Rozdział I
Wśród chłopów "Pieśń bicza" była znana od dawien dawna i zawsze kultywowana. Nucono ją skrycie, nigdy nie śpiewano jej publicznie w obawie przed ich panami i władcami, zarządcami stanu, bogatymi właścicielami ziemskimi - hacendados1, nadzorcami czy Rurales2. Przyczyna ostrożności kryła się w słowach, a nie w melodii i bogatym rytmie. Tekst oryginału trudno przetłumaczyć, ale pozbywając się gargantuicznych słów, wersy brzmią mniej więcej tak:
Sprawiam ból niewolnikom
Ich skóra jest twarda,
Bowiem wiele uderzeń ją pogrubia.
Muszę ciąć głęboko, bardzo głęboko.
Aby otworzyć serca peonów
I wypuścić z nich jęk!
Potrafię sprawić, by popłynęła melodia
Z najbardziej czułych ust,
Mogę pieśń wycia i wrzasku
Wydobyć z delikatnych ust.
A ostatnie cztery wersy, choć tu i tam pozbawione wolności, układały się w piękny rym:
Oby wytrzymał ból każdy peon3
Juan, José, Pedro i Leon.
Oby zniszczyła panów zaraza:
Takich jak Diaz, Angeles lub Lerraza.
Tę pieśń śpiewał charro4 na brzegu rzeki Rio Grande5. Śpiewał głośno, bo wypił chyba zbyt dużo meskalu6. Typowe zachowanie dla nietutejszego meksykańskiego kowboja. Ubrany był w strój z żółtej skóry, ozdobiony srebrnymi błyskotkami. Cała okolica, nawet jej najdrobniejszy skrawek był własnością rodziny Lerraza.
Chłopi przerwali pracę i zaczęli nasłuchiwać. Czynili to ukradkiem, bacząc przy tym uważnie, czy w pobliżu nie kręci się zarządca. Słuchając pieśni, szczerzyli zęby w uśmiechu, wolno kiwali głowami, gapili się na siebie, łykając głębokie, lecz spokojne zniewagi czynione w stronę ich pana. Zastanawiali się: kto był na tyle odważny? A charro jeździł tam i z powrotem, śpiewając głośno i co chwila pociągając głęboki łyk z butelki, którym wybijał rytm.
Słychać było zwrotkę za zwrotką. Pieśni meksykańskie są zazwyczaj długie, ale ta przypominała wielki poemat, który choć w większej części plugawy sprawiał słuchaczom ogromną przyjemność.
Po drugiej stronie wąskiej, starej Rio Grande, w tawernie na patio7 siedział Montana. Popijając chłodne piwo i paląc papierosa, patrzył na rozciągające się na południu miasteczko. Z drobnym uśmiechem na ustach słuchał dochodzącego doń śpiewu.
Wysoki mężczyzna w rozpiętej koszuli, wyprostowany, typowy jeździec z Zachodu, podszedł do stolika Montany. Kapelusz zepchnął na tył głowy, ukazując czerwony odcisk od grubej ozdobnej wstążki. Z jego czerwonego czoła zaczął spływać pot.
- Ty jesteś Montana?
- Niektórzy tak mnie nazywają - odparł Kid, spoglądając w dal z bladym uśmiechem.
- Moje nazwisko Riley. Przybyłem kawał drogi.
- Siadaj - rzekł Kid, podstawiając mu krzesło.
Riley usiadł.
- Napijesz się? - spytał Montana.
- Może jak skończę gadać.
- Mów.
- Przysyła mnie kilku chłopców - zaczął Riley, poprawiając swój pas w ten sposób, by mieć pod ręką colta8. - Chcą się dowiedzieć, jak długo zamierzasz zostać w mieście.
- Aż odpocznę - odparł Montana.
- Niektórzy z nich zauważyli, że nie wyglądasz na zmęczonego.
- Czyżby?
- Mógłbyś jednym susem dotrzeć aż na księżyc.
- Pozory mylą - odparł Montana. - Jest wielu ze smukłą twarzą i uśmiechem, którego serce skłania się z troską. Zapalisz?
Riley przyjął bibułkę i tytoń Bull Durham9. Skręcając papierosa, zapytał:
- Jak oni to w ogóle robią? Obtłuczone chwasty nasączone starym sokiem z tytoniu. Dlaczego my to palimy?
- To po prostu przyzwyczajenie - odparł Montana.
- Ale jedyna rzecz, którą lubię. Dziwne, jakie ludzie mają przyzwyczajenia. Jedni żyją na świeżym powietrzu i podziwiają piękne widoki, a inni tęsknią za grubymi naleśnikami i pustynnym kurzem. A inni znowu lubią życie pełne przygód.
Riley spojrzał głęboko w niebieskie oczy Montany.
- Z pewnością. Są też tacy, którzy piją pulque10, a inni nawet nie poją nim świń - rzekł spokojnie młodzieniec.
- Ale tu na patio - ciągnął Riley - siedzi pięciu lub sześciu facetów, którzy teraz myślą tylko o jednym... Rozejrzyj się. Widzisz tego kościstego Meksykańca11 i dwóch kowbojów popijających w kącie? A tę drugą parkę przy wyjściu z patio, co udają, że nas nie widzą? Jak myślisz, co im siedzi w głowie?
- Ma?ana12 - wycedził Montana.
- Ano właśnie. Montana Kid siedzi im w głowach... Ile masz lat, chłopie?
- Kto by tam liczył lata. Ważniejsze są przeżycia i troski, których zaznałem - odparł młodzian z uśmiechem.
- Tak, wiem o tym. Masz jeszcze bujną czuprynę, a ci tutaj mają na nią chrapkę.
- Coś podobnego - powiedział Montana, przeczesując długimi palcami swoje włosy.
- Za Montanę Kida miasto Chihuahua13 daje pięć tysięcy dolarów. El Keed wart jest w Sonorze14 dziesięć tysięcy pesos15. Mexico City16 zapłaci o dziesięć tysięcy więcej.
- Nie przypuszczam, że polują na mój skalp - rzekł Montana z uznaniem w głosie - ale chętnie się dowiem.
Wstał i zawołał:
- Amigos17! Słuchajcie!
Meksykanie, słysząc jego głos, zerwali się gwałtownie.
- Przyjaciele - mówił Montana, patrząc im prosto w oczy - podobno podziwiacie moje włosy? Ty, ze złamanym nosem, odsuń dłoń od rewolweru... Ty, z czerwonym szalem, myślisz, że nie widzę twych rąk pod stołem? Teraz dobrze. Jak na was patrzę, widzę, jaką jesteście zgrają brudnych Meksykańców... Wynocha stąd. Potrzebuję więcej miejsca. Precz! Już!
Mężczyzna ze złamanym nosem głębiej wcisnął się w krzesło. Jego prawa ręka zniknęła mu za plecami. Riley płynnym ruchem sięgnął po broń, lecz Montana był szybszy, uśmiechając się przy tym do przeciwników.
Mężczyzna ze złamanym nosem wstał powoli. Długimi krokami zaczął wolno oddalać się w kierunku wyjścia. Za jego plecami widać było niebieskawe góry oblane złotem zachodzącego słońca. Zniknął jednym szybkim susem. Pozostali Meksykanie, milcząc, podążali za nim.
Riley wstał.
- Boże Wszechmogący! - wyszeptał.
Nadbiegł kelner w białym fartuchu plączącym mu się wokół kolan.
- Dokąd oni poszli?! - wołał. - Nie zapłacili rachunku!
- Wezmę to na siebie, bracie - rzekł Montana.
Riley usiadł i zaczął skręcać nowego papierosa.
- Wszyscy Meksykańcy są przeciwko tobie - oznajmił.
- Na południu, za rzeką, mam wielu... przyjaciół - zwierzył się Montana.
- Możesz ich sobie mieć. Tylko co zrobisz, kiedy banda takich jak ci lub większa, chyłkiem przekroczy Rio Grande w ciemną noc i zapoluje na twój skalp? A kiedy już to się stanie i zaczną latać kule, jak myślisz, ilu przypadkowych przechodniów pójdzie w ich ślady i wypcha sobie kasą kieszenie po całej tej zabawie? Nad tym właśnie rozmyślają ludzie w mieście i to właśnie ci, od których jestem chcieli, żebym ci to wyłożył.
- Co, jeśli nie zależy mi na zmianie miejsca?
- Niektórzy z chłopców chcą zrobić ci przyjęcie i zaprosić cię na nie.
- Już mówiłem, na razie siedzę tutaj, dopóki nie odpocznę.
- Do kiedy? - dopytywał się Riley.
- Trudno powiedzieć... Słuchanie, jak charro śpiewa na drugim brzegu, orzeźwia mnie. Lecz trudno powiedzieć, kiedy ruszę dalej.
- Montana, dlaczego nie jesteś rozsądny? Po co jeździć wkoło i śpiewać każdego dnia o niepodległości swego życia? Chłopcy nie chcą mieć z tobą problemów. Bardziej woleliby, aby wyniósł się stąd rosły żbik. Oni martwią się o ciebie.
- Potrzebuję trochę czasu - odparł Montana - i zejdę wam z oczu, ale na razie noszę ogromny ciężar na swych słabych barkach. A smaganie biczem znarowionego konia może tylko wzbudzić niechęć. Poza tym jestem amerykańskim obywatelem i mam prawo do wypoczynku w cieniu starej flagi.
Riley nie potrafił powstrzymać się od uśmiechu.
- Odważny z ciebie hombre18, Montana - powiedział. - Przypuszczam, że dobrze się ostatnio bawiłeś na dalekim południu.
- Skąd takie przypuszczenie, że na dalekim południu?
- Takie złote ostrogi można kupić tylko w Mexico City, a srebrne kółko na twoim sombrero19 też pochodzi ze sklepu z dalekiego południa. Niebieską jedwabną koszulę mógłby nosić jakiś hidalgo20, natomiast szarfę, którą masz wokół bioder, pracowite rączki musiały haftować przez dobre pięć lat... Niektórzy ludzie, patrząc na ciebie myślą, że mają przed sobą pirata, który w uścisku trzyma swój łup, a nie chowa go na pokładzie na widoku innych.
- Nigdy nie wiem, co robić z drogimi ubraniami, jak tylko je nosić - mruknął Montana.
Na drugim brzegu Rio Grande wybuchnął wrzask. Wyelegantowany charro, dosiadający konia z rozwianą grzywą, nagle zniknął. Od strony miasteczka nadjechało sześciu jeźdźców. Dwóch ruszyło w pościg za kowbojem. Pozostali wydobyli lassa i bicze, kierując się w stronę grupy zasłuchanych wieśniaków. Lassa szybko się rozwinęły, a bicze zawirowały jak żywe węże. Lecz chłopi natychmiast rozproszyli się niczym wyschnięte liście na wietrze. Jeden z nich potknął się, upadł i pomimo że szybko wstał, pętla lassa zdołała go opasać.
Prześladowca w pędzie przywiązał koniec sznura do łęku siodła. Jego koń bez drobnej przerwy biegł, wlokąc po ziemi ofiarę i wznosząc chmurę pyłu.
Gdy stanął, wieśniak leżał bezwładnie na samym końcu lassa.
- Rozbiłeś mu łeb na kamieniach - zawołał jeden z jeźdźców.
- I co z tego? - odparł człowiek z lassem.
Puścił konia kłusem. Wieśniak obijał się o nierówności gruntu, a jego ręce i nogi podskakiwały bezwiednie.
Montana wstał, przeciągnął się jak przebudzony kot i znowu usiadł. Jego ciemnoniebieskie oczy zapłonęły cienkim błyskiem ostrego światła.
- Mili ci Meksykańce - powiedział Riley - A chłopi zniosą wszystko, przyzwyczaili się. Mają grubą skórę, a ich kości są z twardej gumy. Można je zgiąć, ale nie sposób ich złamać.
Montana nie odpowiedział. Zaczął nucić pieśń, wymawiając wyraźnie słowa:
Sprawiam ból niewolnikom
Ich skóra jest twarda,
Bowiem wiele uderzeń ją pogrubia...
Wysoki blondyn, Kastylijczyk, który dowodził jeźdźcami, wydał komendę. Jego głos słychać było wyraźnie.
- Ocucić go i przywiązać do drzewa.
Rozkaz wykonano w mgnieniu oka. Wieśniak miękko zwisał przy drzewie. Jeźdźcy okrążali go truchtem lub galopem, a każdy z nich, mijając jego ciało, smagał biczem jego plecy. Świstały, rozdzierając tanią, bawełnianą koszulę nieszczęśnika. Niektórzy jeźdźcy podnosili się w strzemionach, by bić z większą siłą.
- Kim jest ten facet z blond wąsikiem? - zapytał Montana. - Znasz go?
- To majordomus21 od Lerrazów - wyjaśnił Riley. - Nazywa się Emiliano Lopez. Mówią, że zamierza poślubić Doroteę Lerrazę i zagarnąć sporą część milionów.
- Milionów? Tyle spodziewa się dostać? - zdziwił się Montana.
Katusze spowodowały, że wisielec się ocknął. Zaczął krzyczeć. Podskakiwał, skręcał się z bólu, ale gdy zrozumiał, co robi i gdzie jest, przestał wrzeszczeć i znieruchomiał.
Wciąż było słychać cienki, gwałtowny świst biczy z drugiego końca brzegu.
Don22 Emiliano odwołał swych ludzi na bok, coś do nich mówiąc. Zeskoczył z konia i stanął przed więźniem. Zdjął swój błyszczący od haftu meksykański kubrak i podał go jednemu ze swoich podwładnych. Podwinąwszy rękaw na prawej ręce, wybrał bicz i odmierzył odległość. Zaczął smagać z dużą wprawą. Koszulę na grzbiecie nieszczęśnika pokryła purpura.
- Można dostać mdłości - stwierdził Riley.
- Nawet wściekły pies na to nie zasługuje - dodał Kid.
Chłop podniósł głowę. Nagle zaczął śpiewać "Pieśń bicza":
Sprawiam ból niewolnikom
Ich skóra jest twarda,
Bowiem wiele uderzeń ją pogrubia...
Don Emiliano ryknął z furią. Bił jeszcze szybciej.
Montana znów wstał.
- Ech! - Tyle tylko powiedział, lecz stał się czujny.
Riley gapił się na niego. Po chwili rzekł:
- On to po prostu lubi!
Lecz Montana powiedział tylko:
- W wiosce przebywa najmniej stu chłopów.
Pierwszy raz naprężył muskuły, niczym kot do ataku, a potem usiadł. Zbliżał się wieczór, a głos katowanego wieśniaka nadal dobiegał zza rzeki:
Oby wytrzymał ból każdy peon
Juan, José, Pedro i Leon,
Oby zniszczyła panów zaraza:
Takich jak Diaz, Angeles lub Lerraza.
W końcu, po odśpiewaniu refrenu, umilkł. Przywiązany do drzewa za nadgarstki, zwisł bezwładnie jak szmata. Jego ciało zmieniło się w dyndającą szmatę mięsa.
1 Hacendado (hiszp.) - właściciel hacjendy.
2 Rurales, Gwardia Rural - termin meksykański, używany do opisania sił rządowych; członków potocznie określano mianem "Rurales"; był to rodzaj konnej żandarmerii, mającej ścigać bandytów na meksykańskiej ziemi; członków określało się także mianem policjantów; tu: terminy zamiennie z terminami policja i policjant.
3 Peon - robotnik rolny w gospodarstwach ziemskich w hiszpańskich koloniach w Ameryce; tu: termin zamienny z terminami: chłop, wieśniak.
4 Charro (hiszp.) - wieśniak.
5 Rio Grande - rzeka w Ameryce Północnej; źródła rzeki znajdują się w Górach Skalistych w amerykańskim stanie Kolorado; w górnym biegu rzeka płynie na południe, przez stan Nowy Meksyk, następnie na południowy wschód w stanie Teksas; rzeka wpływa do Zatoki Meksykańskiej, kończąc swój bieg; przez dwa tysiące kilometrów rzeka wyznacza granicę między Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem.
6 Meskal - meksykański wysokoprocentowy napój alkoholowy o lekko słomkowym kolorze.
7 Patio - z hiszpańskiego: wewnętrzny dziedziniec w pałacach, willach, domach.
8 Colt (rewolwery colt) - marka i popularna nazwa ręcznej broni bębenkowej (rewolweru) oraz wielu typów broni palnej.
9 Bull Durham - marka tytoniu dostępna w Ameryce Południowej i Północnej.
10 Pulque - narodowy napój meksykański; napój ze sfermentowanego soku agawy.
11 Meksykaniec z angielskiego: greaser - pogardliwa nazwa dla Meksykanina.
12 Ma?ana (hiszp.) - przekleństwo; dosłownie: jutro.
13 Chihuahua - tu: miasto w północnym Meksyku, stolica i drugie pod względem zaludnienia miasto w stanie Chihuahua w Meksyku; położone u podnóża gór Sierra Madre Zachodnia.
14 Sonora - tu: stan w północno-zachodnim Meksyku.
15 Peso - tu: peso meksykańskie, nazwa jednostki monetarnej w Meksyku, dzieli się na sto centavo.
16 Mexico City - tu: stolica i dystrykt federalny Meksyku; miasto położone na wyżynie leżącej w środkowej części kraju.
17 Amigos (hiszp.) - przyjaciele.
18 Hombre (hiszp.) - człowiek.
19 Sombrero - wysoki kapelusz słomiany lub filcowy z miękkim, szerokim rondem, popularny w Hiszpanii w XV i XVI wieku, stamtąd trafił do hiszpańskich kolonii w Ameryce Środkowej i Południowej; Stanowi narodowe nakrycie głowy Meksykanów i Chilijczyków.
20 Hidalgo - przedstawiciel niższej szlachty w Hiszpanii.
21 Majordomus - zarządca i szef służby w rezydencjach, tu: zarządca i szef służby i ochrony w hacjendzie.
22 Don - tu: tytulatura; tytuł grzecznościowy używany tylko w połączeniu z imieniem.