Pierwsze damy Francji - Robert Schneider

Reflow text when sidebars are open.
"Ostatnia pierwsza dama Francji" - czy tak właśnie historia zapamięta Valérie Trierweiler, piękną młodą kobietę, niemającą co prawda formalnych podstaw do tego tytułu, skoro prezydent jej nie poślubił, za to obdarzoną wyrazistym charakterkiem (który może zresztą tłumaczyć jej niezamężny stan)?
Była ósmą kobietą z serii zainaugurowanej za prezydentury de Gaulle'a, jednak nie z woli Generała[1] - takie były wymogi nowoczesności, które należało spełnić, choć bywały niewygodne. Pierwszą z owej serii była Yvonne de Gaulle, z domu Vendroux, kobieta wierna zasadom wpojonym przez wychowanie w duchu religijnym i mocno przejęta "służbą" - u wojskowych słowo to nie jest w żadnej mierze pejoratywne - pełnioną przez nieśmiałego młodego mężczyznę, często zatopionego w myślach, a jednak już wówczas stanowczego i robiącego na ludziach silne wrażenie. "Zostaw, pani, zostaw"[2], zwykł mówić, gdy matka trójki jego dzieci ośmieliła się wypowiedzieć na temat polityki.
"Świat się zmienia" - to stwierdzenie, pod którym Generał podpisałby się z pełnym przekonaniem. Mamy rok 1961. John Fitzgerald Kennedy bawi z oficjalną wizytą w Paryżu. A u jego boku - czarująca Amerykanka pochodzenia normandzkiego, którą prezydent Stanów Zjednoczonych przedstawia jako First lady, pierwszą damę Ameryki.
Jako Damę! Czyżby była wybranką ludu, a może w linii prostej potomkinią wyimaginowanej szlachty, która panowała nad krainą coca-coli w czasach Indian? Nie, ona jest żoną - nie byle kogo, rzecz jasna - i to wystarcza. Podobno Generał był urzeczony jej wdziękiem. I co z tego? On sam nigdy, przenigdy nie powierzyłby podobnej roli własnej żonie, którą Francuzi - z sympatii czy dla kpiny - nazywają "Ciocią Yvonne". Zwłaszcza że "Jack", najpotężniejszy człowiek na świecie, nie zna umiaru: "Jestem facetem, który towarzyszy Jackie Kennedy", stwierdza na wstępie swojego przemówienia na oficjalnej kolacji w Pałacu Elizejskim.
Stało się jednak inaczej, niż Generał by sobie życzył. Bo "świat się zmienia" i nawet madame Coty[3] pozwoliła się sfotografować, gdy nalewa mężowi zupę, a obok talerza widać butelkę dumesnila, piwa, które pija się w ich domu. A madame de Gaulle? Jej tradycyjna rola polega między innymi na kupowaniu małżonkowi dwa razy w roku, zimą i latem, garnituru w dziale "Duże rozmiary" w domu towarowym Bon Marché, na chodzeniu z Generałem na mszę i na byciu wzorową panią domu, uległą, lecz na modłę francuską, to znaczy czujną, pilnującą w szczególności posiłków i rozkładu dnia męża, panowie są przecież tak nieprzewidywalni - otóż ta właśnie madame de Gaulle, ta cicha Yvonne, surowa Yvonne została namaszczona na pierwszą damę Francji. Tak postanowiła prasa.
Minęło ponad pięćdziesiąt lat... "Pocałuj mnie (nie, nie tak) w usta!" To pierwsze zdanie, jakie Valérie Trierweiler szepcze prezydentowi François Hollande'owi, gdy reporterzy zaczynają go obskakiwać na placu Bastylii[4].
Nowa pierwsza dama Francji? Valérie chce nią być. Domaga się tego. Prosi. Błaga. Żąda. Dla tego socjalisty, który wciąż jest postrzegany jako miękki, wręcz poczciwy, to tylko drobny dowód miłości ofiarowany "kobiecie jego życia". Jest zbyt wytrawnym politykiem, by nie zdawać sobie sprawy, że ta "nominacja" wcale nie jest republikańska, i zbyt dobrze wychowany, by nie rozumieć, że pominięcie przy tej okazji matki czwórki jego dzieci doprawdy nie jest eleganckie. Ale przecież w sumie do niczego go to nie zobowiązuje. Ta pierwsza dama nie zostanie jego żoną, a wyparcie się jej jest mniej kompromitujące od rozwodu. Tego typu rzeczy można mówić po fakcie. François mógł je sobie mówić po tym, jak los postawił na jego drodze pewną czarującą aktorkę. Popularność prezydenta osiąga historyczne minimum, świat jest pustoszony ogniem i mieczem, a ten daje się przyłapać na skuterze w przebraniu motocyklisty. Generał miał rację: świat się zmienia!
Zmienił się tak bardzo, że pełnienie roli pierwszej damy stało się mission impossible. Tak twierdzi czasopismo "Elle", które dobrze się orientuje w kwestii kobiecej kondycji. Sęk w tym, że rola była przycięta na miarę cór katolickiej, konserwatywnej burżuazji i arystokracji, kobiet ukształtowanych po to, aby wywiązywały się należycie z obowiązków żon, matek i gospodyń domowych. Przygotowanych do tego, by spod władzy ojca przejść bezpośrednio pod władzę męża.
Claude Pompidou, Anne-Aymone Giscard d'Estaing i Bernadette Chirac bez większego trudu wcieliły się w rolę Yvonne de Gaulle.
Danielle Mitterrand nie mogła tego zrobić. Nie wywodziła się z burżuazji, nie była katoliczką. Ta córka nauczycieli szkolnictwa świeckiego, socjalistów i masonów, nie była wychowywana po to, by służyć mężowi. W wieku osiemnastu lat uczestniczyła w ruchu oporu, a buntowniczką była przez całe życie: szła własną drogą uczuciową i polityczną, prowadząc na całym świecie upartą walkę o prawa człowieka. Nawet za cenę poważnych incydentów dyplomatycznych.
Z kolei Bernadette Chirac przez długie lata była "sługą swego pana i władcy", lecz gdy osiągnęła zaawansowany wiek, wstąpił w nią demon polityki. Nie tyle chodziło jej o to, by wyswobodzić się spod kurateli Jacques'a, ile o to, by wzbudzić jego podziw, pokazać mu, że może być użyteczna, że nie jest tą, której "nic się w życiu nie udaje i która na dodatek psuje szyki innym", jak ją złośliwie określił na początku wspólnego życia.
Te pięć kobiet różniło się, ale łączyło je to, że były wychowywane w tradycyjny sposób, związały się ze swoim mężczyzną na dobre i na złe, jak również to, że wszystko przetrzymały. Yvonne de Gaulle o włos uniknęła śmierci u boku Generała, gdy na ich samochód spadł grad pocisków wystrzelonych przez bojowników Tajnej Organizacji Zbrojnej, czyli OAS. Claude Pompidou, nikczemnie oczerniana w związku z aferą Markovica, myślała o samobójstwie. Anne-Aymone Giscard d'Estaing, wyśmiewana i oskarżana o to, że uważa się za królową, bo jest córką księżnej, szukała ratunku w modlitwie. Danielle Mitterrand, w karykaturach przedstawiana jako nowa lewicowa La Pasionaria[5], cudem uszła z życiem z zamachu w irackim Kurdystanie, by potem zaznać bolesnego upokorzenia, gdy ujawniono istnienie drugiej rodziny jej męża. Bernadette Chirac, przez siedem lat pierwszej kadencji spychana na margines przez małżonka i własną córkę, tłumiła gniew, powtarzając sobie w duchu: "Jestem nikim".
Cokolwiek robiły, wszystkie były krytykowane. Zachowywały milczenie? Oceniano je jako figurantki, które nie mają nic do powiedzenia. Wygłaszały jakąś opinię? Dlaczego się wtrącają, jakim prawem zabierają głos? Nie ugięły się pod ogniem krytyki. Zdzierżyły, jak ujęła to Bernadette Chirac. Nawet gdy mężowie je zdradzali.
Jednak świat znów się zmienił. Nadszedł czas kobiet wyzwolonych. Stare instytucje - małżeństwo, rodzina - rozpadły się; podrzędna, zawsze podrzędna pozycja żony poszła w zapomnienie. Następne pierwsze damy Francji żyły, kochały, wydawały na świat dzieci, zdobywały popularność, na długo zanim poznały swoich mężów prezydentów. Cécilia Sarkozy, modelka pracująca w atelier sławnych projektantów mody, poślubiła w pierwszej kolejności jednego z najbardziej znanych mężczyzn we Francji, prezentera telewizyjnego Jacques'a Martina, z którym ma dwie córki. Carla Bruni-Sarkozy, jedna z najsłynniejszych topmodelek na świecie, miała synka i przez długi czas nawiązywała kolejne romanse z różnymi znakomitościami, wzbudzając żywe zainteresowanie kronik towarzyskich. Z kolei Valérie Trierweiler, dwa razy zamężna, dwa razy rozwiedziona, matka trzech chłopców, przez dwadzieścia lat była dziennikarką w "Paris Match" i należała do kręgów polityczno-medialnych. Jak odległa od nich wydaje się Ciocia Yvonne!
"Nudzi mnie bycie First lady". Cécilia Sarkozy zdesakralizowała rolę pierwszej damy. Zmusiła głowę państwa do rozwodu. A była przecież najbardziej wpływową z pierwszych dam Francji. Lecz pragnęła czegoś więcej. Zdawała sobie sprawę, że "ma ogromny wpływ" na swojego mężczyznę, o którym mawiała zresztą: "On jest jak dziecko!". Chciała, żeby dzielił się z nią władzą, choć było to niemożliwie, a ona o tym wiedziała. Tak więc odeszła. Cécilia jest kobietą nowoczesną, kobietą, która stawia własne szczęście ponad wszystko.
Osobowość jej następczyni, Carli, żeńskiej wersji Don Juana, zdawała się jeszcze mniej pasować do trącącej myszką funkcji. Tymczasem... Nie dość, że piękna Włoszka nie rozniosła obowiązujących zasad w pył, to jeszcze aż nazbyt sumiennie wcieliła się w rolę kobiety uległej, usłużnie skrytej w cieniu męża - zawiesiła na kołku swoje życie artystyczne i wykreowała postać zakochanej gąski, przeciwieństwo jej prawdziwej osobowości, znacznie bogatszej i bardziej oryginalnej. To doświadczenie ją złamało.
Valérie Trierweiler chciała wymyślić swoją rolę na nowo, ale strzeliła sobie samobójczą bramkę wystąpieniem na Twitterze[6]. Po tym jak Hollande przywołał ją do porządku - był to dla niej pamiętny czternasty lipca! - była już grzeczna. Za późno. Hollande wykorzystał ujawnienie swoich motocyklowych eskapad, by dać jej do zrozumienia, że to koniec.
Purytańska Yvonne i rozwiązła Carla, Anne-Aymone, córka księżnej de Faucigny-Lucinge, i Valérie, córka kasjerki na lodowisku w Angers, katoliczka Bernadette i niewierząca Danielle, Claude, przez trzydzieści lat dochowująca wierności zmarłemu mężowi, i Cécilia, która opuściła męża zaledwie pięć miesięcy po tym, jak objął urząd prezydenta. Osiem diametralnie różnych kobiet, które wykazywały się zadziwiającą solidarnością, gdyż każda z nich jak nikt inny wiedziała, przez co przeszły pozostałe. Yvonne de Gaulle, która nie mogła wybaczyć Georges'owi Pompidou i Valéry'emu Giscardowi d'Estaing zdrady Generała, zawsze serdecznie przyjmowała Claude Pompidou i Anne-Aymone Giscard d'Estaing. Należały nawet do nielicznego grona tych, którym pozwoliła się ze sobą pożegnać przed jej złożeniem do grobu. Panie Pompidou i Chirac były najlepszymi na świecie przyjaciółkami. Obie nie znosiły Giscarda, lecz złego słowa nie rzekły jego małżonce, Anne-Aymone. Ta zaś nie kryła podziwu dla Danielle Mitterrand: sama bała się swojego męża, podczas gdy Danielle potrafiła stawić czoło swojemu. Bernadette Chirac była zirytowana Cécilią Sarkozy, która pod koniec kadencji Chiraca zupełnie ją przyćmiła: "Ona jedna się liczy!". Ale bez wahania stanęła u jej boku podczas meetingów przedwyborczych kandydata Sarkozy'ego w roku 2007. Jednocześnie zachwalając kobietę, która miała szanse na zostanie pierwszym prezydentem Republiki Francuskiej w spódnicy, czyli Ségol?ne Royal. Później Bernadette, która mieszkała w Pałacu Elizejskim dwanaście lat, doradziła Carli Bruni, by nie przenosiła się do "tego lodowego pałacu, w którym wszyscy wszystko wiedzą". Z kolei Cécilia Sarkozy nie krytykowała tej, która ją zastąpiła, zadowalając się stwierdzeniem: "Carla jest artystką". Nawet starała się zminimalizować znaczenie nieszczęsnego wpisu partnerki Hollande'a, Valérie, na Twitterze: "To drobiazg". Bernadette Chirac zapewniła o sympatii dla tej, która została porzucona. Lecz nie mogła się powstrzymać i dodała: "Zatruwała życie François Hollande'owi".
Jak te osiem kobiet radziło sobie z wyjątkowym losem, jaki przypadł im w udziale, do którego nie były ani predestynowane, ani przygotowane? Jak odgrywały swoją rolę u boku republikańskiego monarchy? Jak reagowały na nieżyczliwość, nienawiść, oszczerstwa? Jaki wpływ wywierały poza sferą czysto prywatną? Dlaczego wszystkie - z wyjątkiem Bernadette Chirac - twierdziły, że nie były szczęśliwe w Pałacu Elizejskim, prestiżowej siedzibie prezydenta, w której usługiwano im jak królowym? Poznając je z bliska, odkrywamy osiem kobiet z krwi i kości, daleko odbiegających od rozpowszechnianych przez prasę stereotypów, od karykatur, które je ośmieszały, różniących się także od wizerunku, jaki same usiłowały wykreować. Osiem kobiet, których życie odzwierciedla pół wieku najnowszej historii Francji. A oto ich historia.
Wszyscy czują się w Pałacu Elizejskim jak u siebie w domu, tylko nie my.
Yvonne de Gaulle przenosi się wraz z mężem do Pałacu Elizejskiego, tak jak wcześniej podążała za swoim żołnierzem od garnizonu do garnizonu, jak towarzyszyła w Londynie mężczyźnie, który osiemnastego czerwca 1940 roku wezwał Francuzów do walki u boku Brytyjczyków, i bohaterowi narodowemu, który po wyzwoleniu objął władzę. Zawsze w jego cieniu, kilka kroków za nim, dyskretna, niemal niewidoczna. Zajmowała miejsce, które jej mąż wyznaczył żonie męża stanu: drugie miejsce. Yvonne tym chętniej na to przystała, że całe jej wychowanie do tego właśnie ją przygotowało.
Do chwili, gdy wprowadziła się do Pałacu Elizejskiego, udawało jej się pozostać niezauważoną, czy też prawie niezauważoną. Nawet tuż po wyzwoleniu, kiedy Generał był u szczytu chwały, spokojnie mogła robić zakupy. Nikt jej nie rozpoznawał. Nikt wówczas nie znał twarzy żony "najznakomitszego z Francuzów". Nic dziwnego, skoro Yvonne pojawiła się tylko na jednej serii zdjęć, tylko w jednym filmie. Reportaż nakręcono w 1943 roku w Londynie wskutek nalegań Winstona Churchilla, który chciał, by prasa międzynarodowa poznała de Gaulle'a. "Dla wzmocnienia pańskiej pozycji w Anglii oraz dla pańskiego wizerunku w świecie jest bardzo ważne, abyście zostali obydwoje sfotografowani, tak bowiem się dzieje w społeczeństwie brytyjskim i tak samo się robi z lordami oraz z rodziną królewską". Charles odnosi się do projektu niechętnie, Yvonne jest zdecydowanie przeciwna. W końcu zgodzą się pod warunkiem, że ich dzieci nie pojawią się na zdjęciach. Yvonne odrzuca pomoc fryzjera, kosmetyczki, krawca. Widzimy ją, jak - wyraźnie skrępowana - zmywa naczynia, sprząta, gotuje, gra na pianinie, słucha Charles'a czytającego na głos jakąś książkę, zapala mu papierosa albo pozuje przy oknie, w stosownej odległości od męża, ze spojrzeniem utkwionym w dali. To sceny z życia gospodyni domowej, nie żadnej królowej ani nawet żony lorda! Generał zachowa bardzo nieprzyjemne wspomnienie tej sesji fotograficznej, której nie potrafił odmówić Churchillowi. "A jeśli później było cokolwiek z okresu wygnania, o czym ojciec nie chciał wspominać, to właśnie o tym fotograficznym reportażu"[7], napisze jego syn. Nikt we Francji go nie zobaczy.
Gdy pierwszego czerwca 1958 roku Charles de Gaulle został mianowany przez Zgromadzenie Narodowe szefem rządu i wprowadził się do pałacu Matignon, Yvonne udało się jeszcze zachować anonimowość. Miała ułatwione zadanie, bo media interesowały się w tym czasie, poniekąd słusznie, jedynie tragedią algierską i debatami na temat instytucji Piątej Republiki. "Najwybitniejszy z Francuzów jest obecnie najważniejszym", jak to sformułował René Coty, ale de Gaulle nie był jeszcze prezydentem i jego żona była całkiem nieznana. Podczas trudnego dla Generała okresu, kiedy był odsunięty od władzy, ukazało się tylko jedno jej zdjęcie. W 1954 roku, z okazji publikacji pierwszego tomu jego Pamiętników, Charles de Gaulle zgodził się przyjąć w swoim domu reporterów z "Paris Match". Fotografowie weszli do La Boisserie[8] po raz pierwszy i zarazem ostatni. Wyłączność drogo kosztowała redakcję tygodnika, który - zdaniem Claude'a Guy, adiutanta Generała - musiał wyłożyć cztery miliony franków, a cała kwota została przelana na konto Fundacji Anne de Gaulle. Jeśli zaś chodzi o głos Yvonne, nikt nie poznał jego brzmienia. Nigdy nie zgodziła się wystąpić w radiu czy telewizji. Frédérique Neau-Dufour, autorka świetnie udokumentowanej biografii Yvonne de Gaulle[9], zauważa, że dopiero osiemnastego stycznia 1959 roku madame de Gaulle pojawiła się na szpaltach "Canard Enchaîné", podczas gdy w każdym numerze kilka zjadliwych stron było poświęconych Generałowi. To satyryczne pismo odkryło, że Charles ma tylko jedną pasję - Francję!
Wprowadzając się do Pałacu Elizejskiego, Yvonne ma świadomość, że dłużej nie będzie mogła pozostawać w cieniu. Zgodnie z nową konstytucją, wprowadzoną z woli Charles'a de Gaulle'a, prezydent jest republikańskim monarchą, a zwycięstwo w pierwszych prezydenckich wyborach powszechnych w 1965 roku jeszcze umocni władzę jej męża. Yvonne nie jest zatem żoną figuranta przecinającego wstęgi na wystawach chryzantem - tak właśnie Generał określał swoich poprzedników z Czwartej Republiki. Jest żoną Cezara. A to wszystko zmienia. Rzecz jasna, nowa konstytucja, podobnie jak konstytucja Czwartej Republiki, nie określa jej statusu ani pozycji! Z punktu widzenia prawa Yvonne nie ma większego znaczenia ani większej władzy niż Michelle Auriol czy Germaine Coty, małżonki dwóch prezydentów Czwartej Republiki. Po prostu jest żoną. To jej mąż zadecyduje o tym, jaką rolę ma odgrywać. A ona będzie posłuszna. Jak zawsze.
Gdy dwudziestego trzeciego grudnia 1958 roku, czterdzieści osiem godzin po tym, jak kolegium złożone z osiemdziesięciu tysięcy elektorów wybrało go na prezydenta Republiki, Charles de Gaulle ma zostać przyjęty w Pałacu Elizejskim przez swojego poprzednika, prosi Yvonne, by mu towarzyszyła. Uznał, że Francuzi mają prawo poznać jego żonę. Natomiast ósmego stycznia 1959 roku jej obecność na oficjalnej uroczystości przekazania władzy, czyli rzeczywistego objęcia urzędu, nie wydała mu się konieczna. To on został wybrany, to on jest od tej chwili uosobieniem Francji, on i tylko on.
A przecież do Pałacu Elizejskiego wprowadza się małżeństwo mające za sobą trzydzieści osiem lat wspólnego życia. Yvonne ukończyła dwadzieścia lat, gdy poznała Charles'a. Była niska, miała wówczas uroczą twarz o delikatnych rysach, zadarty nosek, jasną karnację, czarne włosy, czarujący uśmiech. To osóbka cicha, ale z charakterem. Jako dziecko uśmiechała się tylko do ludzi, którzy jej się spodobali. W wieku osiemnastu lat, będąc uczennicą sióstr zakonnych, kąpie się nago, bez koszuli nocnej, co jest sprzeczne z regulaminem, który wydaje jej się głupi, skoro jest sama w jednoosobowej kabinie. Pierwsze spotkanie z Charles'em zostało zorganizowane przez rodziców, zgodnie z zasadami obowiązującymi w tym czasie i w tym środowisku. Od razu robi na niej wrażenie okazały wygląd kapitana i jego dystynkcja. Niepokoi ją tylko różnica wzrostu - całe czterdzieści centymetrów. Wspólne obejrzenie corocznej wystawy malarstwa w Grand Palais w towarzystwie rodziców, bal w akademii wojskowej Saint-Cyr, na którym rolę przyzwoitki odgrywa jej brat, Jacques Vendroux, i serce panny zostaje zdobyte. Nim spotkała Charles'a, mówiła: "Nigdy nie wyjdę za wojskowego". Teraz zwierza się bratu: "To będzie on albo nikt". Dalszy bieg wydarzeń jest dobrze znany: Charles złożył oficjalną wizytę jej rodzinie w Calais, potem odbyły się zaręczyny. A po powrocie Charles'a z Polski[10], siódmego kwietnia 1921 roku wzięli ślub. Tego dnia Yvonne przechodzi bezpośrednio spod opieki rodzicielskiej pod kuratelę męża.
Państwo młodzi odebrali takie samo wychowanie, wyznają tę samą wiarę, podzielają tę samą koncepcję obowiązku. Lecz ledwo się znają. Będą się poznawać w miarę upływu lat i pokonywania kolejnych ciężkich prób, z których najokrutniejszą będzie zespół Downa córki, Anne. Nie sprawią sobie zawodu. Wesoła, młoda dziewczyna "odsunęła własną indywidualność na dalszy plan i okazuje wielkie oddanie mężowi", jak rzecz ujął jej brat. Charles będzie wielką miłością jej życia, tak wyłączną, że nawet ich dzieci na tym ucierpią. Będzie małżonką, która pozwoli mu na znalezienie równowagi koniecznej do spełnienia jego przeznaczenia.
Mimo to w chwili gdy wprowadzają się do Pałacu Elizejskiego, małżonkowie de Gaulle nie są w pełni zgodni. On uczynił wszystko, by powrócić do władzy, od lat trawiony gorączkową niecierpliwością. Ona robiła wszystko, by mu to wyperswadować. Ich syn zapamiętał taką scenę: Yvonne wpatruje się w posążek świętej Anny stojący nad głową męża i nagle, odkładając robótkę, rzuca tonem lekko zawoalowanej skargi: "Charles, nie myślisz, że jednak już wystarczy? Chcesz zaczynać wszystko od nowa? Będą z tego same kłopoty"[11]. Generał nic nie odpowiedział, usiadł przy stoliku do brydża i rozłożył karty do codziennego pasjansa. Czy zdawała sobie sprawę z tego, ile kosztowała go bezczynność ciągnąca się od chwili odejścia od władzy w styczniu czterdziestego szóstego roku? Spodziewał się rychłego powrotu na scenę polityczną i zdradził swojemu siostrzeńcowi, Michelowi Cailliau: "Popełniłem co najmniej jeden błąd polityczny w życiu: odszedłem w styczniu 1946 roku... Sądziłem, że Francuzi bardzo szybko zawezwą mnie z powrotem"[12]. Jak dobrze wiadomo, prognoza ta się nie sprawdziła. Czy Yvonne zrozumiała, że przeżył te dwanaście lat jak przeprawę przez pustynię, wiedziony nadzieją na powrót do steru władzy? "Rozumiano, że w okresie niezmąconym obawami ta prawowitość jego władzy pozostaje niejako w stanie utajonym. Wiedziano jednak, że narzuci się ona sama przez się, za ogólną zgodą narodu, w chwili gdy krajowi miałoby raz jeszcze grozić rozdarcie i niebezpieczeństwo"[13], pisze de Gaulle w swoich Pamiętnikach wojennych.
A zatem aby ta "prawowitość" przestała być "w stanie utajonym", aby naród francuski nareszcie go zawezwał, potrzebna była sytuacja równie dramatyczna jak w 1940 roku. Yvonne wiele razy słyszała, jak Charles snuje apokaliptyczne przepowiednie, zapowiada trzecią wojnę światową, konfrontację Wschodu z Zachodem, obu wyposażonych w bombę atomową. Tymczasem to wydarzenia mniejszego kalibru, rozgrywające się w Algierii, przywrócą mu pozycję głowy państwa. Od czterech lat Czwarta Republika traci siły w wojnie, której nikt nie nazywa po imieniu. Pierwszego stycznia Charles de Gaulle pisze do wiernego Pierre'a Lefranca: "Gdyby atmosfera się zmieniła, wówczas tak, należałoby działać. Niech ci, co mogą, już teraz przygotowują tę nową atmosferę"[14]. Daje zielone światło swoim wiernym zwolennikom, by dolewali oliwy do ognia. Yvonne bezsilnie przygląda się korowodowi bliskich współpracowników Generała w Colombey. Poddaje się. Nawet ich syn, początkowo tak jak ona przeciwny powrotowi ojca do życia politycznego, teraz go poparł. Dom La Boisserie przekształca się w sztab, z którego Generał pociąga za sznurki. Oblegany przez zgraję dziennikarzy dom Yvonne już do niej nie należy! Colombey stało się w tamtych dniach "drugą stolicą polityczną Francji, a La Boisserie jej pałacem Matignon", podsumowuje sytuację dziennik "Jours de France". Rzeczywiście to w La Boisserie Charles de Gaulle oficjalnie ogłasza dwudziestego siódmego maja swój powrót na scenę polityczną: "Wczoraj wszcząłem urzędową procedurę...". Tym razem to pewne, mąż znowu jej umknął, uniesiony przez porywisty wiatr historii. Philippe de Gaulle napisze później: "Moja biedna matka. [...] Jeszcze mam w uszach jej słowa, kierowane do ojca znad nieodłącznej robótki - tym razem białego sweterka dla najmłodszego wnuka: "Czy naprawdę znów chcesz się w to wszystko mieszać?". [...] Od 19 maja 1958 roku wiedziała, że kości zostały rzucone"[15]. Tego właśnie dnia Charles wypowiedział słynne zdanie: "W wieku sześćdziesięciu ośmiu lat nie będę rozpoczynał kariery dyktatora!".
Sześćdziesiąt osiem lat! To niepokoi Yvonne. Generał przytył. Je za dużo i niezdrowo. Nie potrafi oprzeć się tym niewyszukanym a smakowitym daniom, które Georges Pompidou, też wielki ich miłośnik, nazywał plats canailles [daniami łotrzykowskimi]. Czy wytrzyma fizycznie wstrząs wywołany powrotem do władzy? Już w 1947 roku, kiedy zastanawiał się nad utworzeniem własnej partii politycznej, Zgromadzenia Ludu Francuskiego (RFP), obawiała się o jego zdrowie: "Jesteśmy za starzy. W tym wieku trzeba siedzieć w domu...", bezustannie powtarzała Claude'owi Guy, adiutantowi męża. A Generał miał wówczas tylko pięćdziesiąt siedem lat. Czy jedenaście lat później mogłaby nie lękać się jeszcze bardziej ograniczeń, jakie narzuca wiek? Pierwszego czerwca 1958 roku pisze do bratowej, Madeleine Vendroux: "To trudne zadanie! Siły moralnej nie brakuje, oby Bóg sprawił, by tej fizycznej starczyło. To piekielny zawód. A my nie mamy już po dwadzieścia lat". Yvonne ruszy w tę drogę wraz z mężem, jak zwykle. Poza wszystkim, Charles wydaje się taki szczęśliwy! Niemal odmłodniał. Wysoka sylwetka się wyprostowała, chód jest bardziej energiczny. Jednak ona przeczuwa przyszłe strapienia i wzdycha: "Francja nam go zabrała. To pewne. [...] Teraz będę musiała jeszcze bardziej dbać o niego"[16].
Przestępując próg Pałacu Elizejskiego, Yvonne myśli o tym wszystkim, co zostawia za sobą. O tym, co jej zięć, Alain de Boissieu, nazywa "jej rajem". O zwyczajnym życiu w Colombey, z dala od szalonego paryskiego pośpiechu. O swoim domu, miejscu spotkań rodzinnych, swoim parku, swoich kwiatach, letnich wakacjach z wnukami, a zwłaszcza o długich sam na sam z mężem: "W Colombey moja teściowa odżywała, promieniała szczęściem"[17].
Zamek, jak nazywano Pałac Elizejski, siedzibę prezydenta Francji, nie spodobał się jej od pierwszego spojrzenia. Wciąż ma w uszach wymruczaną pod nosem uwagę Generała: "Pałac, nieprawy pałac". Opowiedział jej, jak to prezydent Félix Faure zmarł tutaj w ramionach kochanki, madame Steinheil. Nie pominął słynnej odpowiedzi lokaja, którego arcybiskup Paryża, przybyły udzielić głowie państwa ostatniego namaszczenia, zapytał: "Czy jest jeszcze w przytomności?". Lokaj odrzekł: "Och nie, wyprowadziliśmy ją tylnymi drzwiami!". Kiedy Pierre Lefranc, czyniąc honory gospodarza pałacu prezydenckiego, pokazuje Yvonne srebrny salon, jest zaskoczony, gdy nowa pani domu, wskazując palcem małe drzwi, mówi ze śmiechem: "To tędy prezydent stracił przytomność"[18]. Jean Lacouture nie bez powodu pisze, że pałac "był nawiedzony duchami tego wszystkiego, czego Charles de Gaulle nie znosił: finansów, porażki, hulanki i nawet zamachu stanu"[19]. Prawdą jest, że Pałac Elizejski został wybudowany przez spekulanta, diuka d'Evreux, później odkupiony przez finansistę, mieszkały w nim markiza de Pompadour i księżna Eugenia[20]; prawdą jest również, że to tutaj Napoleon podpisał akt abdykacji po Waterloo, a Ludwik Napoleon przygotowywał zamach stanu z drugiego grudnia [1851 roku]. Nie wspominając o zabójczym orgazmie Félixa Faure'a! Tak mało chwalebna przeszłość mogła zszokować katolicką i bardzo purytańską Yvonne de Gaulle.
Zrywając z tradycją swoich poprzedników z czasów Trzeciej i Czwartej Republiki, którzy urzędowali na parterze (z wyjątkiem Émile'a Loubeta), Generał postanawia ulokować swój gabinet i gabinety głównych współpracowników na pierwszym piętrze, podobnie jak Salę Rady i swój prywatny apartament. Pierwsza reakcja Yvonne na Pałac Elizejski wiele mówi o stanie jej ducha: "Brakuje w tym domu radości! Ale w końcu to tylko nasze dwudzieste trzecie mieszkanie"[21]. Nie mogła dobitniej zdesakralizować miejsca, w którym miała odtąd mieszkać. Prezydencki apartament składa się z pięciu pokoi: żółtego salonu, w którym znajduje się biurko, duża kanapa, fotele i telewizor, małego saloniku, który zostaje gabinetem Yvonne i jest bezpośrednio połączony z sypialnią, oraz dwóch pokoi przeznaczonych dla oficjalnych gości. W jednym z nich spał kiedyś niemiecki kanclerz Konrad Adenauer. Okna wszystkich pięciu pokoi wychodzą na rue de l'Élysée i mieszkańcy z naprzeciwka mają dobry widok na wnętrza prezydenckiego apartamentu. Chcąc chronić swoją prywatność, Yvonne każe powiesić w oknach grube zasłony, które zaciemniają pokoje i potęgują panującą w nich ponurą atmosferę. Ponadto państwo de Gaulle dysponują czterema salonami w amfiladzie na parterze, gdzie przyjmują gości i często spożywają obiad we dwoje. A ponieważ kuchnie znajdują się na drugim końcu pałacu, dania docierają na prezydencki stół co najwyżej letnie, często zupełnie zimne.
Yvonne mogła urządzić apartament według swojego gustu, ściągnąć tu własne meble, obrazy, bibeloty, albo złożyć stosowne zamówienie w państwowych magazynach Mobilier national. Ale nie! Nic albo prawie nic nie zmienia. Zadowala się jednym funkcjonalnym udogodnieniem: w sypialni zamienia dwa empirowe mahoniowe łóżka na długie i wąskie kanapy, gdyż Generał potrzebuje łóżka długości co najmniej dwóch metrów i dziesięciu centymetrów. I dodaje dwa osobiste akcenty: ustawia swój sekretarzyk w małym salonie, za stolikiem do brydża, przy którym często przesiaduje Generał. To sposób na odtworzenie w miniaturze domowej atmosfery z La Boisserie. I jeszcze zamawia Pietę w Mobilier national, którą wiesza w sypialni nad łóżkami. Nie zapomniała, że przy okazji chrztu "została poświęcona Pannie Maryi" - jak ujął to jej brat - i przez całe dzieciństwo ubierano ją wyłącznie na jasnoniebiesko i biało. Matka Chrystusa będzie czuwała nad nią samą i jej mężem.
Yvonne streściła w zwięzłej formule swoje odczucia w chwili obejmowania w posiadanie prezydenckiego apartamentu: "Tak więc wynajmujemy teraz nowe umeblowane mieszkanie!"[22]. Jej prawdziwym domem jest nadal La Boisserie. Ona i Charles "mieszkają w służbowym apartamencie jak w pokoju hotelowym", pisze Frédérique Neau-Dufour. Ten brak zainteresowania dla otoczenia, w którym żyje, choćby chwilowo - ale chwila ta potrwa przecież dziesięć lat - może dziwić u kobiety, która pochodzi z dobrej rodziny i spędziła dzieciństwo w luksusowym i wyrafinowanym otoczeniu: a to w obszernym, liczącym dwadzieścia gustownie umeblowanych pokoi domostwie z osiemnastego wieku na starówce w Calais; a to w Coulogne, w pięknej budowli, niemal zamku, stojącej w sercu posiadłości o powierzchni ośmiu hektarów, z parkiem angielskim, trzema stawami, ukwieconymi ogrodami i laskiem, przez który płynie strumień; a to w zamku Notre-Dame de Sept-Fontaines w Ardenach, otoczonym stu pięćdziesięcioma hektarami łąk i lasów, będącym swego czasu opactwem premonstratensów, zbudowanym w stylu Ludwika XIII, z długą na pięćdziesiąt metrów fasadą, flankowaną dwiema sześciobocznymi wieżami.
Rodzice Yvonne należą do bardzo zamożnej burżuazji, mają wyrafinowane gusty, żyją na wysokiej stopie. Trybem życia przypominają angielskich arystokratów. Natomiast rodzina de Gaulle'ów to szlachta bez tytułów, bez ziemi, bez herbu, żyjąca jak "burżuazja z awansu społecznego". Jacques-Philippe Vendroux, ojciec Yvonne, stojący na czele rodzinnej wytwórni biszkoptów i piastujący stanowisko prezesa izby handlowej, jest potomkiem ośmiu pokoleń armatorów. Jest też konsulem kilku krajów - Stanów Zjednoczonych, Brazylii, Holandii, Hiszpanii - których statki zawijają do portu w Calais. Sprowadza sobie krawca z Paryża, perfumuje się wodą toaletową Lubina i jeździ samochodem marki De Dion-Bouton 4HP, model 1898. Matka Yvonne, wywodząca się z osiadłej w Ardenach rodziny przemysłowców i notariuszy, ubiera się u wielkich projektantów mody, używa perfum Houbiganta o zapachu fiołka. Ta wysoka, wysportowana blondynka zrobiła prawo jazdy jako szósta kobieta we Francji. W czasie pierwszej wojny światowej była pielęgniarką w randze majora i w marcu 1919 roku na place d'Armes w Calais została odznaczona krzyżem wojennym, podobnie jak jej syn.
Zostawszy madame de Gaulle, Yvonne bez trudu przyzwyczaiła się do częstych przeprowadzek, umiarkowanego komfortu i skromnego życia żony oficera. Szybko odkryła, iż jej mąż nie zwraca zbytniej uwagi na otoczenie, styl mebli, dekorację wnętrza, bibeloty i przywiązuje się do przedmiotów tylko pod warunkiem, że przywołują osobiste wspomnienia. Dlatego bez oporów wprowadza się do Pałacu Elizejskiego. Ostatecznie to tylko mieszkanie służbowe.
Dla Yvonne wielką niedogodnością jest nie tyle bezosobowy charakter apartamentu, ile trudność odseparowania życia prywatnego od życia pałacu, co wynika z samego rozkładu pomieszczeń. Chcąc się udać z prywatnego apartamentu do gabinetu prezydenckiego, Generał musi przejść przez dawną łazienkę księżnej Eugenii, co jest praktyczne dla Charles'a, ale krępujące dla Yvonne. Nie jest już panią u samej siebie: "Wszyscy czują się w Pałacu Elizejskim jak u siebie w domu, tylko nie ja". Czasem stamtąd ucieka przy współudziale swoich dwóch kierowców. Czarnym citroenem DS, skulona na tylnym siedzeniu, aby jej nie rozpoznano, udaje się do Maison de la truffe, gdzie kupuje produkty z regionu Périgord, za którymi Charles przepada, a potem prędko jedzie po ser mimolette i następnie do swojego ulubionego domu towarowego Bon Marché. Rzadko płaci czekiem, lękając się, że ktoś ją rozpozna.
Co prawda Yvonne cierpi z powodu ograniczenia swobody ruchu, jednak nie stawia egzystencjalnych pytań na temat swojej roli. Stwierdzenie typu: "Nie chcę być figurantką" nie jest w jej stylu. Została wychowana tak, jak wychowywano wówczas dziewczęta z dobrych domów. Jej przyszłość była wiadoma: miała założyć rodzinę, prowadzić dom, wychować dzieci. Cała edukacja, jaką odebrała, przygotowała ją do pełnienia podwójnej roli żony i matki w skrupulatnym poszanowaniu moralności chrześcijańskiej. W La Boisserie jest panią domu. Będąc już prezydentem, Generał żartobliwie uskarżał się przed dziećmi: "Sami widzicie, jestem podobno najważniejszym człowiekiem we Francji, ale tutaj rządzi wasza matka". Jego zięć, Alain de Boissieu, który przytacza te słowa, potwierdza: "I taka była prawda. O ile pobyt w Pałacu Elizejskim był dla niej uciążliwym obowiązkiem, o tyle życie w Colombey - rajem, zwłaszcza gdy przebywały tam jej dzieci i wnuki"[23]. W La Boisserie Yvonne wydaje polecenia służbie, układa jadłospisy, dla dobra Generała unikając potraw ciężkostrawnych, zbyt tłustych lub zbyt słonych, płaci rachunki, zarządza finansami. Jednym słowem, czuwa nad wszystkim i wszystkiego pilnuje. Generał, który nic nie potrafi zrobić własnymi rękoma, nawet wbić gwoździa, i nie interesuje się domowymi sprawami, cieszy się z takiego podziału ról. "Tam [w La Boisserie] mogła dyrygować wszystkimi, sprawować rządy, wszystkimi kierować wedle swej woli", zapewnia jej synowa, Henriette de Gaulle.
Jest panią domu w La Boisserie, pozostaje nią w Pałacu Elizejskim. To Generał ją o to poprosił. Pisząc o mających dla niego wielkie znaczenie kolacjach wydawanych na cześć zagranicznych szefów państwa lub monarchów, Charles de Gaulle stwierdza: "Ponieważ, gdy chodzi o prestiż państwa, wszystko ma swoje znaczenie, przykładam wagę do tego, by rzeczy dokonywały się w sposób wystawny, ale zarazem z umiarem oraz z właściwą kurtuazją i godnością. Takie jest również życzenie pani domu, mojej żony. [...] Wydawane przez nas przyjęcia są więc częste, przy czym staramy się oboje, żeby były utrzymane w dobrym tonie"[24]. Yvonne ustala menu, decyduje o rozsadzeniu gości przy stole, dobiera dekorację kwiatową. Kieruje całym personelem, mając do dyspozycji czterysta osób, dziesięciu maîtres d'hôtel i tyluż kucharzy. Stara się wszystko kontrolować, jak w La Boisserie. W szczególności wydatki na przyjęcia, które osiągają czterysta siedemdziesiąt tysięcy franków, czyli kwotę w jej mniemaniu astronomiczną.
Wszystkie oficjalne przyjęcia, także te, na które sama nie zostawała zaproszona, przygotowuje w porozumieniu z wydziałem protokołu i kucharzami. Szef kuchni, w randze oficera marynarki, kontaktuje się z nią codziennie. Opowiada, że przed każdym oficjalnym posiłkiem Yvonne przekazywała mu karteczkę: "Wskazywała, jakie życzyła sobie przekąski, danie główne i deser. Przepisy czerpała z pism kobiecych i przede wszystkim z książki kucharskiej, którą wszyscy dobrze znaliśmy, słynnej Guide culinaire Escoffiera[25]. Gdy tylko szef kuchni otrzymał rozkazy, które zresztą nie podlegały dyskusji, wyszukiwał w książce stosowny przepis"[26]. Przy planowaniu każdego posiłku, oficjalnego czy prywatnego, Yvonne stara się uwzględnić upodobania Charles'a i jednocześnie dbać o jego zdrowie. Zadręcza kucharzy ciągłym powtarzaniem: "Nie za dużo soli, to nie służy mężowi". Frédérique Neau-Dufour przytacza anegdotę, którą opowiedziała jej żona jednego z bliskich współpracowników prezydenta. Dobrze obrazuje, w jaki sposób Yvonne czuwała nad Charles'em, który - doskonale zdając sobie sprawę z jej zabiegów - był nimi poirytowany. "Podczas prywatnych obiadów w wąskim gronie wydawanych w Pałacu Elizejskim zawsze siedziałam po lewej stronie Generała. Przy deserze madame de Gaulle piorunowała mnie wzrokiem, bym nie brała dokładki, bo wówczas jej mąż miałby pretekst, aby i sobie dołożyć smakołyków. W szczególności przepadał za omletem norweskim - ja w nim nie gustowałam, byłam więc rozdarta między pragnieniem przypodobania się jemu i pragnieniem, by nie narazić się madame de Gaulle. Tak więc brałam dokładkę co drugi raz!"[27].
Dzięki archiwom wydziału protokołu Pałacu Elizejskiego wiemy, że w 1965 roku Yvonne de Gaulle uczestniczyła w pięćdziesięciu dwóch z siedemdziesięciu czterech oficjalnych uroczystości czy posiłków[28]. Generał uważa, że jej obecność jest konieczna przy wszystkich okazjach, na które zaproszone są także kobiety. W ten sposób Yvonne pozna Farah Dibę[29] i Jackie Kennedy, jednak szczególnie spodobają się jej Fabiola, królowa Belgów, oraz Juliana, królowa Holandii. Natomiast Charles de Gaulle uznaje, że jego żona nie powinna brać udziału w obiadach czy kolacjach wydawanych po spotkaniach roboczych z wysokimi urzędnikami państwowymi: prefektami, gubernatorami terytoriów zamorskich, wojskowymi ze sztabu, członkami Rady Gospodarczej i Społecznej. Nie jest również zapraszana, gdy prezydent przyjmuje przedstawicieli kościołów. Jeśli chodzi o goszczenie zagranicznych głów państwa, nieżonatych lub przybyłych bez żony, bywa różnie. Zasadniczo Yvonne nie jest zapraszana. Są jednak wyjątki od tej reguły, w szczególności gdy Charles de Gaulle przyjmuje prezydentów frankofońskich państw Afryki, do których jest bardzo przywiązany. Przy takich okazjach obecność małżonki podkreśla niemal rodzinny charakter stosunków z przedstawicielami tej części Afryki, której Generał dał niepodległość.
Podczas oficjalnych kolacji madame de Gaulle siedzi po lewej stronie gościa honorowego, na środku dłuższego boku stołu. A gdy zachodzi potrzeba ustawienia dwóch stołów, czyni honory domu przy drugim stole. Gdy uzmysłowimy sobie, że najbardziej lubi rozmawiać o dzieciach, robótkach ręcznych, konfiturach, kwiatach i podróżach, bez trudu można sobie wyobrazić jej zakłopotanie, gdy ma naprzeciwko siebie premiera Georges'a Pompidou, a po bokach ministra gospodarki i finansów Valéry'ego Giscarda d'Estaing oraz ministra kultury André Malraux!
Na ogół Yvonne towarzyszy mężowi w podróżach, zarówno we Francji, jak i za granicą. Podczas swoich dwóch kadencji prezydent odwiedzi siedemdziesiąt siedem departamentów, odbywając dziewiętnaście podróży, z których każda trwa od czterech do sześciu dni. Zgodnie z tradycją prezydenta wita prefekt, który nie opuszcza go przez cały czas wizyty. Yvonne jeździ za mężem w jednym z samochodów orszaku. Ma własny program zajęć. Dołącza do prezydenta dopiero podczas kolacji wydawanej w prefekturze. Sam Charles de Gaulle sporządzi bilans działalności żony: "Bez żadnego rozgłosu moja żona odwiedziła jakieś trzysta szpitali, klinik położniczych, domów seniora, sierocińców, ośrodków dla dzieci chorych i niepełnosprawnych"[30].
Za każdym razem Yvonne stawia jeden warunek: żadnych dziennikarzy, żadnych fotografów. W przeciwnym razie, pisze jej syn, "okręcała się na pięcie i odchodziła". Pośród dzieci, chorych, osób starszych i ludzi ubogich Yvonne, która szczerze przyznawała, że "w wielu sytuacjach trudno jej być miłą", ukazywała się w najkorzystniejszym świetle. Frédérique Neau-Dufour miała dostęp do wcześniej niepublikowanych materiałów, mianowicie listów kondolencyjnych, które Yvonne de Gaulle otrzymała po śmierci Generała. Dowodzą one, że ci, którym złożyła wizytę, pamiętali o tym ze wzruszeniem i wdzięcznością. Większość owych listów przysłały zakonnice, którym Yvonne poświęcała szczególną uwagę.
Wszystko wskazuje na to, że podróże po prowincji nigdy by się Yvonne nie znudziły. Pierwsza dama nigdy się nie skarżyła. Podczas wizyty na Korsyce, szczególnie uciążliwej ze względu na upał, jeden z ministrów zaniepokoił się, że pani prezydentowa czeka na męża, siedząc w nagrzanym jak piec czarnym citroenie DS. "Zmęczona? Skądże. Jestem zachwycona. Zawsze jestem zachwycona, gdy Generał zabiera mnie w podróż"[31], odparła.
* * *
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji