3
Gdy stajemy na zatłoczonym chodniku przed
siedzibą Nottingham, Garrett pozwala sobie na triumfalny okrzyk, po czym
bierze mnie w ramiona i obraca kilka razy. Ludzie się na nas gapią, gdy
stawia mnie na ziemi, ale mam to gdzieś.
Odwzajemniam się długim, gorącym pocałunkiem, a potem odsuwam go na
długość ramion.
- Wiesz, co zrobiłeś tam na górze? Magia! Mistrzowska perswazja.
Garrett chwyta mnie za biodra i ściska czule.
- Nie ma mowy, żeby nam się nie udało, skoro jesteś przy mnie - mówi,
ujmując mnie za rękę. - Masz ochotę to uczcić?
- Oczywiście! - W głębi serca czuję, że będziemy też czcić pamięć
Suzanne Bonanno.
Mijamy kilka przecznic, zmierzając w stronę stacji metra Times Square.
Trzymamy się za ręce, chłonąc szczęśliwe chwile. Naprawdę kocham tego
mężczyznę, myślę, ściskając mocniej jego dłoń.
Mniej więcej dwadzieścia pięć minut później wychodzimy na powierzchnię w pobliżu Washington Square. Dobrze wiem, dokąd Garrett mnie prowadzi. Za
każdym razem, gdy odwiedzamy Manhattan w interesach lub dla
przyjemności, on musi tam zajrzeć. Dla niego to coś w rodzaju
pielgrzymki do sanktuarium.
Po kolejnych dwóch minutach zatrzymujemy się przed szklanymi drzwiami
wciśniętymi między dwie ogromne witryny. Widnieje na nich napis: SKLEP
MUZYCZNY SAMMY'EGO. To jedno z tych miejsc, w których muzycy doznają
nirwany.
Na ścianach wiszą gitary przeróżnych kształtów i rozmiarów: akustyczne,
elektryczne, tu i tam dostrzegam nawet bandżo. Gabloty są pełne strun,
pasków i innych akcesoriów. Niemałą część podłogi zastawiono
wzmacniaczami i głośnikami, od niewiększych niż pudełko na buty po
olbrzymy zdolne zatrząść stadionami.
Ściany wykorzystano do ostatniego cala, wieszając na nich ramki ze
zdjęciami i listami pochwalnymi od słynnych gitarzystów: Erica Claptona,
Jacka White'a, Williego Nelsona i wielu innych, o których nawet nie
słyszałam.
- Garrett Wilson? - Pulchny mężczyzna wychodzi nam na spotkanie z głębi
sklepu, ubrany w czarną firmową koszulkę mocno opiętą na brzuchu i z trudem wciśniętą w jeansy. Na nosie ma okulary o okrągłych szkłach,
biała broda swobodnie opada mu na pierś.
- Hej, Sammy - odpowiada Garrett. - Miło cię widzieć. Pamiętasz Breę. -
Wskazuje na mnie.
Sammy uśmiecha się przez gąszcz brody.
- Jak mógłbym zapomnieć? - Kolejny utalentowany sprzedawca. Obraca się
do Garretta i zaciera ręce. - To jak, przyjacielu, to jest ten dzień?
Garrett dosłownie drży z podniecenia; czuję to. Wolno wypuszcza
powietrze z płuc.
- Tak. To jest ten dzień.
Sammy szczerzy zęby, zerkając na mnie.
- No to co się stało? Twój facet wygrał na loterii?
Rewanżuję się uśmiechem.
- Coś w tym rodzaju.
- Mógłbyś ją przynieść? - pyta Garrett. Zaraz zacznie się ślinić.
Sammy gładzi białą brodę.
- Stary, będzie mi brakowało tej ślicznotki, ale skoro trafia w twoje
ręce, może jakoś to przeboleję. - Lawirując między gablotami, rusza w głąb sklepu. - Pięć lat czekałeś na tę chwilę, nie? - woła przez ramię.
- Sześć! - odkrzykuje Garrett. - Odkąd skończyłem pierwszą książkę. -
Jego twarz promienieje jak dzieciakowi w bożonarodzeniowy poranek.
Ciągnie mnie do głównej lady okrytej zielonym filcem. Przypomina mi się
nasza pierwsza randka, podczas której dotknęłam opuszków jego palców i wyczułam twarde zgrubienia.
- To od mojego hobby - wyjaśnił mi.
- Jakiego hobby? - spytałam. - Dorabiasz w kamieniołomie?
Roześmiał się i uścisnął moje dłonie, a ja już wiedziałam, że wpadłam po
uszy.
Sammy wraca z zaplecza. Ręce w białych bawełnianych rękawiczkach czule
ściskają ciemnobrązową, sześciostrunową gitarę akustyczną. Inni klienci
gapią się nabożnie, gdy ostrożnie kładzie ją na miękkim filcu.
- Proszę bardzo - mówi. - Twój Martin D-28 z pięćdziesiątego trzeciego,
praktycznie w idealnym stanie. Nowiutkie klucze. Nowiutkie siodełko i kołki mostka.
W moich oczach gitary prawie się od siebie nie różnią, ale nawet ja
potrafię dostrzec, że w tej jest coś szczególnego. Coś, co się mieni.
Garrett czule wodzi palcami po gryfie, a ja dopiero teraz zauważam, że
między progami nie ma zwyczajnych białych kropek: osadzono tam lśniące
kamienie, czerwone beryle i zielone szmaragdy.
Wzdycham mimowolnie.
- Mój Boże. Jaka piękna.
Sammy lekko popycha instrument w stronę Garretta.
- Śmiało - zachęca. - Mam w systemie twoją kartę kredytową. Gitara
należy do ciebie.
Garrett podnosi ją i siada na stołku opodal lady. Przez chwilę gładzi
krzywiznę pudła, po czym układa je na udzie.
Sammy mruga do mnie porozumiewawczo.
- Zawsze powtarzam, że gitarę trzeba tulić jak kobietę: łagodnie, ale i z przekonaniem.
Garrett zaciska na gryfie lewą dłoń, a palcami prawej dotyka strun na
wysokości otworu rezonansowego. Nie mogę się doczekać, aż usłyszę, jak
wspaniały instrument ożyje w jego rękach.
W końcu uderza mocno i donośny dźwięk niesie się po sklepie.
Masakra! Najpaskudniejszy akord, jaki w życiu słyszałam: tak fałszywy,
że aż uszy bolą.
Wszyscy tylko spoglądają w milczeniu. Zwłaszcza Sammy.
Garrett unosi głowę i się uśmiecha.
- Żartowałem.
A potem bez zapowiedzi, płynnie i z wyczuciem zaczyna grać wstęp do
Classical Gas Masona Williamsa. Lewa dłoń tańczy po gryfie, palce
prawej wybijają na strunach wyrafinowany rytm. Klienci podchodzą bliżej,
żeby posłuchać. Pojawia się główna melodia, muzyka nabiera mocy. Garrett
przymyka powieki, przenosi się w inny świat. Oparty o ladę Sammy kiwa
głową w moją stronę. Doskonale wie, jaka jestem dumna. Nie chcę, żeby ta
muzyczna chwila dobiegła końca.
Palce Garretta trącają struny w ostatnim akordzie i rozlega się burza
oklasków. Podchodzę i biorę go w ramiona.
- To było piękne - szepczę.
- Bis! - woła jakaś kobieta, wzbudzając nową falę braw.
Garrett tylko macha ręką i oddaje gitarę Sammy'emu, który wkłada ją do
solidnego, czarnego futerału.
- Przykro mi - oznajmia - ale moja ukochana i ja musimy się zbierać.
- Mam nadzieję, że masz na myśli mnie - mówię, ale Garrett jest w tej
chwili tak szczęśliwy, że nie mam nic przeciwko temu, żeby przez jakiś
czas akompaniować jego gitarze jako drugie skrzypce.
Wychodzimy na ulicę. Garrett zatrzymuje taksówkę, w lewej dłoni mocno
ściska uchwyt futerału. Drugą ręką mocno mnie przytula i całujemy się
serdecznie.
- Mogłabym cię słuchać godzinami - wyznaję.
- Zawsze trzeba zostawiać u publiczności niedosyt - odpowiada. - Zawsze.
4
Biały Dom
Burton Pearce, szef personelu prezydentki
Madeline Wright, stoi za biurkiem w swym gabinecie w Zachodnim Skrzydle.
Ależ parszywe wyczucie czasu, myśli, niespiesznie odkładając
słuchawkę.
Wcześniejsza rozmowa z jednym z pięćdziesięciu dwóch kongresmenów
reprezentujących Kalifornię była dość produktywna. Jej temat był poufny,
chodziło o zawiłą ustawę, którą Pearce i pani prezydent półżartem
nazywali Wielką Okazją. Teraz jednak sprawy wyglądały paskudnie.
Pearce spogląda na swe szerokie, schludnie utrzymane biurko, by
sprawdzić plany głowy państwa na resztę dnia. Potem patrzy na ścienny
zegar i wreszcie sięga po słuchawkę. Wciska tylko jeden klawisz.
Ta sprawa nie może czekać.
Niemal natychmiast odbiera Dana Cox, skuteczna i twarda jak stal
prywatna sekretarka pani prezydent urzędująca za ścianą Gabinetu
Owalnego. Nikt nie zwraca się do niej po imieniu; wszyscy mówią "pani
Cox", włącznie z najważniejszą osobą w państwie.
- W czym mogę pomóc, panie Pearce?
- Widzę, że pani prezydent ma spotkanie z delegacją Sierra Clubu. Może
pani wygonić ich już teraz, pięć minut przed czasem? Muszę tam wejść jak
najszybciej.
- Zobaczę, co da się zrobić - odpowiada pani Cox.
Działa całkiem skutecznie.
Ostatni delegaci organizacji ekologicznej właśnie wychodzą, kiedy Pearce
dociera na miejsce. Gdy zamyka za nimi drzwi, prezydentka patrzy na
niego ze zniecierpliwieniem.
- Nie mam cię w grafiku, Burton. O co chodzi?
- Jak się udała wizyta Sierra Clubu, pani prezydent? - odpowiada
pytaniem.
Znają się jeszcze z college'u, lecz Pearce nie nazywa jej "Maddy" od
przedpołudnia w dniu zaprzysiężenia.
Pamięć podsuwa mu obraz marnej studenckiej stancji w Hanoverze, poza
kampusem, gdzie swego czasu mieszkał wraz z Cole'em i Maddy. Z ich
trojga jedynie Cole miał przed sobą wyraźnie nakreśloną przyszłość. Z takimi wynikami, jakie osiągnął w rozgrywkach uniwersyteckich, po prostu
musiał być jednym z nielicznych studentów Ivy League, którzy mieli
niemal w kieszeni świetny kontrakt z którymś z klubów NFL.
Pearce zawsze miał więcej wspólnego z Maddy niż z Cole'em. Wciąż jeszcze
niekiedy dziwi go to, że dzikie imprezy i niekończące się nocne dyskusje
- jedne z tych, w których kolejne pokolenia studentów dzielą się swymi
marzeniami, planami i świętym przekonaniem, że to właśnie za ich sprawą
nadejdzie czas wielkich politycznych przemian - nieodmiennie sprowadzały
oboje do jego pokoju. Teraz zaś dniem i nocą robi wszystko, by przekuć
ich młodzieńczą więź w dwukadencyjną prezydenturę Maddy.
I to jej głos sprawia, że powraca do teraźniejszości.
- W końcu ich przekonałam do zawieszenia protestów w sprawie programu
modularnych reaktorów jądrowych Departamentu Energii. - Maddy uśmiecha
się z pewnością siebie. - Wciąż są przeciwni, to żadna niespodzianka,
ale gdy przyjdzie do głosowania, darują sobie zmasowaną akcję e-mailową
i telefoniczną. Dzięki temu łatwiej nam będzie negocjować ze związkami
zawodowymi. - Prezydentka zdejmuje okulary do czytania i kładzie je na
biurku Resolute. - A teraz powiedz mi, Burton, co takiego zaszło, że
uznałeś za stosowne zmienić mój poranny grafik.
Pearce bierze głęboki wdech.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Brentwood, New Hampshire
Cole Wright siedzi na tylnej kanapie
czarnego, opancerzonego Chevy'ego Suburbana, jednego z trzech mknących
szosą numer 125 w nadmorskiej części stanu New Hampshire.
Dwa ciemnozielone wozy patrolowe policji stanowej błyskają światłami,
pilotując tę niezbyt efektowną, ale stosowną do okazji kolumnę.
Prezydencka limuzyna, zwana Bestią, została na lotnisku, wraz z jednostką wsparcia taktycznego Secret Service, personelem pomocniczym,
furgonetkami serwisów informacyjnych oraz w pełni wyposażoną karetką.
Od wyborów minęły trzy lata, lecz Cole wciąż czuje ekscytację na widok
samochodów ustępujących z drogi jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki, choć doskonale wie, że wszystko to ma służyć bezpieczeństwu i wygodzie kobiety siedzącej obok - jego żony, Madeline Parson Wright,
pełniącej funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych.
On zaś jest tylko pierwszym dżentelmenem.
Drobne krople deszczu padają na kuloodporne szyby. Na dwupasmowej jezdni
agent siedzący za kierownicą pozwala sobie przyspieszyć do
siedemdziesięciu mil na godzinę.
- Dwie minuty do celu - melduje Burton Pearce, szef personelu głowy
państwa. Siedzi naprzeciwko pary prezydenckiej, plecami do kierunku
jazdy. Blady i poważny, ma na sobie jeden ze swych niezliczonych
identycznych szarych garniturów. Podwładni nazywają go Szarym Duchem.
Pani prezydent kiwa głową, nie patrząc na niego.
Cole zerka na stronice opatrzone stemplami POUFNE. Dokument, nad którym
Maddy pochyla się od początku podróży, dotyczy najbardziej ryzykownego
manewru politycznego jej administracji, a może i każdej administracji.
Powinna teraz siedzieć w Gabinecie Owalnym, tocząc rozmowy przez telefon
i naginając ludzi do swojej woli, a jednak postanowiła mu towarzyszyć.
To silny gest wsparcia z jej strony.
Maddy w końcu odkłada papiery, a wtedy Cole chwyta jej dłoń i ściska ją
lekko.
Odpowiada mu uściskiem.
- Nie martw się - mówi. - Tyle razem przeszliśmy, że i to przetrwamy.
Suburban zwalnia przed ciasnym zakrętem, trzymając się tuż za policyjną
eskortą. Konwój zwalnia do czterdziestu mil na godzinę. Po obu stronach
drogi stoją miejscowi z odręcznie wypisanymi transparentami.
WIERZYMY W CIEBIE, COLE!
TRZYMAJ SIĘ, COLE!
NAPRZÓD, COLE!
Patrzy na nie przez przyciemnioną szybę i czuje się prawie tak, jakby
czekał go kolejny mecz. Drżenie mięśni, maksymalne skupienie: zupełnie
jak za czasów, gdy był końcowym atakującym w drużynie New England
Patriots, zanim kontuzja kolana zmusiła go do przerwania kariery. Wciąż
świetnie pamięta napięcie panujące w szatni: narastało do nieznośnego
poziomu aż do chwili, gdy wybiegali w blask jupiterów i słyszeli
ogłuszający doping kibiców. W takich chwilach zawsze myślał: "Tak,
będzie dobrze. Mamy to".
A dziś?
Dziś nie jest tak pewny siebie.
Za przednią szybą wozu widać już fasadę z czerwonej cegły: budynek sądu
hrabstwa Rockingham. Wzdłuż ulicy stoją policyjne barierki, na które
napierają setki, a może i tysiące gapiów. Tu pojawiają się transparenty
w zgoła odmiennym tonie.
ŁAJDAK!
POTWÓR!
SPRAWIEDLIWOŚCI DLA SUZANNE!
- Nie przejmuj się nimi - mówi Maddy. - Nie mają pojęcia, o czym mówią.
- Nie martwię się ulicznymi krzykaczami - odpowiada Cole. - Obchodzi
mnie tylko tych dwanaścioro, którzy czekają na mnie w środku.
Gdy Suburban zwalnia niemal zupełnie, przed maskę wyskakują dwie kobiety
i rozwijają długi transparent.
SKAZAĆ COLE'A WRIGHTA! I POSŁAĆ PROSTO DO PIEKŁA!
Dzięki za miłe życzenia, myśli Cole.
2
Dobre tysiąc demonstrantów, wysłannicy
mediów oraz miejscowi gapie tłoczą się na parkingu lśniącym od deszczu.
Gdy konwój mija dorodne iglaki posadzone wzdłuż chodnika prowadzącego do
gmachu sądu, uświadamiam sobie, że zostawiłam parasol we własnym
samochodzie. Za późno.
Takich środków bezpieczeństwa nie widziano w hrabstwie Rockingham
jeszcze nigdy. Na schodach wiodących do głównego wejścia widzę mundury
wszystkich formacji strzegących prawa i porządku w New Hampshire, od
miejscowych gliniarzy po leśniczych. Na dachu czuwają ludzie w kombinezonach taktycznych i czarnych czapkach baseballowych, ściskający
w dłoniach karabiny snajperskie. Nawet nie próbują się ukrywać - to
zadanie ich kolegów przyczajonych w miejscach, w których nikt ich nie
zauważy.
Ktoś woła mnie po imieniu:
- Brea? Brea Cooke? To ty?
Spoglądam na mrowie w większości białych ludzi. Nic w tym dziwnego:
biali stanowią 89 procent ludności Granitowego Stanu. Przywykłam do tego
już jako czarnoskóra studentka Dartmouth, uczelni położonej około dwóch
godzin jazdy stąd na północ. Powiedzmy, że w tych stronach wyróżniam się
z tłumu.
Odwracam się.
- Ron Reynolds!
Przyjazna twarz z dawnych czasów, gdy Ron i mój partner, Garrett Wilson,
byli reporterami "Boston Globe". Ubrany jest tak jak zawsze: w beżową
kurtkę, spodnie khaki i tweedową czapkę. Na jego szyi dynda wielki
prasowy identyfikator.
Ściskam go w pośpiechu.
- Zdaje się, że oboje zapomnieliśmy parasoli.
Jakiś typ w grubej wojskowej kurtce mija nas i pokazuje środkowy palec w stronę identyfikatora Rona.
- Fake newsy! - krzyczy.
Ron nie zwraca na niego uwagi.
- Co tu robisz? - pytam. - Mógłbyś siedzieć sobie wygodnie, suchutki, w siłowni, pewnie z ciekawszymi widokami niż tutaj.
- Płacą mi za moknięcie - odparł Ron. - Nawet gdy nic ciekawego się nie
dzieje.
A jednak coś się dzieje. Od dawna wyczekiwałam tego dnia. Na podjeździe
błyskają koguty; dwa wozy policji stanowej i trzy potężne, czarne SUV-y.
- To oni!
Światła są coraz bliżej. Stoję pośród tłumu, lecz mimo to nagle czuję
się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Na sekundę przymykam oczy. Garrett, szepcze głos w moim umyśle.
Mrugam intensywnie. Nie teraz! Muszę się skupić. Uchwycić tę scenę na
potrzeby mojej książki. Naszej książki. Tej, nad którą pracowaliśmy z Garrettem, zanim on...
Ron wskazuje schody przed gmachem sądu.
- Widzisz tę mównicę i stanowiska kamer?
Kiwam głową.
- Czemu pytasz?
- Wszystko na pokaz. Nie ma mowy, żeby Secret Service pozwoliła pani
prezydent i pierwszemu dżentelmenowi skorzystać z głównego wejścia.
- Gapie nie będą zachwyceni tą sztuczką.
- Racja - przytakuje Ron. - Przyszli tu, bo chcą być świadkami historii.
Podobnie jak ja.
Albowiem po raz pierwszy w dziejach małżonek głowy państwa ma stanąć
przed sądem oskarżony o morderstwo.
4
Ron chwyta mnie za rękaw.
- Wysiadają!
Rzeczywiście. Słyszę trzask masywnych drzwi samochodów i tumult u podnóża schodów. Agenci Secret Service pędzą, by oczyścić drogę do
mównicy.
- No, ktoś tu ma spiżowe jaja! - woła do mnie Ron, przekrzykując zgiełk.
Krąg ciemnych garniturów otacza prezydentkę i jej barczystego męża.
Głowa państwa pewnie wchodzi po szerokich stopniach i odwraca się,
stając na podwyższeniu. Tłum napiera ku niej. Gliniarze trzymają linię,
a agenci ochrony tylko bacznie obserwują morze twarzy. I rąk. Zwłaszcza
rąk. Wypatrują broni.
Prezydentka ściska ramię małżonka, po czym pochyla się nad mikrofonami.
- Panie i panowie, drodzy przyjaciele, powiem krótko i konkretnie. - Jej
głos niesie się echem nad parkingiem. Po każdym zdaniu następuje pauza;
mamy czas, by spokojnie przetrawić jej słowa. - Darzę męża pełnym
zaufaniem i głęboko wierzę w jego niewinność. Ufam też, że dobrzy
obywatele New Hampshire, którzy przez te wszystkie lata stali u mego
boku, dziś, w godzinie próby, udzielą wsparcia także mojemu małżonkowi.
- Prezydentka obraca się i całuje męża w policzek, pilnując, by kamery
dobrze uchwyciły ten gest. Potem zaś, jakby jeszcze sobie o czymś
przypomniała, wraca do mikrofonów i dodaje: - Wierzę w nasz system
prawny i nie mam wątpliwości, że sprawiedliwości stanie się zadość.
Chwyta męża za rękę. Ekipa z Secret Service otacza prezydencką parę
ciasnym kordonem i wszyscy ruszają schodami ku głównemu wejściu do
budynku sądu.
- Niezły występ - ocenia Reynolds.
- Masz rację: występ. Teatr w czystej postaci. Oni nie są parą, tylko
cholernym syndykatem przestępczym.
Mój wybuch zaskakuje Rona, który sekundę później się oddala, by zebrać
wypowiedzi do swego materiału.
Znowu jestem sama. Wodzę wzrokiem po twarzach zebranych. Niemal każdy -
mężczyzna, kobieta czy dziecko - spogląda w stronę gmachu, by choć z daleka jeszcze dojrzeć parę prezydencką.
Wyjątki dostrzegam dopiero na dalekim krańcu parkingu: mężczyzna i kobieta patrzą prosto na mnie.
Widziałam ich już wcześniej. Moi nadzorcy.
Cholera. Tylko nie to.
Tłum zaczyna się przemieszczać i tracę ich z oczu.
Otaczają mnie rozgadani i pokrzykujący ludzie, ale w moich uszach ich
słowa to tylko szum. Garrett, szepcze znowu mój umysł. Wyciągam rękę,
na poły wierząc, że zobaczę i jego dłoń sięgającą ku mnie.
A potem wracam do rzeczywistości i z trudem powstrzymuję łzy.
Miłość mojego życia, Garrett Wilson, nie żyje. Ja zaś wierzę, że za jego
śmierć odpowiada człowiek, który właśnie wszedł do gmachu sądu.
Pierwszy dżentelmen.
Możliwe, że sam pociągnął za spust.
1
Manhattan
Siedzę w przestronnym, narożnym gabinecie w siedzibie Nottingham Publishing, należącym do starszej redaktorki Marcii
Dillion, i z uśmiechem się przyglądam, jak mój mężczyzna, Garrett
Wilson, robi to, w czym jest najlepszy: sprzedaje projekt. Oraz siebie.
Wysoki, muskularny, o krótko przystrzyżonych, ciemnobrązowych włosach,
ma na sobie zieloną koszulę Oxford, spodnie khaki oraz brązowe buty.
Jego niebieskie oczy błyszczą, gdy przechadza się przed biurkiem Marcii
zasypanym rękopisami.
Garrett przyszedł na świat z niezwykłym darem: potrafi natychmiastowo
przykuwać uwagę. I Marcia z pewnością słucha w skupieniu, podczas gdy on
mówi:
- Ta książka na zawsze odmieni politykę. - Robi krótką pauzę dla
lepszego efektu, po czym dodaje: - Pomyśl tylko o tych wszystkich
wspaniałych epizodach życia politycznego: Hamilton kontra Burr, Kennedy
kontra Nixon, Carter kontra Reagan. Ale to, Marcio, będzie nie tylko
bestseller, ale i dzieło, które przejdzie do historii. Jeszcze nigdy nie
wydano czegoś podobnego. Nigdy!
- Garrett, proszę cię, wstrzymaj konie. - Redaktorka unosi dłoń ku
pasmom siwych włosów okalającym jej miłą twarz. - Wiesz, że cię
uwielbiam, ale... polityka?
- Nie tylko polityka - prostuje Garrett. - Polityczna bomba. - Podchodzi
do regału z książkami i zdejmuje ze środkowej półki dwa tomy w twardej
oprawie. To jego bestsellery, Kres uczciwości i Skradziony honor. -
Coś znacznie lepszego niż to.
Znam te książki na pamięć. Przestudiowałam każdą stronicę.
- Właśnie tego wam trzeba - ciągnie Garrett. - Międzynarodowego
przeboju, który sprzeda się w milionach egzemplarzy i sprawi, że
Nottingham wyjdzie na prostą.
- Przyhamuj, Garrett. Weź głęboki wdech. - W głosie Marcii pojawia się
nuta zniecierpliwienia.
Moja kolej. Pora zmienić ton, posłużyć się jedną z moich prawniczych
sztuczek.
- Marcio, przecież znasz Garretta. Gdy się rozkręci, wydaje mu się, że
jest Bobem Woodwardem, Robertem Caro i Ronem Chernowem w jednym.
- Imponujące towarzystwo, Brea - odpowiada redaktorka, po czym znowu
zwraca się do Garretta. - Słuchaj, twoje pierwsze dwie książki wskoczyły
na listy bestsellerów dzięki przychylnym recenzjom i pochwałom
rozpowszechnianym pocztą pantoflową, ale ten temat... - Nie kończy.
Nie połknęła haczyka. Tracimy ją.
Garrett nie przestaje się uśmiechać. Widzę, że jest zdeterminowany:
podejmie wyzwanie. Jak powiedział mi dawno temu: "Wydawca jest niczym
tysiącfuntowy tuńczyk, którego muszę złapać na linkę zdolną utrzymać
najwyżej sto funtów. W dodatku prawie przetartą".
Kładzie dłonie na biurku Marcii i pochyla się ku niej.
- Załóżmy, że jesteś postronnym obserwatorem przyglądającym się naszemu
systemowi politycznemu oraz aktom korupcji - od zwykłych łapówek po
wymianę przysług i kto wie, czemu jeszcze - które uchodzą na sucho
osobom publicznym. Tak naprawdę nikt nie potrafi wyjaśnić, jakim cudem
kongresmen zarabiający sto siedemdziesiąt cztery tysiące dolarów rocznie
staje się pod koniec kadencji autentycznym krezusem. Orientujesz się,
ilu milionerów mamy w tak zwanym Domu Ludu?
Pora wtrącić moje trzy grosze.
- Pięćdziesiąt procent - podpowiadam. - Nie licząc tych, którzy ukrywają
rzeczywisty majątek, przepisując go na małżonków i dzieci.
Marcia posyła mi wątły uśmiech.
- Zgaduję, że znowu zbierałaś dla niego dane?
- Tak jest. Ale tym razem jestem też współautorką.
- Ach tak. - Marcia odwraca się znowu ku Garrettowi. - Książki o polityce słabo się sprzedają, a jeszcze gorzej te o korupcji
politycznej. Twoja pierwsza opowiadała o krecie w CIA, to bardzo
seksowny temat. Druga o bohaterce z sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych,
która przez intrygi swych przełożonych nie dostała Medalu Honoru, choć
nań zasłużyła. Jeszcze lepsza historia. Ale obnażanie łapownictwa i nieuczciwości urzędników państwowych? Nikt zainteresowany tematem nie
sięgnie po taką książkę. Wystarczy, że w dowolny wieczór włączy sobie
MSNBC albo Fox.
- Masz całkowitą rację, Marcio - włączam się znowu. - Tyle że nasza
historia jest o wiele głębsza i bardziej mroczna.
Uśmiech Marcii wydaje się wymuszony.
- Nie powinnaś wykładać teraz prawa karnego na Yale?
- Wzięłam urlop naukowy. Dla takiej historii naprawdę warto.
Redaktorka wzdycha ciężko.
- Dobra, Garrett. Zamieniam się w słuch. Zwal mnie z nóg.
Mój mężczyzna zerka na mnie ukradkiem. Doskonale wiem, co powie, i jestem pewna, że właśnie te słowa przechylą szalę na naszą korzyść.
- Marcio - zaczyna uroczyście - nasza książka udowodni, że Cole Wright,
pierwszy dżentelmen Stanów Zjednoczonych, jest wyrachowanym mordercą.
2
Marcia milczy, oszołomiona, a ja słucham
odgłosów dobiegających z ruchliwej Sixth Avenue.
- Garrett - odzywa się wreszcie starsza redaktorka - wybacz, ale chyba
się starzeję. Mógłbyś, proszę, powtórzyć to, co powiedziałeś, tylko
powoli i wyraźnie?
Garrett cyzeluje każde słowo:
- Cole Wright, pierwszy dżentelmen, jest mordercą. - Widzę, że dopiero
się rozgrzewa, gotów rozpocząć kolejną fazę wielkiego kuszenia. - Jak
sama zauważyłaś, ludziom spowszedniała już pospolita korupcja. Dlatego
zamierzamy udowodnić, że na szczytach władzy w Waszyngtonie niektórym
nawet morderstwo może ujść na sucho.
Próbuję wyczytać coś z wyrazu twarzy i mowy ciała Marcii. Jest
zaintrygowana, lecz stara się tego nie okazywać.
- W porządku - mówi. - Słucham dalej. Kto jest waszym informatorem?
- Pracownik Dartmouth College.
- Studiowaliście tam z Breą, zgadza się?
- Owszem - przytakuje Garrett. - Podobnie jak prezydentka i jej
małżonek. Odebrali dyplomy, zanim my zaczęliśmy naukę. Cole był gwiazdą
uczelnianej drużyny futbolowej.
- Kim jest ten pracownik? - pyta Marcia. - Profesorem? Trenerem?
Ochroniarzem?
- Dozorcą. - Garrett kontynuuje natarcie. - Pomyśl tylko, Marcio. Kto
zna brudne tajemnice wszystkich wokół? Woźni i inni pracownicy niskiego
szczebla, jak choćby Frank Wills, nocny stróż, który powiadomił policję
o włamaniu do kompleksu Watergate. Widzą i słyszą wszystko. I nikt nie
zwraca na nich uwagi.
Wiem, że mój dyplom wydziału prawa, który po studiach pierwszego stopnia
w Dartmouth uzyskałam na Columbii, imponuje Marcii. Już czas, by zagrać
kartą mojego profesjonalizmu.
- Nazywa się Judd Peyton - mówię. - On nie ściemnia, Marcio. Pracuje na
kampusie od ponad trzydziestu lat. To uczciwy człowiek.
- Mam rozumieć, że poznaliście pana Peytona w Dartmouth i przez tyle lat
utrzymujecie z nim kontakt? - ironizuje redaktorka.
- Nie. Spotkaliśmy go na kampusie podczas podpisywania książek -
odpowiadam. - Akurat przeczytał Skradziony honor.
- Zagadnął mnie po spotkaniu autorskim - dorzuca Garrett - i zaczęliśmy
rozmawiać o tajemnicach takich jak te, o których pisałem. W końcu
wyznał, że od wielu lat trzyma coś w sekrecie.
Marcia nachyla się ku niemu.
- A ten sekret to...?
- Cole Wright rzekomo dopuścił się napaści seksualnej na dziewczynę, gdy
studiował w Dartmouth.
Marcia krzywi się z niesmakiem.
- Okropność, jeśli to prawda. Ale to nie morderstwo - dodaje po krótkiej
pauzie.
- To nie koniec - odpowiada Garrett. Wyobrażam sobie, jak napręża się
żyłka, na której ciągnie ku sobie swą zdobycz. - Peyton od zawsze był
kibicem futbolu. Uważnie śledził karierę Cole'a Wrighta, odkąd podpisał
kontrakt z Patriots.
- Miał też kuzyna, który zajmował się murawą na stadionie Gillette -
wtrącam. - Dowiedział się od niego, że Cole umawia się z jedną z cheerleaderek Patriots, dwudziestodwuletnią Suzanne Bonanno.
- Co jest niezgodne z regulaminem drużyny i zasadami NFL - zauważa
Garrett.
- Całkiem rozsądnymi zasadami - mruczy Marcia.
- Usiłowali utrzymać swój związek w tajemnicy, ale wszystko wskazywało
na to, że koledzy z drużyny zamierzają poinformować o nim media.
- Co mogłoby oznaczać koniec kariery Cole'a - dodaję - i utratę prawa do
emerytury.
- Co było dalej? - pyta Marcia, ignorując telefon dzwoniący na jej
biurku.
- Siedemnaście lat temu - ciągnie Garrett - Suzanne Bonanno oznajmiła
bliskim, że idzie na spotkanie z Cole'em Wrightem. Nigdy więcej jej nie
widziano. Oczywiście zgłoszono jej zaginięcie, ale na tym się skończyło.
A Wright już kilka dni później poleciał do Kalifornii, żeby leczyć
kontuzję kolana.
Telefon Marcii wreszcie milknie.
- Przecież sprawa zaginionej cheerleaderki musiała mieć ciąg dalszy -
zauważa redaktorka.
- Tak mogłoby się wydawać - odpowiada Garrett. - Wykorzystałem kontakty
z czasów, gdy byłem reporterem "Boston Globe", i dowiedziałem się, że
dokumentacja sprawy Suzanne Bonanno przepadła. Moim zdaniem została
wykradziona.
- Przez kogoś, kto działał w interesie Cole'a Wrighta - dodaję.
- Dobry Boże. - Marcia bębni palcami o blat biurka. - Naprawdę chcecie
zaatakować męża głowy państwa? Nazwą was sabotażystami, zdrajcami
ojczyzny, agentami konkurencyjnej partii politycznej, a jeśli choć raz
zdarzyło wam się pociągnąć łyk Stolicznej, to także rosyjskimi
pachołkami. Na pewno jesteście na to gotowi?
- Ja jestem - mówi Garrett.
- A ty, Brea? Nie przeraża cię to?
- Mojemu dziadkowi aktywiście rozłupali czaszkę w Selmie, a ja mam jego
DNA. Bardziej przeraża mnie to, że prawda mogłaby nie ujrzeć światła
dziennego.
W gabinecie zapada cisza.
- W porządku - odzywa się w końcu Marcia. - Każdy inny redaktor kopnąłby
was w tyłek. To bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Jeżeli się mylicie,
oboje pójdziecie na dno i pociągniecie mnie za sobą. A może i całe
wydawnictwo.
- Nie mylimy się - zapewnia Garrett z błyskiem w oku.
Wygląda jak wędkarz, który właśnie wyciągnął z wody ogromną rybę.