Rozdział 1
Anka Jaworek obudziła się wcześnie rano.
Jeszcze zanim otworzyła oczy, odruchowo przejechała dłonią po drugiej
połowie łóżka. Zimnej. Nie wiedziała, czy Jacek w ogóle się dzisiaj
położył. Kiedy wyszła wieczorem z łazienki, siedział przed komputerem.
Nawet nie próbowała z nim dyskutować. Zbyt wiele wieczorów i nocy
spędzili ostatnio na kłótniach. A i tak nic się nie zmieniało.
Pierwsza prawdziwa miłość. Spełnione marzenie, które ostatnio dziwnie
się komplikowało.
Mieli trudny do określenia problem, który powoli zatruwał wszystkie
aspekty ich życia.
Anka wzięła głęboki wdech. Za chwilę miała przyjechać mama. Do tego
czasu należało się ubrać, uprzątnąć trochę pokój stołowy, zaparzyć kawę
i ogólnie postawić siebie i otoczenie do pionu. Żeby wyglądało, jakby
wszystko było w porządku.
Nie wyobrażała sobie, że miałaby rozmawiać z matką o swoich troskach.
Dzieliło je zbyt wiele, choć pozornie żyły w zgodzie. Ich wzajemny pokój
opierał się głównie na zasadzie, że nie rozmawiały nigdy o niczym
ważnym. W grę wchodziły wyłącznie pogoda, błahe nowinki z codziennego
życia, kulinaria i rośliny doniczkowe, które obie lubiły.
W mieszkaniu panowała cisza, co mogło oznaczać, że Jacek wyszedł już do
pracy. Albo siedział w kuchni, w kącie przy oknie, trzymając w jednej
ręce całkowicie wystygłą kawę, a w drugiej telefon.
- Nie spędzam dużo czasu przed komputerem. Nie tak jak dawniej -
tłumaczył jej, gdy się żaliła, że ciągle jest sama.
Było w tym trochę racji. Ale gorzkiej. Po prostu odkąd telefony zaczęły
mieć coraz więcej funkcji, zastępowały inne sprzęty. Teraz zamiast
siedzieć przed komputerem, jej ukochany niegdyś mężczyzna gapił się w telefon. Dla niej to nie miało znaczenia. Jakikolwiek ekran Jacek miał
przed oczami, skutkowało to tym samym. Nieprzytomnym wzrokiem,
wylogowaniem się z rzeczywistości, marnowaniem niewiarygodnej ilości
czasu. I jej samotnością.
Wstała z łóżka i ruszyła do łazienki. Weszła pod prysznic. Wciąż
pogrążona w analizowaniu swojej zawiłej sytuacji, umyła się i ubrała.
Zrobiła sobie staranny makijaż. Rozczesała włosy, po czym spojrzała w lustro. Uśmiechnęła się lekko.
Zobaczyła przez okno samochód mamy parkujący pod blokiem, zagęściła więc
ruchy. Sprawdziła na wszelki wypadek, czy Jacek nie schował się w toalecie ani w najmniejszym pokoju, który kiedyś przeznaczyli dla
dziecka, ale który na razie stał pusty. Byłoby jej niezręcznie wobec
mamy, gdyby powiedziała, że chłopak poszedł do pracy, a on tymczasem w najmniej spodziewanym momencie wychyliłby się z jakiegoś kąta.
Nieogolony, w dresie i z nieprzytomnym wzrokiem. To był ostatnio jego
ulubiony plan wizerunkowy. A przecież kiedyś lubił ładnie wyglądać, a ona miała powody, by być z niego dumna.
Teraz coraz mniej ich łączyło.
Ostatnio nie mówił jej o swoich planach. Czasem wychodził z domu i nie
wiedziała, dokąd idzie. Bywało też tak, że sam przychodził do niej,
meldował na przykład, że wybiera się do sklepu, choć go o to nie pytała,
a potem wbrew własnym słowom siedział w kuchni nad komputerem przez cały
wieczór.
Nie mogła za nim nadążyć.
Ale tym razem z pewnością nigdzie go nie było. Niewielkie mieszkanie ma
swoje zalety. Łatwo sprawdzić każdy kąt. Szybko przygotowała stół w pokoju.
Potem podbiegła drzwi i wzięła się w garść.
Kiedy pani Jaworek weszła do środka, zobaczyła uśmiechniętą córkę, która
gościnnym gestem zapraszała ją do środka. Stół nakryty był jasnym
obrusem, a na nim czekały filiżanki oraz dzbanek wypełniony herbatą. Na
porcelanowym talerzyku, odziedziczonym jeszcze po prababci, leżały
ciastka. Wprawdzie kupne, ale matka Anki niczego więcej nie oczekiwała.
Życie kobiety w tych czasach stanowczo zbyt mocno przepełnione jest
obowiązkami.
Dumna była z córki, że tak świetnie sobie radzi. Dobra praca, świetny
chłopak, ładne mieszkanie. I to wszystko przed trzydziestką.
***
Picie kawy z mamą trwało tylko godzinę. Anka była jednak zmęczona, jakby
uczestniczyła w całodziennej konferencji na temat proponowanych przez
rząd zmian podatkowych.
Mama bowiem znała tylko jeden interesujący temat do rozmowy. Pretensje
wobec babci. Nie była w stanie go wyczerpać, choć pochłonął cały czas
spotkania.
- I wyobraź sobie, ona teraz wraca po tylu latach i chce się pogodzić!!!
- zakończyła swoją długą wypowiedź. - A gdzie była, kiedy jej
potrzebowałam?!!!
- Za granicą - odpowiedziała jej Anka, która doskonale znała tę
historię. - Wiem, mamo, to musiało być trudne.
Nagromadzone emocje rodzicielki atakowały ją z całą mocą. Chciała już
wyjść z mieszkania. Zadzwonić do Klaudii, najlepszej przyjaciółki,
pogadać o czymś innym. Czuła, że nie zdoła udźwignąć więcej niedobrych
wieści.
- Przywiozła maszynopis! - Matka powiedziała to takim tonem, jakby to
był czyn wymagający natychmiastowej kary. Rzuciła na stół plik kartek w białej kopercie. Łupnęły o blat, aż Ania podskoczyła.
- Co to jest? - zapytała.
- Ta historia rodzinna, którą spisała - wyjaśniła mama z niechęcią. -
Niby że taka jest przywiązana do tradycji. A nie miała żadnych
skrupułów, żeby zostawić swoje dziecko i ruszyć w świat za kochankiem! -
To ostatnie słowo wyrzuciła z siebie ze szczególnym obrzydzeniem. - Ja
wychowałam cię sama! - przypomniała po raz setny. - Było ciężko, ale nie
uciekłam!
- Wiem. - Anka wstała. Nie mogła już tego słuchać. Czuła się winna, że
zmarnowała młodość matce, która musiała się zajmować dzieckiem, zamiast
cieszyć się życiem i rozwijać. Ale przecież nie miała na to wpływu. Nikt
jej nie pytał o zdanie.
Otworzyła okno, bo miała wrażenie, że z pokoju zniknęło całe powietrze.
- Przeczytaj to - nakazała matka, przesuwając kopertę w jej stronę. -
Zaczęłam przeglądać, nawet lekko napisane, współczesnym językiem, więc
dobrze się czyta. Ja nie mam na to siły. Ty masz jej więcej -
zawyrokowała. - Układa ci się. Fajny chłopak, niebanalna uroda, dobra
praca, perspektywy... - wyliczała, a Anka czuła, że jeśli tego natychmiast
nie przerwie, po prostu się rozpłacze. Czemu osoby pozornie najbliższe w ogóle się nie rozumieją? Mama była ślepa na jej problemy. Całkowicie.
- Daj to - powiedziała, biorąc do ręki maszynopis. Nie chciała
przeciągać dyskusji. - Przeczytam i powiem ci, co o tym sądzę.
Obiecałaby wszystko, byle jak najszybciej skończyć tę rozmowę i odpocząć. Kręciło jej się w głowie. Wolałaby z mamą porozmawiać inaczej.
Powiedzieć prawdę. Ale nie miała pojęcia, jak to zrobić. Wydawało się,
że matka jest otoczona wysokim murem.
- Przeczytaj. Może da się to wydać i zarobić trochę kasy. Niech chociaż
taki będzie z tego pożytek. - Mama wstała od stołu. Zaniosła do kuchni
filiżanki, po czym starannie umyła. - Ja już idę. Mam jeszcze dzisiaj
dużo pracy.
Pożegnała się i wreszcie wyszła.
Anka usiadła na krześle i chwilę odpoczywała. Po każdej takiej wizycie
musiała zebrać siły.
Potem włączyła laptop. Powinna była zająć się pracą. Dziś została w domu, żeby więcej zrobić. W biurze ciągle coś się działo i trudniej było
jej się skupić. Tyle że tutaj też nie było lepiej. Myśli rozbiegały jej
się jak chmury gnane burzowym wiatrem.
Co się stało z jej życiem? Dlaczego tak źle się poukładało? Nie była
szczęśliwa w swoim związku, zupełnie nie rozumiała Jacka. Każda próba
rozmowy z nim kończyła się kłótnią.
To rzutowało na wszystkie aspekty życia. Nic jej nie sprawiało
przyjemności. Ani sukcesy w pracy, ani powroty do domu. Coraz częściej
wieczorami dokuczał jej uporczywy ból głowy.
Dlaczego sprawy potoczyły się w taki właśnie sposób? Nic przecież nie
zapowiadało katastrofy. Byli młodzi, zakochani, pełni dobrych chęci.
Zamknęła komputer. Wiedziała, że już dzisiaj nie popracuje. Zastanawiała
się, czy nie zadzwonić do Klaudii. Ale nie chciała psuć dnia także i jej.
Wzięła więc do ręki ten nieszczęsny plik kartek i zaczęła czytać. Nawet
była ciekawa. Nie każdy może zajrzeć w historię rodzinną dalej niż
własne wspomnienia o dziadkach. Potrzebowała chwili oderwania. Ani się
obejrzała, jak opowieść wciągnęła ją na dobre.
Rozdział 2
Rozalia Górecka siedziała na schodach
prowadzących na parter domu w pozycji stanowczo niegodnej panienki z szanowanej rodziny. Kolana miała zbyt wygodnie, to znaczy, za szeroko
rozstawione. Plecy pochylone.
W dłoniach intensywnie mięła batystową chusteczkę z monogramem RB.
Rozalia Brodzka. Nieistniejąca dziewczyna. Duch, który stał się martwy,
choć nie miał nawet szansy, by na dobre się narodzić.
Słyszała odgłosy z dołu. Stukanie układanych na stole talerzy, gwar
dziecięcych przekomarzań. Zapach ciepłej szynki dobiegał aż tutaj.
Zadysponował ją tata. Za dwa tygodnie miał się rozpocząć Wielki Post.
Ten okres w roku, którego ojciec najbardziej nie znosił. Zawsze
sumiennie się objadał na wiele dni przed nim, a potem obficie świętował
zakończenie. Czas pomiędzy starał się po prostu przetrwać.
Z powodu nadchodzących umartwień zamierzał dziś szczególnie celebrować
rodzinne śniadanie. Wszyscy już się powoli gromadzili.
Rozalia też powinna była zejść na dół. Ale zamiast tego wciąż mięła w dłoniach chusteczkę z monogramem. Znalazła ją przez przypadek. Szukała w szafie ciepłej chusty. Nie mogła znaleźć. Zaglądała we wszystkie kąty
niewielkiego panieńskiego pokoju. W pewnym momencie jej ręka sama
podążyła w stronę tamtej skrzyni. Podniosła wieko. Spodziewała się
chmary wspomnień, które gwałtownie poderwą się do góry niczym spłoszone
stado ptaków.
Tymczasem czekał ją szok z zupełnie innego powodu.
W posagowej skrzyni, niegdyś wypełnionej po brzegi, leżało już tylko
kilka rzeczy! Parę obrusów, rękawiczek na miarę, jedna koszula nocna
obficie obszyta koronkami oraz komplet chusteczek.
Gdzie się podział cały posag?! - od tego pytania zrobiło jej się jeszcze
zimniej.
Pozostałe dwie duże skrzynie wyniesiono na strych. Nie zaglądała do nich
od dawna, ale miała świadomość, że Teresa, jej bratowa, czasem podbiera
stamtąd rzeczy za milczącą zgodą matki. Wiadomo, praktyczność w rodzinie
ceniono ponad wszystko. Po co tyle dobra miało się marnować na strychu,
skoro mogło komuś służyć?
Powłoczki na pościele, serwety, suknie, płaszcze, mufki, koszule,
pończochy, ręczniki. Ogromny zestaw rzeczy niezbędnych młodej mężatce.
Rozalia każdą z nich w skrytości ducha opłakała. Widziała, jak jej
sukienki są poszerzane i używane przez Teresę. Zauważała swoje posagowe
obrusy na rodzinnym stole. Starannie wypruto monogram i wyszyto inny.
Chyba się z tym pogodziła. Kobieta o inicjałach RB nigdy przecież nie
stanie się panią żadnego domu. Nie istnieje i nikt nie ma takiej mocy,
by ją na nowo powołać do życia.
Rozumiała to.
Ale nie wiedziała, że bratowa sięga też do tej ostatniej skrzyni, wciąż
stojącej w pokoju Rozalii, by zabierać bez pytania jej najbardziej
osobiste rzeczy.
Wiadomo, co to oznacza!
Smutek uderzył ją w twarz. Jak lodowate powietrze, kiedy zimą nagle
wychodzi się na dwór. Na chwilę zatamował oddech i wstrzymał zdolność
myślenia.
Ale wniosek nasunął się sam.
Rodzina już zrezygnowała! Nikt nie miał nadziei. Postawili na niej
krzyżyk. Musiała zapłacić za winy, których nikt nie umiał nawet
określić. Nikt też nie umiał jasno powiedzieć, co takiego zrobiła źle.
Nie wiadomo. A jednak ponosiła konsekwencje, i to bez uwzględnienia
okoliczności łagodzących.
Jej życie już zawsze miało toczyć się tutaj, w rodzinnym domu. Na
prawach ustalonych przez rzeczywistość, w której nikomu nie było łatwo.
Szczególnie panienkom, którym nie udawało się ułożyć życia zgodnie z oczekiwaniami innych. Pójść jedyną słuszną drogą.
Szybko otarła oczy. Nie mogła pokazać, że płakała. Bez względu na
wszystko musiała teraz zejść na śniadanie i zachowywać się odpowiednio.
Podniosła się ze schodów.
***
Poranne słońce oświetliło przytulną jadalnię państwa Góreckich. Mieściła
się ona w domu pełnym ciepła i rodzinnych wartości. Wprawdzie po dawnej
świetności rodu została jedynie wisząca na ścianie szabla prapradziadka,
ale trzymano fason. Gospodyni wciąż zasiadała do śniadania ubrana w sukienkę z koronką, a jej mąż był starannie uczesany i pachniał dobrą
tabaką. Najstarszy syn ukończył szkoły w Krakowie, z czego rodzina była
szczególnie dumna. A na stole - choć dzień był powszedni - leżały gruby
plaster ciepłej szynki, pęto kiełbasy, jajka, świeży chleb, masło oraz
konfitury malinowe - duma pani domu.
Żyli tak spokojnie, jak tylko to było możliwe wobec szalejącej za oknem
wichury dziejów. I choć ona za nic nie chciała się uspokoić, Góreccy
cieszyli się małym domowym szczęściem.
- Raduj się wszystkim, póki możesz - mawiał ojciec i korzystał z każdej
okazji, by zrobić coś przyjemnego. Wiedział, jak nieprzewidywalne jest
życie.
Pod wieloma względami los im sprzyjał. Ojciec wrócił z powstania. Na
dodatek zdrowy, z paroma zaledwie ranami, które po kilku miesiącach się
zabliźniły. Nie każdemu było to dane. Zachowali dom i majątek, a wielu
znajomych straciło wszystko. Były też jednak ciemne karty w ich
rodzinnej historii. Dwójka młodszych dzieci zmarła podczas epidemii, a jedyna córka straciła szansę na zamążpójście, co okrywało szarym cieniem
każdą radosną chwilę.
Trudno było o tym zapomnieć, zwłaszcza teraz. Nastał nieco spokojniejszy
czas i stęsknieni za normalnym życiem ludzie na potęgę się żenili,
zaręczali i chrzcili dzieci. Jakby chcieli zdążyć. Jeszcze nie wiadomo
przed czym.
Nie było się czemu dziwić. Żyli w kraju o bardzo niespokojnej sytuacji.
Nikt nie znał dnia ani godziny, kiedy znów przez okolicę przetoczy się
jakaś armia, ktoś zastuka nocą do drzwi albo ogłoszą dekret, który
zabierze dorobek życia.
W takich czasach niełatwo normalnie żyć, cokolwiek planować, spożywać
śniadania i wychowywać dzieci. A jednak robili to. Życie bowiem wyrasta
nawet na udeptanej ziemi i zawsze pnie się ku górze.
Poranny posiłek odbywał się więc zgodnie ze swoimi prawami. Po
zaspokojeniu pierwszego głodu dyskusja zeszła na najgorętsze miejscowe
plotki.
- Chcą ożenić Andrzeja Brzozowskiego. Słyszałaś? - Ojciec rodziny
spokojnie zagaił rozmowę.
Pani Salomea odstawiła na spodek trzymaną w dłoniach filiżankę, po czym
spojrzała na męża. Cieszyła się każdego dnia, że ma go obok. Wciąż jej
się podobał ten wysoki pięćdziesięciolatek o skroniach tak srebrnych,
jakby ciągle padało na nie światło księżyca. Starzał się, a jednak na
jego widok czuła ten sam dreszcz, jak za pierwszym razem. Nigdy by się
oczywiście do tego nie przyznała. Za żadne skarby świata. Była przecież
szanowaną kobietą.
- Czas im się kończy - odparła równie spokojnym tonem. Nie mieli córki
na wydaniu, temat więc, choć bardzo ciekawy, ich osobiście nie dotyczył.
Uśmiechnęła się. - Muszą wypełnić testament - powiedziała. - Bez
dziedzica przepadnie największe nawet nazwisko - dodała, po czym
spojrzała z dumą na siedzących obok trzech dorodnych wnuków. Jej
nieśmiały syn spisał się pod tym względem doskonale.
Synowa natychmiast poczerwieniała z zadowolenia. Ładna, pulchna brunetka
wciskała nieco zbyt obfite kształty w sukienki, które ten nadmiar dobra
ledwo zdołały objąć. Ale nikt nie śmiał jej tego powiedzieć. Teresa była
w tym domu ważną osobą. Od momentu, gdy po raz pierwszy szczęśliwie
zaszła w ciążę, wydawała na świat wyłącznie zdrowych, ładnych chłopców.
Podkreślała to na każdym kroku.
- Ja urodziłam trzech - oznajmiła z taką dumą, jakby osobiście wymyśliła
cały proces przekazywania życia. - Najpierw Jakubka, potem Marka, a na
koniec Jacusia - wytłumaczyła, choć domownicy doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Spojrzała z czułością na najmłodszego.
Wiemy - Rozalia przełknęła to słowo i popiła herbatą głogową. Nie warto
było się sprzeczać. Babcia mawiała, że ten napar jest dobry na serce.
Może dzięki niemu będzie lżej? Niestety, nie pomógł. Dziś Rozalia w szczególny sposób odczuwała swoją sytuację. Widziała wszystko to, co na
dobre straciła.
- Są wspaniali - rozpędzała się dalej Teresa, patrząc z dumą na trzy
ciemnowłose główki synów.
- Ciekawe, kogo wybiorą? - Pani Górecka, która na pamięć znała
przechwałki synowej, przerwała jej pospiesznie, po czym znów spojrzała
na męża. Wolała rozmowę o problemach sąsiadów niż myślenie o troskach
własnego domu.
- Nie wiem - odparł pan Karol. - Ludzie gadają, że wcale nie chodzi o prawdziwe małżeństwo. Nawet nie o dziedzica - dodał ciszej, w końcu przy
stole siedziała panna, nie miało znaczenia, jak bardzo już dorosła. - To
ma być tylko dla formalności, żeby przedłużyć prawo posiadania, jak
sobie życzył świętej pamięci dziedzic Brzozowski. W rzeczywistości
przecież majątek ma już swoją panią. Hrabina Olska siedzi u brata cały
czas, o własnym mężu nawet nie myśli.
- Ja tam bym bez problemu panu Brzozowskiemu urodziła syna - powiedziała
nietaktownie Teresa, nie bacząc na obecność niezamężnej bratowej, a także własnego męża. Poprawiła cisnący ją w talii pasek, po czym
zadumała się nad tą opcją. - Mieszkałabym sobie we dworze, ścinała
kwiaty, ludzie by mi się kłaniali. - Spojrzała z urazą na teściów, jakby
chciała im dać do zrozumienia, że za mało od nich uzyskała w zamian za
dokonanie tak wielkiego czynu, jakim było sprowadzenie na świat aż
trzech wnuków.
- Większość kobiet potrafi urodzić dziecko! - Rozalia jednak nie
wytrzymała. Jej serce biło mocno, jak po wytężonej pracy. Nie potrafiła
opanować zdenerwowania. - U naszych sąsiadów jest siedmioro, a w każdej
chłopskiej chałupie też chmara dzieciaków. To żadna sztuka.
- A jednak niektórzy nawet jednego dziecka nie mają! - odparowała szybko
Teresa, spoglądając na nią zimno. - I mieć nie będą.
Rozalia przełknęła łzy. Po co się odzywała? Przecież łatwo było
przewidzieć, jak to się skończy. Nie miała po swojej stronie żadnych
argumentów. A ostatnie, czego teraz potrzebowała, to drażnić bratową.
Swoją przyszłą opiekunkę, która po śmierci rodziców z łaski będzie
udostępniać starej pannie posiłek oraz miejsce przy stole.
- Tak - powiedziała wbrew wszelkiemu instynktowi, który stanowczo
nakazywał milczeć. - Życie nie jest sprawiedliwe.
Mama szybko zainterweniowała, czując, co się zaraz stanie. Spojrzała z troską na córkę. Niegdyś piękna dziewczyna, dziś pobladła stara panna w szarej sukience, pod każdym względem różniła się od barwnej, pewnej
siebie, szczęśliwej bratowej.
Pani Górecka po raz tysięczny poczuła ten ból w sercu wynikający z bezsilności. Zrobiła dla swojego dziecka wszystko, co mogła, a to i tak
okazało się za mało.
- Ale jak to Brzozowscy będą robić? - zapytała męża, chcąc odwrócić
uwagę domowników od wiszącej w powietrzu kłótni. - Mają już jakąś pannę
upatrzoną?
Tata wszystko doskonale rozumiał. Niewiele go obchodziły kłopoty młodego
dziedzica Andrzeja, a zwłaszcza jego życie uczuciowe. Ale o czymś trzeba
było rozmawiać.
- Ponoć Brzozowski się uparł, że sam wybierze - powiedział spokojnie. -
Siostra mu kogoś tam proponowała. Ale się nie zgodził.
- Wcale się nie dziwię. - Rozalia najwyraźniej była dziś w samobójczym
nastroju. Drugi raz złamała niepisaną zasadę, że jako dziewczyna, która
przyniosła wstyd rodzinie, nie ma prawa głosu. Nie zwraca na siebie
uwagi, siedzi cicho i przynajmniej nie drażni swoją obecnością.
Mama spojrzała na nią ze współczuciem. Rozalia wiedziała, że rodzice
cierpią z tego powodu, tak samo jak ona, i dopóki żyją, będą ją chronić.
W końcu to przecież nie była jej wina, że została porzucona trzy
miesiące przed ślubem. Mama to rozumiała. Ale co się stanie, kiedy jej
zabraknie? Rozalia wolała o tym nie myśleć.
- Taki piękny dwór. - Pan Górecki westchnął, z uporem ciągnąc rozmowę. -
Jest jak martwy. Kiedyś mieszkało tam tylu ludzi. Wuj dziedzica z synem,
bony, ta stara panna z kurzajką na nosie... - zreflektował się, że temat
samotnych kobiet nie jest bezpieczny. - Mieli nawet swojego nauczyciela
tańca. Pamiętasz, słońce moje? - dokończył godnie.
Pani Salomea skinęła głową i uśmiechnęła się na wspomnienie chudego
starszego mężczyzny, który przybył do dworu tylko na tydzień, a został
na lata. Nie tylko uczył muzyki, lecz także grywał w karty, gdy
brakowało czwartego, bawił towarzystwo anegdotami z wielkiego świata, w którym ponoć kiedyś bywał. Nigdy nie uzyskano w tej sprawie pewności,
ale to nie przeszkadzało cieszyć się jego dobrymi opowieściami. Na
każdej potańcówce pilnował, by biedne, niezbyt urodziwe panny
przetańczyły choć jednego mazurka. Wszyscy go lubili.
Odszedł po śmierci starszego dziedzica. Jak wszyscy.
- A młode siostry Łękawskie. - Tata znów westchnął. - Nie miały żadnego
posagu, rodziców, szans. Ale żona dziedzica przyuczyła je do życia i wydała za mąż jak matka. Dobrze się mają. Oj, to były czasy! Polowania,
uczty...
- Bale - uzupełniła jego żona. - Ileż par tam się zakochało, poznało,
zatańczyło pierwszy taniec.
- Skradło pocałunek w ogrodzie - dodał jej mąż, a ona natychmiast się
zarumieniła.
Teresa spojrzała na nich badawczo. Nie znała tego faktu biograficznego i wyobraźnia nieco jej się zablokowała wobec zadania wytworzenia obrazu
młodych, zakochanych teściów. Wydawało jej się, że od razu urodzili się
starzy, godni, zawinięci ciasno w surdut oraz koronkową sukienkę.
- Daj spokój. - Pani Salomea ofuknęła męża. - Nie ma co wspominać. Dziś
jest inaczej. Dobrze, że chociaż majątek wciąż w polskich rękach. Czego
chcieć więcej? Teraz tam pustka jak w grobie, to fakt. Dziedzic z siostrą siedzą jak dwie sowy na tylu pokojach. Nawet gospodyni smutna i bez życia, a każdy wie, jaka to kiedyś była pracowita, wesoła kobieta.
Wzór.
- To prawda - przyznał mąż.
- A jak będą szukać tej żony dla Brzozowskiego? - Rozalia znowu włączyła
się do rozmowy. Pytanie z jej ust od razu wywołało napięcie. Wszystko
wydawało się aluzją do jej trudnej sytuacji. A już zdążyli się rozgadać
i trochę o niej zapomnieć.
- Słyszałem, że do hrabiny po cichu zgłaszają się matki z córkami -
odpowiedział szybko ojciec, jakby chciał zagłuszyć myśli, które
niezależnie od wypowiadanych słów krążyły nad stołem, tworząc drugą,
niesłyszalną, ale niemniej istotną wymianę zdań pomiędzy domownikami. -
Niby chodzi o zaproszenie na kawę poranną - dodał jeszcze głośniej.
Wreszcie poczuł, że uwaga rodziny skupiła się na tym temacie i przestała
krążyć wokół jego córki. - Dziś ponoć aż się kolejka zrobiła. Ogrodnik
mi opowiedział, że panny siedzą i czekają na wejście. Wystrojone,
zdenerwowane. Jeszcze czegoś takiego świat nie widział. Wstyd! -
zakończył z impetem.
- Całkiem jak na targu - odezwała się Teresa, po czym wstała i podeszła
do najmłodszego syna. Zaczynał się nudzić. Plany małżeńskie Andrzeja
Brzozowskiego zupełnie go nie interesowały. Jeszcze nie wiedział, że w twardym świecie dziedziczenia sam, jako trzeci syn, jest na niełatwej
pozycji. Może i jemu przyjdzie kiedyś żenić się z rozsądku? Ale na razie
nie był tego świadom. Jedynym jego pragnieniem było wstać od stołu, by
wreszcie pobawić się z braćmi.
Teresa zabrała chłopców i ruszyła z nimi w stronę pokoju dziecinnego, po
czym spojrzała znacząco na Rozalię. Dzięki temu, że w domu była stara
panna, oszczędzano na niani do dzieci. Te pieniądze, jak na każdym kroku
podkreślała bratowa, były odkładane na poczet przyszłej edukacji
najstarszego Jakuba.
A powinny być dla mnie - pomyślała Rozalia. - Za moją pracę.
Ale nie odezwała się. I tak już za dużo dzisiaj powiedziała.
Nie wstała jednak od stołu. Udawała, że nie zrozumiała aluzji. Nadal
przysłuchiwała się rozmowie rodziców. Bratowa rzuciła jej ostatnie pełne
niezadowolenia spojrzenie, po czym odeszła. Też nie drążyła tematu.
Widocznie miała dość spięć jak na jedno przedpołudnie. W sumie to nawet
lubiła Rozalkę. Tylko coraz częściej nie umiała pohamować swojego
pogardliwego tonu. Dziewczyna nie miała szans się obronić i to
sprawiało, że słaby charakter bratowej poddawał się pokusie.
- Może byście mnie zaproponowali? - zapytała Rozalia rodziców, kiedy
tylko Teresa wraz z chłopcami zniknęła już za drzwiami.
Pan Karol Górecki zakrztusił się kawą zbożową, a małe krople
jasnobrązowego napoju osiadły na jego długich wąsach i czarnym surducie.
- Córeczko! - Mama spojrzała na nią ze współczuciem. Miała wrażenie, że
córka z tego nieszczęścia całkiem już postradała zmysły. Rozejrzała się
wokół, szukając ratunku. Co miała odpowiedzieć? Że to oczywiste. Nie ma
o czym dyskutować. Rozalia jest za stara, zbyt biedna, a na dodatek
splamiona skandalem.
Współczuła jej z całego serca. Była jednak bezradna wobec surowych reguł
życia. Dwadzieścia sześć lat to staropanieństwo pełną gębą. Do tego ta
nieszczęsna historia. Narzeczony zostawił Rozalię trzy miesiące przed
ślubem. To właściwie jakby uciekł sprzed ołtarza.
Pani Salomea długo łudziła się, że sprawa ucichnie. W końcu to nie
pierwsze i nie ostatnie zerwane zaręczyny. Tak się jednak nie stało. Z jakiegoś powodu tą akurat historią ludzie żyli długo. Czy to dlatego, że
córka była kiedyś taka piękna? A może młodzi kłuli innych w oczy swoim
szczęściem? Narzeczony Rozalii był oficerem. Wspaniale się prezentował w mundurze.
Zginął później w powstaniu. Na nic mu się zdały zerwane zaręczyny. Gdyby
postąpił jak należy, dziewczyna nosiłaby dziś żałobę po żołnierzu,
cieszyła się ludzkim szacunkiem, a także, co nie bez znaczenia,
majątkiem męża.
Tymczasem została tylko ze swoim wstydem, jako ta, która nie zdołała
utrzymać przy sobie mężczyzny.
Widocznie coś było z nią nie tak - ludzie szybko doszli do takiego
wniosku. Tym bardziej że nie istniało żadne sensowne wytłumaczenie tej
sytuacji. Dlaczego miły, przystojny oficer nagle się wycofał? Nikt tego
nie wiedział.
Nie miał kochanki na boku ani nie pospieszył potem w konkury do żadnej
innej panny. Czemu więc to zrobił?
Ludzie od razu uznali, że winna jest Rozalia, zwłaszcza że prócz łez nic
nie miała na swoją obronę.
Teraz już nie płakała. Jej niebieskie oczy wciąż jednak pełne były
smutku. Nikt też nie nosił już w sercu nadziei, że jej los kiedykolwiek
się odmieni. Jeśli miało to się stać, to raczej na gorsze. Matka mogła
tylko wymóc na mężu zapis w testamencie gwarantujący jej dożywotni dach
nad głową w postaci małego pokoju na piętrze oraz wymusić na starszym
synu obietnicę, że zawsze będzie dobrze traktował swoją siostrę. Więcej
pomóc nie była w stanie.
- Co ja mam do stracenia? - zapytała Rozalia. Jej twarz wyrażała spokój,
jakiego dawno u niej nie widzieli. Wciąż była młodą kobietą, choć
rodzina traktowała ją jak staruszkę, która życie ma już za sobą. Ale w niej żywo krążyła krew. Tęskniła za miłością, macierzyństwem,
wyzwaniami, własnym życiem.
- Proszę cię, kochanie. - Mama powiedziała to z czułością. - Narazisz
się tylko na śmieszność. Nie zniesiemy tego więcej.
- Wszystko jedno. - Rozalia odrzuciła na plecy gruby, jasny warkocz.
Kiedyś był symbolem jej piękna, dziś zwisał niczym urągowisko. Dawno już
powinien być schowany pod małżeńskim czepcem. Dziwnie wyglądała dorosła
kobieta z fryzurą jak dla podlotka. Ale w końcu wciąż była panną, więc
tak się czesała. - Jeden śmiech więcej, jeden mniej - powiedziała
gorzko. - Co to za różnica?
- Wydaje ci się, kochanie. - Mama wstała ze swojego krzesła i podeszła
do niej. - Znów będziesz na ludzkich językach. Nie pamiętasz już, jak to
było?
Odpowiedź była oczywista. Jasne. Rozalia nie zapomniała ani chwili z tamtych koszmarnych tygodni i miesięcy. Ale teraz wcale nie było lepiej.
I wiedziała, że siedzeniem w ukryciu niczego nie poprawi.
Dno widoczne w skrzyni posagowej jasno jej to dzisiaj uświadomiło.
Będzie tylko gorzej.
- Przywykłam - powiedziała twardo. - I tak kiedy idę do kościoła, każdy
na mnie patrzy. Z litością albo pogardą. Sama nie wiem, co gorsze. Matki
straszą moją historią swoje córki. Nie bądź pyskata, bo skończysz jak
Rozalia - przedrzeźniała sąsiadki. - Nie sprzeciwiaj się mężczyźnie, bo
zostaniesz sama jak Rozalia. Przecież ja o tym wiem.
- Rozumiem, że ci trudno, ale... - Mama próbowała coś wytłumaczyć.
- Co wam zależy dać mi szansę?! - przerwała jej gwałtownie córka.
- Nie ma mowy! - Tata stanowczym gestem odłożył serwetkę. Nie chciał być
surowy, ale córka zaczynała przekraczać bezpieczne granice. - Nie
będziemy się wygłupiać! - oznajmił głośno. - Dość już wstydu. Więcej nie
wytrzymamy. W rodzinie są mali chłopcy, trzeba o nich myśleć. Dobre imię
to coś bardzo delikatnego, łatwo je zniszczyć. - Zamilkł nagle, bo sam z trudem się opanował, żeby nie przytoczyć przykładu Rozalii. - Ale kupię
ci ciastek dzisiaj na mieście - dodał łagodniej, widząc, jak oczy córki
wypełniają się łzami. - Najlepszych - zakończył. - Z lukrem i konfiturą
różaną.
Kiedyś to był nie lada rarytas. Kupne ciastka z miasta, tak odmienne od
tych pieczonych w domu. Zajadali się nimi z bratem. Wciąż pamiętała
słodkie kawałki lukru, które sypały się po brodzie i zostawały na
wargach. Ale wtedy byli mali, jeszcze wszyscy w komplecie. Taka
niespodzianka rzeczywiście leczyła wiele dziecięcych trosk. Dziś nie
miała już żadnej mocy.
- Wybierasz się do miasta? - zainteresowała się żywo mama, po czym
wróciła na swoje miejsce przy stole i spojrzała na męża. - To może ja
też z tobą pojadę? Skończyło się mydło, a poza tym idzie wiosna.
Buczkowa mówiła, że mają w sklepie nowe nasiona floksów.
- Czy floksy to nie są te kwiatki, co rosną od strony południowej ściany
naszego domu gęste jak las? - zapytał jej mąż, z ulgą kończąc
nieprzyjemną dyskusję.
- Owszem - odparła jego żona - Ale różowe. A wyobraź sobie, ona ma
białe.
- Ach! - Pan Karol pokiwał głową, zabawnie udając, że rozumie powagę
sytuacji.
Salomea bardzo go kochała. Także za tę wyrozumiałość wobec kobiecych
spraw i jego czułość. Nie każdy mężczyzna to miał. Dziś jednak nie
umiała się uśmiechnąć. Zaczęła z mężem ustalać szczegóły wyjazdu.
Rozalia wciąż siedziała po drugiej stronie stołu, choć dawno już powinna
była iść do bratowej, by jej pomóc przy dzieciach. Westchnęła ciężko.
Bolało ją, że mama tak łatwo przeszła do tematu kwiatków, nasion i wiosny, rozterki córki zostawiając bez dalszego komentarza. Pewnie
uważała, że tak jest lepiej. Po co drążyć temat, na który nie da się
powiedzieć już nic nowego? Rozalka miała bezsensowny pomysł. Właśnie
dano jej to wyraźnie do zrozumienia.
A jednak nie umiała o nim zapomnieć. Miała ku temu swoje powody.
Rozdział 3
Państwo Góreccy wyjechali zaraz po
śniadaniu. Rozalia miała wrażenie, że zrobili to dość pospiesznie. Jakby
chcieli uniknąć dalszej dyskusji na niechciany temat. Ona została przy
stole. Potem pomogła gosposi posprzątać. Chwilę z nią pogawędziła, a następnie wróciła do swojego pokoju, choć miała świadomość, że bratowa
cały czas na nią czeka.
Nie mogła jednak teraz tam pójść.
Zamknęła za sobą drzwi panieńskiego pokoju i przyjrzała się wnętrzu, w którym spędziła całe swoje świadome życie. Niewielka facjatka na piętrze
była niegdyś miłym miejscem. Kiedy Rozalka zaczęła podrastać, mama
uszyła dla niej piękne zasłony w róże, powiesiła muślinowe firanki.
Rodzice zamówili nawet w mieście białe łóżko z rzeźbionym wezgłowiem. I dywan. Ludzie w okolicy gadali trochę, że czasy ciężkie, a Góreccy tak
córkę rozpieszczają, jakby się mieli za kogoś lepszego.
Ale oni się tym nie przejmowali.
Raz córka dorasta - mawiał wtedy tata, a Rozalia nie do końca zdawała
sobie sprawę ze znaczenia tych słów. Później to zrozumiała. Nie chodziło
tylko o towarzyszenie dziecku w ważnym etapie życia, lecz także o tę
jedną jedyną szansę, jaką ma dziewczyna, by na loterii losu wygrać coś
sensownego. Nie ma powtórek. Dziś już to wiedziała.
Ładny pokój, sukienki, kokardy we włosach, odnowione meble w salonie i kwiaty w ogrodzie, które wtedy mama sadziła tak obficie, jakby od tego
zależały losy świata. To wszystko miało swój cel. Pokazać się od jak
najlepszej strony. Wydać Rozalię za mąż i zrobić to dobrze.
Otrząsnęła się ze wspomnień. To było tak dawno temu. Nic już nie zostało
z tamtej pełnej radości dziewczyny. Choć może nie tak do końca.
Rozalia uśmiechnęła się nieśmiało do swoich marzeń. Chyba tylko ona
jedna w tym domu hodowała jeszcze w głębi serca słabiutką nadzieję, że
może jest przed nią jakaś przyszłość.
Podeszła do szafy. Niegdyś wypełniona koronkami, atłasem i muślinem,
dziś prezentowała o wiele skromniejszą zawartość. Jedna bordowa sukienka
na święta, bluzka i brązowa wełniana spódnica na popołudniowe herbatki,
jasnoniebieska sukienka do kościoła oraz dwie szare na co dzień. Dużego
wyboru nie było. To wyraźnie pokazywało, że nawet mama już się poddała.
Przestała stroić swoją jedyną córkę. Niegdyś oczko w głowie.
Dawne ubrania powoli znikały. Wiele z nich przerobiła dla siebie Teresa,
tłumacząc się licznymi obowiązkami towarzyskimi młodej mężatki i przyszłej pani domu. Jedną bluzkę wzięła mama. A biała sukienka z pierwszego balu leżała w skrzyni na strychu. Teresa odpruła z niej
koronki, kiedy chrzcili pierwszego synka. Potrzebowała do szatki.
Nie ma się co dziwić. Kobiety w rodzinie były gospodarne i ta cecha
cieszyła się dużym szacunkiem. Dziewczęce marzenia - żadnym.
Rozalia jeszcze raz rozejrzała się wokół. Dywan wciąż prezentował się
nieźle, ale miał plamy, które wielokrotnie czyszczone ani myślały się
poddać. Firanki nieco zżółkły, a pościel była pocerowana. W niektórych
miejscach wiele razy. Co będzie dalej?
Próbowała sobie wyobrazić tę niewiarygodną liczbę lat, jakie być może
jeszcze na nią czekały. Życie rozpościerało się przed nią niczym prosta
zakurzona droga w upalny dzień. Żadnego schronienia, żadnych zakrętów,
niespodzianek ani wytchnienia. Tylko żmudny krok za krokiem ze
świadomością, że na końcu też nie czeka nic dobrego.
Starość na czyjejś łasce.
Zadrżała. Czymże wobec takiej perspektywy była obawa przed ludzkim
gadaniem? Tego przecież i tak nie mogła uniknąć. A oprócz strachu miała
też inny ważny powód, który kazał jej się dzisiaj aktywnie włączyć do
rozmowy. Mimo iż wiedziała, że rodzina w żadnym wypadku nie pochwali jej
pomysłu. Miała swoją tajemnicę.
Odwróciła się i zeszła na dół. Została jeszcze nadzieja.
Sama oczywiście niczego nie mogła zrobić. Było absolutnie
niedopuszczalne, żeby panna pojawiła się na jakiejkolwiek herbacie
proszonej bez osoby towarzyszącej. W ten sposób mogła co najwyżej wpaść
do babci albo najbliższej przyjaciółki, gdyby taką miała. A nie miała,
bo wszystkie jej rówieśniczki wyszły już za mąż i teraz zmagały się z porodami, służbą, gospodarstwem, teściami czy chorobami dzieci. Niektóre
zdążyły nawet owdowieć. Może i chciały utrzymywać kontakty, ale Rozalia
się wycofała. Sądziła, że nie ma prawa zaprzątać im głów swoimi
sprawami. Wobec ogromu ich wyzwań, jej życie wydawało się takie puste.
Zeszła pospiesznie na dół. W obszernych pokojach na parterze szarogęsiła
się bratowa. Przyszła pani tego domu.
- Rozalio. - Teresa przywitała ją uprzejmym skinieniem głowy, gotowa
przyjąć przeprosiny za spóźnioną pomoc. Siedziała przy oknie z ładnym
widokiem na ogród. U jej stóp chłopcy bawili się drewnianymi figurkami.
Trzeba przyznać, że grzeczne to były dzieciaki. Rozalka bardzo je
kochała i jedyne, za co szanowała bratową, to fakt, że umiała ona dobrze
wychować swoje dzieci. Mąż też ją kochał. Pewnie miał więcej powodów, o których nie mówi się panienkom.
Rozalia westchnęła mimo woli. Tęsknota za nieprzeżytym życiem, nigdy
niedoświadczonymi emocjami czasem tak mocno dawała się we znaki, że
wydawała się nie do pokonania. Ale teraz dziewczyna musiała się
opanować. Miała swój cel i była gotowa zrobić wszystko, żeby jej się
udało.
Weszła do ciepłego pokoju. Na kominku trzaskał ogień. W jej facjatce już
nie palono, zbliżała się bowiem wiosna i nie miało znaczenia, że od
okien wciąż wieje chłodem. Na dzieciach w tym domu jednak nie
oszczędzano. Rozalia zadrżała od tego nagłego uczucia ciepła.
- Ciocia! - Na jej widok chłopcy zerwali się z podłogi i przybiegli się
przywitać. Objęli ją za nogi z każdej strony. - Pobawisz się z nami? -
zapytali.
- Nie teraz - odparła i uściskała ich. - Wróćcie, proszę, na miejsce.
Przyjdę później i obiecuję, że coś razem zrobimy. Muszę porozmawiać z waszą mamą.
Chłopcy posłusznie wrócili na dywan.
- Matka i ojciec pojechali do miasta - powiedziała Rozalia.
- Wiem, że pojechali - odparła łaskawie bratowa. - Byli tu u mnie przed
wyjściem - dodała, jakby chciała podkreślić, że jest tutaj ważną osobą.
Taką, której się daje znać o każdej istotnej sprawie.
- Chciałbym cię prosić o zgodę na wyjście. - Rozalia tego nienawidziła.
Konieczności tłumaczenia się z każdego kroku przed młodszą dziewczyną,
tylko dlatego, że ta była mężatką, a ona - jakże drwiąco brzmiało po
latach to określenie - wciąż panienką.
Bratowa bardzo lubiła swoje poczucie władzy. Spojrzała na nią surowo.
- Dokąd się wybierasz? - zapytała i niestety zanosiło się na długie
przesłuchanie.
Rozalia spięła się w sobie. Ponad wszystko musiała zachować spokój. Nie
pozwolić na żaden cyniczny komentarz, złośliwość czy nawet żart.
- Chciałabym odwiedzić babcię - powiedziała. - Dawno u niej nie byłam.
Wiem, że jestem bardziej teraz potrzebna w domu, ale obiecuję po
południu pocerować wszystkie spodenki chłopców i pobawić się z nimi
wieczorem.
Teresa przyglądała jej się podejrzliwie. Jakby coś wyczuwała. Ale
pokorna postawa Rozalki mocno zmiękczyła jej serce. Uważała, że ta
dziewczyna powinna wreszcie uznać swoje miejsce w domowej hierarchii.
Zaprzestać wyrażania własnego zdania, wtrącania się do rozmowy, jeśli
nikt jej nie pytał. I tak już fakt, że zawsze będzie tu mieszkać,
stanowił dostateczne obciążenie. Z tego powodu Teresa czuła, że nigdy
nie będzie mogła stać się prawdziwą panią tego domu. Zawsze ktoś drugi
będzie się plątał pod nogami.
Rozalia jednak najwyraźniej nabywała pokory. Teresa uznała, że lepiej
nie przeszkadzać temu procesowi.
- Dobrze - powiedziała. - Idź. Tylko wróć na obiad. I załóż ciepły szal.
Wybierz drogę przez sad. Po co się ludziom niepotrzebnie rzucać w oczy?
Jasne - pomyślała Rozalia. - Czy nie lepiej byłoby mnie od razu zakopać
żywcem w ziemi? Byłby spokój.
Ale nie odezwała się. Obiecała, że postąpi zgodnie z radą bratowej,
pogłaskała chłopców po głowach, po czym wyszła.
Szybko wróciła do swojego pokoju. Włożyła niebieską sukienkę, której
używała wyłącznie do kościoła, oraz narzuciła płaszcz, żeby nie było
widać odświętnego stroju. Przeczesała włosy i na nowo zaplotła warkocz.
Potem poszczypała policzki i zagryzła wargi. Na tym zakończyła te
żałosne zabiegi wywołania dziewczęcego rumieńca na twarzy dorosłej
kobiety i uznała, że czas jej w drogę. Być może najtrudniejszą. Jeśli
rodzice się dowiedzą, co zrobiła, ich życzliwość może się skończyć na
dobre.
Może odeślą ją gdzieś daleko, do jakichś krewnych, gdzie jej los stanie
się jeszcze gorszy?
Nie mogła o tym teraz myśleć.
Zbiegła na dół, po czym pospiesznie wymknęła się frontowymi drzwiami.
Nie chciała przechodzić przez kuchnię, żeby kogoś nie spotkać. Z gosposią nie poszłoby jej tak łatwo jak z bratową. Stara Józefowa była
bardzo czujna. A Rozalia potrzebowała teraz spokoju.
Szybko okrążyła duży dom i weszła do sadu. Postawiła kolejny zamaszysty
krok, żeby się jak najszybciej wydostać poza granice rodzinnego
gospodarstwa. Nagle jednak została zatrzymana.
- A dokąd to panience tak spieszno?! - Stara Józefowa wyszła zza szopy.
W ręce trzymała pusty kosz po bieliźnie. Pachniała mydłem i krochmalem.
- Idę do babci - odparła szybko Rozalia niczym Czerwony Kapturek z bajki. Przesunęła się w stronę sadu.
- Ciotka nie będzie zadowolona. - Gospodyni się skrzywiła. Całe życie
służyła tej rodzinie i teraz korzystała z przywileju staruszki o ciętym
języku, której nikt nie miał odwagi przypomnieć, że jej miejsce jest w kuchni i służbówce. Nawet Teresa czuła wobec niej respekt.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki