Od autorki
Miłość - ten różowy jednorożec skubiący trawę na zalanej słońcem polanie, którego wszyscy pragniemy złapać za grzywę. Ale zanim nam się to uda, potykamy się o wystające korzenie własnych emocji. Miłości wciąż szukamy, cierpimy przez nią, próbujemy się z niej wyleczyć - a potem i tak wskakujemy z powrotem na ten sam rollercoaster, licząc, że tym razem przejażdżka zakończy się happy endem.
Wierzymy, że miłość jest remedium na wszystko. Problemy w pracy? Brak sensu życia? Niewygodna kanapa w salonie? Wszystko stanie się nieważne, gdy tylko znajdziemy tego jedynego czy tę jedyną. Popularne bajki, filmy i książki na temat miłości przekonują nas, że wystarczy zakochać się z wzajemnością, a codzienne troski rozpłyną się w powietrzu, zostawiając nas szczęśliwych jak nigdy wcześniej.
Wydaje się więc, że miłość to klucz do rozwiązania zagadek wszechświata. To dlatego tak bardzo zależy nam, by znaleźć tę naszą osobę, z którą będziemy spacerować w blasku księżyca, pić poranną kawę i czytać gazety w pełnej spokoju i milczącego porozumienia ciszy - aż do końca naszych dni.
Piękny obrazek, ale czy prawdziwy? Miłość, o jakiej marzymy, bywa czasem bardziej historią wyciągniętą z produkcji Disneya niż realnym doświadczeniem. To zrozumiałe, że większość z nas jej pragnie, szuka, a czasem desperacko próbuje ją utrzymać. A jak to robimy? Flirtując, podrywając i chodząc na randki.
Randki - słowo, które brzmi równie romantycznie, co nieco... archaicznie. W jednym z wywiadów, który przeprowadziłam z pewnym młodym raperem, usłyszałam, że pokolenie Z niemal nie używa tego słowa, chyba że ironicznie. I chociaż dla niektórych może być ono odrobinę zakurzone, to przecież nadal ocieka romantyzmem. Gdy je słyszę, w mojej głowie automatycznie wyświetla się scena rodem ze starego, czarno-białego filmu: wieczorne światła miasta widoczne przez witrynę restauracji, w środku wpatrzona w siebie para, siedząca przy stoliku w blasku świec, w tle dźwięki skrzypiec.
Jednak randki to dla mnie coś więcej niż tylko sentymentalna wizja. Uważam, że zapraszając kogoś na randkę, otwarcie komunikujemy swoją intencję. W świecie, w którym wszystko zdaje się być takie "od niechcenia" i "na luzie", czasem trudno wyłapać zamiary kogoś, kto zaprasza nas na drinka.
Nazwanie rzeczy po imieniu pozwala uniknąć nieporozumień i niezręczności. Jasne, nie każdy lubi formalności, ale w erze ciągłego domyślania się - czy nie warto czasem wrócić do prostoty? "Chodź ze mną na randkę" - brzmi odważnie, klarownie, choć może i odrobinę retro.
Pamiętam ten ścisk w gardle, kiedy po zakończeniu długiego związku, postanowiłam wrócić do randkowania. Chciałam udowodnić światu - a zwłaszcza swojemu byłemu - że nadal jestem atrakcyjna, a flirt to moje drugie imię. "Czego nie powiesz, to "dowyglądasz"" - powtarzałam w myślach, próbując dodać sobie odwagi. Tylko że po kilku latach przerwy zupełnie zapomniałam, jak to działa.
Wydawało mi się, że wszyscy wokół dosłownie pławią się w randkowych możliwościach. Moi znajomi chodzili na kilka randek tygodniowo, swobodnie korzystali z randkowych aplikacji (a nawet z tych z założenia do randkowania nieprzeznaczonych), poznawali ludzi w klubach i restauracjach. Wydawali się mistrzami w tej grze: mieli w zanadrzu kilka opcji, z których każda rokowała na potencjalną wielką miłość.
A ja? Ja też chciałam być jak oni. Chciałam mieć wybór, chciałam ten czas po rozstaniu wypełnić ekscytującymi spotkaniami, może nawet nową przygodą. Tylko... skąd wziąć tego, kto ze mną na tę randkę pójdzie? Jak zacząć?
Z każdą kolejną myślą rosła lista pytań, piętrzących się w mojej głowie. Co mam zrobić, żeby dostać zaproszenie na randkę? Jak wysłać w świat ten komunikat: "Hej, jestem tu i czekam"? Jakie są zasady gry? Czy powinnam udawać niedostępną i z odpisaniem na wiadomość czekać kilka godzin? Jakie znaki świadczą o tym, że ktoś jest mną zainteresowany?
A jeśli już pójdę na randkę, to co dalej? Kiedy wybrać się na drugie spotkanie? Czy miłość uderzy mnie jak grom z jasnego nieba? Czy będę spać i jeść, myśląc tylko o tej jednej osobie?
Tyle pytań i zero odpowiedzi.
Tak właśnie narodził się pomysł na podcast. Postanowiłam przepytać wszystkich - znajomych i nieznajomych facetów - o to, jak oni to widzą, a zdobytymi odpowiedziami podzielić się z innymi kobietami. Chciałam rozwiać każdą swoją wątpliwość, i zajrzeć na tę męską stronę ogrodzenia, choćby podstępem.
Czułam, że w moim wewnętrznym świecie przekonań o randkowaniu coś się nie klei. Coś nie działało, choć nie potrafiłam dokładnie powiedzieć, co. Byłam zdeterminowana, żeby znaleźć ten błąd w systemie - i muszę przyznać, że udało mi się to szybciej, niż się spodziewałam.
Żyjemy w czasach, w których jedyną stałą wartością jest zmiana - szczególnie w sferze miłości i randkowania, gdzie tempo tych przemian wydaje się wręcz zawrotne. Sam koncept randkowania to wcale nie tak stary wynalazek. Przez wieki małżeństwo nie miało wiele wspólnego z zakochaniem, a już na pewno nie z miłością romantyczną. Było raczej strategiczną decyzją ekonomiczną, a pary łączono po to, by zabezpieczyć ziemie, gospodarstwa czy królestwa. O zakochaniu mówiło się z kolei jako o czymś niepokojącym, mającym wręcz znamiona choroby.
Wszystko zaczęło się zmieniać na przełomie XIX i XX wieku. Słowo "randka" po raz pierwszy pojawiło się w 1896 roku w artykule George'a Ade'a w "Chicago Record"1. Ale to, co dziś uznajemy za randkowanie, wykształciło się dopiero po kilkudziesięciu latach. Potem przyszła epoka hipisów, która przyniosła ideę wolnej miłości i wyważyła drzwi. Aż wreszcie nadeszły aplikacje randkowe - kolejny przewrót na skalę rewolucji seksualnej, który całkowicie zmienił reguły gry.
Tinder i jego niezliczone klony zaoferowały nam iluzję nieskończonego wyboru. Na wyciągnięcie kciuka mamy teraz tysiące, jeśli nie miliony potencjalnych "matchy". Każdy kolejny może okazać się bardziej interesujący od poprzedniego - a kto wie, może nawet będzie "tym jedynym"? Media społecznościowe z kolei uwolniły nas od konieczności zdobywania się na odwagę, by podejść do kogoś w realu i stanąć z nim twarzą w twarz. Możemy bezpiecznie chować się za ekranem telefonu, a jeśli rozmowa pójdzie nie po naszej myśli, kasujemy czat jakby nigdy nic.
Ta wirtualna komunikacja zdewaluowała nawet pojęcie czasu i obowiązujące dotąd rytuały. Czy ktoś jeszcze wspomina o zasadzie "trzech randek"? Jeśli odpowiednio poprowadzisz rozmowę, możesz uzyskać intymne zdjęcia od kogoś, kogo nigdy nawet nie spotkałaś! Jednak paradoksalnie, mimo tej łatwości i dostępności jesteśmy dziś samotni jak nigdy wcześniej.
A może ratunek czeka na nas w prawdziwym świecie? Kiedy rozmawiam o tym z kobietami w swoich wywiadach, często słyszę, iż tak bardzo odzwyczaiłyśmy się od spontanicznego nawiązywania znajomości w klubach, restauracjach czy na ulicy, że kiedy już do tego dochodzi, bywamy sceptyczne. Kobiety mówią, że jeśli ktoś zagada do nich w realu, odruchowo zakładają, że facet albo jest dziwakiem, albo właśnie bierze udział w szkoleniu z technik uwodzenia.
Podobno biura matrymonialne przeżywają teraz renesans, ale wiele osób wciąż patrzy na nie z dystansem, uważając tę metodę za zbyt formalną, pozbawioną magii i romantyzmu. Czy rzeczywiście tak jest? Może to tylko kolejny stereotyp, który ogranicza nas w poszukiwaniach miłości?
Kiedy i jak ma się nam więc przytrafić ta wyczekiwana scena otwierająca każdą szanującą się komedię romantyczną? Co zrobić, żeby los wreszcie mógł zadziałać? Problem w tym, że życie to nie seria magicznych przypadków ani wynikowa rachunku prawdopodobieństwa.
Większość z nas patrzy na swoje historie miłosne - zarówno te niedoszłe, jak i realne - jak na ciąg przypadkowych zdarzeń. One się po prostu "dzieją". Podobnie wyobrażamy sobie miłość: przypadkiem wpadam w kawiarni na przystojnego blondyna, zakochujemy się w sobie od pierwszego wejrzenia, a potem żyjemy długo i szczęśliwie. Skoro kluczem do szczęścia jest przypadek, wystarczy tylko często chodzić do kawiarni, żeby podnieść swoje statystyczne szanse. Brzmi niemal banalnie, prawda?
Niestety, życie to nie gra w totolotka. To raczej seria decyzji i ich konsekwencji. Jeśli więc od lat - mimo intensywnych poszukiwań - nie spotykamy nikogo interesującego, a każda pierwsza randka kończy się fiaskiem, to może nie los jest tu winowajcą. Warto zamiast tego spojrzeć na własne wybory, na to, co nas motywuje, i na skutki tych wyborów. Czasami odpowiedź na pytanie, dlaczego coś nie działa, leży nie w przeznaczeniu, a w naszych decyzjach.
Nie potrafimy zrozumieć, że w przeciwieństwie do bohaterek popularnych seriali romantycznych możemy nigdy nie spotkać tej jedynej osoby. A może po prostu wiecznie trafiamy na ten sam typ faceta - "typ beznadziejny"? Może nawet randkujemy, piszemy z kimś godzinami, ale ten grom z jasnego nieba, ta iskra zakochania, wciąż nie przychodzi. Wszystkie nasze relacje wyglądają jak powtarzający się schemat, a żadna z nich nie może przetrwać próby czasu. Przypadek? Los? Przeznaczenie? A może jednak to nasze własne, mniej lub bardziej świadome wybory?
Mózg działa w przewidywalny sposób: znacznie łatwiej wybieramy coś, co już znamy, nawet jeśli wiemy, że to dla nas zły wybór. Podświadomie wolimy znane, przewidywalne, swojskie problemy niż coś zupełnie nowego i nieznanego. Dlatego zmiana bywa tak trudna. Nasze decyzje miłosne wydają się chaotyczne i nieprzewidywalne, ale w gruncie rzeczy często są powtórką z tego, co już kiedyś przeżyliśmy.
Pomyśl, ile razy robiłaś te wielkie, uroczyste postanowienia: "Już nigdy nie odezwę się do byłego!", "Od teraz najpierw dobrze poznam faceta, zanim się emocjonalnie zaangażuję" albo: "Koniec z randkami, które donikąd nie prowadzą!". Czasami w życiu, a już szczególnie w miłości, to my sami jesteśmy swoim największym wrogiem - mistrzem autodestrukcji i sabotażu. Dlatego, jeśli chcemy naprawić nasze randkowe życie, nie możemy się skupiać wyłącznie na potencjalnych partnerach. Najpierw musimy spojrzeć na siebie.
Kolejnym z problemów w podejściu do miłości, o który się najczęściej potykamy, jest jej bajkowa wizja. Oczekujemy miłości od pierwszego wejrzenia, motyli w brzuchu, mistycznej pewności, że to właśnie ten jedyny. Chcemy poczuć magię i to radosne przeczucie, które każe nam porzucić wszystkie wątpliwości. Tymczasem statystyki i zdrowy rozsądek podpowiadają, że największe szanse powodzenia mają związki, które rozwijają się powoli - kiedy, zanim zaczniemy planować wspólną przyszłość, najpierw dajemy sobie czas, aby się dobrze się poznać. A jednak wciąż potrafimy skreślić kogoś tylko dlatego, że to pierwsze spojrzenie nie zwaliło nas z nóg.
Wiedzione naukami Disneya zakładamy, że jeśli to "ten jedyny" (zastanawiałyście się kiedyś, co to tak właściwie znaczy?), wszystko będzie się układało naturalnie. Będziemy się doskonale rozumieć, a nasz partner nigdy nie popełni żadnego spektakularnego błędu. No dobrze, może raz przyniesie nam kawę z mlekiem owsianym, mimo że od miesięcy jesteśmy na grochowym, ale zdrada? Nigdy! Takie rzeczy przecież nie zdarzają się ludziom, którzy są sobie przeznaczeni.
Naprawdę warto pożegnać się z ideą, że każdemu pisana jest jedna wielka, prawdziwa miłość na całe życie. Że wszystkie wcześniejsze związki miały nas jedynie doprowadzić do tej jedynej, docelowej relacji, po której już nic więcej się nie wydarzy, bo z "tym jedynym" będziemy aż do grobowej deski. Wciąż spotykam dorosłych ludzi, którzy wierzą w tę romantyczną koncepcję. Co ciekawe, mówią to zazwyczaj osoby będące w związku, który planują utrzymać. Ale co się stanie, jeśli życie wywróci ich plany do góry nogami i będą musieli się rozstać? Czy ta "wielka miłość" zniknie z ich historii? A może od tej pory czekać ich będą już tylko takie relacje, które nigdy nie będą mogły nawet aspirować do statusu "tej jedynej"?
Relacje to niestety więcej pracy niż ułatwień. Każdy związek prędzej czy później przechodzi przez różne kryzysy i problemy. To, czy przetrwamy te trudne chwile, zależy nie od tego, czy w ogóle się pojawią, ale od tego, jak je wspólnie przepracujemy. Magiczne myślenie o miłości, choć kuszące, powinno zostać odłożone na półkę z bajkami - i to na stałe.
A skoro już mówimy o wyobrażeniach, nie sposób nie wspomnieć o nim - potencjalnym partnerze. Jak długa jest lista naszych wymagań, które musi spełnić, żeby zakwalifikować się do kategorii "być może"? Czy z wiekiem ta lista się skraca, czy może wręcz przeciwnie - staje się coraz bardziej drobiazgowa? Często zdarza się, że zamiast skupiać się na istotnych cechach, takich jak zaufanie czy wspólne wartości, koncentrujemy się na detalach zupełnie drugorzędnych. Wzrost? Kolor oczu? Sposób, w jaki wymawia "r", zamawiając kawę?
Żeby dobrze ustalić swoje priorytety i zrozumieć, czego tak naprawdę potrzebujemy, musimy najpierw zajrzeć w głąb siebie. Bez tego lista życzeń może być jedynie zbiorem przypadkowych oczekiwań, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością - ani naszą, ani partnera, którego szukamy.
Kolejna nowość, która wcześniej nie zaprzątała głów randkujących, to rosnąca różnorodność modeli związków. Dziś nie wystarczy już zastanowić się, czy oficjalnie jesteśmy razem - trzeba jeszcze ustalić, czy jesteśmy ze sobą na wyłączność. Poliamoria, związki otwarte, relacje bez zobowiązań - wszystkie te formy wprowadziły jeszcze więcej zamieszania w i tak już skomplikowany świat randek. Czy to teraz obowiązkowy etap w życiu każdego, kto chce uchodzić za nowoczesnego i otwartego? A może tylko tych, którzy rzeczywiście odnajdują się w takim podejściu?
Jak widzicie, lista pytań wydaje się nie mieć końca. Ale to dobrze - warto je zadawać, zarówno sobie, jak i potencjalnym partnerom. W ramach Pierwszej randki nagrałam już ponad sto rozmów i jedno jest pewne: zarówno specjaliści, jak i osoby będące w inspirujących, zdrowych relacjach podkreślają, jak ogromne znaczenie ma rozmowa. Wydaje się, że jeśli nauczymy się efektywnie komunikować, będziemy w stanie rozwiązać każdy problem - a przynajmniej lepiej zrozumieć siebie nawzajem.
Najtrudniejszym etapem pracy nad tą książką była selekcja rozmów, które ostatecznie się w niej znalazły. Gdy przeczytałam zredagowaną całość, rezultat przerósł moje najśmielsze oczekiwania - udało się stworzyć zbiór niezwykle różnorodnych treści, odsłaniających temat miłości z wielu perspektyw. Z Basią Strójwąs, którą nazywam influencerką miłości, rozmawiałam o tym, dlaczego tak wiele osób czuje się dziś samotnych i co powstrzymuje nas przed znalezieniem tej odpowiedniej dla nas osoby. W książce znajdziecie też rozmowy dotyczące randek: raper Janusz Walczuk opowiedział o tym, jak randkuje pokolenie Z, Franciszek Georgiew podzielił się wskazówkami na temat efektywnego korzystania z aplikacji randkowych, a Martyna Kondratowicz zgłębiła ze mną temat bycia singielką z wyboru. Dużo uwagi poświęciłam również samorozwojowi i pracy nad sobą. Sylwia Antoszkiewicz wyjaśniła, jak budować poczucie własnej wartości, a Ewa Woydyłło podzieliła się swoją życiową filozofią. Mam nadzieję, że te rozmowy okażą się wartościowe zarówno dla osób poszukujących miłości, jak i tych, które już są w związkach. W rozmowie z Zosią i Dawidem Rzepeckimi zagłębiliśmy się w temat tantry, z Andrzejem Gryżewskim poruszyliśmy kwestię libido, a Marcin Cecko odkrył przed nami zawiłości poliamorii.
Wierzę, że Pierwsza randka zainspiruje was do odważniejszego, bardziej świadomego doświadczania miłości!
Dlaczego jesteśmy bardziej samotni niż kiedykolwiek wcześniej?
O tym, jak radzimy sobie z samotnością, rozmawiam z Basią Strójwąs - psycholożką, ekspertką relacyjną i autorką książek, znaną w mediach społecznościowych jako @TrudnaSztuka. Choć ukończyła psychologię kliniczną, to - jak sama mówi - najbardziej fascynuje ją miłość i sposób, w jaki ludzie tworzą związki. Na swoich kanałach udziela porad, tłumaczy rzeczywistość, a przy tym ma niesamowite poczucie humoru. Ja lubię nazywać ją "influencerką miłości".
Samotność to dziś jeden z najczęściej poruszanych tematów w internetowych artykułach. Powstają o niej książki, w których się zaczytujemy, a dyskusje na jej temat przyciągają coraz większą uwagę. Dlaczego? Ponieważ żyjemy w czasach, w których samotność doskwiera nam bardziej niż wcześniejszym pokoleniom.
Pandemia jeszcze mocniej przywiązała nas do ekranów komputerów i telefonów. Zdalna edukacja, praca z domu, zakupy dostarczane pod drzwi - wszystko to ograniczyło naszą codzienną interakcję z ludźmi do minimum. Nawet jedzenie z restauracji nie wymaga już wyjścia z domu - w ciągu trzydziestu minut na naszą wycieraczkę może trafić ciepły posiłek. A ilu z nas wybiera opcję dostawy "bez kontaktu z kurierem"? Wystarczy jedno kliknięcie i również konieczność tej krótkiej, siedmiosekundowej interakcji znika ze scenariusza.
A co z poznawaniem nowych ludzi, potencjalnych partnerów i partnerek? Oczywiście - robimy to przez aplikacje.
Każda z tych zmian osobno może nie wydawać się rewolucyjna, ale wszystkie razem sprawiają, że bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem staje się czymś coraz bardziej nam obcym. Oduczamy się interpretowania mowy ciała, tonu głosu, a nawet tego, co oznacza czyjaś bliskość. Proste rozmowy w kolejce do kasy wydają się niezręczne, a spojrzenie komuś prosto w oczy budzi lęk.
Problem w tym, że nie możemy przeprogramować swojej biologii - nasze ciała i umysły wciąż potrzebują fizycznej obecności drugiego człowieka. Nieżyjąca już psychoterapeutka Virginia Satir powiedziała kiedyś: potrzebujemy czterech uścisków dziennie, aby przetrwać; ośmiu do prawidłowego funkcjonowania; dwunastu - aby móc się rozwijać. Nie dostaniemy ich przez Instagram, telefon czy maila. Nawet najnowocześniejsze urządzenia VR nie zastąpią ludzkiego dotyku.
NATALIA: Basiu, zastanawiałam się, jak cię zdefiniować, jak nazwać to, czym się zajmujesz. Jesteś psycholożką, autorką książek, występujesz w programach telewizyjnych. Zgromadziłaś też wokół siebie dużą społeczność instagramową, dlatego przyszło mi do głowy takie syntetyczne określenie: influencerka miłości.
BASIA: (śmiech) Przyznam, że gdy muszę użyć słowa "influencer", to nie do końca dobrze się z tym czuję, ale nie da się ukryć, że moje treści wywierają na ludzi wpływ, więc niewątpliwie coś w tym jest. Jednak gdy określam siebie sama, to w pierwszej kolejności zawsze mówię, że jestem psychologiem i zajmuję się tą wąską działką, która dotyczy miłości i relacji.
Najbardziej zaangażowana część mojej społeczności to osoby poszukujące związku i mierzące się z problemami po rozstaniu.
Obserwuje cię już ponad dwieście tysięcy osób i ta liczba stale rośnie. Nie każdy psycholog, nawet taki z charyzmą i superosobowością, ma podobne zasięgi. Jak to się stało, że jesteś dzisiaj w takim miejscu?
Chyba zawdzięczam to po części temu, że w pewnym sensie poszłam pod prąd w tym, jak przedstawiam psychologię i jak o niej mówię - robię to bez patosu. Zresztą w związku z tym spotykam się też z zarzutami, że jestem prześmiewcza, że to nie wypada, że dlaczego podaję takie, a nie inne przykłady. Z drugiej strony, gdy odpalam live'a, to przychodzi na niego ponad tysiąc osób, które na koniec mówią: "Podoba mi się, jak się wypowiadasz, dzięki temu rozumiem, o czym mówisz".
Mnie podoba się to, że bez ogródek dajesz konkretne odpowiedzi. "To jest toksyczne, to jest niedobre, jeżeli on mówi ci to, to znaczy to" i tak dalej. A na terapii od psychologów często słyszymy: "Noo, to zależy... Nie wiadomo... Może tak, może nie... Może być różnie...". A my potrzebujemy konkretów, rozwiązań.
Wiesz, ludzie bywają mistrzami szukania wymówek i usprawiedliwień, ja zaś jestem za tym, żeby nie dorabiać dupie uszu (śmiech). Jak klient mnie pyta, co myślę o sytuacji, gdy osoba, z którą on pisze od trzech miesięcy, nie może znaleźć czasu, żeby się spotkać, to nie powiem: "Hm, może opiekuje się chomikiem, a może babcią albo dziadkiem?". Czułabym, że to jest po prostu nie w porządku. Dlatego zawsze staram się nazwać rzecz po imieniu i wskazać klientowi możliwe rozwiązania. Co on z tym zrobi, to już jego sprawa, jego decyzja.
Jak myślisz, dlaczego temat poszukiwania partnera/partnerki i wszystkie problemy z tym związane tak bardzo przyciągają odbiorców? Dlaczego ta tematyka tak porusza ludzi?
Wiesz, ja myślę, że miłość to temat zwyczajnie ludziom bardzo bliski. W jakimkolwiek by nie była wydaniu, jakiejkolwiek pary czy układu by nie dotyczyła, zawsze wiążą się z nią emocje. Zarówno te trudne - smutek, poczucie samotności i odrzucenia - jak i te dobre. Pytania i wątpliwości dręczą nas również wtedy, gdy w brzuchu szaleją motylki. Ja też tam byłam; pamiętam siebie z czasów studenckich, kiedy szukałam odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego on nie dzwoni?" i: "Ile dni to jest w porządku?" (śmiech). Szukałam i nie znajdowałam, natykałam się na różne idiotyczne porady w rodzaju: "Stosuj taką i taką zasadę, taką i taką taktykę". Przyjaciółka powie: "Do tygodnia jest okej", a kumpel stwierdzi, że jeżeli on chciałby się odezwać, zrobiłby to jeszcze tego samego wieczora. Gąszcz teorii, w których można się pogubić. Brak prostej odpowiedzi na pytanie, jakie mogą być powody, dla których on/ona się nie odzywa. Dziś wiem, że sam fakt, że pytasz, może świadczyć o tym, że coś jest nie okej - bo jeśli ktoś naprawdę angażuje się w znajomość z tobą, to zwyczajnie nie masz czasu, żeby zadawać podobne pytania. Gdy jednak one padną, odpowiadam: "Odezwij się pierwszy/pierwsza, dowiedz się, co się dzieje po drugiej stronie. Po co masz się męczyć?".
Słusznie. A czy myślisz, że kobiety "pragną bardziej"? Kiedy myślę o sobie z przeszłości, to widzę, że temat szukania miłości był dla mnie zawsze bardzo istotny: "nikogo nie ma; muszę znaleźć jakiś obiekt uczuć", potem "ktoś się pojawił; co zrobić, żeby TO się wydarzyło?", a następnie "co mam zrobić, żeby to trwało?". Był w tym ogrom energii życiowej i skupienia na facetach, relacjach z nimi, tych potencjalnych i tych nieudanych. Zastanawiam się, czy to jest przypadłość typowa dla kobiet, czy po prostu ludzka?
Myślę, że tak, kobiety są bardziej skoncentrowane na tym, żeby znaleźć sobie kogoś, z kim stworzą relację. Mają niejednokrotnie takie przekonanie, że kiedy nie są w związku, to nie są społecznie przydatne... Być może zaraz wybuchnie mi głowa (śmiech).
My, kobiety, mamy taki wewnętrzny imperatyw wejścia w pewne role społeczne na określonym etapie naszego życia i ten zegar w naszych głowach tyka. W dużych aglomeracjach ta presja być może przestała już być tak silna, ale w mniejszych miejscowościach, na wsiach, to dalej jest tak, że no dobra, pojedź sobie na te studia, nawet je sobie skończ, no ale później - halo! - wszystkie koleżanki mają już mężów, dzieci, wchodzą w te społeczne role, więc i ty powinnaś.
Trzeba jednak zaznaczyć, że mężczyznom też na relacjach zależy, dla nich związki też są ważne i też są trudne. Widzę to po pytaniach, jakie mi zadają. Kobiety często to spłycają, twierdząc, że po facetach takie problemy spływają i że oni się nimi nie przejmują. Nieprawda - przejmują się i im zależy, tylko niestety treści kierowane do nich związane właśnie z poszukiwaniem relacji są, powiedziałabym, ciężkostrawne. Dlatego niełatwo jest im znaleźć odpowiedzi na pytania, które ich nurtują.
Jeśli chodzi o kwestię poszukiwania tej drugiej osoby, to mam wrażenie, że mężczyźni mają większy luz niż my. Uderzyło mnie ostatnio coś, co powiedział mój kolega - przywołał przykład hipotetycznej kobiety i hipotetycznego mężczyzny, oboje osiągnęli sukces zawodowy, każde ma swoją firmę, znajomych, podróżuje. Natomiast żadne z nich nie ma dzieci. Planują je mieć, ale jeszcze nie mają. Mężczyzna prawdopodobnie usiadłby i powiedział ze spokojem: "Wszystko fajnie, odniosłem sukces, jak będę chciał czegoś więcej, na przykład rodziny, to sobie kogoś znajdę i tę rodzinę założę". A w kobiecie jest coś takiego, że choćby na tych wszystkich polach odniosła sukces, to fakt, że nikogo nie ma, nawet jeśli niekoniecznie w tym momencie czuje, że chciałaby mieć, powoduje, że czuje się gorsza. Smutne to.
Wydaje mi się też, że nie umiemy być sami.
To się tego uczmy!
Pamiętam swoje rozterki: nie chciałam dłużej być z chłopakiem, ale wahałam się, czy go zostawić, bo bałam się, że nikogo innego już sobie nie znajdę... w "tym wieku" (śmiech). Kiedy teraz o tym myślę, widzę absurdalność takiego rozumowania. Przecież w podobnej sytuacji lepiej być samej... Ale jednak się tego stanu boimy.
No bo mamy takie przekonanie, że ucieknie nam jakaś szansa, odjedzie ostatni pociąg i już później nikogo nie będzie, dramat.
Wchodzimy w te związki z zwykle wcześnie, na etapie, powiedzmy, liceum. Zaczyna się pierwsze "chodzenie" ze sobą, pierwsze relacje z chłopakami, z dziewczynami. Na marginesie - fajnie, że młode osoby w parach homoseksualnych też zaczynają funkcjonować otwarcie, w tej sferze rzeczywistość zmienia się na lepsze, szczególnie w dużych miastach. No więc te pary się tworzą, w różnych układach, i ta pierwsza miłość albo przetrwa już do emerytury - tak bywa rzadko, ale się zdarza - albo się skończy. I przychodzi taki moment "No to, kurde, co teraz?". Młody człowiek raczej nie myśli sobie wtedy: "Noo, wreszcie sobie odpocznę, pożyję, pokorzystam z życia". Z reguły po jakimś nie za długim czasie szuka kogoś następnego i mam wrażenie, że często nie wynika to z jego potrzeby czy faktycznej gotowości, tylko jest takie na siłę. Naprawdę. Bo ludzie boją się być sami, mają poczucie, że coś ich ominie. Tylko wiesz, jak człowiek goni za związkiem, który jest na siłę, to właśnie wtedy mu coś ucieka. Uciekają mu dobre relacje, które mógłby w tym czasie stworzyć, ucieka wiedza, którą mógłby o sobie zdobyć, uciekają randki, z których owszem, mogłoby nic nie wyjść, ale które dałyby mu jakieś przesłanki o nim samym, o tym, co mu się podoba, a co nie, na co w przyszłości powinien zwracać uwagę.
W ogóle w ludziach jest dużo strachu, jeśli chodzi o miłość, bo pokutuje takie przekonanie, że ta prawdziwa w życiu jest tylko jedna. Jedna i koniec.
To prawda.
Nasze mózgi są mistrzami udowadniania, że to, co przyjęły za dogmat, faktycznie nim jest, więc jeśli założymy sobie, że istnieje jedna miłość na całe życie, to koniec - będziemy szukać potwierdzenia tej tezy i nawet będąc w dobrym związku, nie przestaniemy stawiać ołtarzyka temu komuś, z kim kiedyś łączyło nas to "jedyne" uczucie. Nawet jeśli w tamtej relacji było źle, to przecież była to ta "prawdziwa" miłość - prawdziwa, bo trudna, często pod górkę, ale dlatego przecież taka piękna - bo tak wiele pracy nas kosztowała.
Prawdę o tej jedynej miłości głoszą ludzie, którzy żyją w długoletnich, szczęśliwych związkach albo są na samym ich początku. Oni czują, że to, co przeżywają, to jest właśnie TO, i uważają, że skoro oni tak mają, to jest to prawda oczywista i dotyczy wszystkich. Ale przecież w swoim życiu możemy przeżyć pięć, dziesięć miłości, które będą miały różne natężenie, temperaturę, przebieg i tak dalej, i one też będą wyjątkowe. A wszystkich tych, którzy mówią o "zużywaniu się towaru", po prostu wyprośmy z sali, proszę (śmiech).
Teraz zadam takie trochę głupie pytanie, ale chcę, żeby odpowiedź na nie tu wybrzmiała: czyli osoby po czterdziestce też wchodzą w nowe związki?
Tak! I po sześćdziesiątce też. I mają się dobrze. Takie związki są inne niż te, które człowiek tworzy w wieku lat dwudziestu kilku - no bo ma już wtedy jakąś swoją historię, jest bardziej dojrzały, może mieć za sobą rozwód albo doświadczenie śmierci bliskiej osoby. Fundament takiej relacji jest inny, inna jest dynamika, ale to nie znaczy, że ta relacja jest gorsza. W ogóle strasznie wkurza mnie wrzucanie miłości do worków "gorsza-lepsza", "prawdziwa-nieprawdziwa" i tak dalej. Bo gdy ludzie tworzą relację, która rozwija się powoli, bez tego "trzęsienia ziemi", to przez takie szufladkowanie może wykiełkować w nich przekonanie, że ich uczucie jest gorszej kategorii. Gdzie tu sens?
Widziałam ostatnio filmik na Instagramie czy TikToku, w którym chłopak prosił specjalistów o poradę dotyczącą swojego związku. Pisał, że są z dziewczyną razem już trzy lata, ona jest wspaniała i zna go jak nikt inny na świecie, on czuje się przy niej po prostu bezpiecznie, jak w domu, emocjonalnie niczego mu nie brakuje. No ale - nie ma między nimi tego "czegoś", nie ma ognia, i w związku z tym chłopak pyta, czy powinien się z tą dziewczyną rozstać.
Ja myślę, że ogień owszem, rzecz ważna, ale trzeba pamiętać, że namiętność w relacji z czasem wygasa. Z biologicznego punktu widzenia te iskry, to szaleństwo jest niezbędne, żebyśmy się rozmnażali, i gdybyśmy dawali dojść do głosu swojemu instynktowi, działali po zwierzęcemu, to tuż po akcie prokreacji ruszalibyśmy dalej, rozsiewać geny w innych miejscach.
Tymczasem większość ludzi jednak docenia monogamię. (Nie mówię tu o osobach będących na etapie doświadczania, poszukiwań ani o tych, które mają jasne wyobrażenie na temat relacji, jaką chcą stworzyć, czyli na przykład związek otwarty, poliamoryczny i tak dalej).
Na pytanie, jaka ma być ta ich wymarzona druga osoba, większość ludzi odpowiada: "Ma być dobra, chcę się przy niej czuć bezpiecznie. Stabilnie. Chcę z nią zbudować coś trwałego i móc na niej polegać". Patrzą na związki znajomych, którzy stworzyli wieloletnie, dobre relacje, mają dzieci, kredyt i jeżdżą na wakacje, i im zazdroszczą. Tego, że tamci zawsze mogą na siebie liczyć, że mogą w swoich związkach być sobą, bo wiele razem przeszli i widzieli się nawzajem w różnych trudnych sytuacjach. Zatem z jednej strony mamy taki obrazek, ale z drugiej pojawia się płynący z zewnątrz komunikat, że w relacji musi być ta chemia, te hormony i motyle w brzuchu. Stan zakochania działa na mózg jak kokaina, zakochani są zwyczajnie na haju. Czy to jest fajne uczucie? Jest. A czy w takim stanie człowiek jest poczytalny? Nie. Musimy pamiętać, że ten haj przemija. Ludzie stawiają go na piedestale, mówią, że to najlepszy, najpiękniejszy stan, do którego trzeba w życiu dążyć. Okej, tyle że z tego szału jedynie nielicznym uda się stworzyć bezpieczną, intymną relację. Intymność pojawia się wtedy, kiedy wygasa namiętność. Owszem, już wcześniej mogą powstać jej podwaliny, ale prawdziwa intymność przychodzi później. I czy to jest nudne? Pewnie można by uznać, że jest - w takim sensie, że jest przewidywalne, ale ja sobie myślę, że finalnie ta przewidywalność w życiu okazuje się bardzo ważna. No bo jak człowiek ma się czuć dobrze w relacji, w której nie wie, czy partner za chwilę nie podważy tego, co mówił wczoraj, albo gdy każdego ranka budzi się ze ściśniętym żołądkiem? Mało tego, wiele osób myli lęk z motylkami w brzuchu! Są w relacjach, w których nieustannie odczuwają niepokój, czują go w ciele i myślą, że to jest właśnie to piękne uczucie, te motylki. Ale nie, to nie są motylki. Okazuje się, że nieustannie czujemy lęk, bo ktoś nam funduje emocjonalny rollercoaster. Jednego dnia mówi: "Przyjadę do ciebie jutro", potem się przez kilka dni nie odzywa, po czym pojawia się znowu i daje nam jakąś nagrodę pocieszenia. Takie są właśnie "wspaniałe" początki większości toksycznych relacji.
Z jakimi problemami ludzie piszą do ciebie teraz najczęściej? Zakładam, że to się zmienia na przestrzeni lat. Na przykład jakiś czas temu był taki duży temat w social mediach: ghosting, i wszyscy mówili tylko o tym. A co teraz jest najbardziej aktualne?
Samotność.
Ludzie pytają, jak kogoś poznać czy jak sobie z tą samotnością radzić?
Jedno i drugie - bo to jest ze sobą powiązane. Wiesz, zauważyłam, że kiedy zaczynałam swoją działalność, to na tapecie był temat toksycznych relacji. Później on wystygł i oczywiście byłoby super, gdyby to oznaczało, że tej toksyczności w związkach nie ma już tak dużo, tylko odnoszę wrażenie, że ów temat stygnie, ponieważ relacji w ogóle jest coraz mniej. Rzecz jasna, mnie nie zależy na tym, żeby ludzie funkcjonowali w toksycznych układach, tylko zauważyłam, że coraz mniejsza liczba pytań związanych z byciem w relacji wynika z coraz mniejszej liczby relacji, po prostu. One się coraz szybciej kończą, czy wręcz w ogóle się nie zaczynają - i to naprawdę widać. Ja to obserwuję na przestrzeni lat, od czasu zachłyśnięcia się nadmiarem możliwości, kiedy ludzie nagle odkryli, że tych znajomości mogą zawierać na pęczki, bo pojawiło się niewyczerpane źródło: internet, apki randkowe, w ogóle szał...
Apki randkowe, Instagram, poliamoria...
No więc mamy to wszystko, możemy skakać z kwiatka na kwiatek, tylko pytanie: czy to aby na pewno jest dla nas dobre? Odnoszę wrażenie - i bardzo mi się to nie podoba - że niektóre osoby zajmujące się kwestiami związanymi ze zdrowiem psychicznym wmawiają nam, że obecnie nastał taki wzorzec budowania relacji i że to jest spoko. Nie chcę przez to powiedzieć, że ludzie mają nie próbować różnych rzeczy, otwierać się na nowe, ale nie możemy im wmawiać, że, powiedzmy, situationship, taki związek-niezwiązek, to nowy model relacji wprost stworzony dla współczesnych młodych ludzi. Niedawno zirytowałam się podczas rozmowy z pewną dziennikarką, która przyszła na wywiad właśnie z takim założeniem - że związek "na niby", bez zobowiązań, jest świetnie dopasowany do stylu życia zetek, które są bardziej aktywne, zajęte, otwarte i tak dalej. Tylko problem polega na tym, że ludzie nie ewoluują tak szybko, jak zmienia się technologia. Dziecko urodzone w 2023 roku, jeśli nie będzie przytulane i dotykane, będzie chorować i cierpieć, bo ma takie same potrzeby jak dzieci, które żyły tysiące lat temu. W sensie biologicznym my się nie zmieniliśmy, technologia poszła do przodu, ale my za nią nie nadążamy.
Mam wrażenie, że ludziom próbuje się wmówić, że to jest spoko: spoko jest skakanie z kwiatka na kwiatek, spoko jest seks bez zobowiązań... I znowu - w porządku, jeśli wchodzisz w to świadomie, a nie dlatego, że to jest twoje kompulsywne zachowanie, że umawiasz się z kolejnymi osobami na Tinderze po to, żeby wręcz z jakiegoś musu się z nimi przespać. A przecież nie ma czegoś takiego jak "tylko seks"; gdy idziemy z kimś do łóżka, to idziemy do niego z drugim człowiekiem, który ma jakieś swoje preferencje, swój bagaż, my z kolei mamy swój, swoje granice, które mogą zostać przekroczone... No ale znalazło się oczywiście grono oburzonych, którzy utrzymują: "Ależ istnieje coś takiego jak tylko seks!"... Nie podoba mi się to, bo zobaczmy, co się dzieje naokoło: jesteśmy coraz bardziej samotni i przez to cierpimy, samotność sprawia, że izolujemy się coraz bardziej, że chorujemy... Rodzi się w nas poczucie, że coś jest z nami nie tak, że nikt nas nie chce, a nasze życie nie jest wystarczająco ciekawe, bo nie ma wokół nas mnóstwa ludzi. Jesteśmy jak taka ranna antylopa, która zostaje odłączona od stada. Tylko problem polega na tym, że dzisiaj po ulicach kroczy mnóstwo rannych antylop, które żywią przekonanie, że są jedyne i tylko one niosą te kamienie w swoim plecaku. Tymczasem w wielu krajach powstają już instytucje mające na celu pomaganie ludziom w radzeniu sobie z samotnością, i nie są to ośrodki dla seniorów, tylko dla osób w naszym wieku, a nawet dla nastolatków. Przecież to jest przerażające.
Aplikacje, media społecznościowe zmieniły sposób, w jaki funkcjonują dzisiaj relacje i w jaki my je tworzymy, jak się zachowujemy, a przecież nasze potrzeby są takie same jak setki lat temu. Rozmawiam na przykład z osobą, która ma dużą otwartość w nawiązywaniu relacji, także tych seksualnych, i ona twierdzi, że wszystko jest super, po prostu korzysta z tego, co jest dla niej dostępne, że zaspokaja swoje potrzeby. Jednak gdy ją trochę przycisnę, podrążę temat, okazuje się, że jest w niej poczucie, że ona siebie "używa", żeby dostać jakąś namiastkę sama nie wie czego, wypełnić jakąś pustkę. Zawsze zachęcam takiego rozmówcę, żeby tego nie robił, bo może wyrządzić sobie trudną do naprawienia krzywdę.
Człowiekowi chyba trudno jest być szczerym z samym sobą...
Ludzie nie są świadomi tego, co w nich siedzi, nie mają tego jak skonfrontować. No bo zobacz, przypomnij sobie czasy, kiedy chodziłaś na randki. Siedzieliście naprzeciwko siebie i jak byłaś zadowolona, to się uśmiechałaś. Jak chciałaś pokazać, że coś jest nie tak, to strzelałaś focha. Dzisiaj mówimy o kropce nienawiści w esemesie. Ludzie przechodzą na pismo obrazkowe, okazują emocje za pomocą emotikonów. Nas to upośledza, utraciliśmy zdolność odczytywania emocji innych.
I swoich własnych...
Noo, własne emocje to przydałoby się najpierw sobie uświadomić, ale jak mamy to zrobić, skoro nie konfrontujemy ich ze światem? Każdy psycholog czy psychoterapeuta przywoła takie momenty ze swojego gabinetu, kiedy klient doznaje objawienia, bo nagle dostał odpowiedź na pytanie, o którym nawet nie wiedział, że ono w nim jest i że powinien je zadać. Tak właśnie działa rozmowa i prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem. A jak mamy to osiągnąć, kiedy jedyne, co robimy, to tłuczemy w ten ekran i wyciągamy wnioski tylko na podstawie obrazków? To jest przerażające.
Kiedy poznajemy kogoś przez internet, nasza relacja na początku rozwija się online, wirtualnie zbieramy pierwsze informacje o tej osobie, o jej emocjach, o tym, co lubi, przełamujemy bariery. I kiedy wreszcie dochodzi do spotkania w realu, to nam się wydaje, że tego kogoś już dobrze znamy.
Tutaj wracamy do wiedzy na temat tego, jak działają nasze mózgi. Kiedy brakuje nam jakichś informacji, to uzupełniamy je swoimi wyobrażeniami. Na przykład - on ma zdjęcie z pieskiem, znaczy się - jaki jest? No kochany! Bo ma zdjęcie z pieskiem! (śmiech).
Albo: ona wstawiła zdjęcie, na którym pręży się w bikini. Czyli co - gorąca laska, na pewno kiedy się spotkamy, od razu zacznie zrywać ze mnie ubrania.
Fajnie jest coś sobie wyobrażać, ale rzeczywistość zazwyczaj wygląda zupełnie inaczej. Ludzie idą na spotkanie, mając te swoje wyobrażenia. Często na ich podstawie już założyli, że to jest TO. No bo przecież się odnaleźli - przeznaczenie! To nie mógł być przypadek! W ogóle każdy twierdzi, że jest na tym Tinderze zaledwie od wczoraj albo właśnie miał swoje konto skasować, gdy nagle spotkało go to niesamowite zrządzenie losu. No więc zaczynają się spotykać i po jakimś czasie okazuje się, że coś ich w sobie nawzajem denerwuje. Ona irytująco mruga, on dziwnie zgrzyta zębami albo jego skóra pachnie w sposób, który jej nie odpowiada - co zresztą nie oznacza, że ten zapach jest brzydki; piętnaście jej koleżanek by go w ogóle nie poczuło. Tu znowu wkracza biologia, która bardzo pierwotnie daje im znać, że ze względu na jakieś kwestie genetyczne raczej nie powinni ze sobą "majstrować". No i właśnie - nasza wiedza i technologia są już tak zaawansowane, a wciąż pokonują nas tak proste mechanizmy jak biologia. Więc na podstawie tego typu doświadczeń ludzie nabierają przekonań o związkach i miłości. Najpierw natłuką w ten ekran, poprzerabiają zdjęcia, stworzą jakiś swój wizerunek, a potem idą go skonfrontować z osobą, która też konfrontuje wizerunek, i nagle są dwa skonfrontowane wizerunki, które mają się nijak do rzeczywistości. (śmiech)
No bo mało kto jest uczciwy... To jest kolejny problem ze znajomościami zawieranymi w internecie, w którym panuje anonimowość, możesz być, kim chcesz, możesz realizować swoje marzenia.
Niestety, w tym gąszczu giną osoby, które naprawdę mają dobre intencje, chciałyby stworzyć szczerą relację, ale cóż, na tle innych nie są atrakcyjne. Nie mają superpodrasowanych zdjęć, nie są na nich półnadzy, no i nie mają takiego powodzenia jak ci podkoloryzowani.
Albo nie mają wykupionej wersji premium.
Dokładnie. A w ogóle nie wiem, czy wiesz, ale według najnowszych badań wersję premium wykupują najczęściej osoby będące w związkach! Wynika to z tego, że w wersjach płatnych zwykle można ukryć więcej informacji i dzięki temu mają zapewnioną anonimowość. Naprawdę dużo jest takich zaskakujących wniosków, które płyną z badań.
Z drugiej strony nie można zaprzeczyć, że w apkach randkowych ludzie też się poznają. Znam pary, które tak stworzyły trwałe związki i mają teraz dzieci...
Tylko weź pod uwagę, że skoro mają dzisiaj dzieci, to musieli się poznać te parę lat temu, a przez ten czas bardzo dużo się zmieniło. Jest taki dokument, w którym twórcy aplikacji Tinder mówią wprost, że działa w niej mechanizm oparty na zmiennym rozkładzie wzmocnień, czyli użytkownik dostaje nagrodę, ale nie wie za co, nie wie też, kiedy ją dostanie, nie ma w tym żadnej logiki. Jest jak gołąb w badaniu Skinnera, któremu podawano jedzenie w losowych odstępach czasu, przez co biedny, zdezorientowany ptak, żeby dostać ziarenko, zaczął z czasem pukać głową w klatkę, kucać, podnosić jedno skrzydło, robić jakieś dziwne rzeczy. Wydaje mu się, że jak będzie się ruszać w określony sposób, to dostanie ziarenko, a ziarenka wypadają nie wiadomo kiedy i dlaczego.
Czyli jesteśmy wszyscy jak te oszalałe gołębie...
No i jeszcze dochodzi dopamina, która wytwarza się w momencie, kiedy przesuwamy palcem po ekranie, bo dostajemy wtedy nagrodę. "Wow, mam! Wybrałem kolejnego pokemona"...
Czy ludzie teraz w ogóle poznają się offline i czy to jest dla nich jeszcze jakkolwiek naturalne?
Poznają się, owszem, ale mają z tym coraz większy problem - właśnie dlatego, że nie mają, gdzie ćwiczyć kompetencji społecznych. A jak się ich nie ćwiczy, to one zanikają. I na przykład taki small talk, rozmowa zapoznawcza, która pozwoliłaby znaleźć jakieś wspólne tematy, staje się wyczynem. Chowamy się za telefonem, pokazujemy sobie na nim różne rzeczy.
Memy...
Dokładnie: "Zobacz, mem. Zobacz, jaki filmik, zobacz coś tam". Dla mnie to jest naprawdę przerażające. Przecież to podstawowa umiejętność - rozmowa z drugim człowiekiem. I nie chodzi o to, żeby opowiadać sobie o swoim dzieciństwie, ale żeby spytać: "Jak ci minął dzień?"... I posłuchać tego, co ta druga osoba ma do powiedzenia. To jest kolejna kompetencja: umiejętność aktywnego, zaangażowanego słuchania. Powiedz mi, jak ją ćwiczyć z telefonem w ręku?
I co ty ludziom doradzasz w tej kwestii? Powiedzmy, że pisze do ciebie osoba lat dwadzieścia sześć...
To ma przesrane (śmiech). Przepraszam za szczerość, ale tak jest. Przechlapane. Oczywiście są miejsca, w których mogą się spotkać ludzie mający jakieś wspólne zainteresowania. Zdarzają się też dzieła przypadku. (Zawsze będzie ten ktoś, kto wygra na loterii). Są też osoby, które siedzą i czekają, aż miłość sama je znajdzie. Często tak siedzą, aż ulegną mumifikacji (śmiech).
Są jeszcze tacy, którzy studiują, i to życie studenckie trochę ułatwia sprawę, choć śmiem twierdzić, że obecnie imprezy studentów wyglądają inaczej niż za naszych czasów - ze względu na wspominane już wszechobecne telefony.
Ja zawsze zachęcam ludzi do zrobienia tego pierwszego kroku. "Dobra, zaloguj się w tej aplikacji, ale dąż do tego, żeby się spotkać, bądź tą stroną, która zainicjuje kontakt, spróbuj".
Jeżeli chcemy zmienić swoją sytuację, to nie czekajmy, aż ktoś zrobi coś za nas. W takim momencie jesteśmy trochę jak ta ranna antylopa... Każdy z nas na jakimś etapie swojego życia nią jest i potrzebuje wtedy pomocy innych. I kiedy znajdziemy się w takim miejscu, to nie czekajmy, aż ta pomoc do nas przyjdzie sama. Warto się przełamać, zainicjować spotkanie, wyjść do ludzi i być tą stroną aktywną. Jak już jesteśmy w tej aplikacji, to mówmy: "Chcę się z tobą spotkać. Nie tłuczmy w te klawisze przez kolejne dwa miesiące, spotkajmy się".
A jeżeli nie aplikacja, to chyba warto się po prostu stawiać w tych sytuacjach społecznych, w których poznajemy nowych ludzi?
To tak naprawdę jest strasznie trudne, bo zobacz, jak mało jest takich możliwości - szczególnie w mniejszych miejscowościach.
Praca?
Gorzej, jak pracujesz, nie wiem, w dziale księgowości, gdzie są same kobiety, które opowiadają o tym na przykład, jak to zaszły w ciążę, a ty dalej nie (śmiech). To jest realny problem. Przyznam, że jestem już zmęczona tym pytaniem: "Jak/gdzie mogę kogoś poznać?". Dlatego postanowiłam otworzyć biuro randkowe.
Przeszłaś do czynu.
Tak, bo zobacz, można ludziom mówić: "Idźcie do kina, do restauracji", ale trzeba wziąć pod uwagę, że oni mogą być już tym zmęczeni. Bo to jest drenujące. No ile razy w tygodniu znajdziesz czas na to, żeby chodzić od restauracji do restauracji i, nie wiem, patrzeć się na ludzi i wysyłać im sygnały? To w ogóle zresztą nie leży w naszej kulturze, żeby tak otwarcie do kogoś zagadywać, żeby w ten small talk wejść. I ponieważ ja nie lubię prawić ludziom komunałów, opowiadać im: "Możesz wszystko, po prostu odrzuć te kule i idź", to właśnie dlatego powstaje biuro. Moim celem jest to, żeby ludzie zaczęli do siebie wychodzić i się poznawać, ale wychodzić z założenia właśnie na randki, bo randka jest spotkaniem dwojga singli - to jest dość istotne i tak naprawdę odróżnia randkę od spotkania.
Bardzo mi się podoba, że to jest właśnie biuro RANDKOWE, bez tej całej patetycznej otoczki miejsca "dla samotnych serc poszukujących drugiej połówki". Przecież niekoniecznie musimy być na etapie poszukiwania miłości życia, męża, ale na przykład możemy być po rozstaniu i chcielibyśmy sobie pochodzić na randki.
Na pewno nie będzie tu osób, które na swoim profilowym leżą roznegliżowane na mercedesie albo mają je tak zretuszowane, że nie sposób ich rozpoznać. Nie będzie też anonimowego algorytmu, który przeanalizuje po cztery odpowiedzi na pytania o wiek, wzrost i znak zodiaku i na tej podstawie przedstawi ci stu pięćdziesięciu kandydatów, którzy - nie ma siły - muszą do ciebie pasować. W formularzu będzie wiele pytań otwartych, na które odpowiedzi będzie musiał zgłębić człowiek, a także pytania zamknięte, dotyczące różnych nienegocjowalnych kwestii - i tu odpowiedzi będę widzieć tylko ja, nie będzie ich w profilu. Będą to takie sprawy jak chęć posiadania dzieci czy gotowość na spotkanie się z kimś, kto jest po rozwodzie, i tak dalej. Warto to ustalić na samym początku, żeby niepotrzebnie się nie angażować w coś, co może zupełnie nie mieć przyszłości.
Bardzo ci kibicuję z tym projektem. Wydaje mi się, że aplikacje randkowe to trudny temat.
Dzięki, i mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła sobie przypisać taką zasługę, że chociaż trochę przyczyniłam się do tego, by ten poziom samotności obniżyć i jakoś w tej sferze skutecznie ludziom pomóc. Dla mnie to jest ważne. Czuję, że to moja misja.
No pewnie, że tak. Miłość...