WSTĘP
"Zawsze czeka nas powrót do komórki"
Bez względu na wszelkie zakręty i zawroty na koniec zawsze czeka nas powrót do komórki1.
Rudolf Virchow, 1858
W listopadzie 2017 roku patrzyłem, jak mój przyjaciel Sam P. umiera, bo jego komórki zbuntowały się przeciwko ciału2.
Wiosną 2016 roku u Sama wykryto złośliwego czerniaka. Nowotwór przybrał początkowo formę znamienia na policzku, fioletowoczarnego, nie większego od monety, otoczonego odbarwioną obwódką. Clara, matka Sama, zauważyła je po raz pierwszy podczas letnich rodzinnych wakacji na Block Island. Prosiła, żeby syn wybrał się do dermatologa, potem błagała, a nawet posunęła się do gróźb, ale Sam powtarzał, że jest bardzo zajęty. Pracował jako dziennikarz sportowy w dużej gazecie i nie miał czasu martwić się byle znamieniem. Zanim spotkałem się z nim w marcu 2017 roku, żeby je zbadać - nie był moim pacjentem, poprosił mnie o konsultację po znajomości - guz rozrósł się, miał już podłużny kształt i wielkość kciuka. Wiele wskazywało na to, że doszło do przerzutów. Kiedy dotknąłem guza, Sam syknął z bólu.
Rozpoznać zmianę nowotworową to jedno - zupełnie czym innym jest obserwowanie, jak się przemieszcza i rozwija. Czerniak wędrował po twarzy Sama, zmierzał w kierunku ucha. Wystarczyło się uważnie przyjrzeć, by dostrzec, że zostawia za sobą ślad, kilwater w postaci fioletowych kropek.
Nawet Sam, dziennikarz sportowy, który przez całe życie opisywał wyczyny wymagające szybkości i zręczności, był zdumiony dynamiką rozwoju czerniaka. Jak to możliwe, pytał mnie raz po raz - jak? jak? jak? - że komórka skóry, która przez kilkadziesiąt lat funkcjonowała najzupełniej normalnie, nagle zyskała nowe zdolności i zaczęła kolonizować jego twarz, dzieląc się w nieprawdopodobnie szybkim tempie?
Nowotwór nie wypracowuje owych zdolności. Należy raczej powiedzieć, że je sobie przywłaszcza. Mówiąc ściślej, zachodzi tu dobór naturalny i selekcja komórek. Przetrwają te, które najskuteczniej zapewnią sobie dobre warunki do życia i podziału, ponadto zaś będą umiały przemieszczać się w inne zakątki ciała. Komórka nowotworowa wykorzystuje choćby geny i białka, które niegdyś odpowiadały za gwałtowny rozwój nowo powstałego zarodka: bałamuci je i sprawia, że budują wszystko, czego jej potrzeba. Może przemieszczać się po ciele i pokonywać ogromne dystanse, bo robi użytek z mechanizmów wypracowanych przez inne, z natury ruchliwe komórki. Mnoży się w nieskończoność dzięki popsutym, zmutowanym genom, które w zwykłych okolicznościach starannie kontrolowałyby jej podział. Nowotwór to zaburzenie normalnych procesów komórkowych. Jestem onkologiem, więc zajmuję się komórkami - tyle że w przeciwieństwie do większości biologów oglądam je w krzywym zwierciadle.
*
Późną wiosną 2017 roku Samowi podano lekarstwo, które miało sprawić, że jego limfocyty T zmienią się w armię zdolną stanąć do walki ze zbuntowanymi komórkami. Pomyśl tylko: przez wiele lat, może nawet przez dziesięciolecia, czerniak Sama i jego limfocyty T żyły obok siebie i ignorowały się nawzajem. Układ odpornościowy nie dostrzegał zezłośliwiałej zmiany. Każdego dnia miliony limfocytów T mijały obojętnie czerniaka jak przechodnie, którzy odwracają wzrok, nie chcąc dostrzec katastrofy.
Mój przyjaciel miał nadzieję, że dzięki lekowi, który mu przepisano, nowotwór przestanie być niewidzialny i limfocyty T uznają go za intruza, więc przypuszczą atak, tak samo jak za każdym razem, gdy napotykają komórki zainfekowane przez bakterie. Obojętni przechodnie ocknęliby się i ruszyli do akcji. Modyfikowaliśmy komórki w ciele Sama, żeby ujrzały to, co dotąd było niedostrzegalne.
Odkrycie leku odbierającego nowotworowi niewidzialność stanowiło kulminację niezwykłych postępów dokonujących się w biologii komórkowej od lat pięćdziesiątych XX wieku. Najpierw trzeba było zrozumieć mechanizmy, dzięki którym limfocyty T odróżniają "ja" od "nie-ja", "swoje" od "obcego", zidentyfikować białka wykorzystywane przez układ odpornościowy do wykrywania intruzów, ustalić, w jaki sposób normalne komórki bronią się przed pomyłkowymi atakami limfocytów i jakie rozwiązania stosowane przez normalne komórki są podkradane przez komórki nowotworowe pragnące zapewnić sobie niewykrywalność. Na koniec zaś trzeba było znaleźć cząsteczkę, która im to uniemożliwi. Każde odkrycie stanowiło kolejne piętro wielkiego gmachu, budowanego z mozołem przez wiele lat.
Gdy tylko Sam rozpoczął terapię, w jego ciele rozpętała się wojna domowa. Limfocyty T dostrzegły nagle nowotwór i rzuciły się na zezłośliwiałe komórki. Przemoc rodziła przemoc. Pewnego ranka karmazynowy guz na policzku Sama zaczął go okrutnie piec, bo komórki układu odpornościowego wdarły się do wnętrza i spowodowały stan zapalny. Komórki nowotworowe zwinęły obóz i się wycofały, pozostawiając tylko dogasające ogniska. Kilka tygodni później znów widziałem się z Samem. Podłużne znamię i fioletowe kropki na policzku zniknęły. Ujrzałem jedynie umierające resztki guza, skurczonego do rozmiaru dużej rodzynki. Zaczęła się remisja.
Wypiliśmy kawę, żeby to uczcić. Dobre wieści dały Samowi zastrzyk energii. Po raz pierwszy od wielu tygodni jego twarz nie sprawiała wrażenia stężałej z niepokoju. Znów mógł się śmiać.
*
Potem jednak sprawy przybrały gorszy obrót. Kwiecień 2017 roku był najokrutniejszym miesiącem: limfocyty T, które atakowały nowotwór, zwróciły się przeciwko wątrobie i wywołały w niej stan zapalny, reakcję autoimmunologiczną, którą z ogromnym trudem udało się opanować za pomocą leków immunosupresyjnych. W październiku odkryliśmy, że zanim stwierdzono remisję, nowotwór zdołał dokonać przerzutów do skóry, mięśni i płuc, poukrywał się w rozmaitych narządach i tam przetrwał szarżę limfocytów.
Sam przyjmował wszystkie zwycięstwa i porażki hardo i z godnością. Jego kostyczny humor wydawał się niekiedy dodatkową formą terapii - odnosiłem wrażenie, że mój przyjaciel zamierza zabić nowotwór jadowitym dowcipem. Pewnego dnia odwiedziłem Sama w redakcji. Miałem obejrzeć kolejne ogniska czerniaka, zaproponowałem więc, abyśmy udali się w ustronne miejsce, na przykład do męskiej toalety. Ale Sam tylko się zaśmiał. "Zanim tam dojdziemy, nowotwór zdąży dokonać nowego przerzutu - powiedział. - Lepiej przyjrzyj mu się od razu, póki wiemy, gdzie siedzi".
Lekarze musieli nieco powściągnąć limfocyty T, aby zapanować nad autoimmunologicznym zapaleniem wątroby. Niestety w rezultacie nowotwór powrócił. Wznowiono zatem immunoterapię - i stan wątroby znów się pogorszył. Miałem wrażenie, że obserwuję rozgrywki sportowe lub walkę zwierząt. Komórki odpornościowe rwały się do ataku. Ilekroć im na to pozwalano, rzucały się bez opamiętania na nowotwór, ale również na wątrobę Sama.
Sam zmarł w zimowy poranek, kilka miesięcy po tym, jak pierwszy raz poprosił mnie o konsultację. Czerniak zwyciężył.
*
Wietrzne popołudnie, rok 2019, konferencja na Uniwersytecie Pensylwanii w Filadelfii. Znalazłem się w gronie blisko tysiąca naukowców, lekarzy i badaczy, którzy stawili się w audytorium w budynku z kamienia i cegły przy Spruce Street. Mieliśmy omawiać postępy dokonujące się w nowej, ekscytującej dziedzinie medycyny, dyskutować o przeszczepianiu zmodyfikowanych genetycznie komórek w celu leczenia chorób. Program obejmował wystąpienia poświęcone modyfikacjom limfocytów T, nowym wirusom pozwalającym dostarczać do komórek pożądane geny oraz zbliżającym się rewolucyjnym zmianom i przełomowym rozwiązaniom. Gdy słuchałem innych uczestników, zarówno podczas sesji, jak i w kuluarach, ogarnęło mnie wrażenie, że osiągnięto niesamowitą synergię biologii, robotyki, science fiction i alchemii. "Reboot układu odpornościowego". "Terapeutyczna inżynieria komórkowa". "Trwałość przyjmowania się przeszczepionych komórek". Na konferencji królowała przyszłość.
Mimo to teraźniejszość również dawała o sobie znać. Kilka rzędów przede mną siedziała czternastoletnia Emily Whitehead, rok starsza od mojej pierwszej córki. Miała rozczochrane brązowe włosy, ubrała się w żółto-czarny T-shirt i ciemne spodnie. "Ta konferencja to dla Emily dobra okazja, żeby zerwać się ze szkoły", wyjaśnił mi jej ojciec Tom. Dziewczyna się uśmiechnęła.
Siedem lat temu Emily chorowała na białaczkę, była pacjentką nr 7 w Szpitalu Dziecięcym Filadelfii3. Prawie wszyscy obecni na sali znali ją lub o niej słyszeli, odegrała bowiem zasadniczą rolę w wielkim przełomowym wydarzeniu w dziejach terapii komórkowej. W maju 2010 roku u Emily zdiagnozowano ostrą białaczkę limfoblastyczną (acute lymphoblastic leukemia, ALL), jeden z najszybciej rozwijających się nowotworów, często atakujący małe dzieci.
Odpowiedzią jest wyjątkowo intensywny schemat chemioterapii, kombinacja siedmiu lub ośmiu leków. Część z nich podaje się bezpośrednio do płynu mózgowo-rdzeniowego, aby zabić również komórki nowotworowe ukrywające się w mózgu bądź w kręgosłupie. Skutki uboczne bywają okrutne - zaliczają się do nich permanentne odrętwienie palców u nóg i rąk, uszkodzenia mózgu, upośledzenie wzrostu i groźne dla życia infekcje, mimo to w dziewięćdziesięciu procentach przypadków terapia jest skuteczna. Niestety Emily miała pecha. Jej nowotwór okazał się odporny na standardowe leki i po szesnastu miesiącach chemioterapii nastąpił nawrót choroby. Zdecydowano się zatem na przeszczep szpiku kostnego, stanowiący teraz jedyną szansę na wyzdrowienie. Wkrótce pojawił się kolejny problem: szpital nie mógł znaleźć odpowiedniego dawcy. Tymczasem stan dziewczynki ciągle się pogarszał.
"Lekarze mówili mi, żebym nie próbowała szukać w internecie informacji o rokowaniach w takich przypadkach - opowiadała mi Kari, matka Emily. - Więc oczywiście natychmiast odpaliłam Google'a".
Przeraziło ją to, co przeczytała: wczesny lub dwukrotny nawrót choroby niemal zawsze zwiastował śmierć dziecka. Zanim na początku marca 2012 roku Emily została przyjęta do Szpitala Dziecięcego, nowotwór zdążył zaatakować niemal wszystkie narządy. Dziewczynką zajął się onkolog pediatra Stephan Grupp, łagodny, krępy lekarz o ekspresyjnych wąsach. Przeanalizował jej przypadek i postanowił włączyć ją do eksperymentalnego badania klinicznego.
Eksperyment zakładał, że Emily otrzyma wlew z własnymi limfocytami T - tyle że zmodyfikowanymi genetycznie, nauczonymi rozpoznawać i zabijać jej komórki nowotworowe. Zastosowano tu inną metodę niż w przypadku Sama. Mój przyjaciel dostawał specjalne leki, które miały wywołać reakcję układu odpornościowego, natomiast lekarze Emily pobrali limfocyty T z organizmu dziewczynki, zmodyfikowali je w laboratorium i podali pacjentce w formie kroplówki. Pionierami tej formy terapii byli immunolog Michel Sadelain z Instytutu Sloana Ketterina w Nowym Jorku i Carl June z Uniwersytetu Pensylwanii. Obaj opierali się na odkryciach dokonanych wcześniej przez izraelskiego badacza Zeliga Eshhara.
*
Laboratorium terapii komórkowej znajdowało się kilkaset metrów od budynku, w którym odbywała się konferencja. Pomieszczenia i inkubatory musiały być idealnie sterylne, dostępu do laboratorium broniły więc ciężkie stalowe drzwi. Technicy przetwarzali komórki pobrane od dziesiątek pacjentów uczestniczących w testach klinicznych i umieszczali je w pojemnikach z ciekłym azotem przypominających potężne kadzie. Każdy został nazwany na cześć innej postaci z animowanego serialu Simpsonowie. Część komórek Emily trafiła do pojemnika Klaun Krusty, pozostałe limfocyty T pobrane od dziewczynki zmodyfikowano, aby dochodziło w nich do ekspresji genu pozwalającego rozpoznawać i zabijać komórki jej nowotworu. Następnie limfocyty te zostały rozmnożone w laboratorium, przewiezione z powrotem do szpitala i podane pacjentce.
Wlewy trwały trzy dni. Niewiele się przez ten czas działo. Emily jadła lody na patyku, doktor Grupp obserwował kroplówkę dostarczającą zmodyfikowane komórki do żył pacjentki. Wszystko odbywało się ambulatoryjnie - każdego popołudnia Emily i jej rodzice wracali do domu ciotki mieszkającej niedaleko szpitala. Przez pierwsze dwa dni dziewczynka bawiła się, domagała się, by tata nosił ją na barana. Trzeciego dnia jej stan gwałtownie się pogorszył. Wymiotowała, miała silną gorączkę. Whiteheadowie natychmiast zawieźli ją do szpitala. Niestety sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Nerki przestały pracować. Chwilami Emily traciła przytomność, wyglądało na to, że w każdej chwili może dojść do niewydolności wielonarządowej.
"Nikt nie potrafił wyjaśnić objawów", opowiadał mi Tom. Jego sześcioletnia córka trafiła na oddział intensywnej opieki medycznej. Rodzice i Grupp całą noc czuwali przy jej łóżku.
Wspominając tamte wydarzenia, Carl June, lekarz i naukowiec współodpowiedzialny za terapię dziewczynki, nie owijał w bawełnę. "Byliśmy przekonani, że nastąpi zgon. Napisałem e-mail do rektora do spraw naukowych. Informowałem go, że jedno z pierwszych dzieci poddanych eksperymentalnej terapii niedługo umrze. Oznaczało to koniec badania klinicznego. Zapisałem tego maila w wiadomościach roboczych. Nie kliknąłem "wyślij"".
Personel laboratorium pracował przez całą noc, by ustalić przyczynę gorączki. Wykluczyli zakażenie, ale zbadawszy krew Emily, odnotowali wysoki poziom cytokin, cząsteczek świadczących o stanie zapalnym. Uwagę techników zwrócił przede wszystkim poziom cytokiny o nazwie interleukina 6 (IL-6) - jego norma została przekroczona prawie tysiąckrotnie. Gdy limfocyty T zabrały się do zabijania komórek nowotworowych, doprowadziły zarazem do intensywnego wydzielania cytokin, cząsteczek współodpowiedzialnych za wywoływanie stanu zapalnego, pełniących podobną funkcję co ulotki rozdawane na wiecu przez agitatorów, którzy chcą podburzyć tłum.
Szczególnym zrządzeniem losu córka June'a często zmagała się ze stanami zapalnymi, cierpiała bowiem na rzadką młodzieńczą chorobę reumatyczną. Dzięki temu June wiedział o nowym leku blokującym IL-6, który zaledwie cztery miesiące wcześniej został dopuszczony przez Agencję Żywności i Leków. Grupp uznał, że to ostatnia deska ratunku, czym prędzej złożył więc w szpitalnej aptece wniosek o zgodę na zastosowanie leku w sytuacji innej niż przewidziana przez organ regulacyjny. Tego samego wieczora odpowiednia komisja udzieliła mu pozwolenia. Lekarz pospieszył na oddział intensywnej opieki medycznej i podał Emily lek blokujący cytokinę IL-6.
Dwa dni później, w swoje siódme urodziny, Emily odzyskała przytomność. "Bum! - opowiadał doktor June, gwałtownie machając rękami. - Bum! Nowotwór po prostu zniknął. Dwadzieścia trzy dni później wykonaliśmy biopsję szpiku i ustaliliśmy, że nastąpiła całkowita remisja".
"Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby tak ciężko chora pacjentka tak szybko wróciła do zdrowia" - mówił mi Grupp.
Niezwykle sprawna reakcja lekarzy i zdumiewające ozdrowienie Emily uratowały nową, eksperymentalną terapię komórkową. Remisja u Emily Whitehead nadal się utrzymuje. We krwi i w szpiku kostnym dziewczynki nie da się znaleźć żadnych śladów nowotworu. Uważa się, że została wyleczona.
"Gdyby Emily umarła, najprawdopodobniej przerwano by badania kliniczne", przyznawał June. Rozwój nowej formy terapii komórkowej zatrzymałby się na co najmniej dziesięć lat.
*
Podczas jednej z przerw w konferencji wybraliśmy się razem z Emily na oprowadzanie po laboratorium, w którym modyfikowano, testowano i rozmnażano limfocyty T. Naszym przewodnikiem był jego założyciel doktor Bruce Levine, współpracownik June'a. Mieliśmy okazję poprzyglądać się technikom, którzy pracowali osobno lub w parach, odhaczali kolejne punkty procedury i przenosili komórki z jednego inkubatora do drugiego, za każdym razem odkażając dłonie.
Laboratorium było pomnikiem Emily. Na ścianach poprzyklejano jej zdjęcia: ośmioletnia Emily z warkoczykami, dziesięcioletnia Emily trzyma dyplom, dwunastoletnia, bez zęba na przedzie, uśmiecha się, stojąc obok prezydenta Baracka Obamy. W pewnym momencie zobaczyłem, jak prawdziwa Emily wygląda przez okno i patrzy w stronę szpitala po drugiej stronie ulicy. Prawie dawało się stąd dostrzec narożny pokój na oddziale intensywnej opieki medycznej, w którym spędziła kiedyś długi, trudny miesiąc.
Lunęło, po szybie spływały krople deszczu.
Zastanawiałem się, co czuje Emily, funkcjonująca niejako w trzech osobach: nastolatki, która zerwała się ze szkoły, żeby wziąć udział w konferencji naukowej, małej dziewczynki ze zdjęć, która o mało nie umarła na oddziale intensywnej opieki medycznej, a także właścicielki komórek przechowywanych w pomieszczeniu obok, w zamrażarce z etykietką "Klaun Krusty".
- Pamiętasz, jak trafiłaś do szpitala? - spytałem.
- Nie - odparła, wpatrując się w zalaną deszczem ulicę. - Pamiętam tylko, jak z niego wychodziłam.
*
Rozmyślałem o cofaniu się i nawrotach choroby Sama, a także o niezwykłym wyzdrowieniu Emily Whitehead. W obu przypadkach mogłem obserwować rodzenie się nowej formy medycyny: inżynierii komórkowej. Naukowcy uczyli się, jak wykorzystywać komórki do walki z chorobami, przydzielać im zupełnie nowe funkcje. Zarazem był to po prostu kolejny epizod historii toczącej się od stuleci. Składamy się z komórek. Nasza podatność na choroby jest tak naprawdę konsekwencją rozmaitych słabych stron komórek ludzkiego ciała. Zdolność manipulowania komórkami (w przypadku Sama i Emily komórkami układu odpornościowego) stanowi fundament nowej medycyny, lecz ta pozostaje na razie w powijakach. Może gdybyśmy potrafili skuteczniej uzbroić limfocyty Sama przeciwko czerniakowi - tak żeby nie powodowały autoimmunologicznego zapalenia wątroby - mój przyjaciel nadal by żył. Może chodziłby na mecze ze swoim nieodłącznym notatnikiem na spirali i nadal pisałby artykuły o sporcie.
*
Dwoje nowych ludzi, dwa przykłady inżynierii komórkowej. W przypadku Emily dostępna naukowcom wiedza na temat praw biologii rządzących limfocytami T najwyraźniej wystarcza, żeby od ponad dziesięciu lat chronić dziewczynkę przed śmiertelną chorobą. Miejmy nadzieję, że nigdy się to nie zmieni. Losy Sama potoczyły się inaczej, bo chyba nadal brakuje nam kluczowego fragmentu układanki i nie odkryliśmy jeszcze, w jaki sposób skłonić limfocyty T, aby atakowały nowotwór, nie uszkadzając zarazem normalnych tkanek organizmu.
*
Co przyniesie przyszłość? Spróbuję uściślić: w książce wielokrotnie posługuję się sformułowaniem "nowi ludzie". Używam go w bardzo precyzyjnym sensie. Nie mam na myśli "nowych ludzi" z książek i filmów science fiction: ani cyborgów z kamerami na podczerwień zamiast oczu, ani superbohaterów wyposażonych w sztuczną inteligencję, którzy po połknięciu czerwonej pigułki potrafią przeskakiwać między światem realnym a wirtualnym, ani Keanu Reevesa w czarnym płaszczu. Nie chodzi mi też o "transludzi", zyskujących nowe cechy, których obecnie nasz gatunek nie posiada.
Mam na myśli człowieka, którego organizm został naprawiony z wykorzystaniem zmodyfikowanych komórek. Człowiek ten wygląda w zasadzie tak samo jak ja czy ty. Mam na myśli pacjenta z ciężką, lekooporną depresją, którego neurony, czyli komórki nerwowe, są stymulowane przez elektrody. Młodego chłopca po eksperymentalnym przeszczepie szpiku, otrzymującego zmodyfikowane genetycznie komórki, zdolne wyleczyć anemię sierpowatą. Pacjenta z cukrzycą typu 1 czekającego na wlew zawierający jego własne komórki macierzyste, poddane inżynierii genetycznej, które pomogą wytworzyć insulinę i pozwolą odtąd utrzymywać odpowiedni poziom glukozy we krwi. Osiemdziesięciolatkę po kilku zawałach, której lekarze wstrzykują wirusa - nie po to, żeby zrobić jej krzywdę, ale po to, żeby zagnieździł się w wątrobie i trwale obniżył poziom cholesterolu blokującego tętnice, a tym samym zmniejszył ryzyko następnego ataku serca. Mam na myśli mojego ojca, któremu - gdyby tylko medycyna wcześniej dokonała postępu - przeszczepiono by zmodyfikowane neurony bądź zaimplantowano urządzenie stymulujące komórki nerwowe. Może dzięki temu zachowałby większą kontrolę motoryczną i nie doszłoby do upadku, który spowodował jego śmierć.
Tego rodzaju "nowi ludzie", a także technologie, z których korzystają, są moim zdaniem znacznie bardziej fascynujący od wymyślonych postaci ze świata science fiction. Modyfikujemy ich organizmy, aby ulżyć im w cierpieniu. Wykorzystujemy w tym celu technologie opracowywane i udoskonalane dzięki nieprawdopodobnie ciężkiej rzemieślniczej pracy laboratoryjnej, która wymaga wielkiej miłości i pasji. Trudno uwierzyć, jak genialne bywają rozwiązania stosowane przez naukowców. Można na przykład połączyć komórkę odpornościową i nowotworową, aby uzyskać komórkę zupełnie nowego rodzaju, nieśmiertelną i, co więcej, zdolną atakować raka. Można pozyskiwać limfocyty T z organizmu małej dziewczynki i zrobić z nich broń przeciwko białaczce podawaną w postaci kroplówki. W wielu rozdziałach tej książki poznasz nowych ludzi korzystających z takich rozwiązań - a w miarę jak będzie się poszerzała nasza wiedza na temat naprawiania organizmów i narządów za pomocą komórek, ludzi takich coraz częściej będziemy spotykali w prawdziwym świecie: w kawiarniach, supermarketach, na lotniskach i dworcach kolejowych, wśród sąsiadów, a także przy rodzinnym stole. Może będą to twoi kuzyni, dziadkowie, rodzice, rodzeństwo? Może pewnego dnia ty również zostaniesz nowym człowiekiem?
*
W ciągu niespełna dwóch stuleci - od końca lat trzydziestych XIX wieku, gdy Matthias Schleiden i Theodor Schwann postawili tezę, że wszystkie tkanki zwierzęce i roślinne składają się z komórek, aż do wiosennego dnia, w którym lekarze Emily oficjalnie stwierdzili remisję - biologia i medycyna przeszły całkowitą przemianę. Stało się tak z powodu nowej, radykalnej koncepcji głoszącej, że skomplikowany organizm to w istocie zbiór maleńkich bytów zdolnych do samoregulacji, żywych przegródek, czy też, jak to ujął w 1676 roku holenderski badacz i budowniczy mikroskopów Antonie van Leeuwenhoek, "żywych atomów"4. Człowiek jest ekosystemem komórek. Składamy się z biologicznych pikseli, istniejemy wyłącznie dzięki ich współpracy.
Jesteśmy sumą drobnych części.
Sformułowanie koncepcji ludzkiego organizmu jako ekosystemu komórek sprawiło, że mógł się narodzić zupełnie nowy rodzaj medycyny. Opiera się on na manipulowaniu komórkami w celach terapeutycznych. Złamanie biodra, zatrzymanie krążenia, niedobór odporności, demencja towarzysząca chorobie Alzheimera, AIDS, zapalenie płuc, nowotwór piersi, niewydolność nerek, artretyzm - każde z tych schorzeń możemy potraktować jako skutek niewłaściwego funkcjonowania określonych systemów komórek. Właśnie na owych systemach powinno się koncentrować leczenie.
Wielka transformacja, która dokonała się w medycynie dzięki nowej wiedzy na temat biologii komórkowej, ma cztery główne aspekty.
Pierwszy dotyczy wykorzystywania leków, związków chemicznych lub fizycznej stymulacji w celu modyfikowania cech określonych komórek, ich zachowań lub sposobu, w jaki komunikują się ze sobą i wchodzą w interakcje z innymi komórkami. Za przykład mogą posłużyć antybiotyki przyjmowane po to, by zwalczyć chorobę wywołaną przez bakterie, chemioterapia i immunoterapia w leczeniu nowotworów, wszczepianie do mózgu elektrod, aby wpływać na funkcjonowanie wybranych obwodów neuronalnych.
Po drugie, możemy przeszczepiać komórki z jednego organizmu do drugiego (lub dokonywać przeszczepów autologicznych). Przykładem jest choćby transfuzja krwi, przeszczep szpiku kostnego lub zapłodnienie in vitro.
Po trzecie, potrafimy wykorzystywać komórki do syntezy związków chemicznych (na przykład insuliny) bądź wytwarzania przeciwciał potrzebnych do walki z chorobą.
Ostatnio pojawił się czwarty rodzaj interwencji: genetyczne modyfikowanie komórek i wprowadzanie ich do organizmu w celu uzyskania tkanek bądź narządów mających nowe cechy i właściwości.
Niektóre z przywołanych tu terapii, na przykład przetaczanie krwi lub stosowanie antybiotyków, spowszedniały nam do tego stopnia, że rzadko kiedy myślimy o nich jako o terapiach komórkowych. Mimo to zawdzięczamy je rozwojowi wiedzy na temat biologii komórki (zarazkowa teoria chorób, jak przekonamy się w jednym z następnych rozdziałów, stanowiła rozwinięcie teorii komórkowej). Inne terapie, chociażby wykorzystywanie układu odpornościowego do walki z nowotworami, pojawiły się dopiero w XXI wieku. Jeszcze inne, na przykład podawanie pacjentom zmodyfikowanych komórek macierzystych w celu leczenia cukrzycy, mają obecnie status terapii eksperymentalnych. Zasadniczo jednak w każdym przypadku mówimy o terapii komórkowej. Nowa wiedza na temat biologii komórki nieustannie zmienia medycynę. Zmienia także nasze przekonania odnośnie do tego, co to znaczy być człowiekiem i czym właściwie jest życie.
W 1922 roku czternastoletni chłopiec cierpiący na cukrzycę typu 1 został odratowany ze śpiączki - można powiedzieć, że narodził się na nowo - gdy podano mu insulinę uzyskaną z komórek psiej trzustki. Prawie sto lat później, w roku 2010, Emily Whitehead otrzymała wlew limfocytów CAR-T (limfocytów T z chimerycznymi receptorami antygenowymi)5. Są poszlaki wskazujące na to, że dzięki eksperymentalnej terapii w roku 2022 pierwsi pacjenci z anemią sierpowatą zostali uwolnieni od choroby dzięki zmodyfikowanym genetycznie krwiotwórczym komórkom macierzystym. Nie wystarczy już mówić o epoce genu - równolegle zaczyna się epoka komórki.
*
Komórka to podstawowa jednostka życia, trzeba jednak zadać sobie poważniejsze pytanie: czym właściwie jest życie? Oto bodaj największy metafizyczny paradoks biologii: nadal nie udało nam się ustalić istoty tego, co stanowi istotę nas samych. Życie nie sprowadza się do tej czy innej cechy. Jak podkreślał ukraiński biolog Serhij Cokołow, "w każdą teorię, hipotezę czy stanowisko wpisana jest jakaś definicja życia pasująca do założeń lub interesów naukowca. Istnieją setki roboczych, zwyczajowych definicji, żadna jednak nie została powszechnie przyjęta"6. (Kłuło to Cokołowa, który niestety umarł przedwcześnie w 2009 roku. Był astrobiologiem, w ramach swoich badań zajmował się szukaniem życia pozaziemskiego - ale jak tego dokonać, jeśli nie wiadomo, czym jest życie?)
Definicji życia nie da się sprowadzić do jednego elementu. Zamiast tego naukowcy, którzy takie definicje układają, wskazują na rozmaite zestawy cech, zachowań bądź procesów. Aby organizm został zaliczony do grona żywych istot, musi się rozwijać, posiadać zdolność reprodukowania się, przeprowadzania metabolizmu i reagowania na bodźce. Musi także zachowywać względnie stałe parametry wewnętrzne. Złożone, wielokomórkowe żywe istoty posiadają też pewne cechy emergentne, a więc takie, które stanowią skutek funkcjonowania systemów komórek7. Mowa na przykład o mechanizmach pozwalających organizmowi naprawiać uszkodzenia lub bronić się przed inwazją patogenów, o wyspecjalizowanych narządach, o systemach komunikacji między narządami, a nawet o świadomości i zdolności odczuwania. Nieprzypadkowo wszystkie te cechy sprowadzają się w ostatecznym rozrachunku do komórek lub systemów komórkowych8. W pewnym sensie można zatem powiedzieć, że życie to posiadanie komórek obdarzonych życiem.
Owa rekursywna definicja wcale nie jest tak absurdalna, jak by się mogło wydawać. Gdyby Cokołow spotkał astrobiologiczną istotę - na przykład kosmitę z ektoplazmy, przybywającego z Alfa Centauri - i chciał ustalić, czy owa istota na pewno żyje, mógłby odwołać się do przedstawionego wyżej zestawu cech charakterystycznych. Ale mógłby też zapytać kosmicznego stwora: "Czy składasz się z komórek?". Trudno wyobrazić sobie życie, które nie spełnia tego warunku. Trudno też wyobrazić sobie komórki, które nie zostały obdarzone życiem.
Zapewne właśnie dlatego historia komórki jest tak ważna: dopóki nie zrozumiemy komórek, dopóty nie zrozumiemy ludzkiego organizmu. Nie zrozumiemy medycyny. Przede wszystkim jednak musimy poznać historię komórki, aby pojąć, czym jest życie i czym jest człowiek.
*
Zapytajmy zatem, czym właściwie jest komórka. W wąskim tego słowa znaczeniu jest autonomicznym żywym bytem, maszyną odkodowującą geny. Geny to instrukcje budowy białek, czyli cząsteczek odpowiedzialnych za wykonywanie właściwie wszystkich prac wewnątrz komórki. Białka umożliwiają najróżniejsze reakcje chemiczne, koordynują sygnały wewnątrzkomórkowe, stanowią budulec struktur komórki, włączają i wyłączają geny, dzięki czemu przesądzają o tym, że komórka przybiera określoną tożsamość, odpowiadają też za jej metabolizm, rozwój, podział i śmierć. Zasługują na miano najważniejszych robotników świata biologii, molekularnych maszyn życia[2].
Geny zawierające kod budowy białek to odcinki cząsteczki zwanej kwasem deoksyrybonukleinowym (DNA), która przybiera postać podwójnej helisy. W komórkach człowieka DNA jest zorganizowany we włóknowate struktury, czyli chromosomy. Wedle obecnego stanu wiedzy każda żywa komórka posiada DNA (chyba że zostało z niej usunięte). Naukowcy długo szukali komórek, które do przechowywania informacji wykorzystują inną cząsteczkę, na przykład RNA. Jak dotąd na żadną taką komórkę nie natrafiono.
Cząsteczki wewnątrz komórki odczytują fragmenty kodu genetycznego niczym muzycy w orkiestrze, którzy zapoznają się z przydzielonymi im fragmentami partytury - czy też z określonymi partiami pieśni komórki. W ten sposób na podstawie instrukcji zapisanych w genie tworzone jest konkretne białko. Mówiąc prościej: gen jest nośnikiem kodu, a komórka ów kod odczytuje. Przekształca informację w konkretny byt. Gen bez komórki jest martwy. To partytura bez muzyka, zapomniana biblioteka, do której nie zagląda żaden czytelnik. Komórka sprawia, że informacje zawarte w genach są nieustannie wykorzystywane. Ożywia geny.
Zarazem sprowadzanie komórki do maszyny dekodującej informacje zapisane w genach i syntetyzującej białka nie oddaje jej sprawiedliwości. Komórka jest też maszyną integrującą. Wykorzystuje różne kombinacje zbudowanych przez siebie białek (a także ich biochemicznych produktów), aby koordynować swoje działania: przemieszczać się, przeprowadzać metabolizm, wysyłać sygnały, dostarczać składniki odżywcze do innych komórek, tropić ciała obce. Dzięki białkom, które zbudowała, spełnia warunki niezbędne, aby mówić o życiu. Jej funkcjonowanie przekłada się na to, jak działa organizm. Metabolizm organizmu sprowadza się do metabolizmu zachodzącego w jego komórkach. Ta sama zasada ma zastosowanie w przypadku reprodukcji, procesów naprawy, mechanizmów przetrwania, a nawet śmierci. Funkcjonowanie poszczególnych narządów oraz samego ciała jest pochodną funkcjonowania komórek. Życie organizmu jest pochodną życia komórki.
Komórka jest także maszyną zdolną mnożyć się przez podział. Cząsteczki w jej wnętrzu - białka, cóż by innego - inicjują proces kopiowania genomu. Następnie zmienia się wewnętrzna organizacja komórki. Chromosomy, w których przechowywany jest materiał genetyczny, zaczynają się dzielić. Podział komórkowy to zasadniczy element procesów rozwoju, naprawy, regeneracji i reprodukcji. Czyli głównych procesów życiowych.
*
Komórki towarzyszą mi przez całe życie. Za każdym razem, gdy oglądam je pod mikroskopem - błyszczące, połyskujące, żywe - na nowo czuję dreszcz podniecenia, jak wówczas, gdy ujrzałem je po raz pierwszy. Piątkowe popołudnie, jesień 1993 roku, początek moich studiów podyplomowych z immunologii w laboratorium Alaina Townsenda na Uniwersytecie Oksfordzkim. Zmieliłem mysią śledzionę i rozsmarowałem uzyskaną w ten sposób krwistą zupę na szalce Petriego, następnie dodałem odczynniki mające stymulować podział limfocytów. Wróciłem do mojego preparatu w poniedziałek rano. Oksford zawsze zapewniał mało słoneczną pogodę, więc przed włączeniem mikroskopu nie musiałem zaciągać zasłon, żeby ograniczyć ilość światła w pracowni. (Oto przykład roli, jaką w badaniach naukowych odgrywa klimat. W bezchmurnej Italii uczeni oglądali niebo przez teleskopy, natomiast wiecznie zamglona Anglia idealnie nadawała się do prowadzenia badań mikroskopowych). Umieściłem szkiełko pod obiektywem i chwilę później pośród tkanki ujrzałem skupiska półprzezroczystych, fasolkowatych limfocytów T. Pomyślałem, że jaśnieją wewnętrznym blaskiem, tryskają zdrowiem. (Gdy komórka umiera, kurczy się i ciemnieje, co w biologicznym żargonie określa się mianem pyknozy).
- Oczy, które patrzą prosto na mnie - szepnąłem.
I nagle, ku mojemu zaskoczeniu, limfocyty T poruszyły się - celowo i rozmyślnie, zaczęły bowiem swoim zwyczajem szukać zakażonych komórek, które należało zabić. Były żywe.
Nic więc dziwnego, że wiele lat później z prawdziwym podnieceniem i fascynacją obserwowałem rewolucję w terapii komórkowej. Kiedy po raz pierwszy spotkałem Emily Whitehead w oświetlonym jarzeniówkami korytarzu przed audytorium Uniwersytetu Pensylwanii, poczułem dreszcz. Przeszłość i przyszłość nagle zderzyły się ze sobą: moją pierwszą specjalizacją była immunologia, później studiowałem komórki macierzyste i biologię nowotworów, ostatecznie zaś zostałem lekarzem onkologiem[3]. Emily łączyła wszystkie dyscypliny, którymi zajmowałem się w każdym z tych dawnych żywotów - i którym tysiące badaczy poświęciło tysiące dni i nocy nad tysiącami mikroskopów. Ucieleśniała nasze pragnienie, by poznać najgłębiej skrywane tajemnice komórek, rozwiązać ich nieskończenie intrygujące zagadki. Ucieleśniała też marzenia o nowej medycynie, o terapiach komórkowych, które staną się dostępne, gdy w pełni zrozumiemy fizjologię komórki.
Dreszcz - ale dreszcz strachu, a nie podniecenia - czułem również wówczas, gdy odwiedzałem Sama w szpitalu i gdy patrzyłem, jak tydzień po tygodniu zmaga się z huśtawką nastrojów, zależnie od tego, czy jego stan poprawiał się, czy pogarszał. Z niepokojem myślałem o tym, jak wiele jeszcze pozostaje do odkrycia. Jak wielu rzeczy musimy się nauczyć. Jestem onkologiem, więc zajmuję się komórkami, które zeszły na złą drogę. Komórkami, które mnożą się bez opamiętania i zapuszczają się tam, gdzie nie powinno ich być. Są zaburzone, postępują zupełnie inaczej niż komórki, które będę opisywał w kolejnych rozdziałach. Próbuję zrozumieć, jak to się dzieje, i ustalić przyczyny. Właściwie jestem biologiem komórkowym, tyle że badam świat na opak. Skoro tak, historia komórki nierozerwalnie wiąże się z moim życiem naukowym - ale też z życiem osobistym.
Książkę tę pisałem w gorączkowym tempie od pierwszych miesięcy 2020 roku aż do roku 2022, gdy na całym świecie szalała pandemia COVID-19. W moim szpitalu, w Nowym Jorku, czyli moim przybranym mieście, i w mojej ojczyźnie nieustannie przybywało chorych i zmarłych. Już w lutym 2020 roku oddział intensywnej opieki medycznej Centrum Medycznego Uniwersytetu Columbia, gdzie pracuję, był kompletnie zapełniony. Pacjenci podłączeni do respiratorów topili się z powodu płynu w płucach. Wczesną wiosną wszyscy przeżywaliśmy wyjątkowo ponure chwile. Nowy Jork zmienił się nie do poznania, wiatr hulał w pustych alejach i zaułkach, nieliczni przechodnie uciekali na widok drugiego człowieka. W Indiach najgorsza fala zachorowań przyszła prawie rok później, w kwietniu i maju 2021 roku. Zwłoki trzeba było palić na parkingach, w ciasnych uliczkach, w slumsach, na placach zabaw. Krematoria pracowały w takim tempie, że metalowe kraty, na których kładziono zmarłych, zaczynały się topić.
Na początku pandemii przez pewien czas regularnie chodziłem do pracy, ale potem, kiedy do przychodni onkologicznej zaczęto przyjmować tylko najciężej chore osoby, zostałem odesłany do domu. Ja i moja rodzina żyliśmy w izolacji. Wyglądałem przez okno i znów rozmyślałem o komórkach. Odporność i jej paradoksy. Akiko Iwasaki, immunolożka z uniwersytetu Yale, tłumaczyła mi, że najpoważniejszym problemem powodowanym przez SARS-CoV-2 (drugi koronawirus ciężkiego ostrego zespołu oddechowego) było rozregulowanie układu odpornościowego. Nazwała to "immunologicznym ostrzałem na ślepo"9. Nigdy wcześniej nie słyszałem tego sformułowania, wydało mi się jednak uderzające. Pandemia koronawirusa rozpętała się tak naprawdę za sprawą naszych komórek. Owszem, za wszystkim stał wirus, ale wirusy są bierne, pozbawione życia. Gdyby SARS-CoV-2 nie wykorzystał ludzkiej maszynerii komórkowej, byłby zupełnie nieistotną, martwą cząsteczką. Aby zatem zrozumieć najważniejsze cechy nowej choroby, musieliśmy nie tylko poznać idiosynkrazje wirusa, ale też uważnie przyjrzeć się biologii komórek odpornościowych.
Odnosiłem wrażenie, że bez względu na to, w jakim kierunku wędrują moje myśli, i bez względu na to, co się dzieje w moim życiu, za każdym razem powracam do komórek. Tak naprawdę nie wiem, czy jestem autorem tej książki. Może po prostu domagała się, żeby ktoś ją napisał?
*
Cesarz wszech chorób był poświęcony desperackim poszukiwaniom leków na nowotwory lub przynajmniej sposobu, aby zapobiegać tym chorobom. W Genie pisałem o staraniach mających na celu odszyfrowanie kodu życia. Pieśń komórek to zupełnie innego rodzaju opowieść, próba zrozumienia, czym jest życie, jeśli przyjrzeć mu się przez pryzmat jego podstawowej jednostki. Nie ma tu wielkiego przeciwnika ani wielkiej zagadki do rozwiązania. Bohaterami książki będą naukowcy, którzy starają się zrozumieć mechanizmy życia i w tym celu studiują anatomię, fizjologię i zachowania komórek, a także ich interakcje z innymi komórkami. Naukowcy, którzy próbują usłyszeć komórkową muzykę, by następnie opracować nowe rodzaje terapii, wykorzystać budulec życia do naprawiania ludzi.
Tym razem nie zdecydowałem się więc na narrację uporządkowaną chronologicznie. Podzieliłem książkę na części poświęcone poszczególnym fundamentalnym cechom, którymi charakteryzują się złożone organizmy. Każda część to historia najważniejszych odkryć dotyczących danej cechy. To próba przedstawienia zasadniczych właściwości każdego żywego organizmu (reprodukcji, autonomii, metabolizmu), których podstawę stanowi określony system komórek. W każdej części opowiadam, w jaki sposób rozwijająca się wiedza na temat komórek pozwoliła opracować nowe metody terapii, na przykład przeszczepianie szpiku kostnego, zapłodnienie pozaustrojowe, terapię genową, głęboką stymulację mózgu, immunoterapię. Piszę też o momentach, w których konieczne stało się krytyczne przemyślenie rozmaitych koncepcji dotyczących budowy i funkcjonowania ludzkiego ciała. Książka jest zatem sumą wielu elementów: historii medycyny i historii osobistej, fizjologii i patologii, przeszłości i przyszłości. Jest także opowieścią o drodze, którą musiałem przejść jako biolog zajmujący się komórkami i jako lekarz. Mówiąc inaczej, jest tworem składającym się z komórek.
*
Kiedy zimą 2019 roku zabierałem się do pracy, planowałem że zadedykuję książkę Rudolfowi Virchowowi. Virchow, niemiecki lekarz i naukowiec, budził moją fascynację10. Był samotnikiem, spokojnym człowiekiem o nadzwyczaj postępowych poglądach, który na przekór patologiom swojej epoki pozostawał orędownikiem swobody myślenia, opowiadał się za publicznym dostępem do służby zdrowia i gardził rasizmem. Z ogromną pewnością siebie karczował własną, wyjątkową ścieżkę. Zawdzięczamy mu nowe podejście do badania chorób narządów i tkanek, którego podstawą jest analiza dysfunkcji komórek. Określał owo podejście mianem komórkowej teorii chorób11.
Ostatecznie jednak postanowiłem zadedykować książkę dwójce pacjentów: mojemu przyjacielowi, który zdecydował się na nową formę immunoterapii w nadziei, że pozwoli to wyleczyć raka, oraz Emily Whitehead. Dzięki obojgu mogliśmy zyskać nową wiedzę o komórkach i terapii komórkowej. Doświadczyli pierwszych, częściowo udanych, a częściowo nie, prób wykorzystania komórek w terapii chorób. Dlatego właśnie książkę poświęcam im oraz ich komórkom.