Pierścień Cezara - Alfred Rambaud

Kup ebooka

5.21 zł
4.32 zł (4,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część pierwsza PARYZOWIE LUTECJI

WSTĘP

Znużony długoletnimitrudami wojennymi, osłabiony wiekiem i ranami, osiadłem wreszcie nastałe w Szarej Skale, mojej wsi rodzinnej, leżącej nad Rzeką Bobrów,dopływem Sekwany, niedaleko miasta Lutecji. Wspomnienia te zapisuje dlamych dzieci i wnuków, by wiedziały, że ich ojciec i dziad nie szczędziłkrwi i zdrowia w wielkiej wojnie o niepodległość Galii. Będę opisywałwszystko może zbyt szeroko, bo starzy lubią opowiadać o swej młodości,a żołnierze - o swych czynach wojennych. Sądzę jednak, że taszczegółowość mych wspomnień nie będzie zbyteczna, moje bowiem wnuki iprawnuki, ba! nawet moje dzieci nie mogą sobie po prostu wyobrazić, dojakiego stopnia zmienił się cały świat i nawet ten mały nasz zakątekrodzinny, odkąd na wybrzeżach Sekwany ukazały się po raz pierwszy złoteorły legionów rzymskich.

Gdy wspominam swoje lata dzieciństwa i pierwszejmłodości, a później przenoszę się myślą i wzrokiem do ludzi i rzeczywspółczesnych, to zdaje mi się, żem się przesiedlił z jednej gwiazdy nadrugą lub żem przeżył z dziesięć pokoleń ludzkich. A mam wszak dopierolat osiemdziesiąt i czuję się zupełnie zdrów na ciele i duszy. Włosymoje, jakkolwiek pokryte już szronem starości, pozostały dotąd obfite,zębami mogę jeszcze gryźć orzechy, a na wspomnienie dawnych bojówczują, iż miecz drży mi u boku, i zdaje mi się, że i teraz jeszczedzida nie zaciążyłaby mej starej dłoni.

Wspomnienia swojeukładam i piszę w języku Rzymian, mimo że walczyłem ze wszystkich sił znimi i jakkolwiek - wbrew zdaniu wielu innych naczelników galijskich -nie uważam, by panowanie ich nad nami było nieodwołalne. Ale nie umiempisać w żadnym ze znanych mi narzeczy Celtów lub Bolgów. Sądzę nawet,że nikt spomiędzy nas, Galów, mimo wysokiego chociażby wykształcenia wszkołach druidów, nie zdołałby pisać w żadnym z tych narzeczy, które sądobre tylko do mówienia. A przy tym język Rzymian znany jestpowszechnie teraz we wszystkich krajach Celtyki - jak i po całymświecie zresztą. I pisząc jak Rzymianie mogę mieć nadzieję, że gdybymoje dzieci lub wnuki chciały kiedy pokazać te zwoje papirusu jakiemuznakomitemu gościowi z dalszych stron, aby i on mógł poznać dziejenaszej wielkiej wojny o niepodległość Galii - zawsze zostanę zrozumiany.

Rozdział I

SZARA SKAŁA I RZEKA BOBRÓW

Pamiętam siebie od wczesnego bardzo dzieciństwajako zupełnie małego jeszcze pędraka, bawiącego się w piasku nawybrzeżach Rzeki Bobrów, gdzie rozłożyła się wioska mego ojca. Domnasz, który obecnie synowie moi przebudowali na wzór rzymski,zachowując w nim tylko stosowniejszy dla naszego klimatu dach pochyły ispadzisty, w owej dobie przypominał raczej dużą stodołę o słomianejstrzesze.

Mieszkanie składało się z jednej tylko ogromnejsali na dole, która zajmowała całą długość domu, oraz ze znaczniemniejszej izby przybudowanej na piętrze, co na owe czasy stanowiło wnaszych stronach wielką jeszcze rzadkość. Ściany tego domostwa byłyzbudowane z potężnych, z grubsza tylko ociosanych kłód drzewa; szparypomiędzy nimi pozatykano rzniętą słomą, przemieszaną z gliną, olbrzymiazaś strzecha słomiana, najeżona niby sierść zwierzęcia, pokrywała domniemal całkowicie, zwieszając się nad ścianami tak nisko, że nasiwojownicy dobrze musieli schylać karku, aby wejść przez drzwi downętrza. Powierzchnia tej strzechy przedstawiała dziwne nierówności izałamania, gdyż strzecha z jednej strony była wyższa aniżeli z drugiej,w dodatku u szczytu zdobiły ją trzy wysokie żerdzie, wskutek czego zdaleka dom nasz z owymi trzema żerdziami, sterczącymi wysoko ponad nim,przypominał mi zawsze olbrzymiego byka o zjeżonej sierści i wygiętymgrzbiecie, na którym stoją zadumane trzy długonogie żurawie. Przy tym,ponieważ słomę strzechy umocniono u szczytu ubitą gliną i kawałamidarniny, rósł i kwitł tam prawdziwy ogród wiszący z nasianych przezwiatr traw i kwiatów polnych.

Przodkowie nasi mało dbali o symetrię i wygodę,toteż kilka nierównej wielkości otworów, które zastępowały nam okna,wycięto w ścianach domu to wyżej, to niżej, dym zaś z ogniska wychodziłw powietrze do góry wprost przez umyślnie pozostawioną w tym celudziurę w dachu. Co prawda, to, zanim wyszedł, hulał sobie po trosze ipo mieszkaniu, wyciskając obecnym łzy z oczu, zwłaszcza służbiepracującej przy ognisku. Podłogę, ubitą z gliny, pokrywały rozrzuconeto tu, to ówdzie wiązki słomy, na których siadano za dnia, a na noc,zebrane po kilka razem, służyły za posłanie. Dla znakomitych zaś gości,którzy nocowali u nas, te posłania z wiązek słomy przyrzucano jeszczepuszystą skórą niedźwiedzią, lisią lub wilczą.

Od tej surowej prostoty dziwnie odbijałarozwieszona po ścianach broń wyborna, która świadczyła o zasobnościdomu i upodobaniu gospodarza w rzemiośle wojennym. Były więc tam mieczez brązu, a nawet najprzedniejsze stalowe, krótkie włócznie do ciskania,długie, ciężkie dzidy, ozdobne tarcze i hełmy.

Pomiędzy tymi rzeczami świeciły tu i ówdziedrogocenne i pięknej roboty naczynia ze złota, srebra lub bursztynu:misy, wazy, kubki lub czary. Te piękne i kosztowne rzeczy pochodziły zezdobyczy wojennych mego ojca i dziada, i takichże jeszcze skarbów pełnaskrzynia dębowa stała w jednym rogu sali, a zawierała nawet pewienzapas monet bitych w złocie, srebrze i brązie.

Mieszkanie mojej matki na piętrze domu byłourządzone ze znacznie większą wygodą, ba! nawet zbytkownie. Stało tamduże łoże dębowe i kilka takichże krzeseł, wszystko trwałej roboty, azdobne płaskorzeźbą; podłogę zaściełał kobierzec wzorzysty, a ścianyzasłaniały piękne tkaniny o żywych barwach. Ojciec mój bowiem swą żonę,a moją matkę, niezmiernie szanował i kochał; i cokolwiek tylko mógłzdobyć z rzeczy cennych lub rzadkich, czy to w wyprawach wojennych, czyteż przez stosunki handlowe z Paryzami Lutecji, wszystko to przeznaczałdla niej.

Pewnego razu w potyczce z Germanami pomiędzytłumem wojowników ujrzał męża olbrzymiej postawy, noszącego wspaniałyzłoty naszyjnik. Pośrodku tego złotego łańcucha tkwił ogromny bursztyn,otoczony dokoła drobniutkimi, lecz świecącymi jak małe słońcakamyczkami.

- Jakże pięknie byłoby mej Eponinie w tym naszyjniku!... - pomyślał mój ojciec.

I bez wahania rzucił się z mieczem w dłoni naowego wodza germańskiego. Po krótkiej, lecz zaciętej walce powrócił znaszyjnikiem, głową nieprzyjaciela - i potężnym cięciem przez twarz, poktórym głęboka blizna pozostała mu na całe życie.

- Zapytacie może: po co mu była potrzebnata głowa nieprzyjaciela?... A oto posłuchajcie, bo teraz obyczaj tenjuż zaniknął.

Strzechę naszego domu zdobiły różne trofea,przede wszystkim myśliwskie, a więc czaszki żubrów, łosi, jeleni,niedźwiedzi, dzików i tym podobne, następnie zaś także czaszki wrogów,zabitych na wyprawach wojennych. Im więcej naczelnik galijski miał nastrzesze swego domu tych ozdób, szczególnie czaszek nieprzyjacielskichzatkniętych na kijkach wbitych w słomę, tym większy dlań szacunekodczuwał gość, wchodzący po raz pierwszy do domu, rozumiał bowiem, iżwchodzi pod dach wielkiego wojownika, sławnego z męstwa i czynóworężnych.

Tak więc frontowa część dachów naszych domówstawała się kromką naszych zwycięstw. Lecz pod gołym niebem na strzeszeumieszczano tylko czaszki pospolitych wojowników, czaszki zaś wodzów,owinięte w kosztowne tkaniny, składano ze czcią do skrzyni zawierającejnajcenniejsze zdobycze wojenne, skąd wydostawano je tylko w dniuroczyste lub w razie odwiedzin jakiegoś znakomitego gościa, przy czymopowiadało się zazwyczaj, w jakich okolicznościach głowa ta zostałaoddzielona od tułowia wroga.

Dom nasz oraz przyległy ogród i podwórze otaczałdokoła żywopłot, poza ogrodem zaś rozciągała się wioska, złożona zszeregu chałup, podobnie wraz z podwórkami i ogrodami okolonychżywopłotem. Niektóre chaty, stanowiące mieszkania wojowników, podobnebyły do naszego domu, tylko mniejsze; inne zaś, uboższe, należały dorolników, którzy częściowo byli wolnymi ludźmi, częściowo zaśniewolnikami, pochodzącymi przeważnie ze zdobyczy wojennej. Chałupy tebyły tak niskie, że pokrywająca je słoma spuszczała się prawie doziemi. Wchodziło się do nich niemal na czworakach. Większość ich byłazbudowana z kłód nie ociosanych, zdarzały się jednak między nimibudowle jeszcze pierwotniejsze, na przykład okrągłe jak ule chałupy ztrzciny, związanej u góry, z wierzchu zaś pokrytej słomą dla ochrony odchłodu, albo też lepianki z gliny i słomy lub nawet wprost - szałasy zgałęzi, nieraz jeszcze zielonych.

Całą wieś wraz z naszym domem otaczał dookoławysoki częstokół o ciężkiej dębowej bramie zamykanej na drewnianązasuwę, co wystarczało, aby nas bronić w dzień od niespodziewanegowtargnięcia. W nocy zaś wsi strzegły nasze psy tak wielkie i złe, żesię niewiele różniły od wilków. Dzieliły z nimi tę straż nocną naszewieprze, olbrzymie, wpółdzikie, które chrząkając i ryjąc ziemięwałęsały się nocą swobodnie po całej wiosce. Biada nieszczęsnemuzłodziejowi, któremu by się udało przedostać przez częstokół!... Psy iwieprze byłyby go natychmiast rozszarpały, a nawet pożarły, tak iż zbiedaka nie pozostałoby ani śladu. Rzecz jednak oczywista, wieś naszaznajdowała się głównie pod ochroną bogów.

Najwięcej u nas były czczone boginie Epona iBobona; pierwsza jako szczególna opiekunka koni, druga - bydłarogatego. Wieśniacy nasi wystawili obu boginiom u dwu przeciwległychkrańców wioski coś w rodzaju posągów, czyli właściwie wprost dwa słupkidrewniane, z których jeden miał u szczytu wyciosaną z drzewa głowękonia, drugi zaś takąż głowę byka o dużych rogach. W pewne poświęconeboginiom dni roku pierwotne te figury oblewano krwią ofiar.

Dookoła wzgórza Szarej Skały rozciągały sięolbrzymie lasy, których granic nie znaliśmy dokładnie. Szumiały tamwspaniałe dęby i buki, brzozy i smukłe sosny podobne do kolumn świątyńrzymskich. A ponieważ te drzewa rosły niezmiernie blisko jedno oddrugiego - wiązały jeszcze je ze sobą zielone sploty bluszczu, jemiołyi dzikiego winogradu - tworzyło więc to taką zwartą masę roślinności,że poza pewnymi udeptanymi już drogami i ścieżkami niepodobna byłoprzedostać się tędy bez topora, w niektórych zaś miejscach nawetpromienie słoneczne nie przenikały gęstwiny.

Dalej w tych lasach rozlewały się grząskiebajora i bezdenne trzęsawiska, z wierzchu pokryte złudnie zieleniątraw, ponad którą - i to właśnie w miejscach płytszych - sterczałynieraz rosochate rogi uwięzłych tam jeleni.

Niewielu tylko śmiałków odważało się zapuszczaćnazbyt daleko w głąb tej puszczy, a nawet psy nasze, które nierazpolowały same na drobniejszą zwierzynę, wracały z tych wycieczek dolasu przerażone jakieś, drżące, z podgiętym ogonem, i cisnęły sięskomląc do nóg swych panów. Lecz na całym naszym wzgórzu Szarej Skały inawet dalej, w pewnym promieniu dokoła niego, grunt był jużwykarczowany, oczyszczony starannie i uprawny dzięki pracy naszychwieśniaków, którzy zasiewali na nim pszenicę, żyto, jęczmień, owies,soczewicę i proso.

U podnóża Szarej Skały przepływała rzeka, zwanaRzeką Bobrów. Bierze ona początek w południowo-zachodnich górach dalekood nas, niosąc mętne wody do Sekwany pod Lutecją. Była zaś podówczasniezmiernie kapryśna: to zraszała dobroczynnie nasze pola i łąki,płynąc sobie spokojnie w gliniastym łożysku, to znów niespodzianiewzdymała się gniewnie i z nieoczekiwaną wściekłością tłukła o brzegi,unosząc ze sobą nasze zasiewy, nieraz część stad, a niekiedy ipasterzy. Czasem ni stąd, ni zowąd zmieniała kierunek i w miękkimgruncie przebijała sobie nowe łożysko, zostawiając nam w zamianstraconego w ten sposób obszaru stare łożysko, które zazwyczaj bardzoprędko porastało trawą i krzakami.

Wieśniacy nasi przypisywali jej namiętnościżywej istoty, aby więc ułagodzić ją i przebłagać, nieraz sypali w jejnurty nocą przy świetle księżyca ziarna zboża. Nawet ojciec mójpodzielał ich poglądy, pamiętam bowiem, że pewnego roku po wielkiejpowodzi wyjechał na kilka dni z trzema tylko wiernymi sługami na jakąśtajemniczą wycieczkę w kierunku południowo-zachodnim; dopiero późniejdowiedziałem się, że składał ofiary u źródeł Rzeki Bobrów, lejąc w jejwody mleko i wino i zabarwiając je krwią zabitego na ofiarę konia, poczym rzucił jeszcze w te zdradliwe fale trzy złote monety, trzy srebrnei trzy brązowe.

Nazwa "Rzeka Bobrów" pochodzi stąd, że mnóstwobobrów mieszkało istotnie na jej brzegach, zwłaszcza o jakie parętysięcy kroków za wzgórzem Szarej Skały, nieco w górę rzeki, gdzie jejwody tworzyły kilka odnóg i wysp. Była tam cała kolonia tych zwierząt wliczbie zapewne kilkuset, zwana przez nas "Miastem Bobrów".

Podrósłszy o tyle, żem począł wędrować sobie pocałym wzgórzu i jego najbliższych okolicach, nieraz zbiegałem kuosadzie bobrów, by się przypatrzyć ich ruchliwemu i pracowitemu życiu.

Z prawdziwą przyjemnością widziałem, jak terozumne i ładne zwierzątka o wąsatych pyszczkach, mające sierść gęstą ilśniącą, płaski, pokryty łuską ogon, tylne łapy z palcami spiętymibłoną jak u kaczek, przednie zaś opatrzone ostrymi i długimi pazurami -snuły się i krzątały po wybrzeżu i wśród wód rzeki. Silnymi pazuramiprzednich pięciopalczastych łap wykopywały sobie w ziemi, ale tuż nadwodą, nory lub też budowały z gałęzi domki, doprawdy przypominająceniektóre z chat naszych wieśniaków. Najciekawsze było jednak, jakbudowały groblę. Najpierw niektóre bobry ostrymi zębami ścinały cocieńsze młode drzewka, potem, również zębami, zaostrzały je u dołu, abyje łatwiej było wbić w ziemię, gdy tymczasem inne bobry, nurkując podwodą, wykopywały tam doły. Następnie przysiadłszy na tylnych łapach,trzymając zaostrzone kołki w przednich, wbijały je w dno rzeki, przyczym wyprowadzały nimi w ten sposób dwie tak prawidłowe linie, równe jak pod sznur, że mógłby im tego pozazdrościć niejeden rzymski inżynier.

Po ukończeniu tej pracy wstępnej bobry zręczniei szybko - jak wprawni koszykarze - zaplatały giętkimi witkami te dwarzędy pali, następnie przestrzeń między nimi zapełniały żwirem,piaskiem, kamieniami, kawałkami drzewa, a wreszcie na to wszystkonanosiły sporo miękkiej gliny, którą tak mocno ubijały płaskimi ogonami- przypominając mi przy tej pracy kobiety, co piorą kijankami odzież -że glina stawała się twarda i połyskliwa jak kruszec. Po dokonanejpracy przy budowie grobli miłe te zwierzątka, dumne widocznie ze swegodzieła, poczynały przebiegać w wesołych podskokach po grobli z jednegokońca na drugi i pogwizdując przyglądały się z zadowoleniem swejrobocie.

Aby móc podglądać to życie Miasta Bobrów,kładłem się zazwyczaj pośród wysokiej trawy opodal ich osady, mając podręką łuk i strzały. Z początku moje przybycie wywoływało w osadziebobrów wielki popłoch; zwierzęta z pośpiechem nurkowały do rzeki, atrwożliwe ich pogwizdywania płoszyły nawet inne bobry, pracujące dalekona groblach lub na wyspach rzeki. Widocznie jednak były zbyt ciekawe,aby się długo ukrywać, wkrótce bowiem nad ciemnawymi falami rzeki,ostrożnie wysuwając się z wody, ukazywały się okrągłe, wąsate główki,które rzucały na mnie spojrzenia pełne nieufności i trwogi i zarazchowały się pod wodę - aby po chwili się wynurzyć i ukradkiem znówspojrzeć na mnie. Stopniowo miłe te główki poczynały ukazywać się napowierzchni wody coraz to liczniej, ładnymi, rozumnymi oczamiprzyglądając mi się coraz dłużej. Aż wreszcie zrozumiawszy widać, że imz mej strony nie grozi niebezpieczeństwo, najpierw ostrożnie wysuwałysię na brzeg, następnie poczynały tam chodzić i skakać, a wkrótce brałysię znów do przerwanej roboty. Pracowały z takim zapałem, że niektórespomiędzy nich, zapędzając się po kamienie lub żwir, przeskakiwały zrozpędu przez moje wyciągnięte na trawie nogi. W końcu nawet samice zmałymi wychodziły z nor i chatek na wybrzeże i lekceważąc sobie mojąobecność grzały się na słońcu oraz karmiły spokojnie swe młode,przyglądając się pracy mężów i braci. Niekiedy zresztą ni stąd, nizowąd w osadzie powstawał nagły popłoch. Zazwyczaj jednak nie jabywałem jego przyczyną, lecz albo zabłąkany jeleń, który z wielkimszumem gałęzi wyskakiwał na wybrzeże z lasu, albo przebiegającemimochodem tamtędy stado dzików... Nic jednak nie mogło zniechęcić tychdzielnych zwierząt do pracy. Przeszkadzali im nieraz nieproszeni gościeróżnego rodzaju lub szalała rzeka, zrywając wszystkie ich groble itamy, gdy jednak niebezpieczeństwo mijało, czworonożni budowniczowie,pogwizdując sobie, natychmiast odważnie wznawiali robotę.

Ludność naszej wioski otaczała to Miasto Bobrówwielkim poszanowaniem, a to tym więcej, że bobry przepowiadały ponoćpogodę oraz powodzie. Ojciec mój twierdził nawet, że oddają nam znaczneusługi, gdyż dzięki tamom i groblom powstrzymują nieco przypływ wód,nie dopuszczając w ten sposób nazbyt nagłych i zbyt silnych powodzi.Nikt też z mieszkańców Szarej Skały nie byłby się ważył zabić bobra.Nasi starzy wieśniacy utrzymywali nawet, że niegdyś dawno, bardzo jużdawno, przodkowie ich, mieszkańcy Szarej Skały, żyli wspólnie z bobramii mówili nawet wspólnym z nimi językiem; z zabobonnym szacunkiem teżpatrzyli na te małe gryzonie, widząc w nich dusze swych przodków, którewcieliły się w ciała tych zwierząt, albo też uważając ich za swychdalekich krewnych.

Nie wiem, o ile to może być prawdą. Prawdą jestjednak, że nasi sąsiedzi z Lutecji z dawna już nadali mieszkańcomSzarej Skały przezwisko "Bobrów", a myśmy się tym nie obrażali wcale,przeciwnie - dumni byliśmy z tego miana! Mój ojciec, dziad i pradziad,jakkolwiek pochodzący z innego plemienia niźli nasi wieśniacy, na swychtarczach i znakach wojennych nosili bobra wyrobionego z brązu, wpostawie siedzącej, trzymającego w przednich łapach kołek zaostrzony ugóry jak dzida. A należy wiedzieć, że nawet imię mego ojca-Beboryks,nadane mu przez jego ojca, a mego dziada, w starożytnym miejscowymjęzyku oznacza "króla bobrów". Słowem, nas - Paryzów z Szarej Skały -zwano ogólnie "Bobrami" i "Bobrami" też zostajemy nadal i na zawsze -jeżeli tylko moje wnuki nie poczną się wstydzić swego starego nazwiskai idąc za przykładem innych nie przybiorą jakiego imienia na wzórnazwisk rzymskich.

Rozdział II

MIESZKAŃCY SZAREJ SKAŁY

Ludność Szarej Skały stanowi część plemienia Paryzów, których największa wieś, Lutecja1,leży na jednej z wysp Sekwany. Plemię to, jakkolwiek, mówiąc bezprzechwałki, najznakomitsze ze wszystkich plemion Galii, jest wszakżejednym z najszczuplejszych, zamieszkując bowiem oba brzegi Sekwany orazwybrzeża rzek: Marny, Oise, Essonny i paru innych mniejszych, zasiedlanie więcej nad dziesięć do dwunastu mil kwadratowych przestrzeni. Oswych przodkach wieśniacy nasi opowiadają nader dziwne i zgołanieprawdopodobne rzeczy. Na przykład, jakoby oni w łodziach zwydrążonych pni drzewnych pływali ongiś po dolinach naszego kraju,które podobno były wówczas rozległymi, głębokimi jeziorami. Wskazująnawet dotąd jakieś otwory w występach skał, wyglądające rzeczywiściejak dzieło rąk ludzkich. Starożytni wojownicy - o ile mamy wierzyćsłowom wieśniaków - musieli toczyć walki z jaszczurami stustopowejdługości, które połykały wołu jak muchę, ze straszydłami wodnymi ołabędziej szyi i rybiej łusce, ze skrzydlatymi smokami, ze słoniami,znanymi nam z opowiadań, które rzekomo wówczas były porosłe długimwłosem, ba! nawet pospolite niedźwiedzie miały być ponoć tak olbrzymie,że stanąwszy na tylnych łapach głowami sięgały wierzchołków drzew! Psównie umiano jeszcze układać do polowania, natomiast owi starożytniludzie oswajali sobie jelenie, na których jeździli i których łaniedoili, jak my doimy krowy. Nie znali też jeszcze żelaza, ani nawetbrązu, i do walki używali tylko toporków kamiennych.

Lecz owa pierwotna ludność naszego kraju zostałanastępnie pokonana przez Celtów i Bolgów i częściowo wytępiona,częściowo wygnana, częściowo zaś zamieniona w niewolników. Potomkowieich zapomnieli już swej dawnej mowy i mówią w naszym języku. Musi być wich bajdach szczypta prawdy, nieraz bowiem przeorując nasze polaznajdujemy w ziemi toporki lub groty z kamienia, a zdarza się,zwłaszcza w miejscach głęboko rozmytych przez wodę, odkopać nawetszkielet jakiegoś olbrzymiego a nie znanego nam potwora. Wieśniacy nasiutrzymują nadto, jakoby w rozciągających się ku zachodowi od Lutecjinieprzebytych puszczach można napotkać jeszcze niekiedy ludzi z tegoniemal doszczętnie zaginionego już plemienia, żyjących pomiędzy dzikimijak oni zwierzętami.

Nie mam najlżejszej wątpliwości, iż to jestprawda, opowiadania te bowiem potwierdza pewne zdarzenie z czasów megodzieciństwa, którego sam byłem świadkiem. Jeden z wojowników mego ojca,nazwiskiem Dumnak, wraz z nierozłącznym towarzyszem i przyjacielem,którego zwano Arwirag, obaj z rzędu tych zuchwałych śmiałków, co to nielękają się ni bogów, ni ludzi, ni dzikich i niebezpiecznych zwierząt,postanowili udać się na wyprawę myśliwską właśnie w głąb tej puszczyzachodniej, by ją nieco zbadać. Cały tydzień nie było ich widać zpowrotem, tak iż w Szarej Skale poczęto nawet obawiać się, że zginęli;wreszcie ukazali się znowu na placu przed domem mego ojca, przywożącjakieś dziwne stworzenie, skrępowane sznurami i przytroczone do siodłaDumnaka. Dumnak odtroczył je i tak bez ceremonii cisnął z góry przedprogiem naszego domu, jak gdyby to był jakiś tobół podróżny. Lecz ówtobół począł się zaraz poruszać i dało się zeń słyszeć gniewnemruczenie i dźwięki jakieś - dźwięki ludzkiego głosu... Dumnakzeskoczywszy z siodła przeciął myśliwskim nożem sznury krępującepotwora i rzekł:

- Sądzę, że teraz można go już rozwiązać,gdyż od trzech dni nic w ustach nie miał, może więc będziełagodniejszy... Spytajcie Arwiraga, ile trudu kosztowało jego ujęcie. Ai potem niemało sprawiał nam jeszcze kłopotu...

I zrzuciwszy kubrak, pokazał szeroką, jakkolwiekniezbyt głęboką ranę na ramieniu, której wszyscy poczęli się ciekawieprzypatrywać, nie mogąc zrozumieć, jakim by narzędziem mogła byćzadana. Lecz Dumnak rozstrzygnął wątpliwości, gdyż wyjął zza pasa jakiśdziwny przedmiot i rzekł:

- Patrzcie, oto jest oręż tego potwora!Doprawdy, szczerze podziękowałem w myśli mej matce za to, że wydała mięna świat z takimi mocnymi kośćmi! A gdybym nie uskoczył natychmiast,nie tylko ramię moje, lecz i głowa nie byłaby cała!

To mówiąc podał memu ojcu podłużny, płaskikamień rzeczny, przypominający kształtem toporek, zaostrzony z jednejstrony jak ostrze siekiery, z drugiej zaś zwężony mocno jak gwóźdźogromny i tym węższym właśnie końcem wetknięty w otwór w jelenim rogu,a przywiązany doń sznurem z łyka.

Kiedyśmy oglądali z zajęciem ów toporekkamienny, człowiek leśny, który dotąd tylko mruczał głucho, porwał sięnagle na równe nogi, wydając jakiś groźny, gardłowy, chrapliwy krzykpodobniejszy do krótkiego ryku raczej niźli do głosu człowieka. Dumnakskoczył doń natychmiast i pochwycił z tyłu za ramiona; jednakże tylko zpomocą kilku wojowników udało mu się po uporczywej walce pokonać toryczące wściekle, kąsające i drapiące stworzenie -tak silne, a zarazemtak zwinne i zręczne, że wywijało się wojownikom z rąk jak wąż, abywydostać się na swobodę. Byłem małym chłopięciem podówczas, toteżprzestraszyłem się ogromnie tego nie znanego mi, dzikiego zwierza idopiero po dłuższej chwili, gdy odważyłem się wreszcie doń zbliżyć,przekonałem się, iż to jest - człowiek. Wzrostu był raczej niskiego,lecz barczysty, o potężnych muskułach ud i ramion; całe ciałoporośnięte włosami, ręce długie, czoło niskie, nos szeroki i niecospłaszczony, duże, silne szczęki o grubych wargach przypominały zwierzędrapieżne, a spod lasu gęstych czarnych włosów, spadających mu aż dopasa, świeciły niewielkie czarne oczy o wyrazie okrutnym i zarazemtrochę przestraszonym. Lecz ten dziki człowiek miał na sobie jaką takąodzież, a mianowicie coś w rodzaju tuniki ze szczurzych skórek oraz naszyi długi naszyjnik z muszel - może jakiś talizman?... Minę miałposępną i chmurną. Stał nieruchomo, o ile go pozostawiono w spokoju,tylko czasami spoglądał spode łba, ukradkiem, w stronę lasu. Gdy jednakkto doń podchodził i przypatrywał mu się, poczynał zaraz ciskać się irzucać, szczerząc z wściekłością duże i jak u wilka ostre zęby.

Dumnak począł nam opowiadać:

- O trzy dni drogi stąd wśród prawieniedostępnej gęstwiny leśnej spostrzegliśmy dużą pieczarę w skale, zktórej dochodził nas ciężki zaduch. Nic dziwnego - u wejścia bowiem dojaskini leżało kilka na pół odartych z mięsa i na pół rozkładającychsię trupów zwierząt. Pomimo iż deszcz począł padać właśnie, woleliśmyschronić się raczej pod występ skały niźli wejść do jaskinizamieszkałej - jak sądziliśmy- przez jakiegoś czworonożnegodrapieżnika. Raptem z czarnego jej otworu wypadł na nas niespodzianieten oto dzikus, który na pierwszy rzut oka zrobił na mnie wrażenie nieczłowieka, tylko jakiegoś olbrzymiego włochatego kłębka. Odskoczyłemmimo woli. Ten ruch bezwiedny ocalił mię od śmierci, gdyż toporekkamienny, który widzicie, świsnął mi tuż koło głowy i zadrasnąwszycokolwiek ucho zranił ciężko w ramię. Na szczęście dziki z rozpędupotknął się o korzenie drzewa i rozciągnął jak długi na ziemi, my zaśnaturalnie skorzystaliśmy z tego natychmiast i rzuciwszy się nań z dwustron mimo jego zaciętego oporu pokonaliśmy go i związali sznurami.Możecie teraz osądzić, czy to nam przyszło łatwo! Gdyśmy się jeszczeszamotali, z przeraźliwym krzykiem przemknęła koło nas jakaś podobna donaszego jeńca istota, prawdopodobnie jego godna małżonka, która uciekłaz dwojgiem małych w głąb lasu. Weszliśmy następnie do jaskini, aby przyświetle pochodni rozejrzeć się w niej trochę, lecz nic tam nie byłogodnego uwagi, zaduch zaś panował w niej tak przykry, że pośpieszyliśmywyjść na świeże powietrze. Należałoby jednak dać mu coś zjeść.

Przy tych słowach Dumnak ostrożnie rozwiązał rękę jeńca.

- Może mu przynieść kawałek pieczonego mięsa? - odezwałem się na to.

- Pieczonego mięsa... jemu?! - roześmiałsię Dumnak. - Ależ moje dziecko, ten pan wcale nie jest takwybredny!... Zobaczysz zaraz.

Mówiąc to odwrócił się i zręcznym ruchem zabiłdrzewcem dzidy przechadzającego się dumnie po podwórzu koguta, któryzabierał się właśnie do wyśpiewania swego triumfalnego: kukuryku! Poczym drgającego jeszcze ptaka podał człowiekowi leśnemu. Ten wyrwał mugo z ręki, zadrasnąwszy ją przy tym trochę swymi długimi paznokciami, iwpił ostre zęby w koguta tak głęboko i chciwie, że aż zatrzeszczałykości ptaka, a pierze posypało się dookoła; parskał też, sapał i fukałprzy jedzeniu jak dziki kot, gotów kąsać i drapać, gdyby ktoś ośmieliłsię wyciągnąć rękę po jego jadło.

Próżne były usiłowania Dumnaka, aby tegoczłowieka leśnego oswoić. Co prawda, mniej trochę kąsał i drapał, lecznie spuszczał oczu z lasu. Stojąc przykuty u słupa przed domem Dumnaka,to z bezsilną wściekłością targał swe więzy, ciskając się i miotając nawszystkie strony, a skakał nieprawdopodobnie wysoko, to znów wpadał wgłuchą rozpacz. Nie chciał brać pokarmu i w końcu pewnego dnia samsobie roztrzaskał głowę o węgieł domu Dumnaka, dokąd mógł się zbliżyćna swym dość długim łańcuchu. Nikt go nie żałował zresztą. Ojciec mójprosił już nawet przedtem kilkakrotnie Dumnaka, aby uwolnił wieś odtego "wstrętnego zwierzęcia", obawiał się bowiem, aby ten dzikus nieuczynił mi jakiej szkody, gdyż lubiłem mu się przyglądać.

Czy ten człowiek urodził się dzikim, czyzdziczał wśród głuchej puszczy pomiędzy zwierzętami?... Tego wampowiedzieć nie umiem. Wracam więc do opisu naszego rodzinnego gniazda,Szarej Skały.

Do ojca mego należały wszystkie ziemie w dolinieRzeki Bobrów, a nawet trochę przyległych jeszcze, pradziad mój bowiem,pochodzący z plemienia Bolgów, zdobył je zbrojną ręką. Osobnymiwioskami w dolinie rzeki rządziło piętnastu naczelników, którzy wobectego, że wszystko, co posiadali, otrzymali niegdyś od mych przodków,obowiązani byli stawać w razie potrzeby ojcu memu do pomocy z całą swąsiłą zbrojną i walczyć z wspólnymi wrogami pod jego znakiem wojennym.Nazywali go swym starszym bratem, siebie zaś - młodszą bracią; iustalił się obyczaj, że we wszystkich swych zatargach i sporachobierali go sobie za sędziego. Nawet najbliższa posiadłość mego ojca,czyli Szara Skała, była także obszerna, w górę bowiem rzeki rozciągałasię do osady bobrów, w przeciwną zaś stronę sięgała stóp góryLukotycji, obejmując prócz wioski, gdzieśmy mieszkali, kilkanaścieinnych, które ojciec mój często objeżdżał, pilnując w nich gospodarstwa.

Uprawą ziemi zajmowali się u nas wolniprzeważnie ludzie z klasy rolników, którym ojciec mój dawał sprzężaj,narzędzia do pracy, a w razie nieurodzaju ziarno siewne, w zamian zaśdzielił z nimi plony ich żniwa i przychówek bydła. Wieśniacy ci ojcamego zwali swym ojcem i chętnie pracowali na naszą i własną korzyść natej wspólnej roli, bardzo zadowoleni, iż oddając naczelnikowi z SzarejSkały część swych plonów, mogą być w zamian pewni jego opieki nawypadek nieurodzaju lub też najazdu nieprzyjacielskiego, co zdarzałosię dość często. Ubierali się prawie tak samo jak mój ojciec i inninaczelnicy z doliny rzeki - to jest w długie wełniane płaszcze w pasyzielone i czerwone lub też w kratę z tychże barw, a do swych czapekprzypinali - również jak ich panowie - pióra czaple; toteż człowiekowiz innych okolic dość było spotkać kogokolwiek z naszych, na przykład natargu w Lutecji lub gdzieś, w drodze, aby zaraz powiedzieć sobie:

- A! to jest człowiek z doliny Rzeki Bobrów. - Albo: - A! to jest Bóbr. - Lub: - To jest któreś z dzieci Beboryksa.

Lecz oprócz ludzi wolnych pracowali u nas naroli niewolnicy pochodzący ze zdobyczy wojennej albo spośród potomkówdawnej ludności tego kraju, niekiedy zaś po prostu kupieni przez megoojca czy dziada od kupców z Lutecji w zamian za zboże, bydło lub trzodęchlewną. Za dobrego rumaka bojowego dawano czterech niewolników.Stanowili więc oni własność naszą, tak samo jak bydło lub konie,powinnością też ich było oddawać panu cały owoc własnej pracy. Leczojciec mój obchodził się z nimi tak sprawiedliwie i po ludzku, jak i zwolnymi rolnikami, karmiąc ich w lata nieurodzaju i broniąc od złegoobejścia, więc też i oni byli nam szczerze oddani i przychylni, a totym bardziej, że większość ich od dawna już osiadła na naszychgruntach. Gdym przebiegał mimo chałup naszych wieśniaków - wolnych lubniewolnych - przeprowadzany ich przyjaznymi słowami i spojrzeniami,nieraz słyszałem, jak szeptali pomiędzy sobą:

- Patrzcie, patrzcie, jak pięknym i silnymstaje się nasz mały Wenestos! Będzie z czasem zupełnie taki, jak jegoojciec: groźny tylko dla wrogów, a dobry dla swych dzieci, rolników!

W razie wielkiej potrzeby ojciec mój mógł ichwszystkich powołać pod broń - i w takich wypadkach stawiali się bezoporu, gotowi walczyć i umrzeć za niego. Lecz rolnicy tak potrzebni nambyli do uprawy ziemi, że wzywano ich na wojnę niezmiernie rzadko, wwypadkach szczególnie groźnego niebezpieczeństwa tylko, na pospolitezaś wyprawy wojenne udawali się zazwyczaj jedynie wyćwiczeni w sztucewojennej wojownicy: więc jeźdźcy, którzy mieli prawo do noszeniazłotego naszyjnika, a mieli najwyborniejszy, drogi oręż, oraz skromniejjuż uzbrojeni piesi wojownicy, którzy z uwagi na dłuższe lata służbylub też ze względu na męstwo i zasługi przechodzili nieraz później doklasy jeźdźców. Jedni i drudzy byli, jak to mówiono podówczas,"wiernymi" mego ojca. Wojownicy większą część czasu ćwiczyli sięwspólnie z mym ojcem i pod jego kierunkiem w ujeżdżaniu półdzikichkoni, ciskaniu włócznią, szermierce mieczem i dzidą, poza tym uczylisię śpiewać pieśni wojenne i poznawać różne prawa wojenne, którenależało szanować; tak na przykład prawa heroldów, przyjeżdżających zobozu nieprzyjacielskiego w jakimś poselstwie, a chociażby nawet zwyzwaniem. Każdy z naszych wojowników miał w wiosce swój dom, większość- żony i dzieci, zazwyczaj jednak u schyłku dnia zgromadzali sięwszyscy u nas na wieczerzy. Ojciec mój zasiadał na poczesnym, cokolwiekwyższym miejscu za stołem, dalej po obu stronach inni według zasług istarszeństwa; siedząc na wiązkach słomy raczyli się mięsem łosi,jeleni, dzików, a także zwierząt domowych: wołów, baranów i świń.Najdzielniejsi a najmężniejsi otrzymywali od mego ojca najlepsze kąski.Popijano zaś mięsiwo sikerą2i miodem, a w uroczystości nieraz nawet drogim winem italskim, przyczym ucztowano tak częstokroć do późna w noc. Ojciec mój mawiał, żeobfitość mięsa i dobre wino rozwijają odwagę i przytomność umysłu,toteż nie żałował niczego dla swych towarzyszy broni. Gdy raz jeden zwojowników zauważył żartem, że mają u stołu wodza drewniane łyżki jakwieśniacy, ojciec natychmiast pchnął posłańca do Lutecji, aby zamówić utamecznych złotników łyżki złote dla jeźdźców, dla pieszych zaśwojowników srebrne i - ofiarując im je, gdy były już gotowe, rzekłpółżartem:

- Takich dzielnych wojów, jak wy, nie kupię za złoto ani za srebro!... Z wami zaś zdobędę srebra i złota, ile zechcę...

Wiedział zaś w rzeczy samej wybornie, że ludzieci są gotowi iść za nim w ogień i wodę, a w najgorętszym zamęcie bitwy,w najgroźniejszym niebezpieczeństwie, nie odstąpią go na krok; gdybyzaś poległ, ani jeden spomiędzy nich nie byłby pozostał przy życiu.Byli oni towarzyszami jego zabaw i uczt, jego wypraw łowieckich iwojennych i "wiernymi" mu - naprawdę - na śmierć i życie.

W ten sposób mój ojciec karmił codziennie przyswoim stole trzydziestu wojowników: dziesięciu jezdnych i dwudziestupieszych. Co wieczór w owej ogromnej sali na dole ustawiano niski adługi stół złożony z paru z grubsza ociosanych desek wspartych nakozłach, salę oświetlano jasno pochodniami i biesiadnicy zasiadali nawiązkach słomy do uczty, rozweselani przy niej nie tylko sikerą imiodem, lecz nadto pieśniami naszego ślepego barda Wandila, który przydźwiękach harfy opiewał bohaterskie czyny mych przodków lub opowiadałróżne legendy z dziejów Galii i Wysp Brytańskich. Stół biesiadny megoojca wydłużał się jeszcze, gdy odwiedzał nas któryś z sąsiadów lub zobywateli Lutecji, albo podróżny czy kupiec przejezdny, którym nieodmawiano nigdy gościnności i noclegu. Wówczas miód i sikera lały sięjeszcze obficiej, harfa starego Wandila dźwięczała jeszcze rozgłośniej,a nieraz przyłączały się do niej harfy innych bardów, okoliczni bowiembardowie znając wspaniałomyślną hojność mego ojca garnęli się do nastak chętnie, jak muchy do miodu. Ojciec mój żył więc tak, jak gdybykról pomiędzy swymi wiernymi poddanymi. Sława jego męstwa a gościnnościrozchodziła się daleko po Galii, głoszona przez bardów, którzy śpiewalio nim, iż złoto, tworzące się rzekomo z kurzu ziemi pod każdymuderzeniem kopyt jego konia, lało mu się z rąk kaskadami; że dom jegobył domem zaczarowanym, gdyż ściany jego rozsuwały się w miarę, jakprzybywało gości; że z piwnic nigdy nie ubywało sikery, miodów i wina;ba! że dość mu było nawet cisnąć ogryzioną kość wieprzową w chlewySzarej Skały, aby zeń powstał zaraz żywy wieprz - tak, jak się todziało podobno w jakimś zaczarowanym zamku brytańskim, gdzie takżeporżnięte i zjedzone woły, barany i wieprze rzekomo znów powstawały dożycia ze swych kości.

Wybaczmy jednakże bardom tę skłonność doprzesady i upiększania prawdy, dzięki nim bowiem żyją w pamięciludzkiej wspomnienia sławnych czynów, męstwa i cnót wielkich bohaterów.

Rozdział III

BEBORYKS I EPONINA

Jako małe dziecko, nie brałem udziału w tychucztach; nie wolno mi było nawet podczas nich wchodzić do sali. Ojciecmój nie pieścił mnie wcale i publicznie - to znaczy na ulicach naszejwioski i na placu przed domem - nigdy nawet nie zwracał się do mnie.Taki był bowiem obyczaj dawnych Galów; i wojownik byłby się wstydziłokazać kobiecą tkliwość względem swych dzieci. Pomimo tę pozornąobojętność czułem, iż ojciec mój kocha mnie bardzo, jakkolwiek jegowyniosła, pełna powagi postać wzbudzała we mnie pewną obawę. Wzrostubył wysokiego, cerę miał jasną i świeżą, oczy jasnoszare jak stal, awesołe i bystre, włosy długie i wąsy barwy miedzi, ubierał się zaśzwykle w niebieską wełnianą tunikę bez rękawów i szerokie czerwonespodnie przewiązane u stóp pozłacanymi rzemykami, a na to wszystkozarzucał obszerny płaszcz z tkaniny wełnianej, niezmiernie wygodnyzarówno w domu, jak w podróży, który można było zarzucić sobie czy tona jedno ramię, czy też na drugie, zapiąć na klamrę pod szyją lub teżzawinąć w kształcie szarfy i obwiązać się nim, na przykład podczasbitwy, czy wreszcie złożyć go w kilkoro i podłożyć sobie na siodło. Wstroju wojennym ojciec mój wyglądał wspaniale. Wkładał naówczas długiebuty ze skóry rudawożółtej opatrzone brązowymi ostrogami, bardzoszeroki, zastępujący nam, Galom, poniekąd zbroję, pas - również zbrązu, od którego na rzemykach zwieszały się z przodu płytki brązowedla ochrony żołądka od ciosów. Na lewym ramieniu nosił niedużą owalnątarczę splecioną z łozy, pomalowaną i wstawioną w kutą brązową obręcz,a wzmocnioną nadto ta-kimże brązowym, krzyżem z małą figurką bobra uszczytu. U boku zwisał mu krótki miecz iberyjski z najwyborniejszejstali, z rękojeścią z kości słoniowej, rzeźbioną w kształt lwiej głowy.W prawej ręce trzymał dzidę o długim grocie. Głowę pokrywał hełm, coprawda z brązu, ale obłożony cały cienkimi blaszkami złota, azakończony, zwyczajem galijskim, wysokim rżniętym grzebieniem, uktórego szczytu powiewały szumnie pióra czaple, z obu stron zaśwznosiły się rozpostarte szeroko dwa skrzydła orle. Błyszczący wpromieniach słońca naszyjnik ze złotych blaszek oraz złote bransoletyna ramionach i u przegubu ręki dopełniały tego świetnego stroju.Ojciec, odziany weń, wydawał mi się samym bogiem wojny, zwłaszcza gdymgo widział w tym stroju wojennym, harcującego na wspaniałym rumakubojowym, który się wspinał i rzucał pod nim.