bardami, którzy sprzymierzyli się z Mrokiem, oddali swoją moc na usługi Bezimiennego w zamian za niekończące się życie. Budzili w niej pogardę zmieszaną ze strachem.
- Najpewniej. Mam taką nadzieję, bo jeśli nie, to pewnie coś gorszego. W tej chwili chciałbym, żebyś była bardem.
Maerad zawahała się na chwilę.
- Czy powinnam się zmienić?
Cadvan przyjrzał się jej z namysłem, po czym pokręcił głową.
- Nie - rzekł. - Nie powinniśmy ryzykować ściągnięcia sobie na głowę kolejnych
kłopotów w osobie Króla Zimy. Zresztą nawet teraz jesteś bardzo niebezpieczna.
Jego twarz rozjaśnił przelotny ślad uśmiechu, potem odwrócił się od ognia i rozpłynął wśród cieni.
Przez jakiś czas nic się nie działo. Chwile upływały morderczo powoli, ukryte zagrożenie ani nie rosło, ani nie malało. Może, pomyślała Maread, cokolwiek się zbliżyło, zorientowało się, iż wiedzą o jego obecności. Jej myśliwskie zmysły działały z pełną mocą, nie poruszyła nawet mięśniem. Usłyszała, jak w pobliżu Darsor przesuwa się lekko i oddycha ciężko. Zastanowiła się przelotnie, ile razy wraz z Cadvanem stali w podobnym zawieszeniu, czekając na atak; zdarzało się to znacznie częściej, niżby wolała.
I wtedy wydało się jej, że coś nieskończenie małego się zmieniło, choć jej wyczulone zmysły nie potrafiły stwierdzić co. Zerknęła szybko na Cadvana i zobaczyła, jak zaciska dłoń na rękojeści miecza. A potem polanę, na której obozowali, przecięła fala światła, trafiając w drzewo za plecami Maerad, które natychmiast stanęło w płomieniach. Darsor nawet się nie wzdrygnął, lecz Maerad przywarła do ziemi, warcząc w głębi gardła; cienie płonących gałęzi tańczyły na jej futrze. Cadvan nie odpowiedział ciosem; zamiast tego zaklął, a ona odwróciła się zdumiona. Dopiero po chwili zrozumiała dlaczego. To jednak nie Próżny ich atakował, Próżni nie używali białego ognia.
- To był bard - rzekł Cadvan.
- Albo bardowie.
- Nie, sądzę, że tylko jeden. - Cadvan westchnął ciężko i wzmocnił osłonę. - Powiedziałbym, że niezbyt potężny. To by wyjaśniało urok maskujący. Aby tak dokładnie zamaskować swoją obecność, trzeba naprawdę potężnego Próżnego, bardom natomiast łatwiej jest się ukryć. Lecz nawet jeśli ten bard pragnie naszej śmierci, ja nie chcę zabijać bardów. Choć nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co miałby tu robić...
- Pewnie wziął cię za Próżnego - podsunęła Maerad. - Powinieneś przestać ubierać się na czarno...
W tym momencie nad nimi błysnął kolejny jęzor białego ognia. Nastąpił tuż po poprzednim; ich rozmowa odbyła się szybko jak sama myśl.
Biały ogień przełamał czar maskujący barda i teraz Maerad wyczuła dokładnie, gdzie jest napastnik. Stał kilka sążni od nich, tuż pod zagajnikiem; niewątpliwie człowiek, bard, i to sam. A jednak coś było z nim nie tak; nawet stłumione bardowskie instynkty Maerad dostrzegały, że w jego magii czegoś brakuje.
- Czy może nas zranić? - spytała, gdy kolejna błyskawica mignęła im nad głowami.
- Nie przypuszczam. Choć może zachował coś w rezerwie.
- Osłoń mnie - poprosiła. - Może zdołam go obezwładnić, nie robiąc mu krzywdy.
Cadvan przytaknął i poczuła ukłucie magii na skórze, gdy postawił wokół niej magiczną tarczę. Następnie uniósł rękę i posłał błyskawicę białego płomienia nad głową barda, by odwrócić jego uwagę. Tymczasem Maerad wybiegła bezdźwięcznie spomiędzy drzew, okrążając napastnika, by móc podkraść się bliżej. Wkrótce znalazła się za jego plecami, gotowa do skoku; ujrzała wyraźną czarną sylwetkę na tle kolejnego rozbłysku białego ognia. Patrząc na niego, poczuła jeszcze głębsze zdumienie. Przypominał jej chłopca ciskającego kamieniami w drzewo, jego atak był równie skuteczny. To wszystko nie miało sensu.
Dotknęła umysłu Cadvana, ostrzegając, co zamierza, przygotowała się, skoczyła na plecy barda i powaliła go na ziemię. Zaskoczyła go do tego stopnia, że w żaden sposób nie zdołał się obronić, nawet nie krzyknął. Leżał przygnieciony jej ciężarem, z trudem chwytając oddech.
Po chwili Cadvan dołączył do Maerad. Unieruchomił barda urokiem, tak że tamten nie mógł się poruszać ani posługiwać magią. Maerad cofnęła łapy z jego ramion i przysiadła tuż obok. Teraz gdy zagrożenie minęło, ogarnęła ją przemożna ciekawość.
Cadvan zaczekał, aż tamten przestanie się krztusić, posadził go szorstko i lekko zwolnił czar, pozwalając mu mówić, po czym oświetlił jego twarz. Trudno było orzec, ile lat ma nieznajomy, nawet uwzględniając problemy z oceną wieku bardów. Wyglądał jak człowiek dobrze po pięćdziesiątce, był jednak chudy jak szkielet, a twarz miał tak poznaczoną bruzdami i cierpieniem, że nie dało się czegokolwiek odgadnąć; równie dobrze mógł być znacznie młodszy. Jego rysami wstrząsał groteskowy tik, toteż zdawało się, że cały czas się krzywi, a przez dziury w brudnym ubraniu przeświecało białe ciało. Choć musiał wiedzieć, że nic to nie da, szamotał się gwałtownie, próbując przełamać czar.
Maerad spojrzała mu w oczy i natychmiast odwróciła głowę, walcząc z wszechogarniającą, zwierzęcą paniką.
- Jest szalony - powiedziała do Cadvana.
Jej towarzysz nie odpowiedział. Najwyraźniej zbierał siły.
- Próby użycia przeciw nam magii nie zdadzą się na nic - rzekł do barda. Choć przemawiał surowo, Maerad dosłyszała w jego głosie litość. - I raczej to odradzam.
Mężczyzna przestał się szarpać i popatrzył wprost na Cadvana. W jego oczach płonęła nienawiść.
- Zatem mnie zabij - odparł i splunął.
- Nie chcę cię zabijać - odrzekł Cadvan. - To ostatnia rzecz, jakiej pragnę.
- W takim razie ja zabiję ciebie. - Bard skrzywił się. - Każ swojej potwornej bestii, by rozszarpała mnie na sztuki. Jeśli ty mnie nie zabijesz, ja zniszczę ciebie. Zabij mnie.
- Nie chcę cię zabijać - powtórzył Cadvan. - A ty nie zdołasz mi zaszkodzić. - Urwał. - Jak masz na imię?
Bard zachichotał, a Maerad wzdrygnęła się. Był to straszny dźwięk, przesycony tak wielką rozpaczą, że ogarnął ją chłód.
- Imię? Pytasz mnie o imię? Już go nie mam. A jak brzmi twoje, ty pomiocie Mroku? Wiem, że tacy jak ty też nie mają imion, więc czemu pytasz mnie o moje?
- Ja mam imię - odparł Cadvan. - I ty także. - Jego postać otoczyła powoli gwiaździsta poświata; pochylił się naprzód i przycisnął dłoń do czoła rozmówcy. Po jakimś czasie Cadvan westchnął głęboko i zabrał rękę; Maerad ponownie spojrzała na barda. Jego twarz odprężyła się powoli, zniknęły z niej nienawiść i ból. - A teraz - dodał spokojnie Cadvan - jak się nazywasz?
Dopiero po długiej chwili bard odpowiedział, zupełnie jakby musiał długo szukać w pamięci, nim odnalazł właściwą odpowiedź.
- Hilarin. Hilarin z Pellinoru.
Cadvan zbladł nagle.
- Hilarin z Pellinoru? - powtórzył.
- Znasz go? - spytała Maerad.
- Słyszałem to imię. Hilarin z Pellinoru był kiedyś słynnym pieśniarzem.
- Przyjacielu, co cię spotkało? - Cadvan przemawiał łagodnie, ze smutkiem. Ujął dłoń Hilarina, lecz ten cofnął ją natychmiast i potarł drugą, jakby ten dotyk go skaził. - Wszyscy sądzili, że nie żyjesz. Gdzie się podziewałeś?
- Nie wiem. Ja... polowałem... - Hilarin wydawał się oszołomiony; Maerad ujrzała, jak na jego twarzy znów gromadzą się cienie. Nawet magia Cadvana nie mogła zbyt długo powstrzymywać jego obłędu. - Kiedyś była tu Szkoła, zabrali ją i ukryli. Ale ja wiem, gdzie ją znaleźć. Jest pogrzebana pod ziemią. Zabrali ją, mroczni tacy jak ty, zabiję ich wszystkich, budzicie we mnie obrzydzenie, zdrajcy... - Zakończył wiązanką przekleństw, po czym rozpłakał się bezradnie.
Maerad ze zdumieniem popatrzyła na Cadvana.
- Co on ma na myśli?
Twarz jej towarzysza sposępniała.
- Niestety, niewiele. To bzdury. Zgaduję, że widząc zniszczenie Pellinoru, oszalał. A może sprawiło to coś innego.
Maerad wpatrywała się w Hilarina. Ten człowiek, pomyślała, był kiedyś dumnym bardem Pellinoru. Ten zaśliniony, złamany wrak. Zastanowiła się, jak zdołał przeżyć. Nagle zrobiło jej się niedobrze.
- Co z nim poczniemy? - spytała w końcu. - Nie możemy go tu zostawić.
Z umysłu Cadvana promieniowało bolesne niezdecydowanie.
- Nie - rzekł. - Ale też nie możemy zabrać go z sobą. Nasza misja jest zbyt pilna, by narażać ją towarzystwem szaleńca. Zastanawiam się, co go spotkało...
Nagle w umyśle Maerad pojawił się wyraźny obraz... Znów ujrzała to, jak Enkir, Pierwszy Bard Annaru, złamał jej matkę Milanę, niegdyś także dumną bardkę, podczas zniszczenia Pellinoru. To Enkir, zdrajca Światła, dowodził atakiem, gdy Maerad była zaledwie małym dzieckiem. To, co uczynił z jej matką, stanowiło jedno z najboleśniejszych wspomnień Maerad. Pomyślała, że chyba domyśla się, co spotkało Hilarina.
- Mógłbyś go uleczyć? - zapytała.
- Uleczenie tego wykracza poza moją Wiedzę - odparł Cadvan. - Mógłbym jedynie zapewnić mu drobną ulgę, krótki odpoczynek. I może umieścić w jego snach myśl, która pokieruje go w miejsce, gdzie znalazłby ukojenie. Najbliżej leży Lirigon...
Usiadł obok Hilarina i zaczął snuć zaklęcie, mamrocząc cicho słowa w Mowie. Bard natychmiast zapadł w głęboki sen; był to jednak zaledwie początek magii Cadvana. Maerad przyglądała mu się jakiś czas, po czym, pojąwszy, że trochę to potrwa, wróciła do ogniska.
Darsor był doświadczonym wojownikiem; wiedząc, że potyczka dobiegła końca, zdążył już znów zasnąć. Nie obudziła go. Położyła się z nosem zwróconym do ognia; nigdy jeszcze nie czuła podobnego przygnębienia. Nie była pewna, czy przez całe życie oglądała coś równie żałosnego. Hilarin z Pellinoru był kiedyś słynnym śpiewakiem. A teraz...
Po jakimś czasie Cadvan wrócił z twarzą poszarzałą ze znużenia i położył lekko dłoń na jej grzbiecie.
- Powinieneś się przespać - oznajmiła i obróciła się do niego, gdy usiadł obok.
- Wkrótce - odrzekł.
- Czy Hilarin kiedykolwiek dojdzie do siebie?
- Nie przypuszczam. Coś w nim pękło, tak głęboko, iż wątpię, by się zrosło. Zrobiłem, co mogłem - pośpi teraz bardzo długo - i osłoniłem go, by pozostał bezpieczny. A kiedy znajdziemy się daleko stąd, obudzi się i ruszy do Lirigonu. Mieszkają tam uzdrowiciele, którzy może przynajmniej złagodzą jego cierpienie.
- To, co się z nim stało, przypomina to, co spotkało cały ten kraj - oznajmiła Maerad.
- Owszem - przytaknął Cadvan. - Istotnie. Mrok bardzo dokładnie dokonuje swego dzieła.
- Cóż możemy zdziałać przeciw tak potężnej woli?
Cadvan podniósł patyk i poruszył żar, w nocne niebo wystrzelił snop iskier.
- Zrobimy, co tylko możemy - odparł.
- Ale czy jest jakaś nadzieja?
Chwilę milczał. Gdy przemówił, jego słowa zabrzmiały surowo.
- Zawsze jest nadzieja.
Z mieszanymi uczuciami zakończyłam ostatecznie pracę nad przekładem Naraudh Lar-Chanë, Zagadki Drzewnej Pieśni. Z jednej strony piszę to z ogromną ulgą, może nawet euforią, która zawsze towarzyszy końcowi długiej pracy; z drugiej jej zakończenie pozostawia wielką lukę w moim życiu. Będę tęsknić za Maerad, Cadvanem, Hemem i Salimanem oraz ich przyjaciółmi; przez ostatnich siedem lat stali się dla mnie równie rzeczywiści jak towarzysze życia. Mam wrażenie, że podróżowałam z nimi, dzieliłam ich radości i smutki, a teraz muszę ich porzucić i zająć się poważniejszymi wymaganiami kariery akademickiej, od której praca ta stanowiła niezwykle przyjemny odpoczynek.
Poprzednie trzy tomy obejmują pierwszych sześć ksiąg wielkiego epickiego dzieła literatury annaryjskiej.
W Darze poznajemy przygody Maerad, która spotyka barda Cadvana z Lirigonu, swe przeznaczenie i prawdziwą tożsamość, towarzyszymy jej w podróży do Norlochu, wielkiej cytadeli Światła w Annarze, wraz z nią odnajdujemy utraconego brata Hema. W Norlochu Maerad i Cadvan odkrywają, że Światło zostało skażone, i muszą uciekać, gdy wśród bardów Annaru wybucha wojna domowa.
W drugim tomie, Zagadce, Maerad wyrusza z Cadvanem na północne lodowe pustkowia w poszukiwaniu Drzewnej Pieśni. Po potyczce, w której, jak sądzi, Cadvan zginął, zapuszcza się na daleką północ. Tam dowiaduje się, że połowę Drzewnej Pieśni zapisano na jej własnej lirze. W drodze powrotnej zostaje schwytana przez potężnego Elidhu, Arkana, Króla Zimy, ucieka jednak z jego cytadeli i ponownie dołącza do Cadvana.
Kruk skupia się na historii Hema. Hem podróżuje z bardem Salimanem do Turbanska i uczestniczy w wielkich bitwach na południu, kiedy Bezimienny maszeruje na Suderain i oblega miasto. Najmroczniejszą część przygód Hema stanowi podróż do twierdzy Bezimiennego, Dagry, leżącej w sercu Dén Ravenu.
W Pieśni, obejmującej dwie ostatnie księgi Naraudh Lar-Chanë, historia poszukiwań Drzewnej Pieśni dobiega końca. Pozostawię czytelnikowi radość odkrycia tej historii. Powiem jednak, że nad ostatnimi księgami pracowało mi się chyba najprzyjemniej.
W czasie lektury poznajemy część różnorodnych kultur Edil-Amarandhu i wiele się dowiadujemy o pozycji bardów w ich społeczeństwie; więcej szczegółów starałam się przekazać w dodatkach do trzech pierwszych tomów. Zawsze uważałam tę historię za coś więcej niż tylko kopalnię informacji na temat owych kultur; nie wątpię, że w dawnych czasach ceniono ją nie tylko za użyteczność, ale i za piękno.
Naraudh Lar-Chanë, wedle popularnej tradycji, to dzieło samych Maerad i Cadvana, choć niektórzy naukowcy podają to w wątpliwość i twierdzą, że powstała dziesiątki lat po ich śmierci na podstawie źródeł ustnych. Osobiście niezbyt interesują mnie owe spory, tak jak nie przejmuję się dyskusjami na temat autorstwa sztuk Szekspira - mnie zawsze fascynowały same historie.
Z przyczyn, których uczeni mogą się tylko domyślać, kończą się one gwałtownie, bez żadnego wyjaśnienia, około N1500, jakieś pięćset lat po wydarzeniach opisanych w Naraudh Lar-Chanë. Najpopularniejsza teoria głosi, że cywilizację Edil-Amarandhu zniszczyła olbrzymia katastrofa, wywołana uderzeniem meteorytu. Jak wiele innych aspektów wiedzy o Annarze prawda pozostaje kuszącą tajemnicą. Wiemy na pewno tylko to, że owo fascynujące społeczeństwo zniknęło, pozostawiając po sobie jedynie enigmatyczne ślady zachowane w zwojach annaryjskich.
Jestem winna wdzięczność tak wielu ludziom, że brak mi miejsca, by wspomnieć o wszystkich. W pierwszej kolejności, jak zawsze, chciałabym podziękować rodzinie za jej cierpliwość i pomoc przez lata pracy nad tym przekładem - mojemu mężowi Danielowi Keene za wsparcie tego projektu i zdolności korektorskie, a także dzieciom, Joshui, Zoe i Benowi. Ponownie jestem wdzięczna Richardowi, Jan, Nicholasowi i Veryan Croggon za wnikliwe uwagi na temat wczesnych wersji przekładu. Ogromny dług zaciągnęłam u redaktora Chrisa Kloeta, którego bystre oko i dobre rady niezwykle ulepszyły moje dzieło; nasza współpraca była dla mnie ogromną przyjemnością. Nie potrafię też opisać swojej wdzięczności za bezinteresowną i twórczą współpracę mojego kolegi, profesora Patricka Insole, obecnie dziekana Katedry Języków Starożytnych University of Leeds. Chciałabym również podziękować wielu kolegom po fachu, którzy łaskawie wspomagali mnie sugestiami i radami przez wiele lat fascynujących dyskusji; było ich zbyt wielu, by wymienić, a ja jestem wdzięczna wszystkim - ich pomoc okazała się bezcenna, a wszelkie niedociągnięcia i błędy pozostałe po tylu radach to wyłącznie moja wina. I na koniec raz jeszcze chciałabym wspomnieć o niezwykłej uprzejmości i życzliwości pracowników Libridha Museum na University of Querétaro w czasie miesięcy, które spędziłam tam na badaniach Naraudh Lar-Chanë.
Alison Croggon Melbourne, Australia, 2007