Przedmowa
Są książki, które czyta się dla fabuły. Są książki, które czyta się dla języka. Są wreszcie takie, które wchodzą pod skórę, bo dotykają czegoś bardzo osobistego: lęku przed przeciętnością, tęsknoty za ryzykiem, głodu sensu, pragnienia, by choć raz w życiu zrobić coś nieodwołalnego. Ta opowieść należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To nie jest tylko historia drogi z jednego punktu na mapie do drugiego. To historia buntu przeciwko bezpiecznej stagnacji, przeciwko życiu odmierzanym rachunkami, dyżurami, terminami i niedzielnym rosołem. A zarazem to historia miłości, która po latach przyzwyczajenia odzyskuje temperaturę, smak i głębię.
Największą siłą tej książki jest jej pozorna niemożliwość. Dwoje ludzi po sześćdziesiątce, nauczycielka i elektryk, wyrusza w pieszą wyprawę bez technologii, bez pieniędzy, bez wygód, za to z uporem, który graniczy z szaleństwem. Brzmi to jak punkt wyjścia do groteski, pastiszu albo czarnej komedii. I rzeczywiście - groteski oraz humoru jest tu bardzo dużo. Jednak autorowi tej opowieści udaje się coś znacznie trudniejszego: sprawić, by absurd nie odbierał historii wiarygodności, lecz przeciwnie - jeszcze mocniej obnażał prawdę o człowieku. Bo przecież najważniejsze decyzje w życiu często wyglądają z zewnątrz niedorzecznie. Miłość, ucieczka, przebudzenie, późny bunt, desperackie szukanie sensu - wszystko to dla obserwatora może wydawać się szaleństwem, a dla przeżywającego jest jedyną możliwą formą ratunku.
To, co szczególnie porusza, to konstrukcja głównej bohaterki. Jolanta nie jest heroską z plakatu, nie jest kobietą "silną" w banalnym, współczesnym sensie tego słowa. Jest zmęczona, obolała, niepewna, czasem śmieszna, czasem uparta ponad rozsądek, czasem granicznie krucha. Właśnie dlatego jest tak przekonująca. Jej głos nie jest głosem osoby, która z góry wie, jak zwyciężyć. To głos kobiety, która przez lata żyła według zasad, jakie narzuciło jej życie, instytucja, małżeństwo, wiek i codzienność, a potem nagle postanowiła zadać pytanie najbardziej niewygodne ze wszystkich: czy to już wszystko? W tej jednej decyzji - by wyjść z domu i wystawić się na próbę - zawiera się ogromny ładunek psychologicznej prawdy. Bo najgroźniejszą formą stagnacji nie jest nieszczęście, lecz przyzwyczajenie do przeciętnego bezpieczeństwa.
Obok Jolanty stoi Marek, postać równie znakomicie napisana, choć zbudowana zupełnie innymi środkami. To człowiek konkretny, praktyczny, oszczędny w słowach, nawykły do rozwiązywania problemów rękami, nie deklaracjami. Jego przemiana jest może jeszcze ciekawsza, bo mniej widowiskowa. Nie ma w niej fajerwerków, tylko ciche przesunięcie środka ciężkości: od mężczyzny, który porządkuje świat według obwodów, bezpieczników i rachunków, do człowieka, który w pewnym momencie odkrywa, że większym zagrożeniem niż ciemny las jest życie przeżyte bez ryzyka. Relacja tej dwójki jest jednym z najpiękniejszych elementów książki. Nie dlatego, że jest idealna, lecz dlatego, że jest prawdziwa. Ich czułość rodzi się nie z romantycznych deklaracji, ale z błota, zmęczenia, wspólnego głodu i wspólnego strachu. To małżeństwo, które odzyskuje siebie nie przy świecach, lecz przy ogniu rozpalonym drżącymi rękami.
Ta książka działa na kilku poziomach jednocześnie. Można ją czytać jako przygodową opowieść drogi. Można czytać jako satyrę na współczesną wygodę i na nasze uzależnienie od technologii, procedur oraz poczucia kontroli. Można czytać jako portret psychologiczny dwojga ludzi, którzy zbyt długo odkładali życie "na później". Ale można ją także odczytać jako bardzo polską przypowieść. Trasa nie prowadzi przez amazońską dżunglę ani afrykańską pustynię, tylko przez pola, lasy, rowy, kapliczki, obory i przydrożne ciemności. To niezwykle ważne, bo właśnie w tym tkwi literacka przewrotność całego pomysłu: nie trzeba uciekać na koniec świata, żeby skonfrontować się z własną granicą. Czasem wystarczy wyjść z bloku i przestać ufać temu, co oswojone.
Jest w tej narracji coś jeszcze cenniejszego niż sama przygoda: bardzo wyraźna świadomość ceny. Nie ma tu taniej egzaltacji. Nie ma pocztówkowego heroizmu. Ból, głód, strach, upokorzenie, chłód, brud i zagubienie nie są dodatkiem do opowieści, lecz jej sednem. Właśnie dlatego czytelnik nie dostaje laurki o "spełnianiu marzeń", tylko opowieść o tym, że każde prawdziwe przekroczenie siebie musi kosztować. Literatura faktu, dobry kryminał i psychologia spotykają się tu w jednym punkcie: stawka jest wysoka, napięcie realne, a psychiczne konsekwencje każdej decyzji nieustannie wracają. To książka o ciele doprowadzonym do granicy i o psychice, która pod tą presją odsłania swoje prawdziwe mechanizmy.
Na uwagę zasługuje również ton tej opowieści. Autorowi udaje się utrzymać rzadką równowagę między czułością a ironią. Gdyby było tu tylko cierpienie, książka stałaby się ciężka i jednowymiarowa. Gdyby dominował wyłącznie humor, wszystko zamieniłoby się w farsę. Tymczasem tutaj jedno nieustannie podświetla drugie. Sceny granicznego wyczerpania sąsiadują z komizmem tak naturalnym, że aż bolesnym. I właśnie w tej mieszaninie tkwi wielka prawda o ludzkim doświadczeniu: człowiek najczęściej nie przeżywa rzeczy wielkich w sposób pomnikowy, tylko nieporadny, zabłocony, śmieszny i wzruszający naraz.
Nie sposób nie wspomnieć o tym, jak mocno wybrzmiewa w tej historii temat starzenia się. W kulturze przywykliśmy oglądać dojrzałość jako czas wycofania, zabezpieczania się, porządkowania spraw i schodzenia ze sceny. Ta książka robi coś odwrotnego: oddaje centrum narracji ludziom, których świat najchętniej ustawiłby już przy ścianie, z kubkiem herbaty i telewizorem. Pokazuje, że pragnienie intensywności nie ma daty ważności. Że odwaga nie jest wyłączną własnością młodości. Że ciało, choć słabsze, nadal może stać się narzędziem buntu. To bardzo ważne i bardzo odświeżające.
Równie mocno działa warstwa społeczna. Wędrówka przez Polskę odsłania kraj z perspektywy, jakiej na co dzień nie widzimy: nocnej, bocznej, podskórnej. Polska tej książki nie jest ani folderem turystycznym, ani publicystycznym skrótem. To kraj zobaczony z poziomu błota, pobocza, rowu, obory, kapliczki i lasu. Kraj zamieszkany przez ludzi nieoczywistych, przez zwierzęta, przez przypadek i przez instytucje, które raz ratują, a raz bezradnie przykładają swoje procedury do zjawisk większych od procedur. Dzięki temu opowieść nabiera wymiaru nie tylko osobistego, ale też społecznego i niemal reportażowego.
A finał? Finał tej historii ma w sobie coś z czarnej komedii, coś z greckiej ironii losu i coś bardzo współczesnego. Dochodzi się niemal do bram celu tylko po to, by świat zewnętrzny dopadł bohaterów w ostatnim momencie i nazwał ich doświadczenie po swojemu. To bardzo mocne. Bo nagle okazuje się, że każda wielka wewnętrzna przemiana musi zmierzyć się z językiem instytucji, medycyny, porządku i opinii publicznej. Świat ma własne definicje na to, co jest odwagą, a co obłędem. Ta książka nie daje łatwej odpowiedzi, ale pokazuje z ogromną literacką siłą, jak cienka i niebezpieczna bywa granica między jednym a drugim.
Ostatecznie jest to opowieść nie o przetrwaniu w lesie, lecz o przetrwaniu siebie. O małżeństwie, które przestało być tylko układem codziennych obowiązków, a znowu stało się sojuszem. O kobiecie, która odzyskuje głos i sprawczość nie w deklaracji, ale w czynie. O mężczyźnie, który odkrywa, że jego praktyczność może służyć nie tylko naprawie gniazdek, ale i ochronie sensu. O Polsce, którą można przejść pieszo i zobaczyć na nowo. I wreszcie o tym, że czasami trzeba zgubić drogę, żeby naprawdę wiedzieć, dokąd się idzie.
To książka odważna, oryginalna i zaskakująco czuła. Śmieszna i bolesna zarazem. Dziwna w najlepszym sensie tego słowa. Zostaje w pamięci, bo nie opowiada o przygodzie zastępczej, tylko o prawdziwym ryzyku - i o prawdziwej przemianie. Czytelnik dostaje tu nie tylko opowieść, ale doświadczenie. A po zamknięciu ostatniej strony zostaje z pytaniem, od którego niełatwo uciec: co ja zrobiłem ze swoją wolnością?
Jeżeli dobra literatura ma nas nie tylko zabawiać, lecz także niepokoić, zawstydzać, wzruszać i zmuszać do przyjrzenia się własnemu życiu, to ta książka spełnia wszystkie te warunki z nadwyżką. Warto wejść w tę historię. Warto pobrudzić sobie nią ręce. Warto przejść ją z bohaterami do samego końca. Nawet jeśli po drodze trzeba będzie zrewidować własne pojęcie rozsądku.
A może właśnie zwłaszcza dlatego.