Rozdział 1
1
JAMES
Właśnie przyjechałem na kampus, gdy mój telefon zaczął dzwonić. Moi
dupkowaci młodsi bracia dopasowali swoje dzwonki, więc za każdym razem,
gdy któryś z nich się do mnie dobija, z głośnika rozbrzmiewa stary utwór
Britney Spears. Nie mam nic przeciwko Britney. To jasne, kobieta jest
boginią, ale nic nie wskazuje na to, że Baby one more time jest
numerem jeden w krajowym rankingu rozgrywających drużyn uniwersyteckich.
Oczywiście te skurwiele wiedzą, że nie potrafię zmienić dzwonka na coś
normalnego. Może i mam dwadzieścia jeden lat i jak każdy w moim wieku
wychowałem się z telefonem, ale znajomość technologii nigdy nie była
moją mocną stroną. Wolałbym udusić się własnymi majtkami, niż poprosić
któregokolwiek z nich o pomoc.
W porządku, dzwonek może mi się trochę podoba. Tylko trochę. Wysiadam z samochodu i nucę, odbierając telefon, wdzięczny, że nikogo nie ma w pobliżu. Nie wypada, żeby nowy rozgrywający Uniwersytetu McKee sprawiał
wrażenie miłośnika popu z pierwszej dekady dwudziestego pierwszego
wieku. Muszę dbać o moją reputację z czasów, gdy grałem dla Uniwersytetu
Stanowego Luizjany.
Gdy idę w kierunku budynku administracyjnego, głos Coopera, szorstki i niecierpliwy jak zawsze, wypełnia moje ucho.
- Jesteś już?
- Wciąż nie w pobliżu domu. Muszę najpierw porozmawiać z panią dziekan,
pamiętasz?
Cooper wydaje z siebie odgłos charakterystyczny dla umierającego
zwierzęcia.
- Stary, czekaliśmy całą wieczność. Jeśli się nie pospieszysz, zajmę
apartament właściciela.
- A co, jeśli to ja chcę apartament właściciela? - Słyszę w tle drugiego
z moich młodszych braci, Sebastiana.
- Powinien być dla kolesia, który pieprzy najwięcej, Sebby - mówi Coop.
- Ty nigdy nie przyprowadzasz lasek do domu, a James odmawia sobie tej
przyjemności, dopóki nie dostanie się do ligi, więc pozostaję ja.
- Wiek jest ważniejszy niż status fuckboya - informuję go.
- Jesteś niewiele starszy.
- Irlandzkie bliźniaki - mówię z uśmiechem, mimo że Cooper mnie nie
widzi. Pod względem biologicznym nie jesteśmy bliźniakami, dzielą nas
prawie dwa lata. Łączą jednak bliskie braterskie relacje, a ponieważ
nasze nazwisko to Callahan, żart zawsze się udaje. (Chociaż nigdy przy
naszej matce, która potrafi sprawić, że jaja wysychają od jednego
spojrzenia). - Prawda, braciszku?
Otwieram drzwi, uśmiechając się do recepcjonistki. Na linii Coop i Seb
nadal się kłócą. Wiem, że mój uśmiech sprawia, że majtki dziewczyn
wilgotnieją. Tym razem też tak jest. Widzę moment, w którym dziewczyna -
studentka - przenosi wzrok z mojej twarzy na moje krocze.
- Hej, muszę kończyć. Do zobaczenia wkrótce. - Rozłączam się, nie dając
Cooperowi czasu na odpowiedź. Mimo jego zuchwałości, wiem, że nie wykona
ruchu bez wcześniejszej rozmowy ze mną. Może jednak mu na to pozwolę -
ma rację co do tego, że nie wpuszczam teraz dziewczyn do swojego życia.
Nie, jeśli chcę wygrać mistrzostwa kraju i dostać się do NFL w pierwszej
rundzie.
- Hej - mówi dziewczyna. - W czym mogę pomóc?
- Mam spotkanie z dziekan Lionetti. - Recepcjonistka pochyla się nad
rejestrem wizyt w sposób, który pozwala mi bez trudu zobaczyć jej
wielkie cycki. Są fantastyczne. Może w innym wszechświecie zaprosiłbym
ją na drinka, przespałbym się z nią. Minęły wieki, odkąd widziałem
cycki, a tym bardziej - odkąd bawiłem się nimi. Ale to tylko
rozproszyłoby moją uwagę i mogłoby się okazać dramatyczne w skutkach.
Żadnych rozpraszaczy. Nie przyjechałem do McKee z innego powodu, jak
tylko po to, by moje futbolowe życie wróciło na właściwe tory... i w porządku, tak, by zdobyć dyplom. Dlatego też jestem w biurze dziekana do
spraw studenckich, zamiast na nowym boisku, badając teren.
- Imię? - pyta dziewczyna.
- James Callahan.
Jej oczy rozszerzyły się w wyrazie uznania. Może jest fanką NFL i najpierw pomyślała o moim ojcu. A może przeczytała coś o tym, że
zmieniłem szkołę. Tak czy inaczej, wygląda na gotową wspiąć się na mnie
jak na drzewo.
- Yyy, możesz wejść. Ona wie, że przyjdziesz.
- Dzięki. - Jestem dumny, że udało mi się powstrzymać od mrugnięcia do
niej. Jeśli to zrobię, znajdzie mnie na kampusie i będzie twierdzić, że
jesteśmy bratnimi duszami.
Idę korytarzem i wchodzę do biura dziekan Lionetti, obserwując
otoczenie. Nic na to nie poradzę, zauważam wszystko. Jestem
przyzwyczajony do obserwowania linii defensywnej przeciwnej drużyny,
szukania subtelnych zmian w jej zagraniach, zastanawiania się, jak
będzie próbowała rozgryźć naszą grę.
Dziekan Lionetti ma wytwornie urządzone biuro. Fantazyjne biurko z ciemnego drewna, ze szklaną gablotą z nagrodami za nim. Książki wzdłuż
jednej ściany plus dwa pokryte aksamitem krzesła, ustawione przed
dłuższą częścią biurka w kształcie litery L. Za biurkiem siedzi dziekan.
Jej siwe włosy muszą być naturalne, opadają na linię podbródka w surowym
bobie. Jej oczy też są łupkowo-szare, a jej kostium w stylu lat
osiemdziesiątych - zgadłeś, szary. Wstaje, gdy mnie widzi, wyciągając
rękę w geście przywitania.
- Pan Callahan.
- Hej - mówię, po czym krzywię się wewnętrznie. Nie żebym o to zabiegał,
ale zazwyczaj ludzie, zwłaszcza kobiety, są dla mnie nieco cieplejsi,
gdy mnie poznają. Moja mama nazywa to urokiem Callahana. Jest
niezawodny... aż do teraz. Dziekan Lionetti patrzy na mnie, jakby nie
mogła uwierzyć, że stoję w jej biurze. Musi mieć jakąś odporność na
wszystko, co ma dołeczki, bo jej spojrzenie się wyostrza w momencie, gdy
siadam.
- Dziękuję, że tak szybko przyszedłeś na rozmowę - mówi. - Mam kilka
informacji na temat twoich zajęć w tym semestrze.
- Czy są jakieś problemy? Zostało mi do zakończenia tylko kilka
projektów z ostatniego roku studiów. - Mój kierunek to matematyka, więc
większość zajęć dotyczy samych liczb, ale mam też miejsce na jeden lub
dwa przedmioty do wyboru. W tym semestrze zapisałem się na biologię
morską, która jest łatwa i nie wymaga esejów, Bogu dzięki. Według Seba
profesor to staruch i większość zajęć spędza na pokazywaniu filmów
dokumentalnych National Geographic.
Dziekan Lionetti unosi siwą brew.
- Jest pewien problem z twoimi zajęciami z pisania.
Kurwa. Mam czego żałować, jeśli chodzi o zeszły rok, a to, że
zaniedbałem naukę, jest tego najlepszym przykładem. Jestem okropny w pisaniu, ale to i tak żałosne, że jako junior oblałem przedmiot, który i tak miałem zdać na pierwszym roku.
- Myślałem, że wszystko zostało przeniesione.
- Początkowo tak, ale kiedy dokładniej przejrzeliśmy twoje akta, okazało
się, że za pierwszym razem nie zaliczyłeś wymaganego kursu pisania. Być
może na twoim poprzednim uniwersytecie poszli na ustępstwa dla
sportowców - mówi o sportowcach, jakbyśmy wszyscy byli chorobą grzybiczą
- ale tutaj wszyscy są równi wobec standardów akademickich. Profesor był
na tyle uprzejmy, że zwolnił miejsce na swoich zajęciach. Będziesz je
powtarzał w tym semestrze, ponieważ są prowadzone tylko jesienią.
Czuję, że perspektywa dostania się na łatwe zajęcia z biologii morskiej
z sekundy na sekundę staje się coraz bardziej ulotna. Z tonu dziekan
Lionetti jasno wynika, że uważa mnie za głupszego od worka kamieni.
Prawdopodobnie w ten sposób postrzega wszystkich sportowców. Co jest
totalną bzdurą. To, co wydarzyło się zeszłej jesieni, było anomalią.
Ciężko pracowałem na swój dyplom, mając na uwadze słowa taty, który
nieustannie nam przypomina, że kariera sportowca nie trwa długo. Nawet
jeśli będę miał udaną karierę w NFL - co zamierzam osiągnąć - większość
mojego życia będzie się toczyć po przejściu na sportową emeryturę.
- Rozumiem - burknąłem.
- Zaktualizowałam twój plan. Te zajęcia odbędą się w czasie, który
wybrałeś. Jeśli masz jakieś pytania, skontaktuj się z moim biurem lub
rejestracją.
Wstaje. Żegna mnie bez dyskusji.
Staram się ukryć zażenowanie, choć czuję, że moje uszy są gorące.
Witamy na Uniwersytecie McKee. Biorę głęboki oddech i przypominam sobie,
dlaczego tu jestem. Stopień, potem NFL. Muszę tylko znaleźć sposób, by
najpierw zaliczyć ten kurs.
Gdy przyjeżdżam do domu, Seb siedzi ze skrzyżowanymi nogami na podłodze,
rozplątując kłębek kabli. Macham mu, odkładając klucze na stolik w holu,
po czym rozglądam się po pokoju. Poza Sebem i jego bałaganem, niewiele
się tu jeszcze znajduje - tylko skórzana kanapa w kształcie litery L,
stolik kawowy i telewizor zamontowany na ścianie. Kiedy zdecydowaliśmy
się wynająć to miejsce na rok, wiedząc, że cała nasza trójka będzie
studiowała na tym samym uniwersytecie, w ogłoszeniu podano, że nie jest
umeblowane. Mam pewne podejrzenia co do tego, kto zrobił ten bajzel.
- Sandra wysłała to wszystko - mówi Seb, chodząc po pokoju i gestykulując kłębkiem kabli. - Dostawcy ustawili to w ten sposób, ale
możemy to przesunąć, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Mama działa przerażająco szybko. Jestem pewien, że gdy tylko usłyszała,
że jej chłopcy - dwaj, których nosiła i jeden, którego adoptowała - będą
dzielić razem dom, poszła do Pottery Barn. Na szczęście dla nas ma dobry
gust.
Nad nami rozlega się trzask i obaj podnosimy wzrok.
- Robi przemeblowanie - mówi Seb. - Jak spotkanie?
Wchodzę do kuchni. Wątpię, by lodówka była już zaopatrzona, ale facet
może mieć nadzieję, że jest tam przynajmniej piwo. Nie piję dużo w sezonie, ale minie jeszcze kilka dni, zanim wszystko ruszy pełną parą. A tu proszę, sześciopak stoi na jednej z półek obok pojemnika z ananasem,
kartonu jajek i, z jakiegoś powodu, małego słoiczka chrzanu.
Seb pojawia się w drzwiach, gdy nasadą dłoni naciskam zakrętkę, by
otworzyć butelkę. Puszcza z sykiem. Biorę spory łyk i muszę wyglądać na
równie wkurzonego, jak się czuję, bo Seb marszczy brwi.
- Co się stało?
- Dziekan postanowiła mnie udupić, to się właśnie stało. Każe mi
powtórzyć te zajęcia z pisania.
- To brzmi głupio.
- To jest głupie - narzekam. - Ale spojrzeli w moje papiery i zobaczyli,
że na LSU1 tego nie zaliczyłem. Wtedy, kiedy...
- Tak - mówi Seb. - Wiem.
Przeszywa mnie ból. Zeszły rok był katastrofą z wielu powodów, ale i tak
tęsknię za Sarą. Biorę kolejny łyk piwa, rozglądając się po pokoju. W jadalni stoi duży stół, który przypomina mi nasz dom w Port Washington.
Kuchnia nie jest zła - ma mnóstwo miejsca do gotowania posiłków, co
rekomendują trenerzy sportowi. Są drzwi na podwórko, na którym znajduje
się palenisko i kilka ustawionych wokół niego krzeseł Adirondack. Kiedy
Seb urządzi już norę, powinniśmy być w stanie zagrać w kilka dobrych
gier.
- To miłe - mówię.
- Tak - odpowiada. - Więc co powiedziałeś?
- No wiesz, nie mogłem się z tym kłócić. Oblałem te zajęcia.
- Ale to twój ostatni rok. Przyjechałeś tu grać w futbol.
- I ukończyć szkołę.
Seb wzdycha.
- Taa, to też.
Moi rodzice niesamowicie wspierają moje sportowe ambicje. Po części
dlatego, że tata grał w futbol i zna tę harówkę lepiej niż ktokolwiek
inny. Na początku to było przede wszystkim jego marzenie - aby jeden z jego chłopców poszedł w ślady ojca, jednak już dawno temu sam zacząłem
marzyć o karierze sportowca. Bez szansy na grę w lidze moje życie byłoby
niekompletne. Koniec historii. Ale uczono nas, że edukacja też jest
ważna, więc choć skupiam się na futbolu, wiem, że muszę zdobyć dyplom.
Mimo że Cooper ma talent do gry w hokeja, tata nie pozwolił mu nawet na
wzięcie udziału w selekcji do NHL, ponieważ bał się, że dla ligi porzuci
studia i nigdy ich nie ukończy. Z kolei Seb jeszcze w szkole średniej
został wybrany do drużyny baseballowej, ale podążając za życzeniem ojca,
zobowiązał się do gry przez wszystkie cztery lata w McKee, zanim
wybierze swoją ścieżkę kariery w MLB.
- Nie możesz poprosić nowego trenera o interwencję? Praktycznie ukradł
cię z LSU, chce cię tutaj.
- I być uprzywilejowanym sportowcem, za jakiego uważa mnie dziekan?
Seb wzrusza ramionami, przeczesując palcami kosmyk blond włosów na
głowie.
- Może tym razem ci się uda. Może będzie łatwiej. Albo po prostu
będziesz wiedział więcej, w końcu bierzesz udział w zajęciach w college'u już od jakiegoś czasu. - Krzywi się, gdy słyszymy kolejny
trzask z góry. - I zawsze jest jeszcze Cooper.
- Ostatnim razem, gdy poprosiłem go o pomoc w szkole, prawie go
dźgnąłem. On jest nieznośny.
- Długopisem.
- Nie wypieram się moich czynów. To była próba dźgnięcia i nie jest mi
przykro.
Seb wzdycha.
- Cóż, może ktoś inny mógłby ci udzielać korepetycji. Nie możesz tego
oblać.
- Nie. - Dopijam piwo kilkoma łykami i odstawiam szklankę do zlewu.
Uczucie paniki, z którym walczyłem od czasu rozmowy z panią dziekan,
grozi ponownym pojawieniem się. Nie jestem dobry w pisaniu. Nigdy nie
byłem. Schrzanienie roku, który miał mnie katapultować na pozycję
rozgrywającego, jest prawie tak złe, jak kontuzja. Kontuzję mógłbym
ścierpieć, wytrzymać z nią przez cały sezon. A to? To jest poza moimi
możliwościami.
Coop wkracza spocony do kuchni i wyciera twarz koszulką.
- W końcu udało mi się poskładać biurko. Zajęło to tylko cztery
pieprzone godziny.
- Spójrz na siebie - mówi słodko Seb. - Powstrzymany przez badziewne
biurko.
Coop błyskawicznie pokazuje Sebowi środkowy palec.
- Więc mam propozycję. - Zatrzymuje się, przyglądając się naszym minom.
Cokolwiek myśli, prawdopodobnie chodzi o imprezę, a ja nie wiem, czy mam
na to teraz energię.
Zamiast zacząć przemowę, mruży oczy.
- Dobra, z kim walczymy?
Rozdział 2
2
BEX
Jedną z zalet bycia starszym studentem jest przysługujące mu
pierwszeństwo w przyznawaniu lokum w akademikach, dzięki czemu Laura i ja otrzymałyśmy niesamowity apartament z dwiema sypialniami. Aneks
kuchenny, salon, prywatna łazienka, sypialnie, które nie są szafami... to
prawie wystarczy, aby dziewczyna zapomniała, że kiedy ten rok się
skończy, wróci do mieszkania nad rodzinną restauracją, a jej codzienne
życie będzie się toczyć w piekle małego biznesu.
To ja. Jestem tą dziewczyną.
Ale teraz siedzę na kanapie, moje ramię zwisa niemal do podłogi, a sandały zsuwają się ze stóp. Zmianę w The Purple Kettle, kawiarni na
kampusie, skończyłam jakiś czas temu, ale jestem wykończona po całym
dniu na nogach, gdyż studenci wrócili na uczelnię gotowi uzbroić się w latte lub cold brew. Wolałabym leżeć w łóżku, ale Laura nalegała na
pokaz mody. Najwyraźniej w salonie jest lepsze oświetlenie.
- Och, i mam tę śliczną minisukienkę! - woła ze swojej sypialni. -
Myślałam o niej na dzisiejszy wieczór.
- Co jest dziś wieczorem? - pytam. W pewnym sensie znam już odpowiedź,
bo to musi być impreza, ale pytanie brzmi "gdzie". Bractwo?
Siostrzeństwo? Bractwo i siostrzeństwo? Dom poza kampusem, który i tak
jest pełen frat bros?
- Impreza! - krzyczy Laura, wychodząc ze swojego pokoju. Jest w butach
na wysokich obcasach, które idealnie eksponują jej opalone nogi, a mała
czarna sukienka przylega do jej krągłości jak druga skóra. Z jakiegoś
powodu ma na sobie diabelskie uszy i trzyma małe widły.
- I zanim powiesz, że nie przyjdziesz, wiedz, że przyjdziesz.
Czasami myślę o tym, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami i... nie
oszałamia mnie to, lecz zastanawia. Laura jest bystra jak diabli. Nie
zrozumcie mnie źle, ale dla niej studia są okresem towarzyskiego
spełniania się, natomiast jeśli chodzi o mnie, to w czasie wolnym od
nauki oraz pracy w The Purple Kettle jestem w Abby's Place, gasząc
pożary i próbując opanować chaos. Ojciec Laury jest wybitnym prawnikiem,
a jej matka - równie wybitnym lekarzem. Podczas gdy Laura spędziła jedną
połowę lata we Włoszech, a drugą - w St Barts, ja pielęgnowałam złamane
serce, kłóciłam się z dostawcami i sprzedawałam miejscowym placki.
Kocham ją, ale nasze życia są zupełnie inne. Ona jest w McKee od
pierwszego roku swoich studiów, natomiast w moim przypadku mija dopiero
drugi rok, odkąd przeniosłam się tu jako junior. Dwa lata w McKee
zamiast w lokalnym college'u to absolutnie maksymalny czas, jaki mogę
spędzić z dala od biznesu. Jego wyznacznikiem jest wysokość pożyczek,
które mogę w miarę komfortowo zaciągnąć, choć ich kwota i tak jest
astronomiczna. Może pewnego dnia zrobię użytek z dyplomu z biznesu oraz
z portfolio fotografii, które po cichu rośnie, ale na razie plan jest
taki sam jak zawsze - dom, restauracja, przejęcie biznesu, by moja matka
mogła przestać udawać, że jest na tyle zdrowa, by zajmować się tym
wszystkim sama. Od momentu, gdy tata zniknął z naszego życia, nie była w stanie sobie z tym poradzić.
- Ziemia do Bex - mówi Laura. - Podoba ci się?
Trzyma połyskującą białą sukienkę z głębokim dekoltem oraz rozcięciem na
wysokości uda.
- Dla mnie?
- Tak! - mówi. - I nie martw się, mam dla ciebie też anielskie skrzydła
i aureolę.
- Uhm... dlaczego?
- Ponieważ tematem imprezy są anioły i demony - mówi. - Czy ty w ogóle
słuchasz?
Przecieram twarz dłonią.
- Nie - przyznaję. - Przepraszam. Jestem wykończona.
Jej ramiona opadają.
- Mówiłaś mi, że chcesz mieć w tym roku więcej życia towarzyskiego.
- Życia towarzyskiego, a nie karierę modelki Victoria's Secret.
Przewraca oczami.
- Po prostu przymierz. Będzie na tobie cudownie leżeć i sprawi, że twoje
cycki będą wyglądać bajecznie. Wszyscy chłopcy będą się ślinić na twój
widok.
Biorę sukienkę, wiedząc z doświadczenia, że Laura nie odpuści, dopóki
przynajmniej jej nie przymierzę. Mam w szafie inną białą sukienkę, która
będzie musiała wystarczyć na to przyjęcie.
- A po co mi to?
- Ponieważ musisz pokazać wszystkim, że odeszłaś od Darryla! To idealne
rozwiązanie. Znajdź jakiegoś seksownego faceta, o którego możesz się
poocierać! Upij się! Po prostu spróbuj się dobrze bawić, Bex, proszę.
Latem, podczas jednej z wielu naszych sesji na FaceTime, powiedziałam
jej, że chcę spróbować życia towarzyskiego, zanim ostatecznie je
zakończę, przeprowadzając się z powrotem do domu. Nie sądzę, że jestem w stanie znowu mieć chłopaka, ale ona ma rację, mogłabym spróbować się z kimś umówić. To było długie, samotne lato. Dużo się napociłam, ale nigdy
z przyjemnych powodów. Nigdy nie byłam typem panienki na jedną noc, ale
na wszystko przychodzi czas, prawda?
- Przymierzę ją - mówię, wstając.
Laura piszczy, klaszcząc w dłonie.
- Ale nie obiecuję, że ją włożę. Ani że pójdę na imprezę.
Ona tylko uśmiecha się pogodnie.
- Nie zapomnij o aureoli.
W moim pokoju wciskam się w sukienkę - Laura miała całkowitą rację, moje
cycki wyglądają niesamowicie - nie jestem w stanie zignorować tej części
mnie, która ma nadzieję, że Darryl będzie tam dziś wieczorem. Może Laura
się nie myli. Jeśli Darryl zobaczy, że tańczę z kimś innym, zrozumie, że
to koniec. Przecież nic innego nie zadziałało, mimo że to on zdradził.
Jak na zawołanie, ekran mojego telefonu się rozświetla. Znowu Darryl.
Nie mogę uwierzyć, że kiedyś uważałam, że jest słodki. Niesamowite.
Teraz mam ochotę wyrwać sobie włosy z głowy.
- Przyjdziesz dziś wieczorem, prawda? Tęsknię za moim aniołem. - Z jakiegoś powodu najbardziej irytującym aspektem wiadomości jest wiedza
Darryla o tym, za kogo się przebieram. Nigdy nie będę diabłem i może po
części właśnie to jest problem. Darryl nie wierzy, że to koniec, bo
przywykł dostawać dokładnie to, czego chce, a ja nie jestem
wystarczająco silna, by wbić mu do głowy, że nie jesteśmy już parą.
Tylko dlatego, że jest aroganckim futbolistą, który wierzy, że poślubi
swoją dziewczynę z college'u, a ona będzie za nim podążać przez całą
karierę, jak odbywa się to w przypadku połowy zawodników NFL...
Zakładam skrzydła, przeglądając się w lustrze wiszącym na drzwiach
sypialni. Marszczę brwi. Skrzydła wyglądają śmiesznie, są duże i puszyste. To nie jest coś, co w normalnej sytuacji chciałabym nosić przy
innych ludziach. Biorę aureolę i ją także zakładam - ona w jakiś sposób
to wszystko scala. Eyeliner i matowa szminka dla podkreślenia?
Darryl będzie do mnie lgnął jak ćma do światła, ale mam nadzieję, że
inni faceci też.
Rozdział 3
3
JAMES
Szarpię się z kołnierzem, podążając za moimi braćmi do domu bractwa.
Chyba każda lampa w domu jest włączona, ponieważ światło rozlewa się jak
z wykrojonej dyni i przysięgam, że czuję bas muzyki pod moimi stopami.
Gdy Cooper, chcąc otworzyć drzwi, kładzie rękę na klamce, powstrzymuję
go. Biorę głęboki oddech i kontynuuję układanie kołnierzyka.
Przez lata miałem wielu kolegów z drużyny. Ważne jest, aby zrobić dobre
pierwsze wrażenie, zwłaszcza na liderach każdej z grup graczy. Większość
z nich poznałem podczas miniobozu na początku tego miesiąca, ale to były
spotkania formalne. Praca. Wszyscy wiedzieli, skąd pochodzę i co
osiągnąłem, więc przyłożyliśmy się i zaczęliśmy przygotowania do sezonu.
Ale sytuacja towarzyska, taka jak ta? To jest ważniejsze. Podążają za
moimi wskazówkami na boisku, bo chcą zagrać dobry mecz, ale abym mógł
ich poznać i zdobyć ich zaufanie, musimy stworzyć więź. Muszę poznać
każdego z nich nie tylko jako jednostkę, lecz także jako część drużyny.
Co studiują? Kto dołączy do mnie w lidze w przyszłym sezonie, a kto ma
inne plany po ukończeniu studiów? Kto jest nowicjuszem? Kto jest po
kontuzji? Kto ma partnerkę, której imię muszę zapamiętać? Wiem, że mogę
udowodnić im swoją wartość na boisku. Robiłem to przez całe życie, ale
to jest decydujący moment. Nie biorę udziału w wielu imprezach w sezonie, więc muszę to zrobić teraz. Ale w tej chwili czuję się chujowo
w moim garniturze.
- Wyglądamy jak banda mafiosów - mówię. - Czy to na pewno ten motyw?
Jeśli wejdę tam w czarnym garniturze, czarnej jedwabnej koszuli, z rozpiętymi górnymi guzikami i włosami zaczesanymi do tyłu, a wszyscy
inni będą w szortach i T-shirtach, zamorduję mojego brata. Przekonał
mnie nawet do założenia złotego łańcuszka, który zwykle noszę tylko na
specjalne okazje. Jedynym pocieszeniem jest to, że on wygląda równie
śmiesznie.
Coop przeczesuje dłonią włosy i parska śmiechem. Nie mam pojęcia, jak
radzi sobie z tym kudłatym bałaganem. Wykorzystuje swój gwiazdorski
status obrońcy McKee, dzięki któremu prawie wszystko uchodzi mu na
sucho.
- Dobrze wyglądasz, daję słowo. Co jest bardziej diabelskiego niż banda
mafijnych zabójców?
- On nie kłamie - mówi Seb, regulując na nadgarstku ciężki zegarek,
który wygląda jak grat z lat osiemdziesiątych.
- To impreza tematyczna, jak każda organizowana przez to bractwo.
Głównie po to, by dziewczyny ubrały się tak skąpo, jak to tylko możliwe.
- Coop klepie Seba po plecach. - A ja jestem gotowy na małą ucztę dla
oczu. Możemy wejść? A może potrzebujesz jeszcze chwili na zamartwianie
się?
Wyprostowałem się.
- Nie, chodźmy.
Gdy drzwi się otwierają, uderza mnie fala dźwięku. Wszędzie są ludzie,
na szczęście wszyscy ubrani równie głupio jak my. Beer pong2,
parkiet taneczny, rozbierany poker, kilka całujących się par, trójkąt w kącie... standard, jeśli chodzi o imprezy bractw.
Grupa kolesi, ewidentnie z drużyny baseballowej, macha do Seba, który
udaje się na mecz beer ponga. Dziewczyna ubrana w najkrótszą spódniczkę,
jaką kiedykolwiek widziałem, spogląda na Coopera, który z radością
podąża za nią na parkiet. Gdybym miał obstawiać, jest ona hokejowym
króliczkiem, który przyszedł na tę imprezę z nadzieją, że poderwie
właśnie Coopa. To sprawia, że stoję w drzwiach, szukając kogokolwiek,
kogo znam z drużyny futbolowej.
Włosy na karku stają mi dęba, gdy zdaję sobie sprawę, że ktoś się na
mnie gapi.
Kurwa, jaka ona ładna. Anioł w bieli, z pierzastymi skrzydłami i złotą
aureolą. Opiera się o ścianę, z czerwonym kubkiem w jednej z delikatnych
dłoni, obserwując tłum tancerzy. Jej truskawkowe blond włosy opadają
falami wokół twarzy, otaczając duże, ciemne oczy. Obcasy sprawiają, że
jej nogi wyglądają na długie i gibkie. Przyciągany jej spojrzeniem
prawie robię krok do przodu, gdy nagle słyszę swoje nazwisko. Odwracam
się w poszukiwaniu źródła głosu i kątem oka widzę, jak dziewczyna
zmienia pozycję i kieruje się na parkiet.
- Callahan - głos mówi ponownie. Teraz go rozpoznaję. Należy do Bo
Sandersa, jednego z ofensywnych graczy i starszego kolegi, który
jesienią dołączy do ligi. Jest tak wysoki, że góruje nad resztą
imprezowiczów. Ja mam około stu osiemdziesięciu siedmiu centymetrów
wzrostu i muszę spojrzeć w górę, by napotkać jego wzrok. Nie mogę się
doczekać, aż będzie rozpierdalał linie defensywne przeciwników. Z nim w narożniku będę miał kilka dni na wykonanie podań. Gdy Bo do mnie
dociera, wciska mi piwo do ręki i klepie po plecach.
- Miło cię widzieć, stary.
- Sanders - mówię, także klepiąc go po plecach. - Kurwa, nosisz garnitur
lepiej niż połowa chłopaków tutaj.
Bo jest ubrany w ciemnoczerwony garnitur z poszetką złożoną w kieszonce.
Ten kolor świetnie współgra z jego ciemnobrązową karnacją.
- To mój strój przedmeczowy - mówi. - Jestem na fali, kochanie.
- Zapomnij o grze wstępnej, wyglądasz na gotowego do selekcji. A pozostali?
- Jesteśmy w pokoju obok i gramy w pokera.
Jęknąłem.
- Mam nadzieję, że nie w rozbieranego.
- Jakbyś miał się czym martwić - praktycznie krzyczy przez ramię, gdy
podążam za nim wśród tłumu. Muzyka dudni, rozluźniając mnie.
Chciałbym powiedzieć, że nie zauważam każdego spojrzenia, jakie
przyciągamy, ale jeszcze nie przywykłem do popularności, która wiąże się
z zajmowaniem pierwszego miejsca w krajowym rankingu rozgrywających,
nawet nie wspominając o fakcie, iż jestem przystojny. Większość ludzi
zna moją twarz i moje umiejętności, więc na zainteresowanie ze strony
kobiet także nie mogę narzekać. Gdy przeciskamy się przez dużą grupę
imprezowiczów, jakaś dziewczyna przykleja do mojego paska skrawek
papieru z jej numerem telefonu. Kuszące, ale większa część mnie chce
wrócić na parkiet, znaleźć tego małego aniołka o truskawkowych blond
włosach i poprosić do tańca.
- Callahan! - ktoś inny praktycznie ryczy, gdy Sanders popycha mnie do
przodu. Rozpoznaję większość chłopaków w pokoju, co mnie uspokaja. Jest
tam nasz kopacz Mike Jones oraz Demarius Johnson, jeden z najlepszych
skrzydłowych w lidze uniwersyteckiej. Darryl Lemieux, kolejny kluczowy
skrzydłowy w moim arsenale broni. Jackson Vetch, debiutant, który będzie
moim rezerwowym rozgrywającym. Nie żebym planował dać mu choćby minutę
gry. Może przejąć stery w przyszłym roku, kiedy będę już w NFL.
Siadam obok Darryla na kanapie. Bierze udział w grze w pokera, ale nie
jest nią zainteresowany, bo narzeka na swoją dziewczynę. A może byłą
dziewczynę?
- Nic nie poradzisz na to, że ona nie chce już być z twoim brzydkim
tyłkiem - mówi Sanders, co wywołuje śmiech reszty chłopaków. Zgadzam
się. Jaki jest sens tęsknić za kimś, kto już cię nie chce?
Ale Darryl jest moim nowym kolegą z drużyny, co oznacza, że jestem po
jego stronie.
- Jestem pewien, że dojdzie do siebie i zda sobie sprawę z tego, kogo
traci - mówię, klepiąc go po ramieniu. - Nawet się o to nie martw. -
Biorę długi łyk piwa, rozkoszując się jego rześkością. Nawet jeśli
wszyscy inni są nawaleni, to jest to jedyny drink, na który sobie dziś
pozwalam.
- Wiesz co? - mówi Darryl. - Pieprzyć ją. Nie jest lepsza od innych
dziewczyn, które miałem.
- Jej cycki są ładne - mówi Fletch, jeden z D-manów3.
- Była uparta - deklaruje Darryl. - Zawsze taka kurewsko zajęta. Nie
pozostawiła mi wyboru i musiałem szukać gdzie indziej.
Ukrywam swoje niezadowolenie za kolejnym łykiem. Nie chcę psuć
atmosfery, bo jestem tu nowy, ale takie dupki jak on podnoszą mi
ciśnienie. Bo przyciąga mój wzrok i lekko kręci głową.
W porządku, najwyraźniej sprawa ma drugie dno. Łapię wskazówkę, by się
wycofać.
- Ktokolwiek zechce mnie wprowadzić w temat?
Darryl bierze talię kart i niechlujnie ją tasuje.
- To uparta dziwka, Fletch. Nie chcesz z nią zadzierać.
Cholera. Znów zaczynamy.
- Hej - mówię. Powaga w moim tonie musi być słyszalna, bo Fletch zamiera
w połowie drogi po piwo, a Demarius podnosi wzrok znad telefonu. - Nie
wiem, jak było tutaj przede mną, ale w moim zespole szanujemy kobiety.
Darryl otwiera usta. Podnoszę rękę, by powstrzymać to gówno, którym
zamierza się ze mną podzielić.
- Nawet jeśli jest twoją byłą i myślisz, że zrobiła ci coś złego. -
Patrzę mu prosto w oczy. - Rozumiesz?
Darryl spogląda na resztę grupy, przewracając oczami.
- Co dokładnie?
- Mam powtórzyć? - Celowo powoli odstawiam piwo i odchylam się w fotelu.
- Powinieneś wiedzieć, że nie lubię powtarzać tego samego dwa razy.
Darryl wstaje. Jego ramiona są spięte, a jasna twarz zaczerwieniona ze
złości. Na boisku będę musiał pilnować, żeby nasi zawodnicy nie
rozjuszyli go niewłaściwą drwiną. Z takim temperamentem będzie ściągał
na siebie karne.
- Masz mi coś do powiedzenia, powiedz mi to prosto w twarz. Nie owijaj w bawełnę, Callahan, to nie jest słodkie.
Ja też wstaję. Może to głupie, ale cieszę się, że przewyższam go o przynajmniej dwa cale. Pochylam się tak, że nasze twarze prawie się
stykają.
- W porządku. Jeszcze raz nazwij dziewczynę, jakąkolwiek dziewczynę,
dziwką lub suką, a ci przypierdolę.
Szydzi.
- Jakbyś się odważył ze mną walczyć.
- Nie będę z tobą walczyć. - Spoglądam po naszych kolegach z drużyny,
którzy skupiają się na każdym słowie tej interakcji, jakbyśmy byli
zawodnikami WWE w świetle reflektorów. - Ale nie będę ci podawał.
Groźba odbija się echem po całym pokoju. Jasne, nie uderzę go, nawet
jeśli na to zasługuje. Ale jeśli uczynię go niewidzialnym na boisku, to
gorsze niż odsunięcie na ławkę rezerwowych. Darryl to wie, ja to wiem i wiedzą to wszyscy w tym pokoju.
- O cholera - mówi Demarius. - On nie blefuje.
- Nie możesz tego zrobić - odpowiada Darryl. - Jestem jednym z najlepszych skrzydłowych w tej drużynie. Jestem potrzebny.
- Myślisz, że nie mogę? - Przechylam głowę na bok. - Jak sądzisz,
dlaczego trener mnie zwerbował? Żebym był szeregowym żołnierzem, czy
pieprzonym przywódcą?
Usta Darryla się zamykają, a ja spoglądam po reszcie chłopaków.
- Jak myślisz? Dlaczego spędzam tu ostatni rok studiów?
- By zdobyć dla nas pieprzone mistrzostwo kraju - mówi Bo.
- Tak - potwierdza Fletch. - Mistrzostwo kraju albo porażka.
Pstrykam palcami i wskazuję na niego.
- Dokładnie. A jeśli chcesz mistrzostwa, grasz według moich zasad.
Zrozumiałeś?
Moje żądanie wisi w powietrzu przez dłuższą chwilę. W tle słyszę muzykę,
wprawiającą ściany w wibracje. To jest decydujący moment. Nie tak go
sobie wyobrażałem, ale oto nadszedł i jeśli teraz nie przekonam
chłopaków, ten sezon będzie piekłem.
Wreszcie Bo mówi:
- Jasne, że tak, a wszyscy inni kiwają głowami i wyrażają swoje
poparcie. Ktoś klepie mnie po ramieniu, ale nie odrywam wzroku od
Darryla, który wygląda, jakby chciał się na mnie zamachnąć.
- Zrozumiałem - mówi w końcu. Szorstko mnie mija i wychodzi z pokoju.
Chryste, współczuję dziewczynie, która miała nieszczęście się z nim
spotykać.
Rozdział 4
4
BEX
Stoję w kącie, obserwując, jak Laura tańczy ze swoim chłopakiem Barrym.
Po kolejnej rozmowie typu "może już skończyliśmy" znowu są na etapie
miesiąca miodowego i, szczerze mówiąc, jest bardzo prawdopodobne, że
połowa imprezowiczów będzie świadkiem ich zbliżenia. W tej chwili
ocierają się o siebie i całują się tak, jakby nie widzieli innych
tancerzy, energetycznej gry w beer ponga, odbywającej się po drugiej
stronie parkietu, czy gry w rozbieranego pokera, której odgłosy
dobiegają z sąsiedniego pokoju. Jestem o trzy sekundy od zerwania mojej
głupiej aureoli i ucieczki w wilgotną sierpniową noc. Darryl przyszedł
jakiś czas temu w towarzystwie połowy drużyny futbolowej McKee. Nie
zauważył mnie. Na szczęście byłam w kącie, rozmawiając z kilkoma
dziewczynami, z którymi przyjaźnię się dzięki Laurze. Ale mimo że
poszedł w głąb domu, do jednego z wypełnionych po brzegi pokoi, czuję
jego obecność. W zeszłym roku poczucie jego bliskości, nawet gdy nie
byliśmy tuż obok siebie, było jednym z lepszych aspektów bycia razem.
Patrząc na wskroś pokoju, mogłam spotkać jego wlepione we mnie
spojrzenie, podczas gdy rozmawiał z przyjaciółmi. Za każdym razem, gdy
szłam na jeden z jego meczów, był moment, w którym spoglądał w trybuny,
jakimś cudem znajdował mnie wzrokiem i puszczał do mnie oczko. Ta
nieustanna uwaga rozpalała moją skórę pozytywnie. A teraz? Moja skóra
nadal płonie, ale z irytacji i zażenowania. Nie powinnam była tu dziś
przychodzić. Nie wiem, co jest gorsze - bać się momentu, w którym jego
pijany tyłek spróbuje namówić mnie na powrót do łóżka, czy patrzeć jak
działają na niego zaloty jakiejś futbolowej groupie z bractwa. Wiem
lepiej niż ktokolwiek inny, jak łatwy jest dla dziewczyny, która
przyrzeka, że jest jego największą fanką. Tymczasem po drugiej stronie
pokoju otwierają się drzwi i wchodzi trzech facetów w czarnych
garniturach. Dwóch z nich ma ciemne włosy, a jeden jest blondynem - ten
od razu udaje się na imprezę. Wkrótce jeden z ciemnowłosych, chłopak z brodą i łobuzerskim uśmiechem, rusza na parkiet z jakąś dziewczyną.
Trzeci mężczyzna najbardziej przykuwa moją uwagę. W przeciwieństwie do -
jak zakładam - jego brata, nie ma brody. Nie mogę oderwać wzroku od jego
idealnie zarysowanej brody oraz od gęstych włosów, które w niesamowity
sposób kręcą się nad jego czołem. Jest wysoki i dobrze zbudowany, a gdy
się rozgląda... to tak, jakby zauważał każdy szczegół.
Łącznie ze mną.
Przełykam ślinę, starając się zachowywać swobodnie, gdy czuję na sobie
jego wzrok. Wtedy Bo Sanders, jeden z kolegów Darryla z drużyny,
podchodzi się z nim przywitać. Czy on jest futbolistą? Musi być nowy, bo
go nie poznaję, a przecież w zeszłym sezonie spędziłam dużo czasu z drużyną. Dopijam resztę ciepłego piwa i ruszam przez parkiet. Ktoś
nadepnął mi na stopę, co sprawia, że wpadam na Laurę, która chichocze i mocno mnie przytula.
- Bex! Czyż nie bawisz się cudownie!? - Barry wciska mi w dłoń kolejny
napój. - Jest zimne! - krzyczy niepotrzebnie. To piwo jest zbawieńczo
chłodniejsze od poprzedniego, więc biorę łyk. Laura całuje mnie w policzek, kołysząc nami, bo jej ramiona wciąż są owinięte wokół mnie.
Czuję jej charakterystyczne perfumy o zapachu kwiatu pomarańczy, a także
piwo w jej oddechu.
- Hej - mówię. - Zamierzam wyjść.
Jej usta, wciąż idealnie czarne od matowej szminki, wykrzywiają się w grymasie.
- Co? Nie ma mowy! Dopiero zaczynamy!
- Darryl tu jest.
- Darryl? - mówi głośno. - Gdzie?
Żołądek mi się ściska. Odciągam ją z parkietu, z powrotem w cień.
- Przestań, bo go przywołasz.
Laura staje w miejscu i odmawia zrobienia kolejnego kroku. Mimo że jest
pijana, jej oczy są przejrzyste, gdy na mnie patrzy.
- Bex, w porządku. Nie kręć się wokół niego. Pokaż mu, że nic ci nie
jest.
- Ale co, jeśli jest? - Głos mi się łamie, gdy odpowiadam. Laura
najwyraźniej zdaje sobie sprawę z mojego bólu, ponieważ rzuca Barry'emu
przepraszające spojrzenie i ciągnie mnie za sobą. Wchodzimy na górę,
mijamy kilka par będących na różnych etapach zbliżenia i zatrzymujemy
się przed jednymi z drzwi. Laura w nie wali. Ktoś krzyczy, żebyśmy sobie
poszli, na co ona szarpie za klamkę. W końcu drzwi się otwierają,
ukazując faceta bez koszulki, podciągającego spodnie, a także dziewczynę
bez stanika, poprawiającą sukienkę.
- O co ci chodzi?! - krzyczy. - Wynocha!
Laura mówi z taką stanowczością, że nawet z nią nie dyskutują. Wciąga
mnie do środka i każe usiąść na brzegu wanny, zamykając drzwi i opierając się o nie. Zdmuchuje włosy z oczu i bierze głęboki oddech.
- Chcesz do niego wrócić? - pyta.
- Nie - odpowiadam natychmiast.
- Nadal go kochasz?
- Boże, nie.
- Dobrze. Bo to palant przelatujący przypadkowe laski, uganiające się za
sportowcami.
Wykrzywiam twarz. Zeszłej wiosny natknęłam się na cały ten jego
sexting, a potem wyszła na jaw historia pobocznych łowów mojego
faceta, co było gwoździem do trumny naszego szybko rozpadającego się
związku. Poznałam Darryla podczas mojego pierwszego semestru w McKee, na
takiej samej imprezie jak dzisiejsza. Wtedy perspektywa posiadania
chłopaka po raz pierwszy od czasów liceum była zbyt kusząca, by się jej
oprzeć. Podczas sezonu futbolowego łatwo było trwać w tej relacji.
Darryl był tak zajęty, że - o ile chodziłam na wszystkie miejscowe mecze
jego drużyny - nie przeszkadzały mu moje liczne obowiązki. Po
zakończeniu rozgrywek i wraz z nadejściem semestru wiosennego stał się
jednak natarczywy, nadopiekuńczy i irytujący, a w międzyczasie zdradzał
mnie z kilkoma futbolowymi groupies. Mimo mojej jasnej deklaracji, że
chcę z nim zerwać, spędził całe lato pisząc do mnie SMS-y i dzwoniąc,
jakby myślał, że zmienię zdanie. Darryl Lemieux nie jest przyzwyczajony
do przyjmowania odmowy, zwłaszcza jeśli odmawia kobieta. Teraz cały
dystans, który zbudowałam między nami przez lato, kiedy on był w domu w Massachusetts, a ja wciąż w Nowym Jorku, zniknął w ciągu jednej nocy. Na
jednej kiepskiej imprezie.
- Wiem - mówię. - Nie jestem... Po prostu się tego boję, wiesz? Będzie
próbował rozpalić moje uczucia na nowo, a kiedy zda sobie sprawę, że nie
jestem w stanie się przełamać, zachowa się jak dziecko. To właśnie robił
przez cały czas, gdy byliśmy razem. Jeśli ktoś nie daje mu tego, czego
chce, narzeka. To tak, jakby uważał się za jakiegoś boga, tylko dlatego,
że potrafi złapać głupią piłkę.
Laura siada obok mnie na brzegu wanny. Spogląda za siebie i robi
zdegustowaną minę.
- Uff, ktoś musi posprzątać tę łazienkę, jest paskudna. Ale niezła
słuchawka prysznicowa.
Uśmiecham się słabo.
- Nie żałujesz, że mieszkasz ze mną zamiast tutaj, co?
- Zdecydowanie nie. To tak, jakbym wybrała konieczność pilnowania mojej
prostownicy przed sępami, zamiast życia z moją najlepszą przyjaciółką.
Stukamy się ramionami.
- Pójdę do domu. Baw się dobrze z Barrym.
Zmarszczyła brwi.
- Jesteś pewna, że chcesz wracać sama taksówką? To będzie drogie.
- Coś wymyślę - mówię, chociaż w myślach przeklinam, bo ona ma rację.
Kosztowna taksówka, nawet jeśli wracam do akademika oddalonego jedynie o około piętnaście minut jazdy, znacznie uszczupli kwotę, którą zarobiłam
na zmianie w The Purple Kettle. Miałam szczęście, że w drodze na imprezę
mogłam się zabrać z Barrym.
- Dobrze - odpowiada, przyciągając mnie do siebie. - Ale zadzwoń do
mnie, gdy będziesz w apartamencie. I może wyjdź tyłem.
Na pożegnanie całuję ją w policzek. Przedzieram się przez tłumy i kieruję się na zaplecze, gdzie znajduje się wyjście na patio.
- Bex. - Odwracam się jak idiotka i prawie wpadam na Darryla.
- Hej - mówi, podtrzymując mnie dłońmi za ramiona. Ścisnął je, zanim się
odsunął. - Wreszcie, myślałem, że się nie pokażesz. Co pijesz, kochanie?
- Na chwilę zamykam oczy. Chęć ucieczki jest tuż obok, napiera na mnie,
ale zmuszam się do pozostania w miejscu.
- Ja...
- Wiem - mówi, pstrykając palcami. - Wódka z wodą sodową.
Zupełnie nie ma racji. Jeśli piję coś innego niż piwo lub wino, zwykle
jest to rum z colą. Próbuję go ominąć, ale on owija ramię wokół mojej
talii. Głaszcze dekolt mojej sukienki, jego palce muskają moją skórę.
Zaciskam zęby.
- Darryl.
- Wiedziałem, że wrócisz - mówi. - Jesteś taka ładna, kochanie. Tak się
cieszę, że przyszłaś dziś dla mnie.
Odpycham jego rękę.
- Wcale nie. - Kątem oka widzę tego faceta sprzed chwili. Ma skrzywiony
wyraz twarzy i robi krok do przodu. - Właściwie to jestem tu dla niego.
Nie wiem, co mnie opętało, ale uwolniłam się od Darryla i podeszłam do
nieznajomego, położyłam ręce na jego szyi i pocałowałam go.
W usta.
Jasna cholera, to dobry pocałunek. Może jest zaskoczony, ale go
odwzajemnia, jego ramiona obejmują mnie w talii, a ciepłe ciało
przyciska się do mojego. Pogłębia pocałunek, wysuwa język i przeciąga
nim po moich ustach, a ja otwieram się na niego. Pozwalam mu się
całować, brakuje mi tchu i jestem rozgrzana. Pachnie lasem, jakby jego
woda kolońska miała w sobie nutę sosny, a te duże dłonie... trzyma je
nisko na moim ciele, prawie muskając mój tyłek. Po pół sekundy oddechu
całuję go ponownie, z zamiarem pożegnania się. Żeby uciec. Ale on
zacieśnia uścisk, eksplorując moje usta swoimi, kradnąc mi oddech. Ten
jeden pocałunek z nieznajomym jest lepszy niż jakikolwiek, kiedy całował
mnie Darryl - jest w tym niesamowicie dobry. Całuje, jakby to była jego
praca. Mogłabym tu zostać całą noc, oferując mu swoje usta. Przesuwa się
trochę i pochyla, by mruczeć mi do ucha.
- Jak masz na imię, kochanie? - Czar prysł. Może Laura chce, żebym była
osobą, która radzi sobie z podrywem, ale ja nie potrafię. Nie jestem do
tego stworzona. I nie dam się wciągnąć w kolejny związek zmierzający ku
zagładzie, nawet jeśli chłopak całuje tak grzesznie i pachnie jak
cholerny las. Cofam się, odrywając się od niego. Moje ciało natychmiast
tęskni za jego dotykiem. Czuję zimno, nawet w tym zatłoczonym pokoju.
Muzyka wciąż gra, ale ledwo ją słyszę. Odwracam się na pięcie i ruszam w stronę drzwi.
- Zaczekaj - słyszę, jak nieznajomy mówi w tym samym czasie, gdy Darryl
mnie woła. Cholera. Co ja do cholery zrobiłam?
Rozdział 5
5
BEX
Nie mogę uwierzyć, że spośród wszystkich osób, które mogłam pocałować,
wybrałam nowego rozgrywającego McKee, tak zwanego zbawcę naszego
programu futbolowego, kolegę Darryla z drużyny. Cholera. Mimo że muszę
wstać i przygotować się do zajęć, nie mogę przestać myśleć o tym, co się
wydarzyło. Nie o brzydkim wyrazie twarzy Darryla, czy o tym, jak połowa
imprezowiczów gapiła się na mnie, gdy uciekałam, ale o tym, co czułam
podczas pocałunku. Zawsze byłam niepewna siebie, jeśli chodzi o całowanie się, zwłaszcza w obecności innych Ale ten facet... sprawił, że
wszyscy i wszystko zniknęło. Sposób, w jaki położył ręce na moim ciele,
by przyciągnąć mnie bliżej... lekka szorstkość jego ust... sposób, w jaki je
niechętnie oderwał... to był pocałunek, o którym warto fantazjować.
Wsunęłam dłoń pod pasek spodenek do spania, zaledwie muskając górną
część wzgórka łonowego. Może uda mi się szybko i... Nie.
Nie mogę. Nawet jeśli nie mogę przestać wyobrażać sobie jego ust między
moimi nogami.
Spoglądam na swój telefon. Mam czas. Przygryzam wargę i przesuwam palce
w dół. Rozchylają fałdki, a ja powstrzymuję sapnięcie, gdy dotykam
łechtaczki. Okrążam ją czubkiem palca. James ma tylko odrobinę zarostu -
gdyby dotknął ustami miejsca, w którym są moje palce, rozkosznie
drapałby moją skórę. Czy byłby delikatny? Szorstki? Ja zaczęłam
pocałunek, ale to on z łatwością przejął inicjatywę. Rozgrywający
dowodzą widowiskiem na boisku, prawda? Więc w łóżku...
- Bex! - mówi Laura, dobijając się do moich drzwi. Moja ręka wyplątuje
się ze spodenek. Nawet nie jestem zła na przyjaciółkę, tak będzie
lepiej. Nic dobrego nie wyniknie z fantazjowania o facecie, którego
pocałowałam w panice, na oczach mojego byłego. Nagle czuję, jak moja
twarz zaczyna płonąć. Mógł mnie pocałować, ale jestem pewna, że z perspektywy tych kilku dni uważa mnie za dziwadło. Mogę tylko mieć
nadzieję, że nie wpadnę na niego przypadkiem na kampusie. Dobrze, że
nasz uniwersytet jest tak duży. Może chłopak nie przepada za kawą i nawet nie zajrzy do The Purple Kettle.
- Bex! - woła Laura. - Niedługo musimy wyjść, jeśli przed zajęciami
chcemy zjeść śniadanie.
- Zaraz tam będę!
Zrywam się z łóżka i otwieram drzwi szafy. Wkładam dżinsowe szorty i wyblakłą koszulkę Abby's Place - jedyną rzecz, która w knajpie zawsze
jest pod ręką. Przeczesuję włosy grzebieniem i znajduję sandały. -
Niestety, będę musiała dziś zrezygnować z makijażu. Po umyciu zębów i wrzuceniu rzeczy do plecaka, Laura i ja wyruszamy w miasto. Do naszego
akademika przylega stołówka - błogo jest dostać pierwszą filiżankę kawy
i kilka tostów bez przygotowywania ich samemu. Stołówka to najlepsza
część college'u, a jedną z rzeczy, za którymi będę tęsknić najbardziej -
jedzenie na zawołanie. Moje placki są jednak o wiele lepsze. Kiedy obie
mamy jedzenie, znajdujemy boks z tyłu sali.
Laura wygląda na bardziej zadbaną niż ja. Pełny makijaż, dobrze dobrana
biżuteria. Założę się, że wstała poćwiczyć i w ogóle. A co ja robiłam?
Podniecałam się na myśl o zaroście jakiegoś kolesia... A przecież dopiero
udało mi się wyjść z destrukcyjnego, pochłaniającego wszystko,
wysysającego duszę związku. W tym semestrze nie mogę pozwolić sobie na
żadne niepotrzebne rozpraszacze. Nie z mamą, knajpą i wszystkim innym,
co mam na głowie.
- Powiesz mi, co się stało? - spytała w końcu Laura.
Unoszę brew, biorąc łyk kawy.
- Przecież już wiesz.
- Wiem, bo Mackenzie mi powiedział. Ale to nie to samo, co relacja
usłyszana od ciebie.
- Powiedziałaś mi, żebym związała się z kimś innym.
- Nie z nim!
Przecieram twarz dłonią.
- Wiem, że to było bezgranicznie głupie. Mam nadzieję, że Darryl nie
sprawiał mu kłopotów.
Byłoby to do niego podobne, gdyby próbował walczyć z facetem, którego to
ja pocałowałam, choć to i tak nie sprawa Darryla. To kolejny powód, dla
którego mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała wchodzić w interakcje z chłopakiem z imprezy. Spaliłabym się ze wstydu, gdyby moje
ciało zdradziło mnie przed nim. Poza tym, on mógłby być zmuszony do
odparcia wkurzonego Darryla, o co zapewne by mnie obwiniał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki