Nigdy nie należał do aktorów, którzy
znaczyli dla mnie więcej, a ich twarz głęboko wryła się w świadomość
młodego człowieka. Nie załapałem się na złotą dekadę lat
siedemdziesiątych warszawskiego Teatru Dramatycznego, kiedy kierował nim
Gustaw Holoubek. Opowiadali mi tylko o niej rodzice, oglądałem nieco
pożółkłe już programy i wysłuchiwałem opowieści o legendarnych
przedstawieniach. Mój teatr zaczął się później, gdy Marek Kondrat nieco
stracił do niego zapał. Dlatego był dla mnie przede wszystkim
człowiekiem z wielkiego ekranu. Ale znów, z początku nie miałem z nim
natychmiastowych skojarzeń. Lubiłem rzecz jasna Zaklęte rewiry Janusza
Majewskiego, ale dopiero przy kolejnych spotkaniach z tym filmem
doceniłem, jak bardzo jest nowoczesny, jak fantastycznie z nerwem
opowiedziany, koniec końców jak fenomenalnie zagrany. Dziś, kiedy jedna
lub druga telewizja powtarza Zaklęte rewiry, co zdarza się, choć nie
tak często, jak bym sobie tego życzył, zawsze zostaję do końca
projekcji. Cokolwiek by się działo - praca nie praca, obowiązki nie
obowiązki - to może poczekać.
Dokładnie tak samo mam z Pułkownikiem Kwiatkowskim Kazimierza Kutza,
na szczęście powtarzanym dużo, dużo częściej. Wpadam na niego
przypadkiem, nieważne od którego momentu. I zawsze zostaję do końca, w tym samym zachwycie i wzruszeniu, ocierając oczy. Marek Kondrat ma dla
mnie twarz pułkownika Kwiatkowskiego - twarz jasnej strony życia nawet w najbardziej dramatycznych czasach i okolicznościach. Zawadiacki uśmiech,
męski charme, chłopięcy nieposkromiony wdzięk, choć na skroni dałoby się
już zapewne wypatrzyć siwy włos.
Jest jeszcze drugi tytuł i drugi bohater, który z Kondratem zrósł się do
samego spodu, zalazł mu za skórę i wniknął w serce, a przy tym kosztował
ponad wszelką wątpliwość więcej niż jakakolwiek inna postać. Adaś
Miauczyński najpierw z Domu wariatów, a potem - i przede wszystkim - z Dnia świra Marka Koterskiego. "Jak tatuś zrobi dzióbek, to nie ma
chuja we wsi" - pokolenia Polaków mówią Miauczyńskim, naśladują
charakterystyczną intonację Kondrata i śmieją się przy tym do rozpuku.
Śmiech czasem przechodzi w rechot, bo Dzień świra ogląda się u nas na
co najmniej kilku poziomach. Ktoś zobaczy w nim jedynie pełną mocnych
tekstów komedię, kto inny przejrzy się w tym filmie cały, poszuka w nim
bliskich i wyjdzie po seansie chory, bo Koterski jak nikt inny
portretuje kogoś, z kim niewielu chciałoby mieć bliskie stosunki. Polaka
z jego płynącą w żyłach zamiast krwi nienawiścią, zamknięciem na świat,
kompleksami, traumami, lękiem, co odbiera oddech. W Dniu świra, a potem we Wszyscy jesteśmy Chrystusami Adaś Miauczyński wszedł na
dobre, niczym dybuk, w ciało, twarz, głos, a nawet wąsy Marka Kondrata.
Umościł się w nim niezauważalnie, stopił do tego stopnia, że dla aktora
stało się to co najmniej uciążliwe, by nie powiedzieć wyniszczające.
Do arcydzieła Koterskiego przyjdzie jeszcze wrócić, ale już teraz trzeba
powiedzieć, że Dzień świra nie byłby tym, czym jest, gdyby nie wielka
rola Marka Kondrata. Jego Miauczyński to everyman czasu transformacji,
ktoś, kto stał się znakiem epoki, ale i wiwisekcją polskiego ducha. W innej perspektywie mógłby pojawić się u Tadeusza Konwickiego, ale choć
zanurzony w romantycznych fantazmatach, ograniczony zostaje jedynie do
ich bezlitosnej karykatury. Tyle że nie umniejsza to w żadnej mierze
aktorskiego osiągnięcia Marka Kondrata. Bo jest nim ponad wszelką
wątpliwość wyjście ponad rolę, danie jej siebie i jej
unieśmiertelnienie. Miauczyński to Kondrat, choć Kondrat nie jest
Miauczyńskim, mimo że niektórym tak się przez chwilę wydawało, a aktor
musiał zapłacić za to swoją cenę. Być może jest to jeden z powodów,
które sprawiły, że o aktorstwie Marka Kondrata musimy dzisiaj mówić w czasie przeszłym, choć w tym momencie warto przywołać znane hasło -
nigdy nie mów nigdy. Zaangażowanie artysty w film Zabij to i wyjedź z tego miasta Mariusza Wilczyńskiego, o czym jest również mowa w tej
książce, daje niewielką, ale jednak nadzieję na potwierdzenie tych słów.
* * *
Naznaczony aktorstwem był Marek Kondrat od pierwszych swoich chwil.
Wyrastał przecież w aktorskim domu, nasiąkał nim nieprzerwanie, stykał
się nawet nieświadomie z największymi tuzami polskiego kina i polskiej
sceny. Wyobrażam sobie sytuację, gdy mały Marek przełazi przez pokój,
gdzie biesiaduje jego ojciec Tadeusz, a obok niego koledzy z warszawskiego Teatru Polskiego lat pięćdziesiątych - Jerzy Kreczmar,
Jerzy Kurnakowicz, Władysław Hańcza albo Stanisław Jasiukiewicz. Za
chwilę wpada Ignacy Wołłejko, z arystokratycznym zaśpiewem i przedniojęzykowym "ł", przepraszając za spóźnienie. Zaczynają się
aktorskie rozmowy wielkich, leje się wódka, anegdota goni anegdotę,
dowcipy stają się coraz bardziej pieprzne. Marek zostaje gdzieś z boku,
może przysiada, niezauważony, pod stołem. I słucha, słucha, słucha, choć
może jeszcze nie wszystko rozumie. Sam nie wie nawet, jak bardzo słowa w nim się odkładają, jak go samego budują.
Kondrat w opowieściach swoich współpracowników jest kimś, kto jak nikt
inny przyciąga do siebie przednie historie z aktorskiego świata, a z racji rodowodu proces ten zaczyna się już w dzieciństwie. Wtedy zapewne
nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że wszystko albo przynajmniej bardzo
wiele zapamiętuje. Potem będzie wyciągał te opowieści z pamięci w odpowiednich momentach, mówił je albo odgrywał, samemu wcielając się we
wszystkie role.
Jego ojciec wpisał się w historię polskiego kina i teatru. Pierwsze
skojarzenie z Tadeuszem Kondratem jest oczywiste - to Sanatorium pod
Klepsydrą Wojciecha Jerzego Hasa według niepowtarzalnej poetyckiej
prozy Brunona Schulza. Zagrał w nim Jakuba, ojca głównego bohatera
Józefa, w którego wcielił się Jan Nowicki. Jakub nie żyje, jest tylko
widzeniem, ale w sanatorium doktora Gotarda (Gustaw Holoubek) widzenie
to nabiera realnych kształtów.
W momencie premiery obrazu młody Marek Kondrat jest już oczywiście długo
po dziecięcym debiucie, czyli ekranizacji Historii żółtej ciżemki,
gdzie Witem Stwoszem był Gustaw Holoubek. Niedługo zadebiutuje u niego w Dramatycznym, chwilę wcześniej skończył warszawską Państwową Wyższą
Szkołę Teatralną. Na chwilę zakotwiczy jeszcze w Katowicach, aby na
dobre osiąść na dekadę w zespole dowodzonym przez Holoubka właśnie.
Będzie potem opowiadał, że Gustawowi Holoubkowi zawdzięcza wszystko, bo
on otworzył przed nim nie tylko teatr, ale i życie. Na razie jednak
patrzy na ojca i słucha jego i jego kompanów. Zaczyna rozumieć, czym się
zajmują. Zapewne mocno go to pociąga, choć i niepokoi. Bo - delikatnie
mówiąc - nie zawsze jest łatwo.
W roku 1955, gdy Marek miał pięć lat, Tadeusz Kondrat przeżył ciężki
wypadek samochodowy. Po wieczornym spektaklu w warszawskim Teatrze
Polskim jechał samochodem na plan filmowej Zemsty w reżyserii
Antoniego Bohdziewicza i Bohdana Korzeniewskiego, wcielał się w niej w Papkina. W którymś momencie podróży jako pasażer został poproszony, by
przesiąść się na przednie miejsce koło kierowcy i stamtąd zabawiać go
rozmową. Niestety, prowadzący nie zauważył nieoświetlonej ciężarówki i uderzył w nią, jadąc z dużą prędkością. Tadeusz przeżył, ale miał
sparaliżowaną lewą stronę ciała i uszkodzony aparat mowy. Nadal uprawiał
swój zawód, ale nie wrócił już do pełnej sprawności.
Mimo to grał i to grał wspaniale, chociażby w Lalce Hasa, telewizyjnym
Wiśniowym sadzie Macieja Prusa czy legendarnych Trzech siostrach w inscenizacji Aleksandra Bardiniego, gdzie jako Fierapont towarzyszył
między innymi obsadzonym w rolach tytułowych debiutującym Krystynie
Jandzie, Joannie Szczepkowskiej i Ewie Ziętek. Z synem wystąpił w uwielbianych przez telewizyjną widownię Igraszkach z diabłem Jana
Drdy, wyreżyserowanych przez Tadeusza Lisa. Był Belzebubem, Marek zaś
diabłem mniejszego kalibru - Lucjuszem.
Poznawał zatem poprzez ojca blaski aktorstwa, ale też jego cienie.
Nieustający stres, ciągłe dylematy, ucieczki w alkoholowe zapomnienie.
Trudno wyobrażać sobie, by Marek Kondrat, który rozpoczął granie jako
dziesięcioletni chłopiec, a potem praktykował je jeszcze przed
rozpoczęciem studiów, już wówczas zastanawiał się nad zasadnością
podjętego życiowego wyboru. Niewykluczone jednak, że kiedy u szczytu
sławy przyszły wątpliwości co do dalszego sensu uprawiania tej profesji,
pojawił się przed oczami i ojciec. I z pełną siłą wybrzmiało wówczas
pytanie o cenę, jaką trzeba zapłacić za spełnienie.
* * *
Przeglądam zdjęcia z Historii żółtej ciżemki w reżyserii Sylwestra
Chęcińskiego. Nie mam z tym filmem osobistych wspomnień, bo pod koniec
lat siedemdziesiątych i w kolejnej dekadzie oglądało się już co innego.
Może gdzieś kiedyś mignął mi w telewizji, ale nie pamiętam. Nie pamiętam
też książki dla młodzieży Antoniny Domańskiej, będącej podstawą
scenariusza. Ale na fotografiach sami giganci - Gustaw Holoubek, Andrzej
Szczepkowski, Bronisław Pawlik, Bogumił Kobiela. I mały Marek Kondrat
jako Wawrzek, terminujący u mistrza Stwosza chłopak ze wsi Poręba. Od
zawsze wykazywał zdolności plastyczne i postanowił sobie, że będzie
uczył się u samego Wita. Po wielu przygodach dopiął swego i asystował
przy tworzeniu ołtarza mariackiego, a w najważniejszym momencie miał w zakończenie misji poważny wkład.
Historia żółtej ciżemki to film dobrotliwy, kadry sprawiają muzealnie
zabawne wrażenie, ale nie da się mu odmówić gigantycznej w tamtym czasie
popularności. A Marek Kondrat? Zagrał z ogromną naturalnością,
sprawiając wrażenie, że dobrze rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. Na
zdjęciach - szczególnie zbliżeniach - zwracają uwagę jego oczy, bo są to
już oczy tego Kondrata, którego znamy. Lekko ironicznego, trochę
skupionego, widzącego więcej niż z początku się wydaje. Może piszę to,
bo mam świadomość dorosłych dokonań Marka Kondrata, ale widzę w nim już
aktora, i to aktora inteligentnego. Takiego jednak, co zachowuje
dystans. Dookoła najwięksi z wielkich, a on jakby niewiele sobie z tego
robił. Pozostaje sobą, trochę jest na zewnątrz.
Pojawił się w filmie Między brzegami, źródła podają, że zagrał w nim
Piotrka, a także przewinął się przez jeden z odcinków Wojny domowej,
gdzie jego rolę dubbingował Stefan Friedmann. To było przedłużenie
aktorskiej obecności, choć o prawdziwym graniu rzecz jasna jeszcze nie
mogło być mowy. Pełnoprawna nauka zawodu przyszła wraz ze studiami w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Adres: Miodowa 22/24. I wszystko jasne.
Trafił na rocznik wyjątkowy - wystarczy spojrzeć na nazwiska
absolwentów. Pośród szesnastki wybrańców są między innymi Ewa Dałkowska,
Joanna Żółkowska, Jadwiga Jankowska, Krzysztof Kolberger, Jerzy
Radziwiłowicz, Maciej Szary. O powstałych na tym roku dyplomach do
dzisiaj krążą legendy. Na pierwszy ogień poszło W małym dworku
Witkacego pod opieką Jerzego Skotnickiego, ale kolejny był już strzał z potężnego działa. Akty wyreżyserował sam Jerzy Jarocki. Jeden z największych powojennych polskich inscenizatorów zbudował je z fragmentów najważniejszych dla siebie utworów. Zaczął od Wesela
Stanisława Wyspiańskiego, Markowi Kondratowi powierzając rolę Jaśka.
Potem szła Matka Witkacego, bez udziału Kondrata. Ślub Witolda
Gombrowicza z Kondratem w niewielkiej partii Szefa Policji. Wreszcie
Tango Sławomira Mrożka i Kondrat jako Artur, a więc wszystkie światła
na niego. Akty stały się jednym z najgłośniejszych dyplomów wydziału
aktorskiego w całej historii warszawskiej uczelni. Do tego to
zestawienie studentów, z których kilkoro ma dzisiaj w polskim aktorstwie
zupełnie wyjątkową pozycję. Praca z Jarockim była szczególnie
wymagająca, a może i mordercza, jednak warto było ponieść te wszystkie
wyrzeczenia. Na samym starcie zawodowej drogi studenci z Aktów
dowiedzieli się, na czym polega teatr najwyższej próby i najwyższej
miary wyzwanie.
Na zakończenie natomiast dotknęli klasyka, a nawet dwóch klasyków.
Aleksander Bardini przygotował bowiem Ćwiczenia z Szekspira, opierając
je na najwspanialszych i tych trochę mniej znanych dziełach autora
Hamleta. Można powiedzieć z absolutną pewnością, że Marek Kondrat
zaczął swą aktorską podróż z najwyższego C.
Poznał przy tym, że aktorstwo to nie tylko uniesienia, ale też ciężka,
czasem katorżnicza praca aż do chwili, gdy osiągnie się zamierzony przez
reżysera efekt. Wtedy zapewne jako adept sztuki aktorskiej widział to
jeszcze w jasnych barwach, tym bardziej że osiągnął wraz z koleżankami i kolegami z roku ogromny sukces. Ale poczuł cenę, jaką płaci się za
uprawianie tego zawodu, przede wszystkim w teatrze. Miał w nim wspaniałą
dekadę, gdy pracował w Dramatycznym pod dyrekcją Gustawa Holoubka, ale
po jego wyrzuceniu ze stanowiska właściwie cały czas aż do końca kariery
od sceny się oddalał. Lepiej czuł się na planie filmowym i właśnie w kinie oraz na małym ekranie zbudował swą pozycję w artystycznym świecie.
Na scenie przyciągał uwagę, ale od kiedy pamiętam, jego prawdziwym
żywiołem było kino.
* * *
Zaczęło się od najmocniejszego uderzenia. Janusz Majewski opowiada, że
gdy Marek Kondrat przyszedł na casting do Zaklętych rewirów, gdy
przymierzano się do ekranizacji książki Henryka Worcella, nawet nie
musiał włączać kamery. Od razu wiedział, że trafia w punkt, i przesłuchania kolejnych kandydatów do roli Romana Boryczki trzeba czym
prędzej odwołać. Wszystko odbywało się w niewyremontowanym jeszcze
hotelu Bristol w Warszawie, a Kondrat - jak wspominał reżyser - w jednej
chwili sprawił, że zapanowała w nim jasność. Spowodował też, iż
Majewski, który zastanawiał się nad innym pretendentem do roli
praktykującego kelnera, musiał zmienić zdanie. Wszystko dlatego, że
szukał do niej kogoś, kto pasował nie tylko poprzez image, ale przede
wszystkim ze względu na wewnętrzną ludzką aurę, nie musiał niczego
udawać. Zobaczył w Kondracie naturalność, prostolinijność i jasność
właśnie, a szukał właśnie kogoś o dokładnie takich cechach.
Zaklęte rewiry mają dziś lat czterdzieści siedem i są jednym z tych
niewielu polskich filmów z tamtego okresu, które ani na o jotę się nie
zestarzały. Inne? Z miejsca przychodzi mi do głowy Wodzirej Feliksa
Falka, może Amator Krzysztofa Kieślowskiego, zapewne Barwy ochronne
Krzysztofa Zanussiego, no i rzecz jasna Ziemia obiecana Andrzeja
Wajdy. Choć przywołują dawno miniony czas, w niczym nie przypominają
zakurzonego bibelotu, nie są jedynie błyskotką bez znaczenia. To
opowieść na wskroś inicjacyjna, pulsująca ciągle żywymi emocjami.
Prawdziwa anegdota przytaczana przez reżysera Zaklętych rewirów mówi,
że na plan do Pragi któregoś dnia zaproszony przez ekipę przybył sam
autor ekranizowanej powieści Henryk Worcell wraz z żoną. Gdy pani
Worcellowa zobaczyła Marka Kondrata w kelnerskim kostiumie i z odpowiednim ekwipunkiem, rozpromieniła się, mówiąc: "Oj, Henryczku, jaki
ty byłeś kiedyś piękny".
Worcell dokładnie wiedział, o czym pisze, bowiem Zaklęte rewiry osnuł
na własnych doświadczeniach. Sam bowiem był kelnerem i poznał blaski, a przede wszystkim cienie tego fachu. Książka ukazała się w 1936 roku i wzbudziła niemałą sensację właśnie z powodu bezkompromisowości w ukazywaniu realiów knajpy, hotelu, stosunków pomiędzy starymi
wyjadaczami a idealistycznymi adeptami. Pierwszych w książce i na
ekranie reprezentuje Fornalski Romana Wilhelmiego, drugich Roman
Boryczko Marka Kondrata. Napięcie między oboma bohaterami buduje cały
film, nie pozwala oderwać wzroku od opowiadanej historii.
Dla Kondrata realizacja w Pradze po roku od ukończenia warszawskiej
Szkoły Teatralnej spędzonym w teatrze w Katowicach była skokiem na
najgłębszą wodę. Owszem, miał z kinem dziecięce doświadczenia, od małego
przesiąkał artystyczną atmosferą w domu. Tym razem jednak przeszedł
chrzest bojowy i przygodę, która naznaczyła go na całe życie. Stała się
błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie.
Błogosławieństwem z powodów oczywistych - lepiej zaczynać od dzieła
kompletnego, we wspaniałych praskich okolicznościach przyrody, a przede
wszystkim w doborowym towarzystwie sympatycznie nastawionych do siebie
ludzi. A przekleństwem dlatego, że pytany po latach i dziesiątkach
następnych filmów o swe największe dokonanie, Kondrat wymienia
nieodmiennie tylko jeden tytuł - Zaklęte rewiry. Tam dotknął
wszystkiego, co najważniejsze, tam poczuł aktorskie szczęście. Coś
podobnego nigdy więcej się nie powtórzyło, więc pozostały powroty do
tamtego przeżycia. Ale też przyjaźń z Januszem Majewskim, o której
wytrawny reżyser wzruszająco w tej książce opowiada.
Dzielił ich wiek - różnica dwudziestu lat. Majewski był dla Kondrata
ojcem, który pomógł mu stawiać pierwsze poważne kroki w aktorstwie, ale
i mentorem na dalsze lata. Obaj nie mówią o tym wprost, ale wspólne
zdjęcia i filmowe nagrania dobitnie pokazują, że wieloletnia przyjaźń
przerodziła się w porozumienie, które nie potrzebuje słów. Widziałem
kiedyś, jak zapraszają na kolejny telewizyjny seans Zaklętych rewirów.
Siedzą przy stole, jakby przed chwilą skończyła się jakaś większa
biesiada. Majewski mówi pierwszy, Kondrat ledwo dostrzegalnie na niego
spogląda. Jest w jego wzroku spokój i oddanie.
Gustawa Holoubka traktował jak swojego mistrza, jemu zawdzięczał
najszczęśliwszą dekadę w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Robiłem
kiedyś audycję radiową z okazji którejś rocznicy śmierci Holoubka,
Kondrat przyjął zaproszenie, choć zwykle unikał podobnych sytuacji. I niemal rozsadził radiowe studio swymi anegdotami i żartami, nawet przez
chwilę pomyślałem sobie, że swym nieokiełznanym poczuciem humoru zaraz
rozwali mi program. Po chwili jednak zrozumiałem, że pod szaleństwem
śmiechu kryje się absolutne oddanie, a nawet coś, czego nie waham się
nazwać miłością. Gustaw Holoubek naznaczył Kondrata na scenie i wokół
sceny. Janusz Majewski uczynił go aktorem filmowym pełną gębą i dał
właściwe widzenie samego siebie. Stąd - myślę - w ich kontaktach na
pierwszy plan wybija się stałość. Poczucie, że kino bywa, a życie trwa,
choć przemija. Nigdy nie siedziałem na kanapie obok Majewskiego i Kondrata, ale domyślam się, że w swoim towarzystwie czują, że niczego
nie muszą udawać. Mogą nawet milczeć i jest im z tym dobrze,
bezpiecznie. To przejaw najwyższego zaufania i najprawdziwszej
przyjaźni.
* * *
W ostatnich latach Marek Kondrat, zwykle stroniący od zabierania głosu w sprawach politycznych, czytał głośno Konstytucję RP wobec tłumu zgromadzonych. Uznał najwyraźniej, że już trzeba, już nie wolno milczeć, bo wymaga tego elementarna przyzwoitość. Niektórzy się zdziwili, bo również w zawodowych sprawach aktor unikał zawsze jak ognia deklaracji o misji, posłannictwie, roli artysty w społeczeństwie, a już broń Boże rozważań na temat roli sztuki jako leku na całe zło świata. Wolał patrzeć na siebie jak na profesjonalistę, zawodowo traktującego kolejne zadania. Stąd też mało w dorobku Kondrata wycieczek w stronę artystowskich uniesień, nie wiem, czy znajdziemy je w ogóle. Dużo natomiast kina gatunkowego, żonglowania konwencjami, zmian tonów. Dużo komedii, niemało - przynajmniej od pewnego momentu - kina sensacyjnego. Zawsze dla ludzi, a nie do ludzi plecami.
Kogoś to państwu przypomina? Oczywiście. Janusza Majewskiego. Od jego
fabularnego debiutu - filmu Sublokator - mija właśnie lat pięćdziesiąt
pięć. Od pierwszej szkolnej etiudy, jaką nakręcił, sześćdziesiąt trzy.
Nie ma sensu prowadzić szczegółowych wyliczeń, ile tytułów ma w dorobku,
ale warto zaznaczyć, że pierwsze nieco dłuższe, bo kilkuletnie przerwy w realizacjach, robił sobie już w obecnym wieku, a nawet w ledwie
zakończonej dekadzie. Przedtem pracował niemal bez wytchnienia, filmy
kinowe przeplatając z telewizyjnymi, seriale ze spektaklami
telewizyjnymi. Zmieniał też gatunki, a to idąc w kino historyczne, a to
we współczesne opowieści, czasem też dorzucając do tego dokumenty. Nie
bał się komedii, swe filmy jako wytrwany miłośnik jazzu wypełniał
muzyką. Trudno rzecz jasna wyobrazić sobie polskie kino ostatniego
półwiecza bez Janusza Majewskiego, ale też trudno znaleźć takich, co
zestawiają go z największymi z największych. Nie wymienia się autora
Sprawy Gorgonowej jednym tchem z Andrzejem Wajdą, Krzysztofem
Zanussim, Krzysztofem Kieślowskim. Może dlatego, że samemu Majewskiemu
nigdy na tym nie zależało. Od artystowskich ciągot wolał porozumienie z szeroką publicznością. Dlatego mógł się cieszyć frekwencyjnymi
sukcesami. I kręcił jeden film za drugim. Nikomu bowiem nie mogło
przyjść do głowy, że będzie to nietrafiona inwestycja. Twórca sam
zresztą mówił niejednokrotnie, że bliskie są mu standardy rodem z Hollywood. Z punktu do punktu najkrótszą drogą, a nie łapiąc się prawą
ręką za lewe ucho, bo tak wyobraził sobie pan artysta. Majewski zdziwił
się, kiedy mu przypomniałem, że z Markiem Kondratem pracował czternaście
razy. Zaczęli w 1975 roku od Zaklętych rewirów, skończyli w 2010 Małą
maturą 1947, gdzie zagrał małą rólkę, namówiony przez przyjaciela i tylko ze względu na niego. Pomiędzy tymi datami i obrazami było
dwanaście innych. Sprawa Gorgonowej należała do Ewy Dałkowskiej,
Kondratowi przypadł jedynie epizod. W Lekcji martwego języka dostał
już większą partię niemieckiego porucznika. W Królowej Bonie wcielił
się w Andrzeja Frycza Modrzewskiego, ale z tego serialu zapamiętamy
przede wszystkim Aleksandrę Śląską w roli tytułowej. Podobnie zresztą
było w kinowym Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny, gdzie dzieliła się
ekranem z grającą tytułową postać Anną Dymną. Z Mrzonki też Kondrata
raczej nie pamiętamy.
Zamiast świętować dziesięciolecie Zaklętych rewirów Majewski przy
wydatnym udziale Kondrata przygotował kolejny absolutny przebój. Powieść
C.K. Dezerterzy autorstwa zapomnianego autora Kazimierza Sejdy swojego
czasu niesłusznie uważana była za plagiat Przygód dobrego wojaka
Szwejka Jaroslava Haška. Nie jest to oczywiście literatura wysokich
lotów, ale jako materiał dla kina sprawdziła się doskonale. To historia
pięciu dezerterów różnych narodowości, za wszelką cenę pragnących zbiec
ze znienawidzonych koszar. W pierwszej części trwającego dwie i pół
godziny filmu pocieszni bohaterowie szykują plan, w drugiej wcielają go
w życie. Zamysłem reżysera było powierzenie głównych ról aktorom z różnych krajów. Skończyło się na tym, że skoro C.K. Dezerterzy są
koprodukcją polsko-węgierską, zagrali wykonawcy z tych dwóch krajów. Z Polski Jacek Sas-Uhrynowski, Wiktor Zborowski i w najważniejszej roli
Polaka Kani Marek Kondrat. Jeśli mówimy o jego gigantycznej
popularności, ten film mocno się do niej przyczynił. Obejrzało go
jedynie w kinach blisko osiem milionów ludzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki