WŁADEK
- Spadł śnieg.
Władek spojrzał na Annę, która kompletnie naga weszła do sypialni. Jej smukłe, młode ciało pokryte było kropelkami wody, która skapywała ze świeżo umytych włosów. Ciemne pukle młodej Wolskiej pomimo ciężaru wody nadal układały się w gęste, skręcone loki.
Poklepał miejsce w łóżku obok siebie, a Anna ochoczo, choć bez cienia uśmiechu, podeszła do niego i położyła się na puchowej kołdrze.
- Pojutrze znowu będziemy siedzieć w kościele - powiedziała, a po jej ładnej twarzy przemknął cień bólu.
Władek nie wiedział, jakie demony skrywała dusza Anny. Nie mógł uwierzyć, że ta młoda i niezwykle urocza kobieta dokonała w swoim zaledwie dwudziestodwuletnim życiu czegoś tak okropnego, aby musiała przeżywać katusze w Noc Zejścia. Jego samego też pewnie nikt nie oskarżał o najgorsze, a mimo to... On skręcał się z bólu na samą myśl o tych kilku godzinach przerażenia, jakie będzie musiał znieść już niedługo.
- Chciałbym wiedzieć, co widzisz w Noc Zejścia - rzekł i zaczesał mokre pukle za jej ucho.
- Wierz mi, nie chcesz - odparła z siłą. - A nawet jeżeli to nie na tym polega nasz układ.
Przytaknął. Nie, nie na tym to polegało. Spotykali się na upojne noce, rozmawiali ze sobą jak przyjaciele, ale nigdy nie mieli ze sobą pomówić na temat ich demonów. Tak było łatwiej, choć Władka aż zżerało z ciekawości. Mimo to nie nalegał. On i Anna to był czysty układ. Żadnej miłości, żadnego romansu. Czasami tylko napomykali coś o małżeństwie, które miałoby być jedynie formalnością, aby spłodzić dziecko i żeby ludzie we wsi nie mieli tematu do plotek.
- Twoja matka coś podejrzewa?
- Nie. - Anna machnęła dłonią, jakby odpędzała tę myśl od siebie. - Jest zbyt zajęta pracą w hotelu, żeby zauważyć moje zniknięcia. Poza tym, od kiedy zarabiam na siebie, mama nie zadaje sobie aż tyle trudu, aby mnie kontrolować. Choć nie powiem, wciąż lubi wściubiać nos w nie swoje sprawy.
- Mogę kupić ci ten domek na wzgórzu - zaproponował Władek, chociaż znał już odpowiedź. - Nie musiałabyś się wymykać po nocach. A i ja byłbym spokojniejszy.
Anna posłała mu to znajome spojrzenie. Nie musiała nic mówić. Władek wiedział, że mimo wszystko, mimo ich prostego układu, Anna nie zgodzi się na to, by być utrzymanką. Nawet jeżeli mieli zamiar się pobrać i spłodzić kolejną Bogu ducha winną duszyczkę, która miałaby zasilić poczet dusz do pożarcia przez Duchowice, ona nie zgodzi się na bezczynne siedzenie.
- Muszę się zbierać - powiedziała niespodziewanie. - Skoro spadł już pierwszy śnieg, to zapewne jutro zaczną się przygotowania do Nocy Zejścia.
Władek obserwował ją w ciszy, jak wstaje z łóżka, sięga po swoje ciuchy i pospiesznie się ubiera. Martwił się o to, że Anna chciała wyjść z domu w taki ziąb z mokrą głową, ale postanowił zatrzymać to dla siebie.
Ubrana w długi płaszcz z weluru i w długich butach do kolan Anna podeszła do niego i mocno pocałowała.
- Na razie, przystojniaku.
I odwróciła się, aby odejść.
- Po Nocy Zejścia musimy pogadać o ślubie! - zawołał, kiedy była już w korytarzu.
- Jasne!
Po chwili usłyszał trzask frontowych drzwi, a cisza, jaka po tym nastała, była niemal zabójcza.
Gdy tylko światła toyoty Anny mignęły w oknach, wstał i nagi ruszył do kuchni. Rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym westchnął ciężko. Miał trzydzieści sześć lat, pieniędzy co niemiara, posiadał największy i najmodniejszy dom w okolicy, a jego kochanką była najładniejsza dziewczyna we wsi. A mimo to Władek czuł się nieszczęśliwy.
Miał wszystko, tylko nie to, czego pragnął.
Odkręcił kran z zimną wodą i nalał jej do szklanki, aby opłukać nagle zaschnięte gardło. Miał się ożenić i spłodzić dziecko, lub nawet kilkoro potomków, lecz na samą myśl o tym aż paliło go w trzewiach. I to nie dlatego, że kolejne pokolenia będą związane z tym miejscem na wieki. Nie, nie to było powodem. Tak samo jak Anna, on też doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że muszą się poświęcić. W Duchowicach było coraz mniej rodzin, a to właśnie mieszkańcy wsi byli ostatnią barierą, aby utrzymać świat w jako takim porządku.
Czuł smutek i ból na myśl, że takiego potomka już by miał i to spłodzonego z miłości, choć jednostronnej, a i tak z tego zrezygnował. Ba! Sam doprowadził do tego, aby go stracić. Miał świadomość, że gdyby nie postanowił inaczej, rzeczy miałyby się w o wiele gorszym stanie, niż już były. Wiedział to, ale to nie umniejszało jego bólu. Wręcz przeciwnie, rozrywało to go na strzępy, a w Noc Zejścia działo się to dosłownie. W najbardziej dosadny sposób, jaki tylko sobie można było wyobrazić.