Pierwszy dżentelmen - Bill Clinton, James Patterson

Reflow text when sidebars are open.
Gdy stajemy na zatłoczonym chodniku przed siedzibą Nottingham, Garrett pozwala sobie na triumfalny okrzyk, po czym bierze mnie w ramiona i obraca kilka razy. Ludzie się na nas gapią, gdy stawia mnie na ziemi, ale mam to gdzieś.
Odwzajemniam się długim, gorącym pocałunkiem, a potem odsuwam go na długość ramion.
- Wiesz, co zrobiłeś tam na górze? Magia! Mistrzowska perswazja.
Garrett chwyta mnie za biodra i ściska czule.
- Nie ma mowy, żeby nam się nie udało, skoro jesteś przy mnie - mówi, ujmując mnie za rękę. - Masz ochotę to uczcić?
- Oczywiście! - W głębi serca czuję, że będziemy też czcić pamięć Suzanne Bonanno.
Mijamy kilka przecznic, zmierzając w stronę stacji metra Times Square. Trzymamy się za ręce, chłonąc szczęśliwe chwile. Naprawdę kocham tego mężczyznę, myślę, ściskając mocniej jego dłoń.
Mniej więcej dwadzieścia pięć minut później wychodzimy na powierzchnię w pobliżu Washington Square. Dobrze wiem, dokąd Garrett mnie prowadzi. Za każdym razem, gdy odwiedzamy Manhattan w interesach lub dla przyjemności, on musi tam zajrzeć. Dla niego to coś w rodzaju pielgrzymki do sanktuarium.
Po kolejnych dwóch minutach zatrzymujemy się przed szklanymi drzwiami wciśniętymi między dwie ogromne witryny. Widnieje na nich napis: SKLEP MUZYCZNY SAMMY'EGO. To jedno z tych miejsc, w których muzycy doznają nirwany.
Na ścianach wiszą gitary przeróżnych kształtów i rozmiarów: akustyczne, elektryczne, tu i tam dostrzegam nawet bandżo. Gabloty są pełne strun, pasków i innych akcesoriów. Niemałą część podłogi zastawiono wzmacniaczami i głośnikami, od niewiększych niż pudełko na buty po olbrzymy zdolne zatrząść stadionami.
Ściany wykorzystano do ostatniego cala, wieszając na nich ramki ze zdjęciami i listami pochwalnymi od słynnych gitarzystów: Erica Claptona, Jacka White'a, Williego Nelsona i wielu innych, o których nawet nie słyszałam.
- Garrett Wilson? - Pulchny mężczyzna wychodzi nam na spotkanie z głębi sklepu, ubrany w czarną firmową koszulkę mocno opiętą na brzuchu i z trudem wciśniętą w jeansy. Na nosie ma okulary o okrągłych szkłach, biała broda swobodnie opada mu na pierś.
- Hej, Sammy - odpowiada Garrett. - Miło cię widzieć. Pamiętasz Breę. - Wskazuje na mnie.
Sammy uśmiecha się przez gąszcz brody.
- Jak mógłbym zapomnieć? - Kolejny utalentowany sprzedawca. Obraca się do Garretta i zaciera ręce. - To jak, przyjacielu, to jest ten dzień?
Garrett dosłownie drży z podniecenia; czuję to. Wolno wypuszcza powietrze z płuc.
- Tak. To jest ten dzień.
Sammy szczerzy zęby, zerkając na mnie.
- No to co się stało? Twój facet wygrał na loterii?
Rewanżuję się uśmiechem.
- Coś w tym rodzaju.
- Mógłbyś ją przynieść? - pyta Garrett. Zaraz zacznie się ślinić.
Sammy gładzi białą brodę.
- Stary, będzie mi brakowało tej ślicznotki, ale skoro trafia w twoje ręce, może jakoś to przeboleję. - Lawirując między gablotami, rusza w głąb sklepu. - Pięć lat czekałeś na tę chwilę, nie? - woła przez ramię.
- Sześć! - odkrzykuje Garrett. - Odkąd skończyłem pierwszą książkę. - Jego twarz promienieje jak dzieciakowi w bożonarodzeniowy poranek.
Ciągnie mnie do głównej lady okrytej zielonym filcem. Przypomina mi się nasza pierwsza randka, podczas której dotknęłam opuszków jego palców i wyczułam twarde zgrubienia.
- To od mojego hobby - wyjaśnił mi.
- Jakiego hobby? - spytałam. - Dorabiasz w kamieniołomie?
Roześmiał się i uścisnął moje dłonie, a ja już wiedziałam, że wpadłam po uszy.
Sammy wraca z zaplecza. Ręce w białych bawełnianych rękawiczkach czule ściskają ciemnobrązową, sześciostrunową gitarę akustyczną. Inni klienci gapią się nabożnie, gdy ostrożnie kładzie ją na miękkim filcu.
- Proszę bardzo - mówi. - Twój Martin D-28 z pięćdziesiątego trzeciego, praktycznie w idealnym stanie. Nowiutkie klucze. Nowiutkie siodełko i kołki mostka.
W moich oczach gitary prawie się od siebie nie różnią, ale nawet ja potrafię dostrzec, że w tej jest coś szczególnego. Coś, co się mieni.
Garrett czule wodzi palcami po gryfie, a ja dopiero teraz zauważam, że między progami nie ma zwyczajnych białych kropek: osadzono tam lśniące kamienie, czerwone beryle i zielone szmaragdy.
Wzdycham mimowolnie.
- Mój Boże. Jaka piękna.
Sammy lekko popycha instrument w stronę Garretta.
- Śmiało - zachęca. - Mam w systemie twoją kartę kredytową. Gitara należy do ciebie.
Garrett podnosi ją i siada na stołku opodal lady. Przez chwilę gładzi krzywiznę pudła, po czym układa je na udzie.
Sammy mruga do mnie porozumiewawczo.
- Zawsze powtarzam, że gitarę trzeba tulić jak kobietę: łagodnie, ale i z przekonaniem.
Garrett zaciska na gryfie lewą dłoń, a palcami prawej dotyka strun na wysokości otworu rezonansowego. Nie mogę się doczekać, aż usłyszę, jak wspaniały instrument ożyje w jego rękach.
W końcu uderza mocno i donośny dźwięk niesie się po sklepie.
Masakra! Najpaskudniejszy akord, jaki w życiu słyszałam: tak fałszywy, że aż uszy bolą.
Wszyscy tylko spoglądają w milczeniu. Zwłaszcza Sammy.
Garrett unosi głowę i się uśmiecha.
- Żartowałem.
A potem bez zapowiedzi, płynnie i z wyczuciem zaczyna grać wstęp do Classical Gas Masona Williamsa. Lewa dłoń tańczy po gryfie, palce prawej wybijają na strunach wyrafinowany rytm. Klienci podchodzą bliżej, żeby posłuchać. Pojawia się główna melodia, muzyka nabiera mocy. Garrett przymyka powieki, przenosi się w inny świat. Oparty o ladę Sammy kiwa głową w moją stronę. Doskonale wie, jaka jestem dumna. Nie chcę, żeby ta muzyczna chwila dobiegła końca.
Palce Garretta trącają struny w ostatnim akordzie i rozlega się burza oklasków. Podchodzę i biorę go w ramiona.
- To było piękne - szepczę.
- Bis! - woła jakaś kobieta, wzbudzając nową falę braw.
Garrett tylko macha ręką i oddaje gitarę Sammy'emu, który wkłada ją do solidnego, czarnego futerału.
- Przykro mi - oznajmia - ale moja ukochana i ja musimy się zbierać.
- Mam nadzieję, że masz na myśli mnie - mówię, ale Garrett jest w tej chwili tak szczęśliwy, że nie mam nic przeciwko temu, żeby przez jakiś czas akompaniować jego gitarze jako drugie skrzypce.
Wychodzimy na ulicę. Garrett zatrzymuje taksówkę, w lewej dłoni mocno ściska uchwyt futerału. Drugą ręką mocno mnie przytula i całujemy się serdecznie.
- Mogłabym cię słuchać godzinami - wyznaję.
- Zawsze trzeba zostawiać u publiczności niedosyt - odpowiada. - Zawsze.
Burton Pearce, szef personelu prezydentki Madeline Wright, stoi za biurkiem w swym gabinecie w Zachodnim Skrzydle. Ależ parszywe wyczucie czasu, myśli, niespiesznie odkładając słuchawkę.
Wcześniejsza rozmowa z jednym z pięćdziesięciu dwóch kongresmenów reprezentujących Kalifornię była dość produktywna. Jej temat był poufny, chodziło o zawiłą ustawę, którą Pearce i pani prezydent półżartem nazywali Wielką Okazją. Teraz jednak sprawy wyglądały paskudnie.
Pearce spogląda na swe szerokie, schludnie utrzymane biurko, by sprawdzić plany głowy państwa na resztę dnia. Potem patrzy na ścienny zegar i wreszcie sięga po słuchawkę. Wciska tylko jeden klawisz.
Ta sprawa nie może czekać.
Niemal natychmiast odbiera Dana Cox, skuteczna i twarda jak stal prywatna sekretarka pani prezydent urzędująca za ścianą Gabinetu Owalnego. Nikt nie zwraca się do niej po imieniu; wszyscy mówią "pani Cox", włącznie z najważniejszą osobą w państwie.
- W czym mogę pomóc, panie Pearce?
- Widzę, że pani prezydent ma spotkanie z delegacją Sierra Clubu. Może pani wygonić ich już teraz, pięć minut przed czasem? Muszę tam wejść jak najszybciej.
- Zobaczę, co da się zrobić - odpowiada pani Cox.
Działa całkiem skutecznie.
Ostatni delegaci organizacji ekologicznej właśnie wychodzą, kiedy Pearce dociera na miejsce. Gdy zamyka za nimi drzwi, prezydentka patrzy na niego ze zniecierpliwieniem.
- Nie mam cię w grafiku, Burton. O co chodzi?
- Jak się udała wizyta Sierra Clubu, pani prezydent? - odpowiada pytaniem.
Znają się jeszcze z college'u, lecz Pearce nie nazywa jej "Maddy" od przedpołudnia w dniu zaprzysiężenia.
Pamięć podsuwa mu obraz marnej studenckiej stancji w Hanoverze, poza kampusem, gdzie swego czasu mieszkał wraz z Cole'em i Maddy. Z ich trojga jedynie Cole miał przed sobą wyraźnie nakreśloną przyszłość. Z takimi wynikami, jakie osiągnął w rozgrywkach uniwersyteckich, po prostu musiał być jednym z nielicznych studentów Ivy League, którzy mieli niemal w kieszeni świetny kontrakt z którymś z klubów NFL.
Pearce zawsze miał więcej wspólnego z Maddy niż z Cole'em. Wciąż jeszcze niekiedy dziwi go to, że dzikie imprezy i niekończące się nocne dyskusje - jedne z tych, w których kolejne pokolenia studentów dzielą się swymi marzeniami, planami i świętym przekonaniem, że to właśnie za ich sprawą nadejdzie czas wielkich politycznych przemian - nieodmiennie sprowadzały oboje do jego pokoju. Teraz zaś dniem i nocą robi wszystko, by przekuć ich młodzieńczą więź w dwukadencyjną prezydenturę Maddy.
I to jej głos sprawia, że powraca do teraźniejszości.
- W końcu ich przekonałam do zawieszenia protestów w sprawie programu modularnych reaktorów jądrowych Departamentu Energii. - Maddy uśmiecha się z pewnością siebie. - Wciąż są przeciwni, to żadna niespodzianka, ale gdy przyjdzie do głosowania, darują sobie zmasowaną akcję e-mailową i telefoniczną. Dzięki temu łatwiej nam będzie negocjować ze związkami zawodowymi. - Prezydentka zdejmuje okulary do czytania i kładzie je na biurku Resolute. - A teraz powiedz mi, Burton, co takiego zaszło, że uznałeś za stosowne zmienić mój poranny grafik.
Pearce bierze głęboki wdech.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Cole Wright siedzi na tylnej kanapie czarnego, opancerzonego Chevy'ego Suburbana, jednego z trzech mknących szosą numer 125 w nadmorskiej części stanu New Hampshire.
Dwa ciemnozielone wozy patrolowe policji stanowej błyskają światłami, pilotując tę niezbyt efektowną, ale stosowną do okazji kolumnę. Prezydencka limuzyna, zwana Bestią, została na lotnisku, wraz z jednostką wsparcia taktycznego Secret Service, personelem pomocniczym, furgonetkami serwisów informacyjnych oraz w pełni wyposażoną karetką.
Od wyborów minęły trzy lata, lecz Cole wciąż czuje ekscytację na widok samochodów ustępujących z drogi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, choć doskonale wie, że wszystko to ma służyć bezpieczeństwu i wygodzie kobiety siedzącej obok - jego żony, Madeline Parson Wright, pełniącej funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych.
On zaś jest tylko pierwszym dżentelmenem.
Drobne krople deszczu padają na kuloodporne szyby. Na dwupasmowej jezdni agent siedzący za kierownicą pozwala sobie przyspieszyć do siedemdziesięciu mil na godzinę.
- Dwie minuty do celu - melduje Burton Pearce, szef personelu głowy państwa. Siedzi naprzeciwko pary prezydenckiej, plecami do kierunku jazdy. Blady i poważny, ma na sobie jeden ze swych niezliczonych identycznych szarych garniturów. Podwładni nazywają go Szarym Duchem. Pani prezydent kiwa głową, nie patrząc na niego.
Cole zerka na stronice opatrzone stemplami POUFNE. Dokument, nad którym Maddy pochyla się od początku podróży, dotyczy najbardziej ryzykownego manewru politycznego jej administracji, a może i każdej administracji. Powinna teraz siedzieć w Gabinecie Owalnym, tocząc rozmowy przez telefon i naginając ludzi do swojej woli, a jednak postanowiła mu towarzyszyć. To silny gest wsparcia z jej strony.
Maddy w końcu odkłada papiery, a wtedy Cole chwyta jej dłoń i ściska ją lekko.
Odpowiada mu uściskiem.
- Nie martw się - mówi. - Tyle razem przeszliśmy, że i to przetrwamy.
Suburban zwalnia przed ciasnym zakrętem, trzymając się tuż za policyjną eskortą. Konwój zwalnia do czterdziestu mil na godzinę. Po obu stronach drogi stoją miejscowi z odręcznie wypisanymi transparentami.
WIERZYMY W CIEBIE, COLE!
TRZYMAJ SIĘ, COLE!
NAPRZÓD, COLE!
Patrzy na nie przez przyciemnioną szybę i czuje się prawie tak, jakby czekał go kolejny mecz. Drżenie mięśni, maksymalne skupienie: zupełnie jak za czasów, gdy był końcowym atakującym w drużynie New England Patriots, zanim kontuzja kolana zmusiła go do przerwania kariery. Wciąż świetnie pamięta napięcie panujące w szatni: narastało do nieznośnego poziomu aż do chwili, gdy wybiegali w blask jupiterów i słyszeli ogłuszający doping kibiców. W takich chwilach zawsze myślał: "Tak, będzie dobrze. Mamy to".
A dziś?
Dziś nie jest tak pewny siebie.
Za przednią szybą wozu widać już fasadę z czerwonej cegły: budynek sądu hrabstwa Rockingham. Wzdłuż ulicy stoją policyjne barierki, na które napierają setki, a może i tysiące gapiów. Tu pojawiają się transparenty w zgoła odmiennym tonie.
ŁAJDAK!
POTWÓR!
SPRAWIEDLIWOŚCI DLA SUZANNE!
- Nie przejmuj się nimi - mówi Maddy. - Nie mają pojęcia, o czym mówią.
- Nie martwię się ulicznymi krzykaczami - odpowiada Cole. - Obchodzi mnie tylko tych dwanaścioro, którzy czekają na mnie w środku.
Gdy Suburban zwalnia niemal zupełnie, przed maskę wyskakują dwie kobiety i rozwijają długi transparent.
SKAZAĆ COLE'A WRIGHTA! I POSŁAĆ PROSTO DO PIEKŁA!
Dzięki za miłe życzenia, myśli Cole.
Dobre tysiąc demonstrantów, wysłannicy mediów oraz miejscowi gapie tłoczą się na parkingu lśniącym od deszczu. Gdy konwój mija dorodne iglaki posadzone wzdłuż chodnika prowadzącego do gmachu sądu, uświadamiam sobie, że zostawiłam parasol we własnym samochodzie. Za późno.
Takich środków bezpieczeństwa nie widziano w hrabstwie Rockingham jeszcze nigdy. Na schodach wiodących do głównego wejścia widzę mundury wszystkich formacji strzegących prawa i porządku w New Hampshire, od miejscowych gliniarzy po leśniczych. Na dachu czuwają ludzie w kombinezonach taktycznych i czarnych czapkach baseballowych, ściskający w dłoniach karabiny snajperskie. Nawet nie próbują się ukrywać - to zadanie ich kolegów przyczajonych w miejscach, w których nikt ich nie zauważy.
Ktoś woła mnie po imieniu:
- Brea? Brea Cooke? To ty?
Spoglądam na mrowie w większości białych ludzi. Nic w tym dziwnego: biali stanowią 89 procent ludności Granitowego Stanu. Przywykłam do tego już jako czarnoskóra studentka Dartmouth, uczelni położonej około dwóch godzin jazdy stąd na północ. Powiedzmy, że w tych stronach wyróżniam się z tłumu.
Odwracam się.
- Ron Reynolds!
Przyjazna twarz z dawnych czasów, gdy Ron i mój partner, Garrett Wilson, byli reporterami "Boston Globe". Ubrany jest tak jak zawsze: w beżową kurtkę, spodnie khaki i tweedową czapkę. Na jego szyi dynda wielki prasowy identyfikator.
Ściskam go w pośpiechu.
- Zdaje się, że oboje zapomnieliśmy parasoli.
Jakiś typ w grubej wojskowej kurtce mija nas i pokazuje środkowy palec w stronę identyfikatora Rona.
- Fake newsy! - krzyczy.
Ron nie zwraca na niego uwagi.
- Co tu robisz? - pytam. - Mógłbyś siedzieć sobie wygodnie, suchutki, w siłowni, pewnie z ciekawszymi widokami niż tutaj.
- Płacą mi za moknięcie - odparł Ron. - Nawet gdy nic ciekawego się nie dzieje.
A jednak coś się dzieje. Od dawna wyczekiwałam tego dnia. Na podjeździe błyskają koguty; dwa wozy policji stanowej i trzy potężne, czarne SUV-y.
- To oni!
Światła są coraz bliżej. Stoję pośród tłumu, lecz mimo to nagle czuję się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Na sekundę przymykam oczy. Garrett, szepcze głos w moim umyśle.
Mrugam intensywnie. Nie teraz! Muszę się skupić. Uchwycić tę scenę na potrzeby mojej książki. Naszej książki. Tej, nad którą pracowaliśmy z Garrettem, zanim on...
Ron wskazuje schody przed gmachem sądu.
- Widzisz tę mównicę i stanowiska kamer?
Kiwam głową.
- Czemu pytasz?
- Wszystko na pokaz. Nie ma mowy, żeby Secret Service pozwoliła pani prezydent i pierwszemu dżentelmenowi skorzystać z głównego wejścia.
- Gapie nie będą zachwyceni tą sztuczką.
- Racja - przytakuje Ron. - Przyszli tu, bo chcą być świadkami historii.
Podobnie jak ja.
Albowiem po raz pierwszy w dziejach małżonek głowy państwa ma stanąć przed sądem oskarżony o morderstwo.
Ron chwyta mnie za rękaw.
- Wysiadają!
Rzeczywiście. Słyszę trzask masywnych drzwi samochodów i tumult u podnóża schodów. Agenci Secret Service pędzą, by oczyścić drogę do mównicy.
- No, ktoś tu ma spiżowe jaja! - woła do mnie Ron, przekrzykując zgiełk.
Krąg ciemnych garniturów otacza prezydentkę i jej barczystego męża.
Głowa państwa pewnie wchodzi po szerokich stopniach i odwraca się, stając na podwyższeniu. Tłum napiera ku niej. Gliniarze trzymają linię, a agenci ochrony tylko bacznie obserwują morze twarzy. I rąk. Zwłaszcza rąk. Wypatrują broni.
Prezydentka ściska ramię małżonka, po czym pochyla się nad mikrofonami.
- Panie i panowie, drodzy przyjaciele, powiem krótko i konkretnie. - Jej głos niesie się echem nad parkingiem. Po każdym zdaniu następuje pauza; mamy czas, by spokojnie przetrawić jej słowa. - Darzę męża pełnym zaufaniem i głęboko wierzę w jego niewinność. Ufam też, że dobrzy obywatele New Hampshire, którzy przez te wszystkie lata stali u mego boku, dziś, w godzinie próby, udzielą wsparcia także mojemu małżonkowi. - Prezydentka obraca się i całuje męża w policzek, pilnując, by kamery dobrze uchwyciły ten gest. Potem zaś, jakby jeszcze sobie o czymś przypomniała, wraca do mikrofonów i dodaje: - Wierzę w nasz system prawny i nie mam wątpliwości, że sprawiedliwości stanie się zadość.
Chwyta męża za rękę. Ekipa z Secret Service otacza prezydencką parę ciasnym kordonem i wszyscy ruszają schodami ku głównemu wejściu do budynku sądu.
- Niezły występ - ocenia Reynolds.
- Masz rację: występ. Teatr w czystej postaci. Oni nie są parą, tylko cholernym syndykatem przestępczym.
Mój wybuch zaskakuje Rona, który sekundę później się oddala, by zebrać wypowiedzi do swego materiału.
Znowu jestem sama. Wodzę wzrokiem po twarzach zebranych. Niemal każdy - mężczyzna, kobieta czy dziecko - spogląda w stronę gmachu, by choć z daleka jeszcze dojrzeć parę prezydencką.
Wyjątki dostrzegam dopiero na dalekim krańcu parkingu: mężczyzna i kobieta patrzą prosto na mnie.
Widziałam ich już wcześniej. Moi nadzorcy.
Cholera. Tylko nie to.
Tłum zaczyna się przemieszczać i tracę ich z oczu.
Otaczają mnie rozgadani i pokrzykujący ludzie, ale w moich uszach ich słowa to tylko szum. Garrett, szepcze znowu mój umysł. Wyciągam rękę, na poły wierząc, że zobaczę i jego dłoń sięgającą ku mnie.
A potem wracam do rzeczywistości i z trudem powstrzymuję łzy.
Miłość mojego życia, Garrett Wilson, nie żyje. Ja zaś wierzę, że za jego śmierć odpowiada człowiek, który właśnie wszedł do gmachu sądu.
Pierwszy dżentelmen.
Możliwe, że sam pociągnął za spust.
Siedzę w przestronnym, narożnym gabinecie w siedzibie Nottingham Publishing, należącym do starszej redaktorki Marcii Dillion, i z uśmiechem się przyglądam, jak mój mężczyzna, Garrett Wilson, robi to, w czym jest najlepszy: sprzedaje projekt. Oraz siebie.
Wysoki, muskularny, o krótko przystrzyżonych, ciemnobrązowych włosach, ma na sobie zieloną koszulę Oxford, spodnie khaki oraz brązowe buty. Jego niebieskie oczy błyszczą, gdy przechadza się przed biurkiem Marcii zasypanym rękopisami.
Garrett przyszedł na świat z niezwykłym darem: potrafi natychmiastowo przykuwać uwagę. I Marcia z pewnością słucha w skupieniu, podczas gdy on mówi:
- Ta książka na zawsze odmieni politykę. - Robi krótką pauzę dla lepszego efektu, po czym dodaje: - Pomyśl tylko o tych wszystkich wspaniałych epizodach życia politycznego: Hamilton kontra Burr, Kennedy kontra Nixon, Carter kontra Reagan. Ale to, Marcio, będzie nie tylko bestseller, ale i dzieło, które przejdzie do historii. Jeszcze nigdy nie wydano czegoś podobnego. Nigdy!
- Garrett, proszę cię, wstrzymaj konie. - Redaktorka unosi dłoń ku pasmom siwych włosów okalającym jej miłą twarz. - Wiesz, że cię uwielbiam, ale... polityka?
- Nie tylko polityka - prostuje Garrett. - Polityczna bomba. - Podchodzi do regału z książkami i zdejmuje ze środkowej półki dwa tomy w twardej oprawie. To jego bestsellery, Kres uczciwości i Skradziony honor. - Coś znacznie lepszego niż to.
Znam te książki na pamięć. Przestudiowałam każdą stronicę.
- Właśnie tego wam trzeba - ciągnie Garrett. - Międzynarodowego przeboju, który sprzeda się w milionach egzemplarzy i sprawi, że Nottingham wyjdzie na prostą.
- Przyhamuj, Garrett. Weź głęboki wdech. - W głosie Marcii pojawia się nuta zniecierpliwienia.
Moja kolej. Pora zmienić ton, posłużyć się jedną z moich prawniczych sztuczek.
- Marcio, przecież znasz Garretta. Gdy się rozkręci, wydaje mu się, że jest Bobem Woodwardem, Robertem Caro i Ronem Chernowem w jednym.
- Imponujące towarzystwo, Brea - odpowiada redaktorka, po czym znowu zwraca się do Garretta. - Słuchaj, twoje pierwsze dwie książki wskoczyły na listy bestsellerów dzięki przychylnym recenzjom i pochwałom rozpowszechnianym pocztą pantoflową, ale ten temat... - Nie kończy.
Nie połknęła haczyka. Tracimy ją.
Garrett nie przestaje się uśmiechać. Widzę, że jest zdeterminowany: podejmie wyzwanie. Jak powiedział mi dawno temu: "Wydawca jest niczym tysiącfuntowy tuńczyk, którego muszę złapać na linkę zdolną utrzymać najwyżej sto funtów. W dodatku prawie przetartą".
Kładzie dłonie na biurku Marcii i pochyla się ku niej.
- Załóżmy, że jesteś postronnym obserwatorem przyglądającym się naszemu systemowi politycznemu oraz aktom korupcji - od zwykłych łapówek po wymianę przysług i kto wie, czemu jeszcze - które uchodzą na sucho osobom publicznym. Tak naprawdę nikt nie potrafi wyjaśnić, jakim cudem kongresmen zarabiający sto siedemdziesiąt cztery tysiące dolarów rocznie staje się pod koniec kadencji autentycznym krezusem. Orientujesz się, ilu milionerów mamy w tak zwanym Domu Ludu?
Pora wtrącić moje trzy grosze.
- Pięćdziesiąt procent - podpowiadam. - Nie licząc tych, którzy ukrywają rzeczywisty majątek, przepisując go na małżonków i dzieci.
Marcia posyła mi wątły uśmiech.
- Zgaduję, że znowu zbierałaś dla niego dane?
- Tak jest. Ale tym razem jestem też współautorką.
- Ach tak. - Marcia odwraca się znowu ku Garrettowi. - Książki o polityce słabo się sprzedają, a jeszcze gorzej te o korupcji politycznej. Twoja pierwsza opowiadała o krecie w CIA, to bardzo seksowny temat. Druga o bohaterce z sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych, która przez intrygi swych przełożonych nie dostała Medalu Honoru, choć nań zasłużyła. Jeszcze lepsza historia. Ale obnażanie łapownictwa i nieuczciwości urzędników państwowych? Nikt zainteresowany tematem nie sięgnie po taką książkę. Wystarczy, że w dowolny wieczór włączy sobie MSNBC albo Fox.
- Masz całkowitą rację, Marcio - włączam się znowu. - Tyle że nasza historia jest o wiele głębsza i bardziej mroczna.
Uśmiech Marcii wydaje się wymuszony.
- Nie powinnaś wykładać teraz prawa karnego na Yale?
- Wzięłam urlop naukowy. Dla takiej historii naprawdę warto.
Redaktorka wzdycha ciężko.
- Dobra, Garrett. Zamieniam się w słuch. Zwal mnie z nóg.
Mój mężczyzna zerka na mnie ukradkiem. Doskonale wiem, co powie, i jestem pewna, że właśnie te słowa przechylą szalę na naszą korzyść.
- Marcio - zaczyna uroczyście - nasza książka udowodni, że Cole Wright, pierwszy dżentelmen Stanów Zjednoczonych, jest wyrachowanym mordercą.
Marcia milczy, oszołomiona, a ja słucham odgłosów dobiegających z ruchliwej Sixth Avenue.
- Garrett - odzywa się wreszcie starsza redaktorka - wybacz, ale chyba się starzeję. Mógłbyś, proszę, powtórzyć to, co powiedziałeś, tylko powoli i wyraźnie?
Garrett cyzeluje każde słowo:
- Cole Wright, pierwszy dżentelmen, jest mordercą. - Widzę, że dopiero się rozgrzewa, gotów rozpocząć kolejną fazę wielkiego kuszenia. - Jak sama zauważyłaś, ludziom spowszedniała już pospolita korupcja. Dlatego zamierzamy udowodnić, że na szczytach władzy w Waszyngtonie niektórym nawet morderstwo może ujść na sucho.
Próbuję wyczytać coś z wyrazu twarzy i mowy ciała Marcii. Jest zaintrygowana, lecz stara się tego nie okazywać.
- W porządku - mówi. - Słucham dalej. Kto jest waszym informatorem?
- Pracownik Dartmouth College.
- Studiowaliście tam z Breą, zgadza się?
- Owszem - przytakuje Garrett. - Podobnie jak prezydentka i jej małżonek. Odebrali dyplomy, zanim my zaczęliśmy naukę. Cole był gwiazdą uczelnianej drużyny futbolowej.
- Kim jest ten pracownik? - pyta Marcia. - Profesorem? Trenerem? Ochroniarzem?
- Dozorcą. - Garrett kontynuuje natarcie. - Pomyśl tylko, Marcio. Kto zna brudne tajemnice wszystkich wokół? Woźni i inni pracownicy niskiego szczebla, jak choćby Frank Wills, nocny stróż, który powiadomił policję o włamaniu do kompleksu Watergate. Widzą i słyszą wszystko. I nikt nie zwraca na nich uwagi.
Wiem, że mój dyplom wydziału prawa, który po studiach pierwszego stopnia w Dartmouth uzyskałam na Columbii, imponuje Marcii. Już czas, by zagrać kartą mojego profesjonalizmu.
- Nazywa się Judd Peyton - mówię. - On nie ściemnia, Marcio. Pracuje na kampusie od ponad trzydziestu lat. To uczciwy człowiek.
- Mam rozumieć, że poznaliście pana Peytona w Dartmouth i przez tyle lat utrzymujecie z nim kontakt? - ironizuje redaktorka.
- Nie. Spotkaliśmy go na kampusie podczas podpisywania książek - odpowiadam. - Akurat przeczytał Skradziony honor.
- Zagadnął mnie po spotkaniu autorskim - dorzuca Garrett - i zaczęliśmy rozmawiać o tajemnicach takich jak te, o których pisałem. W końcu wyznał, że od wielu lat trzyma coś w sekrecie.
Marcia nachyla się ku niemu.
- A ten sekret to...?
- Cole Wright rzekomo dopuścił się napaści seksualnej na dziewczynę, gdy studiował w Dartmouth.
Marcia krzywi się z niesmakiem.
- Okropność, jeśli to prawda. Ale to nie morderstwo - dodaje po krótkiej pauzie.
- To nie koniec - odpowiada Garrett. Wyobrażam sobie, jak napręża się żyłka, na której ciągnie ku sobie swą zdobycz. - Peyton od zawsze był kibicem futbolu. Uważnie śledził karierę Cole'a Wrighta, odkąd podpisał kontrakt z Patriots.
- Miał też kuzyna, który zajmował się murawą na stadionie Gillette - wtrącam. - Dowiedział się od niego, że Cole umawia się z jedną z cheerleaderek Patriots, dwudziestodwuletnią Suzanne Bonanno.
- Co jest niezgodne z regulaminem drużyny i zasadami NFL - zauważa Garrett.
- Całkiem rozsądnymi zasadami - mruczy Marcia.
- Usiłowali utrzymać swój związek w tajemnicy, ale wszystko wskazywało na to, że koledzy z drużyny zamierzają poinformować o nim media.
- Co mogłoby oznaczać koniec kariery Cole'a - dodaję - i utratę prawa do emerytury.
- Co było dalej? - pyta Marcia, ignorując telefon dzwoniący na jej biurku.
- Siedemnaście lat temu - ciągnie Garrett - Suzanne Bonanno oznajmiła bliskim, że idzie na spotkanie z Cole'em Wrightem. Nigdy więcej jej nie widziano. Oczywiście zgłoszono jej zaginięcie, ale na tym się skończyło. A Wright już kilka dni później poleciał do Kalifornii, żeby leczyć kontuzję kolana.
Telefon Marcii wreszcie milknie.
- Przecież sprawa zaginionej cheerleaderki musiała mieć ciąg dalszy - zauważa redaktorka.
- Tak mogłoby się wydawać - odpowiada Garrett. - Wykorzystałem kontakty z czasów, gdy byłem reporterem "Boston Globe", i dowiedziałem się, że dokumentacja sprawy Suzanne Bonanno przepadła. Moim zdaniem została wykradziona.
- Przez kogoś, kto działał w interesie Cole'a Wrighta - dodaję.
- Dobry Boże. - Marcia bębni palcami o blat biurka. - Naprawdę chcecie zaatakować męża głowy państwa? Nazwą was sabotażystami, zdrajcami ojczyzny, agentami konkurencyjnej partii politycznej, a jeśli choć raz zdarzyło wam się pociągnąć łyk Stolicznej, to także rosyjskimi pachołkami. Na pewno jesteście na to gotowi?
- Ja jestem - mówi Garrett.
- A ty, Brea? Nie przeraża cię to?
- Mojemu dziadkowi aktywiście rozłupali czaszkę w Selmie, a ja mam jego DNA. Bardziej przeraża mnie to, że prawda mogłaby nie ujrzeć światła dziennego.
W gabinecie zapada cisza.
- W porządku - odzywa się w końcu Marcia. - Każdy inny redaktor kopnąłby was w tyłek. To bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Jeżeli się mylicie, oboje pójdziecie na dno i pociągniecie mnie za sobą. A może i całe wydawnictwo.
- Nie mylimy się - zapewnia Garrett z błyskiem w oku.
Wygląda jak wędkarz, który właśnie wyciągnął z wody ogromną rybę.