Pierwszy dżentelmen - Bill Clinton, James Patterson

-
Proszę czekać

3

Gdy sta­jemy na zatło­czo­nym chod­niku przed sie­dzibą Not­tin­gham, Gar­rett pozwala sobie na trium­falny okrzyk, po czym bie­rze mnie w ramiona i obraca kilka razy. Ludzie się na nas gapią, gdy sta­wia mnie na ziemi, ale mam to gdzieś.

Odwza­jem­niam się dłu­gim, gorą­cym poca­łun­kiem, a potem odsu­wam go na dłu­gość ramion.

- Wiesz, co zro­bi­łeś tam na górze? Magia! Mistrzow­ska per­swa­zja.

Gar­rett chwyta mnie za bio­dra i ści­ska czule.

- Nie ma mowy, żeby nam się nie udało, skoro jesteś przy mnie - mówi, ujmu­jąc mnie za rękę. - Masz ochotę to uczcić?

- Oczy­wi­ście! - W głębi serca czuję, że będziemy też czcić pamięć Suzanne Bonanno.

Mijamy kilka prze­cznic, zmie­rza­jąc w stronę sta­cji metra Times Squ­are. Trzy­mamy się za ręce, chło­nąc szczę­śliwe chwile. Naprawdę kocham tego męż­czy­znę, myślę, ści­ska­jąc moc­niej jego dłoń.

Mniej wię­cej dwa­dzie­ścia pięć minut póź­niej wycho­dzimy na powierzch­nię w pobliżu Washing­ton Squ­are. Dobrze wiem, dokąd Gar­rett mnie pro­wa­dzi. Za każ­dym razem, gdy odwie­dzamy Man­hat­tan w inte­re­sach lub dla przy­jem­no­ści, on musi tam zaj­rzeć. Dla niego to coś w rodzaju piel­grzymki do sank­tu­arium.

Po kolej­nych dwóch minu­tach zatrzy­mu­jemy się przed szkla­nymi drzwiami wci­śnię­tymi mię­dzy dwie ogromne witryny. Wid­nieje na nich napis: SKLEP MUZYCZNY SAMMY'EGO. To jedno z tych miejsc, w któ­rych muzycy doznają nir­wany.

Na ścia­nach wiszą gitary prze­róż­nych kształ­tów i roz­mia­rów: aku­styczne, elek­tryczne, tu i tam dostrze­gam nawet ban­dżo. Gabloty są pełne strun, pasków i innych akce­so­riów. Nie­małą część pod­łogi zasta­wiono wzmac­nia­czami i gło­śni­kami, od nie­więk­szych niż pudełko na buty po olbrzymy zdolne zatrząść sta­dio­nami.

Ściany wyko­rzy­stano do ostat­niego cala, wie­sza­jąc na nich ramki ze zdję­ciami i listami pochwal­nymi od słyn­nych gita­rzy­stów: Erica Clap­tona, Jacka White'a, Wil­liego Nel­sona i wielu innych, o któ­rych nawet nie sły­sza­łam.

- Gar­rett Wil­son? - Pulchny męż­czy­zna wycho­dzi nam na spo­tka­nie z głębi sklepu, ubrany w czarną fir­mową koszulkę mocno opiętą na brzu­chu i z tru­dem wci­śniętą w jeansy. Na nosie ma oku­lary o okrą­głych szkłach, biała broda swo­bod­nie opada mu na pierś.

- Hej, Sammy - odpo­wiada Gar­rett. - Miło cię widzieć. Pamię­tasz Breę. - Wska­zuje na mnie.

Sammy uśmie­cha się przez gąszcz brody.

- Jak mógł­bym zapo­mnieć? - Kolejny uta­len­to­wany sprze­dawca. Obraca się do Gar­retta i zaciera ręce. - To jak, przy­ja­cielu, to jest ten dzień?

Gar­rett dosłow­nie drży z pod­nie­ce­nia; czuję to. Wolno wypusz­cza powie­trze z płuc.

- Tak. To jest ten dzień.

Sammy szcze­rzy zęby, zer­ka­jąc na mnie.

- No to co się stało? Twój facet wygrał na lote­rii?

Rewan­żuję się uśmie­chem.

- Coś w tym rodzaju.

- Mógł­byś ją przy­nieść? - pyta Gar­rett. Zaraz zacznie się śli­nić.

Sammy gła­dzi białą brodę.

- Stary, będzie mi bra­ko­wało tej ślicz­notki, ale skoro tra­fia w twoje ręce, może jakoś to prze­bo­leję. - Lawi­ru­jąc mię­dzy gablo­tami, rusza w głąb sklepu. - Pięć lat cze­ka­łeś na tę chwilę, nie? - woła przez ramię.

- Sześć! - odkrzy­kuje Gar­rett. - Odkąd skoń­czy­łem pierw­szą książkę. - Jego twarz pro­mie­nieje jak dzie­cia­kowi w bożo­na­ro­dze­niowy pora­nek.

Cią­gnie mnie do głów­nej lady okry­tej zie­lo­nym fil­cem. Przy­po­mina mi się nasza pierw­sza randka, pod­czas któ­rej dotknę­łam opusz­ków jego pal­ców i wyczu­łam twarde zgru­bie­nia.

- To od mojego hobby - wyja­śnił mi.

- Jakiego hobby? - spy­ta­łam. - Dora­biasz w kamie­nio­ło­mie?

Roze­śmiał się i uści­snął moje dło­nie, a ja już wie­dzia­łam, że wpa­dłam po uszy.

Sammy wraca z zaple­cza. Ręce w bia­łych baweł­nia­nych ręka­wicz­kach czule ści­skają ciem­no­brą­zową, sze­ścio­stru­nową gitarę aku­styczną. Inni klienci gapią się naboż­nie, gdy ostroż­nie kła­dzie ją na mięk­kim filcu.

- Pro­szę bar­dzo - mówi. - Twój Mar­tin D-28 z pięć­dzie­sią­tego trze­ciego, prak­tycz­nie w ide­al­nym sta­nie. Nowiut­kie klu­cze. Nowiut­kie sio­dełko i kołki mostka.

W moich oczach gitary pra­wie się od sie­bie nie róż­nią, ale nawet ja potra­fię dostrzec, że w tej jest coś szcze­gól­nego. Coś, co się mieni.

Gar­rett czule wodzi pal­cami po gry­fie, a ja dopiero teraz zauwa­żam, że mię­dzy pro­gami nie ma zwy­czaj­nych bia­łych kro­pek: osa­dzono tam lśniące kamie­nie, czer­wone beryle i zie­lone szma­ragdy.

Wzdy­cham mimo­wol­nie.

- Mój Boże. Jaka piękna.

Sammy lekko popy­cha instru­ment w stronę Gar­retta.

- Śmiało - zachęca. - Mam w sys­te­mie twoją kartę kre­dy­tową. Gitara należy do cie­bie.

Gar­rett pod­nosi ją i siada na stołku opo­dal lady. Przez chwilę gła­dzi krzy­wi­znę pudła, po czym układa je na udzie.

Sammy mruga do mnie poro­zu­mie­waw­czo.

- Zawsze powta­rzam, że gitarę trzeba tulić jak kobietę: łagod­nie, ale i z prze­ko­na­niem.

Gar­rett zaci­ska na gry­fie lewą dłoń, a pal­cami pra­wej dotyka strun na wyso­ko­ści otworu rezo­nan­so­wego. Nie mogę się docze­kać, aż usły­szę, jak wspa­niały instru­ment ożyje w jego rękach.

W końcu ude­rza mocno i dono­śny dźwięk nie­sie się po skle­pie.

Masa­kra! Naj­pa­skud­niej­szy akord, jaki w życiu sły­sza­łam: tak fał­szywy, że aż uszy bolą.

Wszy­scy tylko spo­glą­dają w mil­cze­niu. Zwłasz­cza Sammy.

Gar­rett unosi głowę i się uśmie­cha.

- Żar­to­wa­łem.

A potem bez zapo­wie­dzi, płyn­nie i z wyczu­ciem zaczyna grać wstęp do Clas­si­cal Gas Masona Wil­liamsa. Lewa dłoń tań­czy po gry­fie, palce pra­wej wybi­jają na stru­nach wyra­fi­no­wany rytm. Klienci pod­cho­dzą bli­żej, żeby posłu­chać. Poja­wia się główna melo­dia, muzyka nabiera mocy. Gar­rett przy­myka powieki, prze­nosi się w inny świat. Oparty o ladę Sammy kiwa głową w moją stronę. Dosko­nale wie, jaka jestem dumna. Nie chcę, żeby ta muzyczna chwila dobie­gła końca.

Palce Gar­retta trą­cają struny w ostat­nim akor­dzie i roz­lega się burza okla­sków. Pod­cho­dzę i biorę go w ramiona.

- To było piękne - szep­czę.

- Bis! - woła jakaś kobieta, wzbu­dza­jąc nową falę braw.

Gar­rett tylko macha ręką i oddaje gitarę Sammy'emu, który wkłada ją do solid­nego, czar­nego fute­rału.

- Przy­kro mi - oznaj­mia - ale moja uko­chana i ja musimy się zbie­rać.

- Mam nadzieję, że masz na myśli mnie - mówię, ale Gar­rett jest w tej chwili tak szczę­śliwy, że nie mam nic prze­ciwko temu, żeby przez jakiś czas akom­pa­nio­wać jego gita­rze jako dru­gie skrzypce.

Wycho­dzimy na ulicę. Gar­rett zatrzy­muje tak­sówkę, w lewej dłoni mocno ści­ska uchwyt fute­rału. Drugą ręką mocno mnie przy­tula i cału­jemy się ser­decz­nie.

- Mogła­bym cię słu­chać godzi­nami - wyznaję.

- Zawsze trzeba zosta­wiać u publicz­no­ści nie­do­syt - odpo­wiada. - Zawsze.

4

Biały Dom

Burton Pearce, szef per­so­nelu pre­zy­dentki Made­line Wri­ght, stoi za biur­kiem w swym gabi­ne­cie w Zachod­nim Skrzy­dle. Ależ par­szywe wyczu­cie czasu, myśli, nie­spiesz­nie odkła­da­jąc słu­chawkę.

Wcze­śniej­sza roz­mowa z jed­nym z pięć­dzie­się­ciu dwóch kon­gres­me­nów repre­zen­tu­ją­cych Kali­for­nię była dość pro­duk­tywna. Jej temat był poufny, cho­dziło o zawiłą ustawę, którą Pearce i pani pre­zy­dent pół­żar­tem nazy­wali Wielką Oka­zją. Teraz jed­nak sprawy wyglą­dały paskud­nie.

Pearce spo­gląda na swe sze­ro­kie, schlud­nie utrzy­mane biurko, by spraw­dzić plany głowy pań­stwa na resztę dnia. Potem patrzy na ścienny zegar i wresz­cie sięga po słu­chawkę. Wci­ska tylko jeden kla­wisz.

Ta sprawa nie może cze­kać.

Nie­mal natych­miast odbiera Dana Cox, sku­teczna i twarda jak stal pry­watna sekre­tarka pani pre­zy­dent urzę­du­jąca za ścianą Gabi­netu Owal­nego. Nikt nie zwraca się do niej po imie­niu; wszy­scy mówią "pani Cox", włącz­nie z naj­waż­niej­szą osobą w pań­stwie.

- W czym mogę pomóc, panie Pearce?

- Widzę, że pani pre­zy­dent ma spo­tka­nie z dele­ga­cją Sierra Clubu. Może pani wygo­nić ich już teraz, pięć minut przed cza­sem? Muszę tam wejść jak naj­szyb­ciej.

- Zoba­czę, co da się zro­bić - odpo­wiada pani Cox.

Działa cał­kiem sku­tecz­nie.

Ostatni dele­gaci orga­ni­za­cji eko­lo­gicz­nej wła­śnie wycho­dzą, kiedy Pearce dociera na miej­sce. Gdy zamyka za nimi drzwi, pre­zy­dentka patrzy na niego ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Nie mam cię w gra­fiku, Bur­ton. O co cho­dzi?

- Jak się udała wizyta Sierra Clubu, pani pre­zy­dent? - odpo­wiada pyta­niem.

Znają się jesz­cze z col­lege'u, lecz Pearce nie nazywa jej "Maddy" od przed­po­łu­dnia w dniu zaprzy­się­że­nia.

Pamięć pod­suwa mu obraz mar­nej stu­denc­kiej stan­cji w Hano­ve­rze, poza kam­pu­sem, gdzie swego czasu miesz­kał wraz z Cole'em i Maddy. Z ich trojga jedy­nie Cole miał przed sobą wyraź­nie nakre­śloną przy­szłość. Z takimi wyni­kami, jakie osią­gnął w roz­gryw­kach uni­wer­sy­tec­kich, po pro­stu musiał być jed­nym z nie­licz­nych stu­den­tów Ivy League, któ­rzy mieli nie­mal w kie­szeni świetny kon­trakt z któ­rymś z klu­bów NFL.

Pearce zawsze miał wię­cej wspól­nego z Maddy niż z Cole'em. Wciąż jesz­cze nie­kiedy dziwi go to, że dzi­kie imprezy i nie­koń­czące się nocne dys­ku­sje - jedne z tych, w któ­rych kolejne poko­le­nia stu­den­tów dzielą się swymi marze­niami, pla­nami i świę­tym prze­ko­na­niem, że to wła­śnie za ich sprawą nadej­dzie czas wiel­kich poli­tycz­nych prze­mian - nie­odmien­nie spro­wa­dzały oboje do jego pokoju. Teraz zaś dniem i nocą robi wszystko, by prze­kuć ich mło­dzień­czą więź w dwu­ka­den­cyjną pre­zy­den­turę Maddy.

I to jej głos spra­wia, że powraca do teraź­niej­szo­ści.

- W końcu ich prze­ko­na­łam do zawie­sze­nia pro­te­stów w spra­wie pro­gramu modu­lar­nych reak­to­rów jądro­wych Depar­ta­mentu Ener­gii. - Maddy uśmie­cha się z pew­no­ścią sie­bie. - Wciąż są prze­ciwni, to żadna nie­spo­dzianka, ale gdy przyj­dzie do gło­so­wa­nia, darują sobie zma­so­waną akcję e-mailową i tele­fo­niczną. Dzięki temu łatwiej nam będzie nego­cjo­wać ze związ­kami zawo­do­wymi. - Pre­zy­dentka zdej­muje oku­lary do czy­ta­nia i kła­dzie je na biurku Reso­lute. - A teraz powiedz mi, Bur­ton, co takiego zaszło, że uzna­łeś za sto­sowne zmie­nić mój poranny gra­fik.

Pearce bie­rze głę­boki wdech.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Brentwood, New Hampshire

Cole Wri­ght sie­dzi na tyl­nej kana­pie czar­nego, opan­ce­rzo­nego Chevy'ego Sub­ur­bana, jed­nego z trzech mkną­cych szosą numer 125 w nad­mor­skiej czę­ści stanu New Hamp­shire.

Dwa ciem­no­zie­lone wozy patro­lowe poli­cji sta­no­wej bły­skają świa­tłami, pilo­tu­jąc tę nie­zbyt efek­towną, ale sto­sowną do oka­zji kolumnę. Pre­zy­dencka limu­zyna, zwana Bestią, została na lot­ni­sku, wraz z jed­nostką wspar­cia tak­tycz­nego Secret Service, per­so­ne­lem pomoc­ni­czym, fur­go­net­kami ser­wi­sów infor­ma­cyj­nych oraz w pełni wypo­sa­żoną karetką.

Od wybo­rów minęły trzy lata, lecz Cole wciąż czuje eks­cy­ta­cję na widok samo­cho­dów ustę­pu­ją­cych z drogi jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, choć dosko­nale wie, że wszystko to ma słu­żyć bez­pie­czeń­stwu i wygo­dzie kobiety sie­dzą­cej obok - jego żony, Made­line Par­son Wri­ght, peł­nią­cej funk­cję pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

On zaś jest tylko pierw­szym dżen­tel­me­nem.

Drobne kro­ple desz­czu padają na kulo­od­porne szyby. Na dwu­pa­smo­wej jezdni agent sie­dzący za kie­row­nicą pozwala sobie przy­spie­szyć do sie­dem­dzie­się­ciu mil na godzinę.

- Dwie minuty do celu - mel­duje Bur­ton Pearce, szef per­so­nelu głowy pań­stwa. Sie­dzi naprze­ciwko pary pre­zy­denc­kiej, ple­cami do kie­runku jazdy. Blady i poważny, ma na sobie jeden ze swych nie­zli­czo­nych iden­tycz­nych sza­rych gar­ni­tu­rów. Pod­władni nazy­wają go Sza­rym Duchem. Pani pre­zy­dent kiwa głową, nie patrząc na niego.

Cole zerka na stro­nice opa­trzone stem­plami POUFNE. Doku­ment, nad któ­rym Maddy pochyla się od początku podróży, doty­czy naj­bar­dziej ryzy­kow­nego manewru poli­tycz­nego jej admi­ni­stra­cji, a może i każ­dej admi­ni­stra­cji. Powinna teraz sie­dzieć w Gabi­ne­cie Owal­nym, tocząc roz­mowy przez tele­fon i nagi­na­jąc ludzi do swo­jej woli, a jed­nak posta­no­wiła mu towa­rzy­szyć. To silny gest wspar­cia z jej strony.

Maddy w końcu odkłada papiery, a wtedy Cole chwyta jej dłoń i ści­ska ją lekko.

Odpo­wiada mu uści­skiem.

- Nie martw się - mówi. - Tyle razem prze­szli­śmy, że i to prze­trwamy.

Sub­ur­ban zwal­nia przed cia­snym zakrę­tem, trzy­ma­jąc się tuż za poli­cyjną eskortą. Kon­wój zwal­nia do czter­dzie­stu mil na godzinę. Po obu stro­nach drogi stoją miej­scowi z odręcz­nie wypi­sa­nymi trans­pa­ren­tami.

WIE­RZYMY W CIE­BIE, COLE!

TRZY­MAJ SIĘ, COLE!

NAPRZÓD, COLE!

Patrzy na nie przez przy­ciem­nioną szybę i czuje się pra­wie tak, jakby cze­kał go kolejny mecz. Drże­nie mię­śni, mak­sy­malne sku­pie­nie: zupeł­nie jak za cza­sów, gdy był koń­co­wym ata­ku­ją­cym w dru­ży­nie New England Patriots, zanim kon­tu­zja kolana zmu­siła go do prze­rwa­nia kariery. Wciąż świet­nie pamięta napię­cie panu­jące w szatni: nara­stało do nie­zno­śnego poziomu aż do chwili, gdy wybie­gali w blask jupi­te­rów i sły­szeli ogłu­sza­jący doping kibi­ców. W takich chwi­lach zawsze myślał: "Tak, będzie dobrze. Mamy to".

A dziś?

Dziś nie jest tak pewny sie­bie.

Za przed­nią szybą wozu widać już fasadę z czer­wo­nej cegły: budy­nek sądu hrab­stwa Roc­kin­gham. Wzdłuż ulicy stoją poli­cyjne barierki, na które napie­rają setki, a może i tysiące gapiów. Tu poja­wiają się trans­pa­renty w zgoła odmien­nym tonie.

ŁAJ­DAK!

POTWÓR!

SPRA­WIE­DLI­WO­ŚCI DLA SUZANNE!

- Nie przej­muj się nimi - mówi Maddy. - Nie mają poję­cia, o czym mówią.

- Nie mar­twię się ulicz­nymi krzy­ka­czami - odpo­wiada Cole. - Obcho­dzi mnie tylko tych dwa­na­ścioro, któ­rzy cze­kają na mnie w środku.

Gdy Sub­ur­ban zwal­nia nie­mal zupeł­nie, przed maskę wyska­kują dwie kobiety i roz­wi­jają długi trans­pa­rent.

SKA­ZAĆ COLE'A WRI­GHTA! I POSŁAĆ PRO­STO DO PIE­KŁA!

Dzięki za miłe życze­nia, myśli Cole.

2

Dobre tysiąc demon­stran­tów, wysłan­nicy mediów oraz miej­scowi gapie tło­czą się na par­kingu lśnią­cym od desz­czu. Gdy kon­wój mija dorodne iglaki posa­dzone wzdłuż chod­nika pro­wa­dzą­cego do gma­chu sądu, uświa­da­miam sobie, że zosta­wi­łam para­sol we wła­snym samo­cho­dzie. Za późno.

Takich środ­ków bez­pie­czeń­stwa nie widziano w hrab­stwie Roc­kin­gham jesz­cze ni­gdy. Na scho­dach wio­dą­cych do głów­nego wej­ścia widzę mun­dury wszyst­kich for­ma­cji strze­gą­cych prawa i porządku w New Hamp­shire, od miej­sco­wych gli­nia­rzy po leśni­czych. Na dachu czu­wają ludzie w kom­bi­ne­zo­nach tak­tycz­nych i czar­nych czap­kach base­bal­lo­wych, ści­ska­jący w dło­niach kara­biny snaj­per­skie. Nawet nie pró­bują się ukry­wać - to zada­nie ich kole­gów przy­cza­jo­nych w miej­scach, w któ­rych nikt ich nie zauważy.

Ktoś woła mnie po imie­niu:

- Brea? Brea Cooke? To ty?

Spo­glą­dam na mro­wie w więk­szo­ści bia­łych ludzi. Nic w tym dziw­nego: biali sta­no­wią 89 pro­cent lud­no­ści Gra­ni­to­wego Stanu. Przy­wy­kłam do tego już jako czar­no­skóra stu­dentka Dart­mo­uth, uczelni poło­żo­nej około dwóch godzin jazdy stąd na pół­noc. Powiedzmy, że w tych stro­nach wyróż­niam się z tłumu.

Odwra­cam się.

- Ron Rey­nolds!

Przy­ja­zna twarz z daw­nych cza­sów, gdy Ron i mój part­ner, Gar­rett Wil­son, byli repor­te­rami "Boston Globe". Ubrany jest tak jak zawsze: w beżową kurtkę, spodnie khaki i twe­edową czapkę. Na jego szyi dynda wielki pra­sowy iden­ty­fi­ka­tor.

Ści­skam go w pośpie­chu.

- Zdaje się, że oboje zapo­mnie­li­śmy para­soli.

Jakiś typ w gru­bej woj­sko­wej kurtce mija nas i poka­zuje środ­kowy palec w stronę iden­ty­fi­ka­tora Rona.

- Fake newsy! - krzy­czy.

Ron nie zwraca na niego uwagi.

- Co tu robisz? - pytam. - Mógł­byś sie­dzieć sobie wygod­nie, suchutki, w siłowni, pew­nie z cie­kaw­szymi wido­kami niż tutaj.

- Płacą mi za mok­nię­cie - odparł Ron. - Nawet gdy nic cie­ka­wego się nie dzieje.

A jed­nak coś się dzieje. Od dawna wycze­ki­wa­łam tego dnia. Na pod­jeź­dzie bły­skają koguty; dwa wozy poli­cji sta­no­wej i trzy potężne, czarne SUV-y.

- To oni!

Świa­tła są coraz bli­żej. Stoję pośród tłumu, lecz mimo to nagle czuję się bar­dziej samotna niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Na sekundę przy­my­kam oczy. Gar­rett, szep­cze głos w moim umy­śle.

Mru­gam inten­syw­nie. Nie teraz! Muszę się sku­pić. Uchwy­cić tę scenę na potrzeby mojej książki. Naszej książki. Tej, nad którą pra­co­wa­li­śmy z Gar­ret­tem, zanim on...

Ron wska­zuje schody przed gma­chem sądu.

- Widzisz tę mów­nicę i sta­no­wi­ska kamer?

Kiwam głową.

- Czemu pytasz?

- Wszystko na pokaz. Nie ma mowy, żeby Secret Service pozwo­liła pani pre­zy­dent i pierw­szemu dżen­tel­me­nowi sko­rzy­stać z głów­nego wej­ścia.

- Gapie nie będą zachwy­ceni tą sztuczką.

- Racja - przy­ta­kuje Ron. - Przy­szli tu, bo chcą być świad­kami histo­rii.

Podob­nie jak ja.

Albo­wiem po raz pierw­szy w dzie­jach mał­żo­nek głowy pań­stwa ma sta­nąć przed sądem oskar­żony o mor­der­stwo.

4

Ron chwyta mnie za rękaw.

- Wysia­dają!

Rze­czy­wi­ście. Sły­szę trzask masyw­nych drzwi samo­cho­dów i tumult u pod­nóża scho­dów. Agenci Secret Service pędzą, by oczy­ścić drogę do mów­nicy.

- No, ktoś tu ma spi­żowe jaja! - woła do mnie Ron, prze­krzy­ku­jąc zgiełk.

Krąg ciem­nych gar­ni­tu­rów ota­cza pre­zy­dentkę i jej bar­czy­stego męża.

Głowa pań­stwa pew­nie wcho­dzi po sze­ro­kich stop­niach i odwraca się, sta­jąc na pod­wyż­sze­niu. Tłum napiera ku niej. Gli­nia­rze trzy­mają linię, a agenci ochrony tylko bacz­nie obser­wują morze twa­rzy. I rąk. Zwłasz­cza rąk. Wypa­trują broni.

Pre­zy­dentka ści­ska ramię mał­żonka, po czym pochyla się nad mikro­fo­nami.

- Panie i pano­wie, dro­dzy przy­ja­ciele, powiem krótko i kon­kret­nie. - Jej głos nie­sie się echem nad par­kin­giem. Po każ­dym zda­niu nastę­puje pauza; mamy czas, by spo­koj­nie prze­tra­wić jej słowa. - Darzę męża peł­nym zaufa­niem i głę­boko wie­rzę w jego nie­win­ność. Ufam też, że dobrzy oby­wa­tele New Hamp­shire, któ­rzy przez te wszyst­kie lata stali u mego boku, dziś, w godzi­nie próby, udzielą wspar­cia także mojemu mał­żon­kowi. - Pre­zy­dentka obraca się i całuje męża w poli­czek, pil­nu­jąc, by kamery dobrze uchwy­ciły ten gest. Potem zaś, jakby jesz­cze sobie o czymś przy­po­mniała, wraca do mikro­fo­nów i dodaje: - Wie­rzę w nasz sys­tem prawny i nie mam wąt­pli­wo­ści, że spra­wie­dli­wo­ści sta­nie się zadość.

Chwyta męża za rękę. Ekipa z Secret Service ota­cza pre­zy­dencką parę cia­snym kor­do­nem i wszy­scy ruszają scho­dami ku głów­nemu wej­ściu do budynku sądu.

- Nie­zły występ - oce­nia Rey­nolds.

- Masz rację: występ. Teatr w czy­stej postaci. Oni nie są parą, tylko cho­ler­nym syn­dy­ka­tem prze­stęp­czym.

Mój wybuch zaska­kuje Rona, który sekundę póź­niej się oddala, by zebrać wypo­wie­dzi do swego mate­riału.

Znowu jestem sama. Wodzę wzro­kiem po twa­rzach zebra­nych. Nie­mal każdy - męż­czy­zna, kobieta czy dziecko - spo­gląda w stronę gma­chu, by choć z daleka jesz­cze doj­rzeć parę pre­zy­dencką.

Wyjątki dostrze­gam dopiero na dale­kim krańcu par­kingu: męż­czy­zna i kobieta patrzą pro­sto na mnie.

Widzia­łam ich już wcze­śniej. Moi nad­zorcy.

Cho­lera. Tylko nie to.

Tłum zaczyna się prze­miesz­czać i tracę ich z oczu.

Ota­czają mnie roz­ga­dani i pokrzy­ku­jący ludzie, ale w moich uszach ich słowa to tylko szum. Gar­rett, szep­cze znowu mój umysł. Wycią­gam rękę, na poły wie­rząc, że zoba­czę i jego dłoń się­ga­jącą ku mnie.

A potem wra­cam do rze­czy­wi­sto­ści i z tru­dem powstrzy­muję łzy.

Miłość mojego życia, Gar­rett Wil­son, nie żyje. Ja zaś wie­rzę, że za jego śmierć odpo­wiada czło­wiek, który wła­śnie wszedł do gma­chu sądu.

Pierw­szy dżen­tel­men.

Moż­liwe, że sam pocią­gnął za spust.

1

Manhattan

Siedzę w prze­stron­nym, naroż­nym gabi­ne­cie w sie­dzi­bie Not­tin­gham Publi­shing, nale­żą­cym do star­szej redak­torki Mar­cii Dil­lion, i z uśmie­chem się przy­glą­dam, jak mój męż­czy­zna, Gar­rett Wil­son, robi to, w czym jest naj­lep­szy: sprze­daje pro­jekt. Oraz sie­bie.

Wysoki, musku­larny, o krótko przy­strzy­żo­nych, ciem­no­brą­zo­wych wło­sach, ma na sobie zie­loną koszulę Oxford, spodnie khaki oraz brą­zowe buty. Jego nie­bie­skie oczy błysz­czą, gdy prze­cha­dza się przed biur­kiem Mar­cii zasy­pa­nym ręko­pi­sami.

Gar­rett przy­szedł na świat z nie­zwy­kłym darem: potrafi natych­mia­stowo przy­ku­wać uwagę. I Mar­cia z pew­no­ścią słu­cha w sku­pie­niu, pod­czas gdy on mówi:

- Ta książka na zawsze odmieni poli­tykę. - Robi krótką pauzę dla lep­szego efektu, po czym dodaje: - Pomyśl tylko o tych wszyst­kich wspa­nia­łych epi­zo­dach życia poli­tycz­nego: Hamil­ton kon­tra Burr, Ken­nedy kon­tra Nixon, Car­ter kon­tra Reagan. Ale to, Mar­cio, będzie nie tylko best­sel­ler, ale i dzieło, które przej­dzie do histo­rii. Jesz­cze ni­gdy nie wydano cze­goś podob­nego. Ni­gdy!

- Gar­rett, pro­szę cię, wstrzy­maj konie. - Redak­torka unosi dłoń ku pasmom siwych wło­sów oka­la­ją­cym jej miłą twarz. - Wiesz, że cię uwiel­biam, ale... poli­tyka?

- Nie tylko poli­tyka - pro­stuje Gar­rett. - Poli­tyczna bomba. - Pod­cho­dzi do regału z książ­kami i zdej­muje ze środ­ko­wej półki dwa tomy w twar­dej opra­wie. To jego best­sel­lery, Kres uczci­wo­ści i Skra­dziony honor. - Coś znacz­nie lep­szego niż to.

Znam te książki na pamięć. Prze­stu­dio­wa­łam każdą stro­nicę.

- Wła­śnie tego wam trzeba - cią­gnie Gar­rett. - Mię­dzy­na­ro­do­wego prze­boju, który sprzeda się w milio­nach egzem­pla­rzy i sprawi, że Not­tin­gham wyj­dzie na pro­stą.

- Przy­ha­muj, Gar­rett. Weź głę­boki wdech. - W gło­sie Mar­cii poja­wia się nuta znie­cier­pli­wie­nia.

Moja kolej. Pora zmie­nić ton, posłu­żyć się jedną z moich praw­ni­czych sztu­czek.

- Mar­cio, prze­cież znasz Gar­retta. Gdy się roz­kręci, wydaje mu się, że jest Bobem Woodwar­dem, Rober­tem Caro i Ronem Cher­no­wem w jed­nym.

- Impo­nu­jące towa­rzy­stwo, Brea - odpo­wiada redak­torka, po czym znowu zwraca się do Gar­retta. - Słu­chaj, twoje pierw­sze dwie książki wsko­czyły na listy best­sel­le­rów dzięki przy­chyl­nym recen­zjom i pochwa­łom roz­po­wszech­nia­nym pocztą pan­to­flową, ale ten temat... - Nie koń­czy.

Nie połknęła haczyka. Tra­cimy ją.

Gar­rett nie prze­staje się uśmie­chać. Widzę, że jest zde­ter­mi­no­wany: podej­mie wyzwa­nie. Jak powie­dział mi dawno temu: "Wydawca jest niczym tysiąc­fun­towy tuń­czyk, któ­rego muszę zła­pać na linkę zdolną utrzy­mać naj­wy­żej sto fun­tów. W dodatku pra­wie prze­tartą".

Kła­dzie dło­nie na biurku Mar­cii i pochyla się ku niej.

- Załóżmy, że jesteś postron­nym obser­wa­to­rem przy­glą­da­ją­cym się naszemu sys­te­mowi poli­tycz­nemu oraz aktom korup­cji - od zwy­kłych łapó­wek po wymianę przy­sług i kto wie, czemu jesz­cze - które ucho­dzą na sucho oso­bom publicz­nym. Tak naprawdę nikt nie potrafi wyja­śnić, jakim cudem kon­gres­men zara­bia­jący sto sie­dem­dzie­siąt cztery tysiące dola­rów rocz­nie staje się pod koniec kaden­cji auten­tycz­nym kre­zu­sem. Orien­tu­jesz się, ilu milio­ne­rów mamy w tak zwa­nym Domu Ludu?

Pora wtrą­cić moje trzy gro­sze.

- Pięć­dzie­siąt pro­cent - pod­po­wia­dam. - Nie licząc tych, któ­rzy ukry­wają rze­czy­wi­sty mają­tek, prze­pi­su­jąc go na mał­żon­ków i dzieci.

Mar­cia posyła mi wątły uśmiech.

- Zga­duję, że znowu zbie­ra­łaś dla niego dane?

- Tak jest. Ale tym razem jestem też współ­au­torką.

- Ach tak. - Mar­cia odwraca się znowu ku Gar­ret­towi. - Książki o poli­tyce słabo się sprze­dają, a jesz­cze gorzej te o korup­cji poli­tycz­nej. Twoja pierw­sza opo­wia­dała o kre­cie w CIA, to bar­dzo sek­sowny temat. Druga o boha­terce z sił zbroj­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych, która przez intrygi swych prze­ło­żo­nych nie dostała Medalu Honoru, choć nań zasłu­żyła. Jesz­cze lep­sza histo­ria. Ale obna­ża­nie łapow­nic­twa i nie­uczci­wo­ści urzęd­ni­ków pań­stwo­wych? Nikt zain­te­re­so­wany tema­tem nie się­gnie po taką książkę. Wystar­czy, że w dowolny wie­czór włą­czy sobie MSNBC albo Fox.

- Masz cał­ko­witą rację, Mar­cio - włą­czam się znowu. - Tyle że nasza histo­ria jest o wiele głęb­sza i bar­dziej mroczna.

Uśmiech Mar­cii wydaje się wymu­szony.

- Nie powin­naś wykła­dać teraz prawa kar­nego na Yale?

- Wzię­łam urlop naukowy. Dla takiej histo­rii naprawdę warto.

Redak­torka wzdy­cha ciężko.

- Dobra, Gar­rett. Zamie­niam się w słuch. Zwal mnie z nóg.

Mój męż­czy­zna zerka na mnie ukrad­kiem. Dosko­nale wiem, co powie, i jestem pewna, że wła­śnie te słowa prze­chylą szalę na naszą korzyść.

- Mar­cio - zaczyna uro­czy­ście - nasza książka udo­wodni, że Cole Wri­ght, pierw­szy dżen­tel­men Sta­nów Zjed­no­czo­nych, jest wyra­cho­wa­nym mor­dercą.

2

Marcia mil­czy, oszo­ło­miona, a ja słu­cham odgło­sów dobie­ga­ją­cych z ruchli­wej Sixth Ave­nue.

- Gar­rett - odzywa się wresz­cie star­sza redak­torka - wybacz, ale chyba się sta­rzeję. Mógł­byś, pro­szę, powtó­rzyć to, co powie­dzia­łeś, tylko powoli i wyraź­nie?

Gar­rett cyze­luje każde słowo:

- Cole Wri­ght, pierw­szy dżen­tel­men, jest mor­dercą. - Widzę, że dopiero się roz­grzewa, gotów roz­po­cząć kolejną fazę wiel­kiego kusze­nia. - Jak sama zauwa­ży­łaś, ludziom spo­wsze­dniała już pospo­lita korup­cja. Dla­tego zamie­rzamy udo­wod­nić, że na szczy­tach wła­dzy w Waszyng­to­nie nie­któ­rym nawet mor­der­stwo może ujść na sucho.

Pró­buję wyczy­tać coś z wyrazu twa­rzy i mowy ciała Mar­cii. Jest zain­try­go­wana, lecz stara się tego nie oka­zy­wać.

- W porządku - mówi. - Słu­cham dalej. Kto jest waszym infor­ma­to­rem?

- Pra­cow­nik Dart­mo­uth Col­lege.

- Stu­dio­wa­li­ście tam z Breą, zga­dza się?

- Ow­szem - przy­ta­kuje Gar­rett. - Podob­nie jak pre­zy­dentka i jej mał­żo­nek. Ode­brali dyplomy, zanim my zaczę­li­śmy naukę. Cole był gwiazdą uczel­nia­nej dru­żyny fut­bo­lo­wej.

- Kim jest ten pra­cow­nik? - pyta Mar­cia. - Pro­fe­so­rem? Tre­ne­rem? Ochro­nia­rzem?

- Dozorcą. - Gar­rett kon­ty­nu­uje natar­cie. - Pomyśl tylko, Mar­cio. Kto zna brudne tajem­nice wszyst­kich wokół? Woźni i inni pra­cow­nicy niskiego szcze­bla, jak choćby Frank Wills, nocny stróż, który powia­do­mił poli­cję o wła­ma­niu do kom­pleksu Water­gate. Widzą i sły­szą wszystko. I nikt nie zwraca na nich uwagi.

Wiem, że mój dyplom wydziału prawa, który po stu­diach pierw­szego stop­nia w Dart­mo­uth uzy­ska­łam na Colum­bii, impo­nuje Mar­cii. Już czas, by zagrać kartą mojego pro­fe­sjo­na­li­zmu.

- Nazywa się Judd Pey­ton - mówię. - On nie ściem­nia, Mar­cio. Pra­cuje na kam­pu­sie od ponad trzy­dzie­stu lat. To uczciwy czło­wiek.

- Mam rozu­mieć, że pozna­li­ście pana Pey­tona w Dart­mo­uth i przez tyle lat utrzy­mu­je­cie z nim kon­takt? - iro­ni­zuje redak­torka.

- Nie. Spo­tka­li­śmy go na kam­pu­sie pod­czas pod­pi­sy­wa­nia ksią­żek - odpo­wia­dam. - Aku­rat prze­czy­tał Skra­dziony honor.

- Zagad­nął mnie po spo­tka­niu autor­skim - dorzuca Gar­rett - i zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o tajem­ni­cach takich jak te, o któ­rych pisa­łem. W końcu wyznał, że od wielu lat trzyma coś w sekre­cie.

Mar­cia nachyla się ku niemu.

- A ten sekret to...?

- Cole Wri­ght rze­komo dopu­ścił się napa­ści sek­su­al­nej na dziew­czynę, gdy stu­dio­wał w Dart­mo­uth.

Mar­cia krzywi się z nie­sma­kiem.

- Okrop­ność, jeśli to prawda. Ale to nie mor­der­stwo - dodaje po krót­kiej pau­zie.

- To nie koniec - odpo­wiada Gar­rett. Wyobra­żam sobie, jak napręża się żyłka, na któ­rej cią­gnie ku sobie swą zdo­bycz. - Pey­ton od zawsze był kibi­cem fut­bolu. Uważ­nie śle­dził karierę Cole'a Wri­ghta, odkąd pod­pi­sał kon­trakt z Patriots.

- Miał też kuzyna, który zaj­mo­wał się murawą na sta­dio­nie Gil­lette - wtrą­cam. - Dowie­dział się od niego, że Cole uma­wia się z jedną z che­er­le­ade­rek Patriots, dwu­dzie­sto­dwu­let­nią Suzanne Bonanno.

- Co jest nie­zgodne z regu­la­mi­nem dru­żyny i zasa­dami NFL - zauważa Gar­rett.

- Cał­kiem roz­sąd­nymi zasa­dami - mru­czy Mar­cia.

- Usi­ło­wali utrzy­mać swój zwią­zek w tajem­nicy, ale wszystko wska­zy­wało na to, że kole­dzy z dru­żyny zamie­rzają poin­for­mo­wać o nim media.

- Co mogłoby ozna­czać koniec kariery Cole'a - dodaję - i utratę prawa do eme­ry­tury.

- Co było dalej? - pyta Mar­cia, igno­ru­jąc tele­fon dzwo­niący na jej biurku.

- Sie­dem­na­ście lat temu - cią­gnie Gar­rett - Suzanne Bonanno oznaj­miła bli­skim, że idzie na spo­tka­nie z Cole'em Wri­gh­tem. Ni­gdy wię­cej jej nie widziano. Oczy­wi­ście zgło­szono jej zagi­nię­cie, ale na tym się skoń­czyło. A Wri­ght już kilka dni póź­niej pole­ciał do Kali­for­nii, żeby leczyć kon­tu­zję kolana.

Tele­fon Mar­cii wresz­cie milk­nie.

- Prze­cież sprawa zagi­nio­nej che­er­le­aderki musiała mieć ciąg dal­szy - zauważa redak­torka.

- Tak mogłoby się wyda­wać - odpo­wiada Gar­rett. - Wyko­rzy­sta­łem kon­takty z cza­sów, gdy byłem repor­te­rem "Boston Globe", i dowie­dzia­łem się, że doku­men­ta­cja sprawy Suzanne Bonanno prze­pa­dła. Moim zda­niem została wykra­dziona.

- Przez kogoś, kto dzia­łał w inte­re­sie Cole'a Wri­ghta - dodaję.

- Dobry Boże. - Mar­cia bębni pal­cami o blat biurka. - Naprawdę chce­cie zaata­ko­wać męża głowy pań­stwa? Nazwą was sabo­ta­ży­stami, zdraj­cami ojczy­zny, agen­tami kon­ku­ren­cyj­nej par­tii poli­tycz­nej, a jeśli choć raz zda­rzyło wam się pocią­gnąć łyk Sto­licz­nej, to także rosyj­skimi pachoł­kami. Na pewno jeste­ście na to gotowi?

- Ja jestem - mówi Gar­rett.

- A ty, Brea? Nie prze­raża cię to?

- Mojemu dziad­kowi akty­wi­ście roz­łu­pali czaszkę w Sel­mie, a ja mam jego DNA. Bar­dziej prze­raża mnie to, że prawda mogłaby nie ujrzeć świa­tła dzien­nego.

W gabi­ne­cie zapada cisza.

- W porządku - odzywa się w końcu Mar­cia. - Każdy inny redak­tor kop­nąłby was w tyłek. To bar­dzo ryzy­kowne przed­się­wzię­cie. Jeżeli się myli­cie, oboje pój­dzie­cie na dno i pocią­gnie­cie mnie za sobą. A może i całe wydaw­nic­two.

- Nie mylimy się - zapew­nia Gar­rett z bły­skiem w oku.

Wygląda jak węd­karz, który wła­śnie wycią­gnął z wody ogromną rybę.