Jak zawsze w środę Sunny podrzuciła mnie na rehabilitację, a sama pojechała gdzieś na zakupy.
Drażniło mnie to, że musieli układać swoje życie pode mnie. Byli wolni, ale odkąd na nowo pojawiłem się w ich codzienności, stałem się kulą u nogi. I chociaż wciąż uparcie powtarzali, że wszystko jest w porządku, to ja sam uważałem, że nie było. Do rodziców jednak nie chciałem wrócić. Czułem się jak w pułapce, do której wciągałem również najbliższych.
Miałem jeszcze czas do umówionej godziny, więc się nie spieszyłem. Sunąłem korytarzem powoli, w pełnym zamyśleniu, co często mi się ostatnio zdarzało. W głowie układałem sobie przeróżne scenariusze. Analizowałem zasób swojego konta bankowego. Przeliczałem, na co było mnie już stać, ale wciąż nie wyglądało to optymistycznie.
Obudziłem się w dorosłym życiu, ale nie miałem szans się na nie przygotować. Wyglądało to trochę jak podróż w czasie, z tym, że zapomniałem zabrać do wehikułu czasu portfela, a cofnąć się nie było już możliwości.
Duma nie pozwalała mi żerować na najbliższych, ale możliwości zarobku wciąż miałem ograniczone. I choć z filmów w internecie spływało mi coraz więcej pieniędzy, to i tak większość z nich była wydawana na rehabilitację, udogodnienia dla osoby niepełnosprawnej oraz codzienne życie, by jak najmniej obciążać swoją osobą Sunny.
Nagle drzwi z pomieszczenia obok otworzyły się z impetem i wypadła z nich dziewczyna, w ogóle nie patrząc przed siebie. Wystarczyła chwila, a siedziała na moich kolanach.
- Cholera jasna! Uważaj jak cho... - pisnęła, jednak kiedy na mnie spojrzała, dostrzegłem prześliczną blondynkę ubraną w kolorowy uniform - ...dzisz - dokończyła zmieszana, a mnie zachciało się śmiać.
- Może nie biegaj jak przeciąg, to nie będziesz wpadać na ludzi? - odparłem, a dziewczyna wciąż jak zamurowana tkwiła w miejscu.
- Chryste! Przepraszam! - jęknęła, po czym odskoczyła, jakby nagle moje kolana lub wózek zaczęły ją parzyć. - Mój niewyparzony jęzor kiedyś mnie pogrąży - dodała i zakryła dłońmi twarz.
Była prześliczna, barwna niczym rajski ptak. Biła od niej dobra, intensywna aura, jakby wypełniała całą sobą przestrzeń i nie pozostawiała miejsca dla innych. Blond włosy zebrane w niedbały koczek na czubku głowy wymykały się spod gumki, tworząc jasną aureolę wokół jej głowy. Była niczym objawienie, które odbierało dech w piersiach i mowę.
- Nic ci nie zrobiłam? - zapytała w końcu, wyciągając mnie z tego przedziwnego stanu, w który przez nią wpadłem.
- Cholera! - krzyknąłem, a jej oczy rozszerzyły się w panice. - Nie czuję nóg! Coś ty mi zrobiła?
- Dupek! - rzuciła w gniewie i pokręciła głową z dezaprobatą, a później oboje parsknęliśmy śmiechem. - Nie rób mi tak więcej!
- To na mnie nie wpadaj. - Odbiłem piłeczkę. - Niezły strój. Nie było takich dla dorosłych?
Sposępniała i uniosła jedną brew.
- Ładny chłopak. Szkoda, że razem z nogami sparaliżowane zostało również wyczucie taktu - odparła złośliwie, wyminęła mnie i zniknęła gdzieś w jednym z pokoi, pozostawiając po sobie masę barwnych, jak ona sama, emocji.
Mogłem jedynie wnioskować, że tutaj pracowała i była nowa, bo nigdy wcześniej jej nie spotkałem. Wyglądała na zbuntowaną pielęgniarkę, która niekoniecznie chciała tu być. Może jedynie kogoś zastępowała?
Wyszedłem na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza i ochłonąć po zderzeniu z tą kolorową kulą armatnią. Dzień był przyjemny, nieco chłodny, ale w moim przypadku działało to na plus, bowiem ta mała wariatka kompletnie rozpaliła moje zmysły. Nie zamierzałem urazić jej komentarzem o stroju. Raczej się droczyłem, ale skąd mogła o tym wiedzieć, skoro widziała mnie pierwszy raz na oczy. Miałem nadzieję, że nie ostatni i że nie była tam tylko przelotem.
Nie obiecywałem sobie niczego po tym spotkaniu. Ot, chciałem nacieszyć oko piękną istotą, a nieczęsto było mi to dane. W tym wypadku ewidentnie byliśmy jak ogień i woda. A raczej ona była wodą - świeżą, rwącą, orzeźwiającą. Ja skałą - nieruchomą, ciężką, zagradzającą drogę.
- Milo Roux? - usłyszałem za plecami, a kiedy spojrzałem na zegarek, zorientowałem się, że straciłem całkowicie poczucie czasu. Moja wizyta właśnie się rozpoczynała, o czym przyszła mnie poinformować asystentka rehabilitanta.
Swoją drogą, miałem świetnego specjalistę, który moim zdaniem był cudotwórcą. Żałowałem, że niebawem miał wyjechać gdzieś naprawdę daleko, a co gorsze, nie wiadomo, kiedy właściwie miał wrócić.
- Już idę - odparłem i za każdym razem miałem ochotę parsknąć śmiechem na to określenie, bo ja przecież nie chodziłem. Jeździłem.
To naprawdę bolało, bo przed wypadkiem byłem silnym, wysportowanym facetem. I chociaż naprawdę starałem się nad sobą nie użalać, bo żyłem i otrzymałem ogromny dar w postaci drugiej szansy, to jednak ciążyło mi to. Zwłaszcza w sytuacjach, kiedy spotykałem piękne kobiety. To ja powinienem patrzeć na nie z góry, nie one na mnie. Ja powinienem być tym mocniejszym, opiekuńczym...
Bez pośpiechu, wręcz ślamazarnie wjechałem rampą dla wózków do góry i ruszyłem w kierunku sali, w której zawsze miałem zajęcia. Byłem umówiony z Calebem, że nigdy nie pukałem przed wejściem. Doskonale przecież wiedział, że to ja. W końcu umawiałem się na konkretną godzinę.
- Wybacz spóźnienie! - rzuciłem gdzieś w głąb pomieszczenia i zbliżyłem się tak, jak zawsze, do fotela zabiegowego.
- Nie dość, że brak ogłady, to jeszcze na zegarku się nie zna - odezwał się damski głos, a ja dosłownie zamarłem. - No kogo my tu mamy? - zapytała dziewczyna, zaplatając ramiona na piersiach.
- Gdzie Caleb? - Byłem już lekko poirytowany tą sytuacją.
- Nie ma. Za to jestem ja - odparła nieznajoma i uśmiechnęła się szeroko.
Miała w sobie coś takiego, że choćby była niesamowicie wredna i uszczypliwa, to i tak nadal uważałem ją za najsłodsze stworzenie na świecie. Fakt, spotkałem w życiu niewiele kobiet, bo najlepsze lata przespałem, ale ta i tak miała w sobie pewną wyjątkowość. Była nietuzinkowa i jedyna w swoim rodzaju, o czym świadczył choćby jej kolorowy strój, no i do tego te czarne glany na nogach.
- A tak na poważnie? - westchnąłem, kiedy ta piękność zbliżyła się do mnie, stanęła po drugiej stronie fotela i oparła się o niego łokciami.
- Caleb musiał wyjechać wcześniej, przez co nie zdążył się odpowiednio pożegnać z każdym pacjentem, ale również nie powiadomił części z nich o zmianach - wyjaśniła spokojnie. - Jesteś w dobrych rękach. Mam na imię Ruby i wyczytałam z dokumentów, że ty jesteś Milo. Prześledziłam całą historię twojej kontuzji. Mój plan jest taki, żeby postawić cię na nogi.
- Cieszę się, że chociaż w tym się zgadzamy - mruknąłem i puściłem do niej oczko. I, o dziwo, na jej pyskatej buźce pojawił się rumieniec. - Jeśli postawisz mnie na nogi, będziesz współtwórcą kolejnego cudu - dodałem z lekką nutą ironii w głosie.
- Cuda to moja specjalność, panie Roux. A teraz zabierajmy się do pracy.
- Rozumiem, że Caleb nie wróci? - upewniałem się, żeby sztucznie przeciągnąć ten moment.
Było mi dziwnie, że kobieta będzie mnie dotykać. I nie chodziło w sumie o samą płeć, bo z tym nie miałem absolutnie żadnego problemu. Chodziło mi o tę konkretną kobietę.
- Jesteś na mnie skazany.
- A znasz się na tym?
- Nie, ale fantastycznie udaję profesjonalistkę - rzuciła i skwitowała to wzruszeniem ramion. - Trochę cię pougniatam jak ciasto na pizzę, później powiem kilka trudnych i kompletnie obcych mi słów, których nauczyłam się na pamięć z dokumentów Caleba i oboje rozejdziemy się do swoich domów.
- Dobrze, już dobrze. Rozumiem tę ironię. - Zaśmiałem się i byłem zachwycony jej podejściem do mnie, poczuciem humoru i ogromnym dystansem do siebie. - Jak dobra jesteś?
- Najlepsza - odparła z nieskrywaną dumą. - Lepsza od mojego brata, ale nie mów mu, bo gotów się obrazić na mnie i nie odzywać do końca życia, a lubię go troszeczkę.
- Caleb to twój brat?
Zaskoczyła mnie jej odpowiedź, bo nie widziałem w nich nawet śladu podobieństwa.
- A co? Myślałeś, że mąż? - Wybuchnęła śmiechem. - Zapewniam cię, że jako małżeństwo rozwodzilibyśmy się jakieś piętnaście razy dziennie.
Czas mijał, a my gadaliśmy, zamiast ćwiczyć. Mówiliśmy o bzdurach. Siłowaliśmy się na słowa. Ruby oprócz tego, że była piękna, była również piekielnie inteligentna, co przeczyło klasycznemu, bardzo krzywdzącemu stereotypowi blondynki.
Ocknęliśmy się, kiedy do drzwi zapukał kolejny pacjent.
- Cholera, Milo! Coś ty zrobił? Zagadałeś mnie! - jęknęła z udawanym przejęciem. - Cała nasza sesja przepadła. Takim sposobem zbyt szybko nie wstaniesz z tego wózka.
- Każda forma terapii jest dobra - stwierdziłem z rozbawieniem.
- Tylko że ja nie leczę duszy, a ciało - zauważyła i poprawiła swoje uczesanie, zaplatając na nowo koczek na czubku głowy.
Dzięki temu mogłem dostrzec, że miała włosy długie aż za łopatki.
- W takim razie nieźle wychodzi ci udawanie specjalisty w tej innej dziedzinie. - Obdarzyłem ją uśmiechem i ruszyłem do drzwi. - Do następnego, pani psycholog - dodałem głośno, nie odwracając się już za siebie, ale wiedziałem, że stała i bacznie mi się przyglądała. Spojrzeniem wypalała mi dziurę na plecach.
Starszy mężczyzna, który czekał na swoją kolej w progu, spojrzał zdezorientowany na plakietkę na drzwiach, której wcześniej nie dostrzegłem, i podrapał się po głowie.
- Bez znaczenia, z czym pan przyszedł. Proszę mi wierzyć, że jest pan w odpowiednich rękach - zwróciłem się do niego, klepiąc go po przedramieniu i wyszedłem.
Ruby Whitmore. Physical Therapist.
Szanowałem Caleba i jego ciężką pracę nad moim krnąbrnym ciałem, ale pierwszy raz, odkąd dowiedziałem się, że wyjeżdża, ucieszyłem się, że go nie ma.
Coś czułem, że wcale nie będę za nim tęsknił.